Krzyk za oknem - Małgorzata Rogala

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PIĄ­TEK

ROZ­DZIAŁ 1

Maj 2018

Kiedy We­ro­nika pod­nio­sła cięż­kie od snu po­wieki, do alarmu bra­ko­wało dzie­się­ciu mi­nut. Zza drzwi sy­pialni do­bie­gały krzą­ta­nina i szmer włą­czo­nego ra­dia, znak, że Szy­mon jest już na no­gach. No­wacka, pod­ło­żyw­szy ra­miona pod głowę, wspo­mniała dzień, gdy Pa­we­lec za­pro­po­no­wał jej, by ra­zem za­miesz­kali. Kilka go­dzin wcze­śniej We­ro­nika tra­fiła do szpi­tala po tym, jak bie­gnąc na ra­tu­nek zna­jo­mej na­sto­latce, upa­dła i ude­rzyła głową o be­to­nowy kosz. Za­wia­do­miony o zaj­ściu męż­czy­zna po­je­chał do kli­niki i kiedy upew­nił się, że z Niką wszystko w po­rządku, wy­ar­ty­ku­ło­wał swoje py­ta­nie. Naj­wy­raź­niej czy­tał w jej my­ślach, po­nie­waż i ona od pew­nego czasu roz­wa­żała zro­bie­nie ko­lej­nego kroku w ich związku. Ko­chała Szy­mona, było jej z nim do­brze, czuła się przy nim bez­piecz­nie i wie­działa, że może na niego li­czyć. Do tam­tego mo­mentu po­miesz­ki­wali na­wza­jem u sie­bie, a chęć za­ko­twi­cze­nia ra­zem pod jed­nym da­chem wal­czyła w nich o lep­sze z po­trzebą po­sia­da­nia na wy­łącz­ność swo­jej prze­strzeni. Po wy­padku We­ro­niki Pa­we­lec prze­niósł rze­czy do miesz­ka­nia part­nerki, zaś do­tych­czas zaj­mo­waną ka­wa­lerkę udo­stęp­nił córce. Zo­sia, chcąc się usa­mo­dziel­nić, po­sta­no­wiła wy­pro­wa­dzić się od matki i za­cząć żyć na wła­sny ra­chu­nek. Po zna­le­zie­niu pracy, któ­rej wy­ko­ny­wa­nie mo­gła łą­czyć ze stu­diami, szu­kała po­koju do wy­na­ję­cia. De­cy­zja ojca i jego part­nerki była dla dziew­czyny ni­czym bi­bi­lijna manna z nieba.

Roz­my­śla­nie o nie­daw­nej prze­szło­ści prze­rwał dźwięk bu­dzika. No­wacka do­tknęła przy­ci­sku, wstała, pod­nio­sła ro­lety. Po­kój za­lało ma­jowe słońce, zwia­stu­jąc piękny dzień. We­ro­nika otwo­rzyła drzwi sy­pialni i czu­jąc aro­mat świeżo pa­rzo­nej kawy, po­sta­no­wiła w dro­dze do ła­zienki zaj­rzeć do kuchni. Szy­mon, ogo­lony i ubrany, ze ścierką za­tkniętą za pa­sek, sma­żył na­le­śniki.

- Cześć. - Nika wspięła się na palce i po­ca­ło­wała go w po­li­czek. On mu­snął war­gami jej skroń, na­stęp­nie pod­rzu­cił cienki pla­cek, który ob­ró­cił się w po­wie­trzu i opadł z po­wro­tem na pa­tel­nię. - Nie mam po­ję­cia, jak to ro­bisz. - No­wacka się za­śmiała, krę­cąc głową. - Mnie na pewno wy­lą­do­wałby na pod­ło­dze. - Ob­jęła męż­czy­znę w pa­sie.

- Za ile mi­nut bę­dziesz go­towa? - spy­tał.

- Pięt­na­ście?

- Okej. Aku­rat skoń­czę.

