Krzaki - Marcin Krzesiński
6.06 zł
5.03 zł
(5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Jeszcze tydzień temu napisałbym o sobie, że jestem członkiem Gangu Rzeźników, natomiast dziś jestem uciekinierem. Przez równo sześć dni sprzedawałem wiadomości gangowi z konkurencji, aż siódmego dnia zostałem wykryty przez kolegę, Dariusza Beznogiego.
Parę godzin temu dostałem info, że mam zostać zgładzony. Telefon zabrzęczał, powiedziałem halo, a głos w samsungu oświadczył mi, że moja godzina właśnie wybiła. Godzinę temu wskoczyłem do fiata uno i pojechałem na Warszawę.
Jadę w nerwach, w nerwach tak wielkich, że jakbyś, drogi czytelniku, doświadczył ich, tych nerw, to byś popuścił. Powiadam; najmocniejszy nerwosol by nie pomógł! Jadę zatem, a że pod maską silnik należy raczej do tych marniejszych, to wkurzenie osiada łagodnie na mych ustach, które w pałąk wykrzywione, które złe, szpetne.
Auto prowadzę sprawnie, bo w latach poprzednich ja szkoliłem ludzi, dzień w dzień siedząc w tej elce jak jakiś patafian skończony. Tymczasem nerwy rosną, a bluzgi wydostają się na zewnątrz, wybrzmiewając w przestrzeni owej puszki, jaką jest ten mierny i bierny fiacik. Tym samochodem daleko nie zajadę, myślę we dyni swej, hamuję przeto, coby do konkluzji mądrej dojść. A konkluzja owa brzmi: juma.
Staję więc na parkingu pod karczmą pod lasem i patrzę: tam beczka, tu citroen, tam honda.
Gaszę unasa, wychodzę drzwiami solidnie trzaskając, podbijam na pewniaka do beczki i łokciem robię trach. Alarmu na moje szczęście nie ma zainstalowanego, dłonią więc klamki wewnętrznej szukam, otwieram, tam kabelki pod kółkiem cyk-myk, i już żeśmy w domku są.
Gaz do dechy i pa pa lichy fiacie jeden. Sunę szosą suchą. Co chwilę zerkam w lusterko, czy czasem nie siedzi mi na ogonie pragnący mnie zabić zakapior, lub poinformowany o kradzieży merola policmajster. Muzy na razie nie włączam, panuje bowiem zbyt napięta atmosfera, by próbować odprężać się przy jakiejś nucie.
Kiedy wjeżdżam w teren zabudowany - zwalniam, lecz tylko trochę, by za chwil kilka depnąć na ostro. Jedziem. Na wysokości Kielc odbijam od głównej, skręcam w lewo i myślę, iż drogami powiatowymi lepiej jeździć. Nagle do głowy wpadło mi dość popularne w Polsce imię: Barbara. No jasne! Przecież Barbara Gęś mieszka we wsi Raków.
Pani Barbara Gęś to moja była nauczycielka z podstawówki, która uczyła chemii. Zapadłem jej w pamięć po tym, jak pewnego dnia do klasy wtargnął jej były uczeń. Od razu doszło do mnie, że jest nietrzeźwy. Gość, jakby nigdy nic, podszedł do prowadzącej lekcję pani Gęś i przystawił do gardła biedaczki - nóż. Paulina - przewodnicząca klasy - od razu dała dyla, co przykuło wzrok napastnika. Wykorzystałem sytuację następująco: otóż kiedy dobiegłem do gamonia, kopnąłem go w łydkę, co sprawiło, że stracił równowagę, odciągnąłem wtedy panią Gęś w bezpieczne miejsce, i rzuciłem się do walki. Bez problemu powaliłem pijanego dryblasa, i trzymałem aż do przyjazdu odpowiednich służb.
Po tym wydarzeniu stałem się ulubieńcem Pani Gęs, i mimo że na koniec miałem zawsze dwóję, to sympatia przetrwała próbę czasu.
Zresztą pani Barbara to jedyna osoba, która pisała do mnie listy, podczas mej pierwszej, półtorarocznej odsiadki. Przemiła istota.
