Krzemowa kompania. Jak kolonizuje nas Big Tech - Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński


Reflow text when sidebars are open.
Wiele zdjęć skadrowano tak, by widać było na nich wystający spod marynarki biały koronkowy biustonosz Lauren Sánchez, przyszłej żony jednego z najbogatszych ludzi świata, Jeffa Bezosa. W sieci bez trudu można jednak znaleźć także szersze ujęcia. Są na nich czołowi przedstawiciele branży technologicznej wyraźnie pochłonięci własną obecnością. Ponad nimi góruje potężny obraz przedstawiający kapitulację brytyjskiego generała Johna Burgoyne'a w 1777 roku przed George'em Washingtonem, przyszłym pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Czy technooligarchowie w ogóle to zauważyli? Rozumieli, w jakiej roli ich obsadzono?
Ustawiono ich w jednym rzędzie, tuż za rodziną Donalda Trumpa, ale przed przyszłym gabinetem. Znaleźli się bliżej prezydenta niż ludzie, którzy mieli formalnie rządzić krajem. Stali w rotundzie, w samym sercu Kapitolu - symbolu amerykańskiej demokracji, który zaledwie cztery lata wcześniej szturmowali zwolennicy Trumpa po przegranych przez niego wyborach. Teraz nie było tłumu. Była starannie zaaranżowana sceneria. A obecność technooligarchów była gestem. Ucałowaniem pierścienia nowego gospodarza Białego Domu.
Na ceremonii zaprzysiężenia Donalda Trumpa stawił się Jeff Bezos, właściciel Amazona, który przez lata uchodził za zwolennika demokratów. Zmienił kurs, gdy sondaże wskazały Trumpa. W końcu łatwiej lobbować u kogoś, kto uważa cię za przyjaciela. Biznes to biznes. Obok Bezosa i Sánchez stał Mark Zuckerberg bezustannie zerkający jej w dekolt. Po szturmie na Kapitol zawiesił konta Trumpa na Facebooku i Instagramie. Teraz, gdy oddawał hołd nowemu-staremu prezydentowi, już wiedział, że będzie mu wybaczone. Meta wkrótce miała ogłosić, że wypłaci Trumpowi 25 milionów dolarów w ramach ugody za zablokowanie jego kont, a Zuck dodatkowo obłaskawił prezydenta, luzując zasady moderacji treści na swoich platformach, dorzucił milion dolarów na organizację inauguracji prezydenta, a do rady dyrektorów Meta powołał jego bliskiego przyjaciela, Danę White'a (niegdyś instruktora aerobiku). Biznes to biznes. Sundar Pichai, urodzony w Indiach dyrektor generalny Google'a, co chwilę patrzył na telefon, jakby chciał sprawić wrażenie, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. W czasie pierwszej kadencji Trumpa protestował przeciwko jego polityce antyimigracyjnej (ponad jedna trzecia pracowników koncernu w USA to imigranci). Teraz oklaskiwał człowieka zapowiadającego masowe deportacje. Biznes.
Osobą z tego "szwedzkiego stołu" technomiliarderów, która sprawiała wrażenie, że zdecydowanie nie jest to dla niej tylko biznes, był Elon Musk. Najbogatszy człowiek świata, twórca Tesli i SpaceX, kilka miesięcy wcześniej stał się nowym najlepszym przyjacielem Donalda Trumpa. Nie tylko przekazał na jego kampanię 270 milionów dolarów, ale też - co być może znacznie ważniejsze - uczynił należącą do siebie platformę X (dawniej Twitter) tubą propagandową kandydata republikanów. Musk przez lata, mimo licznych rys na wizerunku, uchodził przede wszystkim za genialnego wizjonera. Jego bromance z Trumpem stał się symbolem zwrotu, który dokonał się w całej Dolinie Krzemowej.
Ponad pół wieku temu Zbigniew Brzeziński, politolog i późniejszy doradca prezydenta Jimmy'ego Cartera, opublikował książkę, która dziś brzmi proroczo. W pracy Between Two Ages: America's Role in the Technetronic Era z 1970 roku pisał, że świat wchodzi w "erę technetroniczną", czyli w epokę, w której komputery, elektronika i systemy komunikacji przestają być jedynie narzędziami polityki, a zaczynają stanowić jej podstawową infrastrukturę. Przekonywał, że w takim świecie o wpływach nie decydują już fabryki, surowce czy ziemia. Coraz ważniejsza staje się zdolność do zbierania informacji, ich przetwarzania i wykorzystywania do sterowania procesami społecznymi. "Wiedza staje się narzędziem władzy" - pisał1. A ten, kto potrafi przyciągnąć największe talenty i zamienić ich pracę w systemy technologiczne, zdobywa przewagę nad resztą świata. Brzeziński zwracał uwagę na jeszcze jeden aspekt tej przemiany: taka władza jest znacznie mniej widoczna dla obywatela. Im bardziej zaawansowane technologicznie staje się społeczeństwo, tym łatwiej o kierowanie procesami społecznymi na masową skalę. Politolog polskiego pochodzenia napisał to w czasach, w których łączna moc obliczeniowa wszystkich komputerów na świecie była równa mocy jednego iPhone'a w 2025 roku.