Kwa­drans póź­niej usie­dli do śnia­da­nia. Szy­mon po­sta­wił na stole ta­lerz ze sto­sem na­le­śni­ków, po­jem­nik ze śmie­taną i drugi z kon­fi­turą. We­ro­nika na­peł­niła kubki kawą. Je­dli z ape­ty­tem, roz­ma­wia­jąc o bła­host­kach, słu­cha­jąc ra­dio­wych wia­do­mo­ści, a póź­niej au­dy­cji po­świę­co­nej twór­czo­ści Anny Jan­tar, prze­pla­ta­nej pio­sen­kami z jej re­per­tu­aru.

- Dziś pią­tek - uświa­do­miła so­bie We­ro­nika, koń­cząc po­si­łek. - Kiedy po­my­ślę, że jesz­cze tylko sześć ty­go­dni do za­koń­cze­nia roku szkol­nego, ogar­nia mnie eu­fo­ria.

- A jed­nak zgo­dzi­łaś się zo­stać na ko­lejny rok - przy­po­mniał Pa­we­lec.

- Mó­wi­łam ci dla­czego. Ule­głam proś­bie pani Sło­wik. Prze­cież wiesz, że ona ma na­uczy­ciel­stwo w ge­nach i było jej szkoda od­da­wać dzie­ciaki po siód­mej kla­sie. Chce do­pro­wa­dzić to­wa­rzy­stwo do koń­co­wego eg­za­minu, a po­tem po­wie Bie­drzyc­kiemu, że wraca na prze­rwaną eme­ry­turę.

- Hej, nie mu­sisz się tłu­ma­czyć. - Szy­mon wziął ją za rękę. - Ak­cep­tuję wszystko, co po­sta­no­wisz.

- Po hi­sto­rii z Ka­milą Je­sio­now­ską[1] reszta roku szkol­nego aż do te­raz upły­nęła cał­kiem spo­koj­nie - stwier­dziła Nika. - Oby tak zo­stało do końca. Ale na­uczy­ciele są co­raz bar­dziej nie­za­do­wo­leni. Kiedy na wio­snę dy­rek­tor za­czął ukła­dać przy­szło­roczny gra­fik i przy­dzie­lać go­dziny, kilka osób zło­żyło wy­po­wie­dze­nie. Nie chcą już pra­co­wać w za­wo­dzie, mają dość ko­lej­nego eks­pe­ry­mentu oświa­to­wego.

- Bę­dzie­cie straj­ko­wać?

- Nie wiem. - We­ro­nika spoj­rzała na ze­ga­rek. - Nie­długo wa­ka­cje. Po­dobno na je­sieni mają być prze­pro­wa­dzane an­kiety w spra­wie wy­boru formy pro­te­stu, więc je­śli za­pad­nie de­cy­zja o strajku, to naj­wcze­śniej za parę mie­sięcy. - Wło­żyła na­czy­nia do zmy­warki. - Mu­szę wy­cho­dzić, dziś za­czy­nam o dzie­wią­tej.

- Ja też się zbie­ram. - Szy­mon do­pił kawę. - Mogę cię pod­wieźć.

- Dzię­kuję, mam ochotę na spa­cer. - Nika go po­ca­ło­wała. - Zo­bacz, jak jest pięk­nie na ze­wnątrz. - Po­szła do przed­po­koju, wzięła to­rebkę. - Do zo­ba­cze­nia.

- Kino wie­czo­rem? - spy­tał, za­nim za­mknął za nią drzwi.

- Chęt­nie. Spraw­dzę re­per­tuar.

