Najlepsze piosenki pisze życie
Krzysztof Krawczyk: Francuzi
śpiewają, że życie jest piosenką. Mój przyjaciel, menedżer od 36 lat,
czyli człowiek, który wie o mnie wszystko, współautor tej książki -
Andrzej Kosmala, napisał w nagranej przeze mnie na setną płytę piosence
Nie wszystko o wszystkim: "To jedno wiem w mym życia rozkwicie, że
najlepsze piosenki pisze po prostu życie".
Kiedy patrzę na faceta ze starych zdjęć, filmów, programów
telewizyjnych, okładek starych płyt i słucham tych płyt, przeglądam
stare gazety, czytam listy i wspomnienia przyjaciół, to przyznam się, że
czuję w duszy rozdarcie, być może większe niż tzw. normalny człowiek. Na
każdym kroku mam dokumentację mijającego czasu. To jest coś więcej niż
kilka albumów pożółkłych zdjęć i listów. To żywy dowód tego, że kiedyś
było się młodym. Ale też satysfakcja, że kierując życiem tak a nie
inaczej, sprawiam, że mój wiek nie jest metrykalny, tylko liczony tym,
co potrafię jeszcze zrobić. A od czasu tych pożółkłych zdjęć coś tam
jednak zrobiłem. Ten miniony czas to prawie 65 lat życia, 48 lat pracy
artystycznej i wszystko w jednym ciągu przyczynowo-skutkowym. Choć moje
życie widzę jako zestaw chaotycznych scen, często nienastępujących po
sobie. Radosnych i tragicznych, i co ważne, każda posiada jakąś barwną
tonację, nastrój słońca, deszczu, śniegu, mrozu, ale i szumu oceanu
pośród palm. I co najważniejsze - smak i zapach. To ciekawe, że ja,
człowiek muzyki, najmniej słyszę swoje życie. Oczywiście nie da się
uciec od szaleństwa rock and rolla, łez bluesa i pulsacji swingu. Ale ja
swe życie i jego etapy pamiętam węchem i smakiem. Jak mawiał Xawery
Dunikowski: Trzeba umieć wąchać czas.
Pamiętam siebie, 18-latka, jak po śmierci Ojca, kiedy żyliśmy w biedzie,
stałem pod kuchnią łódzkiej restauracji i chłonąłem nozdrzami zapach
schaboszczaka. Nauczyłem się wąchać czas i może dlatego umiałem się
znaleźć przez te lata w różnych okolicznościach i w różnym czasie. I dlatego stosunkowo mało popełniłem błędów, a w każdym razie przy moim
temperamencie, który zawsze kierował mnie gdzieś między Scyllę miłości
do świata a Charybdę potrzeby zdobywania go. A pot walki spływał mi na
oczy i przysłaniał często jego widzenie. I wtedy popełniałem także
błędy...
A zaczęło się od mezaliansu...
Krzysztof Krawczyk: Bardzo ciekawa
jest wcześniejsza historia mojej Rodziny. Mój Ojciec pochodził z takiego
ciekawego konglomeratu małżeńskiego, mieszanki wybuchowej, której efekty
odczuwam w swojej reakcji na otaczającą mnie rzeczywistość.
Franciszek - jego ojciec, a mój dziadek, obok sumiastych wąsów miał w Sosnowcu własny, bardzo znany zakład ślusarski, a jego przyszła żona
pochodziła z rodziny hrabiowskiej Sampolińskich, z płonącą jaszczurką w koronie w godle. Oczywiście nie mam dziś do tego godła żadnych praw ani
pretensji, wspominam to jako ciekawostkę. Nie mam też pretensji do
większej części Kielecczyzny, w której znajdowały się dobra
Sampolińskich.
Jechała moja babcia powozem i pech (a może szczęście) chciał, że pod
Sosnowcem coś się przy powozie stało, potrzebna więc była pomoc
ślusarza. Mówią napotkani ludzie: Ano, jest tu taki znakomity fachowiec,
nazywa się Franciszek Krawczyk. Jak babcia zobaczyła Franciszka z takimi
dużymi, sumiastymi wąsami, zakochała się w nim, zresztą z wzajemnością.
Ale wtedy taki związek to był mezalians. Babcia została kompletnie
wydziedziczona. Spędziła całe życie na poddaszu warsztatu. Franciszek
wcześnie zmarł, ale zdążyli dorobić się sześciorga dzieci. Najmłodszym
był mój Ojciec.
Ciekawa jest też historia mojego dziadka Stanisława ze strony matki -
powstańca śląskiego, który brał udział w bitwie o Górę św. Anny, gdzie
był łącznościowcem. Miał różne ordery, którymi się bawiłem, gdy byłem
mały. Wśród nich były też ordery z PRL-u, bo na początku on bardzo
wierzył w ten nowy system.
Mój dziadek, ponieważ był powstańcem, już przed wybuchem drugiej wojny
światowej był na liście sporządzonej przez hitlerowców, z wyrokiem
śmierci do wykonania. Wiedząc o tym, zrozpaczony musiał uciekać przez
Rumunię do Anglii. To była cała epopeja, droga przez mękę. Dziś już
niewiele z jego opowieści pamiętam. W Anglii trafił do wojsk lotniczych.
Znał dobrze język angielski, więc nie miał problemu z adaptacją. Tam był
również łącznościowcem, najpierw w brytyjskiej armii, potem w Dywizjonie
303. Tam został też odznaczony, miał sympatię i chyba zamierzał w Anglii
pozostać. Ale sumienie go ruszyło i wrócił do swojej Genowefy. Tym
bardziej że zostawił ją z piątką dzieci: moja Mama, najstarsza Lucynka,
ciocia Wandzia, wujek Tadeusz, ciocia Halinka i wujek Czesiu, jedyny,
który jeszcze żyje i ma się dobrze. Imponuje energią i takim dobrym
spojrzeniem na życie. Pamiętam, jak w dzieciństwie wziął mnie na rower i zawiózł do Książa, żeby pokazać zamek. Mieliśmy upadek, on złamał nogę,
ja byłem poturbowany. Przypomniałem to sobie w 1987 roku, kiedy kręciłem
program z kolędami na zamku w Książu, tej perełce architektonicznej.
Kiedy dziś po latach wracam do historii mojej Rodziny i zderzam ją ze
wszystkimi zawirowaniami mojego życia i z faktem, że potrafiłem wyjść z nich obronną ręką, dochodzę do wniosku, że swą siłę odebrałem przede
wszystkim w genach. Ojciec przekazał mi geny artystyczne, zaś w genach
Matki otrzymałem niezwykłą energię.
Mój Ojciec January zaraz po wojnie występował w Teatrze Śląskim im.
Wyspiańskiego w Katowicach. Obok nas mieszkał ubek. Zapragnął naszego
mieszkania i z kumplami wpadł do nas, by zmusić nas do jego oddania.
Ojciec należał wtedy do PZPR. Jak wielu jego kolegów po prostu wierzył,
że ten ustrój może coś dobrego ludziom przynieść. Wierzył w ten ustrój,
jak w piękną bajkę o ustroju sprawiedliwości społecznej. Nawet Rosjanie,
oswobodziciele, gdzie na Śląsku miało to podwójne znaczenie, byli
postrzegani pozytywnie, tym bardziej że prawda docierała do ludzi z dużym opóźnieniem. Ojciec był przez Rosjan bardzo ceniony, bo bardzo
dobrze śpiewał swoim pięknym barytonem romanse rosyjskie. Śpiewał, bo
bardzo lubił, co zresztą przejąłem po nim. Wtedy ten repertuar bardzo
się przydawał. Po takim występie przynosił do domu i rozdawał także
sąsiadom słoninę, kaszę, chleb, węgiel i wódkę. Na tamte czasy był to
najlepszy środek płatniczy. Jak mówiłem, Ojciec wierzył na początku w tę
komunistyczną bajkę, ale wtedy w jednej chwili sąsiad ubek obudził go z pięknego snu. Co prawda, Ojciec sobie z tymi trzema napastnikami
poradził, ale czwarty wyjął pistolet i przyłożył mu do skroni,
jednocześnie podsuwając kartkę papieru. Pisz, że zrzekasz się tego
mieszkania. Inaczej cię zastrzelę! Ojciec podpisał, a na drugi dzień w komitecie partyjnym oddał legitymację, co zostało odnotowane i ciągnęło
się za nim cały czas. Utrudniało mu pracę, choć był bardzo zdolnym
aktorem i śpiewakiem.
Wylądował potem z Mamą i ze mną w Białymstoku, zaangażowany do Teatru
Miejskiego, a po dwóch latach przenieśliśmy się do Poznania.
Pierwsze zapamiętane sceny z mego życia to koszmarna przeprowadzka z Białegostoku do Poznania. Nigdy nie zapomnę, jak Ojciec z kolegami
targał z trudem do pociągu te kredensy i pianino. To horror to ładowanie
przez okna, nawet do przedziałów wsiadaliśmy przez okno, żeby zdobyć
miejsce. Ta podróż była jedną z najgorszych w moim życia. Choć było to
tak dawno, pamiętam ją, niestety, dokładnie.
Ojciec podjął pracę w Teatrze Polskim prowadzonym przez Wilama Horzycę.
Wspaniały był to człowiek, ceniący Ojca, przyjaźnił się z naszą rodziną,
często bywał u nas w domu. W Teatrze Polskim mój Ojciec grał z takimi
sławami jak Ludwik Solski czy Adam Hanuszkiewicz.
Pierwsze zapamiętane przeze mnie mieszkanie w Poznaniu mieściło się przy
dzisiejszej ulicy Wierzbięcice, a dawniej Gwardii Ludowej, numer 19,
naprzeciwko kina "Wilda". To mieszkanie zapamiętałem z kilku powodów.
Po pierwsze - blisko było kino i można było Ojca namówić, by poszedł ze
mną na film. Nie było wtedy telewizji, więc uwielbialiśmy chodzić do
kina.
Po drugie - niedaleko był rynek, gdzie z kolegami od czasu do czasu
udało się ukraść coś słodkiego ze straganu. Jak się Ojciec dowiedział,
to miałem karę taką, że musiałem się wyspowiadać w kościele. Te słodycze
to była jedyna rzecz, jaką ukradłem w życiu. Tutaj nie zgadza się ze mną
moja teściowa, która twierdzi, że ukradłem też jej córkę.
Po trzecie - pamiętam też z tego poznańskiego domu, że naszą ulicą
przejeżdżał tramwaj i kiedy wieczorem było ciemno, w pokoju na suficie
przesuwał się ślad, który tworzył swoisty teatr cieni. Te układające się
formy interpretowałem bardzo twórczo. Byli rycerze, kowboje, duchy,
sanie, okręty... Pamiętam jeszcze to mieszkanie z powodu dużej
uciążliwości, jaką było noszenie węgla z piwnicy. Rwałem się do tego,
ale Ojciec mi nie pozwalał...
Nieprawdopodobnie mnie kochał. I chociaż przeżyłem w roztaczanym przez
niego opiekuńczym cieple tylko 18 lat, to nie ma dnia, żebym o nim nie
myślał. Dziś już chyba nie ma takich ojców. Czego najlepszym dowodem
jestem, niestety, ja sam, bo nie potrafiłem kontynuować tej tradycji w stosunku do własnego syna. Mój Ojciec nie tylko opiekował się troskliwie
synem, ale jeszcze pisał pamiętnik z przesłaniem dla niego, z myślą, że
będzie go czytał, kiedy Ojca już zabraknie. I rzeczywiście, jego słowo
towarzyszyło mi podczas amerykańskiej emigracji i często dodawało siły w trudnych momentach. Bez fragmentu tego pamiętnika nie może też obejść
się książka o moim życiu... Cofnijmy się do 1952 roku, kiedy to ukończyłem
6 lat...
Poznań 3.IX.1952 r.
January Krawczyk
PAMIĘTNIK OJCA
Kiedyś, po latach, będzie Wam miło i przyjemnie, Krzysiu i Andrzejku,
przeczytać wspomnienia moje o Was, o waszym dzieciństwie w szczególności. Masz już 6 lat bez 5-ciu dni, Krzysiu, a Andrzejek 1 rok
i 8 miesięcy, kiedy zaczynam pisać ten pamiętnik dla Was i snuć
wspomnienia tak piękne i świeże, jakby to było wczoraj, kiedy to z Waszą
dobrą i jakże kochaną Mamusią marzyliśmy, że: "Pierwszy musi być syn" -
tak zawsze mówiła i dodawała jeszcze: "I do Ciebie podobny Janusz, musi
mieć niebieskie oczy jak ty i być we wszystkim do ciebie podobny".
Pamiętam, gdy Cię pierwszy raz ujrzałem, Krzysiu, i usłyszałem radosne i przepełnione szczęściem słowa Twojej Mamusi, pierwsze Jej słowa, gdy
mnie tylko zobaczyła: "Synuś, Janusz! Synuś", a łzy szczęścia toczyły
się jak groch po wybladłej i cierpiącej twarzy. Za chwilę podała mi
Ciebie, bezradne małe niemowlę, komicznie poruszające maleńkimi
rączynami. Miałeś rzeczywiście niebieskie oczka, a ja dumą ojcowską
przepełniony zaraz dopatrywałem się dalszych cech podobieństwa do mnie.
Ponieważ przy mnie Mamusia po raz pierwszy Cię karmiła, ze wzruszeniem i radością przyglądałem się, jak Ci to niezręcznie szło, mój synu (zresztą
do chwili obecnej idzie Ci to nie najlepiej), i pomyślałem sobie: skoro
mój syn nie jest takim głodomorem jak inne noworodki, to znaczy, że jest
do wyższych celów przeznaczony. Zawsze podkreślałem z dumą, jak jesteś
doskonale i silnie zbudowany, jak silnie masz sklepioną i uwypukloną
klatkę piersiową i jaki to z Ciebie wyrośnie mężczyzna. Z każdym dniem
stawałeś się do mnie podobniejszym, z czego rzecz prosta cieszyłem się
zawsze, zwłaszcza teraz, gdy porównuję siebie na zdjęciu rodzinnym z mych chłopięcych lat, podobieństwo Twoje, Krzysiu, do mnie jest
uderzające. Jeszcze byłeś w "projekcie", jak marzyliśmy i pragnęliśmy,
abyś był muzykalny i wrażliwy na piękno w ogóle. Kupiliśmy pianino i wyobrażaliśmy sobie, jak to będzie pięknie, jak nasz synuś przyjdzie na
świat, podrośnie i będziemy uczyli go grać na tym pianinie, budzić w nim
zamiłowanie piękna, prawdy i ukochania, umiłowania tych najwyższych
wartości. Bardzo często brałem Cię na ręce, siadałem przy pianinie, a Ty
uderzałeś maleńkimi rączynami w klawisze i śmiałeś się rozkosznie, a my
wraz z Tobą. Wierzyliśmy niezachwianie, że jesteś muzykalny i wrażliwy
na muzykę. Pierwsze słowo, jakie wymówiłeś, było: "tata". O! Jaki dumny
byłem, ile radości sprawiło mi to, mój synusiu, trudno to ująć w formę
słów. A później gaworzyłeś rozkosznie: "lodl, lodl, lodl, lodl" - rwałeś
się do pianina i gaworzyłeś: "lodl gla" - waląc brawurowo w klawiaturę,
ku naszej wielkiej radości. Za to z jedzeniem rzadko kiedy "klapowało".
Nie chciałeś ciągnąć swojego "garnuszka", chciałeś, by Ci samo mleczko
do buźki leciało. Zachwycaliśmy się Tobą stale w najdrobniejszych
szczegółach, wiążąc z Twoją przyszłością najświetniejsze nadzieje. Ot,
zwykłe to marzenia rodziców, którzy dla swych dzieci pragną z całej
duszy i wszystkich swoich sił w sensie wszelkich wyrzeczeń dla swoich
dzieci co tylko najlepszego i najpiękniejszego na świecie. Pierwsze
Twoje, Krzysiu, podróże zresztą dość częste, to krótkie wycieczki i spacery dziecinnym wózeczkiem - autkiem i tramwajem z Katowic do
Sosnowca do Babuni Kazimiery Krawczykowej. Miałeś roczek, jak odbyłeś
naprawdę długą podróż koleją, bo aż do Białegostoku, razem z nami, gdyż
ja we wrześniu 1947 roku rozpoczynałem pracę w Teatrze Miejskim w Białymstoku. Była to bardzo męcząca i uciążliwa podróż, trwająca
przeszło 16 godzin. Z dworca zach. z Pragi przez całą Warszawę do Dworca
Głównego musieliśmy jechać autem ciężarowym, bo most kolejowy na Wiśle
był zerwany w 1945 r. przez Niemców przy opuszczaniu Warszawy. Trzeba
Cię było trzymać troskliwie na kolanach, bo pociągi były przepełnione.
Wyobraź sobie, jak Mamusia Twoja była umęczona i wyczerpana, gdy
wreszcie dojechaliśmy do Białegostoku. Z dworca dorożką przyjechaliśmy
do Teatru wraz z bagażem przeszło 200 kilogr., a po załatwieniu
formalności do mieszkania na 2-gim piętrze przy ulicy Elektrycznej. O,
Krzysiuniu! A ile mordęgi było przy przewiezieniu bagażu z Pragi na
dworzec w Warszawie, gdy jechaliśmy do Białegostoku, gdy to sobie
przypominam, szczęśliwy jestem, że to mamy za sobą. A pakowanie tego
wszystkiego, co wchodziło w zakres prowadzenia gospodarstwa domowego,
jak: garnki, patelnie, pokrywki, blachy do pieczenia ciasta, talerze,
dzbanki, szklanki, filiżanki, spodki i spodeczki, łyżki, łyżeczki,
widelce, noże i cały szereg innych drobiazgów. Ubranie, futra, pościel i bielizna. A więc pakowanie tego wszystkiego do dwóch wielkich skrzyń w Katowicach w domu, potem transport na dworzec i nadanie na bagaż, o drogi syneczku, jakież to było "urwanie głowy". Pot ciurkiem spływał po
mnie i po Mamusi, a poprzez wszystkie te przygotowania radosna myśl -
jak to Krzyś będzie cieszył się, jadąc pociągiem, jak to będzie wyglądał
oknem, ile to będzie dla niego atrakcji i przyjemności. I rzeczywiście
tak było. Bawiło nas to i cieszyło bardzo, gdy tyle świeżych i nowych
wrażeń przeżywałeś. Jak to nam opowiadałeś w swoim dziecięcym języku:
"tuf, tuf, tuf, tuf!", mając śmiesznie skupioną i poważną minkę. Od
maleństwa zdradzałeś wielkie zainteresowanie i zajęcie dla muzyki, co
przejawiało się, gdy już utrzymać się mogłeś na nóżkach tym, że słysząc
rytmiczną taneczną muzykę, bardzo rytmicznie naginałeś kolanka, robiąc
lekkie jak gdyby przysiady, co nas wzruszało radośnie aż do łez, że
jesteś taki wrażliwy na muzykę, że tak ją odczuwasz. Nazywaliśmy Cię w takich chwilach "trzęsidupką", słodką, kochaną i całowaliśmy Cię do
utraty tchu. Całowaliśmy Cię zresztą stale, gorąco, serdecznie z zapałem
i tkliwą czułością, po rączkach, po nóżkach i całym ciałku. Raz Mamusia
przyszła pod teatr, gdy po południu graliśmy "Zemstę" Fredry. Ja wyszłem
podczas przerwy przed teatr na chwilę i wziąłem Cię syneczku na ręce, i mimo że byłem zmieniony charakteryzacją, gdyż byłem w peruce podgolonce,
miałem długie wąsiska i garbaty nosek, i ubiorem, gdyż byłem w kontuszu
przy karabeli, a bez strachu poszedłeś do mnie na ręce i przyglądając mi
się uważnie, rzekłeś poważnie: "tiatia". Mimo ubioru i charakteryzacji
wyczułeś ojca instynktownie. Zresztą pierwsze słowo, jakie w ogóle
wypowiedziałeś, było: "tiatia" - myślałem, że radość rozsadzi mi serce w piersiach. O, jakże często schylałem się nad wózkiem lub brałem Cię na
ręce, by zobaczyć Twój uśmiech promienny jak słońce. Jak zawsze
tęskniłem do Ciebie, syneczku, by Cię jak najprędzej przytulić do serca
na próbach, podczas przedstawienia i drogą do domu. Pewnego razu gdy ja
z Mamusią byliśmy czymś zajęci w przeciwległym do okien kącie pokoju,
Ty, Krzysiu, mając niecałe półtora roczku, w niepojęty dla nas sposób
wspiąłeś się na okno z łóżka, na którym się bawiłeś, a które stało przy
oknie i leżałeś na parapecie z główką ciekawie wychyloną na zewnątrz,
gdyż okno było otwarte w lecie. My nic oczywiście nie wiedzieliśmy o tym. Ja w pewnym momencie spojrzałem w kierunku okien i krzyknąłem
przerażony: "Janka, łap Krzysia!!!" Janka - dziewczyna do bawienia
Ciebie, Krzysiu, podbiegła i chwyciła Cię za nóżki, wziąwszy Cię z okna
na ręce, gdyż byłbyś niechybnie wypadł z okna 2-go piętra jak pisklątko
z gniazda na wysokim drzewie. Długą chwilę nie mogliśmy ochłonąć z przerażenia i uspokoić się, serca biły nam w piersiach jak dzwony na
trwogę. Jak potrafiłeś wspiąć się i wywindować się na okno, było dla nas
łamigłówką. Byłeś wówczas o ułamek sekundy w obliczu śmierci, mój
syneczku, w błogiej, dziecięcej nieświadomości nie zdając sobie z tego
sprawy. To było dla nas przestrogą i nauką na przyszłość, by uważać na
Ciebie jak na ogień, gdyż byłeś i pozostałeś dzieckiem nieprawdopodobnie
ruchliwym, żywiołowym i ciągle czymś zajętym. W niespełna pół roczku
siadałeś, a w 9-tym miesiącu zacząłeś chodzić. Ach, ileż serdecznych
wzruszeń przeżywaliśmy z Mamą Twoją oboje, patrząc na Twoje usiłowania,
kierowane instynktem życiowym, by jak najprędzej dawać sobie radę we
wszystkim. Od maleństwa byłeś niezwykle śmiały i przedsiębiorczy w stosunku do wszystkich i do wszystkiego, co Cię otaczało. Nigdy nie
bałeś się nawet największego psa, nawet gdy szczekał. U gospodyni, gdzie
mieszkaliśmy, był duży wilczur - Bari, z którym stale bawiłeś się.
Bardzo lubiłeś, bym Ci nucił do snu, toteż bardzo często usypiałem Cię
tkliwie, z czułością nastrojowo śpiewając najbardziej melodyjne melodje
o sierotkach czy "W chińskim klasztorze", czy "Mała Chinka", "Suita
kaukaska", "Na perskim rynku" itp. Śpiew i muzyka wywierały od maleństwa
na Ciebie magiczny wpływ. Mając roczek, do tego stopnia odczuwałeś
muzykę, że gdy to była muzyka taneczna, wykonywałeś zaraz rytmiczne
ruchy taneczne, a z biegiem czasu ruchy te nabierały pewnego
plastycznego wyrazu i swobody. Niejednokrotnie gdy byliśmy w mieście czy
to na spacerze, lub gdy wracaliśmy z teatru, Ty, Krzysiu, słysząc muzykę
taneczną z głośnika radiowego umieszczanego zwykle na zewnątrz u góry
przed sklepem z aparatami radiowymi, zaczynałeś tańczyć na ulicy.
Oczywiście zaraz przystawali ludzie, uśmiechając się z podziwem i aprobatą, a Ty nie przejmując się niczem, tańczyłeś z wdziękiem tancerza
rutynowego jak na scenie. Bardzo lubiłeś chodzić do teatru i zawsze
dopraszałeś się, aby Cię zabrać na przedstawienie wieczorem lub choćby
na próby tylko. Każdorazowa obecność czy to na operze czy na dramacie
lub komedii była dla Ciebie wielkim i głębokim przeżyciem, a dzielenie
się wrażeniami i zapytaniom nie było końca. Gdy miałeś 4 lata, zacząłem
Cię uczyć grać na pianinie. Zaczęliśmy od najłatwiejszych palcówek gamy
C dur rozbieżnej i na 1-ną oktawę, a później przez 3 oktawy. Nie
mogliśmy ochłonąć ze zdumienia, gdyż nadspodziewanie łatwo i szybko
dawałeś sobie radę i przyswajałeś sobie ćwiczenia. Kiedy więc tylko
miałem czas, zaganiałem Cię, Krzysiu, do lekcji, gdyż będąc niesłychanie
żywym, wolałeś "zbijać bąki", jak się to mówi, niż pół godziny ćwiczyć
palcówki lub gamy. Jest to zresztą zupełnie zrozumiałe i usprawiedliwione, że małe dziecko woli się bawić według swej fantazji,
niż systematycznie ćwiczyć codziennie jedno i to samo, co przy nauce gry
na pianinie, a szczególniej w początkowym okresie, jest nieodzowne, a przez to dla dziecka nużące. Ale ja chcąc Cię, mój syneczku kochany,
temperować i przyzwyczajać do systematycznej pracy nad sobą, prawie
codziennie przyzwyczajałem Cię do półgodzinnego ćwiczenia, aby Ci było
łatwiej przyzwyczaić się do systematycznej pracy nad sobą, co gdy
będziesz w wieku szkolnym, przyda Ci się jako wdrażanie do obowiązkowego
i systematycznego odrabiania lekcji. Na Mikołaja w 1951 r. kupiłem Ci
szkołę Bayera i zacząłem stopniowo przyzwyczajać Cię do nut. Ucieszyłem
się bardzo, gdyż okazało się, że masz bardzo dobrą, chłonną pamięć i że
doskonale dajesz sobie radę z nutami. Abyś mógł sobie łatwiej zapamiętać
klucz wiolinowy, rysowałem Ci pięciolinję w centymetrowej odległości
linja od linji i kładąc grosz, który wyobrażał nutę na linji lub pod
linją, objaśniałem Ci, co gdzie leży, a później pytałem Cię na wyrywki.
Powoli nauczyłeś się wiolinowego klucza, zorientowałeś się w wartościach
nut i pomaleńku, ćwiczenie za ćwiczeniem, zacząłeś grać z nut, ku
wielkiej naszej radości. Zawsze rozbudzałem w Tobie wyobraźnię i ambicje, abyś wytrwale się uczył by zostać pianistą - wirtuozem.
