Według opowiadań Cervantes'a i Le Sage'a, potwierdzonych
poważniejszém świadectwem historyi i nowożytnych podróżników, po
wszystkie czasy w Hiszpanii zajazdy były niewygodne a drogi
niebezpieczne. Zdaje się nawet jakoby mieszkańcy półwyspu
pirenejskiego pod tym względem nie mieli nigdy zakosztować
przyjemności cywilizacyi; albowiem, jak tylko zasięgnąć można
pamięcią, podróżni byli w nim zawsze ofiarą złodziejów i
oberżystów. To samo złe które dziś istnieje, istniało już w połowie
XV wieku, w epoce będącéj początkiem poniżéj skreślonych wypadków.
W październiku 1469 r. panował nad Aragonią Jan II de Transtamare,
przebywając z swym dworem w Saragossie. Był to jeden z najmędrszych
monarchów tego wieku, lecz zubożony przez liczne walki z burzliwym
i niepodległym szczepom Katalończyków. Z trudnością téż
przychodziło mu utrzymać się na tronie, chociaż rządził krajem
obejmującym, oprócz Aragonii i zawisłych od niéj Walencyi i
Katalonii, Sycylią i wyspy balearskie. Władzca ten rościł sobie
prawo do Nawarry, a korona Neapolu jemu byłaby przypadła, gdyby nie
testament starszego brata i poprzednika jego, przeznaczający takową
naturalnemu synowi ostatniego. Panowanie króla Aragonii było długie i burzliwe, a w epoce
wzmiankowanéj nieodzowne wydatki, celem podbicia Katalonii,
skarbiec jego zupełnie wypróżniły; jakkolwiek w tym właśnie czasie
zbliżał się dzień tryumfu dla Janu II, gdyż współzawodnik jego,
książę Lotaryngii, umarł w dwa miesiące późniéj. Ale niedozwolono
człowiekowi zaglądać w przyszłość; dosyć że dziewiątego
października 1469 r. w chwili gdy armia, zostając bez żołdu, miała
się rozwiązać, kassy państwa obejmowały tylko skromną summę trzystu
sztuk złota. Wszelako, dla wykonania pewnego zamiaru nader wielkéj ważności,
potrzeba było koniecznie znacznego kapitału. Naradzano się przeto,
pochlebiano pożyczającym pieniądze, albo ich trwożono, i ruch
niezwykły objawiał się u dworu. Nakoniec mieszkańcy Saragossy
dowiedzieli się, że władzca ich ma wyprawić uroczyste poselstwo do
sąsiada swego i krewniaka, króla Kastylii. Krajem tym rządził wówczas Henryk de Transtamare, pod imieniem
Henryka IV. Byłto wnuk w linii męzkiéj stryja Jana II, a więc dosyć
blizki krewny króla Aragonii. Mimo to wszakże potrzeba było
przyjaznego poselstwa dla zachowania pokoju między obydwoma
krajami; wiadomość téż o zamierzonéj wyprawie zadowoleniem raczéj
niż podziwem Aragończyków przejęła. Henryk kastylski, chociaż panował nad krajami rozleglejszemi i
bogatszemi od Aragonii, niebył podobnież wolen trosk i kłopotów. Po
rozłączeniu się z pierwszą żoną, pojął on w małżeństwo Joannę
portugalską, któréj postępki lekkomyślne wielkie u dworu sprawiały
zgorszenie; posunięto się nawet aż do podania w wątpliwość
prawowitego urodzenia jedynéj córki Henryka i zaprzeczenia jéj z
tego względu prawa do następstwa. Ojciec Henryka miał także z drugiego małżeństwa dwoje dzieci,
Alfonsa i Izabellę, z których ostatnia wsławiła się późniéj pod
mianem
katolickiéj. Objęcie rządów przez Henryka nie obeszło się bez wewnętrznych
zatargów. Na trzy lata przed czasem opowiedzianych tu zdarzeń, brat
jego Alfons ogłoszony został przez pewne stronnictwo królem, i
wojna domowa rozsrożyła się w kraju. Śmierć Alfonsa położyła koniec
niesnaskom, a pokój, chwilowo przynajmniéj, został przywrócony
przez traktat, którym Henryk wydziedziczał własną, a raczéj Joanny
portugalskiéj córkę, na korzyść swéj siostry przyrodniéj Izabelli. To ostatnie ustępstwo wymożoném było przez konieczność; naturalnie
więc starano się wszelkiemi sposobami zniweczyć jego skutki.