We­ro­nika zbie­gła po scho­dach i sta­nęła na mo­ment przed klatką. Zro­biła wdech, po­wio­dła spoj­rze­niem po oko­licy, po czym ru­szyła mię­dzy blo­kami w stronę szkoły. Wio­sna trwała już na ca­łego, kwi­tły drzewa i krzewy, w po­wie­trzu czuć było odu­rza­jący za­pach ich ró­żo­wych lub bia­łych kwia­tów. Przy­jem­nie było iść plą­ta­niną bocz­nych ulic Sta­rego Mo­ko­towa, mru­żyć oczy draż­nione słoń­cem, pa­trzeć na ulu­bione domy. Kiedy No­wacka do­tarła na miej­sce, miała do­bry na­strój i roz­pie­rała ją ener­gia. We­szła do bu­dynku i skie­ro­wała kroki do ga­bi­netu. Wła­śnie za­brzmiał dzwo­nek i za­częła się prze­rwa po pierw­szej lek­cji. Z sal wy­bie­gli ucznio­wie i wy­peł­nili ko­ry­ta­rze gwa­rem roz­mów. Nie­siona falą prze­miesz­cza­ją­cych się dzieci, Nika po­czuła dłoń na ra­mie­niu. Zer­k­nęła za sie­bie i zo­ba­czyła przy­rod­niczkę Ali­cję Po­po­wicz, wy­cho­waw­czy­nię pią­tej b, która po wdro­że­niu re­formy uczyła bio­lo­gii i geo­gra­fii.

- Masz te­raz chwilę? - Ala pró­bo­wała prze­krzy­czeć ha­łas.

- Tak. Chodźmy do mnie, bo tu­taj nie da się wy­trzy­mać - za­pro­po­no­wała We­ro­nika.

- Za­raz mam lek­cję, więc będę się stresz­czać - po­wie­działa na­uczy­cielka, a gdy we­szły do środka, spy­tała: - Ko­ja­rzysz Hu­berta Iwa­no­wi­cza z mo­jej klasy?

- Tak. Co z nim?

- Znów za­snął na lek­cji.

- Jak to znów? - Szkolna pe­da­gog po­ło­żyła to­rebkę na biurku i otwo­rzyła okno. Wraz z cie­płym po­dmu­chem wia­tru do po­koju na­pły­nęły od­głosy wrzawy na bo­isku: śmie­chu, na­wo­ły­wa­nia, ude­rzeń piłki o pod­łoże. Słońce było już wy­soko na nie­bie, świe­ciło te­raz wprost do po­miesz­cze­nia, więc Nika zmie­niła po­ło­że­nie pio­no­wych ża­lu­zji.

- Noo, zda­rzyło mu się już kilka razy, kiedy przy­cho­dził na ósmą - wy­ja­śniła Po­po­wicz. - Na róż­nych przed­mio­tach, wczo­raj u mnie.

- Roz­ma­wia­łaś z nim?

- Ja­sne, że tak. Py­ta­łam, o któ­rej cho­dzi spać, o któ­rej wstaje, czy je śnia­da­nie przed wyj­ściem, czy bie­rze do szkoły ka­napkę, czy ma ja­kieś pro­blemy. Z jego od­po­wie­dzi wy­ni­kało, że wszystko jest w po­rządku. Za­pro­wa­dzi­łam go do na­szej pie­lę­gniarki, żeby z nim po­ga­dała, zmie­rzyła ci­śnie­nie i tak da­lej.

- Pi­sa­łaś do ro­dzi­ców?

- Wy­sła­łam ma­ila, kiedy to się zda­rzyło drugi raz. Matka mi od­pi­sała, że Hu­bert za­prze­czył, ja­koby spał, po­dobno oparł na chwilę głowę na ra­mio­nach, a na­sza Ma­riola od pol­skiego błęd­nie to zin­ter­pre­to­wała.

- I co ty na to?

- Po­my­śla­łam, że okej, może tak było, cho­ciaż Waw­rzy­niak trwała przy swo­jej wer­sji. Przez ja­kiś czas był spo­kój, ale przed­wczo­raj i wczo­raj znów usnął w po­ło­wie za­jęć. - Ali­cja urwała na dźwięk dzwonka. - Mu­szę le­cieć, bo za­raz Ma­jew­ska bę­dzie się cze­piać.

- Od­pro­wa­dzę cię do sali, po dro­dze do­koń­czysz. - We­ro­nika wzięła klucz do po­koju.

- Słowo daję, że spał - pod­jęła Po­po­wicz, kiedy po­szły ku scho­dom. - Mu­sia­łam po­trzą­snąć jego ra­mie­niem, żeby się ock­nął. Wresz­cie otwo­rzył oczy i po­pa­trzył na mnie pół­przy­tomny.

