Rozdział dziewiąty
DRUGIE ŚNIADANIE
Doprawdy nie pojmuję, dlaczego muszę ci
towarzyszyć w tym bezsensownym zadaniu - narzekał Monteki, ostrożnie
lawirując między błotnistymi kałużami na drodze do Krzewiny.
Cassie zastanawiała się, czy kot zawsze tak marudzi o poranku. Po
rozmowie z Broganem poczuła się lepiej. Wróciła do kuchni, ale ciotka
już znikła. Pani Briggs wyjaśniła, że poszła na górę, by odespać noc. A potem gospodyni wręczyła Cassie garść monet i listę sprawunków.
Cassie wyruszyła do wioski z niezadowolonym kotem, którego przepędzono
sprzed kominka.
- Taki piękny dzień! - zauważyła dziewczynka, wystawiając twarz do
słońca. - A ta wyprawa ma nawet pewien sens. Na liście znajdują się
piklingi.
Monteki nie odpowiedział, ale przyspieszył kroku i uniósł ogon niczym
flagę.
Na starym kamiennym mostku przystanęli. Rzeka wypływała z Krzewu w stronę pól. Cassie spojrzała w przejrzystą wodę. Płaskie liście lilii
wodnych właśnie zaczęły się rozwijać, a długie pasma wodorostów falowały
w nurcie niczym zielone włosy. Ławice płotek i okoni o pasiastych
grzbietach wygrzewały się w słońcu tuż pod powierzchnią wody. Cassie
patrzyła na swoje odbicie; nagle w wodzie pojawiła się inna twarz, blada
i lśniąca. Należała do kobiety o oczach i ustach otwartych tak szeroko,
jakby brakowało jej powietrza.
- Po co się zatrzymaliśmy? - spytał Monteki.
- Widzę kogoś w wodzie - rzuciła dziewczynka. Przebiegła przez most i zsunęła się po zboczu, brudząc sobie sukienkę trawą. - Tonie!
Szczerze mówiąc, Cassie nie umiała pływać, więc tym bardziej martwiła
się o kobietę w rzece.
Może jeśli znajdzie dużą gałąź albo sznur, zdoła ją wyciągnąć?
- Halo! - zawołała. - Wszystko w porządku? Trzymaj się!
Brzeg rzeki porastały pałki wodne, ale Cassie się przez nie przedarła.
Nie widziała już tonącej, tylko głęboką, ciemną, powoli płynącą rzekę.
- Cassandro, nie chodź tam! - zawołał kot.
Dziewczynka go zignorowała. Dotarła na skraj rzeki.
Coś zimnego i mokrego chwyciło ją za kostkę i pociągnęło. Zanim zdołała
zaczerpnąć tchu lub wrzasnąć, znalazła się pod wodą. Kościste dłonie
szarpały ją i ciągnęły na dno. Cassie szamotała się i wierzgała, ale nie
mogła się wyrwać. Wokół niej wirowały zielone wodorosty, zasłaniając
widok. Twarz pojawiła się znowu. Miała oczy pozbawione powiek jak ryba i zęby ostre jak u rekina. Dziewczynka chciała krzyknąć, ale woda
wypełniła jej płuca. Chwytała wodorosty, które wyślizgiwały jej się z palców. Kościste dłonie trzymały mocno, wciągały ją coraz głębiej. Miała
już mgłę przed oczami, płuca paliły ogniem. Woda przejmowała chłodem do
szpiku kości. Ostatkiem sił Cassie kopnęła. Jej kolano zetknęło się z zimnym ciałem i kobieta odpłynęła. Walcząc z naporem wody, gwałtownie
machając rękami, dziewczynka ruszyła ku powierzchni. Wynurzyła się,
łapczywie chwytając powietrze, i w tej samej chwili ktoś złapał ją za
rękę. Ale kobieta z rzeki znowu zaatakowała; kościste ramiona objęły
Cassie w talii i szarpnęły w dół. Z drugiej strony ciągnął ją jej
ratownik. Potem na powierzchni wody wylądowało coś białego i okrągłego,
co odpłynęło wraz z nurtem. Wodna kobieta puściła swoją ofiarę i rzuciła
się w ślad za nowym łupem.
Pomocnik powoli wydostał na brzeg Cassie, która legła w błocie,
wykasłując brązową wodę. Po chwili odgarnęła mokre włosy z oczu. Nad nią
unosiła się na miotle wybawicielka - dziewczynka w jej wieku albo ciut
starsza. Rozpromienioną w uśmiechu brązową, piegowatą twarz otaczały
krótkie kręcone włosy.
- Wszystko z tobą dobrze?
- Tak - wykrztusiła Cassie. - Dziękuję.
- Troszkę za zimno, żeby pływać - zauważyła nieznajoma, lądując i wyciągając rękę do Cassie.
- Co to było? Usiłowało mnie utopić!
- Kto? Stara Wandzia Wodzianka? To jędza rzeczna, dość nieszkodliwa jak
na nie. Po prostu to nie najlepsze miejsce na kąpiele. Wandzia mieszka
pod tym mostem. Jeśli chcesz łowić ryby, najpierw musisz ją nakarmić.
- Nakarmić?
- Tak. A skoro o tym mowa, jesteś mi winna drugie śniadanie. Musiałam
rzucić mojego pączka, żeby odwrócić jej uwagę. A był z budyniem!
- Czy to... - Cassie urwała, nie chcąc się wygłupić. - Faerka?
- No raczej! Mamy ich tu całe chmary. To normalne, jak się mieszka tak
blisko Krzewu. Rzeka Niks płynie z lasu. Znajdziesz w niej
najdziwniejsze stworzenia. Ojej, twoja twarz przybrała śmieszny kolor.
Nigdy wcześniej nie widziałaś faera?
- Widziałam - powiedziała Cassie. - Ale tam, skąd pochodzę, ludzie na
ogół w nich nie wierzą.
- Nie wiem, czy to kwestia wiary. Równie dobrze można by nie wierzyć w istnienie wanien albo wujków. Trzeba się z nimi męczyć i już. Nawiasem
mówiąc, jestem Rue. Rue Whitby - a to Rechot.
Tu dziewczynka wskazała przycupniętego na jej ramieniu ropucha,
brązowego i obsypanego brodawkami. Stworzonko wpijało się łapkami w koszulę Rue.
- Ty pewnie jesteś tą nową Morganówną - odezwał się ropuch ochrypłym
głosem.
Oczy Rue zabłysły.
- Wszyscy o tobie mówią! O, muszę powiedzieć chłopcom, że zobaczyłam cię
pierwsza!
- Wszyscy? - powtórzyła Cassie.
- Tak, wszyscy w wiosce. Emley Moor widział, jak wczoraj przyjechałaś.
Wieści szybko się tu rozchodzą.
- Zwłaszcza że twoja mama im w tym pomaga - dodał Rechot. Mrugnął do
Cassie.
- To twój chowaniec? - spytała Rue, wskazując szarego kota, który
zbliżał się do nich, ostrożnie stąpając wśród mokrych traw.
- Zdecydowanie nie - oznajmił Monteki. - Gdybym pełnił funkcję jej
chowańca, zapewne brałaby pod uwagę moje rady. Doprawdy, Cassandro, jaki
jest sens mojej obecności podczas tej wyprawy, skoro ignorujesz każde
moje słowo? Wyglądasz jak zmokła kura. Musimy wrócić do domu. Twoja
ciotka się nie ucieszy.
- Nie ma potrzeby. Wysuszysz się u mnie - zaproponowała Rue.
- I poznasz resztę klanu - dodał Rechot. - To niedaleko.
Cassie wyżęła ociekające włosy i skorzystała ze swetra, który pożyczyła
jej Rue. Ta wzięła miotłę pod pachę i ruszyła, wskazując drogę.
- Wstępujesz do sabatu? - spytała Rue.
- Do sabatu? Nie wiem...
- Przecież jesteś czarownicą, prawda? Siostrzenicą tej starej strzygi...
to znaczy krzewiedźmy. Magia musi tryskać ci uszami!
- Raz leciałam na miotle, ale nigdy nie rzuciłam żadnego zaklęcia ani
nic podobnego. Myślisz, że by mnie przyjęli?
- Pewnie! Każda dziewczynka może się nauczyć czarów, nawet jeśli nie
pochodzi z rodziny wiedźm. Oczywiście niektóre mają do tego smykałkę,
choć niewiele to znaczy, o ile człowiek nie ugania się za zaszczytami.
Spotykamy się w piątki po szkole w domu sabatu. W przyszłym tygodniu
wybieramy się do Krzewu. Będzie bombowo. Musisz z nami iść!
Cassie nie wiadomo kiedy zgodziła się na spotkanie w przyszłym tygodniu.
Entuzjazm Rue pokonał jej opory, a poza tym nowe informacje o czarach
mogły pomóc w odnalezieniu matki.
* * *
Krzewina przycupnęła na skraju doliny. Rzędy sklepików i domków,
zbudowanych z jednakowego żółtego kamienia, lśniły łagodnie w porannym
słońcu. Na głównej ulicy tłoczyli się ludzie z koszykami i wózkami.
Policjant śmignął obok nich na rowerze, przy skrzyżowaniu na rynku jakiś
człowiek grał wesołą melodyjkę na tanim gwizdku. Przed nim stał kapelusz
pełen błyszczących monet.
Cassie człapała w przemoczonych butach. Rue prowadziła ją do centrum
wioski. Ludzie oglądali się za nimi i szeptali za ich plecami. Cassie
wychwyciła słowa: "Krzewiedźma" i "Rose" i zrozumiała, że wszyscy już
znają jej tożsamość. Ciotka Miranda nie byłaby zachwycona pierwszym
wrażeniem, jakie z pewnością zrobiła w przemoczonych ubraniach.
Powiedziałaby pewnie, że to nie przystoi Morganównie.
Minęły Zalanego Chochlika, rzeźnika, sklep bławatny i mały, czerwony
budynek poczty.
- No i już! - zawołała Rue, efektownym gestem otwierając drzwi sklepu.
Na szyldzie nad nimi widniał napis "U WHITBYCH" oraz pięknie namalowane
jabłko. Asortyment wysypywał się na ulicę: kosze i beczki pełne owoców i warzyw, czasem jeszcze pokrytych wilgotną ziemią. W wiadrze przy wejściu
pyszniły się pęki żonkili i tulipanów, a wystawę wypełniały reklamy
mydła w proszku, fasolki konserwowej i kakao. Rue wciągnęła Cassie do
wnętrza, w którym na półkach stały najróżniejsze towary.
- Cześć, mamo! - zawołała do kobiety za ladą, prowadząc Cassie na
schody.
- Nie tak szybko, Ruth Whitby! Co to za nieszczęsne stworzenie
przywlekłaś do mojego sklepu i jak mu na imię, jak króla kocham?
- O kim mówisz, o niej? - spytała Rue z łobuzerskim uśmiechem. - To
tylko Cassie Morgan. Miała małą scysję z Wandzią Wodzianką, więc musi
się przebrać.
Pani Whitby - niska, krągła kobietka z takimi samymi ciemnymi
kędzierzawymi włosami jak jej córka - wyszła zza lady. Miała na sobie
zielony fartuch, który upodabniał ją do jabłka na szyldzie. Na widok
Cassie oczy jej zabłysły.
- A niech mnie, rzeczywiście! A nie chciałam w to wierzyć. Córa Rose
Morgan, mówili, a ja na to: niemożliwe! Ale to ty i trudno by cię było
pomylić z kimś innym. - Woda kapała z ubrania Cassie na podłogę, lecz
pani Whitby jakby tego nie zauważała. - No, czyli Miranda ma twardy
orzech do zgryzienia, nie inaczej - dodała z zadowolonym uśmiechem. -
Pójdziesz do szkoły w wiosce? Ruth zaopiekuje się tobą, to pewne, ale
jeśli kiedykolwiek będzie ci czegoś potrzeba, wpadaj tu śmiało, a ja już
się wszystkim zajmę. Lubiłyśmy się, twoja mama i ja. Pewnie nie masz od
niej wiadomości?
- Mamo! - jęknęła Rue.
- Ojej, przecież mogę chyba spytać, prawda? Wszyscy się nad tym
zastanawiamy. Ale co tam, czyste ręczniki znajdziecie w komodzie i uważajcie, żeby mi błota nie nanieść na dywany. A, i jak będziesz
wychodzić, Ruth, zabierz Olivera, plącze mi się pod nogami.
- Ale mamo...!
- No, to zmykajcie, mam dużo pracy.
Rue westchnęła i zaprowadziła Cassie na górę.
- Nie nazywaj mnie "Ruth", bo pożałujesz - ostrzegła.
* * *
Wkrótce potem Cassie wyszła na ulicę, ubrana w szorty Rue i dość
obszerną marynarkę po jednym z jej starszych braci. Mokre włosy splotła
w dwa warkocze. Może nie prezentowała się najlepiej, ale przynajmniej
się ogrzała i prawie całkiem wysuszyła. Pani Whitby dała jej koszyk
pełen zakupów, po które posłała ją pani Briggs, i dodała jeszcze
bukiecik uroczych fiołków. Rue trzymała za rękę chłopczyka w białej
koszuli. Jego słodką buzię cherubinka otaczały brązowe kędziorki.
- Chodź, kupimy sobie coś u Marcepana. Umieram z głodu.
- Bułeczki! - zawołał Oliver, ciągnąc siostrę za rękę.
- Ilu masz braci? - Cassie troszkę zazdrościła Rue miłej rodziny.
- Trzech, czyli dużo, a Oliver przysparza więcej kłopotów niż my wszyscy
razem wzięci.
Sklep Marcepana okazał się piekarnią z markizą w różowe paseczki. Przez
jego otwarte drzwi sączył się zapach cynamonu, toffi i świeżego chleba.
Wewnątrz tłoczyli się ludzie kupujący bochenki, bułki i placki, a dzieci
stały z nosami przyklejonymi do witryn. Cassie wkrótce je zrozumiała. Za
szybą w schludnych rządkach spoczywały bułeczki z porzeczkami, rogaliki,
gobliny z piernika i jeżyki z ciasta, babeczki, bezy z piankami,
szafranowe drożdżówki, rolady i faerki z zielonym lukrem. Cassie
przeliczyła pensy, które dostała od pani Briggs na kupno przekąski,
zastanawiając się, co wybrać.
- Spróbuj tartaletki muchomorowej, dają do niej dżem malinowy -
podsunęła Rue.
Gdy w końcu obie dziewczynki dotarły do lady, pani w różowym fartuchu
uśmiechnęła się do nich.
- Co mogę wam podać, kochane? - spytała, jednym okiem popatrując na
Olivera, który pożerał wzrokiem zawartość witryny z ciastkami.
- Poproszę o bochenek białego chleba i dwie eklerki z lukrecją - odezwał
się jakiś piskliwy głos za ich plecami. Należał do niskiej starszej pani
w kapeluszu czarownicy. Towarzyszyła jej dźwigająca koszyk z rzepą i kapustą znajoma z pociągu.
- Tabitha!
- O, cześć - odpowiedziała, czerwieniąc się, dziewczynka.
- Przepraszam - rzuciła Rue, mierząc kobietę surowym spojrzeniem - ale
byłyśmy pierwsze.
- Tabitho, co to za bezczelne dziewczyniska, które najwyraźniej znasz? -
burknęła kobieta.
- To Cassie Morgan, poznałyśmy się w pociągu, a to...
- Rue. Rue Whitby.
- Cóż, czego się spodziewać po córce sklepikarki... Ale panienka, panno
Morgan, powinna wiedzieć, że starszym należy się szacunek.
Kobieta odsunęła Cassie na bok torebką z krokodylowej skóry.
- Proszę to owinąć w papier. Nie chcę sobie umączyć sukni.
Zabrała swoje zakupy, rzuciła na ladę drobne monety i wyszła,
przepychając się wśród oburzonych ludzi.
- Przepraszam! - szepnęła Tabitha i pobiegła za nią.
Rue stała, łypiąc spode łba, a tymczasem Cassie kupiła trzy tartaletki
muchomorowe, lśniące czerwonymi piankami, serową myszkę dla Montekiego i biszkopt z marmoladą z much dla Rechota. Znaleźli słoneczną plamę na
trawniku i usiedli, by zjeść swoje pyszności. Oliver zdołał w parę
sekund usmarować dżemem całą koszulę. Ledwie skończył jeść, pobiegł
ganiać kaczki.
- Jak ona śmiała! - rzuciła Rue, która nadal nie mogła ochłonąć po
spotkaniu przy ladzie. - Córka sklepikarki? Wszyscy wiedzą, że ta stara
strzyga nie ma ani grosza, choć tak się wynosi. Mam ochotę wsadzić jej
tę torebkę na głowę.
- Wątpię, żeby się zmieściła! - zauważył Rechot.
- Czy ona także jest czarownicą? - chciała wiedzieć Cassie.
- Stara pani Blight? Tak podejrzewam, choć nigdy nie widziałam, żeby
czarowała. Na ogół tylko pokrzykuje na ludzi i pyszni się, jakby wioska
należała do niej. A nawet nie pochodzi z Krzewiny! Blightowie to rodzina
czarowników z Somerset.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział pierwszy
NIEWIDZIALNA DZIEWCZYNKA
Cassandra Morgan ukrywała się w składziku
na szczotki. Całkiem niezły wybór, biorąc pod uwagę okoliczności: przez
wąskie okienko wpadało światło pozwalające czytać, a odwrócone wiadro
dobrze się sprawdzało jako krzesło. Jeśli zignorowało się zapach pleśni
i zaglądającą tu czasem ciekawską myszkę, miejsce było niemal przytulne.
Cassie znała wszystkie nadające się na kryjówki zakamarki w szkole: dach
dormitorium, żywopłot za salą gimnastyczną, pustą klasę we wschodnim
skrzydle. Składzik na szczotki akurat znajdował się najbliżej, gdy
Cassie usłyszała to, co przerażało ją najbardziej na świecie: końskie
rżenie wracających z treningu hokeistek. Wśliznęła się tam w ostatniej
chwili i nasłuchiwała zbliżającego się i oddalającego klekotu kijów i pisku mokrych tenisówek.
Gdy jej serce znowu zaczęło bić w normalnym tempie, umościła się w kącie
i wyjęła z torby książkę, na której widniał napis Algebra dla średnio
zaawansowanych. Jednak pod okładką znajdował się fioletowy materiał z tłoczonym srebrnym tytułem Opowieści Faerii. Ta lektura kosztowała ją
czekoladowy batonik i pół opakowania miętówek, będących nieoficjalną
walutą Domu Fowella. Cassie ciężko pracowała na swoje słodkości,
miesiącami odrabiając lekcje za inne dziewczynki, lecz z radością
oddałaby za ten tomik nawet sto czekolad. Nie chodziło w nim o wróżki -
zwiewne istotki pląsające na liściach lilii wodnych. W tych dzikich i dziwnych opowieściach królowe faerów porywały młodzieńców do swojego
świata, dziewczęta od zmierzchu do świtu tańczyły w kręgach muchomorów,
skrzypkowie przez jedną noc przygrywali do tańca wśród zielonych wzgórz,
by po powrocie do wioski przekonać się, że minęło sto lat, dzieci
przypadkiem znajdowały ukryte drzwi prowadzące do miast z gwiezdnego
blasku.
Cassie nie wierzyła w faerów, nie naprawdę - prawie dorosłe panny nie
mogą w nich wierzyć. Ale zastanawiało ją, skąd się wzięły te opowieści.