Pomiędzy innemi środkami użytemi przez króla, a bardziéj przez jego
poufałych, (gnuśność bowiem i obojętność Henryka powszechnie była
znaną), starano się także nakłonić Izabellę do zawarcia ślubów z
poddanym lub księciem cudzoziemskim, tak iż w r. 1469 małżeństwo
księżniczki było głównym przedmiotem dyplomacyi hiszpańskiéj. W
liczbie ubiegających się o jéj rękę znajdował się syn króla
Aragonii; naturalnie więc mieszkańcy Saragossy, dowiedziawszy się o
blizkiem wyprawieniu poselstwa, domyślali się, że ono zostaje w
związku z tym punktem polityki aragońskiéj. Izabella, sławiona z rozumu, skromności, wdzięków i pobożności,
była nadto uznaną dziedziczką dosyć ponętnéj korony; niedziw
przeto, że mnóstwo miała konkurentów, między któremi znajdowali się
Francuzi, Anglicy i Portugalczycy. Zausznicy dworscy, stosownie do
własnych widoków, popierali sprawę tego lub owego pretendenta: ale
królewska dziewica, przedmiot tylu zabiegów, ukrywała starannie
skłonność swego serca. Podczas gdy brat jéj, król panujący, szukał
rozrywki na południu, ona, przyzwyczajoną będąc oddawna do
samotności, zajmowała się czynnie urządzaniem swych interesów, w
sposób jaki sama uznała za najwłaściwszy. Zagrażana kilkakrotnie
zamachami na swą osobę, których unikła jedynie szczęśliwym
wypadkiem, schroniła się do Valladolid, stolicy królestwa Leon.
Henryk tymczasem przesiadywał w pobliżu Grenady; ku téj więc
stronie zdążała ambasada. Orszak poselski wyszedł z Saragossy przez jednę z bram
południowych, pod eskortą wojskową. Członkowie jego wszyscy byli
uzbrojeni, bo wówczas, kto tylko posiadał jakie takie mienie, nie
mógł się puszczać w drogę bez tego środka ostrożności. Za orszakiem
postępował długi tabor przyborów złożonych na mułach i zgraja
zbrojnych służalców, dosyć podobnych na oko do żołnierzy. Tłumy
mieszkańców zalegały drogę którą szła ambasada, już z życzeniami za
jéj powodzenie, już tworząc rozliczne przypuszczenia względem celu
takowéj. Lecz ciekawość ma swoje granice, a plotka prędko się
zużywa; z zachodem słońca większa część mieszkańców Saragossy
zapomniała już o wspaniałym pochodzie. Dwóch tylko żołnierzy,
stojących na straży u bramy wschodniéj, prowadzącéj do prowincyi
Burgos, jeszcze sobie pod wieczór gaworzyli o tém zdarzeniu. - Jeśli don Alonzo de Carbajal w daleką puszcza się drogę, będzie
musiał diable pilnować swego orszaku; bo w całéj armii aragońskiéj
niéma gorszych żołnierzy, jak ci, którzy z nim opuścili bramę
południową, mimo wystawności ubiorów i miny buńczucznéj. Wierzaj
mi, Diego, Walencya byłaby dostarczyła godniejszych ambasady
królewskiéj wojowników; lecz, jeśli taka jest wola naszego pana,
my, prości żołnierze, nie powinniśmy szemrać. - Mój Roderyku, niejeden już pomyślał zapewne, że pieniądze
roztrwonione na to poselstwo lepiéj było rozdzielić między nas
zuchów, cośmy krwią własną stłumili powstanie w Barcelonie. - Jednato zawsze piosnka, braciszku, między dłużnikiem a
wierzycielem. Jan II. winien ci kilka marawedów, więc ty mu
wyrzucasz dukaty, które wydaje na osobiste swe potrzeby. Ja, stary
wiarus, znam się oddawna na sztuce ściągania sobie żołdu, gdy skarb
go wypłacać nie może. - Dobreto w wojnie cudzoziemskiéj, kiedy bić się przychodzi
przeciw Maurom naprzykład; ależ ci Katalończycy, to przecież
chrześcianie i dobrzy zresztą ludzie; trudno bo łupić ich jak
niewiernych. - I owszem, bardzo łatwo, łatwiéj jeszcze niż poganina; gdyż ten,
spodziéwając się napaści, uprzątnie co lepsze; podczas gdy ziomek
