Krzysztof Krawczyk życie jak wino - Krzysztof Krawczyk, Andrzej Kosmala

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Naj­lep­sze pio­senki pisze życie

Krzysz­tof Kraw­czyk: Fran­cuzi śpie­wają, że życie jest pio­senką. Mój przy­ja­ciel, mene­dżer od 36 lat, czyli czło­wiek, który wie o mnie wszystko, współ­au­tor tej książki - Andrzej Kosmala, napi­sał w nagra­nej przeze mnie na setną płytę pio­sence Nie wszystko o wszyst­kim: "To jedno wiem w mym życia roz­kwi­cie, że naj­lep­sze pio­senki pisze po pro­stu życie".

Kiedy patrzę na faceta ze sta­rych zdjęć, fil­mów, pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych, okła­dek sta­rych płyt i słu­cham tych płyt, prze­glą­dam stare gazety, czy­tam listy i wspo­mnie­nia przy­ja­ciół, to przy­znam się, że czuję w duszy roz­dar­cie, być może więk­sze niż tzw. nor­malny czło­wiek. Na każ­dym kroku mam doku­men­ta­cję mija­ją­cego czasu. To jest coś wię­cej niż kilka albu­mów pożół­kłych zdjęć i listów. To żywy dowód tego, że kie­dyś było się mło­dym. Ale też satys­fak­cja, że kie­ru­jąc życiem tak a nie ina­czej, spra­wiam, że mój wiek nie jest metry­kalny, tylko liczony tym, co potra­fię jesz­cze zro­bić. A od czasu tych pożół­kłych zdjęć coś tam jed­nak zro­bi­łem. Ten miniony czas to pra­wie 65 lat życia, 48 lat pracy arty­stycz­nej i wszystko w jed­nym ciągu przy­czy­nowo-skut­ko­wym. Choć moje życie widzę jako zestaw cha­otycz­nych scen, czę­sto nie­na­stę­pu­ją­cych po sobie. Rado­snych i tra­gicz­nych, i co ważne, każda posiada jakąś barwną tona­cję, nastrój słońca, desz­czu, śniegu, mrozu, ale i szumu oce­anu pośród palm. I co naj­waż­niej­sze - smak i zapach. To cie­kawe, że ja, czło­wiek muzyki, naj­mniej sły­szę swoje życie. Oczy­wi­ście nie da się uciec od sza­leń­stwa rock and rolla, łez blu­esa i pul­sa­cji swingu. Ale ja swe życie i jego etapy pamię­tam węchem i sma­kiem. Jak mawiał Xawery Duni­kow­ski: Trzeba umieć wąchać czas.

Pamię­tam sie­bie, 18-latka, jak po śmierci Ojca, kiedy żyli­śmy w bie­dzie, sta­łem pod kuch­nią łódz­kiej restau­ra­cji i chło­ną­łem noz­drzami zapach scha­bosz­czaka. Nauczy­łem się wąchać czas i może dla­tego umia­łem się zna­leźć przez te lata w róż­nych oko­licz­no­ściach i w róż­nym cza­sie. I dla­tego sto­sun­kowo mało popeł­ni­łem błę­dów, a w każ­dym razie przy moim tem­pe­ra­men­cie, który zawsze kie­ro­wał mnie gdzieś mię­dzy Scyllę miło­ści do świata a Cha­rybdę potrzeby zdo­by­wa­nia go. A pot walki spły­wał mi na oczy i przy­sła­niał czę­sto jego widze­nie. I wtedy popeł­nia­łem także błędy...

A zaczęło się od meza­liansu...

Krzysz­tof Kraw­czyk: Bar­dzo cie­kawa jest wcze­śniej­sza histo­ria mojej Rodziny. Mój Ojciec pocho­dził z takiego cie­ka­wego kon­glo­me­ratu mał­żeń­skiego, mie­szanki wybu­cho­wej, któ­rej efekty odczu­wam w swo­jej reak­cji na ota­cza­jącą mnie rze­czy­wi­stość.

Fran­ci­szek - jego ojciec, a mój dzia­dek, obok sumia­stych wąsów miał w Sosnowcu wła­sny, bar­dzo znany zakład ślu­sar­ski, a jego przy­szła żona pocho­dziła z rodziny hra­biow­skiej Sam­po­liń­skich, z pło­nącą jasz­czurką w koro­nie w godle. Oczy­wi­ście nie mam dziś do tego godła żad­nych praw ani pre­ten­sji, wspo­mi­nam to jako cie­ka­wostkę. Nie mam też pre­ten­sji do więk­szej czę­ści Kie­lec­czy­zny, w któ­rej znaj­do­wały się dobra Sam­po­liń­skich.

Jechała moja bab­cia powo­zem i pech (a może szczę­ście) chciał, że pod Sosnow­cem coś się przy powo­zie stało, potrzebna więc była pomoc ślu­sa­rza. Mówią napo­tkani ludzie: Ano, jest tu taki zna­ko­mity facho­wiec, nazywa się Fran­ci­szek Kraw­czyk. Jak bab­cia zoba­czyła Fran­ciszka z takimi dużymi, sumia­stymi wąsami, zako­chała się w nim, zresztą z wza­jem­no­ścią. Ale wtedy taki zwią­zek to był meza­lians. Bab­cia została kom­plet­nie wydzie­dzi­czona. Spę­dziła całe życie na pod­da­szu warsz­tatu. Fran­ci­szek wcze­śnie zmarł, ale zdą­żyli doro­bić się sze­ściorga dzieci. Naj­młod­szym był mój Ojciec.

Cie­kawa jest też histo­ria mojego dziadka Sta­ni­sława ze strony matki - powstańca ślą­skiego, który brał udział w bitwie o Górę św. Anny, gdzie był łącz­no­ściow­cem. Miał różne ordery, któ­rymi się bawi­łem, gdy byłem mały. Wśród nich były też ordery z PRL-u, bo na początku on bar­dzo wie­rzył w ten nowy sys­tem.

Mój dzia­dek, ponie­waż był powstań­cem, już przed wybu­chem dru­giej wojny świa­to­wej był na liście spo­rzą­dzo­nej przez hitle­row­ców, z wyro­kiem śmierci do wyko­na­nia. Wie­dząc o tym, zroz­pa­czony musiał ucie­kać przez Rumu­nię do Anglii. To była cała epo­peja, droga przez mękę. Dziś już nie­wiele z jego opo­wie­ści pamię­tam. W Anglii tra­fił do wojsk lot­ni­czych. Znał dobrze język angiel­ski, więc nie miał pro­blemu z adap­ta­cją. Tam był rów­nież łącz­no­ściow­cem, naj­pierw w bry­tyj­skiej armii, potem w Dywi­zjo­nie 303. Tam został też odzna­czony, miał sym­pa­tię i chyba zamie­rzał w Anglii pozo­stać. Ale sumie­nie go ruszyło i wró­cił do swo­jej Geno­wefy. Tym bar­dziej że zosta­wił ją z piątką dzieci: moja Mama, naj­star­sza Lucynka, cio­cia Wan­dzia, wujek Tade­usz, cio­cia Halinka i wujek Cze­siu, jedyny, który jesz­cze żyje i ma się dobrze. Impo­nuje ener­gią i takim dobrym spoj­rze­niem na życie. Pamię­tam, jak w dzie­ciń­stwie wziął mnie na rower i zawiózł do Książa, żeby poka­zać zamek. Mie­li­śmy upa­dek, on zła­mał nogę, ja byłem potur­bo­wany. Przy­po­mnia­łem to sobie w 1987 roku, kiedy krę­ci­łem pro­gram z kolę­dami na zamku w Książu, tej perełce archi­tek­to­nicz­nej.

Kiedy dziś po latach wra­cam do histo­rii mojej Rodziny i zde­rzam ją ze wszyst­kimi zawi­ro­wa­niami mojego życia i z fak­tem, że potra­fi­łem wyjść z nich obronną ręką, docho­dzę do wnio­sku, że swą siłę ode­bra­łem przede wszyst­kim w genach. Ojciec prze­ka­zał mi geny arty­styczne, zaś w genach Matki otrzy­ma­łem nie­zwy­kłą ener­gię.

Mój Ojciec Janu­ary zaraz po woj­nie wystę­po­wał w Teatrze Ślą­skim im. Wyspiań­skiego w Kato­wi­cach. Obok nas miesz­kał ubek. Zapra­gnął naszego miesz­ka­nia i z kum­plami wpadł do nas, by zmu­sić nas do jego odda­nia. Ojciec nale­żał wtedy do PZPR. Jak wielu jego kole­gów po pro­stu wie­rzył, że ten ustrój może coś dobrego ludziom przy­nieść. Wie­rzył w ten ustrój, jak w piękną bajkę o ustroju spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej. Nawet Rosja­nie, oswo­bo­dzi­ciele, gdzie na Ślą­sku miało to podwójne zna­cze­nie, byli postrze­gani pozy­tyw­nie, tym bar­dziej że prawda docie­rała do ludzi z dużym opóź­nie­niem. Ojciec był przez Rosjan bar­dzo ceniony, bo bar­dzo dobrze śpie­wał swoim pięk­nym bary­to­nem romanse rosyj­skie. Śpie­wał, bo bar­dzo lubił, co zresztą prze­ją­łem po nim. Wtedy ten reper­tuar bar­dzo się przy­da­wał. Po takim wystę­pie przy­no­sił do domu i roz­da­wał także sąsia­dom sło­ninę, kaszę, chleb, węgiel i wódkę. Na tamte czasy był to naj­lep­szy śro­dek płat­ni­czy. Jak mówi­łem, Ojciec wie­rzył na początku w tę komu­ni­styczną bajkę, ale wtedy w jed­nej chwili sąsiad ubek obu­dził go z pięk­nego snu. Co prawda, Ojciec sobie z tymi trzema napast­ni­kami pora­dził, ale czwarty wyjął pisto­let i przy­ło­żył mu do skroni, jed­no­cze­śnie pod­su­wa­jąc kartkę papieru. Pisz, że zrze­kasz się tego miesz­ka­nia. Ina­czej cię zastrzelę! Ojciec pod­pi­sał, a na drugi dzień w komi­te­cie par­tyj­nym oddał legi­ty­ma­cję, co zostało odno­to­wane i cią­gnęło się za nim cały czas. Utrud­niało mu pracę, choć był bar­dzo zdol­nym akto­rem i śpie­wa­kiem.

Wylą­do­wał potem z Mamą i ze mną w Bia­łym­stoku, zaan­ga­żo­wany do Teatru Miej­skiego, a po dwóch latach prze­nie­śli­śmy się do Pozna­nia.

Pierw­sze zapa­mię­tane sceny z mego życia to kosz­marna prze­pro­wadzka z Bia­łe­go­stoku do Pozna­nia. Ni­gdy nie zapo­mnę, jak Ojciec z kole­gami tar­gał z tru­dem do pociągu te kre­densy i pia­nino. To hor­ror to łado­wa­nie przez okna, nawet do prze­dzia­łów wsia­da­li­śmy przez okno, żeby zdo­być miej­sce. Ta podróż była jedną z naj­gor­szych w moim życia. Choć było to tak dawno, pamię­tam ją, nie­stety, dokład­nie.

Ojciec pod­jął pracę w Teatrze Pol­skim pro­wa­dzo­nym przez Wilama Horzycę. Wspa­niały był to czło­wiek, ceniący Ojca, przy­jaź­nił się z naszą rodziną, czę­sto bywał u nas w domu. W Teatrze Pol­skim mój Ojciec grał z takimi sła­wami jak Ludwik Sol­ski czy Adam Hanusz­kie­wicz.

Pierw­sze zapa­mię­tane przeze mnie miesz­ka­nie w Pozna­niu mie­ściło się przy dzi­siej­szej ulicy Wierz­bię­cice, a daw­niej Gwar­dii Ludo­wej, numer 19, naprze­ciwko kina "Wilda". To miesz­ka­nie zapa­mię­ta­łem z kilku powo­dów.

Po pierw­sze - bli­sko było kino i można było Ojca namó­wić, by poszedł ze mną na film. Nie było wtedy tele­wi­zji, więc uwiel­bia­li­śmy cho­dzić do kina.

Po dru­gie - nie­da­leko był rynek, gdzie z kole­gami od czasu do czasu udało się ukraść coś słod­kiego ze stra­ganu. Jak się Ojciec dowie­dział, to mia­łem karę taką, że musia­łem się wyspo­wia­dać w kościele. Te sło­dy­cze to była jedyna rzecz, jaką ukra­dłem w życiu. Tutaj nie zga­dza się ze mną moja teściowa, która twier­dzi, że ukra­dłem też jej córkę.

Po trze­cie - pamię­tam też z tego poznań­skiego domu, że naszą ulicą prze­jeż­dżał tram­waj i kiedy wie­czo­rem było ciemno, w pokoju na sufi­cie prze­su­wał się ślad, który two­rzył swo­isty teatr cieni. Te ukła­da­jące się formy inter­pre­to­wa­łem bar­dzo twór­czo. Byli ryce­rze, kow­boje, duchy, sanie, okręty... Pamię­tam jesz­cze to miesz­ka­nie z powodu dużej uciąż­li­wo­ści, jaką było nosze­nie węgla z piw­nicy. Rwa­łem się do tego, ale Ojciec mi nie pozwa­lał...

Nie­praw­do­po­dob­nie mnie kochał. I cho­ciaż prze­ży­łem w roz­ta­cza­nym przez niego opie­kuń­czym cie­ple tylko 18 lat, to nie ma dnia, żebym o nim nie myślał. Dziś już chyba nie ma takich ojców. Czego naj­lep­szym dowo­dem jestem, nie­stety, ja sam, bo nie potra­fi­łem kon­ty­nu­ować tej tra­dy­cji w sto­sunku do wła­snego syna. Mój Ojciec nie tylko opie­ko­wał się tro­skli­wie synem, ale jesz­cze pisał pamięt­nik z prze­sła­niem dla niego, z myślą, że będzie go czy­tał, kiedy Ojca już zabrak­nie. I rze­czy­wi­ście, jego słowo towa­rzy­szyło mi pod­czas ame­ry­kań­skiej emi­gra­cji i czę­sto doda­wało siły w trud­nych momen­tach. Bez frag­mentu tego pamięt­nika nie może też obejść się książka o moim życiu... Cof­nijmy się do 1952 roku, kiedy to ukoń­czy­łem 6 lat...

Poznań 3.IX.1952 r.