W szkolnej bibliotece zajrzała do działu 398.4 Zjawiska nadnaturalne i legendy, lecz na półce znalazła tylko jedną pozycję: Faerowie i inne
mity K. Lopa. Autor twierdził, że rzekome spotkania z magicznymi
stworzeniami to efekt anomalii pogodowych bądź objedzenia się serem
przed snem.
Ale nieważne, czy klechdy mówiły prawdę. Dla tych kilku chwil,
codziennie wykradanych między lekcjami lub w nocy, gdy schowana z latarką pod kołdrą przenosiła się na leśne polany skąpane w srebrnym
świetle księżyca, Cassie była gotowa znosić hokeistki, matematykę oraz
pudding z tapioki.
W historii, którą teraz czytała, wróżka obiecała pewnemu drwalowi, że
spełni jego trzy życzenia. Oczywiście on zmarnował je na tak
niepraktyczne sprawy jak sława, bogactwo i ślub z królewną.
Gdyby to Cassie otrzymała podobną możliwość, wiedziałaby, jak ją
wykorzystać. Przede wszystkim - książki. Bibliotekę w Domu Fowella
przepełniały nudne podręczniki, a uczennice obowiązywał zakaz czytania
czegokolwiek, co nie miało wartości edukacyjnej. Dziewczynki musiały się
zajmować lekcjami i wtłaczaniem do głów użytecznej wiedzy, nie bajkami.
Mimo to Cassie udało się skompletować własną tajną kolekcję. Pod
obluzowaną deską w podłodze pod łóżkiem znajdowała się pusta przestrzeń,
w sam raz na parę tomów. Jedyny problem polegał na tym, że Cassie znała
już ich treść na pamięć.
Jej drugim życzeniem byłoby udanie się na spotkanie przygody, tak jak to
robili bohaterowie opowieści. W Domu Fowella nigdy nie wydarzało się nic
ciekawego. Cassie nie mogła opuszczać terenów szkoły. W klasie często
fantazjowała, że wyfruwa przez okno i przelatuje nad wysokim żelaznym
ogrodzeniem. Uwolniona, przemierzałaby świat, spotykała przyjaciół i wrogów i ratowała niewinnych przed nikczemnikami.
Tego pragnęła najgoręcej - ale w miarę upływu lat coraz mniej w to
wierzyła. Niegdysiejsza pewność, że jej marzenia się ziszczą, zmarniała
i zmieniła się w ledwie widoczną, przygasającą iskierkę nadziei. A najbardziej na świecie Cassie chciała znowu zobaczyć mamę.
Zadzwonił dzwonek. Dziewczynka zamknęła książkę i zebrała rzeczy.
Dom Fowella składał się z dwóch oddzielnych budynków: szkoły niższej,
gdzie Cassie mieszkała do jedenastych urodzin, i wyższej, do której
teraz chodziła. Szkoła wyższa, cała z rudej cegły, miała cztery skrzydła
rozchodzące się od głównego gmachu jak rozcapierzone łapy wielkiego
stwora. We wszystkich oknach znajdowały się kraty; plotka głosiła, że
Dom Fowella to dawne więzienie i... tak właśnie wyglądał.
Jadalnia znajdowała się w środku budynku - w brzuchu czerwonej bestii.
Cassie zdążyła w samą porę, by stanąć w kolejce. Na obiad podano
dokładnie to samo, co w każdy poniedziałek: gulasz z baraniny, czyli
szary, rzadki sos z jakimiś grudkami, które przy odrobinie szczęścia
mogły się okazać mięsem. Dodawano do niego ziemniaki, utłuczone bez
masła, przez co miały konsystencję mokrego piasku, a do tego zimny
groszek. Mało apetyczne, ale Cassie wymieniła ostatni batonik na
książkę, więc nie mogła zrezygnować z posiłku.
Rozejrzała się, szukając wolnego miejsca. Najlepsze, koło jedynego
grzejnika w sali, zajęły hokeistki. Inne dziewczynki siedziały w grupach
lub parami, rozmawiając o lekcjach albo grzebiąc w jedzeniu. Cassie
znalazła krzesło jak najbardziej oddalone od hokeistek i, niestety,
grzejnika. Dwie dziewczynki odsunęły się od niej, ale do tego przywykła
i się tym nie przejęła. Nabrała na widelec grudkę ziemniaków i odważnie
podniosła do ust.
Jako uczennica z najmłodszej klasy miała niewiele koleżanek. Wszyscy tu
tęsknili za rodzicami i znajomym otoczeniem. A jednak na wakacje i święta inne dziewczynki wracały do domów, a Cassie zostawała sama. Nie
mogła poprosić, żeby jej potowarzyszyły, nie wolno jej było wyjść z nimi
do herbaciarni poza szkołą, kiedy odwiedzały je matki. Dlatego nigdy nie
cieszyła się popularnością i coraz więcej czasu spędzała w samotności.
Oswoiła ją, bo towarzystwa dotrzymywały jej książki i marzenia, ale rok
temu rozpoczęła naukę w szkole wyższej. Właśnie wtedy popełniła fatalny
błąd - podpadła Bleacher.
Lizzie Bleacher, najpopularniejsza uczennica Domu Fowella, nie
wyróżniała się urodą ani inteligencją, nieszczególnie radziła sobie też
w Rozgrywkach, choć stała na czele drużyny hokejowej. O nie, Lizzie -
konkretna dziewczyna z barami jak siłacz i czarnym pasem w dżudo - po
prostu terroryzowała całą szkołę wyższą. Jeśli nie chciało się zmieniać
kształtu nosa, należało nie wkurzać Bleacher.
Zawieszenie majtek ofiary na maszcie albo spłukanie jej głowy w sedesie
stanowiło po prostu część inicjacji. Dziewczynki zaciskały zęby, a potem
płakały w poduszkę. Pyskowanie nie wchodziło w grę, a już na pewno nie
należało mówić, że Bleacher nie rozumie słowa "dylemat".
Ten nierozważny krok Cassie przypłaciła utratą mizernych resztek radości
w Domu Fowella. Do tej pory po prostu mało kto ją lubił, teraz stała się
trędowata. Dziewczynka, która dałaby się przyłapać na rozmowie z nią,
wylądowałaby na czarnej liście Bleacher. Nic dziwnego, że koleżanki nie
miały na to ochoty. Starały się nie patrzyć jej w oczy na korytarzu.
Jeśli Cassie prosiła je o podanie soli podczas obiadu, udawały, że nie
słyszą. Nikt nie chciał czytać z nią z jednego podręcznika na zajęciach
ani znaleźć się z nią w parze podczas Rozgrywek.
Cassie uznała, że skoro ma być niewidzialna, to porządnie, więc nie
odzywała się podczas lekcji, siadywała sama w jadalni i większość
wolnego czasu spędzała w ukryciu. Po jakimś czasie nawet nauczyciele
przestali ją dostrzegać. Czasem zastanawiała się, co by się stało, gdyby
naprawdę znikła. Kiedy nauczyciele by się zorientowali? Czy w ogóle by
się zorientowali?
- Proszę o uwagę! - rozległ się jakiś skrzypiący głos za jej plecami.
Wszystkie głowy odwróciły się w stronę drzwi. Kobieta, która w nich
stała, miała siwą czuprynkę jak pudel i od stóp do głów spowijał ją beż.
Była to panna Pika, nauczycielka, która według Cassie wyróżniała się
jako najmniej sympatyczna, choć z pewnością miała w Domu Fowella silną
konkurencję.
Nauczyciele rzadko zaglądali do jadalni. Mieli własny pokój na piętrze
i, jak niosła wieść, raczyli się w nim kiełbaskami i bekonem, a nawet
czasem ciastem cytrynowym na podwieczorek. Panna Pika stała w progu,
zadzierając długi nos.
- Przybyłam poinformować was o tym, o czym i tak wkrótce niewątpliwie
dowiecie się od koleżanek. Pragniemy zapobiec przeinaczaniu faktów i niepotrzebnej panice. - Panna Pika odkaszlnęła. - Sytuacja jest pod
kontrolą, nie ma powodów do niepokoju i wpadania w histerię. Wasi
rodzice otrzymają od pani dyrektor list z wyjaśnieniem okoliczności i zapewnieniem, że szkoła nie odegrała żadnej roli w tym zajściu. Policja
jutro przedstawi nam sytuację, więc nie wolno wam niepokoić
funkcjonariuszy. Jeśli zechcą z wami porozmawiać, macie udzielić im
pełnego wsparcia. Tymczasem wprowadzamy całkowity zakaz opuszczania
terenu szkoły. Pytania?
Dziewczynki spojrzały po sobie wielkimi oczami. Cassie była
zaintrygowana tak samo jak reszta, ale nie chciała zwracać niczyjej
uwagi. W końcu jedna szóstoklasistka podniosła rękę.
- Ale co się stało, proszę pani?
- Nie powiedziałam wam? - zdziwiła się panna Pika. - Zaginęła uczennica.
Rozdział drugi
FAEROWIE NIE ISTNIEJĄ
Zaginioną okazała się pierwszoklasistka
Jane Wren. Jane nie sypiała w dormitorium Cassie, ale chodziła z nią na
geografię - siedziała w pierwszej ławce. Podobno tego dnia wybrała się
na zakupy i jedząc cukierki lukrecjowe, czekała w parku, aż jej mama
wyjdzie od krawcowej. Lecz zanim pani Wren wróciła, jej córka znikła.
Wkrótce Cassie poznała wszystkie szczegóły tego zdarzenia. Uczennice
mówiły tylko o nim. Szeptały na korytarzu między lekcjami, porównywały
swoje informacje, myjąc zęby, i nadal plotkowały po zgaszeniu świateł,
aż dyżurna musiała je trzy razy uciszać. Wszystkie chciały wiedzieć, co
się stało. Czy Jane po prostu uciekła? Tak w pierwszej chwili pomyślała
Cassie, która planowała to samo trzy razy w tygodniu.
Ale Jane dobrze się czuła w szkole. Miała przyjaciółki, radziła sobie z nauką i ze sportem, hokeistki nie zwracały na nią uwagi, a kochająca
rodzina przyjeżdżała co drugą niedzielę, by zabrać ją na zakupy i podwieczorek w mieście. Nie, wyglądało na to, że Jane nie oddaliła się z własnej woli.
Szkoła aż trzęsła się od plotek i domysłów, bo nie było to pierwsze
zaginięcie w tym roku. W całym Londynie znikały dzieci. Zaledwie tydzień
wcześniej dwaj chłopcy wyparowali z kina, gdy ich ojciec poszedł kupić
bilety. W marcu słuch zaginął o pewnym rodzeństwie, ostatnio widzianym
na Charing Cross, a tuż przed Bożym Narodzeniem pewna dziewczynka nie
wróciła z Ogrodów Kensingtońskich. Jej rodzice rozwieszali ogłoszenia,
ale bezskutecznie. Sensacyjne wiadomości, podawane przez wszystkie
gazety, przedostały się nawet do Domu Fowella.
Od miesięcy plotkowano tu o zaginionych dzieciach, wymyślano
najdziwniejsze teorie - od szalonych naukowców, którzy szukają królików
doświadczalnych, po zbiegłe z zoo stado wygłodniałych hien. Ale teraz ta
sprawa przestała być sensacyjnym artykułem czy rozrywką młodszych
uczennic na przerwie. Wszyscy odczuli, że zagrożenie czai się zbyt
blisko, by spać spokojnie. Cokolwiek spotkało Jane, mogło się przydarzyć
reszcie dziewczynek.
* * *
Zdecydowanie najciekawszym skutkiem zniknięcia Jane było dochodzenie.
Następnego dnia w Domu Fowella pojawili się policjanci: dwóch konstabli,
detektyw w szarym garniturze i strażniczka. Ta ostatnia miała na sobie
długi, czarny płaszcz z mnóstwem odznak oraz przypasany rapier. Jej
przybycie obudziło falę ożywienia i nowych domysłów. Dziewczynki
wyglądały przez okna, żeby przez chwilę na nią popatrzeć, śledziły ją w korytarzach i podsłuchiwały pod drzwiami klas, w których urzędowała. W młodszych uczennicach budziła strach; koleżanki Jane wychodziły z przesłuchania blade i roztrzęsione.
Strażniczki - tajny i dawny wydział policji, a może wojska, nikt nie
wiedział tego na pewno - stanowiły w Londynie rzadko spotykany widok.
Nigdy nie pojawiały się w gazetach ani wiadomościach, ale jedna z nich
zawsze asystowała przy publicznych wystąpieniach króla, a charakterystyczny mundur nieustannie budził lęk i szacunek. Choć
uczennice Domu Fowella nie miały pojęcia, czym właściwie ma zajmować się
strażniczka, przyjęły jej obecność zarówno ze strachem, jak i z fascynacją.
Cassie robiła, co mogła, żeby nie rzucać się w oczy. Sytuacja ciekawiła
ją tak samo jak wszystkich, ale dziewczynka za bardzo lubiła pozostawać
w cieniu, by zwracać na siebie uwagę policji.
Tego popołudnia ukrywała się na drzewie za północnym skrzydłem. Był to
platan, jeden z nielicznych na terenie szkoły, na tyle wysoki, że Cassie
mogła się na niego wdrapać. Lubiła na nim siedzieć i czytać. Czuła się
tu bezpiecznie; latem chowała się za zasłoną liści, a nawet zimą
przechodnie nie patrzyli w górę. Miała nową książkę i miętówkę do
ssania, więc niczego jej nie brakowało do chwili, gdy usłyszała w dole
głosy.
- A ja tam dalej twierdzę, że to zwykłe porwanie. Ginie bogata
dziewczynka, za parę dni przyjdzie list z żądaniem okupu, jak tu stoję -
odezwał się mężczyzna.
- Ile tu żelaza, jakby ta szkoła została zbudowana, żeby ich nie
wypuszczać. Oczywiście dopadli ją w parku, poza terenem. Czy wasi ludzie
przeszukali miejsce, w którym widziano ją po raz ostatni? - spytała
kobieta.
- Ma się rozumieć! I to kilka razy. Nie znaleźli nawet jednego włoska.
Nawet jednego śladu stopy: dziewczynki czy porywacza. Trochę to dziwne,
przyznaję, ale może uważali i chodzili tylko po żwirze.
Mówili o Jane Wren. Cassie uznała, że jeśli nieco się wychyli, dostrzeże
rozmawiających. Detektyw zdjął kapelusz i przejechał dłonią po rzadkich
włosach. Naprzeciwko niego stała wysoka kobieta w czarnym płaszczu -
strażniczka. Opierała się plecami o drzewo i Cassie nie widziała jej
twarzy, tylko chmurę złocistych włosów.
- Rozmawiałam z nauczycielami i przyjaciółkami dziewczynki. Nic nie
wiedzą. Mogę tylko założyć, że padła ofiarą porywaczy przypadkiem, tak
jak pozostałe. Biedaczka znalazła się w złym miejscu o niewłaściwej
porze.
- Chyba nie sądzi pani, że te porwania mają ze sobą związek? - spytał
policjant, unosząc krzaczaste brwi.
- Z całą pewnością mają. Stąd moja obecność. A teraz chciałabym pomówić
z dyrektorką szkoły, musi przedsięwziąć wyjątkowe środki ostrożności dla
dobra uczennic.
Cassie zaklinała w myślach kobietę, żeby się odwróciła. Tylko tak mogła
jej się przyjrzeć, nie zdradzając własnej obecności. Wychyliła się
bardziej i poruszyła gałęzią, na której siedziała. Mały, suchy listek,
pozostały z jesieni, spłynął łagodnie na ziemię i wylądował u stóp
strażniczki. Cassie wstrzymała oddech.
- Po mojemu nie będzie chciała podawać swojego nazwiska do gazet. Jak
się dziennikarze połapią, że strażniczki są zamieszane, to się tu od
nich zaroi. Aż dziw, że jeszcze się nie zlecieli. No, pójdę po
chłopaków. Jeszcze się rozejrzymy przed odejściem.
Cassie patrzyła, jak detektyw wkłada kapelusz, kłania się strażniczce i odchodzi. Kobieta w czerni stała bez ruchu.
- Możesz już zejść - odezwała się. - Daję słowo, że nie gryzę.
Cassie skamieniała. Została zdemaskowana.
Cokolwiek się stanie, chciała to mieć za sobą. Schowała książkę do
teczki, przełknęła resztę miętówki i zsunęła się po pniu.
Kobieta na nią czekała. W mundurze prezentowała się imponująco. U pasa
miała smukły rapier ze zdobioną rękojeścią. Okazała się zaskakująco
młoda i uśmiechała się lekko. Rudzik na gałązce nad jej głową przechylił
łebek na bok. W paciorku jego oczka błysnęło złoto, a ptasie spojrzenie
wyrażało coś więcej niż zwykłą rudzikową bezczelność. Ptak nie odleciał,
gdy usłyszał głos strażniczki.
- Co robiłaś na tym drzewie? Mam nadzieję, że nic zdrożnego.
- Nie, skąd. Ja tylko... - Cassie szukała jakiejś przekonującej wymówki,
lecz bez skutku. - Ukrywałam się.
W kącikach oczu kobiety pojawiły się zmarszczki uśmiechu.
- Chyba nie przede mną?
- Nie, proszę pani.
- Błagam, tylko nie: "Proszę pani". Czuję się wtedy, jakbym miała sto
lat. Nazywam się Renata Rawlins. A ty?
- Cassie... To znaczy Cassandra.
- Chyba nie powiesz dziewczynkom, co tu usłyszałaś, prawda?
Cassie pokręciła głową. Zresztą nie miała przyjaciółek, którym mogłaby
się zwierzyć.
- Dobrze. Ufam, że dotrzymasz słowa. - Renata puściła do niej oko. -
Pewnie nic nie wiesz o zniknięciu swojej koleżanki?
- Przykro mi, wcale jej nie znałam. Panno Rawlins...- Cassie zebrała się
na odwagę. - Powiedziała pani, że wszystkim nam grozi niebezpieczeństwo.
Co pani przez to rozumie?
- Wiesz, czym się zajmują strażniczki?
Cassie pokręciła głową.
- Otóż wyjaśniamy osobliwe zjawiska. Pomagamy ludziom i ich chronimy.
- Jak policjanci?
- Tak, choć oni chronią przed innymi ludźmi. My wkraczamy, gdy w grę
wchodzi coś... dziwniejszego.
Cassie ucieszyła się, że strażniczka ma je chronić, ale przed czym?
Nadal tego nie rozumiała.
- Przypuszczam, że za tymi zaginięciami dzieci rzeczywiście kryje się
coś niezwyczajnego - powiedziała, żeby zachęcić strażniczkę do dalszych
zwierzeń. - Myśli pani, że Jane się odnajdzie?
- Mam nadzieję, choć może być już za późno. Istnieją miejsca niedostępne
nawet dla strażniczek... - Renata urwała w pół słowa i zmarszczyła brwi. -
Co za interesujący naszyjnik.
Cassie zrozumiała, że gdy schodziła z drzewa, klucz wyśliznął się jej
spod swetra. Teraz lśnił złotem w słońcu. Szybko go schowała.
- Należał do mojej mamy - wyjaśniła. - Podarowała mi go przed
rozstaniem.
Rozległ się dzwonek wzywający na popołudniowe lekcje. Zajęcia z matematyki miały się odbyć na drugim krańcu szkoły.
- Przepraszam, muszę pędzić! - Cassie ruszyła biegiem w stronę
zachodniego skrzydła. Po chwili odwróciła się i pomachała, żeby nie
wydać się niemiła.