sam ci otworzy skarby swoje i serce. Ale któż to w tak późnéj
godzinie wybiéra się w drogę? - Sąto ludzie pragnący uchodzić za bogaczów, chociaż niby z tym
się kryją; zaręczam ci, Roderyku, że wszystkie te mieszczuchy razem
nie mają tyle pieniędzy, by zapłacić sługusa co na noclegu poda im
"
olla podrida" (rodzaj pieprzonéj siekanki). - Na św. Jakuba, mojego patrona, rzekł stłumionym głosem dowódzca
zbliżającéj się kawalkady, który z jednym tylko towarzyszem
wyprzedził nieco swój orszak, ten urwisz nie bardzo się myli! mamy
jeszcze prawda na zapłacenie wieczerzy, ale do końca podróży nic
nam z pewnością nie zostanie. Żartobliwe te wyrazy towarzysz dowódzcy posępném przyjął
milczeniem; jednocześnie kawalkada zatrzymała się przy bramie.
Bylito kupcy, jak świadczyła ich powierzchowność, bo w owym czasie
każda klassa społeczeństwa miała jeszcze oddzielne ubranie.
Pozwolenie opuszczenia miasta było po formie, a strażnik miejski, w
kwaśnym widać humorze że mu przerwano spoczynek, zwolna szlaban
podnosił. Dwaj żołnierze tymczasem stanęli na uboczu, obojętnie
przypatrując się grupie nowoprzybyłych, i tylko wrodzona powaga
hiszpańska wstrzymywała ich od głośnych oznak pogardy względem
trzech czy czterech Żydów, znajdujących się między kupcami. Reszta
towarzystwa należała widać do wyższéj klassy handlujących, bo
liczna towarzyszyła im służba. Podczas gdy panowie opłacali mały
podatek, przypadający za opuszczenie miasta po zachodzie słońca,
jeden z służących, jadący na zwinnym mule stanął blizko Diega. - Ho! ho! braciszku, zawołał żołnierz, nie mogąc powściągnąć
języka; ile dublonów kupcy płacą ci na rok, i siła ci sprawiają
tych pięknych kaftanów skórzanych, z których w jednym tak ci do
twarzy? Służący, młody jeszcze człowiek, chociaż muszkularne ciało i
śniada cera świadczyły o twardo przebytych znojach, zadrżał lekko i
zapłonił się na te słowa, których wymówieniu towarzyszyło poufałe
poklepanie w kolano. Lecz żołnierz miał twarz tak dobroduszną, że
niepodobna było rozgniewać się jego żartem; wreszcie serdeczny
śmiéch jego zapobiegł wybuchowi nagabanego młodzieńca. - Za mocno uderzasz mnie po nodze, przyjacielu, rzekł łagodnie;
jeżeli chcesz przyjąć moję radę, to nie pozwalaj sobie nigdy takich
poufałości, bo niespodzianie mógłbyś się spotkać z kułakiem. - Na św. Piotra! któżby się poważył... Nie miał czasu dokończyć, gdyż orszak, ułatwiwszy się, w dalszą
ruszył drogę, a muł młodego giermka, spięty ostrogą, silném
potrąceniem o mało nie wywrócił Diega, który właśnie rękę
przykładał do pałasza. - Ten młodzian ma odwagę! krzyknął żołnierz po odzyskaniu
równowagi; sądziłem na chwilę że chce mnie poczęstować pięścią. - Zawsze z ciebie niezdara, kolego, odrzekł drugi żołnierz; nicby
nie było dziwnego, gdyby cię był ukarał za niepotrzebne
zuchwalstwo. - Lokaj w usługach Żyda miałżeby natrzéć na żołnierza
królewskiego? - Może i on był żołnierzem; bo zdaje mi się żem widział twarz jego
w miejscu, gdzie napróżno szukanoby tchórzów. - To sługus poprostu i do tego młodzik zaledwie wyszły z rąk
kobiét. - Niech i tak będzie, lecz mimo to wierzę że służył przeciw Maurom
i Katalończykom. Wiész o tém, że szlachta nasza ma zwyczaj
wczesnego wysyłania dzieci na wojnę. - Szlachta!? powtórzył śmiejąc się Diego, do czarta Roderyku, jak
można takiego prostaka porównać z synem szlacheckim? Czy myślisz że
to przebrany Guzman albo Mendoza. - Dziwném ci się to wyda, a jednak przypominam sobie dokładnie,
żem go widział na polu walki i słyszał głos jego grzmiący rozkazem.