Janu­ary Kraw­czyk

PAMIĘT­NIK OJCA

Kie­dyś, po latach, będzie Wam miło i przy­jem­nie, Krzy­siu i Andrzejku, prze­czy­tać wspo­mnie­nia moje o Was, o waszym dzie­ciń­stwie w szcze­gól­no­ści. Masz już 6 lat bez 5-ciu dni, Krzy­siu, a Andrze­jek 1 rok i 8 mie­sięcy, kiedy zaczy­nam pisać ten pamięt­nik dla Was i snuć wspo­mnie­nia tak piękne i świeże, jakby to było wczo­raj, kiedy to z Waszą dobrą i jakże kochaną Mamu­sią marzy­li­śmy, że: "Pierw­szy musi być syn" - tak zawsze mówiła i doda­wała jesz­cze: "I do Cie­bie podobny Janusz, musi mieć nie­bie­skie oczy jak ty i być we wszyst­kim do cie­bie podobny". Pamię­tam, gdy Cię pierw­szy raz ujrza­łem, Krzy­siu, i usły­sza­łem rado­sne i prze­peł­nione szczę­ściem słowa Two­jej Mamusi, pierw­sze Jej słowa, gdy mnie tylko zoba­czyła: "Synuś, Janusz! Synuś", a łzy szczę­ścia toczyły się jak groch po wybla­dłej i cier­pią­cej twa­rzy. Za chwilę podała mi Cie­bie, bez­radne małe nie­mowlę, komicz­nie poru­sza­jące maleń­kimi rączy­nami. Mia­łeś rze­czy­wi­ście nie­bie­skie oczka, a ja dumą ojcow­ską prze­peł­niony zaraz dopa­try­wa­łem się dal­szych cech podo­bień­stwa do mnie. Ponie­waż przy mnie Mamu­sia po raz pierw­szy Cię kar­miła, ze wzru­sze­niem i rado­ścią przy­glą­da­łem się, jak Ci to nie­zręcz­nie szło, mój synu (zresztą do chwili obec­nej idzie Ci to nie naj­le­piej), i pomy­śla­łem sobie: skoro mój syn nie jest takim gło­do­mo­rem jak inne nowo­rodki, to zna­czy, że jest do wyż­szych celów prze­zna­czony. Zawsze pod­kre­śla­łem z dumą, jak jesteś dosko­nale i sil­nie zbu­do­wany, jak sil­nie masz skle­pioną i uwy­pu­kloną klatkę pier­siową i jaki to z Cie­bie wyro­śnie męż­czy­zna. Z każ­dym dniem sta­wa­łeś się do mnie podob­niej­szym, z czego rzecz pro­sta cie­szy­łem się zawsze, zwłasz­cza teraz, gdy porów­nuję sie­bie na zdję­ciu rodzin­nym z mych chło­pię­cych lat, podo­bień­stwo Twoje, Krzy­siu, do mnie jest ude­rza­jące. Jesz­cze byłeś w "pro­jek­cie", jak marzy­li­śmy i pra­gnę­li­śmy, abyś był muzy­kalny i wraż­liwy na piękno w ogóle. Kupi­li­śmy pia­nino i wyobra­ża­li­śmy sobie, jak to będzie pięk­nie, jak nasz synuś przyj­dzie na świat, pod­ro­śnie i będziemy uczyli go grać na tym pia­ni­nie, budzić w nim zami­ło­wa­nie piękna, prawdy i uko­cha­nia, umi­ło­wa­nia tych najwyż­szych war­to­ści. Bar­dzo czę­sto bra­łem Cię na ręce, sia­da­łem przy pia­ni­nie, a Ty ude­rza­łeś maleń­kimi rączy­nami w kla­wi­sze i śmia­łeś się roz­kosz­nie, a my wraz z Tobą. Wie­rzy­li­śmy nie­za­chwia­nie, że jesteś muzy­kalny i wraż­liwy na muzykę. Pierw­sze słowo, jakie wymó­wi­łeś, było: "tata". O! Jaki dumny byłem, ile rado­ści spra­wiło mi to, mój synu­siu, trudno to ująć w formę słów. A póź­niej gawo­rzy­łeś roz­kosz­nie: "lodl, lodl, lodl, lodl" - rwa­łeś się do pia­nina i gawo­rzy­łeś: "lodl gla" - waląc bra­wu­rowo w kla­wia­turę, ku naszej wiel­kiej rado­ści. Za to z jedze­niem rzadko kiedy "kla­po­wało". Nie chcia­łeś cią­gnąć swo­jego "gar­nuszka", chcia­łeś, by Ci samo mleczko do buźki leciało. Zachwy­ca­li­śmy się Tobą stale w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, wią­żąc z Twoją przy­szło­ścią naj­świet­niej­sze nadzieje. Ot, zwy­kłe to marze­nia rodzi­ców, któ­rzy dla swych dzieci pra­gną z całej duszy i wszyst­kich swo­ich sił w sen­sie wszel­kich wyrze­czeń dla swo­ich dzieci co tylko naj­lep­szego i najpięk­niejszego na świe­cie. Pierw­sze Twoje, Krzy­siu, podróże zresztą dość czę­ste, to krót­kie wycieczki i spa­cery dzie­cin­nym wózecz­kiem - autkiem i tram­wa­jem z Kato­wic do Sosnowca do Babuni Kazi­miery Kraw­czy­ko­wej. Mia­łeś roczek, jak odby­łeś naprawdę długą podróż koleją, bo aż do Bia­łe­go­stoku, razem z nami, gdyż ja we wrze­śniu 1947 roku roz­po­czy­na­łem pracę w Teatrze Miej­skim w Bia­łym­stoku. Była to bar­dzo męcząca i uciąż­liwa podróż, trwa­jąca prze­szło 16 godzin. Z dworca zach. z Pragi przez całą War­szawę do Dworca Głów­nego musie­li­śmy jechać autem cię­ża­ro­wym, bo most kole­jowy na Wiśle był zerwany w 1945 r. przez Niem­ców przy opusz­cza­niu War­szawy. Trzeba Cię było trzy­mać tro­skli­wie na kola­nach, bo pociągi były prze­peł­nione. Wyobraź sobie, jak Mamu­sia Twoja była umę­czona i wyczer­pana, gdy wresz­cie doje­cha­li­śmy do Bia­łe­go­stoku. Z dworca dorożką przy­je­cha­li­śmy do Teatru wraz z baga­żem prze­szło 200 kilogr., a po zała­twie­niu for­mal­no­ści do miesz­ka­nia na 2-gim pię­trze przy ulicy Elek­trycz­nej. O, Krzy­siuniu! A ile mor­dęgi było przy prze­wie­zie­niu bagażu z Pragi na dwo­rzec w War­sza­wie, gdy jecha­li­śmy do Bia­łe­go­stoku, gdy to sobie przy­po­mi­nam, szczę­śliwy jestem, że to mamy za sobą. A pako­wa­nie tego wszyst­kiego, co wcho­dziło w zakres pro­wa­dze­nia gospo­dar­stwa domo­wego, jak: garnki, patel­nie, pokrywki, bla­chy do pie­cze­nia cia­sta, tale­rze, dzbanki, szklanki, fili­żanki, spodki i spodeczki, łyżki, łyżeczki, widelce, noże i cały sze­reg innych dro­bia­zgów. Ubra­nie, futra, pościel i bie­li­zna. A więc pako­wa­nie tego wszyst­kiego do dwóch wiel­kich skrzyń w Kato­wicach w domu, potem trans­port na dwo­rzec i nada­nie na bagaż, o drogi syneczku, jakież to było "urwa­nie głowy". Pot ciur­kiem spły­wał po mnie i po Mamusi, a poprzez wszyst­kie te przy­go­to­wa­nia rado­sna myśl - jak to Krzyś będzie cie­szył się, jadąc pocią­giem, jak to będzie wyglą­dał oknem, ile to będzie dla niego atrak­cji i przy­jem­no­ści. I rze­czy­wi­ście tak było. Bawiło nas to i cie­szyło bar­dzo, gdy tyle świe­żych i nowych wra­żeń prze­ży­wa­łeś. Jak to nam opo­wia­da­łeś w swoim dzie­cię­cym języku: "tuf, tuf, tuf, tuf!", mając śmiesz­nie sku­pioną i poważną minkę. Od maleń­stwa zdra­dza­łeś wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie i zaję­cie dla muzyki, co prze­ja­wiało się, gdy już utrzy­mać się mogłeś na nóż­kach tym, że sły­sząc ryt­miczną taneczną muzykę, bar­dzo ryt­micz­nie nagi­na­łeś kolanka, robiąc lek­kie jak gdyby przy­siady, co nas wzru­szało rado­śnie aż do łez, że jesteś taki wraż­liwy na muzykę, że tak ją odczu­wasz. Nazy­wa­li­śmy Cię w takich chwi­lach "trzę­si­dupką", słodką, kochaną i cało­wa­li­śmy Cię do utraty tchu. Cało­wa­li­śmy Cię zresztą stale, gorąco, ser­decz­nie z zapa­łem i tkliwą czu­ło­ścią, po rącz­kach, po nóż­kach i całym ciałku. Raz Mamu­sia przy­szła pod teatr, gdy po połu­dniu gra­li­śmy "Zemstę" Fre­dry. Ja wyszłem pod­czas prze­rwy przed teatr na chwilę i wzią­łem Cię syneczku na ręce, i mimo że byłem zmie­niony cha­rak­te­ry­za­cją, gdyż byłem w peruce pod­go­lonce, mia­łem dłu­gie wąsi­ska i gar­baty nosek, i ubio­rem, gdyż byłem w kon­tu­szu przy kara­beli, a bez stra­chu posze­dłeś do mnie na ręce i przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie, rze­kłeś poważ­nie: "tia­tia". Mimo ubioru i cha­rak­te­ry­za­cji wyczu­łeś ojca instynk­tow­nie. Zresztą pierw­sze słowo, jakie w ogóle wypo­wie­dzia­łeś, było: "tia­tia" - myśla­łem, że radość roz­sa­dzi mi serce w pier­siach. O, jakże czę­sto schy­la­łem się nad wóz­kiem lub bra­łem Cię na ręce, by zoba­czyć Twój uśmiech pro­mienny jak słońce. Jak zawsze tęsk­ni­łem do Cie­bie, syneczku, by Cię jak naj­prę­dzej przy­tu­lić do serca na pró­bach, pod­czas przed­sta­wie­nia i drogą do domu. Pew­nego razu gdy ja z Mamu­sią byli­śmy czymś zajęci w prze­ciw­le­głym do okien kącie pokoju, Ty, Krzy­siu, mając nie­całe pół­tora roczku, w nie­po­jęty dla nas spo­sób wspią­łeś się na okno z łóżka, na któ­rym się bawi­łeś, a które stało przy oknie i leża­łeś na para­pe­cie z główką cie­ka­wie wychy­loną na zewnątrz, gdyż okno było otwarte w lecie. My nic oczy­wi­ście nie wie­dzie­li­śmy o tym. Ja w pew­nym momen­cie spoj­rza­łem w kie­runku okien i krzyk­ną­łem prze­ra­żony: "Janka, łap Krzy­sia!!!" Janka - dziew­czyna do bawie­nia Cie­bie, Krzy­siu, pod­bie­gła i chwy­ciła Cię za nóżki, wziąw­szy Cię z okna na ręce, gdyż był­byś nie­chyb­nie wypadł z okna 2-go pię­tra jak pisklątko z gniazda na wyso­kim drze­wie. Długą chwilę nie mogli­śmy ochło­nąć z prze­ra­że­nia i uspo­koić się, serca biły nam w pier­siach jak dzwony na trwogę. Jak potra­fi­łeś wspiąć się i wywin­do­wać się na okno, było dla nas łami­główką. Byłeś wów­czas o uła­mek sekundy w obli­czu śmierci, mój syneczku, w bło­giej, dzie­cię­cej nie­świa­do­mo­ści nie zda­jąc sobie z tego sprawy. To było dla nas prze­strogą i nauką na przy­szłość, by uwa­żać na Cie­bie jak na ogień, gdyż byłeś i pozo­sta­łeś dziec­kiem nie­praw­do­po­dob­nie ruchli­wym, żywio­ło­wym i cią­gle czymś zaję­tym. W nie­spełna pół roczku sia­da­łeś, a w 9-tym mie­siącu zaczą­łeś cho­dzić. Ach, ileż ser­decz­nych wzru­szeń prze­ży­wa­li­śmy z Mamą Twoją oboje, patrząc na Twoje usi­ło­wa­nia, kie­ro­wane instynk­tem życio­wym, by jak naj­prę­dzej dawać sobie radę we wszyst­kim. Od maleń­stwa byłeś nie­zwy­kle śmiały i przed­się­bior­czy w sto­sunku do wszyst­kich i do wszyst­kiego, co Cię ota­czało. Ni­gdy nie bałeś się nawet naj­więk­szego psa, nawet gdy szcze­kał. U gospo­dyni, gdzie miesz­ka­li­śmy, był duży wil­czur - Bari, z któ­rym stale bawi­łeś się. Bar­dzo lubi­łeś, bym Ci nucił do snu, toteż bar­dzo czę­sto usy­pia­łem Cię tkli­wie, z czu­ło­ścią nastro­jowo śpie­wa­jąc naj­bar­dziej melo­dyjne melo­dje o sie­rot­kach czy "W chiń­skim klasz­to­rze", czy "Mała Chinka", "Suita kau­ka­ska", "Na per­skim rynku" itp. Śpiew i muzyka wywie­rały od maleń­stwa na Cie­bie magiczny wpływ. Mając roczek, do tego stop­nia odczu­wa­łeś muzykę, że gdy to była muzyka taneczna, wyko­ny­wa­łeś zaraz ryt­miczne ruchy taneczne, a z bie­giem czasu ruchy te nabie­rały pew­nego pla­stycz­nego wyrazu i swo­body. Nie­jed­no­krot­nie gdy byli­śmy w mie­ście czy to na spa­ce­rze, lub gdy wra­ca­li­śmy z teatru, Ty, Krzy­siu, sły­sząc muzykę taneczną z gło­śnika radio­wego umiesz­cza­nego zwy­kle na zewnątrz u góry przed skle­pem z apa­ra­tami radio­wymi, zaczy­na­łeś tań­czyć na ulicy. Oczy­wi­ście zaraz przy­sta­wali ludzie, uśmie­cha­jąc się z podzi­wem i apro­batą, a Ty nie przej­mu­jąc się niczem, tań­czy­łeś z wdzię­kiem tan­ce­rza ruty­no­wego jak na sce­nie. Bar­dzo lubi­łeś cho­dzić do teatru i zawsze dopra­sza­łeś się, aby Cię zabrać na przed­sta­wie­nie wie­czo­rem lub choćby na próby tylko. Każ­do­ra­zowa obec­ność czy to na ope­rze czy na dra­ma­cie lub kome­dii była dla Cie­bie wiel­kim i głę­bo­kim prze­ży­ciem, a dzie­le­nie się wra­że­niami i zapy­ta­niom nie było końca. Gdy mia­łeś 4 lata, zaczą­łem Cię uczyć grać na pia­ni­nie. Zaczę­li­śmy od naj­ła­twiej­szych pal­có­wek gamy C dur roz­bież­nej i na 1-ną oktawę, a póź­niej przez 3 oktawy. Nie mogli­śmy ochło­nąć ze zdu­mie­nia, gdyż nad­spo­dzie­wa­nie łatwo i szybko dawa­łeś sobie radę i przy­swa­ja­łeś sobie ćwi­cze­nia. Kiedy więc tylko mia­łem czas, zaga­nia­łem Cię, Krzy­siu, do lek­cji, gdyż będąc nie­sły­cha­nie żywym, wola­łeś "zbi­jać bąki", jak się to mówi, niż pół godziny ćwi­czyć pal­cówki lub gamy. Jest to zresztą zupeł­nie zro­zu­miałe i uspra­wie­dli­wione, że małe dziecko woli się bawić według swej fan­ta­zji, niż sys­te­ma­tycz­nie ćwi­czyć codzien­nie jedno i to samo, co przy nauce gry na pia­ni­nie, a szcze­gól­niej w począt­ko­wym okre­sie, jest nie­odzowne, a przez to dla dziecka nużące. Ale ja chcąc Cię, mój syneczku kochany, tem­pe­ro­wać i przy­zwy­cza­jać do sys­te­ma­tycz­nej pracy nad sobą, pra­wie codzien­nie przy­zwy­cza­ja­łem Cię do pół­go­dzin­nego ćwi­cze­nia, aby Ci było łatwiej przy­zwy­czaić się do sys­te­ma­tycz­nej pracy nad sobą, co gdy będziesz w wieku szkol­nym, przyda Ci się jako wdra­ża­nie do obo­wiąz­ko­wego i sys­te­ma­tycz­nego odra­bia­nia lek­cji. Na Miko­łaja w 1951 r. kupi­łem Ci szkołę Bay­era i zaczą­łem stop­niowo przy­zwy­cza­jać Cię do nut. Ucie­szy­łem się bar­dzo, gdyż oka­zało się, że masz bar­dzo dobrą, chłonną pamięć i że dosko­nale dajesz sobie radę z nutami. Abyś mógł sobie łatwiej zapa­mię­tać klucz wio­li­nowy, ryso­wa­łem Ci pię­cio­linję w cen­ty­me­tro­wej odle­gło­ści linja od linji i kła­dąc grosz, który wyobra­żał nutę na linji lub pod linją, obja­śnia­łem Ci, co gdzie leży, a póź­niej pyta­łem Cię na wyrywki. Powoli nauczy­łeś się wio­li­no­wego klu­cza, zorien­to­wa­łeś się w war­to­ściach nut i poma­leńku, ćwi­cze­nie za ćwi­cze­niem, zaczą­łeś grać z nut, ku wiel­kiej naszej rado­ści. Zawsze roz­bu­dza­łem w Tobie wyobraź­nię i ambi­cje, abyś wytrwale się uczył by zostać pia­ni­stą - wir­tu­ozem. Zapa­la­łeś się oczy­wi­ście w miarę mych barw­nych opo­wia­dań, ale gdy przy­cho­dziło do ćwi­czeń, bar­dzo czę­sto wypro­wa­dza­łeś mnie z rów­no­wagi i "obry­wa­łeś" przy lek­cji, nie chcąc lub nie mogąc się sku­pić, ale zawsze jedyną i naj­waż­niej­szą przy­czyną mych przy­kro­ści i gniewu nie było to, że nie mogłeś się sku­pić, tylko dla­tego, że Ci się popro­stu nie chciało ćwi­czyć. Musia­łem Ci zawsze prze­ma­wiać do Twego dzie­cię­cego rozumu i ser­duszka, że nie robisz tego dla mnie, a jedy­nie dla sie­bie, dla swo­jej przy­szło­ści, że dla sie­bie uczysz się i pra­cu­jesz, że stra­cony czas bez­pow­rot­nie ucieka i nic go już nie wróci, i jeśli już teraz nie będziesz się uczci­wie i pil­nie uczył, a także wdra­żał i przy­zwy­cza­jał do sys­te­ma­tycz­nej nauki i pracy nad sobą, to nic się nie nauczysz i nie zdo­bę­dziesz. Słu­cha­łeś oczy­wi­ście moich uwag i napo­mnień w sku­pie­niu i przy­kła­da­łeś się do lek­cji, ale nie na długo, gdyż jasnem jest, że jako dziecko o tak buj­nym tem­pe­ra­men­cie i żywot­no­ści inte­re­so­wała Cię cała moc róż­nych zja­wisk i rze­czy, o któ­rych myśla­łeś, a które odwra­cały Twoją uwagę. Sta­ra­łem się wpły­nąć na Twoją fan­ta­zję i wyobraź­nię, opo­wia­da­jąc Ci, jak to będzie pięk­nie, gdy będziesz, pil­nie się ucząc, mógł jesz­cze jako mały chłop­czyk wziąć udział w kon­cer­cie szkoły, do któ­rej będziesz uczęsz­czał, albo w przy­szło­ści, gdy doro­śniesz i zosta­niesz pia­ni­stą sław­nym, jakie to piękne będziesz mógł dawać kon­certy i cza­ro­wać słu­cha­czy. Podo­bały Ci się per­spek­tywy, jakie przed Tobą roz­ta­cza­łem, ale wola­łeś się bawić po swo­jemu i tu Ci czę­ściowo ustę­po­wa­łem, bo to Twoje prawo małego dziecka, ale kon­se­kwent­nie przy­zwy­cza­ja­łem Cię, oczy­wi­ście nie prze­cią­ża­jąc Two­jego mło­dego umy­słu - do moż­li­wie sys­te­ma­tycz­nej uczci­wej pracy, wycho­dząc z zało­że­nia, że gdy pój­dziesz po ukoń­cze­niu sied­miu lat do szkoły - sza­cu­nek, jaki będziesz miał do obo­wiąz­ko­wego ucze­nia się, wydat­nie Ci pomoże i uła­twiać będzie prze­ła­my­wa­nie się w wielu wypad­kach, gdy to wię­cej cią­gnie na boisko, na dwór do chłop­ców i zabawy. Oczy­wi­ście w rów­nym stop­niu musimy zna­leźć czas i na te wszyst­kie roz­rywki, zabawy i przy­jem­no­ści, które har­to­wać będą ciało i duszę do pew­nego stop­nia - ale przede wszyst­kiem nauka i obo­wią­zek, a potem wszystko inne. A tu mam wiele obaw, bo tak tem­pe­ra­mentne dziecko, a póź­niej chło­pak i młody kawa­ler, będziesz z pew­no­ścią pocią­gany przez wszystko to, co jest pra­wem ruchu i bez­tro­skiej swo­body, i dla­tego pra­gnę i pra­cuję nad Tobą, aby roz­bu­dzić i stwo­rzyć w Tobie drugą naturę - umi­ło­wa­nie prawdy, nauki i sys­te­ma­tycz­nej pracy nad sobą, którą z pew­no­ścią da się stwo­rzyć przez budze­nie w Tobie uko­cha­nia pracy nad sobą i kon­troli sys­te­ma­tycz­nej i codzien­nej w celu zdo­by­wa­nia wytknię­tych przed sobą celów i zadań. A tym­cza­sem w okre­sie bez­tro­skich, dzie­cin­nych lat, bo masz dopiero 6 lat, tem­pe­ra­ment Twój znaj­duje sobie ujście w bez­u­stan­nym ruchu, bie­ga­niu, nie­moż­li­wym wprost hała­so­wa­niu i obi­ja­niu sobie i cią­głym zadra­py­wa­niu kolejno na prze­mian koń­czyn gór­nych, dol­nych lub głowy. Cho­dzisz z guzami czy siń­cami nawet przez kilka dni, a panicz­nie boisz się, gdy Ci wypad­nie jody­no­wać ska­le­cze­nia itp. Pro­sisz wtedy, pła­cząc rzew­nie, bym Ci pozwo­lił jody­no­wać samemu, bo myślisz, że to mniej będzie bolało, i robisz to bar­dzo komicz­nie dla nas, ale dla Cie­bie to tra­ge­dia. Nie­dawno, aby ura­to­wać psu­jące - próch­nie­jące Ci cztery zęby, musie­li­śmy cho­dzić na zabiegi do gabi­netu den­ty­stycz­nego. Coś Ty tam wypra­wiał, Krzy­siu, ile tam naja­dłeś się stra­chu, szcze­gól­niej przy boro­wa­niu i czysz­cze­niu zębów. Albo jak nie­raz musia­łem Ci dać w skórę - to Ty wyła­zi­łeś dosłow­nie ze skóry przed­tym. Jed­nym sło­wem, na ból jesteś nie­sły­cha­nie wraż­liwy. Tego roku, to jest 1952-go, w czerwcu nie mając jesz­cze skoń­czo­nych sze­ściu lat, zdawa­łeś wstępny egza­min do pod­sta­wo­wej szkoły muzycz­nej oczy­wi­ście z wyni­kiem dodat­nim i był­byś wła­ściwy egza­min zdał nie­wąt­pli­wie, ale roz­my­śli­łem się, moje dziecko - posta­no­wi­łem, abyś jak naj­dłu­żej miał pełne bez­tro­ski dzie­ciń­stwo do ukoń­cze­nia 7-dmiu lat. Przez około pół­tora roku cho­dzi­łeś do przed­szkola, Krzy­siu, i stale były na Cie­bie jakieś zaża­le­nia, gdyż oka­zało się, że jesteś czu­pur­nym zawa­djaką, czę­sto nie­po­słusz­nym. No - miejmy nadzieję, że wyro­śniesz z tego z bie­giem lat i że wypływa to nie ze złej woli, a z nad­miaru tem­pe­ra­mentu i żywo­ści...