Zajechawszy przed jej dom, próbowałem zlokalizować domofon, lub coś w tym stylu, ale nie znalazłem, więc postanowiłem otworzyć furtkę, nie przejmować się ujadającym burkiem, i zapukać do drzwi. Puk puk, puk puk. Otworzyła. Kilka chwil musiało upłynąć, nim zajarzyła kim jestem.
- Mariusz - zawołała jakby zbolałym głosem - tak dawno cię nie widziałam, daj buzi!
Po wstępnych pocałunkach, mizianiach, zdrobnieniach dotyczących wyglądu, typu: oj policzki ci się zaokrągliły, weszliśmy do środeczka.
Jako że ta przemiła istota mieszkała tylko z mężem, w domu panował klimat swoistego wyludnienia; otóż miało się przeczucie, iż najlepsze lata ten dom ma już za sobą, a były to lata, w których, prócz tego, że z materialnego punktu widzenia nie można było narzekać, to jeszcze roiło się w nim od ludzi, bowiem pani Barbara miała aż siedem pociech: trzech synów i cztery córki, co szybko powychodziły za mąż, więc mieszkanie czasem przypominało ul z racji zamieszania i przyjemnej głośności.
Mąż - pan Ireneusz - podał mi dłoń, potrząsnął nią solidnie i zaprosił gestem gospodarza do stołu. Pani Barbara prędko przyrządziła kawę, a ja, kiedy usiadła do stołu, też wyłożyłem kawę na ławę.
Powiedziałem, że jestem ścigany, że grozi mi śmierć, że muszę "zniknąć" w jakiejś dziurze tak, żeby nikt nie mógł mnie znaleźć. Tamci załamywali ręce przejęci do granic możliwości, wszak ja dla nich byłem niczym syn. Natomiast Pani Gęś od dawna wiedziała, że moja życiowa droga nie należy do normalnych, że jest, mówiąc zupełnie szczerze - zła.
- Musisz, tak jak powiedziałeś, zniknąć, i to na dobre parę lat - powiedziała. - Znam pewne miejsce, które mógłbyś obrać sobie za cel. Tym miejscem jest wieś Krzaki. Na szczęście drogi w naszym kraju są tak, tu akurat na szczęście, źle zbudowane, że nie ma siły, żeby drogą taką czy inną dostać się do owej wsi. Jedynym rozwiązaniem jest rzeka. Popłyniesz nią, drogi Mariuszu, i za dwa dni powinieneś dotrzeć na miejsce.
- Rzeką? A czy macie łódeczkę?
- Nie - odparł pan Ireneusz. - Mamy natomiast wanienkę.
- Jaką znowuż wanienkę? - zapytałem zdziwiony.
- Miałeś kiedyś dziecko? - rzucił pytaniem pan Gęś.
- No raczej nie.
- To w takim razie możesz chyba wyobrazić sobie wanienkę, w której myje się niemowlaki?
- Niemowlaki?
Pan gospodarz łaskaw był odejść na kilka chwil od stołu, by po minucie wrócić z rzeczoną białą, plastikową wanienką.
- I ja mam się do czegoś takiego zmieścić? - zapytałem zdezorientowany.
- Musisz. Ta wieś otoczona jest bagnami, tylko rzeką można się tam dostać.
- To mam rozumieć, że mieszkańcy tej wsi są odcięci od świata?
- Nie. Mieszkańcy mają swoje tajemne dróżki, prowadzące do różnych miast. Natomiast ludzie z zewnątrz praktycznie nie mają możliwości dostać się tam. Rozumiesz? - Gospodarz robił wszystko by nakreślić mi sytuację.
- Rozumiem. Ale nim odpłynę jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Przyjechałem tu kradzionym mercedesem. Muszę się go pozbyć, inaczej będziecie mieli przeze mnie problemy.
Nie namyślając się wiele, wsiadłem za kółko i pojechałem do najbliższego cepeenu. Kupiłem benzynę, którą wlałem do kanistra, zapłaciłem i depłem, jak to się mówi, na pedał. Po paru minutach dotarłem do lasu. Oblałem auto benzyną, nawet do środka sporo nalałem. I w ruch poszła zapałka.
Uciekłem jak najdalej, by wybuch nie osmalił mnie. Tak oto puszczałem z dymem ślad, ważny tak samo dla gangu, jak i dla policji.