- Do­brze, ro­zu­miem, w czym rzecz. - No­wacka od­su­nęła się, żeby unik­nąć zde­rze­nia z bie­gną­cym szó­sto­kla­si­stą. - Jak mogę ci po­móc?

- Za­mie­rza­łam po­now­nie na­pi­sać do Iwa­no­wi­czów, ale dziś przed ósmą skon­tak­to­wała się ze mną matka jed­nej z uczen­nic z na­szej klasy. Po wczo­raj­szym zda­rze­niu córka opo­wie­działa w domu o Hu­ber­cie. Ko­bieta od razu chciała za­dzwo­nić do Iwa­no­wi­czów, ale dziew­czynka pro­siła, żeby tego nie ro­bić. Nie chciała też przyjść do mnie. W oby­dwu przy­pad­kach cho­dziło o to, żeby nikt z ko­le­gów i ko­le­ża­nek nie do­wie­dział się, że "do­nosi". - Przy­rod­niczka od­wzo­ro­wała w po­wie­trzu znak cu­dzy­słowu. - Wiesz, że oni są prze­wraż­li­wieni na tym punk­cie. Summa sum­ma­rum po­pro­siła matkę, żeby zro­biła to za­miast niej. - Ali­cja wpu­ściła uczniów do sali i po­le­ciła, by po­wtó­rzyli ostatni te­mat. - Ko­bieta na­le­gała na za­cho­wa­nie dys­kre­cji, więc ci nie po­wiem, o kogo cho­dzi. - Na­uczy­cielka ści­szyła głos. - Zresztą to nie­istotne. Rzecz jest w tym, że po­dobno Hu­bert w nocy gra na kom­pu­te­rze, cza­sem na­wet do dru­giej albo trze­ciej rano. Po­tem pi­sze do in­nych dzieci na ko­mu­ni­ka­to­rze.

- To pewne?

- Sie­dze­nie na cza­cie? Ow­szem. Matka po­ka­zała mi te­le­fon córki. Rze­czy­wi­ście na Mes­sen­ge­rze było kilka wia­do­mo­ści od Hu­berta, typu "elo", "czy już śpisz", a go­dzina nie po­zo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści. Za­tem nic dziw­nego, że je­śli musi wstać o siód­mej, póź­niej nie daje rady i od­pływa. - Po­po­wicz po­ło­żyła rękę na klamce. - Mu­szę iść, bo za­czy­nają ga­dać. - Zaj­rzała do sali. - Pro­szę o ci­szę! - za­wo­łała i wró­ciła spoj­rze­niem do We­ro­niki. - Zaj­miesz się tym? Naj­le­piej jesz­cze dziś. Będą mieli czas pod­czas week­endu, żeby po­roz­ma­wiać z sy­nem i coś zro­bić.

- Do­brze. Za­raz za­dzwo­nię do Iwa­no­wi­czów i ustalę, czy któ­reś z nich może dziś wpaść do szkoły.

- Dzięki. Dasz mi znać póź­niej, co i jak?

- Na pewno.

We­ro­nika wró­ciła do ga­bi­netu i włą­czyła kom­pu­ter. Za­lo­go­wała się do Li­brusa, żeby zna­leźć dane kon­tak­towe opie­ku­nów Hu­berta. W skrzynce od­bior­czej cze­kało kilka ma­ili. Po­wstrzy­mała się od czy­ta­nia, chcąc naj­pierw za­ła­twić sprawę chłopca. Zna­la­zł­szy nu­mer ko­mórki jego matki, wy­brała w te­le­fo­nie dzie­więć cyfr.