Zapalałeś się oczywiście w miarę mych barwnych opowiadań, ale gdy
przychodziło do ćwiczeń, bardzo często wyprowadzałeś mnie z równowagi i "obrywałeś" przy lekcji, nie chcąc lub nie mogąc się skupić, ale zawsze
jedyną i najważniejszą przyczyną mych przykrości i gniewu nie było to,
że nie mogłeś się skupić, tylko dlatego, że Ci się poprostu nie chciało
ćwiczyć. Musiałem Ci zawsze przemawiać do Twego dziecięcego rozumu i serduszka, że nie robisz tego dla mnie, a jedynie dla siebie, dla swojej
przyszłości, że dla siebie uczysz się i pracujesz, że stracony czas
bezpowrotnie ucieka i nic go już nie wróci, i jeśli już teraz nie
będziesz się uczciwie i pilnie uczył, a także wdrażał i przyzwyczajał do
systematycznej nauki i pracy nad sobą, to nic się nie nauczysz i nie
zdobędziesz. Słuchałeś oczywiście moich uwag i napomnień w skupieniu i przykładałeś się do lekcji, ale nie na długo, gdyż jasnem jest, że jako
dziecko o tak bujnym temperamencie i żywotności interesowała Cię cała
moc różnych zjawisk i rzeczy, o których myślałeś, a które odwracały
Twoją uwagę. Starałem się wpłynąć na Twoją fantazję i wyobraźnię,
opowiadając Ci, jak to będzie pięknie, gdy będziesz, pilnie się ucząc,
mógł jeszcze jako mały chłopczyk wziąć udział w koncercie szkoły, do
której będziesz uczęszczał, albo w przyszłości, gdy dorośniesz i zostaniesz pianistą sławnym, jakie to piękne będziesz mógł dawać
koncerty i czarować słuchaczy. Podobały Ci się perspektywy, jakie przed
Tobą roztaczałem, ale wolałeś się bawić po swojemu i tu Ci częściowo
ustępowałem, bo to Twoje prawo małego dziecka, ale konsekwentnie
przyzwyczajałem Cię, oczywiście nie przeciążając Twojego młodego umysłu
- do możliwie systematycznej uczciwej pracy, wychodząc z założenia, że
gdy pójdziesz po ukończeniu siedmiu lat do szkoły - szacunek, jaki
będziesz miał do obowiązkowego uczenia się, wydatnie Ci pomoże i ułatwiać będzie przełamywanie się w wielu wypadkach, gdy to więcej
ciągnie na boisko, na dwór do chłopców i zabawy. Oczywiście w równym
stopniu musimy znaleźć czas i na te wszystkie rozrywki, zabawy i przyjemności, które hartować będą ciało i duszę do pewnego stopnia - ale
przede wszystkiem nauka i obowiązek, a potem wszystko inne. A tu mam
wiele obaw, bo tak temperamentne dziecko, a później chłopak i młody
kawaler, będziesz z pewnością pociągany przez wszystko to, co jest
prawem ruchu i beztroskiej swobody, i dlatego pragnę i pracuję nad Tobą,
aby rozbudzić i stworzyć w Tobie drugą naturę - umiłowanie prawdy, nauki
i systematycznej pracy nad sobą, którą z pewnością da się stworzyć przez
budzenie w Tobie ukochania pracy nad sobą i kontroli systematycznej i codziennej w celu zdobywania wytkniętych przed sobą celów i zadań. A tymczasem w okresie beztroskich, dziecinnych lat, bo masz dopiero 6 lat,
temperament Twój znajduje sobie ujście w bezustannym ruchu, bieganiu,
niemożliwym wprost hałasowaniu i obijaniu sobie i ciągłym zadrapywaniu
kolejno na przemian kończyn górnych, dolnych lub głowy. Chodzisz z guzami czy sińcami nawet przez kilka dni, a panicznie boisz się, gdy Ci
wypadnie jodynować skaleczenia itp. Prosisz wtedy, płacząc rzewnie, bym
Ci pozwolił jodynować samemu, bo myślisz, że to mniej będzie bolało, i robisz to bardzo komicznie dla nas, ale dla Ciebie to tragedia.
Niedawno, aby uratować psujące - próchniejące Ci cztery zęby, musieliśmy
chodzić na zabiegi do gabinetu dentystycznego. Coś Ty tam wyprawiał,
Krzysiu, ile tam najadłeś się strachu, szczególniej przy borowaniu i czyszczeniu zębów. Albo jak nieraz musiałem Ci dać w skórę - to Ty
wyłaziłeś dosłownie ze skóry przedtym. Jednym słowem, na ból jesteś
niesłychanie wrażliwy. Tego roku, to jest 1952-go, w czerwcu nie mając
jeszcze skończonych sześciu lat, zdawałeś wstępny egzamin do podstawowej
szkoły muzycznej oczywiście z wynikiem dodatnim i byłbyś właściwy
egzamin zdał niewątpliwie, ale rozmyśliłem się, moje dziecko -
postanowiłem, abyś jak najdłużej miał pełne beztroski dzieciństwo do
ukończenia 7-dmiu lat. Przez około półtora roku chodziłeś do
przedszkola, Krzysiu, i stale były na Ciebie jakieś zażalenia, gdyż
okazało się, że jesteś czupurnym zawadjaką, często nieposłusznym. No -
miejmy nadzieję, że wyrośniesz z tego z biegiem lat i że wypływa to nie
ze złej woli, a z nadmiaru temperamentu i żywości...
Krzysztof Krawczyk: Kiedy w wieku 18
lat musiałem z dnia na dzień stać się dorosły, nie sięgałem do tego
pamiętnika, ale w pewnym momencie powrócił do mnie ze zdwojoną siłą.
Było to w zimie stanu wojennego w Polsce. Ja tę zimę spędzałem w amerykańskim oddaleniu i wtedy postanowiłem go kontynuować. Oto, co
napisałem 30 stycznia 1982 roku na tych samych kartkach, na których
pisał Ojciec:
ZIONSVILLE 30.01.1982 r.
USA
Krzysztof Krawczyk s. Januarego
Dnia dzisiejszego, poruszony do głębi solidarnością całego świata z narodem polskim (od 1000 lat walczącym o wolność własnego i nie tylko
własnego kraju), narodem miłującym pokój i demokrację - będąc od
przeszło roku na emigracji, pełen tęsknoty za krajem, Matką, bratem i Przyjaciółmi, postanowiłem rozpocząć pisanie pamiętnika naszej Rodziny,
której korzenie zostały w Polsce, a które może w przyszłości przyjmą się
w Ameryce - obecnej naszej Ojczyźnie!
Coraz częściej sięgam po ten pamiętnik, czytając (wzruszony) jego
pierwszą (i niestety nie dokończoną przez niego, nieżyjącego już od
18-stu lat, ukochanego Ojca Januarego) część tych wspomnień, jakże mi
drogich! Wiem, że trudno mi będzie przypomnieć sobie wszystko, co
wydarzyło się w ciągu mojego 35-cioletniego życia, ale jednak spróbuję!
Wiem również na pewno, że nie potrafię tak pięknie opisać wszystkiego,
jak to zrobił mój Tatuś. Wiem jednak, że powinienem kontynuować zaczęty
przez mego Ojca pamiętnik, chociażby dlatego, żeby wspomnienia te
przetrwały również w pamięci tych, którzy po nas przyjdą, którzy nas
kochają i szanują, którzy są jakby przedłużeniem naszego pracowitego
życia!
Niestety! Sił i czasu starczyło mi tylko do 1983 roku, by przywołać
kilka wspomnień mego wcześniejszego życia. Wszystkie zostaną przytoczone
w tej książce, która jest właściwie dopiero spełnieniem, mocno
spóźnionym spełnieniem obietnicy rzuconej na łamach ojcowskiego
pamiętnika 30 stycznia 1982 roku. Dziękuję ci, Andrzeju, mój
przyjacielu, że mnie do tego zachęciłeś, pomagasz mi w tym trudnym
dziele przywołania 64 lat burzliwego życia. Ja przecież przywykłem
wypowiadać się głównie śpiewem.
Andrzej Kosmala: I śpiewająco, jak
na razie, nam idzie ta praca. Przyjacielu, odnoszę często wrażenie, że
nic w twoim życiu nie bierze się z przypadku. Bo na przykład 30
stycznia, dzień, w którym podjąłeś zobowiązanie, to dzień moich urodzin.
Tamten Poznań
Krzysztof Krawczyk: A jednak Ojciec
długo nie wytrzymał i czy to chcąc zrealizować swoje marzenia o synu -
wybitnym pianiście, czy też dostrzegając we mnie buzujący talent
muzyczny, posłał mnie jednak do szkoły muzycznej.
Pamiętam, jak chłopaki kopali piłkę na podwórku, a ja musiałem ćwiczyć
na fortepianie. Niedawno, po latach, odwiedziłem budynek przy ulicy
Wierzbięcice w Poznaniu. Skonfrontowałem wygląd budynku i podwórza z tym, co spoczywa we mgle mojej pamięci. Nawet ustaliłem okno, z którego
upadek miał mnie pozbawić życia. Niewiele się tam zmieniło. Spotkałem
starszych ludzi. Niektórzy pamiętali, że mieszkał tam aktor, ale patrząc
na mnie i poznając mnie, mówili: A to nie wiedzieliśmy, że to Krawczyk,
ojciec tego Krawczyka. No cóż, nie było wtedy telewizji. Można było być
znakomitym aktorem - a tak go oceniali koledzy z tamtych lat - i nie
zdobyć powszechnej popularności. Tę dawał aktorowi w tamtych czasach, w rodzącej się dopiero telewizji, film. A filmy kręcono w Łodzi. I tam
mieliśmy wkrótce trafić.
W Poznaniu Ojciec grał w Teatrze Polskim między innymi: postać Zarubina
w Pugaczowie Sergiusza Jesienina w reżyserii Wilama Horzycy, w Pastorałce Leona Schillera w reżyserii Hanny Małkowskiej postacie
szlachcica i Kacpra, postać kanclerza w Balladynie Juliusza
Słowackiego w reżyserii Władysława Woźniaka, a w sztuce Romana
Brandstaettera Król i aktor w reżyserii Adama Hanuszkiewicza postać
hetmana Ksawerego Branickiego. Zgodnie ze swoim podwójnym przygotowaniem
zawodowym oraz talentem aktora i śpiewaka barytona występował także w poznańskiej komedii muzycznej, między innymi w Wodewilu warszawskim
Zdzisława Gozdawy i Wacława Stępnia, reżyserowanym przez Jana Perza w roli Wieczorka, w Ja tu rządzę Wincentego Rapackiego (syna) postać
Korycińskiego w ujęciu Stefana Orzechowskiego, a w Pieśni miłosnej
Schuberta Franciszka Schuberta w reżyserii Jana Perza rolę Jana Michała
Vogla.
Bywałem często na próbach, czasem na spektaklach. W każdym razie z Mamą
najpierw w wózeczku, potem już na własnych nogach odwiedzaliśmy tatę w teatrze. Niekiedy wychodził do nas przed teatr w stroju scenicznym,
budząc moją radość i zainteresowanie przechodniów.
Często bywaliśmy na spacerze w parku koło opery oraz w popularnym
poznańskim zoo. Obok ogrodu zoologicznego, przy ulicy Zwierzynieckiej
mieściła się moja szkoła muzyczna. Z naszego mieszkania przy ulicy
Gwardii Ludowej szliśmy zazwyczaj pieszo przez duży park, dziś Karola
Marcinkowskiego, mijaliśmy zamek po prawej, filharmonię, potem szliśmy
przez most kolejowy, mijaliśmy skrzyżowanie zwane Kaponierą i dalej już
była moja szkoła.
W 1951 roku przestałem być jedynakiem. Urodził się mój brat Andrzej. Ale
ani przez moment nie poczułem, by w jakikolwiek sposób odbyło się to
moim kosztem, by Rodzice choć trochę uszczuplili opiekuńczość i miłość,
jaką mnie darzyli. Po prostu zdobyli się na drugie, równie gorące
uczucie. I to ciepło rodzinnego domu kojarzyć mi się będzie na zawsze z Poznaniem.
Andrzej Kosmala: Mój przyjacielu! I tutaj, jako poznaniak z krwi i kości, muszę ci wejść w słowo i przerwać
twoją opowieść. Jest jakimś zrządzeniem losu, niektórzy nazywają to
przewrotnością losu, że po pierwsze: nasze pierwsze drogi w życiu
przebiegały w tym samym mieście, w tych samych latach. Ja mieszkałem,
podobnie jak ty, w Poznaniu w latach 1949-1956. Ty na Wildzie, a ja na
graniczącym z Wildą przez tory kolejowe Łazarzu.
Po drugie: nasi rodzice chodzili z nami w te same miejsca Poznania, o czym świadczą zdjęcia. A więc przede wszystkim ogród zoologiczny przy
ulicy Zwierzynieckiej, park przy operze, schody opery z okazałymi lwami,
Teatr Polski z napisem "Naród sobie", Stary Rynek z koziołkami
wyskakującymi o godzinie 12.00 w południe na wieży ratuszowej, by się
potrykać.
Po trzecie: moja mama nazywała się z domu Irena Krawczyk. Mój dziadek
Andrzej był bardzo muzykalny, przed wojną sam zbudował organy i grał w kościele w Pleszewie. Moje kuzynki do dziś zajmują się muzyką, a jedna z nich jest śpiewaczką w operze w Reykjaviku, na dalekiej Islandii. Może
te moje pleszewskie Krawczyki mają coś wspólnego z tymi Krawczykami
śląskimi? Może tak, bo kiedy siadam z moimi pleszewskimi Krawczykami do
stołu, to mam wrażenie, że brak tylko Krzysztofa, jego mamy Lucyny i jego brata Andrzeja. Widocznie Krawczyki tak mają...
A wracając do tamtych lat: Poznań był miastem szarym, już nie tyle jak
większość miast szarością ustroju, ale germańskim, teutońskim nastrojem,
owszem, z tamtą solidnością i czystością. No cóż, było to podczas
zaborów miasto frontowe w walce z germanizacją. Wielkopolanie za oręż
walki wzięli adoptowanie akurat tych pozytywnych cech od Niemców, co
sprowadziło się do poznańskiego hasła: "porzundek musi być". Chodziło o pokonanie Niemców ich własną bronią. I udało się: tylko tutaj wybuchło
zwycięskie powstanie.
W czasach, w których startowaliśmy do kariery szkolnej, Poznań był też
jedynym obok miast portowych oknem na świat. Tutaj przecież w tych
mrocznych czasach odbywały się międzynarodowe targi. Pamiętam je głównie
za sprawą jeżdżących po Poznaniu pięknych zachodnich limuzyn, które
jednego dnia znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, by za
rok pojawić się znów.
Już w tamtych czasach zastanawiałem się, kim będę. Myślałem o byciu
księdzem (podobały mi się złote ornaty i zbieranie ofiary, nauczyłem się
nawet łaciny (w tym języku w tamtym czasie odprawiane były msze): Pater
noster, qui es in caelis..., pilotem kukuruźnika (to taki samolot
dwupłatowy, który często pojawiał się nad Poznaniem, kupowałem nawet
tygodnik "Skrzydlata Polska", sklejałem modele samolotów), ewentualnie -
za ojcem - prawnikiem (podobały mi się jego wywody prawne, kiedy
przychodzili do niego ludzie po radę, zabierał mnie też do sądu na
rozprawy). Czasem jednak w życiu dziecka jest taki moment, który nawet
jeżeli wprost nie zaważy na wyborze drogi w życiu, to uruchomi myślenie
o tym.