Krzysz­tof Kraw­czyk: Kiedy w wieku 18 lat musia­łem z dnia na dzień stać się doro­sły, nie się­ga­łem do tego pamięt­nika, ale w pew­nym momen­cie powró­cił do mnie ze zdwo­joną siłą. Było to w zimie stanu wojen­nego w Pol­sce. Ja tę zimę spę­dza­łem w ame­ry­kań­skim odda­le­niu i wtedy posta­no­wi­łem go kon­ty­nu­ować. Oto, co napi­sa­łem 30 stycz­nia 1982 roku na tych samych kart­kach, na któ­rych pisał Ojciec:

ZION­SVILLE 30.01.1982 r. USA

Krzysz­tof Kraw­czyk s. Janu­arego

Dnia dzi­siej­szego, poru­szony do głębi soli­dar­no­ścią całego świata z naro­dem pol­skim (od 1000 lat wal­czą­cym o wol­ność wła­snego i nie tylko wła­snego kraju), naro­dem miłu­ją­cym pokój i demo­kra­cję - będąc od prze­szło roku na emi­gra­cji, pełen tęsk­noty za kra­jem, Matką, bra­tem i Przy­ja­ciółmi, posta­no­wi­łem roz­po­cząć pisa­nie pamięt­nika naszej Rodziny, któ­rej korze­nie zostały w Pol­sce, a które może w przy­szło­ści przyjmą się w Ame­ryce - obec­nej naszej Ojczyź­nie!

Coraz czę­ściej się­gam po ten pamięt­nik, czy­ta­jąc (wzru­szony) jego pierw­szą (i nie­stety nie dokoń­czoną przez niego, nie­ży­ją­cego już od 18-stu lat, uko­cha­nego Ojca Janu­arego) część tych wspo­mnień, jakże mi dro­gich! Wiem, że trudno mi będzie przy­po­mnieć sobie wszystko, co wyda­rzyło się w ciągu mojego 35-cio­let­niego życia, ale jed­nak spró­buję! Wiem rów­nież na pewno, że nie potra­fię tak pięk­nie opi­sać wszyst­kiego, jak to zro­bił mój Tatuś. Wiem jed­nak, że powi­nie­nem kon­ty­nu­ować zaczęty przez mego Ojca pamięt­nik, cho­ciażby dla­tego, żeby wspo­mnie­nia te prze­trwały rów­nież w pamięci tych, któ­rzy po nas przyjdą, któ­rzy nas kochają i sza­nują, któ­rzy są jakby prze­dłu­że­niem naszego pra­co­wi­tego życia!

Nie­stety! Sił i czasu star­czyło mi tylko do 1983 roku, by przy­wo­łać kilka wspo­mnień mego wcze­śniej­szego życia. Wszyst­kie zostaną przy­to­czone w tej książce, która jest wła­ści­wie dopiero speł­nie­niem, mocno spóź­nio­nym speł­nie­niem obiet­nicy rzu­co­nej na łamach ojcow­skiego pamięt­nika 30 stycz­nia 1982 roku. Dzię­kuję ci, Andrzeju, mój przy­ja­cielu, że mnie do tego zachę­ci­łeś, poma­gasz mi w tym trud­nym dziele przy­wo­ła­nia 64 lat burz­li­wego życia. Ja prze­cież przy­wy­kłem wypo­wia­dać się głów­nie śpie­wem.

Andrzej Kosmala: I śpie­wa­jąco, jak na razie, nam idzie ta praca. Przy­ja­cielu, odno­szę czę­sto wra­że­nie, że nic w twoim życiu nie bie­rze się z przy­padku. Bo na przy­kład 30 stycz­nia, dzień, w któ­rym pod­ją­łeś zobo­wią­za­nie, to dzień moich uro­dzin.

Tam­ten Poznań

Krzysz­tof Kraw­czyk: A jed­nak Ojciec długo nie wytrzy­mał i czy to chcąc zre­ali­zo­wać swoje marze­nia o synu - wybit­nym pia­ni­ście, czy też dostrze­ga­jąc we mnie buzu­jący talent muzyczny, posłał mnie jed­nak do szkoły muzycz­nej.

Pamię­tam, jak chło­paki kopali piłkę na podwórku, a ja musia­łem ćwi­czyć na for­te­pia­nie. Nie­dawno, po latach, odwie­dzi­łem budy­nek przy ulicy Wierz­bię­cice w Pozna­niu. Skon­fron­to­wa­łem wygląd budynku i podwó­rza z tym, co spo­czywa we mgle mojej pamięci. Nawet usta­li­łem okno, z któ­rego upa­dek miał mnie pozba­wić życia. Nie­wiele się tam zmie­niło. Spo­tka­łem star­szych ludzi. Nie­któ­rzy pamię­tali, że miesz­kał tam aktor, ale patrząc na mnie i pozna­jąc mnie, mówili: A to nie wie­dzie­li­śmy, że to Kraw­czyk, ojciec tego Kraw­czyka. No cóż, nie było wtedy tele­wi­zji. Można było być zna­ko­mi­tym akto­rem - a tak go oce­niali kole­dzy z tam­tych lat - i nie zdo­być powszech­nej popu­lar­no­ści. Tę dawał akto­rowi w tam­tych cza­sach, w rodzą­cej się dopiero tele­wi­zji, film. A filmy krę­cono w Łodzi. I tam mie­li­śmy wkrótce tra­fić.

W Pozna­niu Ojciec grał w Teatrze Pol­skim mię­dzy innymi: postać Zaru­bina w Puga­czo­wie Ser­giu­sza Jesie­nina w reży­se­rii Wilama Horzycy, w Pasto­rałce Leona Schil­lera w reży­se­rii Hanny Mał­kow­skiej posta­cie szlach­cica i Kac­pra, postać kanc­le­rza w Bal­la­dy­nie Juliu­sza Sło­wac­kiego w reży­se­rii Wła­dy­sława Woź­niaka, a w sztuce Romana Brand­sta­et­tera Król i aktor w reży­se­rii Adama Hanusz­kie­wi­cza postać het­mana Ksa­we­rego Bra­nic­kiego. Zgod­nie ze swoim podwój­nym przy­go­to­wa­niem zawo­do­wym oraz talen­tem aktora i śpie­waka bary­tona wystę­po­wał także w poznań­skiej kome­dii muzycz­nej, mię­dzy innymi w Wode­wilu war­szaw­skim Zdzi­sława Goz­dawy i Wacława Stęp­nia, reży­se­ro­wa­nym przez Jana Perza w roli Wie­czorka, w Ja tu rzą­dzę Win­cen­tego Rapac­kiego (syna) postać Kory­ciń­skiego w uję­ciu Ste­fana Orze­chow­skiego, a w Pie­śni miło­snej Schu­berta Fran­ciszka Schu­berta w reży­se­rii Jana Perza rolę Jana Michała Vogla.

Bywa­łem czę­sto na pró­bach, cza­sem na spek­ta­klach. W każ­dym razie z Mamą naj­pierw w wózeczku, potem już na wła­snych nogach odwie­dza­li­śmy tatę w teatrze. Nie­kiedy wycho­dził do nas przed teatr w stroju sce­nicz­nym, budząc moją radość i zain­te­re­so­wa­nie prze­chod­niów.

Czę­sto bywa­li­śmy na spa­ce­rze w parku koło opery oraz w popu­lar­nym poznań­skim zoo. Obok ogrodu zoo­lo­gicz­nego, przy ulicy Zwie­rzy­niec­kiej mie­ściła się moja szkoła muzyczna. Z naszego miesz­ka­nia przy ulicy Gwar­dii Ludo­wej szli­śmy zazwy­czaj pie­szo przez duży park, dziś Karola Mar­cin­kow­skiego, mija­li­śmy zamek po pra­wej, fil­har­mo­nię, potem szli­śmy przez most kole­jowy, mija­li­śmy skrzy­żo­wa­nie zwane Kapo­nierą i dalej już była moja szkoła.

W 1951 roku prze­sta­łem być jedy­na­kiem. Uro­dził się mój brat Andrzej. Ale ani przez moment nie poczu­łem, by w jaki­kol­wiek spo­sób odbyło się to moim kosz­tem, by Rodzice choć tro­chę uszczu­plili opie­kuń­czość i miłość, jaką mnie darzyli. Po pro­stu zdo­byli się na dru­gie, rów­nie gorące uczu­cie. I to cie­pło rodzin­nego domu koja­rzyć mi się będzie na zawsze z Pozna­niem.

Andrzej Kosmala: Mój przy­ja­cielu! I tutaj, jako pozna­niak z krwi i kości, muszę ci wejść w słowo i prze­rwać twoją opo­wieść. Jest jakimś zrzą­dze­niem losu, nie­któ­rzy nazy­wają to prze­wrot­no­ścią losu, że po pierw­sze: nasze pierw­sze drogi w życiu prze­bie­gały w tym samym mie­ście, w tych samych latach. Ja miesz­ka­łem, podob­nie jak ty, w Pozna­niu w latach 1949-1956. Ty na Wil­dzie, a ja na gra­ni­czą­cym z Wildą przez tory kole­jowe Łaza­rzu.

Po dru­gie: nasi rodzice cho­dzili z nami w te same miej­sca Pozna­nia, o czym świad­czą zdję­cia. A więc przede wszyst­kim ogród zoo­lo­giczny przy ulicy Zwie­rzy­niec­kiej, park przy ope­rze, schody opery z oka­za­łymi lwami, Teatr Pol­ski z napi­sem "Naród sobie", Stary Rynek z kozioł­kami wyska­ku­ją­cymi o godzi­nie 12.00 w połu­dnie na wieży ratu­szo­wej, by się potry­kać.

Po trze­cie: moja mama nazy­wała się z domu Irena Kraw­czyk. Mój dzia­dek Andrzej był bar­dzo muzy­kalny, przed wojną sam zbu­do­wał organy i grał w kościele w Ple­sze­wie. Moje kuzynki do dziś zaj­mują się muzyką, a jedna z nich jest śpie­waczką w ope­rze w Rey­kja­viku, na dale­kiej Islan­dii. Może te moje ple­szew­skie Kraw­czyki mają coś wspól­nego z tymi Kraw­czykami ślą­skimi? Może tak, bo kiedy sia­dam z moimi ple­szew­skimi Kraw­czykami do stołu, to mam wra­że­nie, że brak tylko Krzysz­tofa, jego mamy Lucyny i jego brata Andrzeja. Widocz­nie Kraw­czyki tak mają...

A wra­ca­jąc do tam­tych lat: Poznań był mia­stem sza­rym, już nie tyle jak więk­szość miast sza­ro­ścią ustroju, ale ger­mań­skim, teu­toń­skim nastro­jem, ow­szem, z tamtą solid­no­ścią i czy­sto­ścią. No cóż, było to pod­czas zabo­rów mia­sto fron­towe w walce z ger­ma­ni­za­cją. Wiel­ko­po­la­nie za oręż walki wzięli adop­to­wa­nie aku­rat tych pozy­tyw­nych cech od Niem­ców, co spro­wa­dziło się do poznań­skiego hasła: "porzun­dek musi być". Cho­dziło o poko­na­nie Niem­ców ich wła­sną bro­nią. I udało się: tylko tutaj wybu­chło zwy­cię­skie powsta­nie.

W cza­sach, w któ­rych star­to­wa­li­śmy do kariery szkol­nej, Poznań był też jedy­nym obok miast por­to­wych oknem na świat. Tutaj prze­cież w tych mrocz­nych cza­sach odby­wały się mię­dzy­na­ro­dowe targi. Pamię­tam je głów­nie za sprawą jeż­dżą­cych po Pozna­niu pięk­nych zachod­nich limu­zyn, które jed­nego dnia zni­kały jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, by za rok poja­wić się znów.

Już w tam­tych cza­sach zasta­na­wia­łem się, kim będę. Myśla­łem o byciu księ­dzem (podo­bały mi się złote ornaty i zbie­ra­nie ofiary, nauczy­łem się nawet łaciny (w tym języku w tam­tym cza­sie odpra­wiane były msze): Pater noster, qui es in caelis..., pilo­tem kuku­ruź­nika (to taki samo­lot dwu­pła­towy, który czę­sto poja­wiał się nad Pozna­niem, kupo­wa­łem nawet tygo­dnik "Skrzy­dlata Pol­ska", skle­ja­łem modele samo­lotów), ewen­tu­al­nie - za ojcem - praw­ni­kiem (podo­bały mi się jego wywody prawne, kiedy przy­cho­dzili do niego ludzie po radę, zabie­rał mnie też do sądu na roz­prawy). Cza­sem jed­nak w życiu dziecka jest taki moment, który nawet jeżeli wprost nie zaważy na wybo­rze drogi w życiu, to uru­chomi myśle­nie o tym.