ROZ­DZIAŁ 2

Gra­żyna Iwa­no­wicz przy­go­to­wała po­je­dyn­cze kwiaty róż­niące się dłu­go­ścią, kształ­tem i ko­lo­rem, do­dała sporo zie­leni i w ciągu kil­ku­na­stu mi­nut uło­żyła ko­lejny bu­kiet. Lu­biła na­tu­ralne, swo­bodne, lek­kie w wy­glą­dzie wią­zanki. Każ­dego dnia re­ali­zo­wała po­my­sły na go­towe kom­po­zy­cje, które tra­fiały do sprze­daży ni­czym da­nie dnia w re­stau­ra­cji i do po­po­łu­dnia nie zo­sta­wał po nich ślad. Two­rze­nie, po­pusz­cza­nie wo­dzy fan­ta­zji przy­wra­cało Gra­ży­nie spo­kój, a wła­śnie dziś go po­trze­bo­wała.

Od rana wszystko szło nie tak. Mąż ją ubiegł i pierw­szy po­szedł się umyć, po­nie­waż wcze­snym ran­kiem miał spo­tka­nie z klien­tem. Pra­co­wał jako agent nie­ru­cho­mo­ści i nie mógł ry­zy­ko­wać utraty pro­wi­zji, więc skoro po­ten­cjalny na­bywca wy­sta­wio­nego na sprze­daż miesz­ka­nia miał czas je­dy­nie o siód­mej trzy­dzie­ści rano, Lu­cjan mu­siał się do­sto­so­wać do jego moż­li­wo­ści. Po­tem ła­zienkę za­jęła Ela i oku­po­wała ją przez pół go­dziny, nie re­agu­jąc na po­na­gle­nia matki. Iwa­no­wicz, zde­ner­wo­wana, bie­gała mię­dzy kuch­nią, sy­pial­nią a po­ko­jem Hu­berta, pa­ni­ku­jąc, że nie zdąży na czas do pracy. Mimo że sze­fowa ce­niła ta­lent Gra­żyny, nie szczę­dziła jej przy­krych słów w przy­padku spóź­nie­nia lub uchy­bień w utrzy­my­wa­niu po­rządku. "Ma­gno­lia" była jedną z naj­więk­szych i naj­po­pu­lar­niej­szych kwia­ciarni w mie­ście i aby mieć bu­kiet na spe­cjalną oka­zję wy­ko­nany przez jedną z jej pra­cow­nic, na­le­żało zło­żyć za­mó­wie­nie wiele ty­go­dni wcze­śniej. Wie­działy o tym po­ten­cjalne panny młode i ich matki. Pie­nią­dze pły­nęły wart­kim stru­mie­niem, wła­ści­cielka pła­ciła do­brze i w ter­mi­nie, dla­tego Iwa­no­wicz za­ci­skała zęby, żeby nie wy­buch­nąć, gdy czuła się trak­to­wana nie­spra­wie­dli­wie.

Po­że­gnaw­szy Lu­cjana i cze­ka­jąc, aż córka umoż­liwi jej wzię­cie prysz­nica, pra­wie siłą ścią­gnęła z łóżka dwu­na­sto­let­niego syna. Hu­bert snuł się pół­przy­tomny w pi­ża­mie po miesz­ka­niu, a póź­niej ma­ru­dził pod­czas śnia­da­nia. Kiedy wresz­cie Gra­ży­nie udało się wy­pra­wić dzieci do szkoły, wsia­dła do sa­mo­chodu i przy­ci­snęła gaz. Dziś to ona otwie­rała kwia­ciar­nię i nie mo­gła po­zwo­lić, żeby ktoś cze­kał przed za­mknię­tymi drzwiami. Nie­stety, za­bra­kło jej szczę­ścia i za­trzy­mała ją po­li­cja. Iwa­no­wicz do­stała man­dat oraz punkty karne i w efek­cie do­tarła do pracy dzie­sięć mi­nut po cza­sie. Przed wej­ściem do oszklo­nego lo­kum była za­in­sta­lo­wana ka­mera, a za­re­je­stro­wany ob­raz wy­świe­tlał się na kom­pu­te­rze wła­ści­cielki. Gra­żyna była pewna, że ko­bieta nie omi­nie oka­zji, by wy­tknąć pra­cow­nicy spóź­nie­nie, zwłasz­cza że sama była już od dawna na no­gach, o czym świad­czyła obec­ność świe­żych kwia­tów na za­ple­czu.