- Cieszę się, że panią poznałam!
Renata także pomachała. Na jej ramieniu przysiadł rudzik.
* * *
Pomimo wzburzenia życie w Domu Fowella szybko wróciło do normy. Trzeba
było dokończyć odrabianie lekcji, wygrać w hokeja, nie zasnąć na
zajęciach. Nauczyciele mieli mniej cierpliwości niż zwykle i chętniej
wymierzali kary każdej dziewczynce, która przerywała wykład, by spytać o Jane Wren.
Cassie szczególnie nudziła się w piątkowe popołudnia, kiedy miała aż
dwie godziny historii z panem Hastingsem. Wydawało jej się, że mogłaby
polubić ten przedmiot - opowieści o królach, królowych, rozbitych
okrętach i spiskach prochowych. Dokładnie tego dotyczyły jej ulubione
książki, z tą różnicą, że wydarzenia historyczne rozegrały się naprawdę.
Niestety, pana Hastingsa nie interesowały sensacje. Nauczał dat.
Dziewczynki musiały recytować z pamięci, w którym roku doszło do bitew,
narodzin, koronacji, egzekucji, traktatów i królewskich ślubów -
niekończące się szeregi liczb, prawie tak okropne jak na matematyce.
- No dobrze - odezwał się pan Hastings, wchodząc do klasy, podczas gdy
spóźnialskie biegły na swoje miejsca. - Dziś mamy nowy temat, moje
drogie, proszę otworzyć podręczniki na stronie 624! Omówiliśmy już bunt
kapeluszników w 1853 roku i koronację królowej Kordelii w roku
następnym. Teraz przejdziemy do najważniejszych wydarzeń za panowania
kolejnej wielkiej królowej Anglii, Elżbiety Wspaniałej, urodzonej w 1533, zmarłej w 1603 roku.
Pan Hastings miał na sobie - jak zwykle - pumpy i podkolanówki, a pod
pachą nosił trzcinkę. Nigdy nikogo nie uderzył, ale lubił nią smagać
biurko, jeśli któraś uczennica zdrzemnęła się podczas zajęć.
- Co tam, Johnson? Nie, nie możesz wyjść, powinnaś była skorzystać z latryny na przerwie. Musisz wytrzymać!
Zanim pan Hastings zjawił się w Domu Fowella, uczył w szkole dla
chłopców. Teraz widywał w klasie nieco więcej warkoczyków i wstążek, ale
robiło mu to niewielką różnicę. Stanął przed ławkami i łypnął na
dziewczynki, jakby robił przegląd swojej prywatnej armii. "Może -
pomyślała Cassie - usiłuje sobie przypomnieć nasze nazwiska".
- Willis, tak? Ty tam, z piegami. Odczytaj najważniejsze daty wojny
dwóch królowych. Głośno i wyraźnie!
April Wilson zaczęła mozolnie dukać tekst z podręcznika. Cassie jak
zwykle wybiegła wzrokiem naprzód.
1565: Bitwa o Rushwick. Lud Bezsłonecznych Krain, dowodzony przez
Królową Cienia, wtargnął do Anglii przez Wielki Las Zachodni, siejąc
zniszczenie w Worcester.
1566: Oblężenie Londynu. Otoczeni przez siły wroga królowa Elżbieta i Czarny Rycerz chronią się w Białej Wieży.
Cassie oparła brodę na rękach. Zaczynało się robić interesująco.
1572: Bitwa o Morden. Armia angielska, dowodzona przez pierwszą
strażniczkę Jane Godfrey, odparła siły wroga. Czarny Rycerz został
śmiertelnie ranny.
Traktat z Rosehill, podpisany przez obie królowe, położył kres wojnie.
Zawarty w traktacie warunek utrzymania pokoju dotyczył nietykalności
granicy obu krajów.
Kim była Królowa Cienia? I gdzie leżały te jakieś Bezsłoneczne Krainy?
Cassie pokręciła głową. Coś jeszcze nie dawało jej spokoju. Te nazwy
wydawały się znajome, jakby niedawno gdzieś o nich czytała.
April Wilson mamrotała dalej. Reszta klasy rysowała na ławkach albo
gapiła się na przygnębiający widok za oknem. Pan Hastings oparł nogę na
stole i przyglądał się pająkowi na suficie.
Cassie ukradkiem wyjęła z torby Opowieści Faerii. Przez chwilę
rozglądała się, sprawdzając, czy nikt nie widzi, po czym otworzyła
książkę. Aha! Historia królowej, która zabrała ze sobą rycerza do
Faerii. Na ilustracji jechali konno przez ciemny las; rycerz w zbroi
czarnej jak pancerzyk żuka spał w siodle, co wydawało się dość
niewygodne, a królowa, promienna i straszliwa, trzymała długą białą
różdżkę. Podpis potwierdził podejrzenia Cassie: "Czarny Rycerz uwieziony
do Bezsłonecznych Krain".
Potem Cassie nie potrafiła zrozumieć, co w nią wstąpiło. Na pewno
zapomniała o całym świecie, pochłonięta pragnieniem, by się dowiedzieć,
czy ta historia wydarzyła się naprawdę. Uniosła rękę. Pan Hastings
początkowo jej nie zauważył, ale gdy April Wilson wreszcie dobrnęła do
końca i usiadła z westchnieniem ulgi, dostrzegł małą różową rękę,
kołyszącą się jak flaga w głębi klasy.
- O co chodzi, Morton? - spytał, wytężając wzrok.
Cassie wstała. Wszystkie dziewczynki odwróciły się do niej, szurając
krzesłami. Jeszcze mogła się uratować. Wystarczyłoby powiedzieć, że musi
do łazienki, do gabinetu pielęgniarki, napić się wody... Przełknęła z trudem ślinę; serce łomotało jej w piersi.
- Proszę pana... czy ci najeźdźcy... armia Królowej Cienia... czy... - zaczęła.
- Czy to znaczy, że faerowie istnieją naprawdę?
W klasie zapadła długa chwila ciszy. April Wilson otworzyła usta jak
ryba. Wszystkie uczennice gapiły się na Cassie.
- No... ten... - zająknął się pan Hastings. W klasie rozległy się chichoty.
- Nie używamy takiego określenia! Macie się uczyć o faktach, nie
faerach... to znaczy nie o bajkach! - Wśród ławek rozległ się cichy
śmiech. Pan Hastings poczerwieniał jak burak. - Faerowie nie istnieją! -
ryknął, ale rozbawione dziewczynki dalej śmiały się i szeptały do
siebie, nie odrywając wzroku od Cassie, która oblała się rumieńcem i usiadła, przeklinając swój wyskok. Jak mogła się tak wygłupić?
- Cisza! Wystarczy! - krzyknął pan Hastings, usiłując zaprowadzić
spokój. - Na egzaminie macie podać fakty. Kiedy podpisano traktat z Rosehill? Ktoś wie?
- W 1572 roku - odezwała się Mabel Burren, rzucając Cassie złośliwy
uśmieszek.
- Bardzo dobrze, Brown! - pochwalił ją pan Hastings. - Przeczytasz
następną stronę.
Cassie zgarbiła się nad podręcznikiem. Co ją opętało? Tym jednym
wystąpieniem zniszczyła efekty całych miesięcy starań, by pozostać
niewidoczną. Gdy w końcu zabrzęczał dzwonek, pan Hastings zawołał:
- Morton, proszę zostać!
Dziewczynki przeszły obok niej, uśmiechając się ironicznie i szepcząc
między sobą. Cassie spakowała podręczniki i poczłapała do katedry. Pan
Hastings nagryzmolił nazwisko i datę na skrawku różowego papieru i podał
go jej.
- Mam karę? - spytała Cassie. - Za co?
- Za przeszkadzanie. Nie traktuję lekko mojego przedmiotu. Dość tych
nonsensów o zmyślonych istotach, słyszysz?
Cassie zmarszczyła brwi. To niesprawiedliwe, że ukarano ją za zadanie
pytania, nawet niemądrego.
- Tak, proszę pana - westchnęła.
Zostanie po lekcjach stanowiło teraz najmniejszy z jej problemów.
Rozdział trzeci
OKROPNA ROCZNICA
Plotki o upokorzeniu Cassie rozeszły się
po szkole szybciej niż wszy. Przez jeden dzień to nie Jane Wren
stanowiła główny temat rozmów. Cały plan pozostania niewidzialną spalił
na panewce. Cassie czuła się, jakby ktoś zdarł z niej zbroję,
odsłaniając bezbronne ciało. Hokeistki nie mogły się nacieszyć nowym
powodem do kpin.
- Hej, Morgan, widziałaś ostatnio jakieś chochliki? - rzucały za nią na
korytarzu.
Podczas posiłków zakradały się za jej plecy i szeptały:
- Wiesz co, chyba zalągł mi się pod łóżkiem jednorożec. Chcesz
sprawdzić?
A gdy próbowała uciec, Lizzie Bleacher krzyknęła za nią:
- A ty dokąd? Do elfów na lewo!
Najwyraźniej plotka dotarła też do nauczycieli, którzy nagle zaczęli
obdarzać Cassie szczególną uwagą, co bardzo utrudniało jej potajemną
lekturę. W nocy śniła zawikłane koszmary, w których Czarni Rycerze
ścigali ją z kijami do hokeja, a pan Hastings w kostiumie królowej
wróżek wymachiwał trzcinką zamiast różdżki.
* * *
W poniedziałkowy poranek Cassie zbudziła się z dziwnie ściśniętym
żołądkiem. Zwykle miała tak po obiadach w Domu Fowella, ale tym razem
czuła się zupełnie inaczej. Leżała w łóżku, wpatrzona w szary sufit, na
którym blade światło, wpadające przez okna z żelaznymi prętami, kładło
się pasiastym cieniem.
Pięć dziewczynek, z którymi dzieliła dormitorium, nadal spało. Beatrice
Hartree chrapała. Ale to nie ten hałas obudził Cassie, lecz nagłe i niepokojące wrażenie, że coś jest nie tak. Kojarzyło jej się z uczuciem,
gdy robi się krok, przechodząc ze snu w jawę, i stopa trafia w pustkę, a przebudzenie następuje gwałtownie i nieprzyjemnie. Oczywiście tego dnia
Cassie miała dostać karę, ale chodziło o coś jeszcze. Leżała i czekała,
aż pamięć jej to podszepnie. Egzaminy na razie nie nadeszły, semestr
dopiero się zaczął, w lekcjach do odrobienia nie miała zaległości, a Rozgrywki odbywały się w czerwcu. Usiadła i spojrzała na kalendarz
przedstawiający żonkila z opuszczoną główką. Był trzydziesty kwietnia,
rocznica jej przybycia do szkoły.
Cassie upadła na materac, który skrzypnął z zaskoczenia. Nie obchodziło
jej, czy kogoś obudzi. Najokropniejszy dzień w całym roku! Gorszy od
urodzin, o których nikt nie pamiętał, albo od Bożego Narodzenia, kiedy
siedziała sama w jadalni, skubiąc wysuszonego indyka, podczas gdy inne
dziewczynki świętowały w domu z rodziną, prezentami i puddingiem.
Od dnia jej przyjazdu do Domu Fowella minęło siedem lat. Tak długo nie
widziała się z mamą.
Szarpnęła za sznurek na szyi i wyciągnęła zawieszony na nim klucz.
Łańcuszek zerwał się dawno temu, a zresztą sznurek mniej zwracał uwagę.
Biżuteria stanowiła kolejny punkt na długiej liście rzeczy zakazanych w szkole, więc choć Cassie nie rozstawała się z kluczem, nie pokazywała go
nikomu. Miał długość jej palca wskazującego i zielonozłoty kolor. Główka
przypominała spiralnie zwinięty liść paproci, a na końcu metalowego
rdzenia znajdowały się delikatne listeczki.
Cassie obmyśliła wiele teorii na temat tego, co może otwierać klucz:
skrzynię ze skarbami, tajny loch, drzwi do domu, do którego kiedyś wróci
z mamą. Kluczyk wyobrażał też obietnicę i zobowiązanie, jakie sama sobie
narzuciła. Mama dała go jej w dniu rozstania, prosząc, by córka
cierpliwie na nią czekała - i Cassie złożyła obietnicę. Nie spodziewała
się tylko, że rozłąka potrwa tak długo. Dotykając kluczyka, zawsze
czerpała z serca odrobinę nadziei, ale dziś poczuła, że ten zapas prawie
się skończył. Minął kolejny rok i już chyba nie wierzyła w powrót matki.
* * *
Cały dzień minął jej jak we śnie. Chodziła nieprzytomnie korytarzami,
nie zwracając uwagi na docinki hokeistek. W klasie gapiła się w okno,
obserwując trzy walczące o sucharek kawki. Wolną godzinę spędziła za
salą gimnastyczną, skubiąc suchą trawę i wpatrując się w szkolną bramę.
Nie czuła nawet ochoty, żeby czytać - wręcz chciała nic nie czuć, zdusić
narastającą desperację i jakoś dobrnąć do końca tego dnia.
Wolałaby nie jeść kolacji i pójść spać wcześniej. Im szybciej nadejdzie
jutro, tym lepiej. Ale najpierw musiała odbyć karę. Zastanawiała się,
czy nie udawać choroby, ale nawet gdyby zdołała nabrać pielęgniarkę,
następnego dnia i tak czekałoby ją coś nieprzyjemnego. Chociaż zmywanie
garnków, pielenie ogródka - czy co tam jeszcze by wymyślono - mogłoby
zagłuszyć jej myśli.
Ruszyła do foyer, gdzie przed gabinetem panny Piki stała już kolejka
dziewcząt. Gdy wreszcie przyszła kolej Cassie, wręczono jej wiadro
mydlin i szczoteczkę do zębów.
- Łazienka w północnym skrzydle, sprzątanie - rzuciła panna Pika z drwiącym uśmieszkiem. - Tylko dobrze wyszoruj fugi.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie korzystał z łazienki w północnym
skrzydle, bo jedyna funkcjonująca toaleta przy spuszczaniu wody wydawała
odgłosy jak tonąca owca. Cassie postawiła wiadro; mydliny wychlapnęły z niego na brudnozielone kafelki podłogi. Nie pozostało jej nic innego jak
zabrać się do pracy. Im prędzej upora się z robotą, tym szybciej padnie
na łóżko i zakończy ten okropny dzień.
Na ogół szorowanie podłóg nie należy do zadań przyjemnych. Robi się to
na czworakach, a woda szybko staje się brązowa i mętna. Mycie toalet
jest jeszcze gorsze. Cassie zajmowała się tym przez jakąś godzinę i prawie już kończyła, gdy nagle skrzypnęły drzwi i w jej polu widzenia
pojawiły się trzy pary trzewików. Te trzewiki znajdowały się na nogach
trzech hokeistek. Jedną z nich była Lizzie Bleacher.
- Halo, a co my tu mamy? - odezwała się. - Jakieś paskudztwo wypełzło z toalety?
Jej towarzyszki zachichotały złośliwie. Lizzie przeszła przez łazienkę,
jakby to ona tu rządziła.
- Ominęłaś jedno miejsce - powiedziała i kopnęła wiadro, rozlewając
mydliny po całej posadzce i zachlapując spódnicę Cassie.
Hokeistki znowu parsknęły śmiechem, patrząc, jak ich ofiara wstaje i wyżyma ubranie.
- Nikt ci nie mówił, że to moje terytorium? - syknęła Lizzie.
- Pan Hastings dał mi karę...
Szeroka twarz Lizzie rozpromieniła się na wspomnienie minionej lekcji.
- A, tak, to ty gadałaś o bajkach. Znalazłaś tu jakieś wychodkowe
wróżki?
Jej świta zachichotała, a Lizzie, najwyraźniej zachwycona własnym
poczuciem humoru, ciągnęła:
- Lepiej ją złapcie, bo jeszcze dostanie skrzydeł i odleci.
Hokeistki wykręciły Cassie ręce za plecami, zmuszając ją do klęknięcia.
Dziewczynka zagryzła wargi, nie chcąc krzyknąć, choć ból stawów wyciskał
jej łzy z oczu. Lizzie podeszła bliżej; Cassie, chcąc nie chcąc, musiała
spoglądać z dołu w jej nozdrza, co nie należało do przyjemnych widoków.
Usiłowała odwrócić głowę, ale Lizzie chwyciła ją wielką łapą za kark.
- Myślałaś, że o tobie zapomniałam, kiedy tak się przemykałaś i ukrywałaś po kątach jak wystraszony królik?! - warknęła.
Cassie, która faktycznie miała taką nadzieję, chciała pokręcić głową,
lecz palce Lizzie wpiły jej się w krtań i unieruchomiły ją na dobre.
Mogła tylko z trudem chwytać oddech.
- A tymczasem ja czekałam na odpowiednią okazję, która właśnie mi się
nadarzyła - ciągnęła hokeistka z uśmiechem. - Jak tu miło i spokojnie.
Nikt nam nie przeszkodzi. Nikt nie usłyszy twojego pisku.
Cassie wiedziała, że Lizzie chce tylko ją przestraszyć; problem polegał
na tym, że dopięła swego. Hokeistka potrafiła wywęszyć strach jak pies.
Puściła gardło swojej ofiary i cofnęła się z zadowoleniem.
- Nikt się za bardzo nie przejmie, jeśli zaginie kolejna dziewczyna. -
Lizzie usiłowała przybrać minę pełną zadumy, do której jej twarz nie
była przyzwyczajona. - Powiedzą, że to porywacze albo ten ktoś, kto
zabrał biedną małą Jane.
Cassie nie sądziła, żeby Lizzie miała coś wspólnego ze zniknięciem Jane
Wren. Nie podobał jej się jednak kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa.
- Za tobą nikt nie zatęskni, co nie, Morgan? Nie masz przyjaciół. Nikt
się nie rozbeczy, jak jutro zabraknie cię na śniadaniu.
Cassie zacisnęła zęby. Nikt się z nią nie przyjaźnił głównie przez
Lizzie, która dobrze o tym wiedziała.
- Nie masz nawet mamusi ani tatusia, prawda? Biedna sierotka.
- Nie jestem sierotą - syknęła Cassie. - Mam matkę.
- Co proszę? Nie dosłyszałam.
Przyboczna Lizzie pchnęła Cassie, która straciła równowagę. Wszystko to,
co tłumiła przez cały dzień, cały ból, gniew i frustracja wzbierały w niej jak wściekła fala gotowa przerwać tamę.
- Powiedziałam, że mam matkę!
Lizzie pochyliła się tak nisko, że Cassie poczuła jej oddech.
- To gdzie się podziewa? U wróżek?
Obie przyboczne ryknęły śmiechem.
Cassie wykorzystała chwilę ich nieuwagi i wyrwała się z uścisku.
Zanurkowała w przestrzeń obok Lizzie i śmignęła do drzwi. Mała i zwinna,
prześcignęłaby masywniejsze, wolniejsze hokeistki, gdyby nie łzy w oczach, przez które nie dostrzegła kałuży brudnej wody. Pośliznęła się
na niej i runęła z rozmachem na podłogę. Rozpęd poniósł ją dalej, aż
uderzyła mocno głową w drzwi kabiny i znieruchomiała. W głowie jej
dzwoniło, potłuczone kolana i łokcie pulsowały bólem.
- Nigdzie się stąd nie ruszysz, dopóki z tobą nie skończę. - Lizzie
przykucnęła przy niej. - Już po tobie, Morgan, i żadna wróżka ci nie
pomoże.