Król jest nagi

Andrzej Kosmala: Poznań był wtedy sil­nym ośrod­kiem teatral­nym i muzycz­nym. War­szawa pod­no­siła się z gru­zów, więc naj­lepsi arty­ści jechali do Kra­kowa, Łodzi, Pozna­nia - miast, które wojna sto­sun­kowo mało znisz­czyła. W Pozna­niu przy ulicy Armii Czer­wo­nej (po 1989 roku ulica Święty Mar­cin), tuż przy kościele św. Mar­cina z kopią groty Matki Boskiej z Lour­des, stał cudem oca­lały budy­nek (obok inne były w gru­zach), w któ­rym zna­lazł swe miej­sce Pań­stwowy Teatr Lalki i Aktora. I tam mia­łem zaznać pierw­szego arty­stycz­nego wzru­sze­nia, które, jak patrzę w prze­szłość, ukształ­to­wało moją duszę, myśle­nie i wraż­li­wość na całe życie.

Mama zapro­wa­dziła mnie na przed­sta­wie­nie Chri­stiana Ander­sena Nowe szaty króla. Był król, który zamiast zaj­mo­wać się rzą­dze­niem, dbał głów­nie o swoje ubra­nia, a życie spę­dzał w swej gar­de­ro­bie. Wyko­rzy­stało to dwóch oszu­stów, któ­rzy obie­cali, że uszyją naj­pięk­niej­sze szaty o szcze­gól­nych wła­ści­wo­ściach. Będą je widzieć tylko ludzie godni naj­wyż­szych urzę­dów i zaszczy­tów. Wysłani do spraw­dze­nia prze­biegu prac mini­ster i urzęd­nicy zachwa­lali, jaki to wspa­niały mate­riał i jaki postęp prac. I kiedy król uka­zał się dwo­rowi w ponoć cudow­nych sza­tach, dwo­rza­nie byli zachwy­ceni. Tylko mały chło­piec wykrzyk­nął: Król jest nagi! A wraz z nim cały lud. A więc sztuka o zakła­ma­niu, słu­żal­czo­ści, głu­po­cie. I jak ten spek­takl mógł zostać wysta­wiony w epoce, w któ­rej były to cechy domi­nu­jące? Ja oczy­wi­ście byłem tym 6-let­nim chłop­cem, bo też tyle mia­łem wów­czas lat, i nikt nie był mi w sta­nie wmó­wić, że król nie jest nagi!

Tak prze­ży­łem tę histo­rię, że z wra­że­nia się posiu­sia­łem. A ponie­waż jak więk­szość chłop­ców w tam­tych cza­sach nawet w zimie cho­dzi­łem w krót­kich spoden­kach i poń­czo­chach przy­pi­na­nych gum­kami do maj­tek, dra­mat był dla mnie podwójny. Chło­piec, który sie­dział obok mnie, nie zauwa­żył, że król jest nagi, ale nie uszło jego uwa­dze, że kolega się posiu­siał, o czym mówił dość gło­śno, pogrą­ża­jąc mnie tym do reszty. Aż dzia­dek, z któ­rym przy­szedł, uspo­koił go, tłu­ma­cząc, że chło­piec przy­niósł śnieg na butach, ten śnieg się roz­to­pił i stąd kałuża. A więc nie­prawda nie tylko na sce­nie, ale i na widowni. Póź­niej, kiedy ustrój spra­wie­dli­wo­ści umoc­nił nie­jedną nie­prawdę, Zenek Lasko­wik komen­to­wał to z wła­ściwą sobie traf­no­ścią: Będę musiał iść do oku­li­sty, bo co innego widzę, co innego sły­szę.

Czy coś się zmie­niło od tam­tych cza­sów poza ustro­jem? Nie­wiele. Więk­szość współ­cze­snych kró­lów jest też naga, przy­naj­mniej inte­lek­tu­al­nie, oto­czona kraw­cami - oszu­stami, czyli spe­cja­li­stami od poli­tycz­nego mar­ke­tingu, i dwo­rza­nami - pochleb­cami. Tylko coraz mniej bystrych chłop­ców, któ­rzy chcą to dostrzec. Można oczy­wi­ście żyć w słod­kim prze­świad­cze­niu, że król nie jest nagi. Dziś Lasko­wik, który dalej naj­le­piej potrafi odpo­wied­nie dać rze­czy słowo, komen­tuje: I tak to jest.

Krzysz­tof Kraw­czyk: A ja w wieku 6 lat wybie­ra­łem się na wojnę z bol­sze­wi­kami. A było to tak. Nie wiem, jakim spo­so­bem Rodzice spro­wa­dzili mi do Pozna­nia z Kanady kostium kow­boj­ski z dwoma rewol­we­rami. Były to lata sta­li­now­skie. Jadę z Ojcem na próbę w tym kostiu­mie tram­wa­jem, budząc powszechne zain­te­re­so­wa­nie. Szcze­gól­nie u jed­nego faceta. A gdzie ty jedziesz, chłop­cze? - pyta. Na wojnę - odpo­wia­dam. A kogo ty będziesz bił na tej woj­nie? A ja: Bol­sze­wi­ków.

W tym momen­cie w tram­waju zro­biło się dziw­nie cicho, motor­ni­czy tylko zorien­to­wał się w groź­nej sytu­acji i przy­ha­mo­wał, umoż­li­wia­jąc star­szemu panu z dziec­kiem kow­bo­jem na ręku wysko­cze­nie z tram­waju. A kiedy ten facet, który zada­wał mi pyta­nia, chciał zro­bić to samo, motor­ni­czy dał czadu!

Skąd wzią­łem tych bol­sze­wi­ków? W domu Ojciec czę­sto mówił, że są przy­czyną całego naszego nie­szczę­ścia. No i przede wszyst­kim nasłu­chi­wał radia Wolna Europa na takim Pio­nierku, nie­zwy­kle wów­czas popu­lar­nym odbior­niku. Poszu­kuję takiego odbior­nika jak tali­zmanu.

Andrzej Kosmala: Mój ojciec słu­chał Wol­nej Europy na Sie­men­sie, a antenę ukrył w meta­lo­wej ramie pieca kaflo­wego do goto­wa­nia i pie­cze­nia, tzw. west­falce. Ale naj­lep­szy oka­zał się odbior­nik tran­zy­sto­rowy ze Związku Radziec­kiego. Oni tam przy tych wiel­kich odle­gło­ściach musieli posta­wić na krót­kie fale, a na tych nada­wała Wolna Europa.

Chciał­bym jesz­cze powró­cić do przed­sta­wie­nia Nowe szaty króla. Usta­wiło ono nie tylko moje filo­zo­ficzne widze­nie świata, ale było też ogrom­nym wstrzą­sem este­tycz­nym. Kiedy zapa­liły się reflek­tory, roz­su­nęła kur­tyna i zoba­czy­łem kukiełki w jakimś baj­ko­wym, nie­re­al­nym świe­cie, w któ­rym te kukiełki mówiły jed­nak nor­mal­nym języ­kiem, byłem w szoku. Nie tylko się tam posiu­sia­łem, ale po powro­cie do domu zbu­do­wa­łem z pudełka kar­to­no­wego teatrzyk kukieł­kowy z kur­tyną i pod­świe­tlany świeczką. Scena teatralna zaczęła mnie bar­dziej fascy­no­wać niż szare życie. Pamię­tajmy, że nie było wtedy jesz­cze tele­wi­zji. Na ścia­nie lub za prze­ście­ra­dłem odgry­wa­łem teatrzyk cieni, a na imie­ni­nach u mojego uko­cha­nego wujka Kazia śpie­wa­łem, tań­czy­łem i odgry­wa­łem, leżąc na pod­ło­dze, pio­senkę: "Umarł Maciek, umarł, już leży na desce, gdyby mu zagrali, zatań­czyłby jesz­cze". Taki dzie­ciak musiał 25 lat póź­niej zostać dyrek­to­rem arty­stycz­nym Estrady i... mene­dże­rem Krzysz­tofa Kraw­czyka.

Czer­wiec 1956

Krzysz­tof Kraw­czyk: Histo­ria lubi się powta­rzać. I ja w 1978 roku tra­fi­łem na scenę teatru mojego Ojca, czyli Teatru Pol­skiego w Pozna­niu. Ilu­stro­wa­łem pie­śniami do wier­szy Ser­giu­sza Jesie­nina przed­sta­wie­nie Sta­ro­świecka kome­dia Arbu­zowa. Pomi­ja­jąc nowe doświad­cze­nie zawo­dowe, fakt, że wystę­puję na sce­nie, na któ­rej wystę­po­wał mój Ojciec, był nie­zwy­kle wzru­sza­jący. Pod­szedł do mnie ze łzami w oczach maszy­ni­sta sceny, który pra­co­wał jesz­cze z Ojcem i nauczył go sto­larki. Tyle pięk­nych rze­czy nam zro­bił: sza­ble, pisto­lety, tar­cze, zamki. To były arcy­dzieła.

W 1956 roku po wypad­kach poznań­skich 28 czerwca nastą­piła ner­wowa atmos­fera w teatrze i odczu­łem ją także w domu. Akto­rzy przy­stą­pili do demon­stra­cji, przy­go­to­wy­wano listę akto­rów do wyrzu­ce­nia. Ojciec sal­wo­wał się ucieczką do Łodzi. Tłu­ma­czył to przed sobą tym, że będzie bli­żej filmu. Na wspo­mnie­nie poznań­skich wyda­rzeń czerw­co­wych zawsze milkł.

Andrzej Kosmala: Krótko przed wyda­rze­niami czerw­co­wymi prze­pro­wa­dzi­li­śmy się z rodzi­cami do Pusz­czy­kówka, 15 kilo­me­trów od Pozna­nia. 28 czerwca 1956 roku mój ojciec miał speł­nić moje marze­nie: zabrać mnie na Mię­dzy­na­ro­dowe Targi Poznań­skie. Pierw­szy raz w życiu mia­łem zoba­czyć tele­wi­zję! Nie­praw­do­po­dobne prze­ży­cie. A tutaj sąsiad Gagat, mistrz murar­ski, mówi: Panie Kosmala, gdzie pan chce jechać? Prze­cież jutro jest sztrajk! Ojciec tylko z uśmie­chem mach­nął ręką: Jaki tam strajk!

Poje­cha­li­śmy więc pocią­giem do Pozna­nia, wycho­dzimy z dworca, a tutaj na moście Dwor­co­wym idzie wielka demon­stra­cja z trans­pa­ren­tem: "Chcemy chleba dla naszych dzieci!". Przed Tar­gami limu­zyny gości tar­go­wych, a na ich dachach robiący zdję­cia. Pomy­śla­łem sobie w dzie­cię­cej naiw­no­ści: "Szkoda takich ład­nych samo­cho­dów". Cho­dzi­łem jesz­cze z ojcem po Pozna­niu, bo miał on dodat­kowo kilka zawo­do­wych spraw do zała­twie­nia. Na uli­cach kar­na­wał wol­no­ści. Ale ja, 10-latek, mia­łem jeden pro­blem: zoba­czyć tele­wi­zję.

Kiedy z ojcem skie­ro­wa­li­śmy się w stronę tere­nów Tar­gów Poznań­skich i byli­śmy gdzieś w oko­li­cach mostu Uni­wer­sy­tec­kiego, roz­le­gły się strzały. Ojciec od razu pod­jął decy­zję: wra­camy do Pusz­czy­kówka. Nie­stety, pociągi już nie jeź­dziły. Ruszy­li­śmy więc pie­szo, a po dro­dze mijały nas cię­ża­rówki pełne sił bez­pie­czeń­stwa, woj­ska, mili­cji. Uzbro­jeni po zęby. Pol­ska krwawo wystar­to­wała do wol­no­ści i ten marsz miał trwać jesz­cze 33 lata...

Łódź

Andrzej Kosmala: W Łodzi mia­łeś już sta­łego kum­pla, młod­szego o pięć lat brata Andrzeja. Byłeś dla niego naj­waż­niej­szym auto­ry­te­tem i takim pozo­sta­łeś do dziś. Andrzej też posiadł po rodzi­cach talenty arty­styczne, w jego przy­padku pla­styczne. Nama­lo­wał wiele wspa­nia­łych obra­zów, a kopi­stą malar­stwa świa­to­wego jest genial­nym. Andrzej wspo­mina dla nas zapa­mię­tany dzie­cięcy świat z tam­tej Łodzi:

Kiedy byli­śmy dziećmi, kiedy jedy­nym oknem na świat było radio i kino, słu­cha­li­śmy Pio­nierka, audy­cji Lucjana Kydryń­skiego w soboty, muzyki, hitów śpie­wa­nych przez Elvisa Pre­sleya. Gdy robiło się późno i kła­dli­śmy się do łóżek, Tato czy­tał nam naj­pierw bajki, a potem, jak dora­sta­li­śmy, całą Try­lo­gię. Nasza fan­ta­zja i wyobraź­nia pozwa­lały nam widzieć tak jak w kinie. Zawsze w nie­dzielę Tato zabie­rał nas na pora­nek do kina Tatra na Toma i Jerry'ego.

Gdy byli­śmy starsi, szli­śmy naj­pierw do kościoła na mszę, a potem na jakiś cie­kawy film. Było to święto, bo Tata jeź­dził z teatrem objaz­do­wym Ziemi Łódz­kiej i czę­ściej go z nami nie było niż był. W okre­sie let­nim teatry były zamknięte, latem zawsze wyjeż­dża­li­śmy do dziadka ze Szczawna Zdroju, do kurortu pod Wał­brzy­chem. Tato odwo­ził nas pocią­giem, lubi­li­śmy podróże i te posiłki w cza­sie jazdy (jajka na twardo i kanapki). Dzia­dek miał ule i psz­czoły, zawsze brał pasiekę i wyjeż­dżał. Bab­cia pil­no­wała całego gospo­dar­stwa i nas, dzieci, a było nas tro­chę wnu­ków. My dwaj, od cioci Halinki dwóch chłop­ców, cioci Wandy Ola, wujka Cześka troje i wujka Tadka troje. Było wesoło aż do wie­czora.

Na naszym podwórku do dzi­siaj rosną drzewa owo­cowe: jabło­nie, wiśnie, gru­sze, śliwa, orzech. Jako małe dzieci wcho­dzi­li­śmy na drzewa i rwa­li­śmy owoce. Zawsze ktoś na nas krzy­czał, ale doj­rzałe papie­rówki były tak dobre, że ciężko było zejść z drzewa. Za siatką dzie­lącą jesz­cze dwa podwó­rza dozorcy tych pose­sji, pan Olej­ni­czak i Bara­now­ski, czę­sto gonili nas z ich pose­sji. Bandy od nich i my obrzu­ca­li­śmy się kamie­niami, dar­niną, wal­cząc i krzy­cząc. Wojny i bija­tyki odby­wały się dość czę­sto. Po dru­giej stro­nie ulicy też odby­wały się bata­lie i wojny dziel­ni­cowe. Brat wraz ze swo­imi star­szymi kole­gami wie­dli prym, w takich akcjach czę­sto brat poka­zy­wał swoje rany i siniaki. Ja byłem bierny, raczej obser­wo­wa­łem i byłem gotowy do ucieczki na naszą pose­sję. Czę­sto te nasze podwórka zawie­rały pokój. Kije, tar­cze szły na stos, było wesoło i bra­ta­li­śmy się wszy­scy. W naszej dziel­nicy z bija­tyk i awan­tur znana była ulica Abra­mow­skiego. Wie­czo­rem uni­kało się prze­cho­dze­nia tą ulicą. Czę­sto się ryzy­ko­wało, miało się pie­tra.

Ważny był okres świąt Bożego Naro­dze­nia. Tata w tra­sie, Mama zago­niona cho­dzi po skle­pach i zbiera pro­dukty, aby kupić wszystko na święta. To nie te czasy, gdy opo­wia­dam swoim dzie­ciom, że prak­tycz­nie nic w skle­pach nie było, bo stało się wiecz­nie w kolej­kach po wszystko. Jedni dostali, a ten za tobą odszedł z kwit­kiem. Przy­je­chał Tata, przy­wiózł żywą gęś, która wylą­do­wała w piw­nicy tak po cichu, żeby sąsie­dzi nie widzieli, bo nie wolno było hodo­wać w blo­kach cze­go­kol­wiek. Był koniec listo­pada. Tato po pracy zawsze pod wie­czór scho­dził do piw­nicy. Nic nam nie mówił, a my cie­kawi pyta­li­śmy Mamę, po co i dla­czego. Zże­rała nas cie­ka­wość. Któ­re­goś dnia wie­czo­rem, kiedy Tato był już na dole w piw­nicy, po cichu zeszli­śmy za nim. Ukrad­kiem pode­szli­śmy jak naj­bli­żej. To, co ujrze­li­śmy, było dla nas zdu­mie­wa­jące - Tato kar­mił gęś. Wkła­dał jej coś do dzioba i prze­su­wał po szyi do kor­pusu. Czyn­ność tę powta­rzał. Po cichu wyco­fa­li­śmy się. Dopiero za parę dni, gdy cie­ka­wość się­gnęła zenitu, prze­pro­si­li­śmy Tatę, że pod­glą­da­li­śmy, co robi z tą gęsią, że ona musi być bar­dzo głodna, że aż tyle je. Tata po chwili waha­nia wyja­śnił, że przez takie klu­skowe kar­mie­nie gęś przy­biera na wadze i rośnie jej wątroba, którą z ape­ty­tem zjemy na święta. I tak oto upie­czona wylą­do­wała na naszym stole.