Po wy­ko­na­niu kilku wią­za­nek Iwa­no­wicz po­czuła się le­piej. Spa­dło z niej na­pię­cie spo­wo­do­wane po­śpie­chem i uświa­do­miła so­bie, że w tym ty­go­dniu wy­pada jej wolny week­end. Syn­op­tycy za­po­wia­dali, że w so­botę i w nie­dzielę tem­pe­ra­tura po­wie­trza ma prze­kro­czyć dwa­dzie­ścia stopni Cel­sju­sza. Gra­żyna cie­szyła się, że bę­dzie mo­gła od­po­cząć, iść na spa­cer, po­czy­tać książkę na ławce w parku. Te­raz, po­nie­waż ruch był na ra­zie zni­komy, po­sta­no­wiła wy­pić drugą tego dnia kawę. Fakt, sze­fowa była su­rowa i wy­ma­ga­jąca, ale nie ża­ło­wała na udo­god­nie­nia dla pra­cow­nic, ta­kie jak eks­pres do kawy, czaj­nik, mała lo­dówka i dwu­pal­ni­kowa płyta elek­tryczna. Iwa­no­wicz skie­ro­wała kroki do aneksu so­cjal­nego, lecz w po­ło­wie drogi za­trzy­mał ją dźwięk dzwo­nią­cego te­le­fonu. Się­gnęła do le­żą­cej na krze­śle torby i spoj­rzała na wy­świe­tlacz. Roz­po­znała nu­mer re­jo­no­wej szkoły pod­sta­wo­wej.

- Dzień do­bry, mówi We­ro­nika No­wacka, pe­da­gog szkolna - przed­sta­wiła się roz­mów­czyni.

- Dzień do­bry. - Serce Gra­żyny za­częło bić szyb­ciej. Prze­cież syn od po­nad go­dziny miał lek­cje, więc dla­czego kon­tak­to­wała się z nią pe­da­gożka? Oby to nie ozna­czało kło­po­tów.

- Wiem, że pro­szę w ostat­niej chwili - za­częła tamta - ale czy mia­łaby pani moż­li­wość, żeby jesz­cze dziś ze mną się spo­tkać?

- Dzi­siaj? - Gra­żyna zmarsz­czyła brwi. - Co jest ta­kie ważne, że nie może po­cze­kać do po­nie­działku?

- Cho­dzi o Hu­berta. Nie­po­koi nas jego za­cho­wa­nie i wo­la­ła­bym prze­ka­zać pani in­for­ma­cje przed week­en­dem. W so­botę lub w nie­dzielę będą pań­stwo mieli wię­cej czasu, żeby o tym po­roz­ma­wiać ze sobą oraz z sy­nem.

- Co ta­kiego się stało? - Flo­rystka przy­ci­snęła smart­fon do ucha. - Hu­bert coś zma­lo­wał? Po­bił się z kimś? Za­cho­wał aro­gancko?

- Nie, nie w tym rzecz.

- Do­brze, wi­dzę, że nic z pani nie wy­cią­gnę. - Wes­tchnęła. Zde­ner­wo­wała ją ta pe­da­gog. Gra­żyna ni­gdy nie miała z nią do czy­nie­nia; do tej pory nie było ta­kiej po­trzeby, więc nie wie­działa na­wet, jak ko­bieta wy­gląda. - Je­stem w pracy, mu­szę spy­tać sze­fową o moż­li­wość wyj­ścia i po­cze­kać na ko­le­żankę, która mnie za­stąpi.

- W po­rządku, będę u sie­bie. Dzię­kuję i do zo­ba­cze­nia.