Wróciłem, uściskałem panią Barbarę, panu Irkowi ścisnąłem prawicę i gdy wtryniono mnie do owej wanienki niczym jakiegoś Mojżesza, popłynąłem razem z prądem rzeki.
Okutany w przeróżnej maści fatałachy, z racji iż grudzień mocno dawał się we znaki, płynąłem gapiąc się w niebo. Plus stanowił bez wątpienia fakt, iż Grudzień tego roku nie obfitował w mrozy, dlatego spokojnie mogłem sobie płynąć we wspomnianej wanience, nie zawalając mózgu problemami w stylu: lód czy śnieg. Miałem także przygotowane wiosła, zrobione z byle deszczułek, by w razie zastoju móc odpychać łódeczkę.
Rzeka na początku nie robiła mi psikusów. Płynąłem szybko póki była wąska, lecz gdy rozszerzyła się na maksa, miałem problemik.
Wyjąłem podówczas wiosełka i hej przygodo! Wiosłowałem wzorem jakiego wioślarza.
Najgorsze były jednak noce. Ziąb dawał porządnie w kość, więc telepałem się pod kocami, płachtami, kołdrami jak jaki galaretnik zasrany.
Na szczęście przezorny pan Ireneusz ruszył swą głowiną i dzięki temu miałem przy sobie litra czystej wódki. Abym nie przeholował, liter rozlany został do dwóch butelczyn. Kiedy chwyciłem za jadną, po paru łykach jakoś szybko nadeszło ciepełko, a i humor podreperowany został. Kusiło mnie, by zaśpiewać coś, jakąś kolendę, bo do świąt zostało parę dni, czy inną piosenkę z lat młodości, lecz rozum podpowiadał, żeby zachować ostrożność, boś w końcu uciekinier, a nie badacz rzeki, czy inny biolog, bądź geograf - rzekłem do siebie lekko zagniewany.
Następnego dnia mijał mnie inny stateczek, ni to wycieczkowy, ni to rybacki, a facet, wychylony przez burtę, patrzył na mnie przez lornetkę.
- A co się gapisz, płynąć nie wolno?
- A masz pan uprawnienia?
- Jakie znowu uprawnienia?
- Chyba muszę zadzwonić na straż rzeczną.
- A dzwoń sobie pan, gdzie chcesz.
Gdym to powiedział, szybko skierowałem swą wanienkę ku brzegowi, by jednak ten odcinek rzeczny sobie odpuścić, i zwyczajnie pójść sobie brzegiem, wzdłuż rzeki. A więc założywszy wanienkę na głowę, szedłem zaroślami, krzakami różnymi, w których można było zauważyć rozmaite tak zwane artefakty, typu: zużyte kondomy, flaszki po winach, flaszki po wódkach, puszki po piwach, jakieś starocie, typu zdezelowany zderzak od samochodu, zużyte łóżko, opony i gruz.
Gdzie ci ludzie mają rozum, rozmyślałem. Przecież, gdy śmiecić będzie każdy, za jakiś czas okaże się, iż kompletnie nie ma miejsca wolnego od śmieci. Czy ludzie durakami są? - rozważałem w duchu.
Kiedy jednak wieczór nadszedł wielkimi krokasami, puściłem wanienkę na wodę, i sam się do niej wgramoliłem. Nocą nie doświadczałem żadnych przykrych przygód, za to rozpamiętywałem to, co spowodowało cały ten syf w jakim się znalazłem. Otóż trzeba wiedzieć, iż w gangu Rzeźników spędziłem równo pięć lat. To długi czas, w którym nawiązałem mnóstwo znajomości z ludźmi z półświatka. Na początku w gangu pełniłem funkcję takiego chłopca na posyłki, czyli do mych obowiązków należało kogoś zawołać, gdzieś pojechać i kupić skrzynkę wódki na imprezę, lub ewentualnie obić komuś symbolicznie ryja. Potem awansowałem i stałem się złodziejaszkiem, co to kradnie na zamówienie. Na przykład do naszego gangu przyszło zgłoszenie, że trzeba okraść pewien lombard niedaleko centrum. No to ja wskakiwałem na rower, czasem lazłem z buta i dokonywałem włamu na bezczela, czyli wiadomo: wówczas nie było jeszcze wszędobylskich kamer monitorujących, więc się szło, łomem robiło się dziurę w drzwiach i zgarniało się złoto i srebro do wora. Potem uczyniono mnie dziesioniarzem. Miałem kroić zagraniczniaków w większych miastach Polski, takich jak Kraków, Wrocław, Warszawa, Łódź. Po miesiącu takiej działalności dość szybko dołączyłem do grupy odbierającej długi, jakieś pieniądze, haracze. Wiadomo, że pracowało się z różnymi ludźmi, że niektórzy chcieli być jak bohaterowie z filmów akcji, więc ponosiła ich fantazja, a ja i moi koledzy używaliśmy wówczas siły. Dochodziło do pobić, lecz w tamtym okresie nikogo nie zabiłem. Następnie, kiedy w grę weszły narkotyki, przydzielono mi do pilnowania całkiem spory obszar w województwie podkarpackim, bo to było tak, iż nasz gang, gang Rzeźników działał w paru województwach, we wschodniej Polsce. Do moich zadań należała wówczas kontrola dystrybucji amfetaminy i marihuany, a także tak zwane pilnowanie dziwek, aby zarobiony hajs przynosiły do mnie, a ja wówczas odpalałem im jakiś tam procent. I właśnie wtedy przyjechał do mnie czarnym porszakiem pewien postawny mężczyzna i wręczył mi karteczkę, na której napisane było, że dnia tego i tego, w lokalu Dwa serca mam stawić się sam na rozmowę.
Lokal ten znajdował się w Lublinie, więc, nie mówiąc nikomu nic, pojechałem na ową rozmowę. To wówczas zaproponowano mi, bym sprzedawał im informacje dotyczące mego gangu. Powiedziałem: nie ma sprawy. Dlaczego podjąłem taką decyzję? Otóż pewnego piątku zawitałem do krakowskiej dyskoteki i kiedy poszedłem za potrzebą do kibla, zobaczyłem przez szparę uchylonych drzwi Dariusza, który robił to z moją. Co prawda szybko zorientował się, iż ktoś na nich patrzy i zamknął drzwi, ale na szczeście nie skumał, że to ja. W pierwszym odruchu chciałem tam wparować, wziąć drania za kołnierz i strzelić mu z misia, ale strach wziął jednak górę i nie zrobiłem nic.
Właśnie dlatego podjąłem decyzję o współpracy z tym gangiem. A był to gang Zerojedynkowych. Wolałem pogrążyć gang Rzeźników, miałem zresztą dość takiego życia.
Dariusza Beznogiego uważałem za najbliższego współpracownika, i to od niego przyszła do mnie wieść, że on wie, że sprzedaję wiadomości do Zerojedynkowiczów. Powiedział, że on gangu nie zdradzi, ale że uważa mnie za przyjaciela, to da mi parę godzin na wyjazd. Skąd w ogóle dowiedział się o tym, że miałem kontakty z Zerojedynkowcami? Otóż miałem w aucie założony podsłuch, a osobą która mi go założyła był właśnie Dariusz.
Wsiadłem na wariata w byle auto i dałem dyla. A teraz płynę wanienką do wsi Krzaki.
- No to niech ktoś przyniesie szkło! - huknąłem rozradowany. Wąsacz wyciągnął ze specjalnego schowka w łazience pięć musztardówek i zaczęło się polewanie. Najbardziej jednak ucieszyłem się ze składanej łopaty. Pod dywanem bowiem była cienka warstwa betonu, zaś pod nią klepisko, ziemia, w której miałem zamiar wykopać tunel będący drogą naszej ucieczki.
W skrzynce było dwanaście butelek zero siedem, co ucieszyło mnie niezmiernie. Starczy na dwa dni dobrego balowania - wyliczyłem.
Zebraliśmy się przeto przy łóżku jednego z wąsaczy, które to łóżko robiło za stół. Jako że cela przypominała pomieszczenie piwniczne, gdzie ludzie przetrzymują ziemniaki, musieliśmy tak pokombinować, aby każdy na czymś siedział.
Jako główny koordynator owej akcji, funkcję polewania przejąłem niejako z automatu. Ktoś ustawił telewizor na kanał z muzyką disco i balanga zastartowała.
Szybko wyszło na jaw, iż pan Szlauf Wickenbacher ma głowę najsłabszą, dlatego pierwszy dokazywał, pierwszy śpiewał piosenki, a nawet zaczął, jak to mawiają: kozaczyć.