Na św. Jakuba z Compostelli, to rzecz niezawodna. Przybliż się
Diego, powiem ci słówko w zaufaniu. Chociaż nikt nie podsłuchiwał, Roderyk odprowadził na bok kolegę,
i oglądając się na wszystkie strony, cichym głosem wymówił kilka
wyrazów. - Najświętsza Panno! zawołał Diego, odskakując z podziwienia na
kilka kroków, mylisz się niezawodnie, Roderyku! - Wiem co mówię, odpowiedział Roderyk; nie widziałżem go
tylokrotnie z podniesioną przyłbicą? - A teraz podróżuje jako giermek przy kupcu, jako sługa żydowski!? - My, kolego, powinniśmy patrzéć niewidząc i słuchać niesłysząc.
Jan II dobrym jest panem, chociaż w téj chwili papiéry jego spadły;
trzeba zachować poddańczą pokorę. - Ależ on nie przebaczy mi nigdy téj nieroztropnéj poufałości! nie
ośmielę się stanąć przed jego obliczem. - Ej! wątpię żebyś z nim zasiadł kiedy u stołu królewskiego, a na
wojnie on, który zawsze postępuje przodem, nie będzie pewnie miał
ochoty obejrzéć się za tobą. - Mniemasz więc że mnie nie pozna? - W każdym razie, mój chłopcze, nie obawiaj się niczego, bo takim
ludziom zwykle ważniejsze sprawy tkwią w głowie. - Daj Boże żebyś prawdziwym był prorokiem, inaczéj nie będę mógł
nigdy pokazać się w szeregu. Gdybym mu był wyświadczył przysługę,
to możeby o niéj zapomniał; ale pamięć obelgi długo się
przechowuje. Tak rozmawiając, dwaj żołnierze oddalili się, a stary nie
przestawał zalecać młodemu większą na przyszłość rozwagę. Tymczasem kawalkada postępowała naprzód, z szybkością wypływającą
oczywiście z obawy o złe drogi i z żywéj chęci przybycia corychléj
na miejsce. Jadąc noc całą, zatrzymywali się wtedy dopiéro gdy
światło dzienne wystawiało ich na spojrzenia ciekawych. Wiadomo
było że ajenci Henryka kastylskiego przebiegają przestrzeń między
stolicą Aragonii a Valladolid, gdzie przebywała Izabella. Jednakże
podróżni bez przygody stanęli w okręgu Soria, części staréj
Kastylii. Lubo zbrojne hufce królewskie czatowały po drodze,
powierzchowność podróżnych nie mogła niczém zwrócić uwagi żołnierzy
Henryka, obecność zaś tych ostatnich oddalała zwykłych złodziejów.
Co się tyczy młodzieńca, będącego przedmiotem rozmowy dwóch
żołnierzy, ten z uległością towarzyszył panu, zajmując się
obowiązkami swojego stanu. Dopiéro drugiego dnia wieczorem, gdy
orszak opuścił gospodę, gdzie uraczano się olla podridą i kwaśném
winem, wesoły dowódzca, o którym wyżéj była wzmianka, zaśmiawszy
się głośno, opuścił swe miejsce na przodzie i zbliżył się do
tajemniczego giermka. Lecz ten surowém przyjął go spojrzeniem. - Mości Nunez! rzekł głosem, który bynajmniéj nie zgadzał się z
zależném na pozór stanowiskiem jakie zajmował, dlaczego porzuciłeś
swe miejsce? - Wybacz, odpowiedział dowódzca, tłumiąc śmiéch tylko przez
uszanowanie dla młodzieńca, - ale zdarzyło nam się nieszczęście,
które przewyższa wszystko co podają legendy o błędnych rycerzach.