Drzwi łazienki znowu skrzypnęły. Cała czwórka obejrzała się i ujrzała
jasną sylwetkę panny Piki. Nauczycielka zmierzyła wzrokiem całą tę scenę
- trzy starsze uczennice pochylające się nad małą, skuloną Cassandrą
Morgan.
- Dziewczynki, dzwonek na obiad rozległ się pięć minut temu. Sugeruję,
byście udały się do jadalni, jeśli zamierzacie dziś coś zjeść.
- Tak, proszę pani - odpowiedziały hokeistki chórem i ruszyły do drzwi.
Lizzie łypnęła jeszcze przez ramię na Cassie.
Gdy starsze dziewczyny opuściły łazienkę, panna Pika weszła i starannie
ominęła kałużę, stukając obcasami.
- Gdy poleciłam ci umyć podłogę, nie to miałam na myśli, moja panno.
Cassie wstała z trudem, walcząc z bólem głowy.
- I coś ty zrobiła z mundurkiem? Wyglądasz, jakby przeciągnięto cię
przez połowę londyńskich rynsztoków. Ale nie masz czasu, żeby się
przebrać. Ona nie może czekać. Weź się w garść i chodź ze mną.
Dopiero gdy znalazły się w foyer, Cassie zdołała spytać, dokąd idą.
- Nie powiedziałam? Pani dyrektor chce się z tobą widzieć.
Rozdział czwarty
GARM
Gabinet dyrektorski znajdował się na
drugim piętrze. Stamtąd, niczym pajęczyca przyczajona na środku sieci,
dyrektorka obserwowała sprawy Domu Fowella. Bardzo niewiele uczennic
mogło powiedzieć, że ją widziało, choćby przelotnie. To, co o niej
opowiadano, nie podnosiło na duchu wezwanych do jej gabinetu. Niektórzy
twierdzili, że dyrektorka trzyma uczennice w klatkach zwisających pod
sufitem, skazując je na śmierć głodową. Inni - że ma sforę wielkich,
czarnych psów, które wypuszcza w nocy, by biegały po korytarzach,
szukając wałęsających się dziewczyn. Według szczególnie makabrycznej
pogłoski zjadała na śniadanie serca tych, które oblały egzaminy - choć w to akurat nie wierzył nikt oprócz pierwszaków.
Dyrektorka nazywała się Griselda Garman, ale wszyscy nazywali ją Garm.
Cassie szła długimi korytarzami, a potem po trzech biegach schodów za
panną Piką, zastanawiając się gorączkowo, czym mogła zawinić. Nawet
jeśli wieści o jej głupim pytaniu na lekcji historii dotarły do
dyrektorki, chyba to nie takie wielkie wykroczenie? Gdyby tylko Cassie
wiedziała, dlaczego została wezwana, mogłaby przygotować jakieś
wytłumaczenie, obmyślić sposób, żeby się wyłgać.
- Zaczekaj tu, aż zostaniesz wezwana - poleciła jej panna Pika,
wskazując drewnianą ławkę pod ścianą.
Cassie usiadła i odprowadziła wzrokiem nauczycielkę oddalającą się
schodami. Niemal wolałaby, żeby została. Panna Pika raczej nie podnosiła
nikogo na duchu, ale wszystko wydawało się lepsze od samotnego wejścia
do gabinetu.
Ławka stała naprzeciwko drzwi - bardzo zwyczajnych drewnianych drzwi.
Cassie nie wiedziała, czego się spodziewała - wrót do lochu z ciężkimi
zasuwami i kratownicą? Ale i tak nie chciała na nie patrzeć, więc
wstała, żeby rozejrzeć się po otoczeniu. Na ścianie wisiało sześć
oprawionych w ramki zdjęć: portret króla i szereg naburmuszonych kobiet
w zgrzebnych sukniach, pewnie dawnych dyrektorek. Zdjęcia Garm
brakowało, ale pusty gwoździk i lampka zdradzały, że coś tu niedawno
było.
Drzwi otworzyły się i z gabinetu wyszła dziewczynka - może ośmio- lub
dziewięcioletnia. Miała wielkie brązowe oczy za okrągłymi okularami i chowała nos w chusteczce. Cała drżała.
- Wszystko w porządku? - spytała Cassie.
Mała odskoczyła, zerknęła z przerażeniem za siebie i rzuciła się biegiem
ku schodom. Wkrótce odgłos jej kroków ucichł. Drzwi były nadal
półuchylone. Cassie wahała się, niepewna, co powinna zrobić.
- Wejdź - rozległ się kobiecy głos.
Zabrzmiało to jak rozkaz, nie zaproszenie. Dziewczynka nabrała tchu,
uniosła głowę i weszła do gabinetu. Wnętrze rozświetlał przytłumiony
czerwony blask lampy na biurku i ogień pełgający w kominku. Ściany
ozdabiała tapeta w czerwone maki i długie lustra w ozdobnych ramach.
Odbijał się w nich widok z okna wychodzącego na boisko. Cassie
uświadomiła sobie, że Garm może stąd obserwować wszystkie zajęcia na
świeżym powietrzu. Ile razy ją widziała?
Dziewczynka podeszła do biurka; jej tenisówki przy każdym kroku
piszczały na wypolerowanym parkiecie. Dyrektorka pochylała się nad
jakimiś dokumentami, skrobiąc piórem. Cassie czekała. Kątem oka
dostrzegła cień. Przed kominkiem leżał wielki, czarny pies ze
skrzyżowanymi przednimi łapami. Uniósł głowę i spojrzał na nią. Z profilu przypominał egipską rzeźbę o postawionych spiczastych uszach i skośnych, złocistych oczach. Dziewczynka ostrożnie się od niego
odsunęła.
Dyrektorka odłożyła pióro i oparła dłonie na blacie. Była młodsza, niż
spodziewała się Cassie, z pewnością młodsza od większości nauczycieli z Domu Fowella. Krótkie czarne włosy okalały twarz o ostrych rysach -
piękną, ale w nieprzyjemny sposób. Wszystko w niej wydawało się za
cienkie; pod bladą skórą rysowały się niebieskie żyły.
- Panna Morgan, tak? - spytała dyrektorka, mierząc spojrzeniem
dziewczynkę, która dostrzegła w jednym z luster swoje ubrudzone,
rozchełstane odbicie.
Cassie skinęła głową.
- Twoja matka nie żyje.
Dyrektorka nie powiedziała nic więcej. Nie złożyła kondolencji, nie
starała się przygotować podopiecznej na wstrząs. Sucho stwierdziła fakt,
jakby ogłaszała, że zabrakło im mleka.
- Właśnie że nie - odezwała się Cassie zduszonym, ale spokojnym głosem.
- Właśnie że nie... co? Pełnym zdaniem proszę.
- Właśnie że nie umarła. Moja matka żyje - powtórzyła Cassie głośniej.
Dyrektorka zacisnęła wargi jeszcze mocniej.
- Możesz mi nie wierzyć, ale fakty przedstawiają się tak: nikt nie
widział Rose Morgan ani o niej nie słyszał od siedmiu lat.
Cassie doskonale o tym wiedziała. I przez cały dzień broniła się przed
tą świadomością.
- Zgodnie z prawem osobę zaginioną przez siedem lat uznaje się za
zmarłą. Mam pismo, które to potwierdza. - Garm uniosła kartkę.
- Bzdura! - rzuciła Cassie, zaciskając pięści.
- Co dwunastolatka może wiedzieć o takich sprawach?
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
- Wiem, że jakiś świstek nie zabije mojej matki. Nie może pani
twierdzić, że ktoś nie żyje, jeśli nie ma pani pewności! A ja wiem, że
ona żyje!
- Skąd? Wiesz, gdzie się podziewa? Czy widziałaś ją choć raz, odkąd cię
tu zostawiła?
- Nie.
- Kontaktowała się z tobą w jakikolwiek sposób? Listownie,
telefonicznie?
Cassie pomyślała, że to dość nielogiczne - najpierw upierać się, że jej
matka umarła, a potem domagać się informacji o miejscu pobytu.
- Nie wiem, gdzie jest, ale to nie znaczy, że umarła.
- Wiesz bardzo mało, to pewne. Na dziś jesteś sierotą. Pytanie tylko, co
mamy z tobą zrobić.
Gdyby jej mama naprawdę straciła życie, Cassie by to czuła. Przez chwilę
spróbowała uwierzyć w najgorsze, ale coś jej na to nie pozwalało. Nie
mogła się pogodzić ze świadomością, że jej matki nie ma już wśród
żywych.
- Słuchasz mnie, moja panno? Spytałam, czy masz krewnych.
Cassie pokręciła głową.
- Nie, nikogo.
Nie znała swojego ojca. Gdy chciała się o nim czegoś dowiedzieć, matka
zawsze mówiła, że to dobry człowiek, ale tak przy tym smutniała, że
Cassie przestała pytać. Myślała, że albo umarł, albo odszedł gdzieś
bardzo daleko. Jego nieobecność w ogóle jej nie przeszkadzała, bo nie
wiedziała, co to znaczy mieć ojca. Inaczej było z matką - ją pamiętała
aż za dobrze.
- Jesteś chyba świadoma, że nie możemy cię tu trzymać za darmo. Środki
twojej matki zostały odcięte. Nikt nie łoży na twoje utrzymanie i naukę.
Nie masz ani grosza. - Garm pochyliła się, przeszywając Cassie wzrokiem.
- A może coś ci zostawiła? Coś... cennego?
Cassie omal nie chwyciła za ukryty pod mundurkiem kluczyk, ale w porę
się powstrzymała. Gdyby pokazała go dyrektorce, tym samym przyznałaby
się do złamania zasad, a kluczyk zostałby skonfiskowany. Pokręciła
głową.
- Trzeba się tym zająć. Rozmawiałam z niejakim panem Kres-Nadzieyą z Sierocińca Kres-Nadzieyi. Okazał się tak uprzejmy, że zaoferował ci tam
miejsce.
Sierociniec... chcieli ją wysłać do sierocińca. Cassie znała z książek
los, który ją tam czekał - gorszy niż w Domu Fowella. Dyrektorka nadal
objaśniała dziewczynce formalności, ale ona nie słuchała. Czuła się,
jakby błądziła we mgle, nie dowierzając samej sobie i szukając choć
skrawka otuchy.
- Pan Kres-Nadzieya rano przyśle kogoś po ciebie. Nie musisz już chodzić
na zajęcia. Spakujesz swoje rzeczy i będziesz czekać w sypialni, aż
zostaniesz wezwana.
Cassie jakby podzieliła się na dwie różne osoby. Cassandra zewnętrzna
zachowała opanowanie; skinęła głową w reakcji na słowa dyrektorki. Ta
druga, uwięziona w niej Cassie miała ochotę zrobić straszną awanturę,
nawrzeszczeć na tę kobietę, tak spokojnie siedzącą za biurkiem, ciskać
się, płakać i krzyczeć na świat za niesprawiedliwość tego, co ją
spotkało - ale wiedziała, że to by nie zmieniło sytuacji ani na jotę.
- To wszystko, możesz odejść - rzuciła dyrektorka.
Pies uniósł łeb i odprowadził ją wzrokiem.
Cassie przemknęła przez korytarze i schody jak duch. Świat nie wydawał
jej się realny. Bleacher, lekcje, egzaminy, wszystko, co ją dręczyło,
teraz było ulotne niczym dym. Jakoś znalazła się w dormitorium. Położyła
się na łóżku z rękami złożonymi na brzuchu i spojrzała na ciężkie chmury
za małym oknem.
Ścisnęła w dłoni kluczyk i pomyślała o obietnicach: o tym, jak matka
obiecała wrócić, o tym, jak ona sama obiecała czekać. Tylko z powodu tej
przysięgi została w Domu Fowella; ale składając ją, nie wiedziała, że
oczekiwanie tak się przeciągnie.
Trwała tu rok po roku, lecz nie mogła już dłużej czekać.
Wstała z łóżka i podeszła do okna. Słońce zachodziło za chmurami,
barwiąc niebo szarością o musztardowym odcieniu. Cassie chwyciła zimne
pręty. Potem nagle zrozumiała - przecież jest wolna! Przez te lata
trzymało ją nie żelazo w oknach ani zasady, ale obietnica. Teraz nie
musiała jej już dotrzymywać, bo i tak została zmuszona do odejścia. A skoro ma odejść, to czemu nie na własnych warunkach? Ileż nocy spędziła,
leżąc bezsennie w łóżku i planując ucieczkę, by następnego ranka zbudzić
się i żyć jak zawsze? No cóż, tym razem zrealizuje swój plan. Tym razem
ucieknie.
* * *
Pakowanie nie trwało długo; nie miała tu wiele własnych rzeczy. Płaszcz,
szary szkolny kapelusz, by zakryć rzucające się w oczy rude włosy,
szczoteczka do zębów, czyste chusteczki. Wszystko to zmieściło się w szkolnej torbie. Rozważała, czy nie spakować się do poszewki na
poduszkę, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Gdyby ją złapano, nie
mogłaby udawać, że wyszła na spacer. W końcu oderwała obluzowane deski
pod łóżkiem. Nie, nie zabierze ze sobą wszystkich książek - nigdzie by
ich nie wcisnęła, a ciężar by ją spowolnił. Przesunęła palcami po
grzbietach. Bolała ją myśl, że je porzuca. Tylko one dotrzymywały jej
towarzystwa w Domu Fowella, tylko one czegoś ją naprawdę uczyły. W końcu
wybrała najnowszą z kolekcji, Opowieści Faerii - bo jeszcze nie
skończyła jej czytać. Wcisnęła tom do torby, którą schowała pod łóżkiem.
Gdy pozostałe dziewczynki wróciły do dormitorium, zastały Cassie leżącą
nieruchomo jak we śnie, z głową pod kołdrą. Rozmawiały i sprzeczały się
ze śmiechem o to, która pierwsza wskoczy do wanny, i hałasowały, dopóki
dyżurna nie weszła, by zgasić światło. Przez cały ten czas Cassie nawet
nie drgnęła. Czekała, aż oddechy koleżanek stały się miarowe, a Beatrice
Hartree zaczęła chrapać. Gdy w końcu upewniła się, że dziewczynki twardo
śpią, odrzuciła kołdrę i wstała, ubrana od stóp do głów. Wzięła torbę i płaszcz, wyśliznęła się przez drzwi i zamknęła je cicho za sobą.
* * *
Snując śmiałe plany, Cassie pomijała bardziej kłopotliwe etapy ucieczki.
O dziewiątej zamykano wszystkie drzwi szkoły; nauczyciele odpoczywali w salonie. Foyer nie dawało żadnych szans - wielkie wrota zamykano na
klucz i zasuwę. Musiała znaleźć inną drogę. Nawet przez okno, gdyby
któreś było otwarte. Zajrzała do paru klas po drodze, ale w ich oknach
tkwiły kraty. Na dole też się jej nie poszczęściło. Potem przypomniała
sobie o schowku na szczotki.
Zakradła się do niego cichymi korytarzami, trzymając się blisko ścian.
We wpadającym przez okna świetle księżyca wszystko stawało się czarne i szare, ale ona znalazłaby drogę nawet z zawiązanymi oczami. Przemykając
korytarzem w zachodnim skrzydle, usłyszała czyjeś kroki; schowała się w pustej klasie, dopóki nie ucichły. Najwyraźniej nie wszyscy nauczyciele
poszli na górę.
Raz odniosła wrażenie, że dobiega ją chrobot pazurów na parkiecie i ziajanie psa dyrektorki. Wstrzymywała oddech przez całą minutę, aż znowu
zrobiło się cicho. W końcu dotarła do składziku; panowały w nim
nieprzeniknione ciemności. Otwierając drzwiczki, usłyszała jakiś szmer,
ale nie miała czasu na strach. Włączyła światło. Okno było otwarte.
Przyciągnęła pod nie wiadro, które zwykle służyło jej za krzesło, i zaczęła się przeciskać na zewnątrz przez wąską framugę. Poczuła, że
zasuwka rozdziera jej pończochę.
Ziemia znajdowała się blisko; wystarczył mały skok. Cassie wylądowała w wilgotnej trawie, w chłodnym i ciężkim od rosy powietrzu. Znajdowała się
za północnym skrzydłem. W oddali majaczyła brama, ale pozostawało
pytanie, jak przedostać się przez boisko. Cassie nie wiedziała, czy Garm
akurat nie patrzy na nie z okna swojego gabinetu.
Poszła w stronę sali gimnastycznej, kryjąc się w cieniu budynku. W salonie nauczycieli nadal paliło się światło. W umiejscowionym dokładnie
nad nim gabinecie dyrektorki chyba błysnęło jakieś blade czerwone
światełko, choć Cassie nie dałaby za to głowy. Biurko Garm stało
odwrócone od okna, więc siedząca przy nim dyrektorka nie widziałaby
boiska. Gdyby jednak wybrała akurat ten moment, by wstać i wyjrzeć,
natychmiast dostrzegłaby Cassie, ciemny cień na pustej, osrebrzonej
księżycowym blaskiem połaci trawy.
Nieopodal rozległo się węszenie, a potem chrobot pazurów na chodniku.
Cassie nie mogła się wycofać, musiała zaryzykować. Naciągnęła na głowę
kapelusz, by ukryć włosy i twarz, po czym rzuciła się biegiem naprzód.
Dotarła do połowy boiska, gdy usłyszała wycie, od którego dostała gęsiej
skórki. Odwróciła się; w ślad za nią pędził wielkimi susami jakiś ciemny
kształt. Dostrzegła tylko łapy i białe zęby. Zaczęła uciekać,
najszybciej jak mogła. Pies warknął, budząc w niej głęboki, instynktowny
strach, więc dała sobie spokój z dyskrecją. Biegła, głośno dysząc.
Myślała tylko o tym, żeby dopaść do bramy. Przeskoczyła niski żywopłot,
gubiąc przy tym kapelusz, i upadła na podjazd. Podniosła się, a żwir
zachrzęścił pod jej podeszwami. Za plecami miała coraz głośniejsze
ziajanie, a w jej głowie zakiełkowała nieprzyjemna myśl: do bramy
zostało co prawda parę kroków, ale pewnie została zamknięta.
Cassie odwróciła się, by stawić czoło swojemu prześladowcy. Pies miał
zjeżoną sierść na karku. Pochylał łeb i wpatrywał się w nią, odsłaniając
kły. Warknął cicho i groźnie jak nadciągająca burza, ale się nie
zbliżył. Cassie dyszała, oparta plecami o ogrodzenie. Czekała, aż zwierz
zaatakuje, on jednak tkwił w miejscu.
Nie spuszczając z niego wzroku, kątem oka przyglądała się bramie.
Musiała znaleźć jakiś sposób, by przejść pod nią, nad nią lub przez nią.
Skrzydła z kutego żelaza zwieńczały kolce. Może zdołałaby się wspiąć,
ale przy tym by się podrapała, a skok mógłby się skończyć złamaniem nogi
lub czymś gorszym. Przeciśnięcie się pod spodem nie wchodziło w grę -
dotykające ziemi pręty miały zaostrzone końce.
Na bramie wisiała wielka, ciężka kłódka. Gdy Cassie sięgnęła ku niej,
pies rozszczekał się wściekle. Zerknęła na szkołę, od której zbliżały
się jakieś światła.
Kiedy dotknęła zamka, przeszło ją dziwne wrażenie ciepła rozprzestrzeniającego się tuż nad jej sercem, jakby pociągnęła łyk gorącego kakao w zimną noc. To uczucie zaraz minęło, a kłódka - nieprawdopodobne! - otworzyła się w dłoni dziewczynki. Cassie gapiła się na nią przez sekundę, ale nie miała czasu, żeby dłużej roztrząsać ten szczęśliwy zbieg okoliczności. Pies ujadał jak szalony. Pchnęła skrzydła bramy; były ciężkie, zawiasy skrzypnęły, lecz zdołała przecisnąć się przez szparę. Zamknęła za sobą skrzydła z metalicznym brzękiem. Pies zachłystywał się warkotem i miotał na wszystkie strony, ale nie podchodził. Cassie znowu zatrzasnęła kłódkę. Rzuciła ostatnie spojrzenie na cień szkoły i ruszyła w dół wzgórza. Wycie psa powoli cichło za jej plecami.
Rozdział piąty
UCIECZKA
Przedmieścia Miałkini niczym się nie
różniły od londyńskich. Po obu stronach krętych uliczek stały rzędy
schludnych małych domków z czerwonej cegły, każdy ze schludnym małym
ogródkiem otoczonym schludnym małym płotkiem. W niektórych oknach paliło
się światło, a na tle zaciągniętych zasłon przesuwały się cienie
mieszkańców. Cassie zadała sobie pytanie, jak się żyje w takim budynku.
Co się czuje, wracając tu codziennie ze szkoły, do stęsknionych
rodziców. Sypiając we własnym pokoju, wśród własnych zabawek. Ta
perspektywa była równie dziwna i nierealna jak opowiadania o faerach.
W uliczkach panowała cisza. Nieliczni przechodnie na widok wędrującej po
zmroku dziewczynki w szkolnym mundurku marszczyli podejrzliwie brwi.
Cassie zrozumiała, że musi przeczekać gdzieś do rana.
Gdyby mogła, jak inne koleżanki, wychodzić do miasta na podwieczorek
albo do kina, znałaby okolicę. A tak ulice wydawały jej się labiryntem,
ich nazwy z niczym się nie kojarzyły, a ciemne kąty i zaułki były
przerażające.
W końcu dotarła do parku. Właściwie to miejsce nie zasługiwało na tak
szumną nazwę, bardziej przypominało świeżo skoszony trawnik obsadzony
rządkami prymulek. Pośrodku znajdowała się altana - mały, okrągły
budynek z ornamentami jak tort weselny. Prowadziły do niego schodki. I na szczęście świecił pustkami.
Cassie usiadła na ławeczce. Czuła się bezpieczniej, mając dach nad
głową.
Była zmęczona, ale rozpierała ją radość. Uciekła z Domu Fowella,
prześcignęła psa Garm i jakimś cudem otworzyła bramę. Wolność!
Mocnej otuliła się płaszczem i umościła na ławce jak na prowizorycznym
łóżku, z torbą pod głową. Gdy tak leżała, jej uniesienie ulotniło się,
zostawiając tylko wyczerpanie i niepokój. Ten pies pewnie obudził
szczekaniem pół szkoły. Jeśli nawet nauczyciele do rana nie zorientują
się, że jej nie ma, ze wschodem słońca zaczną jej szukać. Może wezwą
policję. Musiała się wydostać z Miałkini, musiała uciec daleko, gdzie
nikt nie zdoła jej znaleźć.
Gdy planowała tę ucieczkę, docierała w myślach tylko do bramy. Teraz,
gdy samotnie leżała pośród ciemnej nocy, świat wydawał się o wiele
większy i straszniejszy, niż sądziła. Nie zabrała pieniędzy ani żadnych
ubrań oprócz mundurka, a do jedzenia miała tylko pół pudełka miętówek.
Nie mogła nikogo poprosić o pomoc, bo zostałaby odstawiona do szkoły.
Jej plan zakładał poszukiwanie matki. Kłopot w tym, że nie wiedziała,
gdzie zacząć. W końcu zmęczenie okazało się silniejsze i Cassie zapadła
w sen.
* * *
Obudziła się gwałtownie. Nadal otaczały ją ciemności i nie orientowała
się, jak długo spała. Ulice były pogrążone w ciszy. Rosa przemoczyła jej
ubranie. Cassie spojrzała na mroczny park. Spokoju nie mącił szelest
nawet jednego listka. A jednak czuła czyjąś obecność. Przeszedł ją
dreszcz.
Ten ktoś, kimkolwiek był, ukrywał się, czekał, obserwował. Serce Cassie
załomotało. Oprzytomniała w okamgnieniu i ze wszystkich sił starała się
zachować trzeźwość umysłu. Nie uśmiechało jej się opuszczenie zacisznej
altanki i wyjście w mrok, ale wątpiła, żeby zdołała zasnąć z tym
upiornym poczuciem, że ktoś jej się przygląda.
Powoli zebrała swoje rzeczy, jakby nic jej nie zaniepokoiło. Ruszyła
spokojnym krokiem, zmierzając ku latarniom i z pozoru bezpiecznym
ceglanym domkom. Nie obejrzała się za siebie.
"Nie wolno mi biec" - pomyślała, ale kiedy weszła na chodnik, usłyszała
za sobą kroki. Przyspieszyła - one także. Gdyby ulicą przejechał
samochód, gdyby z któregoś domu ktoś wyszedł, może to odstraszyłoby jej
prześladowcę... Ale o tak wczesnej godzinie wszędzie panowała cisza, a w żadnym oknie nie paliło się światło. Dotarła na koniec ulicy i stanęła.
Kroki także ucichły. Wzięła głęboki wdech i odwróciła się gwałtownie.
Z cienia w poświatę latarni wyszło sześciu mężczyzn. Nie byli wyżsi od
niej, ale nieśli noże i sieci. Wpatrywali się w nią okrągłymi, żółtymi
oczami, które odbijały blask lampy jak ślepia lisa. Jeden z nich
uśmiechnął się powoli, ukazując spiczaste, brązowe zęby.
Po raz drugi tej nocy rzuciła się do ucieczki. Gdyby pani Harrow od
gimnastyki mogła ją teraz zobaczyć, z pewnością wzięłaby Cassie do
drużyny hokejowej. Strach to potężny środek dopingujący.
Za jej plecami rozległ się okrutny, nieludzki rechot, który odbił się
echem od ścian budynków. Cassie skręciła w lewo, potem w prawo w nadziei, że zgubi pościg w labiryncie uliczek, ale na próżno. Coś
zafurkotało i szurnęło o chodnik tuż obok stóp dziewczynki.
- Ty, Kripper! Nie trafiłeś! - krzyknął jeden z prześladowców.
- Wymskła ci się, co nie? - dodał drugi.
- No bo lubię, jak uciekają! Więcej z tego uciechy.
- A może byś się przymknął i ją złapał?
Cassie czuła, że nie wytrzyma długo. Bolały ją nogi, w boku ją kłuło,
ale zmusiła się do biegu. Uciekała główną ulicą Miałkini. Po obu jej
stronach znajdowały się zamknięte na noc sklepy. Nieco dalej droga się
rozwidlała. Cassie skręciła w węższą odnogę biegnącą za sklepami. Zły
wybór: trafiła w ślepy zaułek kończący się ceglanym murem, zbyt wysokim,
by się na niego wspiąć. Jedna samotna latarnia oświetlała okolicę,
zdradzając bezlitosną prawdę: brak drogi ucieczki. Cassie zrozumiała, że
wpadła w pułapkę. Rozejrzała się rozpaczliwie w poszukiwaniu czegoś, co
mogłoby posłużyć jako broń. Zauważyła tylko kubeł na śmieci, kota i miotłę. Chwyciła tę ostatnią, stanęła pod ścianą, trzymając trzonek w obu rękach, i stawiła czoło zbirom.
Było ich sześciu. Jeden miał nos jak tapir, drugi włochate nietoperzowe
uszy. Innych porastały łuski, futro lub kępki piór. Dostrzegła też
pomarszczoną skórę i długie szpony. Wszyscy szczerzyli zęby, zbliżając
się do niej z kuchennymi nożami i sieciami. Ich przywódca przystanął;
trzymał wielki hak na ryby przywiązany do liny.
- Kochaniutka, nic się nas nie bój, myśmy tylko pogadać przyśli -
powiedział.
- Nie zbliżajcie się! - krzyknęła Cassie, unosząc miotłę.
Tamci zarechotali.
- I co nam zrobisz? Zamieciesz nas pod dywan?
Byli coraz bliżej. Widziała ich żółte ślepia i spiczaste zęby, a co
najgorsze - czuła ich zapach. Cuchnęli bardziej niż kosz brudnych
skarpetek. Zakrztusiła się i w tej samej chwili w jej stronę poszybowała
sieć. Cassie złapała ją trzonkiem miotły i odrzuciła na bok. Rozległ się
skowyt wściekłości. Nóż śmignął jej nad ramieniem i odbił się ze
szczękiem od cegieł.
- No, chłopy, uważać. Nie chcecie uszkodzić towaru, nie?
Teraz już przypierali ją do ściany. Cassie zamachnęła się dziko miotłą.
Napastnicy uskoczyli z zaskakującą zwinnością. Byli zbyt liczni, a ona
nie miała gdzie uciekać.
- Wskakuj na miotłę - rozległ się jakiś spokojny, chłodny głos.
Cassie rozejrzała się, szukając osoby, która to powiedziała.
- Chyba że, naturalnie, masz lepszy plan. Ale nie wyglądasz, jakbyś
miała.
Na kuble siedział szary kot. Przyglądał jej się okrągłymi bursztynowymi
oczami ze znudzoną miną, która stanowi znak rozpoznawczy jego gatunku.
- Słucham? - wykrztusiła Cassie.
- To gobliny - wyjaśnił kot. - Chcą cię przeszmuglować przez granicę i sprzedać jako domowe zwierzątko. Wierz mi, to los nie do
pozazdroszczenia. Na twoim miejscu już bym dosiadał miotły.
Cassie spojrzała na trzymany przedmiot.
- Mam na tym usiąść?
- Tak, na tym polega plan.
Dziewczynka potrząsnęła głową. To nie miało sensu, ale wiedziała, że nie
pora się zastanawiać. Przywódca goblinów machał hakiem nad głową.
Przełożyła nogę przez szczotkę i chwyciła jej trzonek. Kot dał susa z kubła na zjeżoną wiechę.
- Skacz! - rozkazał.
Cassie odbiła się od ziemi, ściskając miotłę. Czuła się dość
idiotycznie. Ku swojemu zdumieniu nie spadła natychmiast. Miotła zawisła
na wysokości paru metrów.
- Skieruj trzonek w górę - polecił kot.
Cassie usłuchała i powoli się unieśli.
- Szybko, szybko! - szepnęła błagalnie, ale miotła ją zignorowała.
- E! Zwiewa nam! - wrzasnął jakiś goblin.
Wszystkie skoczyły tam, gdzie przed chwilą stała Cassie, ale ona
uleciała już poza ich zasięg. Miotła przechyliła się prawie pionowo, a dziewczynka przywarła do niej jak małpka, zapierając się stopami o witki, żeby się nie zsunąć. Przywódca goblinów zamachnął się i cisnął
hakiem, który zaczepił się o trzonek i szarpnął miotłę w dół.
- Masz ją, szefie! - krzyknęły gobliny z uciechą.
- Do roboty, matoły!
Stwory gwałtownie pociągnęły za linę. Cassie, trzymając się miotły jedną
ręką, drugą sięgnęła po hak. Wbił się mocno w drewno, ale gobliny
zdołały sprawić, że miotła znowu znalazła się równolegle do ziemi.
Cassie ze wszystkich sił ciągnęła za hak.
- Mogłabyś wrzucić wsteczny - zasugerował kot, wczepiony pazurkami w witki.
- Jak? - stęknęła Cassie, rozpaczliwie walcząc z hakiem.
- Myśl do tyłu.
Ale w tej chwili stara miotła nie wytrzymała. Część trzonka, w którą
wbił się hak, pękła, a Cassie i kot zderzyli się plecami ze ścianą.
Rozległ się paskudny trzask, jednak dziewczynka nie puściła miotły i siłą woli posłała ją w górę, daleko od goblinów.
Nabrali rozpędu, zostawiając za sobą wrzeszczące wściekle stwory.
Wznosili się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu wynurzyli się ponad dachy.
Ciągle nabierali wysokości, choć Cassie poprosiła miotłę, by stanęła. Na
swoje nieszczęście spojrzała wtedy w dół i jej żołądek fiknął koziołka.
Pod nimi ciągnęły się szeregi domów i sklepów w Miałkini i sąsiednich
osadach. Gobliny zmieniły się w malutkie istotki, podskakujące niczym
pasikoniki. Cassie i kot znaleźli się bardzo, bardzo wysoko.
Owiały ich zimne opary. Przelecieli przez nie, aż wyłonili się z chmur i ujrzeli czyste niebo. Falująca szara mgła utworzyła pod nimi kożuch,
przez który nie widzieli już świateł Miałkini. Cassie podniosła głowę.
Nad nią płonęły gwiazdy, tysiące gwiazd, więcej niż kiedykolwiek
widziała z okna sypialni. Jakby ktoś rzucił w górę wiadro brylantów,
które wbiły się w granatowy aksamit.
Dziewczynka obejrzała się przez ramię na kota. Już odzyskał spokój i siedział wygodnie, myjąc sobie łapkę.
- Zawsze wbijają mi się drzazgi - wyjaśnił.
Miotła zadrżała. Cassie mocno ją chwyciła; wolała nie myśleć, co by
było, gdyby spadła.
- Lepiej już wylądujmy. Nie wiem, czy ten stary drapak długo wytrzyma. -
Miotła znowu zadygotała. - Jak się tym obniża lot?
- Proponuję znaleźć wysoko położoną powierzchnię. Czarno widzę nasze
szanse na dotarcie do ziemi w jednym kawałku.
Cassie skierowała miotłę ku ziemi. Przekonała się, że obracając
trzonkiem, może zmienić tor lotu. Kiedy przesuwała go w dół, schodzili
niżej, gdy ciągnęła - wznosili się wyżej. Jednak miotła nie przepadała
za gwałtownymi manewrami; preferowała łagodne, opanowane ruchy.
Gdy powoli zniżali się w chmurach, Cassie dostrzegła nowy wieżowiec. Jego płaski dach stanowił idealne lądowisko. Zebrała wszystkie siły, skierowała miotłę w dół i wysunęła stopy, żeby zamortyzować wstrząs. Niewiele to pomogło - zderzyli się boleśnie z betonem.
Rozdział szósty
KOT, WRÓŻKA ORAZ KANAPKI Z JAJKIEM I RZEŻUCHĄ
Kot z wdziękiem dał susa z miotły,
natomiast Cassie spadła z niej ciężko jak wór kartofli. Skrzywiła się i usiadła, by ocenić szkody. Nic sobie nie złamała, ale otarła dłonie i miała niemal pewność, że rano pojawią się na nich imponujące siniaki.
Najgorzej wyszła na tej przygodzie miotła - trzonek rozpadł się na
drzazgi. Cassie objęła resztki zdumiona, że w ogóle ją utrzymały. Teraz
jej pojazd wyglądał jak ruina... ale uratował ją przed goblinami.
- Co za hańba, żeby miotła czarownicy, nawet stara, służyła do
zamiatania ulic - zauważył kot.
- Miotła czarownicy? - zdziwiła się Cassie.
Jej niedawny środek transportu wyglądał jak szczotka woźnego z Domu
Fowella, choć prezentował się dużo gorzej.
- Takiego drewna nie znajdziesz w lasach Brytanii. Ta miotła była żywym
stworzeniem. Kiedyś miała imię i przeznaczenie.
Cassie spojrzała ze współczuciem na połamane drewno.
- Znaleźliśmy ją u kresu jej egzystencji. Podarowała nam swój ostatni
lot i dobrze się sprawiła - wyjaśnił kot.
Dziewczynka odłożyła delikatnie szczątki miotły na beton i usiadła,
podciągnąwszy kolana pod brodę.
Poniżej rozpościerały się przedmieścia. Tu i tam migotały iskierki
światła, nieliczne samochody sunęły jak żuki, przeczesując ulice
reflektorami. Na mrocznym wzgórzu w oddali majaczyła ciemna sylweta Domu
Fowella. Budynek wydawał się płaski, jakby wycięty z tektury. Niebo na
wschodzie nabrało jaśniejszego odcienia szarości, zapowiadając
zbliżający się świt.
Dla mieszkańców Miałkini zaczynał się kolejny zwyczajny dzień. Wkrótce
się obudzą, zrobią sobie herbatę, przypalą tost i wyruszą do szkoły lub
pracy. Tymczasem Cassie dopiero co wylądowała po locie na miotle i ucieczce przed bandą goblinów, a teraz siedziała na dachu w towarzystwie
gadającego kota. Właściwie powinna się zastanowić, czy w ogóle się
obudziła. Może nadal leży na ławce w altance, śniąc ten dziwaczny i niepokojący sen. Ale piekące zadrapania na rękach wydawały się całkiem
realne.
W jej głowie roiły się pytania i każde z nich wymagało natychmiastowej
odpowiedzi. Kot wydawał się bardziej zorientowany w sytuacji, więc go
zagadnęła:
- Te gobliny... dlaczego mnie ścigały? Czego chciały?
- Te konkretne gobliny to porywacze. Specjalizują się w uprowadzaniu
niemowląt, które sprzedają szlachetnie urodzonym faerom. Czasami
podrzucają na ich miejsce jednego ze swoich - brzydkiego, starego
goblina w czepeczku i śliniaczku. Zdziwiłabyś się, jak długo rodzice
potrafią nie zauważyć podmiany. Ten proceder cieszył się wielką
popularnością w dawnych czasach, gdy ludzie zostawiali swoje potomstwo
bez opieki. Czarownice potrafiły odzyskać zgubę, o ile wezwano je na
czas. Jednak ostatnio gobliny zaczęły porywać starsze dzieci.
- Te, o których pisali w gazetach!
Nagle Cassie zrozumiała, jaki los spotkał Jane Wren. Zadrżała. Jeśli
magiczne stworzenia istniały naprawdę, to nie wyglądały tak, jak je
sobie wyobrażała.
- Myślałam, że faerowie spełniają życzenia i pomagają ludziom. W większości historii są piękni i dobrzy.
Kot prychnął.
- A czy wszyscy ludzie są dobrzy? Albo koty, skoro już o tym mowa. To
nie takie proste. Ha, mogą istnieć nawet urocze gobliny, choć na razie
takich nie spotkałem. Faerowie są różni. Niektórzy sprzyjają ludziom,
ale inni, i to znacznie częściej, nie.
- A ty jesteś...?
- Jednym z faerów? Tak, choć urodziłem się w twoim świecie. Jestem
chowańcem. W świecie Faerii wszystkie stworzenia mówią językami
śmiertelników, choć w Brytanii uważa się nas za osobliwość. - Kot
wygładził wąsiki. - Możesz mnie nazywać Montekim.
- Jeśli jesteś faerem, czy to znaczy, że zajmujesz się magią? - spytała
Cassie.
- Czarownice się nią zajmują, faerowie natomiast są wcieloną magią. Dla
nas to tak naturalne jak oddychanie.
- Czy mógłbyś mi pokazać coś magicznego? Proszę!
- Nie jestem tresowanym zwierzątkiem. Jeśli życzysz sobie dowodu na
istnienie magii, pozwolę sobie zauważyć, że wydarzenia minionej godziny
powinny w zupełności wystarczyć.
Cassie musiała mu przyznać rację. Zresztą gadający kot sam w sobie
stanowił dość magiczny widok. W szkole żaden gołąb ani żadna mysz do
niej nie przemówiły. Jednak fakt, że spotkała go akurat w chwili, gdy
musiała uciec przed goblinami, wydawał się co najmniej podejrzany.
- Nie obraź się, ale co robiłeś w tym zaułku?
- Szukałem cię, Cassandro Morgan.
Dziewczynka otworzyła szeroko oczy.
- Wśród kubłów ze śmieciami?
Kot drgnął z urazą.
- Moje umiejętności nawigacyjne na ogół sprawdzają się bez zarzutu, lecz
w tym szczególnym przypadku muszę się przyznać do nieznacznej pomyłki,
którą właśnie korygowałem.
- Zgubiłeś się?
- Przejściowo - przyznał kot, przestępując z łapki na łapkę. - Jednakże
okazało się to jakże fortunnym zbiegiem okoliczności. Można powiedzieć,
że znalazłem się w odpowiednim miejscu nieco przed czasem. Te rzeczy
często tak działają.
- Jakie rzeczy? Dlaczego mnie szukałeś? Skąd w ogóle wiesz, jak się
nazywam?
- Zakładam, że nie dostałaś wiadomości od krzewiedźmy? - spytał
uprzejmie Monteki.
Cassie pokręciła głową.
- Ach, to by wyjaśniało twoją jakże osłupiałą minę. - Usiadł wygodnie,
owinąwszy ogonem łapki. - Przysłała mnie twoja ciotka.
Dziewczynka zmarszczyła brwi.
- Pomyliły ci się osoby. Nie mam żadnej ciotki. W ogóle nie mam rodziny
oprócz matki.
- Przeciwnie, masz ciotkę, wuja, kuzyna oraz innych licznych krewnych.
- To niemożliwe. Nigdy o nich nie słyszałam!
- Nieprawdopodobne, lecz nie niemożliwe. Aż do niedawna oni także nie
mieli pojęcia o twoim istnieniu.
- Ale dlaczego?
- Doskonałe pytanie, na które mogłaby odpowiedzieć twoja matka, gdyby tu
była.
- Wiesz, gdzie jej szukać? - spytała Cassie z nagłym porywem nadziei.
Kot nawet nie drgnął, ale odwrócił od niej spojrzenie i powiódł nim po
mieście, które świt zabarwił różem.
- Niestety nie. Nikt z nas nie słyszał o Rose Morgan od ponad trzynastu
lat.
- Wtedy jeszcze się nie urodziłam - westchnęła Cassie z rozczarowaniem.
- Otóż to. Twoja ciotka Miranda otrzymała wczoraj urzędowy dokument,
informujący ją jednocześnie o domniemanym zgonie twojej matki i o tym,
że w ogóle istniejesz. Wysłała więc depeszę do szkoły i powierzyła mi
zadanie odebrania cię i bezpiecznego dostarczenia do Krzewiny.
- Krzewina - powtórzyła Cassie. Podobał jej się smak tego słowa. Coś w niej poruszyło, jakby ożywiło jakieś wspomnienie albo sen, choć nie
przypominała sobie, żeby je wcześniej słyszała.
- Udałem się do twojej szkoły, jednak już zdążyłaś z niej zbiec. A tak
się fortunnie złożyło, że pochodzę z długiej linii kotów Morganów,
poczynającej się od Grimalkin Trzeciej, to zaś gwarantuje pewne
umiejętności. W każdych okolicznościach zdołam odnaleźć osobę z waszego
rodu, dokądkolwiek by ją zaniosło.
- Jak gołąb, który zawsze wraca do domu?
- Z pewnością nie! Trudno to uznać za umiejętność dostępną jakiemuś
ptasiemu móżdżkowi.
- Ale nie możesz odnaleźć mojej matki?
- Nie, choć próbowałem. Nie potrafię wyczuć żadnego śladu Rose Morgan.
Może w rzeczy samej opuściła ten padół, a może nie życzy sobie zostać
odnaleziona.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, obserwując pierwsze oznaki życia na
ulicach w dole.
- Jacy oni są... ci moi krewni?
- Morganowie to stara rodzina czarownic. Twoja ciotka pełni obecnie
funkcję krzewiedźmy. Przejęła ją po twojej prababce. Twój wujek pracuje
dla Wayland Yardu, a Rose także miała wielki talent, zanim...
- Zaraz, moja matka jest czarownicą?
- Odebrała takie wykształcenie, i owszem, choć nigdy nie otrzymała
dyplomu.
Cassie zmarszczyła brwi. Dlaczego matka zostawiła ją w Domu Fowella,
skoro mogła oddać córkę pod opiekę rodzinie? Przynajmniej spędzałaby
wakacje z krewnymi. Dlaczego nigdy ich nie poznała, czemu nie wiedziała,
że to ród czarownic i że czarownice istnieją naprawdę?
- Czy to znaczy, że ja też jestem czarownicą? - spytała niepewna, czy to
coś, co się dziedziczy jak rude włosy lub krzywe zęby.
- Wiedźmą się nie rodzisz, wiedźmą się stajesz. Nauka trwa wiele lat i obejmuje egzaminy praktyczne. Jednak zostaniesz czarownicą, jeśli tego
naprawdę pragniesz.
Cassie pokręciła głową. Żadna książka nie przygotowała jej na coś
takiego. Ta wiedza, zbyt wielka, by ją przyswoić od razu, całkiem
przytłoczyła dziewczynkę. A w dodatku ostatnie siedem lat Cassie
spędziła za kratami Domu Fowella, gdzie nawet za wzmiankę o magii
dostawało się karę.
- Niewiele wiem o czarownicach, goblinach i innych faerach.
Monteki wstał i przeciągnął się z upodobaniem.
- Zatem się tego dowiesz, a nie istnieje lepsze miejsce na naukę niż
Krzewina.
Cassie się zawahała; uciekła ze szkoły w jednym celu - by znaleźć matkę.
Teraz, gdy dowiedziała się, że ma rodzinę, sprawy nieco się
skomplikowały, ale nadal nie zamierzała rezygnować z poszukiwań. No ale
najwyraźniej nie wiedziała wielu rzeczy o Rose Morgan. Może ciotka jej
pomoże... lub nawet razem z nią odszuka matkę. Poza tym Cassie nie miała
dokąd pójść.
- Ale jak się tam dostaniemy?
Miotła nie nadawała się już do użytku, więc zeszli po schodach. Cassie w głębi ducha cieszyła się, że na razie nie ma mowy o lataniu. Było to
doświadczenie uderzające do głowy, lecz także przerażające, i nadal
wszystko ją bolało po twardym lądowaniu.
- Najpierw powiadomimy twoją ciotkę, że zostałaś zlokalizowana -
oświadczył Monteki, gdy znaleźli się w ogródku wokół wieżowca.
- Mam do niej zadzwonić? - spytała Cassie, zastanawiając się, czy w okolicy jest jakaś budka telefoniczna.
- Krzewiedźma nie ma telefonu - oznajmił kot, znikając w krzakach.
Po chwili rozległy się odgłosy szamotaniny i cichy, wściekły pisk.
Monteki wrócił, niosąc coś w pyszczku. Gdy się zbliżył, Cassie
dostrzegła rączki i nóżki, machające zaciekle i bijące go po nosie.
Istota skrzeczała coś w nieznanym języku, przeplatając swoją wypowiedź
angielskimi przekleństwami. Dziewczynka przykucnęła i wyjęła z pyszczka
kota małe stworzonko o skórze w kolorze wiśni. Zdawało się składać
wyłącznie z kościstych kończyn i ostrych zębów. Te ostatnie zatopiło w palcu Cassie.
- Au! Ugryzł mnie!
Monteki skoczył na upuszczonego stworka i przygniótł go łapą.
- Naturalnie, że ugryzła, to przecież wróżka. Złośliwe, złodziejskie
plemię. Żyją w kubłach na śmieci i kradną wszystko, co nie jest
przybite. W Londynie roi się od tych szkodników. Jednakże czasem się do
czegoś przydają.
Mimo bólu palca Cassie przyglądała się wróżce z fascynacją. Stworzonko
było nie większe od ołówka i miało włosy sterczące jak papuzi czub. W małych oczkach płonęła furia, a twarzyczkę wykrzywiał wściekły grymas.
Wróżka w niczym nie przypominała ślicznych, delikatnych stworzonek z książek, spijających nektar z leśnych dzwonków i strojących się w suknie
z niezapominajek.
- Myślałam, że mają skrzydła - szepnęła Cassie.
- Niektóre tak. Wyrywają je ćmom, nietoperzom i małym ptakom i noszą
jako trofea łowieckie. - Monteki zmarszczył nos, rzucając spojrzenie na
wiercące się stworzenie. - Wróżki nie należą do najbardziej
odpowiedzialnych posłańców, ale są szybkie. Masz coś, co świeci? Guzik,
kolczyk, inną błyskotkę?
Cassie odpięła od marynarki szkolną odznakę.
- To się nada?
- Doskonale. Daj to temu paskudztwu.
Zachwycona wróżka wyrwała odznakę z palców dziewczynki i od razu zaczęła
polerować swoją zdobycz. Zaskrzeczała coś do kota.
- Zgodziła się przekazać naszą wiadomość - wyjaśnił. Zwrócił się do
stworzonka, powoli wymawiając każdy wyraz: - Przekaż krzewiedźmie, że
Monteki znalazł dziewczynę i wróci z nią dziś wieczorem.
Na wszelki wypadek powtórzył to dwa razy. Wróżka skinęła głową i znikła
razem z przypinką.
- Wróżki rozwijają prędkość ponadmyślową - oznajmił kot. - Ludzie na
ogół są zbyt ślamazarni, by je dostrzec. Ciotka dowie się o twoim
rychłym przybyciu, nim siądzie do śniadania. A teraz musimy się dostać
na stację Euston.
* * *
Monteki zaprowadził dziewczynkę do najbliższej stacji i pomylił drogę
tylko raz. Gdy znaleźli się wśród innych ludzi, przestał mówić, żeby nie
przyciągać niepożądanej uwagi. I tak budzili ciekawość - dziewczynka w rozchełstanym mundurku, idąca za szarym kotem o zadartym ogonie, stanowi
w Miałkini we wtorek zgoła niecodzienny widok. Cassie nie miała
pieniędzy i martwiła się, za co kupi bilety, ale Monteki ją pouczył:
- Zerwij kilka listków z tego żywopłotu.
Cassie przystanęła przy krzakach ostrokrzewu, doskonale zdając sobie
sprawę, że obserwuje ją staruszka z białym pieskiem.
- Jeśli ktoś spyta cię o bilet, pokażesz mu liść - ciągnął kot. - Nie
przejmuj się, to najstarszy trik na świecie.
Ku zaskoczeniu Cassie wszystko się udało. Konduktor z ekspresu o 7:30 do
Euston ledwie zerknął na podsunięte listki. Dziewczynka przyjrzała się
im, ale niczym się nie wyróżniały. Wyglądało na to, że Monteki jednak
zaprezentował jej mały pokaz magii faerów.
Choć zeszłej nocy więcej biegała, niż spała, przez całą podróż wyglądała
zaintrygowana przez okno wagonu. Od siedmiu lat nie postawiła stopy poza
bramą Domu Fowella. Mijali wspaniałe kamienne budynki, kanały z czerwonymi i niebieskimi łodziami, szeregi eleganckich białych domów i opasane czarnymi ogrodzeniami parki pełne wysokich platanów. Ale nie
wszystko prezentowało się malowniczo. Widziała też wiele brzydkich,
nędznych chatek, czarnych od węglowego pyłu, i ciemne szkielety
zbombardowanych ruin, w których bawiły się brudne dzieci. Londyn był
miastem kontrastów, zamożnych ludzi w kapeluszach z piórami i futrach,
udających, że nie widzą głodnych spojrzeń osób skulonych przed witrynami
sklepów. Bosi chłopcy polerowali buty biznesmenów w garniturach w prążki, a na ulicznych targowiskach tłoczyli się przedstawiciele
najróżniejszych warstw społeczeństwa.
W końcu dotarli do stacji Euston. Cassie spojrzała z zachwytem na wielki
łuk wsparty na wysokich kolumnach. Tu spieszący się pasażerowie nie
zwracali najmniejszej uwagi na dziewczynkę z szarym kotem. Cassie wzięła
towarzysza na ręce - ku jego wyraźnej dezaprobacie - żeby tłum ich nie
rozdzielił. Musiała spytać o drogę bagażowego, ale znaleźli peron w samą
porę i wsiedli do wagonu, jednego z tych bez korytarza i z drzwiami po
obu stronach.
Wewnątrz znajdowali się już ludzie.
- Chcesz usiąść przy oknie, kaczusiu? - spytała potężna kobieta w sukni
w czerwone grochy. Obok niej stała klatka z tłustym kogutem. Ptak
zmierzył przybyłych oczami jak paciorki i wrzasnął na widok kota. Cassie
podziękowała kobiecie i zajęła miejsce. Zauważyła półkę na bagaż, ale
wolała położyć torbę obok siebie. Naprzeciwko niej siedział mężczyzna z nosem w gazecie. Na pierwszej stronie widniał artykuł o kolejnym
zaginionym dziecku - chłopcu z Brighton. Gazeta zasłaniała pasażerowi
wszystko z wyjątkiem nóg w prążkowanych spodniach i lśniących czarnych
butach. Cassie posadziła sobie Montekiego na kolanach. Zadrżała z radości, gdy usłyszała gwizdek i wielki kłąb białej pary otoczył ich
niczym chmura. Konduktor zapowiedział odjazd, a jednocześnie przez białą
mgłę Cassie dobiegł słodki głosik:
- Szybciej, mamusiu! Pociąg nam ucieknie.
Do przedziału zajrzała dziewczynka, jedną ręką przytrzymująca kapelusz,
a drugą ściskająca wielkiego białego królika.
- Skarbie, to z pewnością nie nasz wagon. To trzecia klasa - syknęła
idąca za nią kobieta. - Zaczekaj, zaraz znajdziemy nasze miejsca.
Dziewczynka jakby nie usłyszała. Przecisnęła się obok pana z gazetą, by
usadowić się naprzeciwko Cassie. Kobieta przyczłapała w ślad za nią i zajęła się mozolnym układaniem walizek na półce. Jej córeczka była
niemożliwie śliczna. Miała jedwabiste czarne loczki i wielkie ciemne
oczy w oprawie długich rzęs, całkiem jak jej królik. Nosiła niebieską
sukienkę i białe rękawiczki. Jej matka także prezentowała się pięknie -
elegancko ubrana i ze szkarłatną szminką na ustach. Cassie spojrzała na
własny poplamiony i wymięty mundurek i dotknęła włosów, które
najbardziej ze wszystkiego przypominały wronie gniazdo. Dziewczynka
uśmiechnęła się do niej w tak porozumiewawczy sposób, że Cassie mimo
woli odwzajemniła uśmiech.
- Okropny tłok - jęknęła matka. - Doprawdy nie pojmuję, dlaczego nie
poczekałaś, aż znajdę kogoś, kto nas odeskortuje na nasze miejsca!
Dziewczynka westchnęła z desperacją.
- Pociąg nam odjeżdżał!
I miała rację, bo wagon jęknął, zadrżał i powoli wytoczył się ze stacji,
rozpoczynając długą podróż na północ.
Cassie wyglądała przez okno, gdy mknęli przez tunele, mijając szeregi
domów i działek. Przejechali przez rzekę i wkrótce ogródki ustąpiły
miejsca polom, a krowy i owce stały się liczniejsze niż ludzie. Wielki,
zielony koc Anglii rozpostarł się przed nimi. Wzgórza wyglądały niczym
trawiaste fale zwieńczone jak pianą kwiatami żywopłotów. Białe chmurki
rzucały cienie na ziemię, ptaki ścigały pociąg, który pędził przez
dolinę. Zanurkowali w tunel liściastej zieleni; gałęzie zachrobotały o okna, gdy przez niego przemykali. Oczy i serce aż bolały Cassie od
nadmiaru piękna. Dotychczas życie upływało jej w szaroburych barwach
Domu Fowella. Nagle rozpostarł się przed nią świat zielonej trawy,
błękitnego nieba i łanów żółtych mniszków.
Nikt poza Cassie nie wydawał się poruszony widokiem za oknem. Od czasu
do czasu szeleściły gazety, kobieta w czerwonej sukience wyciągnęła z torebki kłębek wełny i zaczęła szczękać drutami.
- Mamusia teraz sobie odpocznie, postaraj się nie przeszkadzać -
oznajmiła, zamykając oczy ze zbolałym wyrazem twarzy.
Cassie zaburczało w brzuchu. Nic nie jadła od poprzedniego dnia.
- Mam kanapki, chcesz jedną? - spytała dziewczynka.
- Och tak, poproszę.
Dziewczynka otworzyła małą torebkę i wyjęła z niej dwie paczuszki
owinięte woskowanym papierem.
- Z jajkiem i rzeżuchą niestety, ale kucharka dodaje mnóstwo soli i pieprzu, więc da się je zjeść.
Podała Cassie paczuszkę, w której znajdowały się idealne prostokąciki
białego chleba z odciętą skórką. Cassie pochłonęła swoją porcję, nie
pamiętając nawet o tym, żeby podziękować.
- Musiałaś być głodna jak wilk! - roześmiała się dziewczynka. - Nawiasem
mówiąc, jestem Tabitha Blight, a to moja Wyn. - Pogładziła miękkie
futerko króliczki.
Cassie przedstawiła siebie i Montekiego.
- Jedziesz do Oswalton? - spytała Tabitha.
Cassie pokręciła głową.
- Do Krzewiny, na spotkanie z ciotką.
- Cudownie! - Dziewczynka klasnęła. - Ja też zmierzam do Krzewiny, do
mojej babci. Nie znam tam nikogo innego. Och, jak się cieszę, że się
poznałyśmy!
- Byłaś tam już kiedyś? - zaciekawiła się Cassie.
- Raz, wiele lat temu. Trochę tam strasznie, nie sądzisz? Tak blisko
granicy... Oczywiście krzewiedźma ma na wszystko oko. Dlatego tam jadę,
żeby się u niej uczyć. A ty zostałaś zesłana na wieś? Zrobiłaś coś
okropnego? - spytała Tabitha z udawaną powagą.
- Tak naprawdę to uciekłam - wyznała Cassie, zniżając głos. Czuła, że
może zaufać swojej nowej znajomej, choć Monteki łypnął na nią bez
zachwytu. Opowiedziała jej o Garm i Sierocińcu Kres-Nadzieyi, ale nie
wspomniała o goblinach. Bała się, że to już zbyt niewiarygodne.
- Ja też bym uciekła! - zawołała Tabitha. - Ta szkoła wydaje się
makabryczna. Ale wykazałaś się wielką odwagą. Co zamierzasz teraz
zrobić?
- Znaleźć mamę. Wiem, że żyje.
- Pomogę ci! Zaraz, zaraz... powinnaś zacząć od spytania krzewiedźmy,
podobno to jedna z najlepszych czarownic w kraju. Ona na pewno będzie
wiedzieć, co zrobić.
- Wiesz, krzewiedźma to... - zaczęła Cassie.
- Tabitho, skarbie... - Matka dziewczynki otworzyła jedno oko i z wyraźnym
niesmakiem oceniła rozczochrane włosy Cassie, jej brudny mundurek i podrapaną twarz. - Co ci mówiłam o rozmowach z obcymi?
Tabitha oblała się rumieńcem i posłała nowej znajomej przepraszający
uśmiech.
Ale Cassie nie miała nic przeciwko milczeniu. Mogła bez przeszkód podziwiać widoki za oknem. Półleżąc na pluszowym fotelu, pozwoliła myślom odpłynąć. Wkrótce dotrze do Krzewiny, pozna ciotkę i razem wyruszą na poszukiwania.
Rozdział siódmy
DOM NA WZGÓRZU
Ostatnie wezwanie! Stacja Krzewina!
Proszę wysiadać!
- Hsss! Cassandro, zbudź się!
Monteki zeskoczył z kolan Cassie, gdy ta drgnęła i zamrugała. Owładnięta
zmęczeniem zasnęła, a teraz obudziła się w pustym przedziale. Omal nie
pojechała dalej! Otworzyła drzwi i zeskoczyła na peron, nadal otumaniona
snem. Rozejrzała się, szukając Tabithy, ale nie dostrzegła ani
dziewczynki, ani jej matki.
Rozległ się gwizdek, pociąg wypuścił parę ze świstem i zniknął w tunelu
zieleni. Cassie i kot zostali sami na małej stacyjce z doniczkami
kwiatów w wiszących koszykach i z malowanym szyldem "KRZEWINA".
- Co teraz? - spytała Cassie, lecz zaraz potem uświadomiła sobie, że
jednak mają towarzystwo.
Przy drodze stał mały człowieczek ubrany w groszkowy tweed. Spod
płaskiego kaszkietu na jego głowie wystawały największe uszy, jakie
Cassie kiedykolwiek widziała. Mężczyzna miał rudą brodę i fioletowe
haftowane buty ze złotymi frędzelkami. Te buty zdawały się jakoś do
niego nie pasować, ale były bardzo czyste i pięknie wykonane.
Człowieczek trzymał tablicę, na której widniał odwrócony do góry nogami
napis "MORGAN".
- Dzień dobry, czy może czeka pan na mnie? Cassandra Morgan to ja.
Człowieczek zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i skinął głową.
- Zwą mnie Brogan, Gillie Brogan. - Wyciągnął rękę, którą Cassie
uścisnęła, i łypnął na jej tornister. - To cały bagaż?
- Tak, troszkę się spieszyłam.
- Jak tam se wolisz. Transport czeka z tyłu.
Transport okazał się starym wiejskim wozem bez boków, do którego
zaprzęgnięto najpiękniejszą klacz świata: siwą, ale ze srebrzystobiałym
połyskiem; w gasnącym świetle dnia można by pomyśleć, że to zjawa. Jej
grzywa spływała kaskadami, a ciemne oczy przypominały głębokie studnie z gwiazdami na dnie. Cassie, która nigdy nie przepadała za końmi,
natychmiast podbiegła do cudownego stworzenia i pogłaskała jego
szlachetną głowę.
- To Peg - rzucił Brogan tytułem wyjaśnienia. Klacz uniosła łeb i zarżała. - Już jej się cni za obiadem.
Człowieczek pomógł Cassie wsiąść. Monteki wskoczył w ślad za nią i ułożył się wśród resztek siana. Brogan klasnął językiem, na co Peg
ruszyła powolnym, statecznym krokiem.
Drogę z ubitej ziemi żłobiły koleiny. Cassie podskakiwała na każdym
wykrocie, gdy lawirowali przez porośniętą lasami dolinę. Na gałęziach
drżały bladozielone wczesnowiosenne listeczki, a światło zachodzącego
słońca opromieniało całe polany leśnych dzwonków. Powietrze było chłodne
i rześkie jak pierwszy kęs jabłka.
- Pod kozłem mam derkę, jeśliś zmarzła - odezwał się Brogan.
Cassie wyjęła czerwony wełniany koc i z wdzięcznością otuliła nim
ramiona.
- Przepraszam... czy my jesteśmy spokrewnieni? - spytała w nadziei, że go
nie obrazi.
Człowieczek wydał odgłos, który mógł uchodzić za śmiech.
- Służę w domu - ogrody, różne prace, takie tam.
Gdy lasy ustąpiły miejsca polom, ze starego dębu sfrunął puszczyk i przeciął im drogę. Jechali teraz pod górę. Srebrne boki Peg drżały.
Kiedy znaleźli się na szczycie wzgórza, zza drzew wyłoniła się scena
wprost z pocztówki.
Poniżej, podzielony na schludne kwadraciki w oprawie żywopłotów,
rozciągał się dywan pól i pastwisk z rozsianymi tu i tam szarymi
punkcikami owiec. U stóp płytkiej doliny przycupnęła wioska; w oknach
domków przy głównej ulicy mrugały światła, a z ich kominów unosiły się
błękitne smużki dymu. Zza dachów wyglądała wieża kościoła. Za wioską
lśniła wstęga rzeki wijącej się przez dolinę i znikającej za kolejnym
wzgórzem.
Jednak najbardziej uderzający widok znajdował się na zachodzie, gdzie
słońce już znikło, zostawiając za sobą cienką linię błękitu na niebie.
Cassie musiała się długo przyglądać wielkiemu ciemnemu cieniowi, który
zdawał się ciągnąć jak nieskończone morze, by zrozumieć, że to las. Nie
mały i zgrabny jak ten, przez który przejechali, ale prawdziwa puszcza z gęstwiną wysokich, prastarych drzew. Górowała nad wioską, jakby
zamierzała ją pochłonąć.
- Krzew - wyjaśnił Monteki, podążając za jej spojrzeniem.
- Jeszcze nigdy nie widziałam tylu drzew...
- I nie zobaczysz - oznajmił kot. - Krzew to największy i najstarszy las
w Anglii. Pozostałość po odwiecznej dzikiej puszczy, która niegdyś
pokrywała połowę tej wyspy.
- Wygląda jak żywcem wyjęty z bajki. Mam wrażenie, że mieszkają w nim
niedźwiedzie albo wilki.
- Nie takie poczwary tam znajdziesz - mruknął Brogan.
Potrząsnął wodzami i zaczęli zjeżdżać w dolinę.
Cassie nie mogła oderwać oczu od morza drzew. Nadal je widziała, gdy
dotarli do wioski - ponure jak burzowa chmura i pełne splątanej zieleni.
Przejechali przez środek Krzewiny brukowaną ulicą, po której obu
stronach sklepiki tłoczyły się jak ludzie w autobusie. Miały kolorowe
drzwi i kołyszące się na wietrze szyldy. Większość już zamknięto na noc,
ale z jednego lokalu buchały światło i śmiech. Była to wielka karczma z tablicą, na której widniał napis "ZALANY CHOCHLIK" i obrazek
przedstawiający małe zielone stworzonko w butelce. Ktoś grał skoczną
melodię, przy której nogi same rwały się do tańca.
- Serwus, Brogan! Chodź do nas, chłopie! - zawołał stojący w drzwiach
jegomość o czerwonej twarzy.
- Nie dziś, Emley - odparł Brogan, chyba z rozczarowaniem, choć
towarzysz Cassie nie miał zbyt wyrazistej mimiki.
Wóz przetoczył się przez wioskę i dotarł do rzeki. Teraz stało się
jasne, że wypływa ona z wielkiego lasu. Peg zastukała kopytami na starym
kamiennym moście i zaczęła człapać pod górę na kolejne wzgórze.
Drogę okalały stare buki, których srebrzyste konary splatały się,
tworząc sklepienie. Na szczycie wzgórza koń przeszedł między dwoma
słupami. Wieńczyły je wyciosane w kamieniu zające z głowami uniesionymi
ku niebu.
Wyboisty podjazd prowadził do wielkiego domu przywodzącego na myśl
zlepek różnych budynków. Niektóre ściany miał białe z czarnymi belkami,
inne z czerwonych cegieł i złotawego kamienia, z blankami i przycupniętymi wysoko gargulcami. Łukowate okna wypełniały witraże albo
małe, łączone ołowiem szybki, jak w starych kościołach. Przeświecało
przez nie żółte światło. Dom miał dwie wieże, jedną kanciastą z otworami
strzelniczymi, drugą okrągłą ze spiczastym dachem. Na ich ścianach
bluszcz toczył zaciekłą walkę z wisterią, a przy drzwiach rosła
jarzębina obsypana kremowymi kwiatami. Wydawało się, że każda część
budynku pochodzi z innego stulecia, ale jakimś cudem pasowały do siebie,
tworząc miły dla oka, choć ekscentryczny widok. Cassie od razu się nim
zachwyciła.
- No, tośmy dojechali - oznajmił Brogan.
Peg stanęła, zarzucając głową.
- Hartwood Hall - dodał Monteki.
- To naprawdę własność mojej ciotki? - spytała Cassie.
Dom otaczały rozległe ogrody, które ginęły w mroku.
- Nie całkiem - powiedział Monteki. - Jako krzewiedźma twoja ciotka
dostała tę posiadłość z racji swojej pozycji. Krzewiedźmy urzędują w Hartwood od tysiąca lat.
W tej samej chwili drewniane drzwi stanęły otworem i wypadła z nich
potężna kobieta, która w podskokach zbiegła po schodach.
- O, na gąski i gąsiory! Jest, w końcu jest!
Zanim Cassie zdołała postawić stopę na ziemi, została zagarnięta w niedźwiedzi uścisk, który wydusił z niej powietrze. Ściskająca pachniała
piernikami, co każdy uznałby za urocze, pod warunkiem że mógłby
oddychać. W końcu kobieta puściła Cassie i chwyciła ją miękkimi dłońmi
za ramiona.
- Niechże ci się przyjrzę! Na kocury i kocopoły, toż to wykapana Rose,
gdy tu trafiła po raz pierwszy, czyż nie?
Brogan burknął coś, krzątając się przy Peg. Cassie otworzyła usta, by
zadać pytanie, ale kobieta trajkotała dalej:
- Pomyśleć tylko, tyle lat spędziłaś zamknięta w tej okropnej szkole, a myśmy tu o niczym nie mieli pojęcia! Córka Rose! W Hartwood nie
gościliśmy dziecka od czasu twojej matki! Ależ z ciebie chudzina, czym
cię oni tam karmili? Biedne jagniątko. No, zaraz się tym zajmiemy.
Wejdźże, wejdźże, dopiero co wstawiłam czajnik, a w piecu mamy świeży
chleb. Na szczęście przyszło mi do głowy, żeby upiec dziś dwa. Pewnie
przyjedzie tu wygłodniała, mówiłam sobie, trzeba ją czymś poczęstować, a czerstwy chleb się nie nada! Dzięki gwiazdom! Ojej, toż to wykapane
włosy Rose, tylko nie falują...
Cassie pozwoliła się zaprowadzić do domu - Monteki potruchtał przodem -
i choć na usta cisnęło jej się mnóstwo pytań, od wczoraj nie jadła nic z wyjątkiem kanapki, więc perspektywa gorącego posiłku zawładnęła myślami
dziewczynki.
Kobieta powiodła ją przez otwarte drzwi wejściowe do wysokiego holu, w którym spiralne schody oplatały pień wielkiego drzewa o zielonozłotych
liściach w kształcie serc. Jego konary sięgały do sufitu, rozpościerając
się w korytarzach i krużgankach na górnych piętrach i tworząc kopułę pod
świetlikami w suficie, za którymi migotały wczesnowieczorne gwiazdy.
Cassie stanęła pełna podziwu, odchylając głowę i chłonąc ten widok
wielkimi oczami. W holu nie czuło się wiatru, drzwi się nie kołysały, a jednak liście niższych gałęzi drgnęły. Dziewczynka wyciągnęła rękę i dotknęła jednego z nich; okazał się miękki jak aksamit.
- Drzewo Hartwood - rzuciła kobieta tytułem wyjaśnienia. - Chodź tędy.
Przeszły przez amfiladę pokoi i krótki bieg schodów, prowadzący do
kuchni o posadzce z gładkich kamieni, z których każdy był wielki jak
łóżko. Z masywnych, ciemnych belek pod sufitem zwisały pęki ziół,
cebula, miedziane garnki i szynka. Jedną ścianę zajmował kominek z saganem mruczącym cicho do siebie nad rozżarzonymi węglami. Monteki
podreptał wprost do niego i ułożył się przed paleniskiem. Kobieta
natomiast zaprowadziła Cassie do zajmującego niemal całe pomieszczenie
stołu - wielkiego kawału drewna wyciosanego z całego pnia. Usadowiła ją
na ławie z poduszkami, gdzie docierało ciepło buchające od kominka i zapach z sagana.
- Siedź tu sobie, a ja przygotuję ci kolację tak szybko, że nie zdążysz
nawet kichnąć!
I zaczęła się żwawo krzątać po kuchni, nosząc kubki, talerzyki, talerze
i noże. Miała na sobie różową suknię w pierwiosnki oraz oprószony mąką
fartuch. Włosy w kolorze srebrzystego blondu zwinęła w przytrzymywany
łyżką kok na czubku głowy.
Dopiero teraz Cassie odzyskała zdolność mowy.
- Przepraszam... czy pani jest moją ciotką?
Kobieta odwróciła się do niej z nożem do masła w dłoni i uniosła brwi.
- Ja? Twoją ciotką? O, dziecinko! Żarty się ciebie trzymają! Jestem
gospodynią. Możesz mnie nazywać panią Briggs.
Cassie poczuła się trochę rozczarowana. Chciałaby mieć taką ciotkę.
- Ejże, w mojej kuchni nikt nie spuszcza nosa na kwintę! Wkrótce poznasz
krzewiedźmę, a na razie cię nakarmimy, aż się zarumienisz i spęczniejesz
niczym faszerowana gęś!
Pani Briggs przyniosła wielkie, ociekające złotym masłem chrupiące
grzanki, zapiekankę z puszystymi ziemniakami, zieloną fasolkę
szparagową, pieczone jabłka i dzbanek parującej herbaty jeżynowej z miodem. Cassie spojrzała w osłupieniu na rozłożone przed nią przysmaki,
nie wiedząc, od którego zacząć. W Domu Fowella coś takiego mogło jej się
tylko przyśnić.
Przez tylne drzwi do kuchni wszedł Brogan, wytarł porządnie buciory i poczęstował się chlebem z serem.
- Weźże talerz! Mamy towarzystwo, a ja nie będę po tobie zamiatać! -
zganiła go pani Briggs.
Ogrodnik wymamrotał coś pod nosem, ale posłuchał i wkrótce cała trójka
siedziała przy stole w ciepłym blasku ognia. Cassie popijała herbatę i usiłowała sobie wyobrazić małą Rose.
- Czy moja mama była tutaj szczęśliwa?
- Oczywiście, że tak, skarbie - powiedziała pani Briggs. - Wiedz, że
miała nawet mniej lat od ciebie, gdy tu przyjechała z twoją ciocią
Mirandą i wujkiem Elliotem. W tamtych czasach funkcję krzewiedźmy
pełniła twoja prababka Sylvia Morgan. Tych troje łobuzów trzymało się
razem; biegali po całym domu w zabłoconych buciskach, znosili tu
chochliki w słoikach i trzymali w swoich pokojach eliksiry. Na dywanie
salonu jeszcze widać plamę po tym, jak twoja matka rozlała buteleczkę
atramentu z czarnego bzu. Czegoś takiego nie da się wywabić!
- I kochała ogrody - dodał Brogan. - A za kwiatami to już przepadała, ta
nasza Różyczka.
- To dlaczego wyjechała?
Pani Briggs i Brogan wymienili w milczeniu spojrzenie. Gospodyni
odstawiła filiżankę i delikatnie otarła twarz rożkiem fartucha.
- Pokłóciły się... Rose i twoja ciotka Miranda - wyjaśniła, wpatrzona w ogień.
Brogan tylko pokręcił głową i łypnął ponuro na ser.
- O co? - chciała wiedzieć Cassie. - To musiało być coś strasznego,
skoro odeszła.
Służący wymienili kolejne znaczące spojrzenie. Najwyraźniej wiedzieli
coś, czego nie zamierzali jej powiedzieć.
- Od tego czasu upłynęło wiele lat - odezwała się w końcu pani Briggs z namysłem. - Na pewno obie tego od dawna żałują. Zawsze łatwo unosiły się
dumą, zwłaszcza Miranda nie potrafi przyznać się do błędu. A twoja
matka... cóż, Rose kochała wolność. Wszystkich traktowała serdecznie, ale
miała też swoje tajemnice. Najlepiej zapomnieć o przeszłości. Nie
zmienimy jej, a twoja ciotka się nie ucieszy, jeśli zaczniesz odkurzać
dawne sprawy.
Cassie była rozczarowana tą odpowiedzią. Przybyła tu, żeby poznać prawdę
o matce. Jeśli pani Briggs i Brogan nie planowali jej nic zdradzić, to
zamierzała spytać samą krzewiedźmę.
- Gdzie jest moja ciotka?
- Pewnie u Pickerina - odparł Brogan. - Stary Pete mówił, że wczoraj w nocy zgubili cielaka od byka medalisty.
Pani Briggs westchnęła i wzięła się do sprzątania po kolacji.
- Zatem wróci późno. Cassandra spotka się z nią dopiero rano.
- Czym właściwie zajmuje się krzewiedźma? - zaciekawiła się Cassie.
Oboje służący spojrzeli na nią takim wzrokiem, jakby spytała, na czym
polega praca listonosza.
- Dziecko drogie, naprawdę niczego cię nie nauczyli w tej szkole! Coś
takiego, żeby Morganówna nie wiedziała nic o krzewiedźmie...
- Chroni wioskę - stwierdził Brogan rzeczowo.
- I resztę Anglii przy okazji. To jedna z najważniejszych funkcji w kraju. Wielki zaszczyt i wielkie brzemię - oznajmiła pani Briggs.
- Tak, ale przed czym chroni?
- No jakże, oczywiście przed Krzewem - rzuciła pani Briggs, jakby to
było coś oczywistego.
Ciotka chroni Anglię przed lasem? To nie miało sensu, ale zmęczenie
owładnęło dziewczynką, nie pozwalając jej zadać następnego pytania.
- No, a teraz położymy cię do łóżka - zdecydowała pani Briggs. -
Słaniasz się jak więdnąca stokrotka. Z ciotką zobaczysz się rano i wtedy
wypytasz ją o wszystko.
Cassie pozwoliła się zaprowadzić na piętro. Monteki stąpał cicho za nią.
Gospodyni oświetlała drogę lampą oliwną.
- W tym domu nigdy nie mieliśmy elektryczności - wyjaśniła. - Raz
chcieli ją założyć, w czasach twojej prababki, ale domowemu skrzatowi to
się nie spodobało i poprzegryzał kable.
W wielkim holu wisiały portrety kobiet w czerni. Wiele nosiło spiczaste
nakrycia głowy. "Pewnie dawne krzewiedźmy" - pomyślała Cassie.
Zatrzymała się przed obrazem przedstawiającym sylwetkę kobiety w średniowiecznej sukni i z włosami owiniętymi wstążkami. Na jej ramieniu
siedział kruk. Kobieta w jednej ręce trzymała księgę, a w drugiej
kielich, ale to jej twarz - inteligentna i piękna - przykuła uwagę
Cassie. Ten portret przypominał ilustracje w Opowieściach Faerii.
- To twoja przodkini, Morgana z Faerii, pierwsza krzewiedźma. Oczywiście
obraz powstał setki lat po jej śmierci. Malarz kompletnie spaprał nos. -
Gospodyni cmoknęła z dezaprobatą i poprowadziła Cassie na schody
biegnące wokół wielkiego drzewa.
Wchodząc, dziewczynka wyciągnęła rękę, by musnąć szorstką korę drzewa
Hartwood. Weszły już na wysokość korony, gdy pani Briggs skręciła w ciemny korytarz.