Takie dawał popisy mój były adwokat:
- A wy co sobie myślicie - mówił do wąsaczy - że wy najważniejsi, tak? A ja mówię, że ja tu rządzę, zrozumiano!
Wąsacze już puszczali bluzgi pod nosem, a ja co rusz uspokajałem Szlaufa, mówiąc:
- Spokojnie, ci rolnicy niby prości ludzie, ale przychrzanić potrafią.
Niestety, do Wickenbachera nic nie trafiało. Im więcej wlewał w siebie gorzałki, tym większym panem i władcą się stawał. Aby jednak odwrócić uwagę wąsaczy od pana Szlaufa, taki wątek podjąłem:
- Opowiedzcie mi, drodzy współwięźniowie, o życiu waszym. Niech zacznie ten z najbardziej nażelowanym łbem.
- No to - zaczął nieśmiało - moje życie to jedna wielka porażka. Ale od początku. Urodziłem się w miejscowości Krzaki w tysiąc... no w każdym razie trzydzieści siedem lat temu. Jako bobas to nie za wiele pamiętam, tylko cyc i cyc, ale ten cyc to sam już nie wiem, czy matczyny, czy żem sobie go wykreował na potrzebę chwili. Aczkolwiek jawił mi się ten cyc jak słońce wielki a potężny. Ssałem więc z zapałem niemowlaka, a mleko wciąż stanowi mój ulubiony napój. Potem zaczęła się szkoła. Do szkoły podstawowej chodziłem tu, w Krzakach, dopiero do zawodówki pojechałem do Lublina, choć ojciec namawiał mnie na Przemyśl, że niby bliżej. Po zawodówce wróciłem na stare śmieci i zacząłem pracować, nie w zawodzie, a na roli. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie, od czego chciałem uciec, bo to ciężka harówa, ale jakoś szło się z czasem przyzwyczaić. Gdy miałem te dziewiętnaście lat postanowiłem dorabiać sobie na boku, żeby mieć swój własny piniądz. Na początku próbowałem sił na budowie, ale że to równie wyczerpująca praca co na roli, i w dodatku trzeba było robić po pijaku, bo dzień nie rozpoczynający się od zero pięć na głowę, był dniem straconym, to zrezygnowałem. Zacząłem wtedy wspólnie z kolegami, którzy siedzą tu obok, pędzić bimber i sprzedawać go robotnikom budowlanym, gospodarzom, właścicielom knajp, bo taniej my sprzedawali, a zarobek był z tego bardzo fajny. Kupiłem po niedługiej bimbrowniczej działalności motór, a potem starego forda sierrę, i żuka. Woziliśmy towar nawet do mazowieckiego, tak nam szły te nasze flaszeczki. Ale Wójt jak to Wójt wyniuchał naszą działalność, doszły też do niego wieści, że wiedzie nam się całkiem nieźle, no to zarządził łapankę na bimbrowników. Na szczęście doszły do nas słuchy, że Wójt pakuje do więzienia ludzi nawet luźno powiązanych z pędzeniem, dlatego uciekliśmy z rodzinami do Przemyśla. W Przemyślu przebranżowiliśmy się totalnie. Ja zacząłem pracę jako kierowca busa dowożącego ludzi z pobliskich wiosek do miasta, Józek, ten obok mnie, zaczął robić w piekarni, a Bolek, ten obok Józka, zajmował się oczyszczaniem rzeki San i rzeczami powiązanymi z oczyszczalniami. Ten Przemyśl to całkiem niezły pomysł był, ale z czasem tęsknota zawładnęła naszymi myślami, tęsknota za Krzakami właśnie, dlatego, na wspólnej imprezie, gdzie spotkaliśmy się z żonami we trójkę, postanowiliśmy wrócić. I to jest największy błąd mego, właściwie, powiem w imieniu kolegów - naszego życia. Bo od razu po tym, jak wylądowaliśmy w naszej wiosce, zostaliśmy aresztowani.
- Ech, rzeczywiście trudny los was spotkał, dlatego napijmy się!
Chlusnęliśmy w gardła, a Szlauf dalej dokazywał, ale już nikt go nie rozumiał, bo zaczął mówić w języku mongolskim.