W czasach zdecydowanie nam bliższych, czterdzieści lat później, podobny mechanizm opisał amerykański prawnik i historyk mediów Tim Wu z Uniwersytetu Columbia. W książce The Master Switch. The Rise and Fall of Information Empires zauważył, że niemal każda nowa technologia komunikacyjna przechodzi ten sam cykl. Najpierw jest otwarta i chaotyczna. Korzystają z niej hobbyści, wynalazcy i outsiderzy. Potem pojawiają się wielkie pieniądze, regulacje i obietnica porządku. W końcu system się zamyka, a kontrolę przejmuje jedna dominująca korporacja albo niewielki kartel firm. To, co początkowo miało wyzwalać, zaczyna kontrolować2. Tak było z telefonem, radiem, kinem i telewizją. Internet przez długi czas wydawał się wyjątkiem, bo był zbyt rozproszony, by łatwo go było podporządkować. Wu ostrzegał jednak, że również on może zostać "zamknięty". Nie przez jedną firmę, lecz przez kilku gigantów kontrolujących najważniejsze bramy dostępu: wyszukiwarki, platformy społecznościowe, systemy operacyjne, chmury obliczeniowe i fizyczną infrastrukturę sieci. Nazywał tę władzę kontrolą nad "głównym wyłącznikiem". Ten, kto ją ma, nie musi nikogo przekonywać siłą. Wystarczy, że zdecyduje, co zostanie dopuszczone do obiegu, co będzie promowane, a co po prostu zniknie z pola widzenia.
Symbolem ceremonii zaprzysiężenia Trumpa na prezydenta dwudziestego stycznia 2025 roku są zdjęcia nie jego samego, a kadry z technooligarchami, których obsadzono w roli całujących pierścień nowego władcy. Nie przyszli tam z grzeczności ani ze strachu. Historia zna taki przypadek.
Gdy grupa angielskich kupców przybyła w 1600 roku do królowej Elżbiety I Tudor, całowanie pierścienia było elementem dworskiego ceremoniału. Był to fizyczny akt hołdu, wyrażający lojalność wobec Gloriany. Kupcy wyszli z ceremonii z królewskim przywilejem na handel z Indiami Wschodnimi. Sto pięćdziesiąt lat później prywatna spółka, którą założyli, rządziła ziemiami zamieszkiwanymi przez 200 milionów ludzi, miała własną armię, własne sądy, własny system podatkowy, własną politykę zagraniczną, prowadziła wojny i obalała władców. Dziś brytyjska Kompania Wschodnioindyjska wydaje się egzotyczną aberracją świata imperialnego, ale z obrazka wystarczy usunąć dziwaczne peruki, by zobaczyć coś zaskakująco znajomego.
Kompania Wschodnioindyjska nie została stworzona, by budować imperium. Doktor Omar Faruque z Uniwersytetu Columbia stwierdza, że powstała dlatego, że miała rozwiązać konkretny problem: angielscy kupcy chcieli dostępu do azjatyckich przypraw, jedwabiu i tekstyliów, ale szlaki handlowe kontrolowali Holendrzy i Portugalczycy. Kompania zaproponowała rozwiązanie - alternatywną drogę. Dokładnie tak samo zaczyna się historia wszystkich platform technologicznych. Google porządkował chaos informacji w internecie, Facebook łączył ludzi, Amazon upraszczał zakupy. Każda z tych firm odpowiadała na realną potrzebę. Droga do strukturalnej dominacji nie była i nie jest jednym wielkim skokiem, lecz serią małych kroków, z których każdy z osobna wydaje się rozsądny. Aby handlować, Kompania Wschodnioindyjska potrzebowała portów. Aby chronić porty - fortów. Aby utrzymać forty - żołnierzy. Aby wyżywić żołnierzy - ziemi. A skoro miała ziemię, musiała się zainteresować lokalną polityką. Każdy kolejny ruch był logiczny, niemal wymuszony. Amazon zaczynał jako księgarnia. Potrzebował magazynów. Potem własnej logistyki. Potem infrastruktury chmurowej, by utrzymać systemy, a skoro już ją stworzył, to mógł na tym zarobić, udostępniając ją innym. Tak powstał Amazon Web Services (AWS), stanowiący kręgosłup znacznej części internetu. Korzystają z niego szpitale, banki, siły zbrojne, rządy. Amazon nie planował stać się elementem bezpieczeństwa narodowego państw. Google potrzebował serwerów, żeby indeksować internet. Potem globalnych sieci światłowodowych, by dane płynęły szybciej. Potem kabli podmorskich. Microsoft kontroluje system operacyjny większości komputerów na świecie. W ten sposób te firmy stały się koncernami, od których zależą gospodarki i państwa3.