Kiedy dwie go­dziny póź­niej Iwa­no­wicz par­ko­wała przed bu­dyn­kiem pla­cówki, wła­śnie skoń­czyła się ko­lejna lek­cja i przez drzwi wy­pły­nęła fala młod­szych uczniów, któ­rych od­bie­rali ro­dzice lub dziad­ko­wie. Gra­żyna po­cze­kała, aż plac tro­chę opu­sto­szeje, na­stęp­nie we­szła do bu­dynku i spy­tała woźną o drogę do ga­bi­netu szkol­nej pe­da­gog. Wciąż ży­wiła na­dzieję, że No­wacka prze­sa­dza i wkrótce się okaże, że cho­dzi o bła­hostkę. Nie­któ­rzy na­uczy­ciele byli zbyt wy­ma­ga­jący i za bar­dzo się przej­mo­wali zwy­kłymi wy­bry­kami dzieci. Gra­żyna wie­rzyła, że w tym przy­padku tak wła­śnie jest i ona nie­ba­wem wróci do pracy z po­czu­ciem, że stra­ciła czas, ale i uspo­ko­jona.

***

Po roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej z Iwa­no­wicz We­ro­nika miała dwa za­stęp­stwa za nie­obecne osoby, a kiedy wró­ciła do ga­bi­netu, po­now­nie otwo­rzyła skrzynkę od­bior­czą na Li­bru­sie. Pierw­sze trzy wia­do­mo­ści były pra­wie iden­tyczne i do­ty­czyły tego sa­mego te­matu. Zbli­żał się ko­niec roku szkol­nego i jak za­wsze przy ta­kiej oka­zji za­czy­nała się walka o stop­nie. W imie­niu dzieci wy­stę­po­wali ro­dzice, któ­rzy prośbą, groźbą lub ob­wi­nia­niem in­nych pró­bo­wali wy­móc na bel­frach pod­wyż­sze­nie oceny z za­cho­wa­nia lub z da­nego przed­miotu. Kiedy te per­trak­ta­cje nie przy­no­siły ocze­ki­wa­nego efektu, nie­któ­rzy opie­ku­no­wie pro­sili o po­moc szkolną pe­da­gog. We­ro­nika na­uczyła się od­ma­wiać in­ter­wen­cji w ta­kich przy­pad­kach i od­sy­łała nie­za­do­wo­lone osoby z po­wro­tem do na­uczy­cieli. Te­raz zro­biła to samo. Kiedy koń­czyła pi­sać ostat­nią od­po­wiedź, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi i w progu sta­nęła ko­bieta. Miała na so­bie ro­man­tyczną bluzkę z de­kol­tem ścią­ga­nym ta­siemką oraz roz­sze­rzane spodnie z lnu. Upięte z tyłu głowy włosy od­sła­niały uszy ozdo­bione dłu­gimi kol­czy­kami.

- Dzień do­bry, ja do pani pe­da­gog - po­wie­działa, po­sy­ła­jąc No­wac­kiej py­ta­jące spoj­rze­nie. - Gra­żyna Iwa­no­wicz.

- Za­pra­szam. - We­ro­nika po­dała jej dłoń i wska­zała miej­sce przy stole. - Dzię­kuję, że udało się pani do­trzeć.

- Nie mam zbyt dużo czasu - za­strze­gła przy­była. - Wy­szłam z pracy.

- Oczy­wi­ście. Już mó­wię, o co cho­dzi. O spo­tka­nie z pa­nią po­pro­siła mnie wy­cho­waw­czyni Hu­berta, pani Po­po­wicz, która zresztą już raz kon­tak­to­wała się z pa­nią w tej spra­wie. Otóż... - No­wacka od­chrząk­nęła i prze­ka­zała ko­bie­cie treść roz­mowy z Ali­cją.

Iwa­no­wicz w mil­cze­niu wy­słu­chała re­la­cji, po czym oświad­czyła:

- To nie­moż­liwe. Za­bie­ramy mło­demu na noc smart­fon, co do lap­topa, wy­łą­czamy prze­no­śny ro­uter i cho­wamy go do szafki.

- Chyba jed­nak syn zna­lazł spo­sób, żeby pań­stwa prze­chy­trzyć. Matka uczen­nicy, która przy­szła dziś do wy­cho­waw­czyni, po­ka­zała czat na te­le­fo­nie swo­jej córki. Rze­czy­wi­ście nie­które wia­do­mo­ści od Hu­berta zo­stały wy­słane mię­dzy go­dziną drugą a trze­cią.