Tymczasem sięgnąłem po składaną łopatę, złożyłem ją i próbowałem rozbić cienką warstwę betonu pod dywanem. Po paru stuknięciach, wparował do nas Gad, prosząc, aby ciszej, bo usłyszy dyrektor, a wówczas będzie przechlapane. Gad ten nazywał się Michał Współpracowski, co warto zapamiętać, bo jego historia połączona zostanie w jakiś sposób z moją.
Cichutko, ale skutecznie uderzałem, by skruszyć beton i po piętnastu minutach udało się. Zobaczyłem czarną ziemię, i od razu wbiłem w nią sztych. Wykopałem sporych rozmiarów dół. Jeden problem zaprzątał wówczas moją głowe: co zrobić z wykopaną ziemią? W pierwszym odruchu pomyślałem o toalecie, lecz ta zapchałaby się niechybnie.
Szlauf, mimo ża zalany w trupa, rzekł:
- Trzeba prędko dokopać się do kanału, który jest dokładnie pod nami, wtedy wpieprzymy wykopaną ziemię do kanału...
Na początku uznałem to za pijacki bełkot, lecz po chwili uznałem, że co szkodzi sprawdzić, czy rzeczywiście jest pod nami jakiś kanał. Zacząłem kopać, potem wąsacze, potem znów ja, a góra ziemi sięgała prawie sufitu. I nagle poczułem stalowy element. Czy to jest ten kanał, o którym mówił Szlauf? Na szczęście po paru uderzeniach sztychem ujrzałem odkształcenia, co świadczyło o tym, że ściana nie jest gruba. Walnąłem trzy razy potężnie, aż zapukał Gad, Michał Współpracowski, i przez lufcik tylko krzyknął:
- Ciszej tam!
Mym oczom natomiast ukazała się dziura. Zajrzałem tam, i aż mnie zatkało. Szlauf miał rację, dokopaliśmy się do kanału. Wąsacze pomogli w powiększeniu dziury i natychmiast wsypywaliśmy do wewnątrz ziemię, lecz umiejętnie i z uwagą, by ziemia nie zatkała nam wejścia do środka.
Kiedy pozbyliśmy się góry sięgającej sufitu, w celu przykrycia dziury postawiliśmy deskę wyciętą z pionowego elementu łóżka, na nią wsypaliśmy resztki ziemi, uklepaliśmy i dopiero na to dywan. Cela wyglądała wzorowo. Tylko butelki świadczyły o tym, że coś w naszej celi śmierdzi i to potężnie.
Piliśmy równo całą noc, i cały następny dzień. Rankiem wpadł do nas Michał i powiedział, że jutro zaczyna zmianę inny gad, żeby z nim pod żadnym pozorem nie wchodzić w interesy, bo on jest nie do złamania i tak wierny zasadom, że szkoda gadać. Mieliśmy się wstrzymać z wszelką działalnością na tydzień, bo właśnie dopiero po tygodniu miał wrócić nasz dobry kumpel Michał Współpracowski. Pozbyliśmy się szybko butelek, dając je wszystkie w ręce Michała, mieliśmy też nadzieję, iż nikt nie odkryje wykopaliska pod dywanem. Natomiast złożoną łopatę włożyliśmy do muszli klozetowej, wpychając ją tak daleko, by nie wystawał ani koniuszek. Istniała możliwość, że wir spuszczanej wody mógł ją ze soba zabrac, na szczęście to nie miało miejsca.
Nadszedł złowrogi tydzień. Nowe gadzisko co rusz organizowało nam zbiórki, podczas których patrzył nam głęboko w oczy, i mierzył linijką, czy szereg jaki utworzyliśmy jest równy, czy lekko odstaje od linii. Robił nam również rewizje, tak zwany kipisz, gdzie wszystko fruwało w powietrzu, łóżka były wywracane, szafki opróżniane.
Pewnego dnia zauważył, że jedno z łóżek pozbawione jest pionowej drewnianej deski, umieszczonej wcześniej tam, gdzie zwykle śpiący ma głowę. Oczywiście wszyscy my wiedzieliśmy, że rzeczona deska tkwi pod dywanem, ale udawaliśmy głupa.
- I co tak milczycie do cholery! - darł się gad.
- Bo, proszę pana, my nie wiemy gdzie jest element, którego pan łaskawie szuka - rzekł jeden z wąsaczy.