Stół wie­kowy, duży, drew­niany. Słu­żył nie tylko do celów kuli­narno-obia­do­wych. Pamięta zawody gry w cym­ber­gaja, które Krzysz­tof orga­ni­zo­wał z kole­gami. To były gry! Cie­szyli się z goli jak dzieci. Śmie­chu co nie­miara. Odby­wały się rów­nież zawody w ping-ponga. Były to popisy gry. Działo się to wszystko w domu, nie było klu­bów mło­dzie­żo­wych. Wycho­dziło się na ulicę, dep­tak, słynną Piotr­kow­ską, spa­ce­ro­wało się aż do placu Kościuszki. W soboty i nie­dziele ludzie wycho­dzili z domów i wszy­scy szli na dep­tak, było nawet tłoczno, ale wesoło, na lody od Gro­now­skiej. Mia­sto żyło, ludzie szli do kin, teatrów i lokali gastro­no­micz­nych. To było moje mło­dzień­cze życie. Z łezką w oku to wspo­mi­nam.

Święta Bożego Naro­dze­nia. Wigi­lia. Piękna jodełka, ubrana, z lamp­kami, które Tato gdzieś zdo­był, bombki, w któ­rych odbija się świa­tło kolo­ro­wych lam­pek. Nastrój pod­nio­sły, my z Krzysz­to­fem odświęt­nie ubrani cze­kamy znie­cier­pli­wieni na pre­zenty. Rodzice wresz­cie pozwo­lili je obej­rzeć i spra­wiły nam one wiele rado­ści. Nad­szedł czas na kola­cję wigi­lijną. Na wie­ko­wym stole lądują potrawy, może nie aż tyle, nie aż dwa­na­ście, ale jest barszcz czer­wony z uszkami, grzy­bowa, karp po żydow­sku, sma­żony, śle­dzie w oleju i w śmie­ta­nie, pie­rogi z kapu­stą i grzy­bami, łazanki, makiełki (chałka z rodzyn­kami, orze­chami i mio­dem prze­kła­dana słod­kim makiem), kom­pot z suszo­nych owo­ców, jakieś czer­wone wino. Śpie­wa­li­śmy kolędy, nastrój i radość, pierw­sze łzy. Potem do kościoła (kate­dry) na pasterkę. I mamy 25-ty grud­nia, pierw­sze święto Bożego Naro­dze­nia. Ja w Szcze­pana, 26-tego grud­nia, obcho­dzę uro­dziny. Były życze­nia, wesoło, kino i mnó­stwo sło­dy­czy. Bar­dzo lubi­łem te święta z Rodzi­cami, ich kli­mat, zapach palo­nych świec i dzie­le­nie się opłat­kiem. I ta bez­tro­ska...

Krzysz­tof Kraw­czyk: Święta Bożego Naro­dze­nia ze wszyst­kimi swo­imi atry­bu­tami, ze śpie­wa­niem kolęd to nie­za­po­mniane chwile. Święta koja­rzę z zapa­chem pasty do pod­łóg, bo co roku na święta było gene­ralne sprzą­ta­nie domu z pasto­wa­niem i fro­te­ro­wa­niem pod­łóg. Pamię­tam zapach grzy­bów, kapu­sty, poma­rań­czy, cze­ko­lady. Mama wyga­niała nas z pokoju, bo w Pozna­niu przy­cho­dził Gwiaz­dor, a potem w Łodzi Miko­łaj. "Musi­cie wyjść z pokoju, bo zaraz Święty Miko­łaj przyj­dzie, trzeba zosta­wić otwarte okno". Te święta, wyjazdy i powroty Ojca, nado­pie­kuń­czość Matki - to wszystko mocne wspo­mnie­nia. Mia­łem szczę­śliwe dzie­ciń­stwo aż do momentu, kiedy pod­słu­cha­łem roz­mowę Rodzi­ców, z któ­rej wyni­kało, że Ojciec ma raka jelita gru­bego. Tra­fił do szpi­tala. Przed samą ope­ra­cją uciekł. Malo­wał jesz­cze meble w kuchni na biało, bo mówił: Jak będziesz po mnie miała młod­szego męża, to co on sobie o mnie pomy­śli. Tak gorzko żar­to­wał.

Kim będę: pia­ni­stą czy akto­rem?

Krzysz­tof Kraw­czyk: Pamię­tam dosko­nale pracę Ojca i Mamy w Łodzi. Mama miała tylko kilka ról solo­wych, raczej była wyko­rzy­sty­wana w chó­rze, nato­miast Ojciec miał zna­ko­mity bary­ton wło­skiej szkoły, liryczny, nie boha­ter­ski.

W Łodzi kon­ty­nu­owa­łem naukę w pod­sta­wo­wej szkole muzycz­nej, ale dotar­łem tylko do szó­stej klasy. Nie pod­cho­dzi­łem z wła­ści­wym entu­zja­zmem do wyobra­żeń Ojca: Będziesz grał kon­certy na for­te­pia­nie, w fil­har­mo­nii, we fraku, a my też odświęt­nie ubrani będziemy sie­dzieć na widowni i cię okla­ski­wać. Pomy­lił się Ojciec, umiesz­cza­jąc mnie w marze­niach w muzyce poważ­nej, gdy tym­cza­sem mia­łem tra­fić do muzyki, ale niepoważ­nej. Ale myślę, że dziś byłby ze mnie zado­wo­lony. Jak tam na mnie patrzy z góry, to na pewno klasz­cze. Był dobrym czło­wie­kiem i na pewno tra­fił do nieba.

Ojciec był wszech­stron­nym akto­rem. Grał w teatrze, fil­mie, śpie­wał i w ope­rze, i w ope­retce, a więc też - wła­ści­wie głów­nie - jak na tamte czasy zaj­mo­wał się lżej­szą muzą. Nie grano wtedy raczej w kinach fil­mów muzycz­nych z popu­lar­nymi gwiaz­dami ame­ry­kań­skimi. Ale w Łodzi, mie­ście fil­mo­wym, były zamknięte pokazy dla arty­stów. I Ojciec jako czło­nek związku akto­rów mógł na te zamknięte pokazy za nie­wiel­kie pie­nią­dze cho­dzić. Zabie­rał tam mnie i brata. Kie­dyś zabrał mnie na film z Louisem Arm­stron­giem. Na tym fil­mie byłem zafa­scy­no­wany nie tylko Arm­stron­giem, ale rów­nież małym chłop­cem w moim wieku, czyli gdzieś około 10 lat, który sie­dział pod sceną. Zachwy­cony, w marze­niach nie widzia­łem sie­bie jako Arm­stronga, ku któ­rego pamięci nagra­łem 50 lat póź­niej płytę ze stan­dar­dami ame­ry­kań­skimi z tam­tej epoki. Wtedy marzy­łem, żeby być tym chłop­cem pod sceną, tak bli­sko mistrza. Zako­cha­łem się w Arm­strongu, tym gru­ba­sie z białą chustką i chry­pli­wym gło­sem. Tata podzie­lał moją fascy­na­cję, Mama nie. Bli­żej jej było do Mie­czy­sława Fogga, Janu­sza Gniat­kow­skiego, Mie­czy­sława Woj­nic­kiego, ówcze­snych gwiazd pol­skiej estrady. Arm­strong - mówiła - ma chore gar­dło.

Każdy występ Ojca strasz­nie prze­ży­wa­li­śmy. Matka, nie mając z kim zosta­wić swo­ich dzieci, czę­sto zabie­rała nas za kulisy teatru Lut­nia, czyli daw­nej łódz­kiej ope­retki. Tym bar­dziej że było to nie­da­leko naszego domu. Pamię­tam, że nie tylko występy Ojca nas fascy­no­wały, ale także prze­bie­ra­jące się tan­cerki. Wstyd powie­dzieć, ale bar­dzo lubi­li­śmy je pod­glą­dać. Dla Ojca prze­dłu­że­niem sceny teatral­nej był dom. Miał taki spo­sób, żeby nas łatwiej uśpić. Po pro­stu czy­tał nam bajki, a jak byli­śmy starsi - Sien­kie­wi­cza, ale nie było to takie zwy­kłe czy­ta­nie. Czy­tał nam naj­pierw W pustyni i w pusz­czy, potem Try­lo­gię. Zmie­niał głosy, raz był Zagłobą, raz Woło­dy­jow­skim. Prze­ży­wa­li­śmy to bar­dzo. Pamię­tam, jak mówił: No, to już ostatni roz­dział, a potem gasimy świa­tło i spać. A my bła­ga­li­śmy o wię­cej. Czy­tał prze­pięk­nie i myślę, że czy­ta­nie dzie­ciom to naj­pięk­niej­sze chwile w rodzin­nej atmos­fe­rze domu, o edu­ka­cyj­nych walo­rach nie zapo­mi­na­jąc.

Żadne póź­niej­sze tele­wi­zyjne dobra­nocki nie mogły się rów­nać z atmos­ferą dobra­no­cek kre­owa­nych przez naszego Ojca. Zresztą nie mie­li­śmy wtedy tele­wi­zora, tylko radio Pio­nier. Sąsiad miał tele­wi­zor. To do jego małego miesz­ka­nia na czwart­kową Kobrę potra­fiło przy­cho­dzić 30 osób...

Śpie­wa­li­śmy co roku kolędy. Ale Ojciec głów­nie jak śpie­wał, to ćwi­czył. Miał tak wspa­niały bary­ton, że jak śpie­wał, dom drżał w posa­dach. Nie lubi­łem tych jego ćwi­czeń, gdyż jak było cie­pło, otwie­rał okno i jego śpiew niósł się na całą ulicę. Ludzie się zatrzy­my­wali, by posłu­chać. Czę­sto kla­skali. A ja, głupi, tak się wsty­dzi­łem za Ojca! Czę­sto podej­rze­wa­łem, że to okno otwiera spe­cjal­nie!

Nie pamię­tam, żeby mnie zachę­cał do śpie­wa­nia. Zabrał mnie do kina na film W ryt­mie rock and rolla - z bry­tyj­ską gwiazdą Tom­mym Ste­ele'em. I jak więk­szość chło­pa­ków w tam­tym cza­sie osza­la­łem na punk­cie gitary. Ojciec powie­dział: Popra­wisz stop­nie - dosta­niesz gitarę. Tro­chę pod­cią­gną­łem te tróje i dosta­łem gitarę. Ale szybko poszła w kąt, bo po pierw­szych ćwi­cze­niach spu­chły mi palce. Dopóki nie spo­tka­łem Sławka Kowa­lew­skiego, który nauczył mnie tak naprawdę grać na gita­rze.

Mimo że Ojciec był z innej epoki muzycz­nej, rozu­miał nową muzykę i śpie­wał mi pierw­szego rock and rolla z wła­sną muzyką i wła­snym angiel­skim tek­stem, do tego akom­pa­niu­jąc sobie na for­te­pia­nie.

Swój pierw­szy występ, ale jesz­cze nie w cha­rak­te­rze woka­li­sty, mia­łem w szkole muzycz­nej w Pozna­niu. Na for­te­pia­nie musia­łem grać popisy, żeby zdać do następ­nej klasy. Pamię­tam, że nie mogłem opa­no­wać drże­nia nóg. Nato­miast świet­nie się czu­łem, kiedy gra­łem w przed­sta­wie­niu Szew­czyk Dra­tewka. Ojciec mnie zna­ko­mi­cie przy­go­to­wał, ucha­rak­te­ry­zo­wał, przy­kleił brodę, krza­cza­ste brwi, oku­lary. Tak cza­sami patrzę na sie­bie dziś, kiedy zakła­dam oku­lary, i myślę: Jesteś podobny do tego Kraw­czyka ucha­rak­te­ry­zo­wa­nego przez Ojca. Ojciec przy­go­to­wy­wał mnie zresztą także do innych dzie­cię­cych ról na takie eli­mi­na­cje, dziś powie­dzie­li­by­śmy: castingi. Szcze­gól­nie do dub­bin­gów. Ojciec mówił mi: "Tu musisz tak zagrać, tutaj głos modu­lo­wać". W więk­szo­ści te role łapa­łem. Wystę­po­wa­łem wtedy w wielu dub­bin­gach. Pamię­tam takie jak Książę i żebrak i Czarne perły. Aż w końcu z tej grupy naj­lepsi zostali wybrani do kon­kursu na role har­ce­rzy w kul­to­wym fil­mie z tam­tych lat Sza­tan z siód­mej klasy. Ojciec przy­go­to­wał mnie zna­ko­mi­cie i wygra­łem casting w cuglach. Ta rola miała 14 dni zdję­cio­wych i zaro­bi­łem za nią na ówcze­sne czasy ogromną kwotę - 3 tysiące zło­tych. Byłem naj­bar­dziej auten­tycz­nym har­ce­rzem, bo gra­łem we wła­snym, mocno spra­nym mun­durku. Reszta har­ce­rzy to ucznio­wie szkoły aktor­skiej w mun­dur­kach pro­sto z maga­zynu. Film krę­ci­li­śmy w prze­pięk­nym zamku w Książu. Wszy­scy kocha­li­śmy się w Poli Rak­sie i zazdro­ści­li­śmy Józe­fowi Skwar­kowi, że może być tak bli­sko niej. Bar­dzo bali­śmy się też gra­ją­cego rolę ban­dziora Mie­czy­sława Cze­cho­wi­cza. Zagra­łem w tym fil­mie i potem sta­ty­sto­wa­łem jesz­cze w wielu fil­mach. Ojciec zaczął oswa­jać się z myślą, że pia­ni­stą wir­tu­ozem już nie będę, ale powi­nie­nem zda­wać po matu­rze do szkoły aktor­skiej. Przy­go­to­wy­wał już nawet dla mnie skrypty. Mia­łem zostać akto­rem! A nie­wiele by bra­ko­wało i został­bym woj­sko­wym. Wszystko przez kobiety...

Bo z kobie­tami w moim życiu to róż­nie bywało!

Z kobie­tami to róż­nie bywało

Krzysz­tof Kraw­czyk: Kobiety były w moim życiu jak muzyka - na pierw­szym miej­scu. I były tak jak muzyka siłą napę­dową mojego życia.

Wyobraź sobie, w przed­szkolu sie­dzi naprze­ciw cie­bie dziew­czynka o krę­co­nych blond wło­sach i pyta, czy­byś coś zjadł, i czę­stuje cię, widząc, jak łap­czy­wie jesz, a zawsze byłem gło­do­mo­rem. To dla mnie zaska­ku­jące doświad­cze­nie, bo byli­śmy z kole­gami w wieku, w któ­rym wyda­wało się, że od dziew­czy­nek niczego dobrego nie należy ocze­ki­wać. Tym bar­dziej że mia­łem przy­kre doświad­cze­nie z dziew­czynką, która spu­ściła mi lanie...

Przyj­rza­łem się twa­rzy blon­dynki i stwier­dzi­łem, że jest nie­zwy­kle piękna. I chyba się pierw­szy raz zako­cha­łem, choć wsty­dzi­łem się komu­kol­wiek o tym powie­dzieć. Bo nie widzia­łem wśród kole­gów takiego zja­wi­ska jak uczu­cie do kole­żanki. Ale jed­nak zna­lazł się kon­ku­rent, będący moim fizycz­nym prze­ci­wień­stwem, który pod­su­wał jej cukierki i lalki. Był mocno zbu­do­wany i mógł mnie powa­lić jed­nym ude­rze­niem. Wie­dzia­łem, że nie jestem w sta­nie go poko­nać, ale kiedy zaczął się do niej już mocno przy­sta­wiać, nie wytrzy­ma­łem - zła­pa­łem naj­więk­szy klo­cek, pod­sze­dłem do niego zdra­dli­wie od tyłu i zdzie­li­łem go tym kloc­kiem po gło­wie. Miał wielką ranę, przy­je­chało pogo­to­wie, a mnie za karę kazano klę­czeć na gro­chu, aż przy­je­chał mój Ojciec. Kiedy mnie zabrał z przed­szkola, naj­pierw długo mil­czał, aż wresz­cie spy­tał: Powiedz, dla­czego to zro­bi­łeś. Musia­łeś mieć prze­cież jakiś powód. Więc ja mu oświad­czy­łem ze łzami w oczach, że jestem śmier­tel­nie zako­chany w Elż­bie­cie, bo tak miała na imię. Oba­wia­łem się, że Ojciec się roze­śmieje, a on mi mówi: Wiesz, ona jest rze­czy­wi­ście bar­dzo ładna. A ja na to: Gdy­bym wziął mniej­szy klo­cek, to może bym go tak nie ska­le­czył, ale teraz może się od niej odczepi. Na to Ojciec: To nie jest spo­sób. Jeżeli jesteś tak zako­chany, to powi­nie­neś się codzien­nie za nią pomo­dlić. I ja zaczą­łem się żar­li­wie modlić. A Ojciec jesz­cze mnie pouczył na przy­kła­dach z Krzy­ża­ków, że ni­gdy prze­ciw­nika nie ata­kuje się od tyłu, że to nie­szla­chetne. Tak więc ta pierw­sza moja miłość była bar­dzo poucza­jąca. Miłość i kon­kury do tej Eli o pięk­nym war­ko­czu nie mijały mi nawet jesz­cze w szkole pod­sta­wo­wej. Ale wygrał mój kon­ku­rent, zdzie­lony kloc­kiem w głowę. Co prawda, w szkole śred­niej na jakiejś zaba­wie porwa­łem ją do tańca. A w tym byłem 45 tysięcy razy lep­szy od mojego kon­ku­renta. Ona też się zapo­mniała w tańcu i nad ranem odpro­wa­dza­łem ją do domu. Tam jed­nak cze­kał mój kon­ku­rent w czar­nych skó­rza­nych ręka­wicz­kach, ze swo­imi kole­gami. Też dopadł mnie znie­nacka od tyłu i ude­rzył w twarz, aż się zala­łem krwią. Chy­ba­bym go roz­szar­pał, ale kole­dzy wzięli go w obronę. Po latach oże­nił się z tą Elą, jest dziś leka­rzem i miesz­kają razem w Niem­czech.