Nasz szanowny Ferreras, tak przywykły do złota, od czasu jak się
zbogacił handlem zbożowym, płacąc w oberży za wieczerzę, zapomniał
sakiewkę. Teraz całe towarzystwo podróżne nie posiada może i
dwudziestu realów. - Jestżeto przedmiot żartu, mości Nunez? odpowiedział giermek z
lekkim uśmiechem, zdradzającym chęć podzielania wesołości
towarzysza. Bogu dzięki, miasto Osma niedaleko, a tymczasem
niepotrzeba nam pieniędzy. Teraz, mój panie, rozkazuję ci abyś
powrócił na miejsce i nie wdawał się w bezpotrzebną poufałość z
podwładnemi. Godnemu Ferreras oświadcz moje współubolewanie. Dowódzca rzucił wzrokiem porozumienia na mniemanego giermka, lecz
ten odwrócił głowę, jakby sam był w obawie uchybienia swojéj roli.
Po chwili dawniejszy porządek orszaku był przywrócony. Północ już się zbliżała, podróżni przeto poganiali muły, żeby
prędzéj stanąć gdzie zamierzyli. Niezadługo pokazało się w
oddaleniu miasteczko Osma, należące jeszcze do prowincyi Soria,
lecz położone niedaleko już granic Burgos. Zbliżywszy się do bramy, młody kupiec przewodniczący uderzył w nią
kilkakrotnie kijem. Udany sługa opuścił właśnie swe miejsce i
wmieszał się między przywódzców kawalkady, gdy nagle kamień rzucony
z murów miasta zawarczał mu koło głowy. Krzyk oburzenia rozległ się
w orszaku; tylko tajemniczy młodzieniec nie stracił przytomności, a
chociaż mówił podniesionym głosem, jednakże słowa jego nie wyrażały
ani gniewu ani trwogi. - Cóżto, zawołał, czy tak przyjmujecie spokojnych podróżników,
kupców którzy w nocnéj porze szukają gościnności? - Kupcy, podróżnicy? odparł głos jakiś wewnątrz, powiedz raczéj
ajenci króla Henryka. Coście za jedni? gadajcie, bo przywitamy was
czémś lepszém jak kamieniem. - Chciéj mnie objaśnić, rzekł młodzieniec, nie dając odpowiedzi na
zapytanie, kto dowodzi w tém mieście? czy nie hrabia de Trevino? - On sam, odpowiedziano z murów głosem nieco złagodzonym. Lecz
jakaż może być styczność między zgrają koczujących kupców, a jego
excellencyą. Ty zaś, co mówisz tak śmiało i ostro, musisz być chyba
grandem Hiszpanii. - Jestem Ferdynand de Transtamare, król Sycylii, książę aragoński.
Oznajm to swojemu panu, i niech przybywa natychmiast. To objaśnienie, wyrzeczone głosem człowieka przywykłego do
rozkazów, zmieniło nagle stan rzeczy. Kawalkada odmiennym
uszykowała się porządkiem. Dwaj kawalerowie, będący wprzód na
czele, ustąpili pierwszeństwa młodemu królowi, a inni tymczasem,
pozrzucawszy przebrania, pokazali się w szatach właściwych.