- No właśnie - dodał Szlauf.
- W rzeczy samej - potwierdziłem.
Gad poczerwieniał ze złości i na odchodnym huknął:
- Jeśli ja kiedyś u was znajdę ową deskę, pójdziecie do izolatki na pieprzony miesiąc! Czy to jest jasne!
- Tak, panie gadzie - zagrzmiał nasz chóralny głos.
Z poczuciem ulgi doprowadzaliśmy rozwaloną celę do ładu. Najważniejsze, że nie zajrzał pod dywan.
Gdy weszliśmy do pomieszczenia, w którym przyjmował notariusz, poczułem ulgę wynikającą z faktu, że nie muszę patrzeć na złowrogą twarzyczkę pani sprzedającej.
Na stole zauważyłem dzwoneczek, więc nadusiłem go parę razy. Po chwili przyszedł notariusz.
- W czym mogę służyć? - zapytał siląc się na grzeczność notariusz.
- Czy jest pan notariuszem? - zapytałem dla pewności.
- Oczywiście. Nazywam się Jan Chrumczewski, notariusz.
- Bo widzi pan, mam nietypową prośbę polegającą na tym, aby wystawił pan kilka bardzo ważnych dokumentów.
- Jak ważne mają być owe dokumenty?
- Strasznie ważne - huknąłem głośno.
Pan Jan wskazał ręką na krzesła, więc usiedliśmy. Wyciągnął z szuflady jakieś papiery, które przeglądał uważnie, po czym oświadczył rzeczowo:
- Będzie to sporo pana kosztować.
- No cóż. Myślę, że jestem przygotowany na to - rzekłem zachowując pewność siebie.
- No to do rzeczy. Jakie dokumenta mam wystawić?
- Dziesięć immunitetów poselskich - zagrzmiałem jak z ambony.
Pan Chrumczewski spadł z krzesła i długo nie podnosił się z dywanu. Dopiero po minucie odzyskał pion i usiadł, jak przystało na kulturalnego człowieka.
- Przepraszam bardzo, czy mógłby pan powtórzyć? - zachrypiał cicho notariusz.
- Dziesięć immunitetów poselskich.
Urzędnik ponownie fiknął orła, lecz szybko się pozbierał i powiedział drżącym głosem:
- Ale proszę pana, to są duże pieniądze, bo to duże ryzyko, wie pan...
- Jak duże pieniądze?
- No, myślę, że pięćdziesiąt złotych za sztukę.
Spojrzałem na Lutego, Luty na mnie. Jeśli dla notariusza pięć dych za wystawienie immunitetu poselskiego to dużo, to ja nie mam pytań - pomyślałem.
- W takim razie jesteśmy dogadani - rzekłem chłodnym, biznesowym tonem.
Kiedy zerknął do internetu, jak wygląda przykładowy "papier", zabrał się ochoczo do pracy.
Kwadrans nie minął, a na blacie stołu leżały immunitety.
- Należy się pięćset złociszy polskich - oświadczył uśmiechnięty od ucha do ucha pan Jan.
Gdy wyjmowałem z portfela banknoty, notariuszowi zaiskrzyły oczy, a dłonie przeobraziły się na jedną małą chwilkę w łapska jakiegoś potwora.
- Oto pieniążki.
Pan Jan Chrumczewski błyskawicznym ruchem zainkasował rzeczoną sumkę, pakując ją histerycznym ruchem do kieszeni.
- No, to ja już lecę, mam zebranie w gminie, żegnam żegnam, hej hej sokoły!
I tyle go widzieliśmy. Dokumenty natomiast wyglądały solidnie, prawdziwie, rzekłbym: prawilnie. Wychodząc z budynku, w którym przyjmował notariusz, zobaczyłem ekspedientkę, siedzącą na ławce przed swoim sklepem. Zmierzyłem ją wzrokiem, co chyba ją deczko rozjuszyło, albowiem babsztyl ruszył na mnie z kopyta.
I już jej piącha leciała w stronę mojego nosa, ale czujny Luty w porę pokazał papier sprokurowany przed chwilunią. Baba oniemiała. Natychmiast wycofała wyciągniętą rękę, i spokorniała do tego stopnia, że aż zaproponowała nam jakiś dowolny produkt ze swego spożywczaka, oczywiście za darmola.