Król jest nagi
Andrzej Kosmala: Poznań był wtedy
silnym ośrodkiem teatralnym i muzycznym. Warszawa podnosiła się z gruzów, więc najlepsi artyści jechali do Krakowa, Łodzi, Poznania -
miast, które wojna stosunkowo mało zniszczyła. W Poznaniu przy ulicy
Armii Czerwonej (po 1989 roku ulica Święty Marcin), tuż przy kościele
św. Marcina z kopią groty Matki Boskiej z Lourdes, stał cudem ocalały
budynek (obok inne były w gruzach), w którym znalazł swe miejsce
Państwowy Teatr Lalki i Aktora. I tam miałem zaznać pierwszego
artystycznego wzruszenia, które, jak patrzę w przeszłość, ukształtowało
moją duszę, myślenie i wrażliwość na całe życie.
Mama zaprowadziła mnie na przedstawienie Christiana Andersena Nowe
szaty króla. Był król, który zamiast zajmować się rządzeniem, dbał
głównie o swoje ubrania, a życie spędzał w swej garderobie. Wykorzystało
to dwóch oszustów, którzy obiecali, że uszyją najpiękniejsze szaty o szczególnych właściwościach. Będą je widzieć tylko ludzie godni
najwyższych urzędów i zaszczytów. Wysłani do sprawdzenia przebiegu prac
minister i urzędnicy zachwalali, jaki to wspaniały materiał i jaki
postęp prac. I kiedy król ukazał się dworowi w ponoć cudownych szatach,
dworzanie byli zachwyceni. Tylko mały chłopiec wykrzyknął: Król jest
nagi! A wraz z nim cały lud. A więc sztuka o zakłamaniu, służalczości,
głupocie. I jak ten spektakl mógł zostać wystawiony w epoce, w której
były to cechy dominujące? Ja oczywiście byłem tym 6-letnim chłopcem, bo
też tyle miałem wówczas lat, i nikt nie był mi w stanie wmówić, że król
nie jest nagi!
Tak przeżyłem tę historię, że z wrażenia się posiusiałem. A ponieważ jak
większość chłopców w tamtych czasach nawet w zimie chodziłem w krótkich
spodenkach i pończochach przypinanych gumkami do majtek, dramat był dla
mnie podwójny. Chłopiec, który siedział obok mnie, nie zauważył, że król
jest nagi, ale nie uszło jego uwadze, że kolega się posiusiał, o czym
mówił dość głośno, pogrążając mnie tym do reszty. Aż dziadek, z którym
przyszedł, uspokoił go, tłumacząc, że chłopiec przyniósł śnieg na
butach, ten śnieg się roztopił i stąd kałuża. A więc nieprawda nie tylko
na scenie, ale i na widowni. Później, kiedy ustrój sprawiedliwości
umocnił niejedną nieprawdę, Zenek Laskowik komentował to z właściwą
sobie trafnością: Będę musiał iść do okulisty, bo co innego widzę, co
innego słyszę.
Czy coś się zmieniło od tamtych czasów poza ustrojem? Niewiele.
Większość współczesnych królów jest też naga, przynajmniej
intelektualnie, otoczona krawcami - oszustami, czyli specjalistami od
politycznego marketingu, i dworzanami - pochlebcami. Tylko coraz mniej
bystrych chłopców, którzy chcą to dostrzec. Można oczywiście żyć w słodkim przeświadczeniu, że król nie jest nagi. Dziś Laskowik, który
dalej najlepiej potrafi odpowiednie dać rzeczy słowo, komentuje: I tak
to jest.
Krzysztof Krawczyk: A ja w wieku 6
lat wybierałem się na wojnę z bolszewikami. A było to tak. Nie wiem,
jakim sposobem Rodzice sprowadzili mi do Poznania z Kanady kostium
kowbojski z dwoma rewolwerami. Były to lata stalinowskie. Jadę z Ojcem
na próbę w tym kostiumie tramwajem, budząc powszechne zainteresowanie.
Szczególnie u jednego faceta. A gdzie ty jedziesz, chłopcze? - pyta. Na
wojnę - odpowiadam. A kogo ty będziesz bił na tej wojnie? A ja:
Bolszewików.
W tym momencie w tramwaju zrobiło się dziwnie cicho, motorniczy tylko
zorientował się w groźnej sytuacji i przyhamował, umożliwiając starszemu
panu z dzieckiem kowbojem na ręku wyskoczenie z tramwaju. A kiedy ten
facet, który zadawał mi pytania, chciał zrobić to samo, motorniczy dał
czadu!
Skąd wziąłem tych bolszewików? W domu Ojciec często mówił, że są
przyczyną całego naszego nieszczęścia. No i przede wszystkim nasłuchiwał
radia Wolna Europa na takim Pionierku, niezwykle wówczas popularnym
odbiorniku. Poszukuję takiego odbiornika jak talizmanu.
Andrzej Kosmala: Mój ojciec słuchał
Wolnej Europy na Siemensie, a antenę ukrył w metalowej ramie pieca
kaflowego do gotowania i pieczenia, tzw. westfalce. Ale najlepszy okazał
się odbiornik tranzystorowy ze Związku Radzieckiego. Oni tam przy tych
wielkich odległościach musieli postawić na krótkie fale, a na tych
nadawała Wolna Europa.
Chciałbym jeszcze powrócić do przedstawienia Nowe szaty króla.
Ustawiło ono nie tylko moje filozoficzne widzenie świata, ale było też
ogromnym wstrząsem estetycznym. Kiedy zapaliły się reflektory, rozsunęła
kurtyna i zobaczyłem kukiełki w jakimś bajkowym, nierealnym świecie, w którym te kukiełki mówiły jednak normalnym językiem, byłem w szoku. Nie
tylko się tam posiusiałem, ale po powrocie do domu zbudowałem z pudełka
kartonowego teatrzyk kukiełkowy z kurtyną i podświetlany świeczką. Scena
teatralna zaczęła mnie bardziej fascynować niż szare życie. Pamiętajmy,
że nie było wtedy jeszcze telewizji. Na ścianie lub za prześcieradłem
odgrywałem teatrzyk cieni, a na imieninach u mojego ukochanego wujka
Kazia śpiewałem, tańczyłem i odgrywałem, leżąc na podłodze, piosenkę:
"Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, gdyby mu zagrali, zatańczyłby
jeszcze". Taki dzieciak musiał 25 lat później zostać dyrektorem
artystycznym Estrady i... menedżerem Krzysztofa Krawczyka.
Czerwiec 1956
Krzysztof Krawczyk: Historia lubi
się powtarzać. I ja w 1978 roku trafiłem na scenę teatru mojego Ojca,
czyli Teatru Polskiego w Poznaniu. Ilustrowałem pieśniami do wierszy
Sergiusza Jesienina przedstawienie Staroświecka komedia Arbuzowa.
Pomijając nowe doświadczenie zawodowe, fakt, że występuję na scenie, na
której występował mój Ojciec, był niezwykle wzruszający. Podszedł do
mnie ze łzami w oczach maszynista sceny, który pracował jeszcze z Ojcem
i nauczył go stolarki. Tyle pięknych rzeczy nam zrobił: szable,
pistolety, tarcze, zamki. To były arcydzieła.
W 1956 roku po wypadkach poznańskich 28 czerwca nastąpiła nerwowa
atmosfera w teatrze i odczułem ją także w domu. Aktorzy przystąpili do
demonstracji, przygotowywano listę aktorów do wyrzucenia. Ojciec
salwował się ucieczką do Łodzi. Tłumaczył to przed sobą tym, że będzie
bliżej filmu. Na wspomnienie poznańskich wydarzeń czerwcowych zawsze
milkł.
Andrzej Kosmala: Krótko przed
wydarzeniami czerwcowymi przeprowadziliśmy się z rodzicami do
Puszczykówka, 15 kilometrów od Poznania. 28 czerwca 1956 roku mój ojciec
miał spełnić moje marzenie: zabrać mnie na Międzynarodowe Targi
Poznańskie. Pierwszy raz w życiu miałem zobaczyć telewizję!
Nieprawdopodobne przeżycie. A tutaj sąsiad Gagat, mistrz murarski, mówi:
Panie Kosmala, gdzie pan chce jechać? Przecież jutro jest sztrajk!
Ojciec tylko z uśmiechem machnął ręką: Jaki tam strajk!
Pojechaliśmy więc pociągiem do Poznania, wychodzimy z dworca, a tutaj na
moście Dworcowym idzie wielka demonstracja z transparentem: "Chcemy
chleba dla naszych dzieci!". Przed Targami limuzyny gości targowych, a na ich dachach robiący zdjęcia. Pomyślałem sobie w dziecięcej naiwności:
"Szkoda takich ładnych samochodów". Chodziłem jeszcze z ojcem po
Poznaniu, bo miał on dodatkowo kilka zawodowych spraw do załatwienia. Na
ulicach karnawał wolności. Ale ja, 10-latek, miałem jeden problem:
zobaczyć telewizję.
Kiedy z ojcem skierowaliśmy się w stronę terenów Targów Poznańskich i byliśmy gdzieś w okolicach mostu Uniwersyteckiego, rozległy się strzały.
Ojciec od razu podjął decyzję: wracamy do Puszczykówka. Niestety,
pociągi już nie jeździły. Ruszyliśmy więc pieszo, a po drodze mijały nas
ciężarówki pełne sił bezpieczeństwa, wojska, milicji. Uzbrojeni po zęby.
Polska krwawo wystartowała do wolności i ten marsz miał trwać jeszcze 33
lata...
Łódź
Andrzej Kosmala: W Łodzi miałeś już
stałego kumpla, młodszego o pięć lat brata Andrzeja. Byłeś dla niego
najważniejszym autorytetem i takim pozostałeś do dziś. Andrzej też
posiadł po rodzicach talenty artystyczne, w jego przypadku plastyczne.
Namalował wiele wspaniałych obrazów, a kopistą malarstwa światowego jest
genialnym. Andrzej wspomina dla nas zapamiętany dziecięcy świat z tamtej
Łodzi:
Kiedy byliśmy dziećmi, kiedy jedynym oknem na świat było radio i kino,
słuchaliśmy Pionierka, audycji Lucjana Kydryńskiego w soboty, muzyki,
hitów śpiewanych przez Elvisa Presleya. Gdy robiło się późno i kładliśmy
się do łóżek, Tato czytał nam najpierw bajki, a potem, jak dorastaliśmy,
całą Trylogię. Nasza fantazja i wyobraźnia pozwalały nam widzieć tak jak
w kinie. Zawsze w niedzielę Tato zabierał nas na poranek do kina Tatra
na Toma i Jerry'ego.
Gdy byliśmy starsi, szliśmy najpierw do kościoła na mszę, a potem na
jakiś ciekawy film. Było to święto, bo Tata jeździł z teatrem objazdowym
Ziemi Łódzkiej i częściej go z nami nie było niż był. W okresie letnim
teatry były zamknięte, latem zawsze wyjeżdżaliśmy do dziadka ze Szczawna
Zdroju, do kurortu pod Wałbrzychem. Tato odwoził nas pociągiem,
lubiliśmy podróże i te posiłki w czasie jazdy (jajka na twardo i kanapki). Dziadek miał ule i pszczoły, zawsze brał pasiekę i wyjeżdżał.
Babcia pilnowała całego gospodarstwa i nas, dzieci, a było nas trochę
wnuków. My dwaj, od cioci Halinki dwóch chłopców, cioci Wandy Ola, wujka
Cześka troje i wujka Tadka troje. Było wesoło aż do wieczora.
Na naszym podwórku do dzisiaj rosną drzewa owocowe: jabłonie, wiśnie,
grusze, śliwa, orzech. Jako małe dzieci wchodziliśmy na drzewa i rwaliśmy owoce. Zawsze ktoś na nas krzyczał, ale dojrzałe papierówki
były tak dobre, że ciężko było zejść z drzewa. Za siatką dzielącą
jeszcze dwa podwórza dozorcy tych posesji, pan Olejniczak i Baranowski,
często gonili nas z ich posesji. Bandy od nich i my obrzucaliśmy się
kamieniami, darniną, walcząc i krzycząc. Wojny i bijatyki odbywały się
dość często. Po drugiej stronie ulicy też odbywały się batalie i wojny
dzielnicowe. Brat wraz ze swoimi starszymi kolegami wiedli prym, w takich akcjach często brat pokazywał swoje rany i siniaki. Ja byłem
bierny, raczej obserwowałem i byłem gotowy do ucieczki na naszą posesję.
Często te nasze podwórka zawierały pokój. Kije, tarcze szły na stos,
było wesoło i brataliśmy się wszyscy. W naszej dzielnicy z bijatyk i awantur znana była ulica Abramowskiego. Wieczorem unikało się
przechodzenia tą ulicą. Często się ryzykowało, miało się pietra.
Ważny był okres świąt Bożego Narodzenia. Tata w trasie, Mama zagoniona
chodzi po sklepach i zbiera produkty, aby kupić wszystko na święta. To
nie te czasy, gdy opowiadam swoim dzieciom, że praktycznie nic w sklepach nie było, bo stało się wiecznie w kolejkach po wszystko. Jedni
dostali, a ten za tobą odszedł z kwitkiem. Przyjechał Tata, przywiózł
żywą gęś, która wylądowała w piwnicy tak po cichu, żeby sąsiedzi nie
widzieli, bo nie wolno było hodować w blokach czegokolwiek. Był koniec
listopada. Tato po pracy zawsze pod wieczór schodził do piwnicy. Nic nam
nie mówił, a my ciekawi pytaliśmy Mamę, po co i dlaczego. Zżerała nas
ciekawość. Któregoś dnia wieczorem, kiedy Tato był już na dole w piwnicy, po cichu zeszliśmy za nim. Ukradkiem podeszliśmy jak najbliżej.
To, co ujrzeliśmy, było dla nas zdumiewające - Tato karmił gęś. Wkładał
jej coś do dzioba i przesuwał po szyi do korpusu. Czynność tę powtarzał.
Po cichu wycofaliśmy się. Dopiero za parę dni, gdy ciekawość sięgnęła
zenitu, przeprosiliśmy Tatę, że podglądaliśmy, co robi z tą gęsią, że
ona musi być bardzo głodna, że aż tyle je. Tata po chwili wahania
wyjaśnił, że przez takie kluskowe karmienie gęś przybiera na wadze i rośnie jej wątroba, którą z apetytem zjemy na święta. I tak oto
upieczona wylądowała na naszym stole.
Stół wiekowy, duży, drewniany. Służył nie tylko do celów
kulinarno-obiadowych. Pamięta zawody gry w cymbergaja, które Krzysztof
organizował z kolegami. To były gry! Cieszyli się z goli jak dzieci.
Śmiechu co niemiara. Odbywały się również zawody w ping-ponga. Były to
popisy gry. Działo się to wszystko w domu, nie było klubów
młodzieżowych. Wychodziło się na ulicę, deptak, słynną Piotrkowską,
spacerowało się aż do placu Kościuszki. W soboty i niedziele ludzie
wychodzili z domów i wszyscy szli na deptak, było nawet tłoczno, ale
wesoło, na lody od Gronowskiej. Miasto żyło, ludzie szli do kin, teatrów
i lokali gastronomicznych. To było moje młodzieńcze życie. Z łezką w oku
to wspominam.
Święta Bożego Narodzenia. Wigilia. Piękna jodełka, ubrana, z lampkami,
które Tato gdzieś zdobył, bombki, w których odbija się światło
kolorowych lampek. Nastrój podniosły, my z Krzysztofem odświętnie ubrani
czekamy zniecierpliwieni na prezenty. Rodzice wreszcie pozwolili je
obejrzeć i sprawiły nam one wiele radości. Nadszedł czas na kolację
wigilijną. Na wiekowym stole lądują potrawy, może nie aż tyle, nie aż
dwanaście, ale jest barszcz czerwony z uszkami, grzybowa, karp po
żydowsku, smażony, śledzie w oleju i w śmietanie, pierogi z kapustą i grzybami, łazanki, makiełki (chałka z rodzynkami, orzechami i miodem
przekładana słodkim makiem), kompot z suszonych owoców, jakieś czerwone
wino. Śpiewaliśmy kolędy, nastrój i radość, pierwsze łzy. Potem do
kościoła (katedry) na pasterkę. I mamy 25-ty grudnia, pierwsze święto
Bożego Narodzenia. Ja w Szczepana, 26-tego grudnia, obchodzę urodziny.
Były życzenia, wesoło, kino i mnóstwo słodyczy. Bardzo lubiłem te święta
z Rodzicami, ich klimat, zapach palonych świec i dzielenie się
opłatkiem. I ta beztroska...
Krzysztof Krawczyk: Święta Bożego
Narodzenia ze wszystkimi swoimi atrybutami, ze śpiewaniem kolęd to
niezapomniane chwile. Święta kojarzę z zapachem pasty do podłóg, bo co
roku na święta było generalne sprzątanie domu z pastowaniem i froterowaniem podłóg. Pamiętam zapach grzybów, kapusty, pomarańczy,
czekolady. Mama wyganiała nas z pokoju, bo w Poznaniu przychodził
Gwiazdor, a potem w Łodzi Mikołaj. "Musicie wyjść z pokoju, bo zaraz
Święty Mikołaj przyjdzie, trzeba zostawić otwarte okno". Te święta,
wyjazdy i powroty Ojca, nadopiekuńczość Matki - to wszystko mocne
wspomnienia. Miałem szczęśliwe dzieciństwo aż do momentu, kiedy
podsłuchałem rozmowę Rodziców, z której wynikało, że Ojciec ma raka
jelita grubego. Trafił do szpitala. Przed samą operacją uciekł. Malował
jeszcze meble w kuchni na biało, bo mówił: Jak będziesz po mnie miała
młodszego męża, to co on sobie o mnie pomyśli. Tak gorzko żartował.
Kim będę: pianistą czy aktorem?
Krzysztof Krawczyk: Pamiętam
doskonale pracę Ojca i Mamy w Łodzi. Mama miała tylko kilka ról
solowych, raczej była wykorzystywana w chórze, natomiast Ojciec miał
znakomity baryton włoskiej szkoły, liryczny, nie bohaterski.
W Łodzi kontynuowałem naukę w podstawowej szkole muzycznej, ale dotarłem
tylko do szóstej klasy. Nie podchodziłem z właściwym entuzjazmem do
wyobrażeń Ojca: Będziesz grał koncerty na fortepianie, w filharmonii, we
fraku, a my też odświętnie ubrani będziemy siedzieć na widowni i cię
oklaskiwać. Pomylił się Ojciec, umieszczając mnie w marzeniach w muzyce
poważnej, gdy tymczasem miałem trafić do muzyki, ale niepoważnej. Ale
myślę, że dziś byłby ze mnie zadowolony. Jak tam na mnie patrzy z góry,
to na pewno klaszcze. Był dobrym człowiekiem i na pewno trafił do nieba.
Ojciec był wszechstronnym aktorem. Grał w teatrze, filmie, śpiewał i w operze, i w operetce, a więc też - właściwie głównie - jak na tamte
czasy zajmował się lżejszą muzą. Nie grano wtedy raczej w kinach filmów
muzycznych z popularnymi gwiazdami amerykańskimi. Ale w Łodzi, mieście
filmowym, były zamknięte pokazy dla artystów. I Ojciec jako członek
związku aktorów mógł na te zamknięte pokazy za niewielkie pieniądze
chodzić. Zabierał tam mnie i brata. Kiedyś zabrał mnie na film z Louisem
Armstrongiem. Na tym filmie byłem zafascynowany nie tylko Armstrongiem,
ale również małym chłopcem w moim wieku, czyli gdzieś około 10 lat,
który siedział pod sceną. Zachwycony, w marzeniach nie widziałem siebie
jako Armstronga, ku którego pamięci nagrałem 50 lat później płytę ze
standardami amerykańskimi z tamtej epoki. Wtedy marzyłem, żeby być tym
chłopcem pod sceną, tak blisko mistrza. Zakochałem się w Armstrongu, tym
grubasie z białą chustką i chrypliwym głosem. Tata podzielał moją
fascynację, Mama nie. Bliżej jej było do Mieczysława Fogga, Janusza
Gniatkowskiego, Mieczysława Wojnickiego, ówczesnych gwiazd polskiej
estrady. Armstrong - mówiła - ma chore gardło.
Każdy występ Ojca strasznie przeżywaliśmy. Matka, nie mając z kim
zostawić swoich dzieci, często zabierała nas za kulisy teatru Lutnia,
czyli dawnej łódzkiej operetki. Tym bardziej że było to niedaleko
naszego domu. Pamiętam, że nie tylko występy Ojca nas fascynowały, ale
także przebierające się tancerki. Wstyd powiedzieć, ale bardzo lubiliśmy
je podglądać. Dla Ojca przedłużeniem sceny teatralnej był dom. Miał taki
sposób, żeby nas łatwiej uśpić. Po prostu czytał nam bajki, a jak
byliśmy starsi - Sienkiewicza, ale nie było to takie zwykłe czytanie.
Czytał nam najpierw W pustyni i w puszczy, potem Trylogię. Zmieniał
głosy, raz był Zagłobą, raz Wołodyjowskim. Przeżywaliśmy to bardzo.
Pamiętam, jak mówił: No, to już ostatni rozdział, a potem gasimy światło
i spać. A my błagaliśmy o więcej. Czytał przepięknie i myślę, że
czytanie dzieciom to najpiękniejsze chwile w rodzinnej atmosferze domu,
o edukacyjnych walorach nie zapominając.
Żadne późniejsze telewizyjne dobranocki nie mogły się równać z atmosferą
dobranocek kreowanych przez naszego Ojca. Zresztą nie mieliśmy wtedy
telewizora, tylko radio Pionier. Sąsiad miał telewizor. To do jego
małego mieszkania na czwartkową Kobrę potrafiło przychodzić 30 osób...
Śpiewaliśmy co roku kolędy. Ale Ojciec głównie jak śpiewał, to ćwiczył.
Miał tak wspaniały baryton, że jak śpiewał, dom drżał w posadach. Nie
lubiłem tych jego ćwiczeń, gdyż jak było ciepło, otwierał okno i jego
śpiew niósł się na całą ulicę. Ludzie się zatrzymywali, by posłuchać.
Często klaskali. A ja, głupi, tak się wstydziłem za Ojca! Często
podejrzewałem, że to okno otwiera specjalnie!
Nie pamiętam, żeby mnie zachęcał do śpiewania. Zabrał mnie do kina na
film W rytmie rock and rolla - z brytyjską gwiazdą Tommym Steele'em. I jak większość chłopaków w tamtym czasie oszalałem na punkcie gitary.
Ojciec powiedział: Poprawisz stopnie - dostaniesz gitarę. Trochę
podciągnąłem te tróje i dostałem gitarę. Ale szybko poszła w kąt, bo po
pierwszych ćwiczeniach spuchły mi palce. Dopóki nie spotkałem Sławka
Kowalewskiego, który nauczył mnie tak naprawdę grać na gitarze.
Mimo że Ojciec był z innej epoki muzycznej, rozumiał nową muzykę i śpiewał mi pierwszego rock and rolla z własną muzyką i własnym
angielskim tekstem, do tego akompaniując sobie na fortepianie.
Swój pierwszy występ, ale jeszcze nie w charakterze wokalisty, miałem w szkole muzycznej w Poznaniu. Na fortepianie musiałem grać popisy, żeby
zdać do następnej klasy. Pamiętam, że nie mogłem opanować drżenia nóg.
Natomiast świetnie się czułem, kiedy grałem w przedstawieniu Szewczyk
Dratewka. Ojciec mnie znakomicie przygotował, ucharakteryzował,
przykleił brodę, krzaczaste brwi, okulary. Tak czasami patrzę na siebie
dziś, kiedy zakładam okulary, i myślę: Jesteś podobny do tego Krawczyka
ucharakteryzowanego przez Ojca. Ojciec przygotowywał mnie zresztą także
do innych dziecięcych ról na takie eliminacje, dziś powiedzielibyśmy:
castingi. Szczególnie do dubbingów. Ojciec mówił mi: "Tu musisz tak
zagrać, tutaj głos modulować". W większości te role łapałem.
Występowałem wtedy w wielu dubbingach. Pamiętam takie jak Książę i żebrak i Czarne perły. Aż w końcu z tej grupy najlepsi zostali
wybrani do konkursu na role harcerzy w kultowym filmie z tamtych lat
Szatan z siódmej klasy. Ojciec przygotował mnie znakomicie i wygrałem
casting w cuglach. Ta rola miała 14 dni zdjęciowych i zarobiłem za nią
na ówczesne czasy ogromną kwotę - 3 tysiące złotych. Byłem najbardziej
autentycznym harcerzem, bo grałem we własnym, mocno spranym mundurku.
Reszta harcerzy to uczniowie szkoły aktorskiej w mundurkach prosto z magazynu. Film kręciliśmy w przepięknym zamku w Książu. Wszyscy
kochaliśmy się w Poli Raksie i zazdrościliśmy Józefowi Skwarkowi, że
może być tak blisko niej. Bardzo baliśmy się też grającego rolę
bandziora Mieczysława Czechowicza. Zagrałem w tym filmie i potem
statystowałem jeszcze w wielu filmach. Ojciec zaczął oswajać się z myślą, że pianistą wirtuozem już nie będę, ale powinienem zdawać po
maturze do szkoły aktorskiej. Przygotowywał już nawet dla mnie skrypty.
Miałem zostać aktorem! A niewiele by brakowało i zostałbym wojskowym.
Wszystko przez kobiety...
Bo z kobietami w moim życiu to różnie bywało!
Z kobietami to różnie bywało
Krzysztof Krawczyk: Kobiety były w moim życiu jak muzyka - na pierwszym miejscu. I były tak jak muzyka siłą
napędową mojego życia.
Wyobraź sobie, w przedszkolu siedzi naprzeciw ciebie dziewczynka o kręconych blond włosach i pyta, czybyś coś zjadł, i częstuje cię,
widząc, jak łapczywie jesz, a zawsze byłem głodomorem. To dla mnie
zaskakujące doświadczenie, bo byliśmy z kolegami w wieku, w którym
wydawało się, że od dziewczynek niczego dobrego nie należy oczekiwać.
Tym bardziej że miałem przykre doświadczenie z dziewczynką, która
spuściła mi lanie...
Przyjrzałem się twarzy blondynki i stwierdziłem, że jest niezwykle
piękna. I chyba się pierwszy raz zakochałem, choć wstydziłem się
komukolwiek o tym powiedzieć. Bo nie widziałem wśród kolegów takiego
zjawiska jak uczucie do koleżanki. Ale jednak znalazł się konkurent,
będący moim fizycznym przeciwieństwem, który podsuwał jej cukierki i lalki. Był mocno zbudowany i mógł mnie powalić jednym uderzeniem.
Wiedziałem, że nie jestem w stanie go pokonać, ale kiedy zaczął się do
niej już mocno przystawiać, nie wytrzymałem - złapałem największy
klocek, podszedłem do niego zdradliwie od tyłu i zdzieliłem go tym
klockiem po głowie. Miał wielką ranę, przyjechało pogotowie, a mnie za
karę kazano klęczeć na grochu, aż przyjechał mój Ojciec. Kiedy mnie
zabrał z przedszkola, najpierw długo milczał, aż wreszcie spytał:
Powiedz, dlaczego to zrobiłeś. Musiałeś mieć przecież jakiś powód. Więc
ja mu oświadczyłem ze łzami w oczach, że jestem śmiertelnie zakochany w Elżbiecie, bo tak miała na imię. Obawiałem się, że Ojciec się
roześmieje, a on mi mówi: Wiesz, ona jest rzeczywiście bardzo ładna. A ja na to: Gdybym wziął mniejszy klocek, to może bym go tak nie
skaleczył, ale teraz może się od niej odczepi. Na to Ojciec: To nie jest
sposób. Jeżeli jesteś tak zakochany, to powinieneś się codziennie za nią
pomodlić. I ja zacząłem się żarliwie modlić. A Ojciec jeszcze mnie
pouczył na przykładach z Krzyżaków, że nigdy przeciwnika nie atakuje
się od tyłu, że to nieszlachetne. Tak więc ta pierwsza moja miłość była
bardzo pouczająca. Miłość i konkury do tej Eli o pięknym warkoczu nie
mijały mi nawet jeszcze w szkole podstawowej. Ale wygrał mój konkurent,
zdzielony klockiem w głowę. Co prawda, w szkole średniej na jakiejś
zabawie porwałem ją do tańca. A w tym byłem 45 tysięcy razy lepszy od
mojego konkurenta. Ona też się zapomniała w tańcu i nad ranem
odprowadzałem ją do domu. Tam jednak czekał mój konkurent w czarnych
skórzanych rękawiczkach, ze swoimi kolegami. Też dopadł mnie znienacka
od tyłu i uderzył w twarz, aż się zalałem krwią. Chybabym go rozszarpał,
ale koledzy wzięli go w obronę. Po latach ożenił się z tą Elą, jest dziś
lekarzem i mieszkają razem w Niemczech.
W nastoletniej młodości ważny był czas prywatek. Miałem 16 lat i bliskość w tańcu z kobietą była czymś fascynującym. Szczególnie
zauważyłem, że i ze mną, i z nimi coś się dzieje, kiedy z gramofonu
dobiegały tzw. pościelówy Elvisa Presleya czy Brendy Lee. Dziś żaden
17-latek nie powie tego głośno, ale ja w tym wieku nie wiedziałem do
końca, co znaczy być z kobietą. Poznałem, kiedy miałem 18 lat i byłem na
wakacjach u mego dziadka w Szczawnie Zdroju. Dziadek miał ciuchy z Anglii, w których wyglądałem dojrzalej i niezwykle światowo. Poszedłem
tam do Domu Zdrojowego, gdzie na Białej Sali był dancing. Przy
orkiestrze bawili się wczasowicze. I tam zwróciła na mnie uwagę
dwudziestoparoletnia dziewczyna i kiedy grali białe tango, poprosiła
mnie do tańca. I też tańczyła tak blisko mnie. Grali przebój Brendy Lee
I'm sorry. Byliśmy tak roznamiętnieni, że wyprowadziła mnie do lasu. I tak pozbyłem się mojej niewinności. Wyglądało to wtedy raczej na krótkie
spięcie, ale aż do wyjazdu spotykaliśmy się regularnie. Była chyba
starsza ode mnie o jakieś 8-10 lat. To miejsce w lesie, gdzie wszedłem w prawdziwy wiek męski, pamiętam do dziś i po latach pokazałem Ewie. Kiedy
też 30 lat później poznałem Brendę Lee, powiedziałem, że dzięki jej
piosence I'm sorry straciłem dziewictwo. Z zachwytem orzekła, że już
wiele słyszała na temat swojej piosenki, ale to wyznanie jest
najoryginalniejsze...
A wczasowiczka? Jak to wczasowiczka. Po prostu wyjechała. A ja zacząłem
się rozglądać, jak wykorzystać to nowe doświadczenie. Miałem jeszcze dwa
atuty: grałem dobrze w ping-ponga i odkryłem w sobie talenty wokalne.
Nie grałem jeszcze wtedy, co prawda, na gitarze, ale nieźle grał mój
kolega, który także śpiewał, a ja odkryłem, że bez trudu przychodzi mi
śpiewanie z nim o tercję wyżej lub niżej. Śpiewaliśmy Marinę i inne
modne wtedy włoskie piosenki. Kolega miał dziewczynę i nie zwracał uwagi
na zachwyt pań. A dla mnie było to naprawdę pole do popisu. Ale nie
muzyka przyniosła mi następny sukces, tylko ping-pong.
Następna moja wczasowa sympatia też była ode mnie starsza, o jakieś pięć
lat, i nie zwracała uwagi na moje popisy wokalne, natomiast uwielbiała
grać w ping-ponga. Ze wszystkimi wygrywała. Na imię miała chyba Zosia.
Pomyślałem sobie: Jeśli nie chcesz słuchać moich piosenek, pokonam cię w ping-ponga. I udało się, pozbawiłem ją mistrzostwa świetlicy. Ale to
wcale jej nie zbliżyło do mnie, nawet zadziałało odwrotnie -
znienawidziła mnie. Miała jeszcze jedną słabość - paliła namiętnie
papierosy, na ówczesne czasy pięknie pachnące i drogie, marki Mewa. Ja
próbowałem wtedy palić, choć się nie zaciągałem, tym bardziej że były to
popularne sporty. Oczywiście z takimi papierosami nie miałem co do niej
startować, więc za ostatnie pieniądze kupiłem mewy, czym wzbudziłem jej
zainteresowanie, a jak jeszcze postawiłem lody, to zaczęła mi się
zwierzać ze swojej samotności, bo chłopak jest w wojsku. Atmosfera
naszej rozmowy stała się tak czarująca, że musiało dojść do połączenia
afektów na zapleczu restauracji. Ale wkrótce chłopak przyjechał z wojska, a ja z tego Szczawna szybko wróciłem do Łodzi.
Można zapytać za Grechutą - co to wtedy było: przyjaźń czy kochanie?
Myślę, że to były takie zadurzenia młodzieńcze. Chociaż zawsze się
starałem w dziewczynach odnajdywać jakieś szczególne cechy. I kiedy
potem z Trubadurami mieliśmy niezwykłe powodzenie u kobiet, to
zarzucanie sieci zawsze budziło moje wątpliwości.
Były też sytuacje, w których to one prowokowały. Często siadałem w najbardziej ciemnym kącie kawiarni czy restauracji, a one i tak mnie
wypatrzyły. Zresztą miłość do muzyki w tamtym czasie wypełniała mnie bez
reszty.
Było to w X klasie liceum. Wybraliśmy się z kolegą na koncert
Czerwono-Czarnych. Tak byliśmy tym koncertem podekscytowani, że
wracając, kupiliśmy wino marki "Wino". Przechodząc koło szkoły,
podzieliliśmy się z woźnym tym trunkiem. Zaszkodziło nam i zostawiliśmy
na boisku szkolnym ślady naszej pijackiej działalności. Woźny niestety
nas wydał. Zostaliśmy wyrzuceni ze szkoły. Ojciec wtedy powiedział: No
dobrze! To teraz będziesz pracował i się uczył!
Ale w tym czasie zapragnąłem zostać wojskowym i zgłosiłem się do Szkoły
Kadetów w Elblągu. Zdałem egzamin, już nawet miałem pobrane wymiary
mojej głowy do wojskowej czapki. Wtedy u nas w Łodzi młodzi wojskowi
mieli po prostu duże branie u dziewczyn. Wszyscy im zazdrościliśmy. W październiku zaczynał się tam rok szkolny, ale w międzyczasie zdążyłem
się zakochać w dziewczynie trzy lata ode mnie starszej, pięknej i mądrej. Zakochałem się do tego stopnia, że zacząłem pisać wiersze
miłosne. Jak się zakochałem, to ustał już powód zostania wojskowym.
W pamiętniku, który pisałem w Stanach Zjednoczonych, wstrząśnięty
wydarzeniami stanu wojennego, zdobyłem się na szczerość, na którą w następnych latach nie zawsze mnie było stać. Przytoczę zapiski z 1982
roku:
Mając 24 lata, ożeniłem się z panną starszą od siebie o 3 lata -
koleżanką z ławy szkolnej, albowiem po śmierci Ojca maturę zdałem w liceum dla pracujących w Łodzi. Miałem więc kolegów czasami o 15-20 lat
starszych od siebie. Były to wspaniałe czasy i wspaniali ludzie. Grażyna
Adamus (później Krawczyk) była ładną, wygadaną panną, robiącą wrażenie
bardzo doświadczonej w sprawach damsko-męskich. Później okazało się, że
sytuacja jest wręcz odwrotna. Była to moja autentyczna pierwsza szczera
miłość, na którą wybranka moja w pełni zasługiwała. Rodzina mojej
pierwszej żony przyjęła mnie do swego grona bardzo szczerze i serdecznie. W szczególności matka mojej teściowej - babcia Grażyny -
faworyzowała mnie ogromnie, dokarmiając przy każdej okazji.
Zamieszkaliśmy zresztą później razem, najpierw w Łodzi, potem w Warszawie. Obydwie moje panie dogadzały mi, czym się dało...
Ale znowu wybiegłem wspomnieniami do przodu. Wracam więc do poznania
Grażyny. Dzięki niej nie zostałem podporucznikiem. Poszedłem więc do
szkoły wieczorowej, gdzie spotkałem Sławka Kowalewskiego. Połączyła nas
przyjaźń i pasja muzyczna. Występowaliśmy w duecie na uroczystościach
szkolnych typu Dzień Nauczyciela, żeby zarobić na lepsze oceny. W tej
szkole wieczorowej miałem też problem natury psychologicznej, bo w większości do matury uczyli się tam panowie po czterdziestce, a ja
miałem 16 lat. Zdaliśmy ze Sławkiem maturę, ale jednak chyba głównie
dzięki piosenkom, do których on pisał muzykę, a ja próbowałem pisać
teksty.
W lecie 1963 roku pojechaliśmy wraz ze swoimi dziewczynami do
Międzyzdrojów na wakacje. Sławek rozbudzał moją wyobraźnię: Pamiętaj,
jak będziesz ciężko pracował, to się opłaci, bo muzyk to jest dobry
zawód. Jak muzycy od Wicharego przychodzili do restauracji, to w butonierce mieli włożone zamiast chusteczki po 500 złotych, a koszul w ogóle nie prali, tylko wyrzucali i kupowali nowe. Zespół Zygmunta
Wicharego z wokalistą Bogusławem Wyrobkiem był wtedy niezwykle
popularny. Byliśmy na każdym jego większym koncercie. Sławek Kowalewski
roztaczał przede mną miraże sławy. Zobaczysz! Będzie nas jeszcze kiedyś
Lucjan Kydryński zapowiadał!
Miał rację. Nie minęło wiele czasu i Kydryński zapowiadał nas w Opolu...
Prolog
Dnia 5 kwietnia w Roku Pańskim 2021 odszedł do wieczności Krzysztof
Krawczyk. Śpiewak, który swym głosem pozyskał wielkie rzesze fanów. Dziś
śpiewa już tylko Bogu na wysokościach. I modli się jak za życia
ziemskiego: a na ziemi pokój ludziom dobrej woli. Śpiewał za życia na
chwałę Pana i ku radości ludzi. A kto śpiewa, to jakby modlił się dwa
razy.
Dnia 10 kwietnia tegoż roku odprowadziliśmy go tłumnie i godnie na
miejsce spoczynku. Tymi słowami przyszło mi pożegnać nad trumną mego
przyjaciela, artystę i współtwórcę książki, którą macie, Drodzy
Czytelnicy, przed sobą:
Kochany Krzysztofie!
Nie chciałem zabierać głosu w tej trudnej chwili. Byłem w końcu przy
Tobie człowiekiem drugiego planu. Jesteś w moich myślach, wspomnieniach,
modlitwie...
I w piosenkach, które tworzyliśmy wspólnie przez czterdzieści siedem
lat.
Poprosiła mnie jednak Twoja ukochana żona Ewa, bym powiedział kilka
słów, których ona nie ma siły dziś, w tej ciężkiej dla niej chwili,
powiedzieć...
Prosiła mnie, bym Ci powiedział: nie żegnaj, lecz do widzenia...
Bo cóż powiedzieć w takiej chwili?
Niech pozostanie milczenie - jak mówił Święty Jan Paweł II.
Ale po Tobie, Krzysiu, nie pozostanie milczenie! Pozostaną cudowne
nagrania wyśpiewane niepowtarzalnym głosem. Pan Bóg dał Ci talent, a Ty
tego daru nie zmarnowałeś!
Non omnis moriar...
Nie wszystko umiera, kiedy odchodzi tak Wielki Artysta!
Na ostatniej swojej płycie, która nosi wiele znaczący tytuł Horyzont,
śpiewasz słowami Macieja Świtońskiego:
Horyzont wzywa za swój brzeg
Do niego ciągle podążamy
Jedyna droga, jeden cel
Idziemy wciąż
I wciąż czekamy...
Ty, Przyjacielu, już jesteś za tym horyzontem...
A my wciąż czekamy!
Do zobaczenia, Krzysztofie!
Ale zanim spotkamy się za horyzontem, spotkamy się, Drodzy Czytelnicy, z Krzysztofem na łamach tej szczególnej książki. Jej pierwsza wersja
ukazała się w 2010 roku. Napisaliśmy ją wspólnie: artysta i jego
menedżer. Teraz, Krzysztofie, podejmę się trudu opisania ostatnich
czternastu lat Twojego barwnego życia i umieszczę to w drugim rozdziale,
niestety - ostatnim. Postaram się uczynić wszystko, co w mojej mocy, by
duch pierwszej części pozostał na dalszych stronicach jako opis dzieła
naszego życia. Przywołam zdarzenia z tych finalnych lat poprzez moje
wspomnienia, cytaty Twoich wypowiedzi i Twoich przyjaciół. Wszystko w myśl tytułu tej książki i słów naszej piosenki:
Życie jest za krótkie, żeby pić marne wino
Życie jest za krótkie, by miłości dać zginąć
Życie jest za krótkie, żeby się nie spieszyć
Życie jest za krótkie, by się nim nie cieszyć...
Andrzej Kosmala
Mecenas Kosmala
Andrzej Kosmala: Wiem, drogi
czytelniku, że życie i kariera Krawczyka, wielkiej gwiazdy polskiej
piosenki, mogą być dla ciebie ciekawsze niż moje, człowieka - jak to się
mówi - drugiego planu. Tyle tylko że chcemy wspólnie na naszym
przykładzie pokazać różne drogi, jakie przeszliśmy w tamtej Polsce, by
się spotkać i związać w zawodzie i przyjaźni. Spotkanie tych, a nie
innych ludzi decyduje zazwyczaj o naszych losach.
W życiu Krzysztofa, w kreowaniu jego duszy artystycznej, zasadniczą rolę
odegrał ojciec, aktor January Krawczyk. Mój ojciec, Marian, był
prawnikiem, a więc człowiekiem o bardzo realistycznym, przyziemnym
podejściu do życia. Ze swoją poznańską solidnością i tradycją pracy od
podstaw widział we mnie w przyszłości solidnego prawnika.
Do mnie ojciec nie napisał listów w formie pamiętnika, choć kochał mnie
bardzo. Był człowiekiem niezwykle zapracowanym, zagonionym. Mimo że był
z wykształcenia przedwojennym adwokatem, to w socjalistycznej
rzeczywistości wolał gonić z tą swoją teczką pełną akt te ćwiartki etatu
między czterema firmami, które obsługiwał jako radca prawny. Nie miał
duszy artystycznej, i kiedy jak większość moich kolegów w pierwszej
połowie lat 60. padłem ofiarą rewolucji muzycznej, nie pochwalał moich
nowych pasji.
Przedrzeźniał mój pierwszy tekst piosenki, którego fragmenty pamiętam do
dziś: "Ach, najmilsza blondyneczko, ja tak bardzo kocham cię, już
wiosenne lśni słoneczko, a ty ciągle nie i nie". Oczywiście inspiracją
była blond Basia. No cóż, każdy artysta miał swoją muzę. Ale ojciec nie
zrozumiał moich uniesień i napisał na tekście ironiczny komentarz: "To
ci chleba nie da! Pieniędzy nie przyniesie!".
Jakże się Tatuś pomylił! Na szczęście miałem jeszcze bezdzietnego wujka
Kazia, lekarza ze Swarzędza, brata mojego ojca, który odwrotnie -
rozbudzał i podsycał moje zainteresowania muzyczne i literackie. Jako
lekarz prowadzący prywatną praktykę miał na to więcej czasu.
Lata 60.! Mój Boże! Cóż to był za wspaniały czas, kiedy powojenne
pokolenie, nie zważając na głupawą ideologię sprawiedliwości społecznej,
poczuło się wolne i kreatywne. To wtedy, dziś widać z perspektywy czasu,
zaczął się upadek systemu. A ojciec polskiego big-beatu, czyli rock and
rolla, Franciszek Walicki, ma w tym demontażu większy udział niż
niejeden opozycjonista, a dziś polityk.
Rock and rolla nazywaliśmy big-beatem, bo wszystko wtedy było na niby:
od Pałacu Kultury, który udawał Empire State Building, przez tygodniki w wyblakłych kolorach, które udawały "Paris Match", samochody: warszawa i syrenka, będące mercedesami naszych szos, do wyrobów czekoladopodobnych,
które udawały czekoladę, i polo cockty zastępującej pepsi-colę. Całe
życie było jakby na niby, ale był świat kultury. Tam też komuna poprzez
służby pracy ideowo-wychowawczej starała się ingerować, jak tylko się
dało. Ale niewiele się dało, bo trudno było wejść w zakamarki duszy i serca artystów oraz ludzi chłonących ich dzieła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wstęp do rozdziału pierwszego
Książka Życie jak wino jest opowieścią o drodze życiowej i karierze
artystycznej Krzysztofa Krawczyka. Opowieścią poprowadzoną na dwa głosy:
przez bohatera książki - piosenkarza z ponad 47-letnim dorobkiem,
trafiającego do wszystkich pokoleń Polaków, oraz jego menedżera -
Andrzeja Kosmalę, który współpracuje z artystą 36 lat, jest pomysłodawcą
i realizatorem koncepcji artystycznych, producentem nagrań, autorem
tekstów, a nade wszystko przyjacielem, a więc człowiekiem, który nie
tylko z racji zawodowych, ale również osobistych relacji wie wszystko o Krawczyku. Współpracował też w przeszłości z wieloma innymi gwiazdami
polskiej estrady. Ale Krawczyk był zawsze najważniejszy.
Nie od dziś wiadomo że za największymi nawet gwiazdami piosenki
światowego formatu stali i stoją ludzie drugiego planu, niewidoczni, ale
pociągający za sznurki tego mechanizmu zwanego gwiazdą. Nie byłoby
Elvisa Presleya bez "Pułkownika" Parkera, Beatlesów bez Briana Epsteina,
Edith Piaf bez Bruno Coqatrixa, Charlesa Aznavoura, Gilberta Bécaud,
Dalidy bez Eddiego Barclaya, Johnny'ego Hallydaya i Mireille Mathieu bez
Johnny'ego Starka czy Célin Dion bez René Angélila, w życiu prywatnym
jej męża. To są najbardziej znane przykłady. Jest ich mnogość, co
potwierdza regułę.
Wiele pisano na ten temat, ale nigdy wcześniej nie powstała
autobiografia napisana wspólnie przez artystę i jego menedżera, która
odsłaniałaby kulisy tego, co znane od frontu, która pokazywałaby artystę
także "od kuchni".
I oto przed Państwem autobiografia dwóch mężczyzn pochodzących z różnych
środowisk, których drogi życiowe i zawodowe splotły się w pewnym
momencie i wiodą wspólnie przez 36 lat. To rekord w skali światowej. Nie
można było napisać tej książki bez opisania tła, na którym walka o pozycję Krawczyka na muzycznym topie się odbywała. Stąd w książce
znalazło się wiele wątków, które pozornie tylko biegną na obrzeżach
kariery artysty. Autorzy chcą odsłonić kulisy działań w tej branży, w której nie wystarczy być dobrym i mieć rację. Trzeba jeszcze przez
działania zakulisowe umieć to sprzedać.
Autorzy na przemian opowiedzą o liczącej ponad 47 lat artystycznej
drodze Krzysztofa Krawczyka, w tym o swojej 36-letniej przyjaźni i współpracy. Opowieść ma się splatać w jeden ciąg. Do Andrzeja Kosmali
należeć będzie opowiedzenie o wielu rzeczach, o których Krawczyk nie
chce mówić lub po prostu mu nie wypada. Wspomnienia, anegdoty, refleksje
i wnioski umieszczone zostały na tle Polski dwóch systemów
ekonomiczno-społecznych, a szczególnie na tle zmian ustrojowych
ostatnich 20 lat, adaptacji do nowej rzeczywistości gwiazdy zrodzonej w PRL-u, która próbowała szukać tej drugiej Polski na 10-letniej emigracji
w USA.
Autorzy pragną pokazać, że w wypadku artysty wizerunek to jedno, a człowiek to drugie, chociaż kiedy trafi się już w tryby show-biznesu, to
w pewien sposób życie artysty przestaje należeć do niego, a sława tak
często zniesławia.
Droga Krzysztofa Krawczyka to w oczach widzów dużo radości, sukcesów,
zabawy, pieniędzy, kobiet, sławy. Ale tak naprawdę, jak to zazwyczaj
bywało, to przede wszystkim walka o przetrwanie, walka o sympatię ludzi,
walka z branżą muzyczną i medialną, wreszcie walka z samym sobą, żeby
nie zapłacić za to wszystko ceny najwyższej, jak to wcześniej uczyniło
wielu.
Mogę panu oddać pieniądze za bilet!
Andrzej Kosmala: Było to gdzieś na
początku lat 70. dwudziestego wieku. Trubadurzy, zespół niezwykle
popularny, ale przeze mnie (dziennikarza radiowego) bardzo nielubiany,
zawitał do mojego Poznania. Trubadurzy należeli do grona polskich
zespołów, które uderzały w ton folklorystyczny. Choć folk był wtedy
modny na całym świecie, to jednak Trubadurzy swe zainteresowania folkowe
nazbyt przenieśli na wschód. W kraju im to szkodziło, ale w Związku
Radzieckim graniczyli popularnością z Beatlesami i Pieśniarami. Była to
jedna z ostatnich mutacji personalnych tego zespołu, z wybijającym się
już wyraźnie na solistę Krzysztofem Krawczykiem i bardzo zdolną
solistką, zupełnie niepasującą do tego towarzystwa, moją przyjaciółką,
jeszcze z zespołu Tarpany, Haliną Żytkowiak - w życiu prywatnym
partnerką Krzysztofa. Poszedłem na koncert, nie tyle Trubadurów, co
właśnie po to, by spotkać dawno niewidzianą Halinę. Po koncercie udałem
się do niej za kulisy Auli Uniwersyteckiej w Poznaniu. Przywitałem ją
groźnym, apodyktycznym i do tego głośnym tekstem: Gdzieś ty trafiła? Do
tych ruskich klezmerów? Jak ten Krawczyk śpiewa, to mam wrażenie, że
zaraz (przepraszam za wyrażenie) "pawia" puści do mikrofonu! Nie
widziałem, że za mną stoi rozdający autografy Krzysztof Krawczyk.
Podszedł do mnie z groźną miną - choć jesteśmy tego samego wzrostu, to
wydał mi się dużo wyższy ode mnie - i ryknął jak do mikrofonu: Jak się
panu nie podoba, to mogę oddać pieniądze za bilet!
Nosiłem wtedy w klapie marynarki znaczek Polskiego Radia. Gdy rzucił
okiem na ten znaczek, w jednej chwili złagodniał jak baranek. Zmienionym
nie do poznania głosem zaczął mi tłumaczyć, jaka to ciężka praca to
śpiewanie, jak trudno jest sprostać oczekiwaniom publiczności... Muszę
powiedzieć, że kiedy tak do mnie przemawiał, a właściwie się tłumaczył z trudności, jakie sprawia ten zawód, poczułem do niego nieco sympatii. W końcu komu wtedy było lekko?
W jednej chwili zrozumiałem, że niebezpieczne i niesprawiedliwe jest
takie osądzanie artystów, bo są to tacy sami ludzie, uwikłani w różne
sprawy, i trudno z góry stwierdzić, co im naprawdę w duszy gra. Miałem
wtedy 24 lata; wychowany na rewolucji Beatlesów i "dzieci kwiatów"
myślałem, że tylko ja postrzegam świat we właściwych wymiarach. To
doświadczenie chciałbym zadedykować dzisiejszym młodym gniewnym.
I kiedy wracałem do domu trochę oszołomiony, w uszach brzmiały mi:
liryzm, ciepło, serdeczność, duszoszczypatielność głosu Krawczyka, jakże
innego od tego słyszanego na scenie, kiedy próbował się wyrwać na
niepodległość z wszechobecnego, dominującego chóru kolegów z zespołu, a kiedy udawało mu się to przez moment, brzmiał jak radosny, pijany Cygan.
I tak sobie myślałem: przecież gdyby ktoś chciał się zająć poważnie tym
człowiekiem, to mógłby stworzyć skrzyżowanie wszystkiego, co najlepsze w światowym piosenkarstwie. Trochę Toma Jonesa, trochę Elvisa Presleya,
trochę B.J. Thomasa z Blood, Sweat and Tears, co nieco z Demisa
Roussosa, ślad P.J. Proby'ego, trochę szkoły włoskiej i hiszpańskiej. A do tego podlać to wszystko wschodnioeuropejskim sosem. Wniosek był dla
mnie oczywisty: Polska, a może i świat, czekają na takiego wokalistę.
Krawczyk ma przyszłość!
Niedaleko pada jabłko...
Krzysztof Krawczyk: Mały człowieczek
czerpie siły przede wszystkim ze swojej rodziny. Dom pełen miłości
stwarza ciepło, w którym roślina życia rozwija się prawidłowo. Taki dom
stworzyli mnie i mojemu bratu moi Rodzice - aktorzy: Lucyna z domu
Drapała i January Krawczyk. Ojciec zmarł, kiedy miałem 18 lat, Mama
niedawno, w 2006 roku. Pozostali w mojej pamięci jako ludzie, którzy
stworzyli swoim dwóm synom dom pełen ciepła, które brało się z miłości,
jaka ich połączyła. Ojciec, obok pracy na scenach teatrów dramatycznych,
muzycznych, objazdowych i gry w filmach, z pasją artysty przelewał swoje
uczucia na papier, czy to w formie listu, wiersza, czy pamiętnika.
Dzisiaj już tak nie piszą nawet najbardziej zakochani młodzi ludzie. On
ją zwał Juki, ona jego Janem. Oto list z 6 lutego 1944 roku, pisany w mrokach okupacji, wyprzedzający to, co stać się miało później, bo 8
września 1946 roku, czyli moje przyjście na świat. Jan antycypował w liście do Juki:
Juki, Ukochana moja!
Pisałem Ci ostatnio, że pewne symptomy i objawy oznaczają chłopca. I to
wszystko będzie tylko nieprzyjemne trochę. Nie będziesz piękniejsza,
Juki, niż kiedykolwiek, jako najszczęśliwsza niewiasta, żona moja
przenajdroższa, budząca się młoda matka, w duchu już ściskająca i piastująca dziecko, które czuje w swem łonie. Staniesz się wspaniała,
przemieniona nieskończoną miłością macierzyńską, pieszczotliwie
obejmującą małych i słabych tej ziemi. Z zachwytem i jaśniejącemi
szczęściem oczyma uśmiechać się będziesz do mnie, Juki, dziękując mi bez
słów za niepokalane szczęście, które Ci dałem.
O! Ukochana Juki. Jakżeszbym pragnął, aby to było już rzeczywistością.
Słodko i cudnie wyglądałabyś najsłodsza, nie tak rażąco jak inne kobiety
w tym stanie, gdyż nieraz patrząc na Ciebie, myślałem, żeś została
stworzona przez Junonę, aby rodzić bez bólu...
A jaki będę dumny i szczęśliwy, że zostanę ojcem naszego dziecka, Juki.