W nasto­let­niej mło­do­ści ważny był czas pry­wa­tek. Mia­łem 16 lat i bli­skość w tańcu z kobietą była czymś fascy­nu­ją­cym. Szcze­gól­nie zauwa­ży­łem, że i ze mną, i z nimi coś się dzieje, kiedy z gra­mo­fonu dobie­gały tzw. poście­lówy Elvisa Pre­sleya czy Brendy Lee. Dziś żaden 17-latek nie powie tego gło­śno, ale ja w tym wieku nie wie­dzia­łem do końca, co zna­czy być z kobietą. Pozna­łem, kiedy mia­łem 18 lat i byłem na waka­cjach u mego dziadka w Szczaw­nie Zdroju. Dzia­dek miał ciu­chy z Anglii, w któ­rych wyglą­da­łem doj­rza­lej i nie­zwy­kle świa­towo. Posze­dłem tam do Domu Zdro­jo­wego, gdzie na Bia­łej Sali był dan­cing. Przy orkie­strze bawili się wcza­so­wi­cze. I tam zwró­ciła na mnie uwagę dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nia dziew­czyna i kiedy grali białe tango, popro­siła mnie do tańca. I też tań­czyła tak bli­sko mnie. Grali prze­bój Brendy Lee I'm sorry. Byli­śmy tak roz­na­mięt­nieni, że wypro­wa­dziła mnie do lasu. I tak pozby­łem się mojej nie­win­no­ści. Wyglą­dało to wtedy raczej na krót­kie spię­cie, ale aż do wyjazdu spo­ty­ka­li­śmy się regu­lar­nie. Była chyba star­sza ode mnie o jakieś 8-10 lat. To miej­sce w lesie, gdzie wsze­dłem w praw­dziwy wiek męski, pamię­tam do dziś i po latach poka­za­łem Ewie. Kiedy też 30 lat póź­niej pozna­łem Brendę Lee, powie­dzia­łem, że dzięki jej pio­sence I'm sorry stra­ci­łem dzie­wic­two. Z zachwy­tem orze­kła, że już wiele sły­szała na temat swo­jej pio­senki, ale to wyzna­nie jest naj­ory­gi­nal­niej­sze...

A wcza­so­wiczka? Jak to wcza­so­wiczka. Po pro­stu wyje­chała. A ja zaczą­łem się roz­glą­dać, jak wyko­rzy­stać to nowe doświad­cze­nie. Mia­łem jesz­cze dwa atuty: gra­łem dobrze w ping-ponga i odkry­łem w sobie talenty wokalne. Nie gra­łem jesz­cze wtedy, co prawda, na gita­rze, ale nie­źle grał mój kolega, który także śpie­wał, a ja odkry­łem, że bez trudu przy­cho­dzi mi śpie­wa­nie z nim o ter­cję wyżej lub niżej. Śpie­wa­li­śmy Marinę i inne modne wtedy wło­skie pio­senki. Kolega miał dziew­czynę i nie zwra­cał uwagi na zachwyt pań. A dla mnie było to naprawdę pole do popisu. Ale nie muzyka przy­nio­sła mi następny suk­ces, tylko ping-pong.

Następna moja wcza­sowa sym­pa­tia też była ode mnie star­sza, o jakieś pięć lat, i nie zwra­cała uwagi na moje popisy wokalne, nato­miast uwiel­biała grać w ping-ponga. Ze wszyst­kimi wygry­wała. Na imię miała chyba Zosia. Pomy­śla­łem sobie: Jeśli nie chcesz słu­chać moich pio­se­nek, poko­nam cię w ping-ponga. I udało się, pozba­wi­łem ją mistrzo­stwa świe­tlicy. Ale to wcale jej nie zbli­żyło do mnie, nawet zadzia­łało odwrot­nie - znie­na­wi­dziła mnie. Miała jesz­cze jedną sła­bość - paliła namięt­nie papie­rosy, na ówcze­sne czasy pięk­nie pach­nące i dro­gie, marki Mewa. Ja pró­bo­wa­łem wtedy palić, choć się nie zacią­ga­łem, tym bar­dziej że były to popu­larne sporty. Oczy­wi­ście z takimi papie­ro­sami nie mia­łem co do niej star­to­wać, więc za ostat­nie pie­nią­dze kupi­łem mewy, czym wzbu­dzi­łem jej zain­te­re­so­wa­nie, a jak jesz­cze posta­wi­łem lody, to zaczęła mi się zwie­rzać ze swo­jej samot­no­ści, bo chło­pak jest w woj­sku. Atmos­fera naszej roz­mowy stała się tak cza­ru­jąca, że musiało dojść do połą­cze­nia afek­tów na zaple­czu restau­ra­cji. Ale wkrótce chło­pak przy­je­chał z woj­ska, a ja z tego Szczawna szybko wró­ci­łem do Łodzi.

Można zapy­tać za Gre­chutą - co to wtedy było: przy­jaźń czy kocha­nie? Myślę, że to były takie zadu­rze­nia mło­dzień­cze. Cho­ciaż zawsze się sta­ra­łem w dziew­czy­nach odnaj­dy­wać jakieś szcze­gólne cechy. I kiedy potem z Tru­ba­du­rami mie­li­śmy nie­zwy­kłe powo­dze­nie u kobiet, to zarzu­ca­nie sieci zawsze budziło moje wąt­pli­wo­ści.

Były też sytu­acje, w któ­rych to one pro­wo­ko­wały. Czę­sto sia­da­łem w naj­bar­dziej ciem­nym kącie kawiarni czy restau­ra­cji, a one i tak mnie wypa­trzyły. Zresztą miłość do muzyki w tam­tym cza­sie wypeł­niała mnie bez reszty.

Było to w X kla­sie liceum. Wybra­li­śmy się z kolegą na kon­cert Czer­wono-Czar­nych. Tak byli­śmy tym kon­certem pod­eks­cy­to­wani, że wra­ca­jąc, kupi­li­śmy wino marki "Wino". Prze­cho­dząc koło szkoły, podzie­li­li­śmy się z woź­nym tym trun­kiem. Zaszko­dziło nam i zosta­wi­li­śmy na boisku szkol­nym ślady naszej pijac­kiej dzia­łal­no­ści. Woźny nie­stety nas wydał. Zosta­li­śmy wyrzu­ceni ze szkoły. Ojciec wtedy powie­dział: No dobrze! To teraz będziesz pra­co­wał i się uczył!

Ale w tym cza­sie zapra­gną­łem zostać woj­sko­wym i zgło­si­łem się do Szkoły Kade­tów w Elblągu. Zda­łem egza­min, już nawet mia­łem pobrane wymiary mojej głowy do woj­sko­wej czapki. Wtedy u nas w Łodzi mło­dzi woj­skowi mieli po pro­stu duże bra­nie u dziew­czyn. Wszy­scy im zazdro­ści­li­śmy. W paź­dzier­niku zaczy­nał się tam rok szkolny, ale w międzycza­sie zdą­ży­łem się zako­chać w dziew­czynie trzy lata ode mnie star­szej, pięk­nej i mądrej. Zako­cha­łem się do tego stop­nia, że zaczą­łem pisać wier­sze miło­sne. Jak się zako­cha­łem, to ustał już powód zosta­nia woj­sko­wym.

W pamięt­niku, który pisa­łem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, wstrzą­śnięty wyda­rze­niami stanu wojen­nego, zdo­by­łem się na szcze­rość, na którą w następ­nych latach nie zawsze mnie było stać. Przy­to­czę zapi­ski z 1982 roku:

Mając 24 lata, oże­ni­łem się z panną star­szą od sie­bie o 3 lata - kole­żanką z ławy szkol­nej, albo­wiem po śmierci Ojca maturę zda­łem w liceum dla pra­cu­ją­cych w Łodzi. Mia­łem więc kole­gów cza­sami o 15-20 lat star­szych od sie­bie. Były to wspa­niałe czasy i wspa­niali ludzie. Gra­żyna Ada­mus (póź­niej Kraw­czyk) była ładną, wyga­daną panną, robiącą wra­że­nie bar­dzo doświad­czo­nej w spra­wach dam­sko-męskich. Póź­niej oka­zało się, że sytu­acja jest wręcz odwrotna. Była to moja auten­tyczna pierw­sza szczera miłość, na którą wybranka moja w pełni zasłu­gi­wała. Rodzina mojej pierw­szej żony przy­jęła mnie do swego grona bar­dzo szcze­rze i ser­decz­nie. W szcze­gól­no­ści matka mojej teścio­wej - bab­cia Gra­żyny - fawo­ry­zo­wała mnie ogrom­nie, dokar­mia­jąc przy każ­dej oka­zji. Zamiesz­ka­li­śmy zresztą póź­niej razem, naj­pierw w Łodzi, potem w War­sza­wie. Oby­dwie moje panie doga­dzały mi, czym się dało...

Ale znowu wybie­głem wspo­mnie­niami do przodu. Wra­cam więc do pozna­nia Gra­żyny. Dzięki niej nie zosta­łem pod­po­rucz­ni­kiem. Posze­dłem więc do szkoły wie­czo­ro­wej, gdzie spo­tka­łem Sławka Kowa­lew­skiego. Połą­czyła nas przy­jaźń i pasja muzyczna. Wystę­po­wa­li­śmy w duecie na uro­czy­sto­ściach szkol­nych typu Dzień Nauczy­ciela, żeby zaro­bić na lep­sze oceny. W tej szkole wie­czo­ro­wej mia­łem też pro­blem natury psy­cho­lo­gicz­nej, bo w więk­szo­ści do matury uczyli się tam pano­wie po czter­dzie­stce, a ja mia­łem 16 lat. Zda­li­śmy ze Sław­kiem maturę, ale jed­nak chyba głów­nie dzięki pio­sen­kom, do któ­rych on pisał muzykę, a ja pró­bo­wa­łem pisać tek­sty.

W lecie 1963 roku poje­cha­li­śmy wraz ze swo­imi dziew­czy­nami do Mię­dzyz­dro­jów na waka­cje. Sła­wek roz­bu­dzał moją wyobraź­nię: Pamię­taj, jak będziesz ciężko pra­co­wał, to się opłaci, bo muzyk to jest dobry zawód. Jak muzycy od Wicha­rego przy­cho­dzili do restau­ra­cji, to w buto­nierce mieli wło­żone zamiast chu­s­teczki po 500 zło­tych, a koszul w ogóle nie prali, tylko wyrzu­cali i kupo­wali nowe. Zespół Zyg­munta Wicha­rego z woka­li­stą Bogu­sła­wem Wyrob­kiem był wtedy nie­zwy­kle popu­larny. Byli­śmy na każ­dym jego więk­szym kon­cer­cie. Sła­wek Kowa­lew­ski roz­ta­czał przede mną miraże sławy. Zoba­czysz! Będzie nas jesz­cze kie­dyś Lucjan Kydryń­ski zapo­wia­dał!

Miał rację. Nie minęło wiele czasu i Kydryń­ski zapo­wia­dał nas w Opolu...

Pro­log

Dnia 5 kwiet­nia w Roku Pań­skim 2021 odszedł do wiecz­no­ści Krzysz­tof Kraw­czyk. Śpie­wak, który swym gło­sem pozy­skał wiel­kie rze­sze fanów. Dziś śpiewa już tylko Bogu na wyso­ko­ściach. I modli się jak za życia ziem­skiego: a na ziemi pokój ludziom dobrej woli. Śpie­wał za życia na chwałę Pana i ku rado­ści ludzi. A kto śpiewa, to jakby modlił się dwa razy.

Dnia 10 kwiet­nia tegoż roku odpro­wa­dzi­li­śmy go tłum­nie i god­nie na miej­sce spo­czynku. Tymi sło­wami przy­szło mi poże­gnać nad trumną mego przy­ja­ciela, arty­stę i współ­twórcę książki, którą macie, Dro­dzy Czy­tel­nicy, przed sobą:

Kochany Krzysz­to­fie!

Nie chcia­łem zabie­rać głosu w tej trud­nej chwili. Byłem w końcu przy Tobie czło­wie­kiem dru­giego planu. Jesteś w moich myślach, wspo­mnie­niach, modli­twie...

I w pio­sen­kach, które two­rzy­li­śmy wspól­nie przez czter­dzie­ści sie­dem lat.

Popro­siła mnie jed­nak Twoja uko­chana żona Ewa, bym powie­dział kilka słów, któ­rych ona nie ma siły dziś, w tej cięż­kiej dla niej chwili, powie­dzieć...

Pro­siła mnie, bym Ci powie­dział: nie żegnaj, lecz do widze­nia...

Bo cóż powie­dzieć w takiej chwili?

Niech pozo­sta­nie mil­cze­nie - jak mówił Święty Jan Paweł II.

Ale po Tobie, Krzy­siu, nie pozo­sta­nie mil­cze­nie! Pozo­staną cudowne nagra­nia wyśpie­wane nie­po­wta­rzal­nym gło­sem. Pan Bóg dał Ci talent, a Ty tego daru nie zmar­no­wa­łeś!

Non omnis moriar...

Nie wszystko umiera, kiedy odcho­dzi tak Wielki Arty­sta!

Na ostat­niej swo­jej pły­cie, która nosi wiele zna­czący tytuł Hory­zont, śpie­wasz sło­wami Macieja Świ­toń­skiego:

Hory­zont wzywa za swój brzeg

Do niego cią­gle podą­żamy

Jedyna droga, jeden cel

Idziemy wciąż

I wciąż cze­kamy...

Ty, Przy­ja­cielu, już jesteś za tym hory­zon­tem...

A my wciąż cze­kamy!

Do zoba­cze­nia, Krzysz­to­fie!

Ale zanim spo­tkamy się za hory­zon­tem, spo­tkamy się, Dro­dzy Czy­tel­nicy, z Krzysz­to­fem na łamach tej szcze­gól­nej książki. Jej pierw­sza wer­sja uka­zała się w 2010 roku. Napi­sa­li­śmy ją wspól­nie: arty­sta i jego mene­dżer. Teraz, Krzysz­to­fie, podejmę się trudu opi­sa­nia ostat­nich czter­na­stu lat Two­jego barw­nego życia i umiesz­czę to w dru­gim roz­dziale, nie­stety - ostat­nim. Posta­ram się uczy­nić wszystko, co w mojej mocy, by duch pierw­szej czę­ści pozo­stał na dal­szych stro­ni­cach jako opis dzieła naszego życia. Przy­wo­łam zda­rze­nia z tych final­nych lat poprzez moje wspo­mnie­nia, cytaty Two­ich wypo­wie­dzi i Two­ich przy­ja­ciół. Wszystko w myśl tytułu tej książki i słów naszej pio­senki:

Życie jest za krót­kie, żeby pić marne wino

Życie jest za krót­kie, by miło­ści dać zgi­nąć

Życie jest za krót­kie, żeby się nie spie­szyć

Życie jest za krót­kie, by się nim nie cie­szyć...

Andrzej Kosmala

Mece­nas Kosmala

Andrzej Kosmala: Wiem, drogi czy­tel­niku, że życie i kariera Kraw­czyka, wiel­kiej gwiazdy pol­skiej pio­senki, mogą być dla cie­bie cie­kaw­sze niż moje, czło­wieka - jak to się mówi - dru­giego planu. Tyle tylko że chcemy wspól­nie na naszym przy­kła­dzie poka­zać różne drogi, jakie prze­szli­śmy w tam­tej Pol­sce, by się spo­tkać i zwią­zać w zawo­dzie i przy­jaźni. Spo­tka­nie tych, a nie innych ludzi decy­duje zazwy­czaj o naszych losach.

W życiu Krzysz­tofa, w kre­owa­niu jego duszy arty­stycz­nej, zasad­ni­czą rolę ode­grał ojciec, aktor Janu­ary Kraw­czyk. Mój ojciec, Marian, był praw­ni­kiem, a więc czło­wie­kiem o bar­dzo reali­stycz­nym, przy­ziem­nym podej­ściu do życia. Ze swoją poznań­ską solid­no­ścią i tra­dy­cją pracy od pod­staw widział we mnie w przy­szło­ści solid­nego praw­nika.

Do mnie ojciec nie napi­sał listów w for­mie pamięt­nika, choć kochał mnie bar­dzo. Był czło­wie­kiem nie­zwy­kle zapra­co­wa­nym, zago­nio­nym. Mimo że był z wykształ­ce­nia przed­wo­jen­nym adwo­ka­tem, to w socja­li­stycz­nej rze­czy­wi­sto­ści wolał gonić z tą swoją teczką pełną akt te ćwiartki etatu mię­dzy czte­rema fir­mami, które obsłu­gi­wał jako radca prawny. Nie miał duszy arty­stycz­nej, i kiedy jak więk­szość moich kole­gów w pierw­szej poło­wie lat 60. padłem ofiarą rewo­lu­cji muzycz­nej, nie pochwa­lał moich nowych pasji.

Prze­drzeź­niał mój pierw­szy tekst pio­senki, któ­rego frag­menty pamię­tam do dziś: "Ach, naj­mil­sza blon­dy­neczko, ja tak bar­dzo kocham cię, już wio­senne lśni sło­neczko, a ty cią­gle nie i nie". Oczy­wi­ście inspi­ra­cją była blond Basia. No cóż, każdy arty­sta miał swoją muzę. Ale ojciec nie zro­zu­miał moich unie­sień i napi­sał na tek­ście iro­niczny komen­tarz: "To ci chleba nie da! Pie­nię­dzy nie przy­nie­sie!".

Jakże się Tatuś pomy­lił! Na szczę­ście mia­łem jesz­cze bez­dziet­nego wujka Kazia, leka­rza ze Swa­rzę­dza, brata mojego ojca, który odwrot­nie - roz­bu­dzał i pod­sy­cał moje zain­te­re­so­wa­nia muzyczne i lite­rac­kie. Jako lekarz pro­wa­dzący pry­watną prak­tykę miał na to wię­cej czasu.

Lata 60.! Mój Boże! Cóż to był za wspa­niały czas, kiedy powo­jenne poko­le­nie, nie zwa­ża­jąc na głu­pawą ide­olo­gię spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, poczuło się wolne i kre­atywne. To wtedy, dziś widać z per­spek­tywy czasu, zaczął się upa­dek sys­temu. A ojciec pol­skiego big-beatu, czyli rock and rolla, Fran­ci­szek Walicki, ma w tym demon­tażu więk­szy udział niż nie­je­den opo­zy­cjo­ni­sta, a dziś poli­tyk.

Rock and rolla nazy­wa­li­śmy big-beatem, bo wszystko wtedy było na niby: od Pałacu Kul­tury, który uda­wał Empire State Buil­ding, przez tygo­dniki w wybla­kłych kolo­rach, które uda­wały "Paris Match", samo­chody: war­szawa i syrenka, będące mer­ce­de­sami naszych szos, do wyro­bów cze­ko­la­do­po­dob­nych, które uda­wały cze­ko­ladę, i polo cockty zastę­pu­ją­cej pepsi-colę. Całe życie było jakby na niby, ale był świat kul­tury. Tam też komuna poprzez służby pracy ide­owo-wycho­waw­czej sta­rała się inge­ro­wać, jak tylko się dało. Ale nie­wiele się dało, bo trudno było wejść w zaka­marki duszy i serca arty­stów oraz ludzi chło­ną­cych ich dzieła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wstęp do roz­działu pierw­szego

Książka Życie jak wino jest opo­wie­ścią o dro­dze życio­wej i karie­rze arty­stycz­nej Krzysz­tofa Kraw­czyka. Opo­wie­ścią popro­wa­dzoną na dwa głosy: przez boha­tera książki - pio­sen­ka­rza z ponad 47-let­nim dorob­kiem, tra­fia­ją­cego do wszyst­kich poko­leń Pola­ków, oraz jego mene­dżera - Andrzeja Kosmalę, który współ­pra­cuje z arty­stą 36 lat, jest pomy­sło­dawcą i reali­za­to­rem kon­cep­cji arty­stycz­nych, pro­du­cen­tem nagrań, auto­rem tek­stów, a nade wszystko przy­ja­cie­lem, a więc czło­wie­kiem, który nie tylko z racji zawo­do­wych, ale rów­nież oso­bi­stych rela­cji wie wszystko o Kraw­czyku. Współ­pra­co­wał też w prze­szło­ści z wie­loma innymi gwiaz­dami pol­skiej estrady. Ale Kraw­czyk był zawsze naj­waż­niej­szy.

Nie od dziś wia­domo że za naj­więk­szymi nawet gwiaz­dami pio­senki świa­to­wego for­matu stali i stoją ludzie dru­giego planu, nie­wi­doczni, ale pocią­ga­jący za sznurki tego mecha­ni­zmu zwa­nego gwiazdą. Nie byłoby Elvisa Pre­sleya bez "Puł­kow­nika" Par­kera, Beatle­sów bez Briana Epste­ina, Edith Piaf bez Bruno Coqa­trixa, Char­lesa Azna­vo­ura, Gil­berta Bécaud, Dalidy bez Eddiego Barc­laya, Johnny'ego Hal­ly­daya i Mire­ille Mathieu bez Johnny'ego Starka czy Célin Dion bez René Angélila, w życiu pry­wat­nym jej męża. To są naj­bar­dziej znane przy­kłady. Jest ich mno­gość, co potwier­dza regułę.

Wiele pisano na ten temat, ale ni­gdy wcze­śniej nie powstała auto­bio­gra­fia napi­sana wspól­nie przez arty­stę i jego mene­dżera, która odsła­nia­łaby kulisy tego, co znane od frontu, która poka­zy­wa­łaby arty­stę także "od kuchni".

I oto przed Pań­stwem auto­bio­gra­fia dwóch męż­czyzn pocho­dzą­cych z róż­nych śro­do­wisk, któ­rych drogi życiowe i zawo­dowe splo­tły się w pew­nym momen­cie i wiodą wspól­nie przez 36 lat. To rekord w skali świa­to­wej. Nie można było napi­sać tej książki bez opi­sa­nia tła, na któ­rym walka o pozy­cję Kraw­czyka na muzycz­nym topie się odby­wała. Stąd w książce zna­la­zło się wiele wąt­ków, które pozor­nie tylko bie­gną na obrze­żach kariery arty­sty. Auto­rzy chcą odsło­nić kulisy dzia­łań w tej branży, w któ­rej nie wystar­czy być dobrym i mieć rację. Trzeba jesz­cze przez dzia­ła­nia zaku­li­sowe umieć to sprze­dać.

Auto­rzy na prze­mian opo­wie­dzą o liczą­cej ponad 47 lat arty­stycz­nej dro­dze Krzysz­tofa Kraw­czyka, w tym o swo­jej 36-let­niej przy­jaźni i współ­pracy. Opo­wieść ma się spla­tać w jeden ciąg. Do Andrzeja Kosmali nale­żeć będzie opo­wie­dze­nie o wielu rze­czach, o któ­rych Kraw­czyk nie chce mówić lub po pro­stu mu nie wypada. Wspo­mnie­nia, aneg­doty, reflek­sje i wnio­ski umiesz­czone zostały na tle Pol­ski dwóch sys­te­mów eko­no­miczno-spo­łecz­nych, a szcze­gól­nie na tle zmian ustro­jo­wych ostat­nich 20 lat, adap­ta­cji do nowej rze­czy­wi­sto­ści gwiazdy zro­dzo­nej w PRL-u, która pró­bo­wała szu­kać tej dru­giej Pol­ski na 10-let­niej emi­gra­cji w USA.

Auto­rzy pra­gną poka­zać, że w wypadku arty­sty wize­ru­nek to jedno, a czło­wiek to dru­gie, cho­ciaż kiedy trafi się już w tryby show-biz­nesu, to w pewien spo­sób życie arty­sty prze­staje nale­żeć do niego, a sława tak czę­sto znie­sła­wia.

Droga Krzysz­tofa Kraw­czyka to w oczach widzów dużo rado­ści, suk­ce­sów, zabawy, pie­nię­dzy, kobiet, sławy. Ale tak naprawdę, jak to zazwy­czaj bywało, to przede wszyst­kim walka o prze­trwa­nie, walka o sym­pa­tię ludzi, walka z branżą muzyczną i medialną, wresz­cie walka z samym sobą, żeby nie zapła­cić za to wszystko ceny naj­wyż­szej, jak to wcze­śniej uczy­niło wielu.

Mogę panu oddać pie­nią­dze za bilet!

Andrzej Kosmala: Było to gdzieś na początku lat 70. dwu­dzie­stego wieku. Tru­ba­du­rzy, zespół nie­zwy­kle popu­larny, ale przeze mnie (dzien­ni­ka­rza radio­wego) bar­dzo nie­lu­biany, zawi­tał do mojego Pozna­nia. Tru­ba­du­rzy nale­żeli do grona pol­skich zespo­łów, które ude­rzały w ton folk­lo­ry­styczny. Choć folk był wtedy modny na całym świe­cie, to jed­nak Tru­ba­du­rzy swe zain­te­re­so­wa­nia fol­kowe nazbyt prze­nie­śli na wschód. W kraju im to szko­dziło, ale w Związku Radziec­kim gra­ni­czyli popu­lar­no­ścią z Beatle­sami i Pie­śnia­rami. Była to jedna z ostat­nich muta­cji per­so­nal­nych tego zespołu, z wybi­ja­ją­cym się już wyraź­nie na soli­stę Krzysz­to­fem Kraw­czy­kiem i bar­dzo zdolną solistką, zupeł­nie nie­pa­su­jącą do tego towa­rzy­stwa, moją przy­ja­ciółką, jesz­cze z zespołu Tar­pany, Haliną Żyt­ko­wiak - w życiu pry­wat­nym part­nerką Krzysz­tofa. Posze­dłem na kon­cert, nie tyle Tru­ba­du­rów, co wła­śnie po to, by spo­tkać dawno nie­wi­dzianą Halinę. Po kon­cer­cie uda­łem się do niej za kulisy Auli Uni­wer­sy­tec­kiej w Pozna­niu. Przy­wi­ta­łem ją groź­nym, apo­dyk­tycz­nym i do tego gło­śnym tek­stem: Gdzieś ty tra­fiła? Do tych ruskich kle­zme­rów? Jak ten Kraw­czyk śpiewa, to mam wra­że­nie, że zaraz (prze­pra­szam za wyra­że­nie) "pawia" puści do mikro­fonu! Nie widzia­łem, że za mną stoi roz­da­jący auto­grafy Krzysz­tof Kraw­czyk. Pod­szedł do mnie z groźną miną - choć jeste­śmy tego samego wzro­stu, to wydał mi się dużo wyż­szy ode mnie - i ryk­nął jak do mikro­fonu: Jak się panu nie podoba, to mogę oddać pie­nią­dze za bilet!

Nosi­łem wtedy w kla­pie mary­narki zna­czek Pol­skiego Radia. Gdy rzu­cił okiem na ten zna­czek, w jed­nej chwili zła­god­niał jak bara­nek. Zmie­nio­nym nie do pozna­nia gło­sem zaczął mi tłu­ma­czyć, jaka to ciężka praca to śpie­wa­nie, jak trudno jest spro­stać ocze­ki­wa­niom publicz­no­ści... Muszę powie­dzieć, że kiedy tak do mnie prze­ma­wiał, a wła­ści­wie się tłu­ma­czył z trud­no­ści, jakie spra­wia ten zawód, poczu­łem do niego nieco sym­pa­tii. W końcu komu wtedy było lekko?

W jed­nej chwili zro­zu­mia­łem, że nie­bez­pieczne i nie­spra­wie­dliwe jest takie osą­dza­nie arty­stów, bo są to tacy sami ludzie, uwi­kłani w różne sprawy, i trudno z góry stwier­dzić, co im naprawdę w duszy gra. Mia­łem wtedy 24 lata; wycho­wany na rewo­lu­cji Beatle­sów i "dzieci kwia­tów" myśla­łem, że tylko ja postrze­gam świat we wła­ści­wych wymia­rach. To doświad­cze­nie chciał­bym zade­dy­ko­wać dzi­siej­szym mło­dym gniew­nym.

I kiedy wra­ca­łem do domu tro­chę oszo­ło­miony, w uszach brzmiały mi: liryzm, cie­pło, ser­decz­ność, duszosz­czy­pa­tiel­ność głosu Kraw­czyka, jakże innego od tego sły­sza­nego na sce­nie, kiedy pró­bo­wał się wyrwać na nie­pod­le­głość z wszech­obec­nego, domi­nu­ją­cego chóru kole­gów z zespołu, a kiedy uda­wało mu się to przez moment, brzmiał jak rado­sny, pijany Cygan.

I tak sobie myśla­łem: prze­cież gdyby ktoś chciał się zająć poważ­nie tym czło­wie­kiem, to mógłby stwo­rzyć skrzy­żo­wa­nie wszyst­kiego, co naj­lep­sze w świa­to­wym pio­sen­kar­stwie. Tro­chę Toma Jonesa, tro­chę Elvisa Pre­sleya, tro­chę B.J. Tho­masa z Blood, Sweat and Tears, co nieco z Demisa Rous­sosa, ślad P.J. Proby'ego, tro­chę szkoły wło­skiej i hisz­pań­skiej. A do tego pod­lać to wszystko wschod­nio­eu­ro­pej­skim sosem. Wnio­sek był dla mnie oczy­wi­sty: Pol­ska, a może i świat, cze­kają na takiego woka­li­stę. Kraw­czyk ma przy­szłość!

Nie­da­leko pada jabłko...

Krzysz­tof Kraw­czyk: Mały czło­wie­czek czer­pie siły przede wszyst­kim ze swo­jej rodziny. Dom pełen miło­ści stwa­rza cie­pło, w któ­rym roślina życia roz­wija się pra­wi­dłowo. Taki dom stwo­rzyli mnie i mojemu bratu moi Rodzice - akto­rzy: Lucyna z domu Dra­pała i Janu­ary Kraw­czyk. Ojciec zmarł, kiedy mia­łem 18 lat, Mama nie­dawno, w 2006 roku. Pozo­stali w mojej pamięci jako ludzie, któ­rzy stwo­rzyli swoim dwóm synom dom pełen cie­pła, które brało się z miło­ści, jaka ich połą­czyła. Ojciec, obok pracy na sce­nach teatrów dra­ma­tycz­nych, muzycz­nych, objaz­do­wych i gry w fil­mach, z pasją arty­sty prze­le­wał swoje uczu­cia na papier, czy to w for­mie listu, wier­sza, czy pamięt­nika. Dzi­siaj już tak nie piszą nawet naj­bar­dziej zako­chani mło­dzi ludzie. On ją zwał Juki, ona jego Janem. Oto list z 6 lutego 1944 roku, pisany w mro­kach oku­pa­cji, wyprze­dza­jący to, co stać się miało póź­niej, bo 8 wrze­śnia 1946 roku, czyli moje przyj­ście na świat. Jan anty­cy­po­wał w liście do Juki:

Juki, Uko­chana moja!

Pisa­łem Ci ostat­nio, że pewne symp­tomy i objawy ozna­czają chłopca. I to wszystko będzie tylko nie­przy­jemne tro­chę. Nie będziesz pięk­niej­sza, Juki, niż kie­dy­kol­wiek, jako naj­szczę­śliw­sza nie­wia­sta, żona moja prze­naj­droż­sza, budząca się młoda matka, w duchu już ści­ska­jąca i pia­stu­jąca dziecko, które czuje w swem łonie. Sta­niesz się wspa­niała, prze­mie­niona nie­skoń­czoną miło­ścią macie­rzyń­ską, piesz­czo­tli­wie obej­mu­jącą małych i sła­bych tej ziemi. Z zachwy­tem i jaśnie­ją­cemi szczę­ściem oczyma uśmie­chać się będziesz do mnie, Juki, dzię­ku­jąc mi bez słów za nie­po­ka­lane szczę­ście, które Ci dałem.

O! Uko­chana Juki. Jak­że­szbym pra­gnął, aby to było już rze­czy­wi­sto­ścią. Słodko i cud­nie wyglą­da­ła­byś naj­słod­sza, nie tak rażąco jak inne kobiety w tym sta­nie, gdyż nie­raz patrząc na Cie­bie, myśla­łem, żeś została stwo­rzona przez Junonę, aby rodzić bez bólu...

A jaki będę dumny i szczę­śliwy, że zostanę ojcem naszego dziecka, Juki. W marze­niach i snach gotuję już miej­sce dla tej miło­ści, odczu­wa­nej dla przy­szłego naszego "baby", a mają­cej nie­ro­ze­rwalny zwią­zek z miło­ścią dla Cie­bie, Jedyna. Ta miłość wielka dla naszego dzie­cię­cia sta­nie obok naszej miło­ści, jako nie­ro­ze­rwalna, jed­no­lita spój­nia. Jesz­cze jedno ogniwo wię­cej, łączące nas na zawsze, bez zastrze­żeń i nie­do­mó­wień. Ta miłość sta­nie obok naszej miło­ści, którą będę żywił dla Cie­bie zawsze, nie­zmien­nie piękną, cudną, zachwy­tów, podziwu, unie­sień i uwiel­bie­nia pełną.

Nasza miłość, przy­wią­za­nie i sza­cu­nek wza­jemny będą potę­go­wać się z latami. O! Jak to cud­nie będzie, Juki. Myśląc o tem, że dziecko musi prze­cież odzie­dzi­czyć pra­wem natury przy­wary i zalety matki, będę nie­ustan­nie śle­dził i czu­wał, jak duch Twój roz­wi­jać się będzie w obli­czu Przy­rody i Prawdy.

Nie będę pra­wił Ci kazań na temat Przy­rody i Prawdy, bo jestem szczę­śliwy, że oka­zu­jesz zro­zu­mie­nie i uko­cha­nie ich. A gdy nasze dziecko pod­ro­śnie dosta­tecz­nie, ażeby poj­mo­wać rze­czy i zja­wi­ska wokoło sie­bie, wów­czas spo­strze­żesz w niem cześć dla rze­czywistości, dla dobra i piękna. Wiem o tem, Juki. Ja Cie­bie pozna­wa­łem, pozna­łem, przej­rza­łem grun­tow­nie i stu­diuję, ana­li­zuję Cię bez­u­stan­nie, do głę­bin naj­taj­niej­szych Twej istoty, Twej Psy­che.

Byłaś, będziesz i pozo­sta­niesz mi naj­cu­dow­niej­szem szczę­ściem, Juki, a rów­no­cze­śnie naj­wdzięcz­niej­szem i naj­cie­kaw­szem zja­wi­skiem i stu­djum w mojem życiu.

Całuję gwiazdy lśniące Twych oczu i tulę mocno w ramio­nach

Twój Jan

6.2.1944

Słowo stało się cia­łem 8 wrze­śnia 1946 roku w Kato­wi­cach. Uro­dzi­łem się!

Zna­łem Ojca oczyma dziecka, wycho­wy­wa­łem się za kuli­sami teatru. Z jego twór­czo­ści pisa­nej jawi mi się czło­wie­kiem nie­zwy­kłym. Ale już po latach, kiedy roz­ma­wia­łem z Mamą, mówiła, że choć Ojciec widział we mnie odbi­cie cech Matki, o czym mię­dzy innymi pisze w powyż­szym liście, to jed­nak syn ze swoją duszą arty­sty, talen­tem i nie­po­skro­mioną dyna­miką życia przy­po­mi­nał jej kopię Ojca. Po mnie jesteś tylko tro­chę upier­dliwy - mówiła Mama z uśmie­chem...

Gospod­nik, czyli sza­lony Kra­wiec

Andrzej Kosmala: W dru­giej poło­wie lat 70. Krzysz­tof, będąc już bar­dzo popu­lar­nym pio­sen­ka­rzem w Pol­sce i zara­bia­jąc nie­złe pie­nią­dze - głów­nie w NRD, posta­no­wił, jak to było modne wów­czas, wziąć sprawy w swoje ręce, czyli budo­wać taki pry­watny kapi­ta­lizm w socja­li­stycz­nym ustroju. Zwano to wów­czas pry­watną ini­cja­tywą i w jej ramach Kraw­czyk posta­no­wił zbudo­wać pen­sjo­nat w Szklar­skiej Porę­bie, według naj­lep­szych świa­to­wych wzo­rów, a tych już w świe­cie tro­chę widy­wał. Doszedł wtedy też do wnio­sku, że mając powy­żej 30 lat, trzeba pomy­śleć o zabez­pie­cze­niu na sta­rość! Naj­bar­dziej cie­szył się z restau­ra­cji, którą miał tam w przy­szło­ści pro­wa­dzić. Zawsze lubił prze­cież dobrze zjeść, a do tego jesz­cze pla­no­wał śpie­wa­nie dla gości rosyj­skich roman­sów. O ile to dru­gie nie wyma­gało żad­nych zezwo­leń, to żeby móc pro­wa­dzić restau­ra­cję, trzeba było nale­żeć do odpo­wied­niej sek­cji Zrze­sze­nia Rze­mieśl­ni­ków, a ta orga­ni­za­cja wyma­gała upraw­nień zawo­do­wych, zwa­nych z ruska upraw­nie­niami gospod­nika. Musiał więc skoń­czyć odpo­wiedni kurs i zdać egza­min przed pań­stwową komi­sją. Na egza­minie prak­tycz­nym ugo­to­wał stro­go­nowa z klu­secz­kami i upiekł cał­kiem udany tort. Od tam­tego czasu Krzysz­tof w kuchni czuje się zna­ko­mi­cie - w końcu ma tytuł gospod­nika! Szcze­gól­nie lubi tam gościć w fazie koń­co­wej kucha­rze­nia, czyli przy przy­pra­wia­niu i degu­sto­wa­niu potraw. Budzi to czę­sto nie­za­do­wo­le­nie Ewy, pani domu, która komen­tuje: znowu zaglą­dasz mi w gary. Skąd ona zna poznań­ską gwarę? Chyba od Krzysz­tofa, który pół życia spę­dził w tym mie­ście.

Tam zresztą poznał, pod­czas pracy w Estra­dzie Poznań­skiej, Zenka Lasko­wika, który w kaba­re­cie Tey napra­wiał Pol­skę, ale praw­dziwe pie­nią­dze zara­biał u Kraw­czyka. Kon­cer­to­wali pano­wie aku­rat w woje­wódz­twie jele­nio­gór­skim. Nada­rzyła się więc oka­zja do pochwa­le­nia się przed przy­ja­cie­lem swoją inwe­sty­cją. Zapro­sił zatem Zenka na budowę i z wiel­kim prze­ję­ciem opo­wia­dał mu, że tutaj będzie sauna, a tutaj masaże, tam basen, a tam wyciąg nar­ciar­ski, a tu kosme­tyczka. Gwiaz­dor kaba­retu słu­chał i patrzył na gwiaz­dora pio­senki z coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Po czym sko­men­to­wał krótko: Sza­lony Kra­wiec!

Być sobą

Krzysz­tof Kraw­czyk: Mło­dzi ludzie wie­lo­krot­nie zadają mi pyta­nie: jak zostać pio­sen­ka­rzem, a naj­le­piej od razu gwiazdą pio­senki. Przy­ja­ciel namó­wił mnie nawet na współ­udział w przed­się­wzię­ciu gospo­dar­czym pod nazwą szkoła pio­sen­kar­ska. Tylko jego entu­zjazm nie pozwo­lił mi odmó­wić, choć wie­dzia­łem, że przed­się­wzię­cie ska­zane jest na prze­graną. Wyobra­ża­cie sobie fabrykę Kraw­czy­ków, Nie­me­nów, Sipiń­skich, Rodo­wicz? Straszna per­spek­tywa! Ale z tej oka­zji zaczą­łem prze­my­śli­wać, co wła­ści­wie na sce­nie jest naj­waż­niej­sze i czego nauczyli mnie starsi kole­dzy. Nie myślę tutaj oczy­wi­ście o talen­cie, bez któ­rego nie ma o czym mówić. Ale prze­cież spo­tka­łem na swo­jej dro­dze tylu uta­len­to­wa­nych ludzi, któ­rzy gdzieś prze­pa­dli.

Nie ma nic gor­szego na sce­nie jak fał­szy­wie brzmiąca nuta. I nie cho­dzi tutaj tylko o dźwięk wydo­by­wa­jący się z instru­mentu czy gar­dła. Cho­dzi o prawdę w czy­stej postaci, o zgod­ność postawy, wyrazu twa­rzy, gestu i modu­la­cji głosu, zgod­ność z wła­sną duszą, czę­sto pod­świa­do­mo­ścią, zgod­ność z wła­sną oso­bo­wo­ścią. Mówiąc pro­ściej: żeby nie uda­wać kogoś, kim się nie jest. Jeżeli jesteś mru­kiem, nie uda­waj wesołka, jeśliś młody, nie graj starca, a jeśliś doj­rzały, nie uda­waj mło­dzieńca. Bądź sobą, w dobrym i złym. Ileż na mnie spa­dało słów kry­tycz­nych. Może, a raczej na pewno popeł­nia­łem błędy, ale mogę z ręką na sercu powie­dzieć, że zawsze robi­łem to, co mi ono naka­zy­wało. Mówię oczy­wi­ście o estra­dzie, a nie życiu pry­wat­nym, bo tutaj czę­sto czło­wiek musi się nie zga­dzać ze sobą, słu­chać mądrzej­szych i być w zgo­dzie z sumie­niem i Bogiem. Bo prze­cież czło­wiek to brzmi dum­nie.

Scena estra­dowa to cyrk, który czę­sto karmi się ułom­no­ścią. Ile gwiazd z wadą wymowy kocha świat, ilu jest małych, gar­ba­tych, nie­kształt­nych arty­stów. Nawet u kobiet uroda już dziś nie jest naj­waż­niej­sza. Minęły czasy, kiedy arty­sta był przede wszyst­kim two­rem fry­zjera, den­ty­sty i krawca. Dziś liczy się szcze­rość na sce­nie, auten­tyzm, bycie sobą.

Iluż to ja mia­łem dobrych dorad­ców! Co reży­ser, co kom­po­zy­tor to chciał mnie kształ­to­wać od nowa. Wtedy przy­cho­dziły klę­ski. Cho­ciaż zda­rzali się ludzie, że jedną drobną, traf­nie zro­bioną uwagą potra­fili mnie nakie­ro­wać na wła­ściwą drogę. Bre­go­vić powie­dział: Wystar­czy, że ja i moja orkie­stra jeste­śmy Ser­bami. Ty pozo­stań Pola­kiem. A Smo­lik powie­dział: Patrz, Krzy­siu, jaki za oknem piękny nastrój stwa­rza jesień. Poczuj ten nastrój i śpie­waj ciszej...

W 1978 roku sze­fami arty­stycz­nymi festi­walu opol­skiego, bodajże tylko raz, zostali wspa­niali Starsi Pano­wie Dwaj, czyli Jerzy Wasow­ski i Jeremi Przy­bora. Tak się prze­jęli swoją rolą, że posta­no­wili wysłać wszyst­kich wyko­naw­ców na kore­pe­ty­cje do Andrzeja Strze­lec­kiego - wybit­nego aktora, reży­sera, peda­goga. On sam wspo­mina dziś po latach, że jedy­nym, który prze­jął się jego lek­cjami, był Krzysz­tof Kraw­czyk. Pan Andrzej wspo­mina też, że niczego z tego, co mi mówił, a mówił cie­ka­wie i prze­ko­nu­jąco, nie wyko­rzy­sta­łem na sce­nie opol­skiej. Bo teo­ria swoją drogą, a prak­tyka swoją. I co cie­kawe, aku­rat wtedy jeden, jedyny raz w życiu wygra­łem ten festi­wal. A może uwagi Pana Andrzeja jed­nak podzia­łały na mnie inspi­ru­jąco?

Spy­ta­łem kie­dyś mego idola, mistrza Mie­czy­sława Fogga, co zro­bić, żebym mógł tak długo śpie­wać jak on. Odpo­wie­dział: Krzy­siu, dam ci tele­fon do mojego laryn­go­loga.

Zbi­gniew Kor­po­lew­ski - wybitny czło­wiek estrady, nauczył mnie, jak patrzeć ze sceny na widow­nię tak, żeby każ­demu widzowi wyda­wało się, że to na niego patrzę.

Mistrz Lucjan Kydryń­ski uświa­do­mił mi nato­miast, czego wcze­śniej nie wie­dzia­łem, że do śle­dzia pije się tylko zimną wódeczkę, kanty na spodniach winny być sta­ran­nie zapra­so­wane, a buty wyczysz­czone. Arbi­ter ele­gan­tia­rum i uro­czy czło­wiek, o któ­rym Pytia Kowa­lew­ski prze­po­wia­dał, kiedy w 1963 roku zakła­da­li­śmy Tru­ba­du­rów: Zoba­czysz, będzie nas jesz­cze Kydryń­ski zapo­wia­dał!

Naj­bar­dziej zaś przy­dat­nej rady udzie­lił mi mistrz Adolf Dym­sza. Widząc moją tremę za kuli­sami, powie­dział: Musisz chwilę przed wej­ściem na scenę ści­snąć pośladki. Kiedy wej­dziesz na scenę, na twej twa­rzy malo­wać się będą ulga i radość. Sto­suję to z dobrym skut­kiem do dziś.

Z wie­kiem włosy u męż­czy­zny rzedną, co nie jest przy­jemne, ale lep­sze, niżby miał słab­nąć głos. I jest na to spo­sób, który prze­ka­zał mi Ojciec, zna­jący wszyst­kie taj­niki cha­rak­te­ry­za­cji: przy­pa­lony korek. Pod­czas jed­nego z ostat­nich festi­wali opol­skich zwie­rzył mi się z tego pro­blemu jeden z moich młod­szych kole­gów: Sta­chur­sky. Podzie­li­łem się więc swoją wie­dzą. Andrzej, który ma tro­chę nie­wy­pa­rzony język, sko­men­to­wał: I to jest wszystko, czego może cię nauczyć Kraw­czyk. Ode­brał to bar­dzo dwu­znacz­nie...

Jak się nie spo­cisz, nie jesteś ich

Andrzej Kosmala: W dru­giej poło­wie lat 80. w miesz­ka­niu Urszuli Sipiń­skiej doszło do spo­tka­nia jej gwiazdy z gwiazdą Kraw­czyka. Sipiń­ska nie tylko dobrze śpie­wała, ale była też zna­ko­mitą gospo­dy­nią z Pozna­nia. Smacz­nie goto­wała, tym bar­dziej że pro­dukty były z zasob­nego w spe­cjały NRD, gdzie bar­dzo dużo kon­cer­to­wała za dobre pie­nią­dze. Nawet pol­ską wódkę przy­wo­ziła z mężem Jur­kiem z Ber­lina Wschod­niego, bo w amba­sa­dzie pol­skiej były ceny ze strefy wol­no­cło­wej. Sie­dzimy więc: Urszula, Jurek, mąż Urszuli, Ewa, żona Krzysz­tofa, Krzysz­tof i ja, przy­ja­ciel ich wszyst­kich i inspi­ra­tor tego spo­tka­nia, na któ­rym oczy­wi­ście bry­lują dwie gwiazdy: Urszula i Krzysz­tof. Sze­ro­kim łukiem omi­jamy sprawy zawo­dowe. Do chwili, gdy Urszula spy­tała szcze­rze: Krzy­siu! A jak masz taki kon­cert, nic nie wycho­dzi, marna publicz­ność, zespół gra źle, ty jesteś bez formy, co robisz wtedy? Krzysz­tof zacią­gnął się papie­ro­sem, zapa­dła chwila mil­cze­nia, a on odpo­wie­dział, też szcze­rze: Nie mia­łem takiego kon­certu! Gorąca atmos­fera spo­tka­nia na chwilę zamie­niła się w kło­po­tliwą.

Ale tym razem zaje­cha­li­śmy do Ozimka, by wystą­pić na kon­cer­cie z oka­zji Dnia Hut­nika w hucie Mała Panew. Wszyst­kie dotych­cza­sowe kon­certy prze­bie­gały wśród fre­ne­tów, był to w końcu powrót na scenę o kulach (dosłow­nie) po tra­gicz­nym wypadku. Wśród publicz­no­ści zawsze była prze­waga kobiet. Teraz patrzę na salę, a tutaj tysiąc chłopa z minami: "Wolał­bym się piwa napić, niż jakichś pio­se­nek słu­chać". No to mówię do Krzysz­tofa: Tym razem sytu­acja nakre­ślona przez Sipiń­ską! Jak tę widow­nię poko­nasz, to jesteś naprawdę wielki. Tylko się uśmiech­nął, a ja za kuli­sami ocze­kuję jego klę­ski. Pierw­sza pio­senka - klapa, druga - jesz­cze gorzej. Przed trze­cią w przej­mu­ją­cej ciszy Krzysz­tof spy­tał słu­cha­czy: - Stało się coś? - Odpo­wie­dzią był nie­śmiały śmiech widowni. Po pół­to­rej godziny wycho­dzę do finału i wła­snym oczom nie wie­rzę: te tysiąc chłopa zerwało się na równe nogi, klasz­cze, podry­guje, śpiewa! Zer­kam na Krzysz­tofa. Tak spo­co­nego nie widzia­łem go jesz­cze na sce­nie. Po pro­stu te chłopy, ci hut­nicy, dla któ­rych pot jest sym­bo­lem dobrze wyko­na­nej pracy, zaak­cep­to­wali kogoś, kto choć nie przy piecu, ale wyko­nuje swoją pracę w pocie czoła. - Tego się nauczy­łem w Sta­nach. Tam jak się nie spo­cisz, nie jesteś ich - sko­men­to­wał Krzysz­tof swój kolejny suk­ces.