- Nie, dziękujemy - powiedziałem wyniośle.
- Nawet szyneczki świeżej, ani jajek od zielononóżek?
- Niet - zagrzmiał Luty, a spłoszona baba uciekła do sklepu.
Takim to sposobem sprawdziliśmy legitność immunitetu. Zadowoleni i dumni, wsiedliśmy do wozu. Luty odpalił silnik i pojechali.
Jechało się fajnie, w końcu osiągnęliśmy sukces, a pozostałe immunitety powędrują do ludzi pragnących budować ze mną opozycyjne struktury - myślałem.
- I co, Luty, przekonałeś się do mnie? Zasilisz szeregi opozycji?
- No wiesz, z takim dokumentem grzechem byłoby odmówić. Sam widziałeś, jak ta sama babka co rzuciła cię w krzaki, uciekała w popłochu gdy zobaczyła immunitet. Ten papier ma moc.
Zajechaliśmy do wsi cichaczem, aby żaden wieśniak nas nie zobaczył. Należy pamiętać o tym, że wciąż byłem więźniem, osobą, która poprzez ucieczkę z więzienia, podkopała autorytet władzy.
Pożegnawszy się z Lutym poszedłem do domu Blaszków. Na szczęście nie spotkałem na swej drodze ani Dozorcy, ani Policjanta, ani nikogo. Chociaż z drugiej strony właśnie chciałem ich spotkać, i zobaczyć ich reakcję na świeży immunitet poselski.
Kolejny dzień przyniósł wiele akcji, reakcji oraz konfrontacji. Był to słoneczny, lutowy dzień, bez śniegu, za to mroźny i wietrzny.
Nie spałem dobrze, ponieważ obok mnie leżał jęczący Józek Kółko. Nie mogliśmy go przecież puścić do domu z taką raną, dlatego postanowiliśmy, aby został w domu Blaszków.
Wąsacze szybko doszli do porozumienia, i ani poszkodowany Kółko, ani zazdrośnik Blaszka nie nosili w sobie złości.
Wstałem rano i przemyłem twarz wodą. Myślałem że spotkam Lucynę, ale jak zwykle ta wstała najwcześniej i pojechała do Przemyśla.
Kiedy zjadłem śniadanie, zrobiłem jedzenie Józkowi, ale ten stanowczo odmówił. Wzruszyłem więc ramionami i poszedłem na wieś.
Szedłem w kierunku centrum wsi, czyli tam, gdzie wokół stawu tętni życie. Mijałem drzewa o nagich gałęziach. Próbowałem sobie te gałęzie przedstawić w dobrym świetle, natomiast nie potrafiłem. One nie były brzydkie, lecz trzeba przyznać, że na którymś tam poziomie obserwacji łączyły się ze zgrozą i właśnie ten fakt wpływał na postrzeganie zimowych drzew w takich a nie innych kategoriach.
Szedłem. Pełen dumy, pychy i antycypacji o jasnym odcieniu. Głowę miałem uniesioną, pogodną twarz i duszę radosną.
Mijając słup z ogłoszeniami, zobaczyłem zdjęcie wąsaczy, Szlaufa i moje z podpisem: POSZUKIWANI. Uśmiechnąłem się w duchu, ponieważ wyczułem dłonią skrawek papieru spoczywający na dnie kieszeni.
Kiedy znalazłem się w pobliżu stawu, po lewej ręce mijałem kościół, i właśnie w tej chwili, zza krzaków wystrzelił Dozorca, pan Andrzej Baszakaszawasza.
- Hola hola, gdzie panu tak spieszno, drogi uciekinierze?
- Tak jak każdy mieszkaniec, mam prawo do swobodnego przemieszczania się na terenie wsi - rzekłem z niebywałym spokojem w głosie.
- Otóź nie! - grzmotnął Dozorca. - Jesteś pan zwykłym przestępcą, który w dodatku zwiał z więzienia, dlatego szykuj się pan na następną rozprawę, gdzie sędzia przyklepie panu dożywotkę, hahaha!
Wyciągnąłem wówczas papier i wręczyłem go panu Andrzejowi.
Ten cały czas śmiał się, lecz śmiech ten gasnął w oczach.
- C... co to ma b... być? - jąkał się Dozorca.