- Nie wie­rzę. - Ko­bieta oparła łok­cie na stole i ukryła twarz w dło­niach.

- Mam świa­do­mość, że to trudne, ale im prę­dzej pań­stwo się z tym skon­fron­tują, tym szyb­ciej bę­dzie można coś zro­bić. Pro­szę po­roz­ma­wiać z sy­nem, spraw­dzić jego ko­mórkę oraz kom­pu­ter. Prze­cież nie mu­szę pani wy­ja­śniać, do czego do­pro­wa­dzi chło­paka nocny tryb ży­cia. Już jest nie­do­brze.

- Wiem, wiem. - Iwa­no­wicz opu­ściła ręce. - Ale to... - Po­krę­ciła głową. - Je­stem w szoku. Nie do­ciera do mnie, że na­sze dziecko może nas tak oszu­ki­wać.

- Nie za­uwa­żyli pań­stwo zmiany w za­cho­wa­niu Hu­berta?

- On za­wsze rano jest nie­przy­tomny, od ma­łego nie lu­bił wcze­śnie wsta­wać i wolno się roz­krę­cał, dla­tego uwa­ża­li­śmy z mę­żem, że ten typ tak ma. Fakt, sie­dzi przy kom­pu­te­rze zbyt długo, cza­sem koń­czy grać do­piero po awan­tu­rze, gdy za­gro­zimy mu szla­ba­nem na elek­tro­nikę. Wtedy od­pusz­cza, ale jest ob­ra­żony na cały świat. Jed­nak wszyst­kie dzie­ciaki te­raz... - Urwała na chwilę. - Na szczę­ście uczy się do­brze, ma nie­złe stop­nie.

- Do czasu - skwi­to­wała No­wacka. - Ża­den or­ga­nizm na dłuż­szą metę cze­goś ta­kiego nie wy­trzyma, a już na pewno or­ga­nizm doj­rze­wa­ją­cego na­sto­latka. - Umil­kła na mo­ment, a po­tem do­dała: - Pro­szę tego nie ba­ga­te­li­zo­wać.

- Nie za­mie­rzam. - Iwa­no­wicz za­ci­snęła ręce na bla­cie stołu. - Czy może mi pani po­wie­dzieć, o którą ko­le­żankę Hu­berta cho­dzi? Za­dzwo­ni­ła­bym do jej matki i może do­wie­dzia­ła­bym się wię­cej.

- Nie­stety, nie znam jej na­zwi­ska. Tamta ko­bieta po­pro­siła wy­cho­waw­czy­nię o dys­kre­cję. Jak wspo­mnia­łam wcze­śniej, dziew­czynka ma obawy, że ktoś z klasy się do­wie, że opo­wie­działa o Hu­ber­cie ro­dzi­com, prze­każe wieść da­lej i ona straci do­bre re­la­cje z ró­wie­śni­kami. Wie pani, jak to jest. Mimo że wciąż tłu­ma­czymy dzie­ciom, że na­leży zgła­szać do­ro­słym, kiedy dzieje się coś złego, wy­ja­śniamy róż­nicę mię­dzy pro­sze­niem o po­moc a skar­że­niem, dla nich i tak to jest do­no­sze­nie, a taka osoba do­staje łatkę "kon­fi­denta". - No­wacka roz­ło­żyła ręce.

- Ro­zu­miem. - Gra­żyna wstała. - Po­roz­ma­wiam z mę­żem, a póź­niej weź­miemy w ob­roty syna. Mu­szę tylko to so­bie po­ukła­dać. Na­prawdę je­stem w szoku i wciąż trudno mi uwie­rzyć, że Hu­bert... - Za­wie­siła torbę w zgię­ciu łok­cia. - Dzię­kuję pani, do wi­dze­nia.

- Do wi­dze­nia. - We­ro­nika po­słała jej cie­płe spoj­rze­nie. - Mam na­dzieję, że wszystko się ułoży.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki