Wstęp /
Cała gospodarka światowa przechodzi okres spowolnienia. W centrum systemu, tempa wzrostu gospodarek Stanów Zjednoczonych, Europy i Japonii maleją od dziesięcioleci. W pierwszej dekadzie obecnego stulecia ich udziałem stały się najniższe stopy wzrostu gospodarczego od lat 30. XX w., a początek nowego dziesięciolecia wcale nie przedstawia się lepiej. Słowo, którego ekonomiści używają na określenie tego zjawiska, to stagnacja. Dla zwykłych ludzi oznacza ona zmniejszenie płac realnych, masowe bezrobocie, poważny kryzys budżetowy sektora publicznego, rosnące nierówności oraz ogólny i niekiedy ostry spadek jakości życia. Stagnacja jest przyczyną wszelkiego rodzaju kryzysów społecznych i politycznych, a to właśnie one - i ich konsekwencje - okażą się prawdopodobnie czynnikami kształtującymi przyszłe pokolenia. Przeważająca większość populacji - z wyłączeniem wielkich wygranych na szczycie - odczuwa to jako kryzys bez końca (ang. endless crisis). "Problem z normalnością na tym polega", jak mówi nam piosenkarz i autor Bruce Cockburn, "że jest coraz gorzej".
Wielki Kryzys Finansowy lat 2007-2009 był sam w sobie związany z tym spowolnieniem w "gospodarce realnej", nazywanym przez niektórych "Wielką Stagnacją". W ostatnich latach gospodarka Chin oraz kilka gospodarek wschodzących kontynuowały wzrost, jednak także te kraje nie są odporne na ogólny kryzys i wykazują oznaki osłabienia i rosnącej niestabilności. W coraz bardziej zglobalizowanej gospodarce losy składających się na nią krajów są ze sobą w rosnącym stopniu powiązane.
Choć jednak wśród liderów biznesu i decydentów, nie wspominając o zwykłych ludziach, rośnie skala uznania stagnacji gospodarczej jako stanu współczesnego kapitalizmu, istnieje niewiele wyjaśnień takiej sytuacji. Kon-wencjonalna ekonomia, która najpierw sprzyjała deregulacji rynków finansowych, by następnie przespać krach finansowy, mimo posiadania pewnych spostrzeżeń nie okazała się do tego zadania przydatna. Niczym skoczek, kurczowo ściskający w dłoni linkę wyzwalającą spadochronu podczas pierwszego w życiu skoku, większość ekonomistów uczepiła się przekonania, że naturalnym stanem kapitalizmu jest pełne zatrudnienie i dynamiczny wzrost gospodarczy, w związku z czym rynek, koniec końców, w magiczny sposób zadziała.
My natomiast będziemy dowodzić, że mamy do czynienia z kryzysem bez końca, ponieważ wynika on nieuchronnie z funkcjonowania, jak go określamy, kapitału monopolistyczno-finansowego. Biorąc pod uwagę wewnętrzną logikę systemu oraz istniejący zakres prawnie usankcjonowanego, możliwego do zaakceptowania przez biznes pola manewru decydentów, nie ma podstaw, by oczekiwać istotnego i trwałego przyspieszenia tempa wzrostu. Normalnym stanem dojrzałej gospodarki kapitalistycznej, zdominowanej przez kilka gigantycznych korporacji monopolistycznych, jest zatem stagnacja. Stan ten utrzymywał się przez prawie sto lat (jeśli nie dłużej), a Wielki Kryzys lat 30. XX w. stanowi przygnębiający tego przykład. Przez kolejne dziesięciolecia szereg mechanizmów - głównie za sprawą działań rządu - umożliwił systemowi przezwyciężenie stagnacji i zapewnienie wzrostu gospodarczego. Jednak mechanizmy te wykazywały skłonność do powodowania szkodliwych skutków ubocznych, w związku z czym ich przydatność uległa erozji lub została ostatecznie podważona. Najważniejszym - i najnowszym - z tego typu mechanizmów był ogromny wzrost zadłużenia w latach 1980-2008, który wsparł gospodarkę, lecz był nie do utrzymania i ostatecznie doprowadził do Wielkiego Kryzysu Finansowego. Czynniki, które wywołują stagnację, są dzisiaj bardziej znaczące i w dodatku zglobalizowane, w związku z czym przyszłość gospodarki rysuje się w ciemnych barwach.
Nie jest naszym zamiarem stworzenie polemiki lub manifestu. Cel jest raczej bardziej ambitny, a jednocześnie skromniejszy: przedstawienie spójnego, opartego na danych, wyjaśnienia stagnacji i wytłumaczenie dlaczego stanowi ona kryzys bez końca. Chociaż jesteśmy przekonani, że fakty zdecydowanie wskazują na jeden kierunek polityczny - jeżeli ludzie zechcą wydostać się ze spirali stagnacji i rosnącej nędzy, będzie to wymagało radykalnej zmiany systemu gospodarczego - nie ma papierka lakmusowego wskazującego, kto może przeczytać tę książkę. Naszą intencją jest, by była ona przydatna dla każdego, bez względu na pochodzenie lub poglądy polityczne, kto chce zrozumieć coś, co może być centralnym problemem ekonomii politycznej naszych czasów. Chcemy uczynić wszystko, co w naszej mocy, aby zachęcić do szerokiej debaty publicznej na ten temat, a następnie - uczestniczyć w tej debacie. W przypadku kryzysu tych rozmiarów, na pokładzie potrzebne są wszystkie ręce.
Chociaż książka powstała w latach 2009-2012, jest rezultatem dyskusji, które toczymy od ponad 30 lat, a badania na tym obszarze obaj prowadzimy przez całe nasze kariery naukowe. Rozdziały książki pierwotnie ukazały się w czasopiśmie Monthly Review, miesięczniku redagowanym przez Johna Bellamy'ego Fostera, do którego często pisuje (i który przez pewien czas współredagował) Robert W. McChesney.
Nasze podziękowania należą się licznemu gronu osób, których pomoc była zasadnicza dla powstania książki. Chcielibyśmy przede wszystkim podkreślić istotny wkład R. Jamila Jonny. Prowadząc badania i pisząc trzy artykuły, które stanowią trzeci, czwarty i piąty rozdział książki, szybko zdaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy pomocy przy gromadzeniu danych i ich wykorzystaniu w celu przygotowania wykresów i tabel. Jamil, który jest administratorem serwisu internetowego Monthly Review oraz specjalizującym się w badaniach z zakresu ekonomii politycznej doktorantem na Uniwersytecie Oregonu, wykonał tak nadzwyczajną pracę, że został współautorem wspomnianych trzech artykułów. W każdym z tych rozdziałów zaznaczono wkład, jaki wniósł R. Jamil Jonna, chociaż - podobnie jak w przypadku całej książki - odpowiedzialność za ogólną koncepcję i zawartą w nich analizę spoczywa na nas.
Wiele innych osób odegrało kluczową dla powstania niniejszej rozprawy rolę. Fred Magdoff pomógł przy każdym rozdziale, a zwłaszcza w opracowaniu wykresów we "Wprowadzeniu" oraz w rozdziale szóstym. John Mage jako pierwszy zasugerował napisanie tej książki w oparciu o prowadzone przez nas prace (część większego projektu) i jesteśmy jego dłużnikami w zakresie inspiracji i rady, którymi nam służył, a jego głębokie wyczucie sfinansjeryzowanej akumulacji było dla nas wielką pomocą. William E. Foster, docierając do kluczowych materiałów, pomógł nam przy analizach zaprezentowanych w rozdziale piątym i szóstym. Hannah Holleman, jako asystentka badawcza Monthly Review, pomogła w przeprowadzeniu badań sprawdzając fakty i robiąc korektę prawie każdego rozdziału. Ryan Wishart również pomógł przy korekcie niektórych rozdziałów oraz dostarczając niezbędne nam materiały.
Spencer Sunshine i Susie Day, jako redaktorzy językowi Monthly Review w czasie, gdy powstawała książka, dokonali wstępnej redakcji i często zgłaszali konkretne uwagi, które pozytywnie wpłynęły na jej treść. Wiele z przystępności Kryzysu bez końca, mimo trudności podejmowanego zagadnienia, jest rezultatem ich niezrównanych umiejętności redakcyjnych.
Martin Paddio, Michael D. Yates, John J. Simon, Brett Clark, Scott Borchert i Yoshie Furuhashi z Monthly Review byli pomocni na zbyt wiele sposobów, by wymienić je wszystkie. Niewyczerpanym źródłem wsparcia była dla nas Martha Sweezy.
Jesteśmy również wdzięczni znakomitej liczbie heterodoksyjnych ekonomistów politycznych oraz krytycznym uczonym, z którymi łączyła nas wymiana myśli i/lub od których czerpaliśmy inspirację w tym okresie. Na wspomnienie zasługują w szczególności: Gar Alperovitz, Elmar Altvater, Samir Amin, Beatrice Appay, Amiya Kumar Bagchi, Riccardo Bellofiore, Walden Bello, Michael A. Bernstein, Robert A. Blecker, Daniel Buck, Paul Buhle, Paul Burkett, Val Burris, William K. Carroll, John Cassidy, Sundiata Cha-Jua, Anita Chan, Ha-Joon Chang, Vivek Chibber, Lim Chin, Noam Chomsky, Keith Cowling, Herman Daly, Mike Davis, Michael Dawson, Doug Dowd, Michael Dreiling, Richard B. Du Boff, Larry Elliott, Gérard Duménil, John W. Farley, Thomas Ferguson, Nancy Folbre, Duncan Foley, James K. Galbraith, Susan George, Jayati Ghosh, Sam Gindin, Cy Gonick, Joseph Halevi, E. K. Hunt, Martin Hart-Landsberg, David Harvey, Doug Henwood, Edward S. Herman, Andrew Higginbottom, Makoto Itoh, Fredric Jameson, Steve Keen, Naomi Klein, Gabriel Kolko, Joyce Kolko, David M. Kotz, Greta R. Krippner, Paul Krugman, Mark Lautzenheiser, Michael A. Lebowitz, Kari Polanyi Levitt, Dominique Lévy, Minqi Li, Michael Lim Mah-Hui, Bill Lucarelli, Joel Magnuson, Jerry Mander, István Mészáros, Branko Milanovic, Bill Moyers, Alan Nasser, John Nichols, Leo Panitch, Robert Pollin, Nomi Prins, Prabhat Patnaik, Thomas I. Palley, Michael Perelman, James Petras, Christos N. Pitelis, William I. Robinson, Allen Ruff, Juliet B. Schor, Nina Shapiro, Howard J. Sherman, John Smith, Eric A. Schutz, Roger Sugden, William K. Tabb, Jan Toporowski, Yanis Varoufakis, Ramaa Vasudevan, Henry Veltmeyer, Richard Walker, Immanuel Wallerstein, Mel Watkins, Edward N. Wolff, Richard York, Robert F. Young i Michael Zweig. Większość z wyżej wymienionych osób to nasi przyjaciele, części nigdy nie było nam dane poznać, z niektórymi dzielą nas silne różnice. Jednak wszyscy odegrali fundamentalną dla naszego sposobu myślenia rolę.
Obaj mamy szczęście mieć za życiowe partnerki krytyczne intelektualistki, w takim samym jak my stopniu oddane sprawie społecznej zmiany, z którymi nieustannie omawialiśmy idee zawarte w tej książce. Nasze bezgraniczne wyrazy wdzięczności kierujemy do Carrie Ann Naumoff i Inger L. Stole.
Książkę tę chcielibyśmy zadedykować pamięci naszych przyjaciół, Harry'ego Magdoffa i Paula Sweezy'ego.
John Bellamy Foster i Robert W. McChesney
kwiecień 2012 r.
Wprowadzenie /
Mamy [w Anglii], od 1876 r., przewlekły stan stagnacji we wszystkich głównych gałęziach przemysłu. Ani nie przyjdzie pełny krach, ani też nie nastąpi okres upragnionego rozkwitu, do którego zwykliśmy być, przed i po załamaniu, uprawnieni. Monotonny kryzys, chroniczny nadmiar na wszystkich rynkach, we wszystkich transakcjach, oto w czym żyjemy od bez mała dziesięciu lat. Jak to jest?
Fryderyk Engels1
Wielki Kryzys Finansowy i Wielka Recesja narodziły się w Stanach Zjednoczonych w 2007 r. i szybko rozprzestrzeniły na całym świecie, prowadząc do czegoś, co wydaje się być punktem zwrotnym w historii świata. Chociaż w ciągu dwóch lat nastąpiła faza ożywienia, po sześciu latach od rozpoczęcia kryzysu gospodarka światowa wciąż tkwi w depresji. W Stanach Zjednoczonych, Europie i Japonii utrzymuje się stan powolnego wzrostu, wysokiego bezrobocia i niestabilności finansowej, czemu towarzyszy nieustanne pojawianie się nowych wstrząsów gospodarczych, których skutki rozlewają się po całym świecie. Z perspektywy wzrostu gospodarczego, jedynym jasnym punktem w gospodarce światowej była z pozoru niepowstrzymana ekspansja kilku gospodarek wschodzących, w szczególności Chin. Jednak w chwili obecnej możliwość utrzymania stabilności Chin również stoi pod znakiem zapytania. Stąd powszechna zgoda wśród dobrze poinformowanych analityków gospodarczych, że światowej gospodarce kapitalistycznej grozi długotrwała stagnacja gospodarcza (dodatkowo komplikowana przez perspektywę dalszego finansowego delewarowania), określana niekiedy mianem problemu "straconych dekad"2. To właśnie ten problem - stagnacji gospodarki kapitalistycznej - bardziej nawet niż kwestia kryzysu finansowego czy recesji, urósł obecnie do rangi wielkiego pytania w skali globalnej.
W Stanach Zjednoczonych nietrudno znaleźć drastyczne przykłady przejścia od kryzysu finansowego do stagnacji gospodarczej. Ben Bernanke, przewodniczący Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej, rozpoczął wygłoszone w 2011 r. w Jackson Hole w stanie Wyoming przemówienie, zatytułowane "The Near- and Longer-Term Prospects for the U.S. Economy" ("Krótko- i długoterminowe perspektywy dla gospodarki amerykańskiej"), słowami: "Kryzys finansowy i późniejsze powolne ożywienie skłoniły niektórych do zadania pytania, czy Stany Zjednoczone (...) nie stoją obecnie w obliczu przedłużającego się okresu stagnacji, niezależnie od dokonywanych wyborów publicznych. Czy bardzo powolne tempo wzrostu gospodarczego w kilku ostatnich latach, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz również w wielu innych rozwiniętych gospodarkach, może płynnie przeistoczyć się w coś znacznie bardziej długotrwałego?". Bernanke odpowiedział, że uważa taki rozwój sytuacji za mało prawdopodobny, jeżeli tylko zostaną podjęte właściwe działania: "Niezależnie od poważnych trudności, z jakimi obecnie się borykamy, nie spodziewam się, by długookresowy potencjał wzrostu gospodarki amerykańskiej miał zostać istotnie naruszony przez kryzys i recesję jeśli - i podkreślam: jeśli - nasz kraj podejmie niezbędne kroki w celu uniknięcia takiego rozwoju wydarzeń". Ktoś mógłby oczywiście spodziewać się, że po takiej deklaracji padnie jednoznaczne oświadczenie, czym są te "konieczne kroki". Tego jednak w analizie Bernankego zabrakło, a najważniejszą konkluzją okazało się po prostu stwierdzenie, że kraj musi doprowadzić swój ład fiskalny do porządku3.
Robert E. Hall, podówczas prezes Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego (American Economic Association, AEA), w styczniu 2011 r., w zatytułowanym "The Long Slump" ("Długie załamanie") przemówieniu do członków AEA zaprezentował inne podejście. "Załamanie", jak definiuje je Hall, to okres bezrobocia powyżej normalnego poziomu, rozpoczynający się wraz z ostrym skurczeniem gospodarki i trwający do momentu, gdy zostanie przywrócony normalny poziom zatrudnienia. "Najgorszym załamaniem w historii USA", stwierdził Hall, był "Wielki Kryzys, w czasie trwania którego gospodarka kurczyła się w latach 1929-1933 i nie była w stanie wrócić do normalnego poziomu aż do przedednia II wojny światowej". Hall określił czas długotrwałego powolnego wzrostu, w pułapce którego znajduje się obecnie gospodarka USA, mianem Wielkiego Załamania (ang. Great Slump). Zwrócił przy tym uwagę, iż wobec rządu najwyraźniej niezdolnego do zapewnienia gospodarce potrzebnego jej bodźca, nie widać drogi wyjścia: "Załamanie może trwać wiele lat"4.
W czerwcu 2010 r. Paul Krugman napisał, że gospodarki rozwinięte przechodzą obecnie, jak to ujął, Trzeci Kryzys (dwa pierwsze to Długi Kryzys po Panice roku 1873 r. oraz Wielki Kryzys lat 30. XX w.). Cechą charakterystyczną tego typu kryzysów nie jest właściwy dołkowi cyklu koniunkturalnego ujemny wzrost gospodarczy, lecz raczej przewlekły powolny wzrost, gdy ożywienie gospodarcze już się rozpoczęło. W tak długiej, rozciągniętej w czasie fazie ożywienia, "epizody poprawy nigdy nie wystarczały, by naprawić szkody wynikające z początkowego załamania, a także następowały po nich nawroty". W listopadzie 2011 r. Krugman odniósł się do "powrotu stagnacji sekularnej", wskrzeszając hipotezę stagnacji sekularnej od lat 30. do początku lat 50. XX w. (choć w tym przypadku, zdaniem Krugmana, wywołujące stagnację nadmierne oszczędności są globalne, a nie krajowe)5.
Na temat stagnacji ukazywały się także książki. W 2011 r. Tyler Cowen opublikował The Great Stagnation (Wielką Stagnację), która szybko została bestsellerem. Według Cowena, gospodarkę amerykańską charakteryzuje "trwająca wiele dziesięcioleci stagnacja (...). Nawet przed nadejściem kryzysu finansowego, w ostatniej dekadzie, nie powstawały nowe miejsca pracy netto (...). Na całym świecie liczne, dotychczas zamożne kraje, od pewnego czasu dzielą wspólną cechę: od ok. 1970 r. ich tempa wzrostu gospodarczego uległy spowolnieniu"6. Skoro więc pełzająca stagnacja jest od pewnego czasu problemem USA i innych gospodarek rozwiniętych, Thomas Palley, w swojej wydanej w 2012 r. książce From Financial Crisis to Stagnation (Od kryzysu finansowego do stagnacji), postrzega obecną Wielką Stagnację jako samą w sobie wywołaną przez poprzedzający ją Wielki Kryzys Finansowy i jako będącą wyrazem porażki neoliberalnej polityki gospodarczej7.
Tego typu obawy, ze względu na równie ślimacze tempo wzrostu gospodarczego w Japonii i Europie, nie są ograniczone wyłącznie do Stanów Zjednoczonych. Christine Lagarde, dyrektor zarządzający Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), wygłosiła we wrześniu 2011 r. w Wa-szyngtonie przemówienie, w którym stwierdziła, że gospodarka światowa "weszła w niebezpieczną nową fazę kryzysu (...). Wzrost gospodarczy na świecie ogólnie rzecz ujmując nie ustaje, jednak zwalnia", przyjmując formę "anemicznego i wyboistego ożywienia". Kluczowa dla tej niebezpiecznej nowej fazy kryzysu była "niestabilność rdzenia" lub inaczej osłabienie w Triadzie - Ameryce Północnej, Europie i Japonii - wraz z nieustannymi nierównowagami finansowymi "podkopującymi wzrost". Poważnym zmartwieniem dla całej gospodarki światowej była możliwość wystąpienia kolejnej "straconej dekady". W listopadzie 2011 r. Lagarde wyróżniła natomiast Chiny raczej jako potencjalnie najsłabsze ogniwo w światowym systemie gospodarczym, niż stałą przeciwwagę dla globalnej stagnacji gospodarczej8.
Na wykresie W.1. widać, że te rosnące obawy związane ze spowolnieniem bogatych gospodarek Triady mają realne podstawy nie tylko w rozwoju sytuacji na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, ale także w długookresowych trendach począwszy od lat 60. XX w. Wykres pokazuje malejące tempa wzrostu PKB (w cenach stałych) gospodarek Triady w poszczególnych dekadach od lat 60. XX w. do chwili obecnej. Chociaż spowolnienia były najostrzejsze w Japonii i Europie, Stany Zjednoczone także doświadczyły ogromnego spadku tempa wzrostu gospodarczego od końca lat 60. XX w., i mimo poważnych bodźców, jakich dostarczał wzrost wydatków zbrojeniowych, bańki finansowe, rosnące koszty sprzedaży (ang. sales effort) oraz nieustanne wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji dolara amerykańskiego jako waluty hegemonicznej, nie były w stanie odzyskać tempa wzrostu na poziomie wcześniejszego trendu. Pęknięcie giełdowej bańki internetowej w 2000 r. poważnie osłabiło gospodarkę Stanów Zjednoczonych, którą od dużo większej katastrofy ocaliło jedynie szybkie powstanie na jej miejscu bańki na rynku nieruchomości. Pęknięcie tej ostatniej, w czasie Wielkiego Kryzysu Finansowego lat 2007-2009, wyniosło na światło dzienne warunki leżące u podstaw stagnacji.
Wykres W.1. Średnie roczne tempo wzrostu PKB w cenach stałych w Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej i Japonii (w %)
Źródło: Dane dla Stanów Zjednoczonych pochodzą z Biura Analiz Gospo-darczych Departamentu Handlu, z sekcji Rachunki dochodu i produktu narodowego, tabela 1.1.1., Zmiana procentowa produktu krajowego brutto w cenach stałych względem okresu poprzedniego, www.bea.gov/national/nipaweb; Dane dla Japonii i Unii Europejskiej pochodzą z bazy danych Banku Światowego, www.databank.worldbank.org.
To zatem długotrwałe spowolnienie gospodarcze, jak pokazuje wykres W.1., poprzedziło kryzys finansowy. W przypadku Stanów Zjednoczonych tempo wzrostu w latach 1970-1979 (nieznacznie wyższe niż w dwóch kolejnych dekadach) było o 27% mniejsze niż w latach 1960-1969. W latach 2000-2011 tempo wzrostu było o 63% niższe niż w latach 1960-19699. Właśnie ta fundamentalna skłonność do stagnacji, jak będziemy dowodzić w niniejszej książce, legła u podstaw tak silnego uzależnienia gospodarki od finansjeryzacji, czyli od kilkudziesięcioletniej serii coraz większych finansowych baniek spekulacyjnych10. W rzeczywistości narodziło się obecnie niebezpieczne sprzężenie zwrotne pomiędzy stagnacją i bańkami finansowymi, odzwierciedlające fakt, iż stagnacja i finansjeryzacja są zjawiskami w coraz większym stopniu współzależnymi. Problem ten określamy w książce mianem pułapki stagnacji-finansjeryzacji (ang. stagnation-financialization trap).
Wypieranie historii
Chociaż tendencja do stagnacji lub długiego okresu anemicznego wzrostu jest w coraz większym stopniu uznawana za istotny problem nawet w obrębie głównego nurtu ekonomii, w kręgach establishmentu wciąż brakuje szerokiego historycznego i teoretycznego zrozumienia tego zagadnienia i jego związku z rozwojem kapitalizmu. W naszym przekonaniu, powodów tego można doszukiwać się w tym, iż neoklasyczni ekonomiści oraz główny nurt nauk społecznych już dawno w ogóle porzucili jakąkolwiek znaczącą analizę historyczną. Ich abstrakcyjne modele, ukierunkowane bardziej na legitymizację systemu niż na zrozumienie praw jego dynamiki, stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości - skonstruowane wokół tak nierealnych założeń jak doskonała i czysta konkurencja, doskonała informacja, doskonała racjonalność (lub racjonalne oczekiwania) czy hipoteza rynku efektywnego. Opracowane na podstawie tych wyrafinowanych konstrukcji eleganckie modele matematyczne często mają więcej wspólnego z pięknem, w znaczeniu idealnej doskonałości, niż z niechlujnym światem materialnej rzeczywistości. Ich ustalenia są zatem mniej więcej tak istotne z punktu widzenia dzisiejszych realiów, jak dla średniowiecznej rzeczywistości kluczowe były dyskusje na temat liczby aniołów, które mogą zmieścić się na główce od szpilki. Jest to ekonomia, która poszła drogą bezkompromisowego idealizmu, całkowicie pozbawioną warunków materialnych. Jak to ujął Krugman: "zawód ekonomisty pobłądził, ponieważ ekonomiści jako grupa pomylili odziane w imponująco wyglądającą matematykę piękno z prawdą"11.
John Kenneth Galbraith w Ekonomii niewinnego oszustwa12 jeszcze bardziej zdecydowanie potępił dominujący nurt nauk ekonomicznych i społecznych argumentując, iż w ostatnich dekadach samemu systemowi w oszukańczy sposób "zmieniono nazwę" z kapitalizmu na "system rynkowy". Zaletą tego ostatniego terminu, z punktu widzenia establishmentu, jest fakt, iż: "Nie było w nim żadnej negatywnej historii, w gruncie rzeczy wcale nie było historii. Rzeczywiście trudno znaleźć określenie bardziej pozbawione znaczenia - oto przyczyna tego wyboru. (...) Tak więc to o systemie rynkowym nauczamy młodych. (...) W ten sposób nie dominuje żadna jednostka ani żadna firma. Nie wspomina się o żadnej ekonomicznej sile. Nie ma tu nic z Marksa ani Engelsa. Jest tylko bezosobowy rynek - nie całkiem niewinne oszustwo". Wraz z tym, "[o]kreślenie kapitalizm monopolistyczny, ongiś w powszechnym użyciu", oskarżał Galbraith, "zostało wyrzucone z leksykonu akademickiego i politycznego". Najgorzej jednak, iż przez to oszukańcze wyparcie samej idei kapitalizmu (a nawet systemu korporacyjnego), rosnące szanse wystąpienia poważnego kryzysu i długoterminowego spowolnienia gospodarczego są systematycznie ukrywane13.
Trwający wpływ "ekonomii niewinnego oszustwa" w sensie Galbraitha oraz wywoływanych przez nią absurdalnych konsekwencji można dostrzec w wygłoszonym w 2010 r. w Princeton przemówieniu Bernankego, zatytułowanym "Implications of the Financial Crisis for Eco-nomics" ("Wpływ kryzysu finansowego na ekonomię"). Podstawowym powodem, dla którego "standardowym [makroekonomicznym] modelom" nie udało się dostrzec nadchodzącego Wielkiego Kryzysu Finansowego było - jak przyznał Bernanke - to, że modele te "zostały zaprojektowane na potrzeby (...) [wyłącznie] okresów bezkryzysowych". Innymi słowy, konwencjonalne modele wykorzystywane przez ortodoksyjnych ekonomistów zostały (świadomie lub nie) skonstruowane w taki sposób, aby wykluczyć samą możliwość poważnego kryzysu lub długotrwałego okresu pogłębiającej się stagnacji gospodarczej. Tak długo, jak wzrost gospodarczy wydawał się solidny - powiedział swoim słuchaczom Bernanke - modele okazały się "całkiem przydatne". Problemem, jak podkreślał, nie było więc to, iż modele, na których oparta została analiza ekonomiczna i polityka gospodarcza, były "niewłaściwe lub przynajmniej obarczone znaczącym błędem". To raczej pęknięcie bańki finansowej i późniejszy kryzys stanowiły okoliczności, które nie miały prawa się zdarzyć, i dla wyjaśnienia których modele nigdy nie były przewidziane14. Przypomina to meteorologa, który stworzył model prognozujący wyłącznie słoneczne dni z rzadka tylko przerywane niewielką mżawką, i który, gdy przychodzi wielka burza, utrzymuje w obronie modelu, że nie był on nigdy przeznaczony na okoliczność tak nieprawdopodobnych i nieprzewidzianych wydarzeń15.
Wszystko to wskazuje na brak w obrębie głównego nurtu ekonomii i nauk społecznych racjonalnej interpretacji historycznej. "Większość fundamentalnych błędów popełnianych w analizie ekonomicznej", pisał w swojej History of Economic Analysis (Historii analizy ekonomicznej) Joseph Schumpeter, "jest spowodowana brakiem historycznego doświadczenia" lub historycznego zrozumienia. Dla Schumpetera, rażąco kontrastuje to z podejściem Marksa, będącego "pierwszym ekonomistą czołowej rangi, który dostrzegł i systematycznie nauczał, w jaki sposób teoria ekonomiczna może być przekształcona w analizę historyczną i jak narracja historyczna może być przeobrażona w histoire raisonnée"16. Dziś konwencjonalni przedstawiciele nauk społecznych zdecydowanie zbyt często ulegają wąskiej specjalizacji albo zostają rzemieślnikami zajmującymi się jedynie małym wycinkiem rzeczywistości lub, co gorsza, twórcami modeli, które w swoim skrajnym wyabstrahowaniu padają ofiarą błędu reifikacji (w sensie Whiteheada)17. Rzadko uznają oni znaczenie starej heglowskiej maksymy, że "prawda jest całością", w związku z czym może być zrozumiana wyłącznie genetycznie w jej procesie stawania się18.
Te samodzielnie nałożone na oczy przez główny nurt nauk społecznych klapki drastycznie uwidoczniły się w niemożności dostrzeżenia przez ekonomię i nauki społeczne w ogóle samej nawet możliwości wystąpienia katastrofy gospodarczej i społecznej we współczesnym kapitalizmie. W 2003 r., w przemówieniu inauguracyjnym w charakterze prezesa Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Robert Lucas kategorycznie stwierdził, iż "centralny problem zapobiegania kryzysowi został rozwiązany". Pogląd, że gospodarka, dzięki pojawieniu się nowych, udoskonalonych polityk pieniężnych, jest już wolna od głównych tendencji kryzysowych, stał się obiegową makroekonomiczną mądrością, którą nie kto inny jak Bernanke określił w 2004 r. mianem świtu ery Wielkiej Stabilizacji (ang. Great Moderation)19. Wystarczyło jednak zaledwie kilka lat, by pęknięcie bańki na rynku nieruchomości dowiodło, jak złudne było to przekonanie o "końcu historii".
Wielki Kryzys Finansowy oczywiście nie wszystkich całkowicie zaskoczył. Już w 2002 r., dwa lata przed tym, jak Bernanke ukuł termin "Wielka Stabilizacja", znaczna liczba niezależnych, świadomych komentatorów z dziedziny ekonomii politycznej - łącznie z nami - zwracała uwagę na wzrost ogromnej bańki na rynku nieruchomości, lub inaczej: bańki mieszkaniowej. Pisząc jako redaktorzy Monthly Review, po raz pierwszy zasygnalizowaliśmy pęknięcie bańki na rynku nieruchomości/mieszkaniowej jako potencjalnie niszczącą siłę w gospodarce USA w listopadzie 2002 r. Wiosną następnego roku, w artykule zatytułowanym "What Recovery?" ("Jakie ożywienie?"), stwierdziliśmy, iż "bańka mieszkaniowa równie dobrze może zostać napompowana do granic możliwości bez pęknięcia". Ponieważ problem stawał się coraz bardziej poważny, jeden z nas napisał do majowego numeru Monthly Review z 2006 r. artykuł na temat "bańki zadłużenia gospodarstw domowych" ("The Household Debt Bubble"), wskazując na niemożliwe do utrzymania zadłużenie hipoteczne, którego największy ciężar przypada na pracowników i zaciągających kredyty subprime. Bańka mieszkaniowa, jak stwierdzono w artykule, umożliwiła gospodarce amerykańskiej wejście na drogę ożywienia po pęknięciu bańki giełdowej, lecz wskazywała również na możliwość wystąpienia w nieodległej przyszłości kolejnego i potencjalnie większego "krachu finansowego", który mógł zostać wywołany przez rozpoczynające się właśnie wówczas podwyżki stóp procentowych. Tak więc, chociaż niektóre aspekty kryzysu, którego początek datuje się na lato 2007 r., były dla nas zaskoczeniem, ogólny przebieg wydarzeń - nie20.
Monthly Review od dawna skupia się na problemie finansjeryzacji i jej związku z fundamentalnymi skłonnościami do stagnacji w gospodarce. Jednak nie tylko my żywiliśmy przekonanie, iż w konsekwencji narastania bańki mieszkaniowej rodzi się destrukcyjny kryzys. Przeciwnie, świadomość ta była dość rozpowszechniona wśród heterodoksyjnych analityków, przenikając nawet do literatury biznesowej. Dotyczyło to, w szczególności, takich autorów jak Dean Baker, Stephen Roach, John Cassidy, Robert Shiller i Kevin Phillips, obejmując jednocześnie pragmatyczne periodyki biznesowe, takie jak BusinessWeek i Economist. W sierpniu 2002 r. Baker napisał dla Center for Economic Policy Research raport zatytułowany "The Run-up in Home Prices: Is It Real or Is It Another Bubble?" ("Wzrost cen mieszkań: rzeczywistość czy kolejna bańka?"). W tym samym miesiącu BusinessWeek ostrzegał: "Inwestorzy, którzy kupują dużą część sekurytyzowanych przez siebie kredytów [hipotecznych], mogą wkrótce zdecydować, że mają dosyć (...). Jeśli stopy [procentowe] wzrosną, zwiększy się ciężar obsługi zadłużenia (...). Około 30% kredytów hipotecznych charakteryzuje się zmiennym oprocentowaniem (...). Jeżeli podwyżka stóp wywoła falę niewypłacalności wśród posiadaczy kredytów hipotecznych o zmiennej stopie oprocentowania, może nastąpić krach kredytowy". 22 września 2002 r. Stephen Roach napisał do New York Timesa komentarz na temat "kosztów pękających baniek" ("The Costs of Bursting Bubbles"), w którym stwierdził: "Są podstawy by wierzyć, że zarówno bańka własności [nieruchomości], jak również bańka konsumpcji pękną w niezbyt odległej przyszłości". W listopadzie 2002 r. publicysta ekonomiczny New Yorkera, John Cassidy, opu-blikował artykuł zatytułowany "The Next Crash: Is the Housing Market a Bubble that's About to Burst?" ("Nastę-pny krach: czy rynek mieszkaniowy to bańka, która wkrótce pęknie?"). W następnym roku ekonomista z Yale, Robert Shiller, był współautorem przewidującego artykułu Brookings Institution zatytułowanego "Is There Bubble in the Housing Market?" ("Czy mamy do czynienia z bańką na rynku mieszkaniowym?"). W czerwcu 2005 r. Economist stwierdził: "Światowy wzrost cen nieruchomości mieszkalnych stanowi największą bańkę w historii. Gdy pęknie, przygotujcie się na gospodarcze męki". Komentator polityczny Kevin Phillips nieustannie ostrzegał przed niebezpieczeństwem finansjeryzacji, w 2006 r. zauważając, że domy stały się "instrumentem finansów spekulacyjnych" i że "Stany Zjednoczone zamieniły bańkę giełdową na większa bańkę kredytową", zwiastując załamanie finansowe21.
W rzeczywistości ostrzeżenia o bańce na rynku nieruchomości i groźbie poważnego załamania finansowego na przestrzeni czterech poprzedzających kryzys lat były tak liczne, że skatalogowanie ich wszystkich jest zadaniem bardzo trudnym, jeśli w ogóle wykonalnym. Problemem nie było zatem to, że nikt nie przewidział zbliżającego się Wielkiego Kryzysu Finansowego. Trudność polegała raczej na tym, iż kierowany niepohamowaną żądzą nieustannego zwiększania stanu posiadania świat finansów, oraz ortodoksyjni ekonomiści, ofiary kultu swoich coraz bardziej pozbawionych znaczenia modeli, byli zwyczajnie nieświadomi ostrzeżeń otaczających ich heterodoksyjnych analityków gospodarczych. Ekonomiści głównego nurtu w coraz większym stopniu wycofali się z powrotem na pozycje prawa Saya (poglądu, że podaż tworzy swój własny popyt), który twierdził, że głębokie kryzysy gospodarcze są praktycznie niemożliwe22.
Porażka ortodoksyjnej ekonomii, polegająca na niedostrzeżeniu bańki finansowej przed wybuchem Wielkiego Kryzysu Finansowego, jest obecnie dobrze ugruntowana w literaturze23. W tym miejscu chcemy jednak zasugerować coś innego, a mianowicie, że ta sama ekonomia niewinnego oszustwa po dziś dzień uniemożliwia ortodoksyjnym ekonomistom zauważenie jeszcze większego pęknięcia w dojrzałej gospodarce kapitalistycznej - skłonności do długookresowej stagnacji. Istotnie, to właśnie fermentujący od dziesięcioleci powolny wzrost lub stagnacja wyjaśniają nie tylko finansjeryzację, objawiającą się ciągiem baniek finansowych, lecz także głęboką niemoc gospodarczą, która pojawiła się w okresie delewarowania finansowego. Realistyczna analiza wymaga dziś zatem dokładnego zbadania niebezpiecznego sprzężenia zwrotnego pomiędzy stagnacją i finansjeryzacją.
W swojej książce How Markets Fail (Jak zawodzą rynki), Cassidy przekonuje, że dwie najbardziej przewidujące analizy ekonomiczne naszego obecnego marazmu gospodarczego i jego związku z podwójnym zjawiskiem finansjeryzacji i stagnacji, przedstawili: (1) Hyman Minsky, heterodoksyjny ekonomista postkeynesowski, który w odniesieniu do współczesnego kapitalizmu opracował teorię niestabilności finansowej, oraz (2) Paul Sweezy, ekonomista marksistowski, który dostrzegł coś, co określił mianem "finansjeryzacji procesu akumulacji kapitału", będącej odpowiedzią na skłonność do stagnacji w dojrzałych gospodarkach kapitalizmu monopolistycznego24.
Jak w kwestii tradycji, która narosła wokół Sweezy'ego, zauważa Cassidy:
W latach 80. i 90. XX w., członkowie malejącej grupy ekonomistów marksistowskich, skupieni wokół Mon-thly Review - niewielkiego nowojorskiego czasopisma, które istniało od lat 40. XX w. - skoncentrowali się na czymś, co określili mianem "finansjeryzacji" amerykańskiego kapitalizmu, wskazując, że zarówno zatrudnienie w sektorze finansowym, jak i wolumeny handlu na rynkach spekulacyjnych oraz zyski firm z Wall Street gwałtownie rosły. W latach 1980-2000, według danych Departamentu Handlu, zyski sektora finansowego wzrosły z 32,4 do 195,8 mld USD, natomiast udział zysków sektora finansowego w zyskach gospodarki ogółem wzrósł z 19 do 29%.
Liderem tych lewicowych dysydentów był Paul Sweezy, wykształcony na Harvardzie 80-latek, który wyszedł z tej samej kohorty z Cambridge co Galbraith i Samu-elson, i który napisał pracę będącą po dziś dzień najlepszym wprowadzeniem do ekonomii marksistowskiej. Dla ekonomisty wolnorynkowego, wzrost znaczenia Wall Street był naturalnym następstwem konkurencyjnej przewagi gospodarki amerykańskiej w tym sektorze. Tymczasem Sweezy stwierdził, że odzwierciedla to coraz bardziej rozpaczliwy wysiłek, by uciec od stagnacji gospodarczej. Wobec rosnących powoli, jeśli w ogóle, płac, a także biorąc pod uwagę możliwości inwestycyjne niezdolne do wchłonięcia wszystkich generowanych przez korporacje [faktycznych i potencjalnych] zysków, emisja długu oraz nieustanne tworzenie nowych przedmiotów spekulacji finansowych były niezbędne, by utrzymać wzrost wydatków. "Czy społeczeństwo kasyna jest istotnym hamulcem wzrostu gospodarczego?", pytał w napisanym w 1987 r. wraz z Harrym Magdoffem artykule Sweezy. "Raz jeszcze, absolutnie nie. Wzrost, którego doświadczyła gospodarka w ostatnich latach, poza tą jego częścią, którą można przypisać bezprecedensowemu w czasie pokoju nagromadzeniu środków militarnych, prawie w całości był wynikiem eksplozji finansowej"25.
Według Cassidy'ego to właśnie racjonalna historyczna analiza kapitalizmu, rozwinięta przez Minsky'ego i Sweezy'ego, pozwoliła każdemu z nich zauważyć drastyczne przemiany, które doprowadziły do kryzysu z początku XXI w. "Minsky i Sweezy nie we wszystkim się zgadzali, jednak wysoko rozwinięte zdolności analizy krytycznej pozwoliły im obu dostrzec, na długo przed wieloma ekonomistami głównego nurtu, że narodził się nowy model kapitalizmu napędzanego finansami". Istotnie, "ogólnoświatowa zapaść", która swoje początki miała w Stanach Zjednoczonych w 2007 r., "wykazała, że Minsky i Sweezy mieli rację twierdząc, iż losy całej gospodarki nie mogą być oderwane od tego, co wydarzyło się na Wall Street". Szczególnie dla Sweezy'ego, stagnacja i finansjeryzacja stanowiły koewolucyjne zjawiska zespolone w "symbiotycznym uścisku"26.
Analiza Minsky'ego wskazała na coś, co stało się znane jako moment Minsky'ego czyli inaczej nadejście kryzysu finansowego. Tymczasem dzieło Sweezy'ego na temat finansjeryzacji, która jawiła mu się jako szeroki trend obejmujący strumień pękających baniek, uwydatniało sprawczą rolę czegoś, co można określić mianem "normalnego stanu [stagnacji] w sensie Sweezy'ego" w dojrzałych gospodarkach kapitalizmu monopolistycznego. To właśnie normalny stan w sensie Sweezy'ego i jego związek z towarzyszącą wzrostowi znaczenia kapitału monopolistyczno-finansowego finansjeryzacją - wespół ze zglobalizowanym wpływem tych zjawisk na światowe Południe, w szczególności Chiny - stanowi treść niniejszej książki.
"Dlaczego stagnacja?"
27 marca 1947 r., na Uniwersytecie Harvarda, odbyła się legendarna dziś debata na temat przyszłości kapitalizmu pomiędzy Sweezym i Schumpeterem, dwoma najbardziej popularnymi i wpływowymi ekonomistami tej uczelni. Jak kilka dekad później, we wczesnych latach 70. XX w., miał stwierdzić Paul Samuelson: "Ostatnie wydarzenia w uczelnianych kampusach przywołują w pamięci obraz jednego z największych wydarzeń, jakie miało miejsce za mojego życia. Było to na Harvardzie, w czasach, gdy po ziemi - i korytarzach tego uniwersytetu - stąpali giganci. Josephowi Schumpeterowi, znakomitemu ekonomiście i prorokowi społecznemu z Harvardu, przyszło debatować z Paulem Sweezym na temat Przyszłości kapitalizmu, Wassily Leontief zasiadł w fotelu moderatora, a Aula im. Littauera nie była w stanie pomieścić zgromadzonych tłumów"27.
Debata między Sweezym i Schumpeterem była częścią większej, sprowokowanej przez Wielki Kryzys i trwającej od lat 30. do wczesnych lat 50. XX w. dyskusji na temat stagnacji. Sweezy, opierając się na dorobku Marksa i Keynesa, twierdził, że "akumulacja jest głównym czynnikiem" rozwoju kapitalizmu, zwracając jednak uwagę, iż jej wpływ słabnie. "W systemie tym nie ma żadnego mechanizmu", wyjaśniał, "dostosowania możliwości inwestycyjnych do sposobu, w jaki kapitaliści chcą akumulować, i nie ma powodu, by przypuszczać, że jeśli możliwości inwestycyjne są niedostateczne, kapitaliści zwrócą się w stronę konsumpcji. Wręcz przeciwnie". Gospodarkę kapitalistyczną pozbawiono zatem napędu, co - przy braku jakiejś pochodzącej spoza systemu siły, jak "zewnętrzny bodziec w postaci wojny" - wywoływało skłonność do długoterminowej stagnacji. Schumpeter, przyjmując bardziej konserwatywny i "austriacki" punkt widzenia, stwierdził ponoć, że faza ekspansji w długim cyklu (Kon-dratjewa) może się rozpocząć w drugiej połowie lat 50. XX w., osiągając szczyt pod koniec lat 80. XX w., jednak prawdopodobne było, że wiatr przestanie wiać w żagle gospodarki Stanów Zjednoczonych ze względu na zanik funkcji przedsiębiorczości oraz wzrost znaczenia korporacji i państwa. Schumpeter nie zaprzeczył stagnacyjnej tendencji w gospodarce. Uważał jednak, że interwencje w stylu New Dealu raczej tłamsiły niż stymulowany wzrost28.
Prawie 20 lat później Sweezy opublikował napisane z Paulem Baranem, klasyczne dziś studium, Kapitał monopolistyczny, które miało wywrzeć silny wpływ na ekonomię Nowej Lewicy w latach 70. XX w. "Normalnym stanem gospodarki okresu kapitalizmu monopolistycznego", ogłosili, "jest stagnacja"29. Zgodnie z tym argumentem, wzrost potęgi gigantycznych korporacji monopolistycznych (lub oligopolistycznych) wywołał w społeczeństwie tendencję do zwiększenia rzeczywistej i potencjalnej nadwyżki oczekującej na zainwestowanie (ang. investment-seeking surplus). Te właśnie warunki wyzysku (lub inaczej wysokie narzuty na jednostkowe koszty pracy) oznaczały zarówno, że nierówności w społeczeństwie rosły, jak również, że coraz większa część nadwyżki kapitału wykazywała skłonność do faktycznego i potencjalnego akumulowania w wielkich firmach i w rękach zamożnych inwestorów, którzy nie byli w stanie znaleźć opłacalnych możliwości inwestycyjnych, wystarczających do wchłonięcia wszystkich oczekujących na zainwestowanie nadwyżek. W związku z tym gospodarka, w celu utrzymania wzrostu, popadała w coraz większe uzależnienie od bodźców zewnętrznych, takich jak wyższe wydatki rządowe (w szczególności na cele zbrojeniowe), koszty sprzedaży czy ekspansja finansowa30. Tego rodzaju bodźce zewnętrzne, jak miał później wyjaśnić Sweezy, "nie były częścią wewnętrznej logiki samej gospodarki", znajdując się "poza obszarem zainteresowań ekonomii głównego nurtu, z której historyczne, polityczne i socjologiczne rozważania są starannie wykluczane"31.
Wszystkie wspomniane bodźce zewnętrzne samoistnie się ograniczały i/lub wywoływały dalsze długookresowe sprzeczności, prowadzące do wznowienia skłonności do stagnacji. W ograniczaniu skali tego problemu niewiele pomogło wysyłanie inwestycji kapitałowych za granicę, gdyż napływ zysków i innych rodzajów zwrotu z działalności biznesowej, w warunkach nierównej wymiany między globalną Północą i Południem oraz hegemonii USA w ogóle, raczej przerastał jego wypływ. Sytuację mogłaby zmienić prawdziwie epokowa innowacja, odgrywająca rolę podobną do tej, jaką maszyna parowa, kolej czy samochód odegrały w wieku XIX i do połowy XX w. Jednak na takie zmieniające bieg historii innowacje, z gatunku tych, które dokonują przeobrażeń w całej geografii i skali akumulacji, nie można było liczyć. Były one przy tym, w warunkach dojrzałego kapitalizmu monopolistycznego, zapewne jeszcze mniej prawdopodobne. W rezultacie gospodarka, pomimo zwykłych wzlotów i upadków, miała skłonność do zanurzania się w normalnym stanie długookresowego wzrostu powolnego, a nie solidnego i dynamicznego wzrostu zakładanego przez ekonomię ortodoksyjną. W istocie gospodarka, w której decyzje dotyczące oszczędności i inwestycji są podejmowane przez sektor prywatny, zazwyczaj wpada w pułapkę stagnacji: istniejący popyt jest niewystarczający do wchłonięcia wszystkich dostępnych rzeczywistych i potencjalnych oszczędności (lub nadwyżek), produkcja spada, i nie ma żadnego automatycznego mechanizmu, który generowałby pełne ożywienie32.
W tym sensie teoria stagnacji nie twierdziła, że utrzymujący się przez pewien czas dynamiczny wzrost gospodarczy jest nieosiągalny w dojrzałych gospodarkach kapitalistycznych, a jedynie, że stagnacja jest dla tych gospodarek stanem normalnym, i że solidny wzrost musi być wyjaśniany jako konsekwencja szczególnych czynników historycznych. Odwróciło to logikę charakterystyczną dla ekonomii neoklasycznej, która zakładała, że szybki wzrost był w kapitalizmie czymś naturalnym, z wyjątkiem sytuacji, gdy siły zewnętrzne - takie jak państwo lub związki zawodowe - zakłócały sprawne funkcjonowanie rynku. Stagnacja nie musiała także nieuchronnie oznaczać głębokich załamań z towarzyszącym im ujemnym wzrostem, a raczej obniżenie w dłuższym okresie tempa wzrostu z powodu nadakumulacji. Inwestycje netto (tj. inwestycje ponad te sfinansowane z funduszy amortyzacyjnych) ulegały atrofii, ponieważ przy rosnącej wydajności niewielkie inwestycje można było pokryć z samych funduszy amortyzacyjnych. Stagnacja przyjmowała za swoje podstawy stały postęp technologiczny i rosnącą wydajność. Problemem nie była więc niedostateczna wydajność gospodarki, lecz przeciwnie - wydajność zbyt wysoka, by gospodarka mogła wchłonąć całą wytworzoną w procesie produkcji nadwyżkę oczekującą na zainwestowanie.
Kapitał monopolistyczny Barana i Sweezy'ego został wydany w szczytowym momencie powojennego boomu i w czasie trwania wojny w Wietnamie. W połowie lat 70. XX w. gospodarka USA drastycznie zwolniła, kończąc okres szybkiej ekspansji napędzanej przez: (1) nagromadzenie płynności konsumentów w czasie wojny, (2) drugą wielką falę rozwoju motoryzacji w Stanach Zjednoczonych (włączając w to budowę międzystanowej sieci autostrad), (3) okres taniej energii opartej na powszechnym wykorzystaniu ropy naftowej, (4) odbudowę zniszczonych w czasie wojny gospodarek europejskich i japońskiej, (5) dwie regionalne wojny w Azji oraz wydatki zbrojeniowe wynikające z prowadzenia Zimnej Wojny w ogóle, oraz (6) okres niezrównanej hegemonii Stanów Zjednoczonych. Ponieważ zewnętrzne uwarunkowania dźwigające na przestrzeni tych lat gospodarkę stopniowo zanikały, odrodziły się warunki dla stagnacji.
Jednak w latach 70. XX w., w charakterze instrumentów wspierania amerykańskiego kapitalizmu pojawiły się rosnący dług i związana z nim gospodarka kasyna (ang. casino economy), by do lat 80. XX w. wciągnąć nadwyżkę kapitału z całego świata w spekulacyjny wir nowej, sfinansjeryzowanej i skupionej wokół Wall Street gospodarki. Paul Sweezy i Harry Magdoff należeli do pierwszych i najbardziej konsekwentnych badaczy tego nowego procesu finansjeryzacji, postrzegając go nie tylko w zaczerpniętych od Minsky'ego kategoriach periodycznych kryzysów finansowych, ale jako lek lub środek dopingujący (podobny do tych, których czasami używają sportowcy), który narodził się w systemie aby utrzymać gospodarkę w ruchu pomimo, jak to określili, "pełzającej stagnacji"33. "Finanse", napisali w 1977 r., "działają jak akcelerator cyklu koniunkturalnego, popychając go coraz dalej i szybciej na drodze w górę i pogłębiając stromiznę spadku na drodze w dół". Zgadzając się z Minskym w kwestii niestabilności finansowej, twierdzili oni, że "poprzez skupienie się niemal wyłącznie na aspektach finansowych, pomija on inne długoterminowe czynniki dające bardziej solidne podstawy do długiej fali pomyślnej koniunktury i w równym stopniu ignoruje zanikanie podtrzymujących boom warunków, jak również nawrót skłonności do stagnacji". Fundamentalnym problemem pozostał normalny stan stagnacji w sensie Sweezy'ego, obecnie skomplikowany przez uzależnienie od bodźców opartych na zadłużeniu34.
22 marca 1982 r., prawie równo 35 lat po swojej legendarnej debacie z Schumpeterem na Harvardzie, Sweezy wygłosił w Klubie Ekonomicznym Uniwersytetu Harvarda przemówienie zatytułowane "Why Stagnation?" ("Dlaczego stagnacja?")35. Zrelacjonował w nim początki wielkiej debaty na temat stagnacji, która wywiązała się na Harvardzie pod koniec lat 30. XX w., gdy w 1937 r. pojawiła się głęboka recesja i zanim nastąpiła pełna poprawa po Wielkim Kryzysie. Zrodziło to pytanie, które w swojej książce z 1938 r. sformułował Alvin Hansen, czołowy zwolennik Keynesa w Stanach Zjednoczonych, Full Recovery or Stagnation? (Pełne ożywienie czy stagnacja?). W swoim traktacie z 1942 r. pt. Kapitalizm, socjalizm, demokracja, Schumpeter nazwał stagnacjonistyczną analizę Hansena "teorią znikających możliwości inwestycyjnych" i przeciwstawił jej własny argument, iż prawdziwym problemem uniemożliwiającym pełną poprawę był sam New Deal. To właśnie doprowadziło do debaty pomiędzy Sweezym a Schumpeterem w 1947 r.36
W 1982 r., przemawiając trzy i pół dekady po słynnej debacie, Sweezy powiedział swoim słuchaczom w Klubie Ekonomicznym Uniwersytetu Harvarda, że zagadnienie stagnacji wynikające z Wielkiego Kryzysu zostało "porzucone bez jakiejkolwiek satysfakcjonującej odpowiedzi (...). W chwili obecnej rzeczywistość podnosi tę kwestię raz jeszcze", wykazując, że "pogrzeb stagnacji był co najmniej przedwczesny". Jednak tym, co od tamtej pory fundamentalnie zmieniło postać rzeczy (poza wzrostem wydatków rządowych), było rosnące uzależnienie od promocji kredytu/długu jako długoterminowego bodźca dla przeciwdziałania stagnacji:
Pozwolę sobie poświęcić chwilę na dygresję, by zwrócić uwagę, iż to, że ogólna kondycja gospodarki w ostatnich latach nie była faktycznie znacznie gorsza, ani tak zła, jak to miało miejsce w latach 30. XX w., zawdzięczamy w dużej mierze trzem przyczynom: (1) wzrostowi znaczenia wydatków publicznych i deficytu budżetowego w gospodarce, (2) ogromnemu zwiększeniu zadłużenia konsumentów, w tym zadłużenia hipotecznego, w szczególności w latach 70. XX w. oraz (3) pompowaniu sektora finansowego gospodarki, co - poza wzrostem samego długu - obejmuje eksplozję spekulacji najróżniejszych gatunków, starych i nowych, a co z kolei generuje więcej niż skapywanie siły nabywczej do "realnej" gospodarki, głównie w postaci zwiększonego popytu na dobra luksusowe. Są to ważkie siły przeciwdziałające stagnacji tak długo, jak długo trwają, jednak zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że trwając zbyt długo wybuchną staromodną paniką, jakiej nie widzieliśmy od lat 1929-1933 (...)37.
Trudno o bardziej dalekowzroczny opis sprzeczności amerykańskiego kapitalizmu, wybiegający w przyszłość do Wielkiego Kryzysu Finansowego lat 2007-2009 i do uwarunkowań - będącej jego konsekwencją - dotkliwej stagnacji gospodarczej. Ostrzeżenia te pozostały jednak zlekceważone, a w latach 80. XX w. nie doszło do zmartwychwstania debaty o stagnacji.
Odnosząc się do niepowodzenia młodszych pokoleń lewicowych ekonomistów w podejmowaniu tego zagadnienia, Magdoff i Sweezy w Stagnation and the Financial Explosion (Stagnacji i eksplozji finansowej) z 1987 r. zauważyli:
Obaj osiągnęliśmy wiek dorosły w latach 30. XX w., i wtedy właśnie przeszliśmy inicjację w rzeczywistość ekonomii i polityki kapitalistycznej. Stagnacja gospodarcza w swojej najbardziej bolesnej i rozpowszechnionej formie, włącznie z daleko idącymi implikacjami w każdym aspekcie życia społecznego, była dla nas przytłaczającym osobistym doświadczeniem. Wiemy czym jest i co może oznaczać; nie potrzebujemy skomplikowanych definicji czy objaśnień. Jednak z czasem zorientowaliśmy się, oczywiście nie całkiem ku naszemu zaskoczeniu, że młodsi ludzie, którzy dorastali w latach 40. XX w. lub później, nie tylko nie podzielają, ale wręcz nie rozumieją naszego punktu widzenia. Warunki ekonomiczne wojny i okresu powojennego, które odegrały tak ważną rolę w kształtowaniu doświadczeń tych osób, były całkowicie odmienne. Dla nich stagnacja jest pojęciem raczej mglistym, odpowiadającym być może dłuższej niż zwykle recesji, jednak bez konsekwencji w postaci możliwych poważnych reperkusji politycznych i międzynarodowych. W tych okolicznościach trudno jest im odnosić się do czegoś, co mogą łatwo uznać za naszą obsesję na punkcie problemu stagnacji. Nie są oni pewni, o czym mówimy, lub też o co to całe zamieszanie. Aż kusi by powiedzieć: tylko poczekajcie i popatrzcie, wkrótce się przekonacie38.
Jednak zamiast poprzestać na powyższej konstatacji, w dalszej części swojej książki Magdoff i Sweezy przeszli do wyjaśnienia, dlaczego skłonność do stagnacji jest tak głęboko zakorzeniona w dojrzałych, podatnych na nasycenie rynku, społeczeństwach kapitalizmu monopolistycznego, i dlaczego finansjeryzacja pojawiła się jako desperacki i w ostatecznym rozrachunku niebezpieczny zbawiciel. W rozdziale zatytułowanym "Produkcja i finanse" przedstawili systematyczną analizę związku bazy produkcyjnej gospodarki z finansową nadbudową (lub też, jak często go określali, związku "gospodarki realnej" z finansami), odpowiadającego za coraz bardziej chwiejną strukturę finansową ponad "tkwiącym w stagnacji sektorem produkcyjnym"39.
W swoim ostatnim, napisanym w 1997 r. - 50 lat po debacie z Schumpeterem - artykule, "More (or Less) on Globalization" ("Więcej (lub mniej) o globalizacji"), Sweezy przedstawił problem nadakumulacji w rozwiniętym kapitalizmie w odniesieniu do trzech uwarunkowań: (1) rosnącej monopolizacji na poziomie światowym z towarzyszącą jej ekspansją korporacji międzynarodowych, (2) spowolnienia (lub pogłębienia stagnacji) w gospodarkach Triady oraz (3) "finansjeryzacji procesu akumulacji". Dla Sweezy'ego, powyższe trzy tendencje były ze sobą "misternie powiązane" i ktokolwiek chcący zrozumieć przyszłość gospodarki kapitalistycznej musiał skupić się na ich wzajemnej współzależności, a także na ich obecności w coraz bardziej zglobalizowanym systemie kapitalistycznym40.
Kapitał monopolistyczno-finansowy a Wielka Stagnacja
Nasza własna analiza w tej książce pod wieloma względami zaczyna się tam, gdzie skończył Sweezy (i Harry Magdoff), uwzględniając również analizę Johna Bellamy'ego Fostera i Freda Magdoffa przedstawioną w wydanej w 2009 r. książce pt. The Great Financial Crisis: Causes and Conse-quences (Wielki Kryzys Finansowy: przyczyny i skutki)41. To, co Sweezy nazywał "misternie powiązanymi" aspektami monopolizacji, stagnacji, finansjeryzacji i globalizacji, stworzyło nową historyczną fazę, którą określać będziemy mianem "kapitału monopolistyczno-finansowego". W tym okresie gospodarki Triady, uzależnione - za pośrednictwem globalnego arbitrażu pracy (ang. global labor arbitrage), polegającego na wykorzystaniu przez międzynarodowe korporacje różnic w poziomach płac na świecie w celu uzyskania dodatkowych zysków - od wzrostu w gospodarkach wschodzących, tkwią w pułapce stagnacji-finansjeryzacji. Konsekwencją jest pogłębienie ogólnego problemu absorpcji nadwyżki kapitału i niestabilności finansowej w centrum gospodarki światowej. W niniejszej książce nasze zainteresowanie skupia się w szczególności wokół kwestii, jak mechanizm ten funkcjonuje na poziomie globalnym, z dużym naciskiem (w końcowych rozdziałach) położonym na związek tego zagadnienia z gospodarką Chin.
Jednak centralnym problemem pozostaje nadakumulacja w krajach Triady, wśród których Stany Zjednoczone, pomimo słabnącej hegemonii, nadal stanowią siłę wyznaczającą kierunek w światowym systemie akumulacji. Pogłębiające się skutki stagnacji w gospodarce USA widać na wykresie W.2., obrazującym długookresową tendencję spadkową tempa wzrostu produkcji przemysłowej w Stanach Zjednoczonych.
Oczywiście Stany Zjednoczone nie są pod tym względem osamotnione. Od lat 60. XX w. Niemcy Zachodnie, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Japonia doświadczyły, w porównaniu z USA, jeszcze większych obniżek trendu wzrostu produkcji przemysłowej. W przypadku Japonii, produkcja przemysłowa w latach 1960-1970 wzrosła o 16,7%, natomiast w latach 1990-2010 zaledwie o 0,04%42.
Wykres W.2. Wskaźnik produkcji przemysłowej Stanów Zjednoczonych (roczna zmiana procentowa, 20-letnia średnia ruchoma)
Źródło: FRED Graph Observations, Departament Badań Ekonomicznych Banku Rezerw Federalnych w St. Louis, Wskaźnik Produkcji Przemysłowej (INDPRO), dane miesięczne, wyrównane sezonowo, 2007=100, www.research.stlouisfed.org. Uwagi: Wykres W.2. wykorzystuje dwudziestoletnią średnią ruchomą. Średnie ruchome mają za zadanie wygładzić wahania sezonowe w celu podkreślenia bardziej długookresowych tendencji.
Wykres W.3. Udział sektora finansów, ubezpieczeń i nieruchomości (FIRE) w produkcie krajowym brutto jako odsetek udziału branż produkujących dobra ogółem w PKB (w %)
Źródło: Obliczenia na podstawie danych z Biura Analiz Ekonomicznych, Rachunki dochodu i produktu narodowego, tabela 6.1B-D. Dochód narodowy bez uwzględnienia amortyzacji, www.bea.gov/national/nipaweb.
Uwagi: "Branże produkujące dobra" obejmują: "rolnictwo, leśnictwo, rybołówstwo i łowiectwo; górnictwo; dobra i usługi użyteczności publicznej; budownictwo; przetwórstwo przemysłowe; transport i magazynowanie". Od 1998 r. (tabela 6.1D), kiedy klasyfikacja NAICS (North American Industrial Classification) zastąpiła system SIC (Standard Industrial Classification), kategoria "transport i usługi użyteczności publicznej" została podzielona na "dobra i usługi użyteczności publicznej" oraz "transport i magazynowanie".
Historia przedstawiona na wykresie W.2. pokazuje podkreślane już przez Sweezy'ego i Magdoffa w latach 70. i 80. XX w. pogłębianie się stagnacji w sektorze produkcyjnym. Tymczasem wykres W.3. ujawnia, że doprowadziło ono - szczególnie począwszy od lat 80. XX w. - do przejścia od produkcji do finansów spekulacyjnych w roli głównego bodźca wzrostu w gospodarce. Część dochodu narodowego przypadająca na sektor finansów, ubezpieczeń i nieruchomości (ang. Finance, Insurance, and Real Estate, FIRE) wzrosła w związku z tym z 35% udziału produkcji dóbr w PKB na początku lat 80. XX w. do ponad 90% w ostatnich latach. Te tzw. boomy gospodarcze lat 80. i 90. XX w. były zasilane przez szybki wzrost spekulacji finansowych lewarowanych rosnącym długiem, głównie w sektorze prywatnym.
Drastycznemu wzrostowi udziału dochodów związanych z finansami w relacji do branży produkcyjnych nie towarzyszył jednak, w odróżnieniu od produkcji przemysłowej, równie gwałtowny wzrost udziału zatrudnienia w sektorze usług finansowych. Tak więc zatrudnienie w sektorze FIRE jako odsetek zatrudnienia w sektorze produkcji dóbr na przestrzeni ostatnich dwóch dekad utrzymuje się na stałym poziomie - ok. 22%. Wynika z tego, iż duży wzrost dochodów związanych z finansami w porównaniu do produkcji przyniósł, zamiast odpowiedniego wzrostu zatrudnienia, bardzo duże korzyści stosunkowo nielicznym beneficjentom43.
Dynamiczny rozwój sektora FIRE w relacji do produkcji dóbr w gospodarce amerykańskiej jest przejawem długookresowej finansjeryzacji tej gospodarki, czyli przesunięcia środka ciężkości działalności gospodarczej w coraz większym stopniu z produkcji (i usług związanych z produkcją) do finansów spekulacyjnych. W obliczu nasycenia rynku i znikających rentownych możliwości inwestycyjnych w "gospodarce realnej", tworzenie kapitału, lub inaczej inwestycje rzeczowe, ustąpiło miejsca zwiększonemu spekulacyjnemu wykorzystaniu nadwyżki ekonomicznej społeczeństwa w dążeniu do osiągnięcia zysków kapitałowych poprzez inflację aktywów. Jak już w latach 70. XX w. wyjaśnili Magdoff i Sweezy, może to mieć pośredni wpływ na stymulowanie gospodarki, przede wszystkim pobudzając konsumpcję dóbr luksusowych. Stało się to znane jako "efekt majątkowy" (ang. wealth effect), gdzie część zysków kapitałowych związanych ze wzrostem wartości aktywów na giełdzie papierów wartościowych, rynku nieruchomości, itp., zostaje wydana na dobra i usługi dla dobrze sytuowanych, zwiększając popyt efektywny w gospodarce44.
Wykres W.4. Tempo wzrostu inwestycji rzeczowych w zakłady produkcyjne (roczna zmiana procentowa, 20-letnia średnia ruchoma)
Źródło: Biuro Analiz Ekonomicznych, Rachunki dochodu i produktu narodowego, tabela 5.4.1. Prywatne trwałe inwestycje rzeczowe w zakłady produkcyjne wg typu (zmiana procentowa względem okresu poprzedniego), www.bea.gov/national/nipaweb.
Jednak dostarczony przez finansjeryzację impuls nie zapobiegł utrzymującemu się przez wiele dekad zmniejszaniu znaczenia inwestycji w gospodarce amerykańskiej. Prywatne niemieszkaniowe inwestycje trwałe netto spadły z poziomu 4% produktu krajowego brutto w latach 70. XX w. do 3,8% w latach 80., 3% w latach 90. i 2,4% w latach 2000-201045. Sednem sprawy, jak pokazano na wykresie W.4., jest malejące długoterminowe tempo wzrostu inwestycji w przemyśle, w szczególności inwestycji w zakłady produkcyjne (budowa nowych lub remonty istniejących zakładów i obiektów produkcyjnych)46.
Wykres W.5. Wykorzystanie zdolności wytwórczych w przemyśle (roczna zmiana procentowa, 20-letnia średnia ruchoma)
Źródło: Economic Report of the President, 1998, 2005 i 2012, tabela B-52.
Mimo spadku tempa wzrostu inwestycji, wzrost wydajności pracy w przemyśle utrzymał się, prowadząc do nadmiernej rozbudowy zdolności wytwórczych (co wskazuje na nadakumulację kapitału). Widać to na wykresie W.5., który pokazuje długoterminowy spadek wykorzystania zdolności wytwórczych w przemyśle. Wysokie i wciąż rosnące poziomy niewykorzystanych (lub nadmiernych) mocy produkcyjnych mają negatywny wpływ na inwestycje, ponieważ firmy z zasady nie są chętne do inwestowania w branżach, w których duża część istniejących zdolności pozostaje bezczynna. Przemysł samochodowy w Stanach Zjednoczonych (podobnie jak cała ta branża na świecie), w okresie poprzedzającym Wielką Recesję i w jej trakcie stanął w obliczu ogromnych niewykorzystanych zdolności wytwórczych - równych w przybliżeniu jednej trzeciej jego całkowitych mocy. Artykuł opublikowany w BusinessWeek w 2008 r. podkreślał globalny przesyt na rynku samochodowym: "W obliczu sprzedaży spadającej od Pekinu po Boston, producenci samochodów znaleźli się w kłopotliwej sytuacji. Dogodziwszy sobie w globalnej orgii budowania fabryk w ostatnich latach, branża dysponuje zdolnością do wyprodukowania astronomicznej liczby 94 mln pojazdów rocznie. Według ośrodka badawczego CSM Worldwide, bazując na bieżącej sprzedaży, to za dużo o jakieś 34 mln, lub inaczej o produkcję ok. 100 fabryk"47.
Malejącemu wykorzystaniu zdolności wytwórczych towarzyszy coś, co w 2004 r. określiliśmy mianem "stagnacji zatrudnienia", czyli rosnące bezrobocie i niepełne zatrudnienie, które charakteryzuje zarówno gospodarkę amerykańską, jak również gospodarki Triady w ogóle. Według alternatywnej miary niepełnego wykorzystania zasobów pracy (U6) Biura Statystyki Pracy, w lutym 2012 r. w Stanach Zjednoczonych aż 14,9% cywilnej siły roboczej (w tym tzw. marginally attached workers48) pozostawało bez pracy lub było zatrudnione w niepełnym wymiarze, na podstawie umów sezonowych49.
W tych okolicznościach gospodarka amerykańska, by móc dalej funkcjonować, stała się, jak widzieliśmy, chronicznie zależna od pompowania finansowej nadbudowy. Korporacje przemysłowe same uległy finansjeryzacji, w finansowaniu sprzedaży swoich produktów działając bardziej jak banki, a nierzadko angażując się w spekulację surowcami i walutami. Obecnie są one bardziej skłonne do realizowania natychmiastowych i murowanych zysków dostępnych za pośrednictwem fuzji, przejęć i zwiększania siły monopolistycznej, niż do angażowania kapitału w ostateczność, jaką jest rozszerzenie działalności produkcyjnej. Polityczna i gospodarcza siła podążała wzdłuż finansowej krzywej wzrostu gospodarki, podczas gdy ekonomiczna baza hegemonii politycznej przechodziła - w procesie, który stał się znany jako era neoliberalizmu - od gospodarki realnej opartej na produkcji do świata finansów, i w coraz większym zakresie służyła interesom tego ostatniego50.
Kluczem do zrozumienia tych zmian pozostaje jednak normalny stan w sensie Sweezy'ego. Długoterminowe tendencje związane ze wzrostem gospodarczym, produkcją przemysłową, inwestycjami, finansjeryzacją oraz wykorzystaniem zdolności wytwórczych (jak pokazano na wykresach I-V powyżej) zgodnie wskazują na to samo zjawisko: długotrwałe spowolnienie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych i innych rozwiniętych gospodarkach przemysłowych.
Zasadniczą przyczyną tej skłonności do stagnacji są wysokie, a obecnie gwałtownie rosnące, narzuty korporacji monopolistycznych, powodujące coraz większe problemy z absorpcją nadwyżki kapitału. W przypadku całości sektora przedsiębiorstw pozarolniczych gospodarki amerykańskiej, narzut na jednostkowe koszty pracy (stosunek cen do jednostkowych kosztów pracy) dla okresu po II wojnie światowej wyniósł średnio 1,57, przy najniższym poziomie równym ok. 1,50 pod koniec latach 40. XX w. Jednak od końca lat 90. XX w. do chwili obecnej narzut na jednostkowe koszty pracy - który wielki polski ekonomista Michał Kalecki określił mianem "stopnia monopolizacji" - wzrósł gwałtownie do poziomu 1,75 w ostatnim kwartale 2011 r. Jak stwierdzono w Economic Report of the President, 2012 (Sprawozdaniu gospodarczym prezydenta za rok 2012): "w chwili obecnej narzut wzrósł do historycznie najwyższego po II wojnie światowej poziomu, przy czym większość tego wzrostu nastąpiła na przestrzeni ostatnich czterech lat. Ponieważ narzut na jednostkowe koszty pracy stanowi odwrotność udziału pracy w produkcji, stwierdzenie, że wzrost narzutu jest najwyższy w powojennej historii, jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że udział pracy w produkcji osiągnął poziom najniższy"51.
Dwuznaczność globalnej konkurencji
W zgodzie z powyższym, w ostatnich kilku dekadach doszło do intensyfikacji rosnącej obecnie skłonności do monopolizacji w gospodarce amerykańskiej i światowej. Znajduje to odzwierciedlenie w: (1) koncentracji i centralizacji kapitału na skalę światową, (2) wzroście siły i zysków monopolu, (3) rozwoju globalnych łańcuchów dostaw międzynarodowych korporacji oraz (4) zwiększeniu znaczenia finansów monopolistycznych. Roczny przychód ogółem 500 największych korporacji na świecie (znanych jako Global 500) w latach 2004-2008 wynosił ok. 40% światowego dochodu, doświadczając od lat 90. XX w. gwałtownego wzrostu52. Jednak ta silna skłonność do monopolizacji pozostaje dziś prawie niezauważona w obliczu czegoś, co jest w powszechnym przekonaniu postrzegane jako coraz większa konkurencja pomiędzy firmami, pracownikami i państwami.
Ten problem błędnej tożsamości, gdzie pogłębiająca się monopolizacja jest niewłaściwie interpretowana jako rosnąca konkurencja, nazywamy "dwuznacznością konkurencji" (ang. ambiguity of competition). Od czasów Adama Smitha po dzień dzisiejszy rozwój siły monopolistycznej uważano zawsze za ograniczenie dla wolnej konkurencji, zwłaszcza na obszarze konkurencji cenowej. Jak przedstawił to Smith w Bogactwie narodów, "We wszelkich warunkach cena monopolowa jest ceną najwyższą, jaką można osiągnąć. Przeciwnie, cena naturalna, czyli cena wolnej konkurencji, jest najniższą ceną, jaką można osiągnąć (...)"53. Dla klasycznych ekonomistów politycznych w XIX w. konkurencja była silna, jeśli istniało wiele małych firm. Jednak już Karol Marks w Kapitale wskazał na koncentrację i centralizację kapitału, przy pomocy których większe firmy pokonują mniejsze i często pochłaniają te ostatnie poprzez fuzje i przejęcia54. Doprowadziło to do głębokiej transformacji przemysłu w ostatnim ćwierćwieczu XIX stulecia i na początku XX w., gdy produkcja uległa zdominowaniu przez stosunkowo niewielką liczbę gigantycznych korporacji. Jak w 1985 r., w The Transformation of American Capitalism (Transformacji kapitalizmu amerykańskiego), pisał John Munkirs, "Początki kapitalizmu monopolistycznego (od lat 60. XIX w. do lat 20. XX w.) doprowadziły do poważnego rozdźwięku pomiędzy wyznawaną przez społeczeństwo wiarą w kapitalizm o konkurencyjnej strukturze rynku w wydaniu Smitha, a rzeczywistością gospodarczą"55.
W latach 20. i 30. XX w., w celu uwzględnienia tej nowej rzeczywistości, wprowadzono do teorii ekonomii, w rubryce "teoria konkurencji niedoskonałej", ważne innowacje. Trzy najważniejsze pionierskie próby modyfikacji teorii ekonomicznej głównego nurtu w taki sposób, by uwzględniała siłę monopolistyczną, podjęli Edward H. Chamberlin w The Theory of Monopolistic Competition (Teorii konkurencji monopolistycznej) z 1933 r., Joan Robinson w The Economics of Imperfect Competition (Ekonomii konkurencji niedoskonałej) również z 1933 r. oraz Paul Sweezy w artykule "Demand under Conditions of Oligopoly" ("Popyt w warunkach oligopolu") w roku 193956. Jak napisała Robinson, "Z każdej strony widzimy dryf w kierunku monopolizacji, kryjący się pod nazwą programów ograniczeń, systemów kwotowych lub racjonalizacji, oraz wzrost gigantycznych przedsiębiorstw"57. W ujęciu Chamberlina, "Idea systemu czysto konkurencyjnego jest niedopuszczalna, gdyż nie tylko ignoruje ona fakt, że odczuwalny w różnym stopniu wpływ monopolu występuje w całym systemie, ale wręcz całkowicie odsuwa go na bok (...). W rzeczywistości, jak zostanie wykazane później, jeśli którykolwiek element [konkurencja lub monopol] miałby zostać usunięty z tego obrazu, założenie wszechobecnego monopolu znajduje znacznie więcej na swoją obronę"58.
Analizy te wzięły pod uwagę szerokie spektrum sytuacji monopolistycznych i pół-monopolistycznych, opisując w jaki sposób monopol zredukował konkurencję cenową, jak przedsiębiorstwa były w stanie częściowo określić własne ceny za pomocą "różnicowania produktu" (ang. product differentiation) (termin ukuty przez Chamberlina) i jak całe branże były coraz bardziej zdominowane przez oligopole (kilka wielkich firm) o znacznej sile monopolistycznej.
Chamberlin, który wprowadził również do teorii ekonomii pojęcie oligopolu, w pierwszym rozdziale swojej Theory of Monopolistic Competition podkreślał jego znaczenie. Artykuł "Demand under Conditions of Oligopoly" Sweezy'ego wprowadził teorię oligopolistycznego wyznaczania cen, która dowodziła, że jakiekolwiek obcięcie cen przez gigantyczne firmy oligopolistyczne było niezwykle destrukcyjne, prowadząc faktycznie do wojny cenowej, w trakcie której każda firma obniża swoje ceny, aby utrzymać udział w rynku, i w konsekwencji wszystkie doświadczą spadku zysków. Dlatego duże firmy w dojrzałych, skoncentrowanych branżach szybko nauczyły się pośrednio zmawiać w podnoszeniu, a nie obniżaniu cen, w związku z czym ceny (i, co ważniejsze, marże) wykazywały skłonność do poruszania się tylko w jednym kierunku - do góry59. Najczęstszym skutkiem występowania konkurencji monopolistycznej (w tym oligopolistycznej) i ograniczeń, jakie nakładała na konkurencję cenową, był, według Chamberlina, "nadmiar zdolności wytwórczych, dla którego nie istnieje automatyczny mechanizm korygujący (...). Nadwyżki mocy nigdy nie udaje się pozbyć, czego efektem są wysokie ceny i marnotrawstwo"60.
Ponieważ powyższe teorie konkurencji monopolistycznej rzuciły wyzwanie idei systemu wolnej konkurencji, zagrażając całej strukturze ekonomii ortodoksyjnej, były one - we wczesnej wersji ekonomii niewinnego oszustwa - spychane na margines nauk ekonomicznych. Zestaw wyjątków od doskonałej konkurencji został rozpoznany, ale był traktowany jako coś spoza ogólnego modelu gospodarki, którym pozostawał świat doskonałej i czystej konkurencji. Jednocześnie ekonomiści wprowadzili takie pośrednie pojęcia jak "konkurencja zdolna do działania" (ang. workable competition) (mglista idea, że w praktyce efektywna konkurencja jakoś nadal funkcjonuje), czy też koncepcję nowej konkurencji nastawionej w większym stopniu na innowacje niż na rywalizację cenową, czyli wizję nieustającej burzy schumpeterowskiego "twórczego niszczenia".
W celu dostosowania jej do potrzeb ekonomicznej ortodoksji, przekształcona została sama teoria konkurencji niedoskonałej. Pojęcie "konkurencji monopolistycznej" zostało więc na nowo zdefiniowane w taki sposób, by odnosiło się po prostu do sytuacji, w której liczne małe przedsiębiorstwa są w stanie wykorzystać dogodne lokalizacje lub różnicowanie produktu, wykluczając jednocześnie z tej koncepcji jej typowy przypadek: oligopol. Sam Chamberlin był zmuszony zaprotestować, przypominając, że oligopol jest punktem wyjścia dla teorii konkurencji monopolistycznej, a jego wykluczenie z niej - absurdem. "Konkurencja monopolistyczna", skarżył się, została "przekształcona ze zjawiska niemal powszechnego, którym bez wątpienia jest (...) w stosunkowo mało istotne, sprowadzające się do zróżnicowanych produktów w wąskim przypadku wielkich liczb"61.
Konkurencja została więc przedefiniowana w dyskursie publicznym do postaci pojęcia "konkurencji zdolnej do działania", jako niejasnej analogii wobec konkurencji doskonałej, podczas gdy ekonomiści w swoich podstawowych modelach nadal trzymali się abstrakcyjnego założenia konkurencji doskonałej i/lub czystej. Przypadki oligopolistycznej rywalizacji - czyli toczonych przez quasi-monopolistyczne firmy intensywnych bitew o rynki, różnicowanie produktu i przewagę kosztową (jednak rzadko obejmujące redukcje cen na finalnych rynkach konsumpcyjnych) - były często błędnie traktowane jako przykłady takiej konkurencji, jak ją rozumiał Adam Smith. Tymczasem wpływowe postacie ortodoksji, jak choćby Milton Friedman, nadal utrzymywały, że oligopolistyczna rywalizacja jest całkowitą antytezą konkurencji.
To właśnie ta pogmatwana sytuacja jest przyczyną dwuznaczności konkurencji62. Jak w The Transformation of American Capitalism zauważył Munkirs: "W środowisku przedsiębiorców i ekonomistów, koncepcje konkurencji zdolnej do działania [Johna Maurice'a] Clarka i burzy twórczego niszczenia Schumpetera zostały ochrzczone mianem nowej konkurencji. Najzwyczajniej nadając terminowi konkurencja nowe znaczenie, zaprzeczono istnieniu chorych skutków struktur rynkowych w postaci konkurencji monopolistycznej. Jednak realny świat istnieje naprawdę"63.
Tymczasem radykalni i marksistowscy myśliciele byli przywiązani do realistycznej perspektywy historycznej i - ponieważ nie mieli żadnego powodu, by trzymać się koncepcji wolnej konkurencji tam, gdzie pozostawała w sprzeczności z rzeczywistością - w dalszym ciągu analizowali rosnącą rolę monopolu we współczesnym systemie gospodarczym. Monopolizacja tego typu została scharakteryzowana przez austriacko-niemieckiego ekonomistę z początku XX w., Rudolfa Hilferdinga, jako wzrost "kapitału finansowego"64. Lenin, idąc w ślady Hilferdinga, pisał o czymś, co nazwał "monopolistycznym stadium kapitalizmu" - postrzegając je jako podstawę nowoczesnego imperializmu65. Obrazoburczy ekonomista amerykański, Thorstein Veblen, opracował wczesną teorię kapitalizmu monopolistycznego jako część swojej krytyki "własności wyobcowanej" (ang. absentee ownership)66.
Na obszarze ekonomii krytycznej od lat 30. do 70. XX w., Kalecki i Josef Steindl rozwinęli teorie rosnącego stopnia monopolizacji i jego związku z dojrzałością i stagnacją67. Celem Kapitału monopolistycznego Barana i Sweezy'ego, którzy w dużym stopniu inspirowali się pracami Kalec-kiego i Steindla, było "zapoczątkowanie systematycznej analizy kapitalizmu monopolistycznego na podstawie doświadczenia najbardziej rozwiniętego społeczeństwa żyjącego w warunkach kapitalizmu monopolistycznego" - Stanów Zjednoczonych68. Również takie prace jak The Age of Imperialism (Wiek imperializmu) Harry'ego Magdoffa z 1969 r., The Fiscal Crisis of the State (Kryzys fiskalny państwa) Jamesa O'Connora z 1973 r. oraz Labor and Monopoly Capital (Praca i kapitał monopolistyczny) Harry'ego Bravermana z 1974 r. opierały się na koncepcji kapitału monopolistycznego69.
Nasza własna linia dociekań w niniejszej książce opiera się na tych analizach, będąc próbą zrozumienia obecnej fazy kapitału monopolistyczno-finansowego, w której stagnacja i finansjeryzacja pojawiły się jako współzależne trendy w skali światowej. Poniżej zbadany zostanie paradoks gospodarki, w której to raczej finansjeryzacja niż akumulacja kapitału jest obecnie siłą napędową systemu.
Globalizacja kapitału monopolistycznego, upadek hegemonii Stanów Zjednoczonych i wzrost znaczenia Chin
Wciąż jeszcze daleko, nawet na lewicy, do powszechnego uznania wagi monopolizacji, w dużej mierze ze względu na zmiany w jej postrzeganiu spowodowane przez rosnącą konkurencję międzynarodową (czy też transnarodową rywalizację oligopolistyczną). W latach 70. XX w. kluczowe amerykańskie branże, takie jak przemysł stalowy czy motoryzacyjny, zaczęły ulegać wpływowi konkurencji międzynarodowej, pozornie osłabiającej siłę amerykańskiego kapitału monopolistycznego70. Wzrost znaczenia korporacji międzynarodowych, przede wszystkim w krajach Triady, był nośnikiem tej zwiększonej konkurencji na rynku światowym. Stało się to przyczyną ciętej uwagi poczynionej przez Joan Robinson: "Współczesny przemysł jest nie tyle systemem monopolistycznej konkurencji, ile systemem konkurencyjnych monopoli"71.
Niektórzy obserwatorzy widzieli w tym procesie tworzenia globalnych oligopoli, który nieuchronnie obejmował fuzje lub zniszczenie słabszych oligopolistycznych firm krajowych, powrót systemu konkurencyjnego w XIX-wiecznym stylu. Mylili się.
Teoria korporacji międzynarodowej w ujęciu Stephena Hymera (który pozostaje czołowym teoretykiem na tym obszarze) postrzegała wzrost potęgi tych wędrujących po świecie firm, jako konsekwencję wzrostu koncentracji i centralizacji kapitału oraz siły monopolistycznej w skali globalnej. Zamiast - jak przewidywała ekonomia ortodoksyjna - konkurencyjnej struktury rynku, tym, co wyłaniało się z tego procesu, był system ogólnoświatowej oligopolistycznej rywalizacji coraz mniejszej liczby globalnych korporacji o dominację nad światową produkcją. Następnie Hymer połączył powyższe z Marksowską teorią przemysłowej rezerwowej armii bezrobotnych, wyjaśniając, iż monopolistyczne korporacje transnarodowe były w trakcie tworzenia nowego międzynarodowego podziału pracy opartego na formowaniu globalnej armii rezerwowej oraz wykorzystywaniu różnic w płacach na świecie (zwanym inaczej globalnym arbitrażem pracy)72. Ta globalna restrukturyzacja produkcji przyjęła wobec pracy na całym świecie postawę "dziel i rządź".
Wykres W.6. Saldo rachunku obrotów bieżących Stanów Zjednoczonych (% PKB)
Źródło: Baza danych Banku Rezerw Federalnych w St. Louis (FRED), www.research.stlouisfed.org.
Powyższym zmianom towarzyszyło przejście Stanów Zjednoczonych, począwszy od ok. 1980 r., od ogromnej nadwyżki do olbrzymiego deficytu na rachunku obrotów bieżących (łączne saldo handlu dobrami i usługami, dochodów oraz transferów jednostronnych netto), przekształcając ten kraj w konsumpcyjny napęd gospodarki światowej lub inaczej "nabywcę ostatniej instancji" (ang. buyer of last resort)73. Wszystko to było możliwe za sprawą hegemonicznej pozycji dolara amerykańskiego w połączeniu z finansjeryzacją, dzięki którym, jak twierdzi Yanis Varoufakis, Stany Zjednoczone stały się globalnym Minotaurem, pożyczającym i konsumującym nieproporcjonalnie względem swojej produkcji, zapewniając tym samym rynki dla eksportu innych krajów74. Widać to na wykresie W.6., ilustrującym wzrost deficytu na rachunku obrotów bieżących Stanów Zjednoczonych (którego spora część wynika z deficytu w handlu dobrami i usługami) w relacji do PKB. Na przestrzeni ostatnich 30 lat Stany Zjednoczone stały się największym na świecie kredytobiorcą, wykorzystując swoją pozycję finansowego hegemona i zasysając nadwyżki kapitału od reszty świata, a tym samym ostatecznie potęgując swój fundamentalny problem nadakumulacji.
W tym samym czasie promowany przez międzynarodowe korporacje globalny arbitraż pracy przekształcał gospodarkę światową, przenosząc dużą część światowej produkcji na globalne Południe. Gigantyczne korporacje opracowywały coraz bardziej złożone łańcuchy dostaw sięgające do krajów o niskich kosztach pracy, podczas gdy dobra finalne były przeznaczone przede wszystkim na rynki globalnej Północy, natomiast nadwyżki kapitału w znacznej części przechwytywane przez same wszechobecne firmy transnarodowe. W latach 60. XX w. 6% zysków ogółem amerykańskich korporacji pochodziło z zagranicy. Do lat 90. XX w. odsetek ten wzrósł do 15%, a w latach 2000-2010 - do 21%75.
Największym znakiem zapytania, stawianym dziś przez tę nową fazę akumulacji, jest gwałtowny wzrost kilku dużych gospodarek wschodzących, w szczególności Chin i Indii. Kaprysy systemu akumulacji w tych krajach, opartego na wyzysku ogromnych, liczonych w setkach milionów, rezerwowych armii pracowników (w Chinach "płynnej populacji" chłopów), które nie mogą ulec wewnętrznemu wchłonięciu w standardowym procesie industrializacji, czynią przyszłość nowej Azji niepewną. Uzyskiwana przez kontrolujące również globalne łańcuchy dostaw międzynarodowe koncerny renta imperialistyczna powoduje, iż gospodarki wschodzące, chociaż stają w obliczu czegoś, co może wydawać się otwartymi drzwiami do rynku światowego, muszą podążać kontrolowanymi z zewnątrz ścieżkami76. Ogromne nierówności wbudowane w proeksportowy model rozwoju bazujący na nisko opłacanej pracy tworzą w gospodarkach wschodzących wewnętrzne pęknięcia. Chiny są obecnie sceną nieustannych, masowych, liczonych w setkach tysięcy rocznie protestów. W artykule zatytułowanym "Is China Ripe for Revolution?" ("Czy Chiny dojrzały do rewolucji?"), opublikowanym w New York Timesie z 12 lutego 2012 r., Stephen R. Platt pisze, że XIX-wieczne powstanie tajpingów może stanowić historyczne memento o ewentualności kolejnej znaczącej "rewolucji od wewnątrz" w tym kraju (w którym to przypadku, jak zauważa, Waszyngton najprawdopodobniej karmiłby się "nadzieją, że rewolucja ta upadnie")77.
Pod wieloma względami sytuacja na świecie, z niewielkimi zmianami, pozostaje zgodna z diagnozą postawioną przez Che Guevarę na Konferencji Afro-Azjatyckiej w Algierii w 1965 r.: "Odkąd kapitał monopolistyczny zawładnął światem, utrzymuje większą część ludzkości w nędzy, dzieląc wszystkie zyski w grupie najsilniejszych krajów (...). Nie powinno być więcej mowy o rozwijaniu wzajemnie korzystnego handlu opartego na cenach wymuszonych na zacofanych krajach przez prawo wartości i międzynarodowe stosunki nierównej wymiany, które z prawa wartości wynikają"78. Nawet jeżeli niektóre gospodarki wschodzące rozwijają się obecnie bardzo szybko, dominującym elementem rzeczywistości pozostaje globalny arbitraż pracy, zwiększający na świecie poziom wyzysku, którego największy ciężar przypada na globalne Południe.
Podstawowym założeniem całej naszej analizy jest to, że imperialistyczne podziały na świecie trwają i są głębokie, a w wielu przypadkach wręcz pogłębiają się, wymuszając znaczne różnice w warunkach życia. W dobie globalnego kapitału monopolistyczno-finansowego ludzie pracy na całym świecie wciąż jeszcze, i to w coraz większym stopniu, doświadczają cierpienia, co Michael Yates określił mianem Wielkiej Nierówności (ang. Great Inequality)79. Utrwalone i powiększające swój zasięg monopole bogactwa, dochodów i władzy są ukierunkowane na służenie interesom znikomej części ludności świata, obecnie znanej jako 1%, innymi słowy na służenie globalnym klasom rządzącym współczesnego kapitału monopolistyczno-finansowego. Świat jest poddawany tak skrajnemu i zniekształconemu procesowi akumulacji kapitału monopolistycznego, że ten ostatni nie tylko powoduje Wielką Nierówność i tworzy warunki dla stagnacji i niestabilności finansowej, lecz także - w celu utrzymania tego właśnie systemu - stanowi zagrożenie dla całej planety jako miejsca zamieszkania człowieka80. Stąd przyszłość ludzkości, jeżeli ludzkość ma mieć w ogóle jakąkolwiek przyszłość, znajduje się teraz w rękach 99%. "Gdy system sam w sobie jest porażką", zauważa Gar Alperovitz w swojej książce America Beyond Capitalism (Ameryka poza kapitalizmem), "w oczywisty sposób - "de facto" z definicji - rozwiązanie wymaga koniec końców stworzenia nowego systemu"81.