- Pamiętaj, podążaj za Montekim lub za mną, dopóki dom się do ciebie nie
przyzwyczai. Ma własny rozum i czasem uznaje, że powinnaś się znaleźć
gdzie indziej, niżbyś chciała. Ledwie w zeszły wtorek wstałam w nocy do
klozetu, a trafiłam do spiżarni. I dobrze, bo właśnie jakieś ubożę
wyżerało mi powidła z lubaszek!
Wędrowały długo, mijając zamknięte drzwi i puste pasaże, by w końcu
dotrzeć do małych, półokrągłych drzwi na końcu korytarza.
- No, to już tu. Pomyślałam, że zechcesz zamieszkać w dawnym pokoju
Rose. - Pani Briggs otworzyła drzwi przed dziewczynką.
Pokój był okrągły; Cassie uświadomiła sobie, że musiały trafić do jednej
z wieżyczek, które widziała z zewnątrz. Dwa okna w grubych murach
znajdowały się naprzeciwko siebie. Jedno wyposażono w szeroki parapet,
idealny - co dziewczynka zauważyła od razu - do czytania. Pod drugim
stało mosiężne łóżko z patchworkową narzutą. Stara szafa z lustrem w drzwiach sąsiadowała z małym biureczkiem i - co najlepsze - z biblioteczką pełną książek. Na podłodze leżał dywan z gałganków, który
wyglądał jak mech, w kominku zaś, na wprost wejścia, parę węgielków
żarzyło się na pomarańczowo. Cassie podeszła, by się ogrzać, i zauważyła
zdjęcia na gzymsie. Uśmiechnięci, staroświecko ubrani mężczyzna i kobieta oraz troje dzieci siedzących na jabłonce.
- To twoi dziadkowie - wyjaśniła pani Briggs. - Olive i Edward
Morganowie. Zginęli w wypadku drogowym. Dlatego twoja matka tu
przyjechała. Te dzieci to Rose, Miranda i Elliot. Zdjęcie zrobiono
wkrótce po ich przybyciu.
Cassie z uśmiechem dotknęła srebrnej ramki. Dziewczynka o kędzierzawych
rudych włosach musiała być jej mamą.
- A to powinno na ciebie pasować - oznajmiła pani Briggs, unosząc białą
koszulę nocną. - W komodzie znajdziesz kilka bluzek i fartuszków.
Należały do twojej matki. Nieco wyszły z mody, ale muszą wystarczyć,
dopóki ci czegoś nie uszyję. Z pewnością nie możesz chodzić w tych
ponurych szmatkach. Daj mi je, to upiorę.
Cassie z radością pozbyła się mundurka. Nie zmartwiłaby się, gdyby miała
go już nigdy nie zobaczyć. Wkrótce, przebrana w czystą, pachnącą lawendą
koszulę, która sięgała jej do kostek, zapragnęła zajrzeć do
biblioteczki, ale pani Briggs stwierdziła stanowczo, że zrobiło się zbyt
późno, i zapakowała ją do łóżka z butelką gorącej wody. Monteki zwinął
się w kłębek na poduszce przed kominkiem.
- Dobranoc, pchły na noc, duchy pod poduchy! - powiedziała wesoło pani
Briggs, zdmuchnęła płomień lampy i wyszła.
Cassie leżała, przywykając do mroku nieznajomego pokoju. Wyobraziła sobie swoją matkę, chodzącą po korytarzach Hartwood, jedzącą dania pani Briggs, śpiącą w tym oto łóżku... Pomyślała o Krzewinie, srebrzystej rzeczce i wielkiej, mrocznej puszczy. "Jutro to wszystko zbadam - postanowiła - ale najpierw spotkam się z ciotką i razem zaplanujemy, jak odnaleźć mamę".
Rozdział ósmy
KRZEWIEDŹMA
Cassie obudziła się w plamie słonecznego
światła. Po jej pokoju leniwie krążył trzmiel. Przez otwarte okno wpadał
śpiew kosa i świeży zielony zapach początku dnia. Dziewczynka leżała
przez chwilę, spoglądając na belki sufitu stykające się pośrodku i tworzące kształt płatka śniegu. Potem odrzuciła kołdrę i boso przeszła
po dywanie do wschodniego okna.
Słońce stało już wysoko nad wzgórzami, choć jego blask miał jeszcze
akwarelową poranną przejrzystość. Z okna rozciągał się widok na ogrody
Hartwood, opasane omszałym kamiennym murem, a także na pola i falujące
wzgórza za nimi. Ale okno zachodnie, nadal ocienione, ukazywało ciemny
masyw Krzewu.
Cassie przywitała się ze zdjęciem babci i dziadka i znowu przyjrzała się
swojej matce. Drugą obecną na fotografii dziewczynką - tą o długich
ciemnych włosach i poważnym spojrzeniu - musiała być jej ciotka. Jakie
to dziwne, nagle otrzymać całą rodzinę.
- Obudź się, śpiochu! - zawołała do Montekiego, który leżał zwinięty w kłębek przed wygasłym kominkiem. Kot mruknął coś i schował pyszczek pod
łapką.
Cassie umyła twarz i ręce w miednicy i włożyła sukienkę i sweter z szafy, nieco na nią za duże. Jednak sam fakt, że nie musi nosić
mundurka, tak ją ucieszył, że zawirowała wokół własnej osi z furkotem
spódnicy.
- Jaaaauuuuuć! - wrzasnął kot, gdy niechcący przydepnęła mu ogon. -
Uważaj, gdzie stawiasz te wielgachne stopy! Nie rozumiem, dlaczego
zrywasz się o tak okropnie wczesnej godzinie. Te skrzeczące ptaki,
obrzydliwie zimne powietrze, mokra trawa - nic w tym przyjemnego. Pewnie
w dodatku będziesz chciała zjeść śniadanie - mruknął, łypiąc na nią
spode łba.
Jakby w odpowiedzi z żołądka Cassie dobiegło burczenie.
- No trudno, to już chodź. Może jak się najesz, zaznam trochę spokoju.
Bez kota w roli przewodnika Cassie na pewno by się zgubiła. Dom
przypominał labirynt pełen drzwi i krętych korytarzy, w których stały
biblioteczki i wisiały obrazy oraz lustra. W końcu dotarli do holu z drzewem. Od strony kuchni przypłynął do nich cudowny zapach.
- Kiełbaski! - zawołała Cassie.
Śniadanie w Domu Fowella składało się z szarej, gruzłowatej paćki, która
udawała owsiankę. Cassie nie jadła kiełbasek od lat, ale nigdy nie
zapomniała tego zapachu. Weszła do kuchni i aż westchnęła z zachwytu:
wielki stół uginał się od przysmaków - stert bekonu, jajek na miękko w piegowatych brązowych skorupkach, gór smażonych grzybów, pomidorów i fasoli, wielkich, grubych pajd chleba, garnczków z marmoladą
pomarańczową i dżemem z czarnej porzeczki. Na samym środku pysznił się
pękaty niebieski imbryk, z którego dzióbka buchała para.
- Bierz, co chcesz, jagniątko. Rano nie robimy tu ceremonii -
powiedziała pani Briggs.
Cassie nałożyła sobie na talerz furę jedzenia - więcej, niż mogłaby
zmieścić w żołądku - i czym prędzej się do niej zabrała.
- A niech mnie, jeśli to wszystko pochłoniesz, prześcigniesz Brogana -
rzuciła pani Briggs ze śmiechem. - Zaraz się tu zjawi, żeby sobie
podjeść, to pewne. Od świtu pracuje w ogrodzie. - Gospodyni zamieszała
coś w kotle. - Ja tam lubię sobie pospać ciut dłużej, jeśli można.
Skończę tylko i zaraz też siadam do śniadania.
- Co tam jest? - spytała Cassie, zastanawiając się, jakiej potrawy może
jeszcze brakować na suto zastawionym stole.
- Owsianka dla twojej ciotki. Ona czegoś takiego nie jada. - Pani Briggs
wskazała jajka i bekon. - Lubi prostą, skromną strawę. Trochę za
skromną, pozwolę sobie zauważyć, ale o gustach się nie dyskutuje.
Cassie znowu sięgnęła po widelec. Cóż za dziwną osobą musi być jej
ciotka, skoro przedkłada owsiankę nad kiełbaski?
Drzwi skrzypnęły. Cassie obejrzała się, sądząc, że to Brogan przybywa,
by wziąć udział w uczcie, ale w progu stała kobieta od stóp do głów
spowita w czerń. Spódnicę miała obryzganą błotem, a w dłoni trzymała
spiczasty kapelusz. Jej twarz o ostrych rysach wyróżniała się wydatnymi
kośćmi policzkowymi i prostymi brwiami.
Wielka czarna kotka z białą plamką na gorsie wśliznęła się do kuchni,
wymijając przybyłą. Kobieta spojrzała na Cassie, jakby zobaczyła ducha.
- Dzień dobry, Mirando - odezwała się pani Briggs. - Znalazłaś cielę?
Pewnieś się zmęczyła. Tu masz owsiankę ze szczyptą soli, tak jak lubisz.
Cassie także wpatrywała się w ciotkę, która w niczym nie przypominała
jej matki. Rose miała niesforną strzechę rudych włosów i różowe
policzki, kobieta w progu - krótką siwą czuprynkę i czoło z groźnymi
zmarszczkami. Jednak coś je łączyło: oczy w tym samym odcieniu
pochmurnej szarości co u Cassie. Tyle że oczy matki migotały iskierkami
rozbawienia, a przeszywający wzrok Mirandy przykuł dziewczynkę do
krzesła.
- Dziękuję, Mabily - powiedziała krzewiedźma, kładąc kapelusz na stole.
- Cielę się znalazło, powędrowało w Krzew przez dziurę w płocie. Nikt go
nie ukradł, raczej coś je wystraszyło, choć o tej porze roku nigdy za
dużo ostrożności.
Miranda zajęła miejsce u szczytu stołu, a czarny kot rozsiadł się przed
kominkiem. Pani Briggs postawiła na stole parującą miskę owsianki, ale
krzewiedźma jej nie tknęła.
- Zatem tak wyglądasz, Cassandro.
- Tak, proszę pani...
- W domu możesz do mnie mówić: "Ciociu".
- Tak, ciociu.
- Doskonale. Ponieważ zamieszkasz tu na czas nieokreślony, powinniśmy
ustalić reguły.
- Reguły?
- W rzeczy samej. Mam wiele obowiązków. Nie zdołam czuwać nad tobą przez
cały dzień, podobnie jak pani Briggs czy Brogan.
Gospodyni uśmiechnęła się do Cassie i odwróciła twarzą do kuchni.
- Zatem oczekuję od ciebie niezależności i odpowiedzialności. Zachowuj
się, jak na Morganównę przystało. Widzisz, cieszymy się w tej wiosce
pewnym szacunkiem. Ludzie zwracają się do nas po pomoc, więc musimy dbać
o nienaganny wizerunek.
Cassie poczuła, jakby oskarżano ją o coś, czego nie zrobiła. Dopiero
przybyła do Krzewiny. Nie miała czasu wpakować się w kłopoty.
- Oczekuję, że zastosujesz się do trzech zasad. Oto pierwsza,
najważniejsza dla twojego dobra: nie wolno ci samotnie zapuszczać się w Krzew.
- Dlaczego?
- Pełno w nim niebezpieczeństw. Niewielu śmiałków, którzy tam
zawędrowali, potrafiło znaleźć drogę powrotną. Las kryje w sobie coś,
czego lepiej nie budzić. Nie wolno ci tam wchodzić beze mnie,
zrozumiano?
Cassie zapragnęła poznać Krzew od pierwszej chwili, gdy go zobaczyła.
Może ciotka da się przekonać, by ją tam zabrać, choć towarzystwo raczej
by zepsuło całą zabawę.
- Rozumiem - powiedziała niechętnie.
- Dobrze. Druga zasada jest podyktowana zdrowym rozsądkiem. Nie wolno ci
opuszczać Hartwood po zmroku.
Cassie skinęła głową. W szkole przywykła do takich reguł, a dzień stawał
się coraz dłuższy, więc i tak miała przed sobą wiele godzin zabaw na
dworze.
- I na koniec: możesz zaglądać do wszystkich pomieszczeń w Hartwood Hall
z wyjątkiem mojego gabinetu w północnej wieży. Gdy wychodzę, zamykam go
na klucz, a gdy w nim pracuję, nie należy mi przeszkadzać.
To pewnie ta druga wieża, którą Cassie widziała z podjazdu. Gabinet
ciotki jej nie interesował, a zresztą gdyby usiłowała go znaleźć, pewnie
by się zgubiła. Zastosowanie się do tej reguły nie powinno jej sprawić
najmniejszych trudności.
Miranda, najwyraźniej zadowolona, zajęła się owsianką, ale teraz to
Cassie nabrała ochoty na rozmowę. Przez chwilę zbierała odwagę, by
zacząć.
- Przepraszam, ciociu, ale czy wiesz, co spotkało moją mamę?
Krzewiedźma zastygła z łyżką uniesioną do ust.
- Wiem, co sądzą prawnicy - dodała szybko Cassie - ale to nie może być
prawda. Ja bym to poczuła.
Miranda odłożyła łyżkę i splotła dłonie.
- Radziłabym ci o niej zapomnieć. Gdy Rose znika, to już nie wraca.
Cassie osłupiała. Nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Mam zapomnieć o... mamie?
- Rose słynie z tego, że porzuca ludzi. Ma taką naturę. Nigdy nie myśli
o tych, których pozostawia. Bez wątpienia o nas zapomniała. Musimy się z tym pogodzić.
- Nie! - Cassie wstała i uderzyła obiema rękami w stół. - To nieprawda!
Jak możesz? Obiecała, że wróci. Skoro nie wróciła, to widać nie mogła.
Gdzieś zaginęła, ktoś jej zrobił krzywdę albo... no, nie wiem, może
potrzebuje naszej pomocy?
Miranda założyła ręce na piersi.
- Możesz wierzyć, w co chcesz, ale zadaj sobie jedno pytanie: dlaczego
przez tyle lat trzymała się z dala od nas? Dlaczego zostawiła cię w tej
szkole, a nie z rodziną, w twoim własnym domu w Krzewinie? Przynależysz
tutaj, Cassandro, a ona nawet nie powiedziała ci o naszym istnieniu.
Rose lubi tajemnice, a kiedy sytuacja staje się nieprzyjemna, ucieka. To
samo zrobiła trzynaście lat temu, gdy porzuciła Krzewinę.
- Może nie mogła z tobą wytrzymać! - Cassie wstała gwałtownie i wypadła
z kuchni do ogrodu, trzaskając drzwiami.
Przebiegła obok rzędów porów i jarmużu i zatrzymała się, by spojrzeć
wściekle na dom. Jak Miranda mogła powiedzieć coś takiego? Matka jej nie
porzuciła, chciała tylko zapewnić Cassie bezpieczeństwo. I choć
rzeczywiście to dość dziwne, że nigdy nie wspomniała o Krzewinie i ciotce, na pewno nie zrobiła tego bez powodu.
Dziewczynka ruszyła ogrodową ścieżką, nie dbając o to, dokąd ją
doprowadzi. Mocno objęła się rękami. Miranda naprawdę zachowała się
okropnie! Trzeba było tu nie przyjeżdżać. Doprawdy, uciec z Domu Fowella
tylko po to, by wpaść w pułapkę tego miejsca z głupimi zasadami i ciotką
równie podłą jak Garm?
No tak, ale Hartwood nie dało się nienawidzić. Cassie mijała kępy
fiołków i kołyszących się żółtych pierwiosnków i wkrótce doszła do
małego sadu, w którym drzewa stały w pachnących chmurach kwiecia i brzęczących pszczół. Gdziekolwiek spojrzała, z żyznej gleby kiełkowały
świeże zielone listeczki, a na gałęziach pęczniały pąki. Trudno się
gniewać, idąc przez chłodną, zroszoną trawę.
W końcu dotarła do ogrodu pełnego róż: krzewiastych, wielkokwiatowych
jak lizaki na patyku, czerwonych na długich łodygach i białych, pękatych
niczym małe kapustki, roniących płatki w trawę. Wysoki mur ogrodu
porastały jeżyny, a po ścieżce też się wiły miniaturowe pnące różyczki.
Każda kwitła, jakby nastał czerwiec. Cassie podeszła do stojącej na
środku ogrodu ławki rzeźbionej w róże i odetchnęła głęboko cudownym
zapachem. Nagle przeskoczyła z wiosny w sam środek lata.
- Niemożliwe - szepnęła do siebie.
- Możliwe, tylko trza troszkę popracować i poczarować - odezwał się
ochrypły głos zza krzaka.
Cassie podeszła i ujrzała Brogana z sekatorem w dłoni. Obok niego
piętrzyła się sterta ściętych gałązek. Ogrodnik miał kanarkowożółte
gumiaki.
- Jak tu pięknie. I ten zapach! - zawołała Cassie.
- To ogród twojej mamy - wyjaśnił Brogan. - Zasadziła tu prawie
wszystko. Ja tylko o niego dbam w wolnych chwilach.
Cassie rozejrzała się jeszcze raz. Usiłowała sobie wyobrazić matkę,
która pielęgnuje róże, ale nie potrafiła. Nigdy nie widziała Rose z gracą w dłoni.
- To róże faerów, nie wiem, jak je zdobyła. Kwitną cały rok, nawet w zimie. No, ale trza się namęczyć z urywaniem zeschłych kwiatów. -
Ogrodnik ściął kolejny zwiędły kielich.
Cassie usiadła na ławce i przesunęła dłonią po wypolerowanych
rzeźbieniach.
- Myślisz, że nadal żyje?
- Ja to tam nie wiem... Że też o niej wciąż myślisz!
Cassie westchnęła.
- Chyba wszyscy uważają, że powinnam zapomnieć. Ciocia Miranda tak mi
radziła.
Brogan nie odpowiedział. Ciszę mąciło tylko szczękanie sekatora.
- Chyba nie bardzo lubię ciocię Mirandę - wyznała dziewczynka. - Raczej
ze wzajemnością.
Ogrodnik wzruszył ramionami.
- Przeżyła wstrząs, jak się o tobie dowiedziała.
- Mnie też nie było łatwo! To nie powód, żeby zachowywać się tak
okropnie.
- Może nie, ale im więcej masz lat, tym trudniej się oswoić z tym i owym, jeśli mnie rozumiesz.
Cassie pomyślała, że to idiotyczne. Dorośli powinni dostosowywać się do
zmian łatwiej niż dzieci - czy nie po to się dorasta?
- Mówisz, że powinnam dać jej czas, żeby do mnie przywykła?
Brogan wzruszył ramionami i wrócił do przycinania.
- Te róże nadal kwitną, choć twoja mama wyjechała. Nie zmarniały bez
niej. Nawet wyrosły większe i silniejsze.
Cassie podciągnęła kolana pod brodę. Wyjęła kluczyk spod ubrania i obróciła go w palcach.
- Obiecała, że wróci. Jeszcze nie mogę o niej zapomnieć.
Ogrodnik pokiwał głową.
- Jedno muszę przyznać panience Rose. Nigdy nie złamała danego słowa.
Cassie przyciągnęła do siebie najbliższą różę i pochyliła się, by ją powąchać, płosząc ukrytą w kielichu pszczołę o obsypanym pyłkiem kosmatym ciałku. Nie zamierzała tak łatwo dać za wygraną. Znajdzie matkę nawet bez pomocy krzewiedźmy.