Dostrzegacz psycholog byłby zauważył niezawodnie pochopność z jaką
kawalerowie, przywykli do walk rycerskich i turniejów, rozstawali
się z poniżającą dla siebie rolą. Wkrótce całe miasteczko było w ruchu, a tłum cisnący się na mury i
światło latarń spuszczonych dla obejrzenia przybyszów, zapowiadały
zbliżanie się gubernatora. - Mamże wierzyć temu co słyszę? odezwał się w téj chwili głos
hrabi Trevino, czy rzeczywiście don Ferdynand aragoński zaszczyca
mnie odwidzeniem w tak niezwykłéj godzinie? - Rozkaż służbie aby latarnie obróciła ku méj twarzy, a sam się o
tém przekonasz. Wybaczam ci, hrabio, to zwątpienie, jeśli je
wynagrodzisz gorliwością. - To on! zawołał gubernator, poznaję w tych rysach potomka królów,
którego głos tylokrotnie przywodził hufcom Aragonii w wojnach
przeciw Maurom. Otworzyć bramy, a trąby niech natychmiast rozgłoszą
miastu szczęśliwą nowinę! Rozkaz ten szybko został wykonany i młody król wjechał do Osmy,
otoczony zbrojnym orszakiem i zgrają zdziwionych mieszkańców. - Najjaśniejszy panie, rzekł Andrzéj de Cabrera, młody kawaler
który wprzód był dowódzcą, zbliżając się poufale do księcia
Ferdynanda; szczęście prawdziwe żeśmy zdążyli do téj oto gospody
bezpłatnéj. Don Ferreras zgubił rzeczywiście jedyną naszę sakwę, a
w takiéj ostateczności trudnoby nam było utrzymać się w roli
kupców. - Teraz, gdyśmy wkroczyli do ukochanéj Kastylii, polegamy zupełnie
na twéj gościnności, bo wiadomo nam, że posiadasz dwa drogocenne
klejnoty. - Miłościwy królu, wasza wysokość żartuje sobie ze mnie, i
rzeczywiście jedynato zabawa jaką nateraz mogę mu ofiarować.
Przywiązanie do sprawy księżniczki Izabelli uczyniło mnie
wygnańcem, w téj chwili prosty żołnierz armii aragońskiej bogatszy
jest odemnie. Jakiemiż mógłbym rozrządzać klejnotami? - Mówią wiele o dwóch brylantach zdobiących głowę donny Beatrix de
Bobadilla, które wiem że tobie przypadną, bo młoda dziewica, idąc
za popędem serca, chętnie je odstąpi tak przyjemnemu kawalerowi. - Ach, najjaśniejszy panie, jeśli ta przygoda ma się skończyć tak
szczęśliwie, jak została rozpoczętą, tedy najwyższe jego
wstawiennictwo bardzo mi będzie potrzebne. Król, swoim zwyczajem, uśmiechnął się łagodnie i miał coś
odpowiedzieć, gdy zbliżający się hrabia Trevino przerwał dalszą
rozmowę. Téj nocy Ferdynand aragoński mógł zasnąć spokojnie i głęboko;
jednakże ze świtem porzucił łoże, by opuścić miasto. Ruszając z
Osmy, mały orszak zupełnie inny miał pozór jak dnia wczorajszego.
Ferdynand, całkiem uzbrojony, dosiadał dzielnego rumaka; eskortował
go oddział lekkiéj jazdy, pod dowództwem samego hrabi Trevino, i
tym sposobem kawalkada 9 października 1469 r. stanęła w Duenas,
miasteczku królestwa Leon, sąsiedniém Valladolid. Tu niezadowoleni
z pomiędzy szlachty zaczęli się garnąć do księcia, składając mu
hołdy przynależne wysokiemu urodzeniu i świetnéj przyszłości jego. Kastylijczykowie, zwolennicy zbytku, mieli wtedy sposobność
przyjrzenia się surowemu życiu Ferdynanda. Młody ten książę,
chociaż liczył dopiero lat ośmnaście, tak zahartował ciało i
ukrzepił członki, że wyrównywał siłą najdzielniejszym rycerzom.
Najmilszą rozrywką jego były ćwiczenia wojskowe, i żaden z
kawalerów aragońskich lepiéj od niego nie harcował konno, czyto na
polu bitwy, czy w walce turniejów. Skromny przytem i trzeźwy, jak
muzułman, zdawał się być stworzonym do spełnienia dzieł
wymagających zarówno wielkiéj siły fizycznéj, jak głębokiéj rozwagi
i nieustannéj czujności. W ciągu cztérech czy pięciu dni następnych szlachta kastylska,
otaczająca Ferdynanda, nie wiedziała, czy dziwić się bardziéj
porywającéj wymowie jego, czy dojrzałości sądu, nie będącéj
wynikiem zimnéj rozwagi, lecz darem wrodzonym człowieka
przeznaczonego do panowania cudzym namiętnościom.