W marzeniach i snach gotuję już miejsce dla tej miłości, odczuwanej dla
przyszłego naszego "baby", a mającej nierozerwalny związek z miłością
dla Ciebie, Jedyna. Ta miłość wielka dla naszego dziecięcia stanie obok
naszej miłości, jako nierozerwalna, jednolita spójnia. Jeszcze jedno
ogniwo więcej, łączące nas na zawsze, bez zastrzeżeń i niedomówień. Ta
miłość stanie obok naszej miłości, którą będę żywił dla Ciebie zawsze,
niezmiennie piękną, cudną, zachwytów, podziwu, uniesień i uwielbienia
pełną.
Nasza miłość, przywiązanie i szacunek wzajemny będą potęgować się z latami. O! Jak to cudnie będzie, Juki. Myśląc o tem, że dziecko musi
przecież odziedziczyć prawem natury przywary i zalety matki, będę
nieustannie śledził i czuwał, jak duch Twój rozwijać się będzie w obliczu Przyrody i Prawdy.
Nie będę prawił Ci kazań na temat Przyrody i Prawdy, bo jestem
szczęśliwy, że okazujesz zrozumienie i ukochanie ich. A gdy nasze
dziecko podrośnie dostatecznie, ażeby pojmować rzeczy i zjawiska wokoło
siebie, wówczas spostrzeżesz w niem cześć dla rzeczywistości, dla dobra
i piękna. Wiem o tem, Juki. Ja Ciebie poznawałem, poznałem, przejrzałem
gruntownie i studiuję, analizuję Cię bezustannie, do głębin
najtajniejszych Twej istoty, Twej Psyche.
Byłaś, będziesz i pozostaniesz mi najcudowniejszem szczęściem, Juki, a równocześnie najwdzięczniejszem i najciekawszem zjawiskiem i studjum w mojem życiu.
Całuję gwiazdy lśniące Twych oczu i tulę mocno w ramionach
Twój Jan
6.2.1944
Słowo stało się ciałem 8 września 1946 roku w Katowicach. Urodziłem się!
Znałem Ojca oczyma dziecka, wychowywałem się za kulisami teatru. Z jego
twórczości pisanej jawi mi się człowiekiem niezwykłym. Ale już po
latach, kiedy rozmawiałem z Mamą, mówiła, że choć Ojciec widział we mnie
odbicie cech Matki, o czym między innymi pisze w powyższym liście, to
jednak syn ze swoją duszą artysty, talentem i nieposkromioną dynamiką
życia przypominał jej kopię Ojca. Po mnie jesteś tylko trochę upierdliwy
- mówiła Mama z uśmiechem...
Gospodnik, czyli szalony Krawiec
Andrzej Kosmala: W drugiej połowie
lat 70. Krzysztof, będąc już bardzo popularnym piosenkarzem w Polsce i zarabiając niezłe pieniądze - głównie w NRD, postanowił, jak to było
modne wówczas, wziąć sprawy w swoje ręce, czyli budować taki prywatny
kapitalizm w socjalistycznym ustroju. Zwano to wówczas prywatną
inicjatywą i w jej ramach Krawczyk postanowił zbudować pensjonat w Szklarskiej Porębie, według najlepszych światowych wzorów, a tych już w świecie trochę widywał. Doszedł wtedy też do wniosku, że mając powyżej
30 lat, trzeba pomyśleć o zabezpieczeniu na starość! Najbardziej cieszył
się z restauracji, którą miał tam w przyszłości prowadzić. Zawsze lubił
przecież dobrze zjeść, a do tego jeszcze planował śpiewanie dla gości
rosyjskich romansów. O ile to drugie nie wymagało żadnych zezwoleń, to
żeby móc prowadzić restaurację, trzeba było należeć do odpowiedniej
sekcji Zrzeszenia Rzemieślników, a ta organizacja wymagała uprawnień
zawodowych, zwanych z ruska uprawnieniami gospodnika. Musiał więc
skończyć odpowiedni kurs i zdać egzamin przed państwową komisją. Na
egzaminie praktycznym ugotował strogonowa z kluseczkami i upiekł całkiem
udany tort. Od tamtego czasu Krzysztof w kuchni czuje się znakomicie - w końcu ma tytuł gospodnika! Szczególnie lubi tam gościć w fazie końcowej
kucharzenia, czyli przy przyprawianiu i degustowaniu potraw. Budzi to
często niezadowolenie Ewy, pani domu, która komentuje: znowu zaglądasz
mi w gary. Skąd ona zna poznańską gwarę? Chyba od Krzysztofa, który pół
życia spędził w tym mieście.
Tam zresztą poznał, podczas pracy w Estradzie Poznańskiej, Zenka
Laskowika, który w kabarecie Tey naprawiał Polskę, ale prawdziwe
pieniądze zarabiał u Krawczyka. Koncertowali panowie akurat w województwie jeleniogórskim. Nadarzyła się więc okazja do pochwalenia
się przed przyjacielem swoją inwestycją. Zaprosił zatem Zenka na budowę
i z wielkim przejęciem opowiadał mu, że tutaj będzie sauna, a tutaj
masaże, tam basen, a tam wyciąg narciarski, a tu kosmetyczka. Gwiazdor
kabaretu słuchał i patrzył na gwiazdora piosenki z coraz większym
zainteresowaniem. Po czym skomentował krótko: Szalony Krawiec!
Być sobą
Krzysztof Krawczyk: Młodzi ludzie
wielokrotnie zadają mi pytanie: jak zostać piosenkarzem, a najlepiej od
razu gwiazdą piosenki. Przyjaciel namówił mnie nawet na współudział w przedsięwzięciu gospodarczym pod nazwą szkoła piosenkarska. Tylko jego
entuzjazm nie pozwolił mi odmówić, choć wiedziałem, że przedsięwzięcie
skazane jest na przegraną. Wyobrażacie sobie fabrykę Krawczyków,
Niemenów, Sipińskich, Rodowicz? Straszna perspektywa! Ale z tej okazji
zacząłem przemyśliwać, co właściwie na scenie jest najważniejsze i czego
nauczyli mnie starsi koledzy. Nie myślę tutaj oczywiście o talencie, bez
którego nie ma o czym mówić. Ale przecież spotkałem na swojej drodze
tylu utalentowanych ludzi, którzy gdzieś przepadli.
Nie ma nic gorszego na scenie jak fałszywie brzmiąca nuta. I nie chodzi
tutaj tylko o dźwięk wydobywający się z instrumentu czy gardła. Chodzi o prawdę w czystej postaci, o zgodność postawy, wyrazu twarzy, gestu i modulacji głosu, zgodność z własną duszą, często podświadomością,
zgodność z własną osobowością. Mówiąc prościej: żeby nie udawać kogoś,
kim się nie jest. Jeżeli jesteś mrukiem, nie udawaj wesołka, jeśliś
młody, nie graj starca, a jeśliś dojrzały, nie udawaj młodzieńca. Bądź
sobą, w dobrym i złym. Ileż na mnie spadało słów krytycznych. Może, a raczej na pewno popełniałem błędy, ale mogę z ręką na sercu powiedzieć,
że zawsze robiłem to, co mi ono nakazywało. Mówię oczywiście o estradzie, a nie życiu prywatnym, bo tutaj często człowiek musi się nie
zgadzać ze sobą, słuchać mądrzejszych i być w zgodzie z sumieniem i Bogiem. Bo przecież człowiek to brzmi dumnie.
Scena estradowa to cyrk, który często karmi się ułomnością. Ile gwiazd z wadą wymowy kocha świat, ilu jest małych, garbatych, niekształtnych
artystów. Nawet u kobiet uroda już dziś nie jest najważniejsza. Minęły
czasy, kiedy artysta był przede wszystkim tworem fryzjera, dentysty i krawca. Dziś liczy się szczerość na scenie, autentyzm, bycie sobą.
Iluż to ja miałem dobrych doradców! Co reżyser, co kompozytor to chciał
mnie kształtować od nowa. Wtedy przychodziły klęski. Chociaż zdarzali
się ludzie, że jedną drobną, trafnie zrobioną uwagą potrafili mnie
nakierować na właściwą drogę. Bregović powiedział: Wystarczy, że ja i moja orkiestra jesteśmy Serbami. Ty pozostań Polakiem. A Smolik
powiedział: Patrz, Krzysiu, jaki za oknem piękny nastrój stwarza jesień.
Poczuj ten nastrój i śpiewaj ciszej...
W 1978 roku szefami artystycznymi festiwalu opolskiego, bodajże tylko
raz, zostali wspaniali Starsi Panowie Dwaj, czyli Jerzy Wasowski i Jeremi Przybora. Tak się przejęli swoją rolą, że postanowili wysłać
wszystkich wykonawców na korepetycje do Andrzeja Strzeleckiego -
wybitnego aktora, reżysera, pedagoga. On sam wspomina dziś po latach, że
jedynym, który przejął się jego lekcjami, był Krzysztof Krawczyk. Pan
Andrzej wspomina też, że niczego z tego, co mi mówił, a mówił ciekawie i przekonująco, nie wykorzystałem na scenie opolskiej. Bo teoria swoją
drogą, a praktyka swoją. I co ciekawe, akurat wtedy jeden, jedyny raz w życiu wygrałem ten festiwal. A może uwagi Pana Andrzeja jednak
podziałały na mnie inspirująco?
Spytałem kiedyś mego idola, mistrza Mieczysława Fogga, co zrobić, żebym
mógł tak długo śpiewać jak on. Odpowiedział: Krzysiu, dam ci telefon do
mojego laryngologa.
Zbigniew Korpolewski - wybitny człowiek estrady, nauczył mnie, jak
patrzeć ze sceny na widownię tak, żeby każdemu widzowi wydawało się, że
to na niego patrzę.
Mistrz Lucjan Kydryński uświadomił mi natomiast, czego wcześniej nie
wiedziałem, że do śledzia pije się tylko zimną wódeczkę, kanty na
spodniach winny być starannie zaprasowane, a buty wyczyszczone. Arbiter
elegantiarum i uroczy człowiek, o którym Pytia Kowalewski przepowiadał,
kiedy w 1963 roku zakładaliśmy Trubadurów: Zobaczysz, będzie nas jeszcze
Kydryński zapowiadał!
Najbardziej zaś przydatnej rady udzielił mi mistrz Adolf Dymsza. Widząc
moją tremę za kulisami, powiedział: Musisz chwilę przed wejściem na
scenę ścisnąć pośladki. Kiedy wejdziesz na scenę, na twej twarzy malować
się będą ulga i radość. Stosuję to z dobrym skutkiem do dziś.
Z wiekiem włosy u mężczyzny rzedną, co nie jest przyjemne, ale lepsze,
niżby miał słabnąć głos. I jest na to sposób, który przekazał mi Ojciec,
znający wszystkie tajniki charakteryzacji: przypalony korek. Podczas
jednego z ostatnich festiwali opolskich zwierzył mi się z tego problemu
jeden z moich młodszych kolegów: Stachursky. Podzieliłem się więc swoją
wiedzą. Andrzej, który ma trochę niewyparzony język, skomentował: I to
jest wszystko, czego może cię nauczyć Krawczyk. Odebrał to bardzo
dwuznacznie...
Jak się nie spocisz, nie jesteś ich
Andrzej Kosmala: W drugiej połowie
lat 80. w mieszkaniu Urszuli Sipińskiej doszło do spotkania jej gwiazdy
z gwiazdą Krawczyka. Sipińska nie tylko dobrze śpiewała, ale była też
znakomitą gospodynią z Poznania. Smacznie gotowała, tym bardziej że
produkty były z zasobnego w specjały NRD, gdzie bardzo dużo koncertowała
za dobre pieniądze. Nawet polską wódkę przywoziła z mężem Jurkiem z Berlina Wschodniego, bo w ambasadzie polskiej były ceny ze strefy
wolnocłowej. Siedzimy więc: Urszula, Jurek, mąż Urszuli, Ewa, żona
Krzysztofa, Krzysztof i ja, przyjaciel ich wszystkich i inspirator tego
spotkania, na którym oczywiście brylują dwie gwiazdy: Urszula i Krzysztof. Szerokim łukiem omijamy sprawy zawodowe. Do chwili, gdy
Urszula spytała szczerze: Krzysiu! A jak masz taki koncert, nic nie
wychodzi, marna publiczność, zespół gra źle, ty jesteś bez formy, co
robisz wtedy? Krzysztof zaciągnął się papierosem, zapadła chwila
milczenia, a on odpowiedział, też szczerze: Nie miałem takiego koncertu!
Gorąca atmosfera spotkania na chwilę zamieniła się w kłopotliwą.
Ale tym razem zajechaliśmy do Ozimka, by wystąpić na koncercie z okazji
Dnia Hutnika w hucie Mała Panew. Wszystkie dotychczasowe koncerty
przebiegały wśród frenetów, był to w końcu powrót na scenę o kulach
(dosłownie) po tragicznym wypadku. Wśród publiczności zawsze była
przewaga kobiet. Teraz patrzę na salę, a tutaj tysiąc chłopa z minami:
"Wolałbym się piwa napić, niż jakichś piosenek słuchać". No to mówię do
Krzysztofa: Tym razem sytuacja nakreślona przez Sipińską! Jak tę
widownię pokonasz, to jesteś naprawdę wielki. Tylko się uśmiechnął, a ja
za kulisami oczekuję jego klęski. Pierwsza piosenka - klapa, druga -
jeszcze gorzej. Przed trzecią w przejmującej ciszy Krzysztof spytał
słuchaczy: - Stało się coś? - Odpowiedzią był nieśmiały śmiech widowni.
Po półtorej godziny wychodzę do finału i własnym oczom nie wierzę: te
tysiąc chłopa zerwało się na równe nogi, klaszcze, podryguje, śpiewa!
Zerkam na Krzysztofa. Tak spoconego nie widziałem go jeszcze na scenie.
Po prostu te chłopy, ci hutnicy, dla których pot jest symbolem dobrze
wykonanej pracy, zaakceptowali kogoś, kto choć nie przy piecu, ale
wykonuje swoją pracę w pocie czoła. - Tego się nauczyłem w Stanach. Tam
jak się nie spocisz, nie jesteś ich - skomentował Krzysztof swój kolejny
sukces.