Czy ma znaczenie, czy tego chciały? Faktem jest, że znalazły się w takim położeniu. Władca w Białym Domu może chronić ich interesy i pomóc je rozwijać. Ucałowanie pierścienia nie jest za to wygórowaną ceną.
Mit Doliny Krzemowej bardzo długo był opowieścią o technologii, która zmienia świat na lepsze. Internet miał demokratyzować wiedzę, media społecznościowe miały oddawać głos zwykłym ludziom, smartfony - zwiększać nasze możliwości, a sztuczna inteligencja powstała, by zdejmować z nas ciężar monotonnej pracy. Firmy technologiczne mówiły językiem emancypacji, kreatywności i buntu przeciwko starym hierarchiom. Pobrzmiewała w tym obietnica świata mniej skostniałego, bardziej zdemokratyzowanego i sprawiedliwszego. Szybko okazało się jednak, że platformy, które miały łączyć ludzi, zaczęły sterować emocjami użytkowników. Narzędzia reklamowe zamieniły się w systemy masowej analizy zachowań. Smartfon XXI wieku stał się urządzeniem śledzącym właściciela dokładniej niż większość służb XX wieku byłaby w stanie sobie wyobrazić. A sztuczna inteligencja, przedstawiana jeszcze niedawno jako futurystyczna ciekawostka, zaczyna być traktowana przez państwa jak infrastruktura strategiczna.
Technologia zmienia się tak szybko, że to, co dziś wydaje się przełomem, jutro może być już tylko etapem przejściowym. Chcieliśmy opisać punkt, w którym jesteśmy dzisiaj. Opisujemy różne obszary, w które tytułowe Krzemowe Kompanie ingerują coraz głębiej. Czasem obserwujemy to bezpośrednio, gdy korzystamy z telefonu czy rozmawiamy z chatbotem. Częściej dzieje się to jednak poza naszym polem widzenia - kiedy algorytmy podejmują decyzje o tym, co zobaczymy, co kupimy, komu zaufamy, na kogo zagłosujemy i jakie informacje do nas dotrą.
Nasza książka nie jest opowieścią o gadżetach, aplikacjach ani o tym, czy sztuczna inteligencja zabierze ludziom pracę. Nie jest też historią o "dobrych" lub "złych" mediach społecznościowych. To książka o władzy - o nowym układzie sił, który wyrósł z pozornie niewinnych codziennych czynności: kliknięć, wyszukiwań, zakupów, lajków i przesyłanych danych. O świecie, w którym technologia przestała być jedynie narzędziem, a stała się infrastrukturą wpływu, kontroli i zależności. To również próba udzielenia odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się z elitami technologicznymi. Jeszcze kilkanaście lat temu wielu liderów branży prezentowało się jako polityczni liberałowie wierzący w globalizację, otwarte społeczeństwo i postęp społeczny. Dziś wielu z nich otwarcie flirtuje z autorytaryzmem, pogardza demokracją, marzy o "efektywnym" zarządzaniu społeczeństwem. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że część technoelit zaczęła traktować kryzysy społeczne i polityczne nie jako zagrożenie, lecz jako szansę, a za językiem innowacji coraz częściej kryją się bardzo stare fantazje o hierarchii, dominacji i rządach nielicznych nad wieloma. I jeśli poskrobać trochę głębiej, zaskakująco często ma to brunatne konotacje.
To nie jest jednak książka o złych geniuszach potajemnie sterujących światem. Rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Państwa potrzebują Big Techu, bo bez niego nie są w stanie konkurować z innymi technologicznie ani militarnie. Big Tech potrzebuje państw, bo bez ich pieniędzy, kontraktów i ochrony nie utrzymałby pozycji. Obie strony coraz mocniej się więc splatają. W efekcie powstaje nowy układ sił, w którym granica między interesem publicznym a prywatnym staje się coraz bardziej rozmyta. A my sami coraz częściej przestajemy być obywatelami czy nawet klientami. Stajemy się elementami systemu, źródłami danych, punktami na mapach zachowań, które można analizować, profilować, przewidywać i kształtować. I dzieje się to w zasadzie bez przymusu. Im wygodniejsze stają się technologie, tym głębiej wnikają w nasze życie. I właśnie dlatego pytanie o władzę Big Techu nie jest już pytaniem o przyszłość. To pytanie o to, kim się stajemy, gdy infrastruktura codzienności należy do prywatnych imperiów technologicznych.
Autorzy dziękują redakcji "Tygodnika Powszechnego" za zgodę na wykorzystanie i rozwinięcie tekstów wcześniej publikowanych na jego łamach. Możliwość prowadzenia publicznej debaty o technologii, władzy i przemianach współczesnego świata w przestrzeni tworzonej przez "Tygodnik" była dla nas niezwykle ważna podczas pracy nad tą książką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki