Krytyka Polityczna nr 34. Wydanie Specjalne: co dalej z niemiecką Europą - Praca zbiorowa

-
Proszę czekać

Je­śli ktoś raz za­cznie za­ba­wę w ła­go­dze­nie cier­pie­nia, w za­po­bie­ga­nie prze­mo­cy, w chro­nie­nie sła­bo­ści przed na­tych­mia­sto­wą eg­ze­ku­cją wy­ro­ków na­tu­ry, nie ma koń­ca ta­kiej "de­ka­den­cji". Na­wet wia­rę moż­na od tego stra­cić, szcze­gól­nie, je­śli jest to wia­ra ki­bol­ska. Je­stem w ka­te­drze pod we­zwa­niem św. Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła (pa­tro­na Bel­gii) i św. Gu­du­li (pa­tron­ki Bruk­se­li, po­noć cór­ki hra­bie­go Bra­ban­cji, pew­nie dla­te­go zo­sta­ła świę­tą, mimo że nie była ofia­rą żad­nych prze­śla­do­wań; je­dy­ne, co ro­bi­ła, to po­moc przez całe ży­cie ubo­gim, po­dob­no na­wet stwo­rzy­ła in­sty­tu­cjo­nal­ny sys­tem ta­kiej po­mo­cy, mo­gła­by za­tem być pa­tron­ką za­rów­no cha­de­cji, jak i so­cjal­de­mo­kra­cji).

Front ka­te­dry pod we­zwa­niem św. Mi­cha­ła i św. Gu­du­li wy­cho­dzi na Bul­war Ce­sa­rzo­wej, któ­rym co­dzien­nie wę­dru­ją w kie­run­ku sie­dzib Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, Ko­mi­sji i Rady ma­ni­fe­sta­cje związ­kow­ców, mniej­szo­ści et­nicz­nych i sek­su­al­nych, a ostat­nio Kur­dów so­li­da­ry­zu­ją­cych się z Tur­ka­mi z par­ku Gezi. Te co­dzien­ne ma­ni­fe­sta­cje, na­wet je­śli ich uczest­ni­cy cza­sem do­brze się ba­wią, a po roz­wią­za­niu po­cho­dów wsią­ka­ją w ulicz­ki i pi­wiar­nie Bruk­se­li, wy­glą­da­ją jak ka­mie­nie bez­sil­nie ci­ska­ne w pust­kę. Przy­najm­niej do­pó­ki in­sty­tu­cje wspól­no­to­we same nie uzy­ska­ją nie­co więk­szej sub­stan­cjal­no­ści, żeby wszyst­kich tych rosz­czeń nie tyl­ko wy­słu­chi­wać, ale mieć siłę, aby zre­ali­zo­wać przy­najm­niej nie­któ­re z nich.

Ar­chi­tek­tu­ra ka­te­dry to naj­czyst­szy bra­banc­ki ko­ron­ko­wy go­tyk. W wer­sji sa­kral­nej nie­co mniej pysz­ny niż utrzy­ma­ne w tym sa­mym sty­lu ra­tusz, domy, pa­ła­ce - do­wo­dy po­tę­gi świec­kie­go miesz­czań­stwa na bruk­sel­skim ryn­ku bez fał­szy­wej po­ko­ry na­zwa­nym Grand-Pla­ce. Szcze­gól­nie w tu­tej­szym świec­kim go­ty­ku (bo wnę­trze ka­te­dry zo­sta­ło nie­ste­ty moc­no znisz­czo­ne przez ba­rok, bar­dzo tu nie­pa­su­ją­cy, na­rzu­co­ny przez hisz­pań­skich Habs­bur­gów, któ­rzy mu­sie­li za­do­wo­lić się Bel­gią po utra­cie Ho­lan­dii) od­naj­du­ję tę samą har­mo­nię, któ­rą wcze­śniej wi­dzia­łem chy­ba tyl­ko w ko­ścio­łach No­rym­ber­gi. Chwi­lo­wa har­mo­nia po­mię­dzy tym, co sa­kral­ne i świec­kie. Chrze­ści­jań­stwo, ka­to­li­cyzm, przy­zna­ją­ce się jesz­cze do od­po­wie­dzial­no­ści za roz­kwi­ta­ją­ce miesz­czań­stwo. Na oł­ta­rzach, pła­sko­rzeź­bach, ob­ra­zach, Je­zu­sa i Ma­rię ota­cza­ją lu­dzie róż­nych za­wo­dów, sce­ny z miej­skie­go ży­cia, któ­re­go Ko­ściół wte­dy nie na­zy­wa "cy­wi­li­za­cją śmier­ci" (być może tyl­ko dla­te­go, że wy­da­je mu się jesz­cze, iż nad wszyst­kim pa­nu­je). Dziś trud­no od­na­leźć choć­by reszt­ki tej póź­no­go­tyc­kiej har­mo­nii w ję­zy­ku Ko­ścio­ła i jego re­pre­zen­tan­tów. Prę­dzej na­tra­fi­my na ostrze­że­nia przed "sza­ta­ni­zmem" - w wy­stą­pie­niach bi­sku­pów, w ogło­sze­nio­wych ga­blo­tach pol­skich ko­ścio­łów. Zna­ki sza­ta­na, przed któ­ry­mi tam się ostrze­ga, to pa­cyf­ka obok swa­sty­ki, ra­sta­mań­ska tę­cza, po­ke­mon (wpływ Ro­ber­ta Te­kie­le­go, któ­ry po swo­ich "no­wych na­ro­dzi­nach", już nie jako new age'owiec, ale new age'owy ka­to­lik, od­krył, że po­ke­mo­ny to "prze­myt Shin­to" do bez­bron­nych umy­słów ka­to­lic­kich dzie­ci). Sub­tel­ne pa­ra­no­icz­ne roz­wa­ża­nia tra­fi­ły te­raz pod strze­chy wie­lu pol­skich pa­ra­fii.

Ale tu nie do­tar­ły, Bruk­se­la jest inna. W tu­tej­szych ko­ścio­łach ka­to­lic­kich nikt ni­ko­go nie ostrze­ga przed po­ke­mo­na­mi.

W jed­nej z naw go­tyc­kiej ka­te­dry, obec­nie sie­dzi­by pry­ma­sa Bel­gii, wisi na­to­miast kunsz­tow­nie wy­ko­na­ny pla­kat "Dzie­ci Abra­ha­ma". Z gru­be­go ko­rze­nia pod­pi­sa­ne­go "Abra­ham" wy­ra­sta­ją trzy gru­be pnie: ju­da­izm, chrze­ści­jań­stwo i is­lam. Roz­ga­łę­zia­jąc się da­lej. Chrze­ści­jań­stwo na ka­to­li­cyzm, pra­wo­sła­wie, re­for­ma­cję i cały za­gaj­nik pro­te­stanc­kich wspól­not. Is­lam na szy­itów, sun­ni­tów, a po­tem rów­nież na cały za­gaj­nik. Po stro­nie ju­da­izmu przez dłu­gi czas wę­dru­je ku gó­rze sa­mot­ny pęd z na­pi­sem "dia­spo­ra", z któ­re­go - ża­den or­to­dok­syj­ny ra­bin nie zniósł­by tego wi­do­ku w swo­jej świą­ty­ni - od­bi­ja w pew­nym mo­men­cie li­stek "sa­ba­ta­izm", a z nie­go ko­lej­ny, pod­pi­sa­ny "fran­kizm". Po­dob­nie jak nie każ­dy bi­skup ka­to­lic­ki czy ka­to­lic­ki pu­bli­cy­sta z Pol­ski zniósł­by to, że do pnia z pod­pi­sem "chrze­ści­jań­stwo" au­tor tej ry­ci­ny przy­twier­dził list­ki ka­ta­rów, bo­go­mi­łów, wal­den­sów. He­re­zja goni he­re­zję. Je­den z ostat­nich, naj­bar­dziej współ­cze­snych pę­dów dia­spo­ry na­zy­wa się po pro­stu "Za­gła­da". Za­bra­kło tu wła­ści­wie tyl­ko jed­ne­go pędu - "se­ku­la­ry­za­cji". Pew­nie wie­lu se­ku­la­ry­stów nie zgo­dzi­ło­by się na ta­kie uzu­peł­nie­nie "Dzie­ci Abra­ha­ma" ("Po co nam wci­na­nie się w ten cho­ler­ny fi­de­izm"). Wąt­pli­wo­ści mia­ło­by też za­pew­ne wie­lu naj­bar­dziej na­wet to­le­ran­cyj­nych mo­no­te­istów ("No nie, tam to już na pew­no nie się­ga Bóg, ża­den ate­ista nie bę­dzie zba­wio­ny, Fran­ci­szek się prze­ję­zy­czył, trze­ba go po­pra­wić w ofi­cjal­nym ko­mu­ni­ka­cie Ra­dia Wa­ty­kań­skie­go"). Są jed­nak tacy se­ku­la­ry­ści i są tacy fi­de­iści, któ­rzy ro­zu­mie­ją, że se­ku­la­ry­za­cja na­le­ży do tego sa­me­go po­krę­co­ne­go drze­wa "Dzie­ci Abra­ha­ma". I tak­że tu­taj się­ga Bóg, a je­śli Go nie ma, to do naj­dal­szych ko­rze­ni i pę­dów wszyst­kich ludz­kich re­li­gii się­ga (może się­gać, się­gać po­win­na, tak to zo­sta­ło prze­cież po­my­śla­ne) uni­wer­sal­na ety­ka, któ­ra to drze­wo zro­dzi­ła.

Na ra­zie po­mię­dzy dzieć­mi Abra­ha­ma trwa zwy­cza­jo­wa prze­py­chan­ka. Tak­że w in­sty­tu­cjach UE.

Kie­dy z Pol­ski do­bie­ga mo­dli­twa Kry­sty­ny Paw­ło­wicz o "roz­wa­le­nie się Unii", kie­dy je­zu­ita (nie­ste­ty) o. Au­gu­styn z prze­ra­że­niem od­kry­wa frag­ment "spon­so­ro­wa­ne­go przez Unię" pod­ręcz­ni­ka, gdzie "pró­bu­je się do­ko­nać de­pa­to­lo­gi­za­cji ho­mo­sek­su­ali­zmu", ja cho­dzę po ko­ry­ta­rzach Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, py­ta­jąc, jak wy­glą­da­ją dzi­siaj sto­sun­ki "unij­ne­go po­two­ra" z Ko­ścio­łem. I z re­li­gią w ogó­le. Tym bar­dziej, że hi­sto­ria tych sto­sun­ków jest bar­dzo burz­li­wa. Oj­co­wie za­ło­ży­cie­le UE byli co praw­da w więk­szo­ści chrze­ści­jań­ski­mi de­mo­kra­ta­mi, ale peł­ny­mi sza­cun­ku dla świec­kiej po­li­ty­ki, cza­sem na­wet pro­wa­dzo­nej w pań­stwie la­ic­kim.

Py­tam lu­dzi, któ­rzy "an­ty­chrze­ści­jań­sko­ści" Unii boją się naj­bar­dziej. Czy­li eu­ro­par­la­me­na­trzy­stów roz­ma­itych nur­tów pol­skiej pra­wi­cy. Naj­cie­kaw­szy dla mnie jest je­den z nich, któ­ry sam jest bar­dzo re­li­gij­ny i wciąż na­le­ży do PiS, par­tii uży­wa­ją­cej re­li­gii w po­li­ty­ce dość in­stru­men­tal­nie. Tyle że on aku­rat nie wy­stą­pi w tym re­por­ta­żu pod wła­snym na­zwi­skiem. W PiS uzna­no, że tek­sty, któ­re pu­bli­ko­wa­łem w KP po ka­ta­stro­fie smo­leń­skiej, "ob­ra­ża­ły pa­mięć Le­cha Ka­czyń­skie­go". Więc nie za bar­dzo wy­pa­da ze mną roz­ma­wiać.

Spo­ty­ka­my się w wiel­kim holu na trze­cim pię­trze wie­ży Al­tie­ro Spi­nel­lie­go, gdzie łą­czą się przej­ścia do kil­ku szkla­nych wież, w któ­rych swo­je biu­ra mają tak­że pol­scy cha­de­cy, so­cja­li­ści, kon­ser­wa­ty­ści i re­for­ma­to­rzy. Po­tem scho­dzi­my ni­żej do "klu­bo­wej ka­wiar­ni". Żad­ne­go wy­pa­su, kawa... nie wiem, może do przy­wi­le­jów na­le­ży to, że "Ich" kawa jest tań­sza? Ja bio­rę czar­ną, ale nie po to, by "oszczę­dzić na mlecz­ku". Ta­kim wa­ria­tem jed­nak nie je­stem. Je­śli ob­se­syj­nie zwra­cam uwa­gę na ceny, przy­wi­le­je, for­my dys­tynk­tyw­nej kon­sump­cji, to tyl­ko dla­te­go, że w tym świe­cie z bo­gac­twa, kom­for­tu wy­pa­da się jed­nak tłu­ma­czyć. Na­wet je­śli się na nie za­słu­ży­ło, albo je­śli nie spo­sób się bez nich obejść (ach to ka­to­lic­kie "roz­dwo­je­nie w so­bie" na­pę­dza­ją­ce po­ezję Sępa-Sza­rzyń­skie­go, pro­zę Oska­ra Wil­de'a i gro­te­skę Fir­ban­ka, a nie­któ­rych współ­cze­snych chrze­ści­jan zmu­sza­ją­ce do przy­kle­ja­nia ryb­ki na za­dach wy­pa­sio­nych li­mu­zyn).

Py­tam mo­je­go nie­co młod­sze­go i nie­co bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ne­go pra­wi­co­we­go ko­le­gę o sto­sun­ki UE z Ko­ścio­łem. "Wciąż nie są naj­lep­sze" - od­po­wia­da. Dla­cze­go? Prze­cież Par­la­ment Eu­ro­pej­ski w spra­wach bio­po­li­ty­ki, świa­to­po­glą­du, su­mie­nia, sto­sun­ków pań­stwo-Ko­ściół ogła­sza co naj­wy­żej re­zo­lu­cje? Wią­żą­cych ak­tów praw­nych Unia w tych ob­sza­rach ra­czej nie uchwa­la - zgod­nie ze świę­tą za­sa­dą "sub­sy­diar­no­ści", "po­moc­ni­czo­ści" za­kła­da­ją­cą, że UE nie po­win­na się zaj­mo­wać spra­wa­mi, z któ­ry­mi świet­nie ra­dzą so­bie wła­dze państw człon­kow­skich (przy za­ło­że­niu, że istot­nie ra­dzą so­bie z nimi świet­nie). Prze­ło­mu w spra­wach mał­żeństw jed­no­pł­cio­wych, związ­ków part­ner­skich, abor­cji... - do­ko­na­ły i nadal do­ko­nu­ją w Eu­ro­pie Za­chod­niej par­la­men­ty kra­jo­we. "Ale na­wet te re­zo­lu­cje eu­ro­par­la­men­tu" - od­po­wia­da mój roz­mów­ca - "prze­gło­so­wy­wa­ne przez więk­szość so­cja­li­stów, zie­lo­nych i li­be­ra­łów, wspie­ra­nych cza­sa­mi przez część eu­ro­pej­skich cha­de­ków, po­zwa­la­ją póź­niej na fi­nan­so­we wspie­ra­nie or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wych, któ­re za eu­ro­pej­skie pie­nią­dze pro­mu­ją fe­mi­nizm, fi­lo­zo­fię gen­der, ho­mo­sek­su­alizm, a na­wet abor­cję, i to w pań­stwach, któ­rych ład praw­ny za­ka­zu­je tych rze­czy". Mój roz­mów­ca nie do­strze­ga po­do­bień­stwa tej sy­tu­acji z sy­tu­acją, w któ­rej Unia też "na­ru­sza pra­wo kra­jo­we", po­ma­ga­jąc np. re­pre­sjo­no­wa­nym opo­zy­cjo­ni­stom czy prze­śla­do­wa­nym mniej­szo­ściom, np. chrze­ści­ja­nom. "W jed­nym przy­pad­ku wspie­ra się do­bro" - mówi - "w dru­gim wy­pad­ku wspie­ra się oczy­wi­ste zło".

Tak wy­glą­da­ją dys­ku­sje o kwe­stiach su­mie­nia, bar­dzo szyb­ko na­tra­fia się w nich na "trans­cen­den­cję". Po­zo­sta­je siła albo ne­go­cja­cje, któ­rych wy­nik tak­że bywa za­zwy­czaj wy­łącz­nie funk­cją siły.

Zwo­len­ni­cy la­ic­ko­ści mają jesz­cze w eu­ro­par­la­men­cie inne swo­je drob­ne przy­jem­no­ści. Jak opo­wia­da mi bar­dziej umiar­ko­wa­ny przed­sta­wi­ciel pol­skiej pra­wi­cy, cha­dek Jan Ol­brycht z eu­ro­pej­skiej re­pre­zen­ta­cji Plat­for­my, ich ulu­bio­ną za­ba­wą sta­ło się do­rzu­ca­nie w ostat­niej chwi­li - przez so­cja­li­stów, zie­lo­nych i li­be­ra­łów - do re­zo­lu­cji do­ty­czą­cych np. in­te­gra­cji osób nie­peł­no­spraw­nych albo in­nych w mia­rę neu­tral­nych świa­to­po­glą­do­wo kwe­stii, sfor­mu­ło­wań do­ty­czą­cych praw re­pro­duk­cyj­nych, ról płcio­wych, praw sek­su­al­nych mniej­szo­ści czy osób trans­pł­cio­wych. "Gdy­by zgła­sza­li wła­sne re­zo­lu­cje do­ty­czą­ce wy­łącz­nie tych spraw, nie mie­li­by kło­po­tu z ich prze­gło­so­wa­niem, gdyż na­wet część cha­de­ków gło­so­wa­ła­by za tym, ale ja nie mu­siał­bym za tym gło­so­wać" - przy­zna­je mój roz­mów­ca. "Ale oni psu­ją do­ku­men­ty, któ­re cze­goś in­ne­go zu­peł­nie do­ty­czą, tyl­ko po to, aby po­ka­zać, kto tu jest sil­niej­szy". Jak pan wte­dy gło­su­je? - py­tam. "Ja gło­su­ję mimo wszyst­ko za. Prze­cież pa­mię­tam, że nad taką re­zo­lu­cją do­ty­czą­cą in­te­gra­cji osób nie­peł­no­spraw­nych pra­co­wa­li­śmy cięż­ko przez całe mie­sią­ce. Nie chcę, żeby po­wę­dro­wa­ła do ko­sza. Ale za­wsze zgła­szam pro­test, bo prze­cież to jest przy­ci­ska­nie ko­goś ko­la­nem do ścia­ny". Pol­scy eu­ro­po­sło­wie bar­dziej od Ol­brych­ta pra­wi­co­wi nie mają ta­kich skru­pu­łów i gło­su­ją prze­ciw "po­pra­wio­nym" w ostat­niej chwi­li do­ku­men­tom. Tyle że ich gło­sy nie mają tu na nic wpły­wu, poza utrzy­my­wa­niem ich sa­mych w prze­ko­na­niu, że tyl­ko oni są mo­ral­nym gło­sem sprze­ci­wu w eu­ro­pej­skiej So­do­mie.

Sko­ro znów je­ste­śmy jed­nak przy te­ma­cie siły (choć­by siły gło­sów), trze­ba pa­mię­tać, że siła w sto­sun­kach po­mię­dzy Unią i Ko­ścio­ła­mi (szcze­gól­nie Ko­ścio­łem ka­to­lic­kim) w róż­nych mo­men­tach roz­kła­da­ła się róż­nie. W kio­sku z książ­ka­mi i przy­bo­ra­mi do pi­sa­nia w pod­zie­miach eu­ro­par­la­men­tu moż­na zna­leźć książ­kę Mar­ce­la Con­drad­ta Unia Eu­ro­pej­ska, Ko­ścio­ły i my. Trud­no to na­wet na­zwać książ­ką, bo spo­za cha­rak­te­ry­stycz­nych dla gor­szej fran­ko­foń­skiej pro­zy cią­głych eks­kla­ma­cji (po­dzi­wu i obu­rze­nia) z rzad­ka wy­zie­ra ja­kaś upo­rząd­ko­wa­na treść. A jed­nak to dzie­ło jest dla mnie nie­za­stą­pio­ne, mogę tu zna­leźć całą masę cy­ta­tów z ko­lej­nych pro­gra­mo­wych wy­stą­pień po­li­ty­ków UE na te­mat re­li­gii. Od oj­ców za­ło­ży­cie­li aż po naj­now­sze wy­stą­pie­nia i tek­sty lu­dzi, któ­rzy wciąż pró­bu­ją pro­wa­dzić dia­log po­mię­dzy in­sty­tu­cja­mi wspól­no­to­wy­mi a Ko­ścio­ła­mi. I tak mo­że­my so­bie np. przy­po­mnieć, że Ro­bert Schu­man uwa­żał, iż "wszel­ka de­mo­kra­cja za­wdzię­cza swo­je ist­nie­nie chrze­ści­jań­stwu". Moż­na tu zna­leźć krót­ką i ra­czej nie­szczę­śli­wą hi­sto­rię gru­py ro­bo­czej "Du­sza dla Eu­ro­py" stwo­rzo­nej przez Ja­cqu­es'a De­lor­sa w la­tach 90., kie­dy był on jesz­cze Prze­wod­ni­czą­cym Ko­mi­sji. Do udzia­łu w jej pra­cach zo­sta­li wów­czas przez nie­go za­pro­sze­ni za­rów­no przed­sta­wi­cie­le naj­więk­szych re­pre­zen­to­wa­nych w Eu­ro­pie re­li­gii, jak też śro­do­wisk la­ic­kich, hu­ma­ni­stycz­nych i róż­nych nur­tów eu­ro­pej­skiej ma­so­ne­rii. Nie­ste­ty, wraz z odej­ściem De­lor­sa prze­ko­na­nie o po­trze­bie wy­po­sa­że­nia Eu­ro­py w du­szę moc­no osła­bło (po­dob­nie zresz­tą, jak prze­ko­na­nie o ko­niecz­no­ści wy­po­sa­że­nia Unii Eu­ro­pej­skiej w ja­ką­kol­wiek moc­niej­szą le­gi­ty­mi­za­cję czy po­czu­cie sen­su).

Ini­cja­ty­wa De­lor­sa była pierw­szym prak­tycz­nym ćwi­cze­niem UE z post­se­ku­la­ry­zmu. Śro­do­wi­ska świec­kie i re­li­gij­ne, a na­wet la­ic­kie, pró­bo­wa­ły roz­po­cząć dia­log do­ty­czą­cy nie tyl­ko współ­ist­nie­nia, do­bre­go są­siedz­twa, ale efek­tyw­ne­go współ­dzia­ła­nia w li­be­ral­nym po­rząd­ku jed­no­czą­cej się Eu­ro­py. Dia­log skoń­czył się awan­tu­rą pod­czas pi­sa­nia kon­sty­tu­cji eu­ro­pej­skiej i jej pre­am­bu­ły, z któ­rej zwo­len­ni­cy nie­ska­zi­tel­nej la­ic­ko­ści usu­nę­li wszel­kie od­nie­sie­nia do chrze­ści­jań­stwa, na­wet hi­sto­rycz­ne. Było to pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo. Po pierw­sze, eu­ro­pej­ska kon­sty­tu­cja nig­dy nie zo­sta­ła uchwa­lo­na. Oba­lo­no ją zresz­tą nie z przy­czyn świa­to­po­glą­do­wych, ale eko­no­micz­nych, spo­łecz­nych, a przede wszyst­kim z lęku (prze­sad­ne­go) sy­tych Fran­cu­zów i Ho­len­drów przed ko­niecz­no­ścią po­dzie­le­nia się do­bro­by­tem z wy­głod­nia­ły­mi oby­wa­te­la­mi przyj­mo­wa­nych wła­śnie do Unii kra­jów "no­wej Eu­ro­py". Dru­gim pyr­ru­so­wym aspek­tem tego zwy­cię­stwa było zmo­bi­li­zo­wa­nie Ko­ścio­ła do wal­ki z "la­ic­ką UE", roz­bu­dze­nie w wie­lu ka­to­li­kach prze­ko­na­nia, że Unia two­rzy prze­strzeń, któ­ra bę­dzie im wro­ga.

Było to błę­dem tym bar­dziej, że od tam­te­go cza­su sto­su­nek sił po­mię­dzy Unią i Ko­ścio­łem nie­co się zmie­nił. Na nie­ko­rzyść Unii. Kry­zys po­wa­lił in­sty­tu­cje wspól­no­to­we na ko­la­na (a w każ­dym ra­zie ka­zał im się nie­co przy­gar­bić), tym­cza­sem Ko­ściół na­uczył się uży­wać swo­jej no­wej Wun­der­waf­fe, "ze­msty Boga", któ­ra na po­trze­by glo­bal­nej woj­ny kul­tu­ro­wej przy­ję­ła for­mę "wal­ki o ochro­nę ży­cia". Wier­nych w Eu­ro­pie mo­bi­li­zu­je dziś wi­zja "li­be­ral­ne­go ho­lo­cau­stu", czy­li le­gal­nej w wie­lu kra­jach eu­ro­pej­skich abor­cji, a ostat­nio na­wet in vi­tro, gdyż po­ję­cie "czło­wie­ka" ze­szło w mię­dzy cza­sie z po­zio­mu pa­ro­mie­sięcz­ne­go em­brio­nu na po­ziom jed­no­ko­mór­ko­wej zy­go­ty czy pa­ro­ko­mór­ko­we­go za­rod­ka. In­nym ele­men­tem tego ar­se­na­łu Ko­ścio­ła jest "obro­na tra­dy­cyj­nej ro­dzi­ny" przed "za­gra­ża­ją­cą jej" le­ga­li­za­cją mał­żeństw jed­no­pł­cio­wych lub choć­by związ­ków part­ner­skich. Dziś Ko­ściół - tak­że w swo­ich kon­tak­tach z in­sty­tu­cja­mi UE - nie zaj­mu­je się już pra­wie w ogó­le daw­ny­mi prio­ry­te­ta­mi swe­go na­ucza­nia spo­łecz­ne­go (spra­wie­dli­wo­ścią i so­li­dar­no­ścią spo­łecz­ną, kry­ty­ko­wa­niem pa­to­lo­gii ryn­ku, obro­ną god­no­ści pra­cy). In­te­re­su­je go pra­wie wy­łącz­nie bio­po­li­ty­ka. Jak po­wie­dział mi Mar­tin Schulz (po­twier­dza­ją to prak­tycz­nie wszy­scy lu­dzie in­te­re­su­ją­cy się dzi­siej­szym sta­nem sto­sun­ków po­mię­dzy Ko­ścio­łem ka­to­lic­kim i UE), przed­sta­wi­cie­le Ko­ścio­ła są za­pra­sza­ni do dys­ku­sji o so­li­dar­no­ści mię­dzy­re­gio­nal­nej, o mi­gra­cji w Eu­ro­pie, o in­te­gra­cji mniej­szo­ści et­nicz­nych czy re­li­gij­nych, uczest­ni­czą na­wet w tych spo­tka­niach, ale nie oka­zu­jąc za­in­te­re­so­wa­nia czy emo­cji w naj­mniej­szym choć­by stop­niu po­rów­ny­wal­nych do tych, ja­kie bu­dzą w nich kwe­stie bio­po­li­tycz­ne. I trud­no się dzi­wić, je­śli bo­wiem pra­wa re­pro­duk­cyj­ne ko­biet uda­ło się zde­fi­nio­wać w umy­słach wie­lu wier­nych jako "ho­lo­caust", to czy so­li­dar­ność spo­łecz­na, rów­ność szans, god­ność pra­cy... mogą być dla nich choć­by w przy­bli­że­niu rów­nie istot­ne, jak do­ko­ny­wa­na co­dzien­nie Za­gła­da?

Ale jest i dru­gie Wun­der­waf­fe. "Ochrzcze­nie" przez Ko­ściół eli­tar­no­ści, sku­tecz­na od­po­wiedź na je­den z pod­sta­wo­wych lę­ków "płyn­nej no­wo­cze­sno­ści", jaką jest lęk ro­dzi­ców przed spo­łecz­ną de­gra­da­cją wła­snych dzie­ci. Źró­dłem no­wej siły Ko­ścio­ła sta­ło się wy­pro­mo­wa­nie ka­to­lic­kich szkół jako miej­sca gwa­ran­tu­ją­ce­go od­izo­lo­wa­nie uczą­cych się tam dzie­ci od pleb­su, uczy­nie­nie ich w przy­szło­ści czę­ścią spo­łecz­nej eli­ty (część szkół ka­to­lic­kich we Fran­cji czy Bel­gii fak­tycz­nie tę obiet­ni­cę speł­nia, za­trud­nia­jąc naj­lep­szych do­stęp­nych na ryn­ku pe­da­go­gów, a nie die­ce­zjal­nych eg­zor­cy­stów, jak to bywa w Pol­sce). To ucznio­wie i ab­sol­wen­ci szkół ka­to­lic­kich (na­ucza­nych tam nie tyl­ko przed­mio­tów kur­so­wych, ale tak­że nie­uf­no­ści wo­bec "li­be­ral­nej cy­wi­li­za­cji śmier­ci") sta­no­wi­li ka­drę wie­lo­ty­sięcz­nych ma­ni­fe­sta­cji prze­ciw­ko le­ga­li­za­cji mał­żeństw jed­no­pł­cio­wych we Fran­cji. Wo­bec tak od­mie­nio­ne­go Ko­ścio­ła świec­ki me­sja­nizm Unii Eu­ro­pej­skiej po raz pierw­szy wy­da­je się sła­by.

Tak­że wie­lo­let­nia do­mi­na­cja chrze­ści­jań­skich de­mo­kra­tów w in­sty­tu­cjach unij­nych prze­ło­ży­ła się na zu­peł­nie inny mo­del dzi­siej­szych sto­sun­ków Unii z Ko­ścio­łem. Te­raz to zwo­len­ni­cy la­ic­ko­ści bia­da­ją nad tym, że np. w nowo wy­bra­nym 15-oso­bo­wym skła­dzie Eu­ro­pej­skiej Gru­py Etycz­nej (GEE) zna­la­zło się aż sze­ściu teo­lo­gów chrze­ści­jań­skich (w tym ka­to­lic­ki ksiądz i za­kon­ni­ca), a tak­że pro­fe­so­ro­wie bio­lo­gii i me­dy­cy­ny, ale nie ma tam już żad­nych przed­sta­wi­cie­li śro­do­wisk la­ic­kich.

Pro­test do Prze­wod­ni­czą­ce­go Ko­mi­sji wy­sto­so­wa­ła w tej spra­wie m.in. Wiel­ka Żeń­ska Loża Fran­cji, któ­ra oba­wia się, że GEE bę­dzie te­raz utrud­niać fi­nan­so­wa­nie ze środ­ków unij­nych ba­dań na­uko­wych po­tę­pia­nych przez Ko­ściół.

Tę grę moż­na pro­wa­dzić bez koń­ca. Na­wet je­śli nie ma ona nic wspól­ne­go z re­li­gią ani ze świec­kim hu­ma­ni­zmem, ani z im­pe­ra­ty­wem ka­te­go­rycz­nym, bo wszyst­kich tych zna­ków uży­wa wy­łącz­nie jako to­te­mów, przy któ­rych gro­ma­dzą się "nasi". Kie­dy wy­słu­chu­je się nie­usta­ją­cych la­men­tów, że "oni mają wię­cej", idea "wyj­ścia z na­tu­ry" znów wy­da­je się tyl­ko ma­rze­niem. Może "wy­szli z na­tu­ry" za­ło­ży­cie­le re­li­gii, może wy­szedł Spi­no­za czy Kant. Ale nie ich wy­znaw­cy.

A za­ra­zem na­wet me­sja­nizm musi być "re­ali­stycz­ny". Gra­ni­cą dla siły za­wsze jest inna siła. To do­brze, że Unia Eu­ro­pej­ska na­bie­ra "post­se­ku­lar­nej" mą­dro­ści i pró­bu­je zła­go­dzić kon­flikt z chrze­ści­jań­stwem, z Ko­ścio­łem. Ale jed­no­cze­śnie musi zna­leźć siłę, żeby sama jako owoc świec­kie­go me­sja­ni­zmu mo­gła prze­trwać w co­raz bar­dziej bru­tal­nym świe­cie "ze­msty Boga", ze­msty wie­lu Bo­gów, gdzie "Dzie­ci Abra­ha­ma" ule­gły ta­kie­mu zdzi­cze­niu, że na­wet pla­kat z bruk­sel­skiej ka­te­dry przy­po­mi­na­ją­cy im o wspól­nym po­cho­dze­niu, w nie­któ­rych me­cze­tach, sy­na­go­gach, ka­to­lic­kich ko­ścio­łach zo­stał­by dziś przez ka­pła­nów i wier­nych po­dar­ty. A ten, co by go pró­bo­wał tam za­wie­sić, zo­stał­by przez nich po­żar­ty.

Nad pięk­ny­mi Sta­wa­mi Ixel­les star­sze pa­nie do­kar­mia­ją gęsi. Ich ulu­bie­ni­cą sta­ła się szcze­gól­nie jed­na - cho­ra, ku­le­ją­ca. Sie­dzi oso­wia­ła, od­pę­dza­na przez swo­je ob­żar­te, tłu­ste to­wa­rzysz­ki od sma­ko­ły­ków, któ­re za­ście­ła­ją traw­nik tak gę­sto, że star­czy­ło­by prze­cież i dla niej. Szcze­gól­nie ją upodo­ba­ły więc so­bie star­sze, do­brze ubra­ne pa­nie. Nie­omal ją roz­piesz­cza­ją. Kie­dy pa­trzę na tę scen­kę, przy­po­mi­na mi się tekst zna­ne­go pol­skie­go dzien­ni­ka­rza pi­szą­ce­go o zwie­rzę­tach (zwy­kle cie­ka­wie), któ­ry u pro­gu te­go­rocz­nej spóź­nia­ją­cej się wio­sny ape­lo­wał, żeby nie po­ma­gać za­ma­rza­ją­cym bo­cia­nom, bo "na­tu­ra ma swo­ją mą­drość, w ten spo­sób eli­mi­nu­je słab­sze i cho­re osob­ni­ki". Ten na­tu­ra­li­stycz­ny apel opu­bli­ko­wa­ny w li­be­ral­nej ga­ze­cie dziw­nie współ­brz­mi z no­wym an­ty­chrze­ści­jań­skim na­ucza­niem Ko­ścio­ła (Gor­ba­czow Gor­ba­czo­wem, a sys­tem sys­te­mem), któ­re naj­le­piej stre­ścił ks. Fran­ci­szek Long­champs de Bérier w swym try­um­fa­li­stycz­nym za­wo­ła­niu "Na­tu­ra nie prze­ba­cza nig­dy!". Przy­po­mniał nam tym sa­mym, że za­rów­no Chry­stus, jak i Oświe­ce­nie za­wi­sną na krzy­żu na­tu­ry, by umrzeć w mę­czar­niach.

No cóż, sko­ro na­tu­ra fak­tycz­nie nie prze­ba­cza nig­dy, star­sze pa­nie z Ixel­les wy­da­ją się za­ra­żać ją sła­bo­ścią, któ­rej ona jak naj­szyb­ciej chcia­ła­by się po­zbyć. Wy­dłu­ża­ją cier­pie­nie isto­ty, któ­ra i tak zo­sta­ła już przez na­tu­rę ska­za­na.

Choć nie wia­do­mo, czy wy­dłu­ża­ją tyl­ko nie­po­trzeb­ne cier­pie­nie, czy dają jej szan­sę na prze­ży­cie jesz­cze jed­ne­go po­god­ne­go i wresz­cie cie­płe­go bruk­sel­skie­go wie­czo­ru nad pięk­nym sta­wem w ser­cu jed­nej z naj­bo­gat­szych dziel­nic Bruk­se­li ("kon­gij­skie pie­nią­dze", "tu miesz­ka­ją lu­dzie, któ­rych przod­ko­wie do­ro­bi­li się na kau­czu­ku i ko­ści sło­nio­wej" - szep­ce je­den z mo­ich tu­tej­szych in­for­ma­to­rów, wie­dząc, jak ja­do­wi­cie brzmi ta in­for­ma­cja w uszach ko­goś, kto sam cza­sa­mi uwa­ża się za Kurt­za, bo­ha­te­ra Ją­dra ciem­no­ści po­pa­da­ją­ce­go w obłęd od zbyt dłu­gie­go prze­by­wa­nia w sta­nie na­tu­ry).

Le­opold II, czło­wiek win­ny ho­lo­cau­stu w Kon­go, wciąż uno­si się nad Bruk­se­lą z kil­ku mo­nu­men­tów przed­sta­wia­ją­cych go cza­sem pie­szo, a cza­sem na ko­niu. To ja­kiś mo­rał dla bied­nych ob­dar­tu­sów oba­la­ją­cych raz na kil­ka­dzie­siąt lat po­mni­ki w ca­łej Eu­ro­pie Wschod­niej. Albo dla jesz­cze bied­niej­szych ob­dar­tu­sów z Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, Afry­ki, Azji, któ­rzy oba­la­ją po­mni­ki, a na­wet zmie­nia­ją na­zwy swo­ich kra­jów i miast w ryt­mie każ­de­go uda­ne­go pu­czu (cza­sem na­zy­wa­ne­go tam "re­wo­lu­cją", ale bar­dzo rzad­ko oka­zu­ją­ce­go się re­wo­lu­cją na­praw­dę). Bruk­se­la nig­dy nie oba­li­ła po­mni­ków Le­opol­da II. Sza­nu­je pie­nią­dze, któ­re ten król za­ła­twił jej w Kon­go. Mimo że wszyst­ko już o nich wie, mimo że zna cenę (od 5 do 15 mi­lio­nów ofiar w cią­gu sa­me­go tyl­ko pry­wat­ne­go pa­no­wa­nia tam Le­opol­da II - sze­ro­kie wi­deł­ki liczb, któ­re tak obu­rza­ły Zbi­gnie­wa Her­ber­ta, ale dziś nie ro­bią żad­ne­go wra­że­nia na pra­wi­co­wych pol­skich "her­ber­ty­stach" wy­ży­wa­ją­cych się na "post­ko­lo­nial­nych mię­cza­kach" po in­ter­ne­to­wych fo­rach, bo prze­cież to nie ko­mu­ni­ści po­sta­wi­li w Kon­go swo­je obo­zy pra­cy, a w do­dat­ku obo­zy pra­cy po­sta­wio­ne w Kon­go, w prze­ci­wień­stwie do nie­zbyt pro­duk­tyw­ne­go GU­ŁAG-u, były per­łą ów­cze­sne­go świa­ta wol­ne­go han­dlu, czy­niąc z Bel­gów fi­nan­so­wą eli­tę pół­noc­no­eu­ro­pej­skie­go miesz­czań­stwa).

Na każ­dym ze swo­ich bruk­sel­skich po­mni­ków Le­opold II wy­po­sa­żo­ny jest w asy­ryj­ską bro­dę (fak­tycz­nie no­sił taką za ziem­skie­go ży­cia) i przed­sta­wio­ny w hie­ra­tycz­nej po­zie. Po­sąg w Ogro­dzie Kró­lew­skim gó­ru­ją­cym nad Sta­wa­mi Ixel­les jest po­są­giem pie­szym. Le­opold II spo­glą­da z co­ko­łu z nie­skry­wa­ną po­gar­dą na póź­ne wnucz­ki swo­ich daw­nych, tward­szych pod­da­nych, bez­pro­duk­tyw­nie do­kar­mia­ją­ce zdy­cha­ją­cą gęś. W do­dat­ku za­miast od­waż­nie się­gać po nowe ko­lo­nie, te współ­cze­sne bruk­sel­skie de­ka­dent­ki i de­ka­den­ci po­wsta­nie Unii Eu­ro­pej­skiej wciąż uwa­ża­ją za swo­je naj­więk­sze osią­gnię­cie mo­ral­ne i po­li­tycz­ne (po­par­cie Bel­gów dla Unii i stre­fy euro wciąż jest więk­szo­ścio­we, i to bez wzglę­du na to, czy pyta się Wa­lo­nów, czy po­kłó­co­nych z nimi śmier­tel­nie Fla­man­dów).

Za­tem po­płat­ne okru­cień­stwo, czy czu­łost­ko­wość, któ­ra może być ry­zy­kow­na dla wła­snej kie­sze­ni (Bel­gia jest oczy­wi­ście płat­ni­kiem net­to UE)? Ja wy­bie­ram to dru­gie, by­le­by za tą czu­łost­ko­wo­ścią sta­ła ja­kaś siła, by­le­by to była czu­łost­ko­wość prak­tycz­na. Bo czym się róż­ni pró­ba ofia­ro­wa­nia cho­re­mu zwie­rzę­ciu jesz­cze jed­ne­go dnia ży­cia, pró­ba tak ab­sur­dal­na w oczach każ­de­go na­tu­ra­li­sty, od pró­by ofia­ro­wa­nia jesz­cze jed­ne­go dnia ży­cia czło­wie­ko­wi? Ten sam wy­stę­pek prze­ciw­ko na­tu­rze: ho­spi­cja, szpi­ta­le, re­dy­stry­bu­cja, ubez­pie­cze­nia spo­łecz­ne i... or­gia li­to­ści bruk­sel­skich sta­ru­szek nad brze­ga­mi Sta­wów Ixel­les.

Jest kil­ku ta­kich pol­skich pu­bli­cy­stów, naj­czę­ściej "pra­wi­co­wych" (co­kol­wiek to zna­czy), cza­sem oso­bi­ście mi zna­nych, któ­rzy sami nie prze­szli­by co praw­da te­stu Ska­ły Tar­pej­skiej, ale na pi­śmie lu­bią się po­pi­sy­wać swo­im okru­cień­stwem, bru­tal­no­ścią, głę­bo­kim zro­zu­mie­niem, wręcz fa­scy­na­cją dla wszel­kiej hi­sto­rycz­nej prze­mo­cy (byle była "na­sza", ide­owo lub re­li­gij­nie słusz­na). Lu­bią też wy­chwa­lać "na­tu­ral­ną mę­ską siłę", któ­rej im aku­rat - je­śli nie li­cząc ich pu­bli­cy­sty­ki - za­wsze bra­ko­wa­ło. Ja sam też nie prze­szedł­bym pew­nie te­stu Ska­ły Tar­pej­skiej. Za chu­dy, za wy­so­ki, przy­gar­bio­ny, ga­dam ja­koś dziw­nie, Spar­tan ra­czej wku­rzam. Ale tak­że dla­te­go, we wła­snym in­te­re­sie, do­ce­niam "krysz­ta­ło­wy pa­łac", "szkla­ny klosz", "ludz­ką szklar­nię Unii Eu­ro­pej­skiej z jej re­gu­lo­wa­ną tem­pe­ra­tu­rą, ci­śnie­niem i wil­got­no­ścią", o któ­rej na­wet Pe­ter Slo­ter­dijk (wy­na­laz­ca wszyst­kich tych dia­lek­tycz­nych me­ta­for - poza "krysz­ta­ło­wym pa­ła­cem", me­ta­fo­rą stwo­rzo­ną przez Do­sto­jew­skie­go) wy­po­wia­da się ostat­nio co­raz bar­dziej zło­śli­wie. Jak­by na sta­re lata tak­że on uwie­rzył we wła­sną "na­tu­ral­ną mę­ską siłę" - ten dzi­wak z uni­wer­sy­te­tu w Kar­sl­ru­he o ana­chro­nicz­nym wy­glą­dzie dru­go­pla­no­wej po­sta­ci z płó­cien Rem­brand­ta, zbyt iro­nicz­ny, żeby prze­żyć gdzie­kol­wiek poza eu­ro­pej­ską szklar­nią.

Na dwo­rze ja­kie­goś chiń­skie­go czy sau­dyj­skie­go ty­ra­na Slo­ter­dijk był­by za­le­d­wie bła­znem, a i tak - przy jego mi­zan­tro­pij­nej iro­nii - gło­wę prę­dzej czy póź­niej by mu jed­nak ścię­to. Tym­cza­sem na uni­wer­sy­te­tach i w me­diach kra­jów człon­kow­skich UE jest trak­to­wa­ny - cał­kiem za­słu­że­nie - jak je­den z naj­więk­szych ży­ją­cych fi­lo­zo­fów i in­te­lek­tu­ali­stów. W książ­ce Krysz­ta­ło­wy pa­łac, któ­rą skoń­czył pi­sać na parę mi­nut przed pierw­szy­mi po­mru­ka­mi fi­nan­so­we­go kry­zy­su, do­cho­dzi do wnio­sku, że naj­więk­szym utra­pie­niem sy­te­go miesz­kań­ca "eu­ro­pej­skiej szklar­ni dla przede­li­ka­co­nych ludz­kich ro­ślin" bę­dzie... nuda. I ko­niecz­ność za­bi­ja­nia tej nudy wszel­ki­mi środ­ka­mi. Nie prze­wi­dział, że za kil­ka mie­się­cy na szkle krysz­ta­ło­wej ko­pu­ły po­ja­wią się rysy. I całe na­stęp­ne po­ko­le­nie miesz­kań­ców tej ludz­kiej szklar­ni bę­dzie wal­czy­ło o ży­cie, o jego zu­peł­nie pod­sta­wo­wą ja­kość, o miej­sce na ryn­ku pra­cy. Nie prze­wi­dział, że Eu­ro­pej­czy­cy, ci bez kont w ra­jach po­dat­ko­wych, ra­tu­ją­cy swo­imi po­dat­ka­mi reszt­ki eu­ro­pej­skie­go pań­stwa so­cjal­ne­go, będą się du­sić, oczy za­czną wy­cho­dzić im z or­bit z po­wo­du de­kom­pre­sji spo­wo­do­wa­nej w "krysz­ta­ło­wym pa­ła­cu" przez glo­ba­li­za­cję. No cóż, jak­kol­wiek sam uwa­żam Fry­de­ry­ka Nie­tz­sche za nie­złe­go na­uczy­cie­la my­śle­nia i sty­lu, nie są­dzę, aby na­le­ża­ło trzy­mać się aż tak kur­czo­wo jego nie­co już sfil­co­wa­ne­go rę­ka­wa.

Tam­to nie­tra­fio­ne spo­strze­że­nie Slo­ter­dij­ka na te­mat przy­szło­ści Eu­ro­py wspo­mi­nam te­raz w Bruk­se­li, gdzie wszy­scy słusz­nie bia­da­ją nad sła­bo­ścią Unii. Do tego bo­wiem, aby praw­dzi­wą sła­bość - ludz­ką, zwie­rzę­cą - utrzy­mać przy ży­ciu, by za­pew­nić jej miej­sce przy sto­le, któ­re­go na­tu­ra nig­dy by jej nie dała, po­trzeb­na jest siła. Siła ogrom­na, na­wet nie do wy­obra­że­nia dla pu­bli­cy­stów i po­li­ty­ków, któ­rzy za je­dy­ną siłę god­ną sza­cun­ku, god­ną nie­omal po­dzi­wu, uwa­ża­ją prze­moc, za­gła­dę, ma­sa­krę - w służ­bie do­mi­na­cji, w służ­bie "pań­sko­ści". Tym­cza­sem je­dy­ne upraw­nio­ne za­sto­so­wa­nie siły - siły in­sty­tu­cji, siły mi­ło­sier­dzia - to jej uży­cie w obro­nie sła­bych przed "pra­wem na­tu­ry", to in­ge­ren­cja w "na­tu­ral­ny po­rzą­dek". Taką wła­śnie funk­cję peł­ni Unia Eu­ro­pej­ska, w każ­dym ra­zie taką mia­ła peł­nić, taką peł­nić po­win­na. I peł­ni­ła­by, gdy­by... była nie­po­rów­na­nie sil­niej­sza niż dziś.

Me­to­da osła­bia­nia Unii Eu­ro­pej­skiej jest pro­sta. Nie, nie mó­wię o blu­zgach Fa­ra­ge'a, któ­re na wie­lu po­li­ty­kach i pu­bli­cy­stach dzi­siej­szej pol­skiej pra­wi­cy ro­bią ta­kie wra­że­nie, jak śpiew sy­ren na ma­ry­na­rzach Ody­sa. Sko­czy­li­by do mo­rza i po­to­nę­li, zro­bi­li­by to na­wet wraz z ca­łym kra­jem, za któ­re­go los współ­od­po­wia­da­ją - ta­kie to dla nich pięk­ne. Ale to nie Fa­ra­ge osła­bia dziś Unię, sam jest na to zbyt sła­by. UE osła­bia­ją dużo po­waż­niej­si gra­cze. W Bruk­se­li mówi się, i mówi się słusz­nie, że Mar­tin Schulz to je­dy­ny czło­wiek ob­da­rzo­ny sil­ną po­li­tycz­ną wolą, któ­ry zo­stał no­mi­no­wa­ny lub wy­bra­ny na wy­so­kie sta­no­wi­sko w in­sty­tu­cjach UE od cza­sów Ja­cqu­esa De­lor­sa. To nie jest kom­ple­ment dla Schul­za, to ra­czej prze­ra­ża­ją­ca dia­gno­za sła­bo­ści dzi­siej­szych unij­nych li­de­rów. Tak­że "kry­zys" zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny, głów­nie przez naj­sil­niej­sze na­ro­do­we rzą­dy, żeby jesz­cze bar­dziej osła­bić in­sty­tu­cje unij­ne, przede wszyst­kim wy­ci­na­jąc z nich wszel­kie in­dy­wi­du­al­no­ści. Lady Ash­ton jako unij­na mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, Bar­ro­so jako Prze­wod­ni­czą­cy Ko­mi­sji, Her­man Achil­les Van Rom­puy jako pierw­szy Prze­wod­ni­czą­cy Rady Eu­ro­py (ten Belg mimo wszyst­ko za­ska­ku­je swo­ją nie-tak-cał­ko­wi­tą-bez­na­dziej­no­ścią), a na­wet Je­rzy Bu­zek ("do­bry czło­wiek, ale do­brym to moż­na być dla ko­tów" - jak ma­wia­ła o ów­cze­snym pre­mie­rze Ja­dwi­ga Sta­nisz­kis) - wszy­scy oni zo­sta­li świa­do­mie wy­bra­ni za­rów­no przez sil­ne na­ro­do­we rzą­dy (żeby nikt inny sil­ny Eu­ro­pą nie pró­bo­wał rzą­dzić), jak też, nie­ste­ty, przez same in­sty­tu­cje eu­ro­pej­skie (żeby nikt sil­ny nimi nie pró­bo­wał za­rzą­dzać). Trud­no się w tej sy­tu­acji dzi­wić Do­nal­do­wi Tu­sko­wi, że ogło­sił wolę po­zo­sta­nia pol­skim pre­mie­rem za­miast kan­dy­do­wa­nia na sta­no­wi­sko Prze­wod­ni­czą­ce­go Ko­mi­sji. We wła­snej par­tii i rzą­dzie może być ty­ra­nem (cza­sem pra­wie Ata­tür­kiem, gdy bro­ni Ko­złow­skiej-Ra­je­wicz, cza­sem pra­wie Ne­ro­nem, gdy gril­lu­je Ro­ki­tę, Sche­ty­nę albo wła­sną radę mi­ni­strów), pod­czas gdy w dzi­siej­szej Ko­mi­sji był­by za­baw­ką sil­niej­szych od sie­bie. Choć Schul­za to nie prze­ra­ża. Po tym, jak oka­zał się wy­ra­zi­stym Prze­wod­ni­czą­cym Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, nie ukry­wa chę­ci po­wal­cze­nia w na­stęp­nej ka­den­cji o sta­no­wi­sko Prze­wod­ni­czą­ce­go Ko­mi­sji, mimo że w oczach paru na­ro­do­wych rzą­dów stał się już od daw­na oso­bą zbyt kon­tro­wer­syj­ną, jak na sta­no­wi­sko, któ­re po­li­ty­ko­wi z am­bi­cja­mi i de­ter­mi­na­cją daje re­al­ne in­stru­men­ty wła­dzy. No ale z dru­giej stro­ny Mar­tin Schulz w żad­nym na­ro­do­wym pań­stwie nie peł­ni funk­cji pre­mie­ra.

Do tego do­cho­dzi biu­ro­kra­tycz­ny bez­wład. Znów opo­wia­da­nie jed­ne­go z mo­ich, z ko­niecz­no­ści ano­ni­mo­wych in­for­ma­to­rów z krę­gów urzęd­ni­czych: "Mój men­tor, z nie­co dłuż­szym sta­żem niż ja, zaj­mu­ją­cy nie­co wyż­sze sta­no­wi­sko niż moje, wciąż mi po­wta­rza: za bar­dzo się wy­chy­lasz, jak tak da­lej pój­dzie, za­słu­żysz so­bie na mia­no "kon­tro­wer­syj­ne­go". A to prze­cież bę­dzie ko­niec two­jej ka­rie­ry. Nie bę­dziesz mógł na­wet po­ma­rzyć o sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra. Nie prze­bi­jesz się po­wy­żej sze­fa wy­dzia­łu, a i tu miej­sca mo­żesz nie za­grzać zbyt dłu­go. Zwra­caj uwa­gę na to, czy we wła­ści­wej ko­lej­no­ści ad­re­su­jesz ma­ile do prze­ło­żo­nych. Uwa­żaj na sło­wa, któ­rych uży­wasz w dys­ku­sjach nad spra­woz­da­nia­mi. To są ta­jem­ni­ce ży­cia dłu­gie­go i ob­fi­tu­ją­ce­go w ła­ski".

Czy Unia za­rzą­dza­na i dys­cy­pli­no­wa­na w ten spo­sób bę­dzie mia­ła dość siły? Czy po zła­ma­niu opo­ru naj­po­tęż­niej­szych klien­tów cy­pryj­skich ban­ków zdo­ła sku­tecz­nie ude­rzyć w na­stęp­ne raje po­dat­ko­we, choć­by tyl­ko te w jej wła­snych gra­ni­cach? (Pod­czas se­sji ple­nar­nej eu­ro­par­la­men­tu Cohn-Ben­dit za­uwa­ża kwa­śno, że przez kil­ka­na­ście mie­się­cy eu­ro­pej­ski pro­jekt do­ci­śnię­cia śru­by cy­pryj­skim pral­niom brud­nych pie­nię­dzy wę­dro­wał la­bi­ryn­tem kaf­kow­skiej kra­iny Ko­mi­sji, a w tym cza­sie naj­więk­si po­ten­ta­ci spo­koj­nie wy­co­fy­wa­li swo­je de­po­zy­ty z cy­pryj­skich ban­ków, pod­czas gdy ich lob­by­ści - na ko­ry­ta­rzach Ko­mi­sji i eu­ro­par­la­men­tu, w biz­ne­so­wej pra­sie i na "eks­perc­kich" eko­no­micz­nych por­ta­lach spon­so­ro­wa­nych przez ban­ki - sta­ra­li się opóź­niać, blo­ko­wać cy­pryj­skie roz­wią­za­nie, choć­by o ko­lej­ny mie­siąc, choć­by jesz­cze przez ty­dzień, aby ich klien­ci mie­li czas uciec do in­ne­go "raju").

Czy za­tem Unia bę­dzie mia­ła dość siły? Wie­deń w spra­wie "ta­jem­ni­cy ban­ko­wej" la­wi­ru­je, ale się osta­tecz­nie Bruk­se­li pod­da­je. Pre­mier Luk­sem­bur­ga Junc­ker, ma­jąc do wy­bo­ru lo­jal­ność wo­bec Unii, w któ­rej sens na­praw­dę wie­rzy, i lo­jal­ność wo­bec luk­sem­bur­skie­go sys­te­mu ban­ko­we­go (22 razy sil­niej­sze­go od wła­sne­go ma­łe­go pań­stew­ka) osta­tecz­nie wy­bie­ra - jak się na dziś przy­najm­niej wy­da­je - lo­jal­ność wo­bec Bruk­se­li. Opo­wia­da się za ko­niecz­no­ścią udo­stęp­nie­nia rzą­dom in­nych państw da­nych klien­tów ban­ków ma­ją­cych swo­je sie­dzi­by w Luk­sem­bur­gu. Luk­sem­bur­skie ban­ki wo­la­ły­by oczy­wi­ście na cze­le "swe­go" pań­stwa ja­kie­goś "na­ro­do­we­go pa­trio­tę, su­we­ren­no­ściow­ca". Ję­zyk luk­sem­bur­ski, wcze­śniej uwa­ża­ny za je­den z nie­miec­kich dia­lek­tów, ma już pra­wie pół wie­ku (od cza­su swo­jej "ofi­cja­li­za­cji"). Jest za­tem o co sub­stan­cjal­nie oprzeć "su­we­ren­no­ścio­wy dys­kurs Luk­sem­bur­ga", któ­ry mo­gli­by po­tem ob­słu­gi­wać za pie­nią­dze ban­ków pio­rą­cych w naj­lep­sze brud­ne pie­nią­dze z ca­łe­go świa­ta ja­cyś luk­sem­bur­scy "that­che­ry­ści". Go­wi­no­wie, Gier­ty­cho­wie, Wi­ple­ro­wie... nie­ska­zi­tel­nie nie­pod­le­gło­ścio­wi, wol­no­ryn­ko­wi, ka­to­lic­cy.

Na­stęp­ne na ce­low­ni­ku Bruk­se­li jest Księ­stwo Mo­na­ko, gdzie roz­li­cza swo­je mi­liar­do­we zy­ski Sir Phi­lip Gre­en. A do­kład­niej, roz­li­cza tam po­dat­ki jego była żona, z któ­rą for­mal­nie się roz­wiódł. Ona po roz­wo­dzie sta­ła się oby­wa­tel­ską Księ­stwa, a jed­no­cze­śnie be­ne­fi­cjent­ką bry­tyj­skich biz­ne­sów by­łe­go męża. Z ko­lei Gre­en zo­stał mia­no­wa­ny przez Ca­me­ro­na do­rad­cą bry­tyj­skie­go rzą­du ds. ra­cjo­na­li­za­cji wy­dat­ków bu­dże­to­wych Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ale to było na sa­mym po­cząt­ku rzą­dów to­ry­sów, te­raz na­wet oni ro­zu­mie­ją, że bez za­pa­no­wa­nia nad pie­nią­dzem ucie­ka­ją­cym co­raz szer­szym stru­mie­niem z po­wszech­ne­go sys­te­mu po­dat­ko­we­go, z po­wszech­ne­go sys­te­mu re­dy­stry­bu­cji, z bu­dże­tu, przyj­dzie im rzą­dzić wy­drą­żo­nym pań­stwem. Kanc­lerz Osbor­ne na spo­tka­niach G-8 i G-20 za­czął na te­mat ra­jów i wy­bie­gów po­dat­ko­wych mó­wić ta­kim sa­mym ję­zy­kiem, jak po­li­ty­cy UE z kon­ty­nen­tu. A za ję­zy­kiem po­szły dzia­ła­nia. Klien­ci ban­ków z bry­tyj­skich Ber­mu­dów i Wysp Dzie­wi­czych nie będą już mo­gli li­czyć na ano­ni­mo­wość wo­bec służb po­dat­ko­wych swo­ich państw na­le­żą­cych do Unii. Sir Phi­lip Gre­en też nie do­ra­dza już rzą­do­wi to­ry­sów, jak ciąć za­sił­ki so­cjal­ne. Prze­rzu­cił­by się na do­ra­dza­nie Fa­ra­ge'owi, jak oba­lić Ca­me­ro­na, gdy­by nie to, że Fa­ra­ge wciąż jest jesz­cze po­li­ty­kiem zbyt nie­po­waż­nym, a przez to zbyt mało przy­dat­nym dla biz­ne­su o ta­kich roz­mia­rach.

Czy Unia po­tra­fi za­pę­dzić do klat­ki pra­wa po­wszech­ne­go, do po­wszech­ne­go sys­te­mu po­dat­ko­we­go, choć­by część zde­po­no­wa­nych w ra­jach po­dat­ko­wych pie­nię­dzy, któ­rych war­tość prze­wyż­sza war­tość ca­łe­go jej PKB? To by­ła­by re­wo­lu­cja, na­wet je­śli ci­cha.

Trud­no się dzi­wić, że na­ra­sta opór - w me­diach, wśród fi­nan­so­wych eks­per­tów, wśród mi­lio­ne­rów i pu­cy­bu­tów z eu­ro­pej­skich od­po­wied­ni­ków Tea Par­ty.

Je­śli jed­nak pie­nię­dzy zde­po­no­wa­nych w ra­jach po­dat­ko­wych jest wię­cej, niż wy­no­si war­tość ca­łe­go unij­ne­go PKB, to czy Unia ma jesz­cze ja­kąś szan­sę, żeby je od­zy­skać, czy jest wy­star­cza­ją­co sil­na, żeby po­li­tycz­nie po­ko­nać bo­gat­szych od sie­bie? Na ra­zie nad­ra­bia miną. I prze­mó­wie­nia­mi eu­ro­par­la­men­ta­rzy­stów, głów­nie le­wi­cy i Zie­lo­nych. Zno­wu za­cy­tu­ję Cohn-Ben­di­ta, pło­mien­ne­go mów­cę z se­sji ple­nar­nych w Stras­bur­gu, na­wet je­śli po­zba­wio­ne­go wła­sne­go sil­ne­go po­li­tycz­ne­go za­ple­cza: "Trze­ba za­sto­so­wać jed­ną pro­stą za­sa­dę. Fir­my pła­cą po­dat­ki w kra­ju, w któ­rym pro­wa­dzą dzia­łal­ność. Je­śli, daj­my na to, Go­ogle ma we Fran­cji ob­ro­ty war­to­ści 3 euro, musi tam za­pła­cić po­da­tek od sumy 3 euro we­dług sta­wek obo­wią­zu­ją­cych we Fran­cji. A je­śli w Ho­lan­dii Go­ogle ma ob­ro­ty war­to­ści 1 euro i 50 eu­ro­cen­tów, musi za­pła­cić po­da­tek od ca­łej tej sumy we­dług sta­wek obo­wią­zu­ją­cych w Ho­lan­dii. To re­gu­ła, któ­rej mu­szą się tak samo trzy­mać Ir­land­czy­cy, tak samo Luk­sem­burg, Szwe­dzi, Ho­len­drzy. A trans­fe­ry z jed­ne­go kra­ju do dru­gie­go po­przez fun­da­cje w Ho­lan­dii, aby skoń­czyć na Mau­ri­tiu­sie - to musi zo­stać prze­rwa­ne".

Tak­że Schulz gra licz­ba­mi pod­czas po­sie­dze­nia ple­nar­ne­go w Stras­bur­gu. "W bu­dże­tach państw Unii Eu­ro­pej­skiej, w na­stęp­stwie uni­ka­nia pła­ce­nia po­dat­ków przez kor­po­ra­cje i oso­by fi­zycz­ne, każ­de­go roku brak­nie 1000 mi­liar­dów euro. Dla­te­go wzy­wam was dzi­siaj, aby­śmy zo­bo­wią­za­li się do zmniej­sze­nia tej sumy o po­ło­wę do roku 2020. To by były set­ki mi­liar­dów euro do­dat­ko­wych do­cho­dów rocz­nie bez pod­no­sze­nia po­dat­ków. Co z ko­lei ozna­cza­ło­by spła­ce­nie za­dłu­że­nia kra­jów stre­fy euro w cią­gu jed­nej de­ka­dy, a co naj­waż­niej­sze, umoż­li­wi­ło­by to roz­wój eu­ro­pej­skiej go­spo­dar­ki".

Tak wy­glą­da­ją współ­cze­sne prze­mó­wie­nia w Sali do gry w pił­kę, we współ­cze­snym Wer­sa­lu. Tyle że Lu­dwik XVI ma dzi­siaj "cha­rak­ter sie­cio­wy" i roz­mia­ry glo­bal­ne. Choć obiet­ni­ce brzmią dość tech­nicz­nie, to wła­śnie jest re­wo­lu­cja. A ra­czej to by­ła­by re­wo­lu­cja, gdy­by re­wo­lu­cjo­ni­ści mie­li wię­cej siły.

Pew­na sym­pa­tycz­na oso­ba, ro­bią­ca sen­sow­ne rze­czy w po­li­ty­ce, opo­wia­da­ła mi nie­daw­no z pew­ną fa­scy­na­cją, jak w cza­sie ma­ni­fe­sta­cji "obu­rzo­nych" w Ma­dry­cie zo­ba­czy­ła ma­kie­tę gi­lo­ty­ny. "To­bie by się to pew­nie nie spodo­ba­ło" - do­rzu­ci­ła z uko­sa, nie­co znie­cier­pli­wio­na, tak jak wszy­scy inni, moim upior­nym pu­ry­tań­skim re­for­mi­zmem. Fak­tycz­nie, wo­lał­bym, żeby eman­cy­pa­cja ra­dzi­ła so­bie w hi­sto­rii bez gi­lo­ty­ny, żeby wszyst­kie re­wo­lu­cje były bez­kr­wa­we, "chwa­leb­ne". Ale wiem też, że cza­sem się to eman­cy­pa­cji nie uda­je. Aku­rat we Fran­cji gi­lo­ty­na ode­gra­ła rolę po­waż­ną, to­wa­rzy­szy­ła zmia­nie spo­łecz­nej na lep­sze. In­a­czej niż w Ro­sji Ra­dziec­kiej, gdzie re­wo­lu­cja za póź­no "wy­szła z ter­ro­ru", gdzie bol­sze­wic­ki pucz zdła­wił eman­cy­pa­cyj­ny po­ten­cjał re­wo­lu­cji lu­to­wej. Za­tem Fran­cu­zi z 1789 roku za­słu­ży­li - na do­bre i złe - na swo­ją gi­lo­ty­nę, mają pra­wo po­słu­gi­wać się nią z pew­ną dumą, z god­no­ścią. Jako ma­kie­tą, za­baw­ką, po­waż­nym po­li­tycz­nym na­rzę­dziem. Ale eu­ro­pej­ski (a tak­że ame­ry­kań­ski) ruch "obu­rzo­nych" jesz­cze na gi­lo­ty­nę so­bie nie za­słu­żył, na­wet na jej ma­kie­tę. Jesz­cze nie wy­ko­nał po­li­tycz­nej pra­cy, któ­ra by go do tego upraw­nia­ła. Tak samo zresz­tą, jak do gi­lo­ty­ny nie ma pra­wa Rym­kie­wicz ro­bią­cy z niej so­bie ostat­nio w Pol­sce sty­li­stycz­ną szop­kę (por. Rey­tan, upa­dek Pol­ski i po­świę­co­ny tej książ­ce wy­wiad dla "Ga­ze­ty Pol­skiej"), bo szu­bie­ni­ca jako fi­gu­ra sty­lu już mu się znu­dzi­ła. Nie, gi­lo­ty­na to przed­miot zbyt po­waż­ny, aby od­da­wać go w ręce po­li­tycz­nych im­pro­duk­ty­wów. Unia Eu­ro­pej­ska za­słu­ży­ła­by so­bie na pra­wo do tego po­li­tycz­ne­go sym­bo­lu, gdy­by wy­ko­na­ła choć­by w ja­kiejś czę­ści na­kre­ślo­ny przez Mar­ti­na Schul­za plan po­wstrzy­ma­nia wy­pły­wu pie­nią­dza z po­wszech­ne­go sys­te­mu po­dat­ko­we­go, z po­wszech­ne­go sys­te­mu re­dy­stry­bu­cji. Oczy­wi­ście z tego pra­wa nig­dy nie sko­rzy­sta. Na ago­rze Si­mo­ne Veil, na espla­na­dzie "So­li­dar­no­ści 1980", na szkla­nych wie­żach Al­tie­ro Spi­nel­lie­go i Wil­ly'ego Brand­ta, da­lej bę­dzie wie­sza­ła swo­je ucu­kro­wa­ne zdję­cia po­ko­jo­wych zwy­cięstw.

To by­ła­by jed­nak re­wo­lu­cja praw­dzi­wa, na­wet je­śli dzi­siaj - wi­dząc jak pod­sta­wia­ją so­bie nogi urzęd­ni­cy Ko­mi­sji, eu­ro­par­la­men­ta­rzy­ści, po­li­ty­cy państw na­ro­do­wych, pil­nu­jąc, żeby nikt w in­sty­tu­cjach eu­ro­pej­skich "za bar­dzo nie urósł" - trud­no jesz­cze w po­wo­dze­nia tej re­wo­lu­cji uwie­rzyć.

Niem­cy to eks­por­to­we su­per­mo­car­stwo. Od ta­kie­go zda­nia mo­gła­by za­czy­nać się nie­mal każ­da ana­li­za sy­tu­acji współ­cze­snej Eu­ro­py. In­a­czej niż słyn­na fra­za Ju­les'a Mi­che­le­ta ("An­glia jest wy­spą") opi­su­je ono fakt sto­sun­ko­wo nie­daw­ny, ale nie mniej przez to do­nio­sły. Nasi są­sie­dzi zza Odry i Nysy Łu­życ­kiej sprze­da­ją w świat to­wa­ry i usłu­gi za nie­wie­le mniej, niż wy­no­si eks­port Sta­nów Zjed­no­czo­nych (choć Ame­ry­ka­nów jest czte­ry razy wię­cej) i nie­mal 3/4 tego, co Chi­ny (choć Chiń­czy­ków jest dwa­dzie­ścia razy wię­cej). Pra­wie 60 pro­cent z tego po­zo­sta­je w Unii Eu­ro­pej­skiej.

Ogrom­na nad­wyż­ka han­dlo­wa Nie­miec, w ze­sta­wie­niu z ogrom­nym (głów­nie po­kry­zy­so­wym) za­dłu­że­niem "Po­łu­dnia" stre­fy euro przy­nio­sły Niem­com sta­tus, na­zy­wa­ny przez nie­któ­rych (sło­wa­mi pru­skie­go hi­sto­ry­ka Lu­dwi­ga De­hio) "pół­he­ge­mo­nicz­nym": sta­tus kra­ju zbyt sła­be­go, by zdo­mi­no­wać kon­ty­nent, lecz zbyt sil­ne­go, by po­zo­stać z in­ny­mi w jed­nym sze­re­gu. Dzię­ki zy­skom z eks­por­tu Niem­cy mają ka­pi­tał, któ­ry po­słu­żyć może do od­dłu­że­nia i oży­wie­nia go­spo­dar­cze­go po­łu­dnia Eu­ro­py; to daje im de­cy­du­ją­cy wpływ na ewo­lu­cję ustro­ju UE po­dług ich wła­snych wy­obra­żeń. Za­ra­zem eks­por­to­wa orien­ta­cja go­spo­dar­ki uza­leż­nia kon­dy­cję Nie­miec od zdol­no­ści na­byw­czych za­dłu­żo­nych są­sia­dów z UE, któ­rym na­rzu­ca­ny przez "skrzęt­ną go­spo­dy­nię" Mer­kel pa­kiet gwał­tow­nych oszczęd­no­ści i za­ci­ska­nia pasa wy­raź­nie nie słu­ży. Niem­cy ce­nią swój mo­del spo­łecz­no-go­spo­dar­czy (cięż­ko pra­cu­je­my, oszczę­dza­my i eks­por­tu­je­my na­sze to­wa­ry i usłu­gi, kreu­jąc nad­wyż­kę han­dlo­wą), a na­wet przy­pi­su­ją mu etycz­ny ("pro­te­stanc­ki") wa­lor; nie do­strze­ga­ją jed­nak, że jego trwa­łe pod­trzy­ma­nie wy­ma­ga zna­le­zie­nia sy­me­trycz­nych part­ne­rów, któ­rzy nie­miec­kie to­wa­ry skon­su­mu­ją - kosz­tem han­dlo­we­go de­fi­cy­tu i na­ra­sta­ją­ce­go za­dłu­że­nia.

Wyj­ścia z tego pa­ra­dok­su nie­ste­ty nie wi­dać. Hi­sto­rycz­ne pró­by prze­kro­cze­nia nie­miec­kie­go sta­tu­su "pół­he­ge­mo­na" po­le­ga­ły na eks­pan­sji w sze­ro­ki świat - po ko­lo­nie bądź zie­mie na Wscho­dzie. Dziś eks­pan­sja nie gro­zi nam ko­lej­ną woj­ną świa­to­wą; po pro­stu Niem­cy, nie­chęt­ni zmia­nie swe­go mo­de­lu go­spo­dar­cze­go, mu­sie­li­by po­szu­kać ryn­ków zby­tu poza Unią Eu­ro­pej­ską. Pa­cy­fi­stycz­na psy­cho­lo­gia zbio­ro­wa (Niem­com wciąż trud­no wy­słać Bun­de­sweh­rę do obro­ny swych go­spo­dar­czych in­te­re­sów na dru­gi ko­niec świa­ta), kry­zys ryn­ków wscho­dzą­cych i nie­pew­ny los umo­wy han­dlo­wej UE z USA czy­nią jed­nak taki sce­na­riusz mało praw­do­po­dob­nym.

Dru­gą hi­sto­rycz­ną od­po­wiedź na "kwe­stię nie­miec­ką" sta­no­wi­ła in­te­gra­cja eu­ro­pej­ska. Kło­pot w tym, że dzi­siaj pro­ste ha­sło "wię­cej Eu­ro­py" nie wy­star­czy. Jesz­cze dzie­sięć lat temu le­wi­ca w Eu­ro­pie Środ­ko­wej (tak­że au­to­rzy "Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej") mo­gła wie­rzyć, że na­rzu­co­ne przez Unię roz­wią­za­nia ozna­czać będą po­stęp (więk­szą re­dy­stry­bu­cję, lep­sze stan­dar­dy pra­cy, eg­ze­kwo­wa­nie praw czło­wie­ka). W obec­nych wa­run­kach to wca­le nie­oczy­wi­ste - Eu­ro­pa skro­jo­na we­dle ocze­ki­wań nie­miec­kie­go mi­ni­stra fi­nan­sów Wol­fgan­ga Schäu­ble by­ła­by ra­czej tech­no­kra­tycz­ną ma­chi­ną, przy­kra­wa­ją­cą spo­łe­czeń­stwa do po­trzeb i ży­czeń ryn­ków fi­nan­so­wych.

Ta ostat­nia, ty­leż prze­ni­kli­wa, ile przy­gnę­bia­ją­ca dia­gno­za, któ­rą naj­peł­niej wy­kła­da na na­szych ła­mach Wol­fgang Stre­eck, po­zo­sta­wia mało miej­sca na opty­mizm. Nie skła­nia­ją do nie­go rów­nież po­ja­wia­ją­ce się co ja­kiś czas po­my­sły na "uciecz­kę do przo­du", ja­kie pro­po­nu­je choć­by Da­niel Cohn-Ben­dit. To praw­da, że de­mo­kra­tycz­ną prze­ciw­wa­gę dla wol­nych prze­pły­wów ka­pi­ta­łu moż­na zbu­do­wać je­dy­nie na po­zio­mie po­nadna­ro­do­wym; na­le­ży jed­nak wąt­pić, czy na­sze pro­ble­my roz­wią­żą bez­po­śred­nie wy­bo­ry prze­wod­ni­czą­ce­go Ko­mi­sji albo ogól­no­eu­ro­pej­skie li­sty wy­bor­cze do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go - sko­ro wła­dza go­spo­dar­cza sys­te­ma­tycz­nie prze­su­wa się w kie­run­ku ciał tech­no­kra­tycz­nych z Eu­ro­pej­skim Ban­kiem Cen­tral­nym na cze­le.

Pra­wie wszy­scy zga­dza­ją się, że "tak da­lej być nie może"; w nu­me­rze szcze­gó­ło­wo pi­szą o tym choć­by Claus Offe, Iwan Kra­stev czy Ulrich Beck. Za­ra­zem po­łą­czo­ne siły lob­bin­gu prze­my­sło­we­go i na­ro­do­wej mi­to­lo­gii Niem­ców spra­wia­ją, że tak ocze­ki­wa­ny przez le­wi­cę wiel­ki zwrot w naj­sil­niej­szym pań­stwie Eu­ro­py jest dość trud­ny do wy­obra­że­nia.

Co po­zo­sta­je w tej sy­tu­acji? Pra­ca or­ga­nicz­na na rzecz "uwspól­no­to­wie­nia" ry­zy­ka i dłu­gów, któ­rej uważ­nie przy­pa­try­wał się w Bruk­se­li i Stras­bur­gu Ce­za­ry Mi­chal­ski. Pra­ca wy­obraź­ni, po­szu­ki­wa­nie wi­zji zu­peł­nie no­wej Eu­ro­py, no­wych toż­sa­mo­ści i no­wej po­li­tycz­no­ści, ja­kie pro­po­nu­je nam Chan­tal Mo­uf­fe. Pe­sy­mizm in­te­lek­tu i opty­mizm woli, do któ­rych wzy­wa Ulri­ke Gu­érot, orę­dow­nicz­ka wi­zji Rzecz­po­spo­li­tej Eu­ro­pej­skiej. Wszyst­ko po to, aby nie skoń­czyć jak nie­szczę­sny Ste­fan Zwe­ig - z no­stal­gicz­nym wspo­mnie­niem o eu­ro­pej­skim pro­jek­cie jako zruj­no­wa­nym "świe­cie wczo­raj­szym".

Jadę do Bruk­se­li, po raz pierw­szy na dłu­żej. Przez naj­bliż­sze czte­ry ty­go­dnie to stam­tąd będę wy­sy­łał moje wy­wia­dy i ko­re­spon­den­cje. Jadę, spo­dzie­wa­jąc się tam zna­leźć coś w ro­dza­ju pla­ne­ty Co­ru­scant, gdzie znaj­do­wał się on­giś Se­nat i Świą­ty­nia Jedi, świę­te in­sty­tu­cje Sta­rej Re­pu­bli­ki. Trud­no po­wie­dzieć, kto peł­ni w mo­jej fan­ta­zji funk­cję Si­thów, przy­go­to­wu­ją­cych ze­mstę na Unii roz­chwia­nej przez kry­zys. Czy pra­wi­co­we po­pu­li­zmy - Fa­ra­ge i Ma­ri­ne Le Pen? Czy jej wła­sny bez­wład i brak no­wych po­my­słów?

Jed­nak na po­czą­tek, żeby nie było nie­po­ro­zu­mień, dy­le­mat "szcza­wiu z na­sy­pu" (cyt. za zło­to­ustym Ste­fa­nem Nie­sio­łow­skim). Nie je­stem tak sta­ry jak on ani na tak wie­le so­bie nie po­zwa­lam, a jed­nak pa­ra­li­żu­je mnie - je­śli cho­dzi o ra­dy­kal­ne rosz­cze­nia pod ad­re­sem in­sty­tu­cji unij­nych - pa­mięć cza­sów, kie­dy nie mia­łem pasz­por­tu i nie było stre­fy Schen­gen, była za to że­la­zna kur­ty­na i mur. Po­nie­waż nie mogę tej róż­ni­cy za­po­mnieć, nie na­da­ję się na wy­ra­zi­cie­la tych ra­dy­kal­nych rosz­czeń. Przy­najm­niej chcę się do tego na po­czą­tek przy­znać. Unia jest dla mnie tak cho­ler­ną war­to­ścią - z per­spek­ty­wy in­te­re­sów lu­dzi w tym kra­ju, oce­nia­nych przez pry­zmat mo­jej wła­snej bio­gra­fii - że moje rosz­cze­nio­we i kry­tycz­ne ząb­ki są przez to bar­dzo, być może nad­mier­nie, stę­pio­ne.

Sam na­le­żę już do po­ko­le­nia "oj­ców", więc nie ocze­kuj­cie ode mnie świe­żej pa­sji "dzie­ci". Pa­sji, któ­ra zmie­nia świat. Ja będę go pró­bo­wał tyl­ko opi­sać. Oczy­wi­ście z mnó­stwem za­ło­żeń, któ­re szyb­ko uda się wam w mo­ich tek­stach wy­kryć. Za­ło­żeń pro­stych, na po­zio­mie ske­czu z Na­giej bro­ni, w któ­rym Bu­sha--se­nio­ra przed jego pre­zy­denc­kim prze­mó­wie­niem "o sta­nie pań­stwa" PR-owcy uczą: "wzrost - do­bry, re­ce­sja - zła", "rów­no­wa­ga - do­bra, de­fi­cyt - zły". Moje za­ło­że­nia są rów­nie pro­ste. Unia - do­bra, pań­stwa na­ro­do­we, szcze­gól­nie my­śla­ne w lo­gi­ce mię­dzy­wo­jen­nej "wil­so­now­skiej Eu­ro­py" - złe.

Ale po­zo­sta­wi­łem też so­bie odro­bi­nę miej­sca na dia­lek­ty­kę. Na swe­go ro­dza­ju po­li­to­lo­gicz­ny freu­dyzm, gdzie skom­pli­ko­wa­na eu­ro­pej­ska kon­struk­cja peł­ni funk­cję su­per­ego, a na­ro­do­we de­mo­kra­cje bli­skie są roz­pę­ta­ne­mu li­bi­do. Na­ro­do­wą po­li­ty­ką rzą­dzi za­sa­da przy­jem­no­ści (zaj­rzyj­cie tyl­ko do pol­skich te­le­wi­zji czy ga­zet), a unij­ny­mi in­sty­tu­cja­mi rzą­dzi za­sa­da re­pre­sji. No do­brze, nie za­wsze tak było i nie za­wsze jest. Na po­zio­mie na­ro­do­wym trze­ba bu­do­wać ja­kieś struk­tu­ry za­po­śred­ni­cze­nia li­bi­do. A na po­zio­mie eu­ro­pej­skim mę­dr­cy od­re­ago­wu­ją w re­stau­ra­cjach, gdzie ca­puc­ci­no z pian­ką w kształ­cie fla­gi unij­nej kosz­tu­je ma­ją­tek, a prze­cież na ka­wie się tam nie po­prze­sta­je.

Za­tem moja for­mu­ła eu­ro­pej­skie­go su­per­ego i na­ro­do­we­go li­bi­do jest uprosz­czo­na. Zresz­tą jak każ­da ka­te­go­ria po­rząd­ku­ją­ca em­pi­rycz­ne dane, szcze­gól­nie je­śli jest aprio­rycz­na. A w moim wy­pad­ku jest. Zno­wu mu­siał­bym ode­słać was do mo­jej bio­gra­fii. Do dwóch ro­dza­jów mo­je­go "przy­jeż­dża­nia do Eu­ro­py Za­chod­niej", jako ucie­ki­nie­ra i jako oby­wa­te­la UE, róż­nią­cych się cał­ko­wi­cie.

Jak wi­dzi­cie, mógł­bym moje "ko­re­spon­den­cje" z Bruk­se­li na­pi­sać, za­nim tam do­ja­dę. Może jed­nak zo­ba­czę tam lub usły­szę coś, co moje aprio­rycz­ne za­ło­że­nia nie­co zmo­dy­fi­ku­je. Wte­dy na pew­no wam o tym opo­wiem.

Eu­ro­po­sło­wie, ich roz­le­głe dwo­ry, pro­fe­sor Ry­szard Le­gut­ko i co naj­mniej kil­ku spo­śród jego 18 asy­sten­tów za­trud­nio­nych za unij­ne pie­nię­dze (jest jed­nym z re­kor­dzi­stów w ska­li ca­łe­go PE). Wszy­scy uda­li się z Bruk­se­li do Stras­bur­ga szyb­ki­mi po­cią­ga­mi Tha­lis, sa­mo­lo­ta­mi, au­to­ka­ra­mi i li­mu­zy­na­mi. We­dle ostroż­nych wy­li­czeń te co­mie­sięcz­ne wę­drów­ki kosz­tu­ją rocz­nie 180 mi­lio­nów euro, ale ostroż­ne wy­li­cze­nia nie za­wie­ra­ją kosz­tów zdu­blo­wa­nia ca­łej struk­tu­ry biu­ro­wej, or­ga­ni­za­cyj­nej itp.

Więk­szość eu­ro­par­la­men­ta­rzy­stów od daw­na już do­ma­ga się ujed­no­li­ce­nia wła­snej sie­dzi­by, żeby wszyst­ko od­by­wa­ło się w Bruk­se­li. Nie zga­dza­ją się na to Fran­cu­zi (to w koń­cu ich Stras­burg i znacz­na część wy­da­nych tam pie­nię­dzy unij­nych tra­fia do ich na­ro­do­we­go bu­dże­tu w po­sta­ci ra­chun­ków, na­piw­ków, po­dat­ków). No i Niem­cy, bo to miej­sce przy­po­mi­na o "ka­ro­liń­skich" źró­dłach eu­ro­pej­skie­go pro­jek­tu, a tak­że o tym, że u jego źró­deł nie­co bar­dziej świe­żych leży "po­jed­na­nie Fran­cji i Nie­miec", czy ra­czej - bio­rąc pod uwa­gę naj­śwież­szy wów­czas hi­sto­rycz­ny ba­gaż - wy­ba­cze­nie Niem­com i wcią­gnię­cie ich do fak­tycz­nej współ­od­po­wie­dzial­no­ści za od­bu­do­wę kon­ty­nen­tu. Ów­cze­sna wer­sja apo­ka­ta­sta­sis brzmia­ła bo­wiem: "na­wet Nie­miec może być zba­wio­ny". I za­raz po woj­nie na­praw­dę nie­wie­lu w Eu­ro­pie wie­rzy­ło w tę na­zbyt opty­mi­stycz­ną he­re­zję.

Ale zno­wu, nie ża­ło­wał­bym tych pie­nię­dzy (tym bar­dziej, że więk­szość z nich i tak jest nie­miec­ka) tym spo­śród po­dró­żu­ją­cych te­raz z pięk­nej Bruk­se­li do rów­nie ślicz­ne­go Stras­bur­ga, któ­rzy pró­bu­ją Zjed­no­czo­ną Eu­ro­pę fak­tycz­nie bu­do­wać, wzmoc­nić, oca­lić. Tak jak nie ża­ło­wał­bym im wie­czo­rów w bruk­sel­skich ka­wiar­niach i re­stau­ra­cyj­kach. Nie ża­ło­wał­bym za­tem tych atrak­cji eu­ro­pej­skim cha­de­kom, so­cja­li­stom, li­be­ra­łom, zie­lo­nym, na­wet nie­któ­rym eu­ro­po­słom z frak­cji kon­ser­wa­ty­stów i re­for­ma­to­rów, któ­rym jesz­cze na ja­kiejś Eu­ro­pie, choć­by naj­bar­dziej zde­re­gu­lo­wa­nej i naj­bar­dziej "mi­ni­mum", wciąż jed­nak za­le­ży. Ale krew mnie za­le­wa, kie­dy my­ślę o tym, że z tych bruk­sel­skich piw i stras­bur­skich pasz­te­tów ko­rzy­sta­ją lu­dzie, któ­rzy cał­ko­wi­cie świa­do­mie przy­je­cha­li tu­taj Eu­ro­pę nisz­czyć, utrzy­my­wać w za­sto­ju albo ich ten pro­jekt w ogó­le nie in­te­re­su­je i przy­je­cha­li tu prze­żyć swo­ją par­tyj­ną eme­ry­tu­rę albo par­tyj­ną nie­ła­skę.

Ko­rzy­sta­jąc z da­ro­wa­ne­go cza­su, sam za­do­ma­wiam się w mie­ście. Ka­wa­ler­ka, w któ­rej miesz­kam przy rue Wiertz, kosz­tu­je po­nad czte­ry razy mniej, niż wy­no­si stan­dar­do­wa unij­na staw­ka na ho­tel. Ale po­wta­rzam raz jesz­cze, nie ża­łu­ję tych pie­nię­dzy lu­dziom, któ­rzy Unię rze­czy­wi­ście przy­je­cha­li bu­do­wać, nie będę ża­ło­wał, je­śli im się uda, choć... cza­sem mo­gli­by się nie­co ogra­ni­czyć.

Mój po­kój z miej­scem do spa­nia, my­cia się i go­to­wa­nia kawy mie­ści się w ka­mie­ni­cy w ca­ło­ści wy­na­ję­tej - jak mi po­wie­dzia­ła jej sym­pa­tycz­na wła­ści­ciel­ka o wy­glą­dzie re­wo­lu­cjo­nist­ki z 1968 roku - "mło­dym eu­ro­pej­skim sta­ży­stom". Ich po­ko­je mu­szą być tań­sze niż mój, bo ich ła­zien­ka jest wspól­na i znaj­du­je się na ko­ry­ta­rzu. Jesz­cze do koń­ca nie wiem, co to tak na­praw­dę zna­czy "eu­ro­pej­ski sta­ży­sta", ale będę z nimi cza­sem jadł śnia­da­nia w du­żej, wspól­nej kuch­ni, więc pew­nie się do­wiem.

Rue Wiertz ma co naj­wy­żej 700 me­trów dłu­go­ści, ale to praw­dzi­wa "uli­ca gra­nicz­na", nie wia­do­mo - łą­czą­ca czy od­dzie­la­ją­ca dwa świa­ty. Bruk­sel­scy miesz­cza­nie daw­no stąd ucie­kli, bo dziel­ni­ca, w któ­rej rue Wiertz się za­czy­na, na­zy­wa się Ma­ton­ge i za­miesz­ku­ją ją imi­gran­ci z Afry­ki. Dwa lata temu do­szło tu do za­mie­szek, a na­wet wpro­wa­dzo­no wie­lo­dnio­wy stan wy­jąt­ko­wy, Miesz­kań­cy Ma­ton­ge, któ­rym wcze­śniej nie po­zwo­lo­no de­mon­stro­wać w "miesz­czań­skim cen­trum mia­sta" prze­ciw­ko wi­zy­cie pre­zy­den­ta De­mo­kra­tycz­nej Re­pu­bli­ki Kon­ga Ka­bil­li, urzą­dzi­li tu­taj so­lid­ną za­dy­mę. Te­raz jest spo­koj­nie. Za­miast prze­mo­cy krą­ży pie­niądz. W wi­try­nach noc­nych skle­pów, za­kła­dów fry­zjer­skich sie­ci Afry­kań­ska kró­lo­wa i knajp na­kle­jo­ne in­for­ma­cje o ta­nich prze­ka­zach pie­nięż­nych "do kra­ju". Tyle że ten kraj to nie Pol­ska, jak na iden­tycz­nych na­lep­kach wi­szą­cych w wi­try­nach skle­pów i knajp w Not­tin­gham, Lo­ugh­bo­ro­ugh czy Le­ice­ster, ale Sier­ra Le­one, Wy­brze­że Ko­ści Sło­nio­wej i Kon­go.

Dru­gi ko­niec rue Wiertz (ja miesz­kam do­kład­nie w po­ło­wie) wy­cho­dzi na szkla­ne mury Krysz­ta­ło­we­go Pa­ła­cu, czy­li na szkla­ne wie­że sie­dzi­by Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go. Ich pra­cow­ni­cy prze­cho­dzą po­mię­dzy swo­imi biu­ra­mi oszklo­nym pa­sa­żem, wy­so­ko po­nad gło­wa­mi prze­chod­niów. Mury ka­mie­nic uli­cy gra­nicz­nej po­kry­te są ry­sun­ka­mi i na­pi­sa­mi wy­szy­dza­ją­cy­mi Mer­ko­zy'ego (dwu­gło­we­go po­two­ra, z któ­re­go w mię­dzy­cza­sie zo­sta­ła sama Mer­kel). Te hi­sto­rycz­ne już mu­ra­le za­rzu­ca­ją Mer­ko­zy'emu od­po­wie­dzial­ność za ocie­ple­nie kli­ma­tu i za osta­tecz­ny try­umf wol­no­ryn­ko­wej glo­ba­li­za­cji, choć ja zna­la­zł­bym parę lep­szych per­so­ni­fi­ka­cji pa­no­wa­nia glo­bal­ne­go ryn­ku, któ­ry fak­tycz­nie "wy­padł z ko­le­in" na na­szych oczach, za na­sze­go ży­cia. Na pla­cu pod szkla­ną wie­żą imie­nia Al­tie­ro Spi­nel­lie­go (jed­ne­go z oj­ców za­ło­ży­cie­li UE), gdzie roz­po­czy­na się "So­li­dar­ność 1980 Espla­na­de", wy­sta­wa kil­ku­na­stu ogrom­nych fo­to­gra­fii ma­ją­cych sym­bo­li­zo­wać hi­sto­rię eu­ro­pej­skie­go pro­jek­tu i przy­po­mi­nać, przed czym ten pro­jekt Eu­ro­pę chro­ni.

Pierw­sze jest zdję­cie bra­my w Au­schwitz z na­pi­sem Ar­be­it macht frei, sym­bo­lem "in­nej mo­der­ni­za­cji", któ­rej cią­głych po­wro­tów tak trud­no jest nam uni­kać. Po­tem zdję­cie mo­rza ruin War­sza­wy z 1945 roku, łą­czą­ce w jed­no­li­tym pej­za­żu śmier­ci po­wstań­ców z get­ta i po­wstań­ców z 1 sierp­nia 1944, żeby ich póź­ni fani nie spie­ra­li się o to, któ­re po­wsta­nie było waż­niej­sze i czy­je ofia­ry po­win­ny spo­cząć na sa­mym szczy­cie pi­ra­mi­dy rosz­czeń.

Inna gi­gan­tycz­na fo­to­gra­fia przed­sta­wia wnę­trze śmiesz­ne­go miesz­czań­skie­go sa­lo­ni­ku, gdzie za wiel­kim sto­łem po­śród stiu­ków i przed wiel­kim ozdob­nym ko­min­kiem Ro­bert Schu­man z in­ny­mi oj­ca­mi za­ło­ży­cie­la­mi ra­dzi nad po­cząt­ka­mi eu­ro­pej­skie­go pro­jek­tu. Pa­no­wie są w ja­kichś ana­chro­nicz­nych miesz­czań­skich sur­du­tach. Data pod zdję­ciem in­for­mu­je, że to rok 1950, kie­dy Schu­man z Mon­ne­tem i Ade­nau­erem po­ro­zu­mie­li się w spra­wie wspól­ne­go fran­cu­sko-nie­miec­kie­go za­rzą­dza­nia prze­my­słem sta­lo­wym w Za­głę­biu Ruh­ry (tam, gdzie za­czy­na­ły się wszyst­kie eu­ro­pej­skie woj­ny, któ­re nie za­czy­na­ły się na Bał­ka­nach). Te czar­ne sur­du­ty i kosz­mar­ne stiu­ki to sym­bol świec­kie­go me­sja­ni­zmu eu­ro­pej­skie­go miesz­czań­stwa, wów­czas jesz­cze nie­po­kłó­co­ne­go tak bar­dzo jak dziś z me­sja­ni­zmem re­li­gij­nym, szcze­gól­nie tym, któ­ry musi się prze­cież jesz­cze tlić gdzieś w lo­chach Wa­ty­ka­nu. Zresz­tą eu­ro­pej­ski pro­jekt Schu­ma­na, Mon­ne­ta, Spi­nel­lie­go, De Ga­pe­rie­go, Ade­nau­era, de Gaul­le'a... już dzie­sięć lat póź­niej za­cznie się roz­wi­jać w ryt­mie tych sa­mych na­dziei, któ­re oży­wią na chwi­lę Ko­ściół So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II, żeby pół wie­ku póź­niej prze­ży­wać swo­je pa­rok­sy­zmy znów rów­no­le­gle do pa­rok­sy­zmów Ko­ścio­ła osu­wa­ją­ce­go się w po­nu­ry "de­me­stryzm" i "wiel­kie in­kwi­zy­tor­stwo" póź­ne­go Jana Paw­ła II i Be­ne­dyk­ta XVI.

Ale wróć­my do na­szej ga­le­rii u stóp Krysz­ta­ło­we­go Pa­ła­cu. Jest tu po­wsta­nie wę­gier­skie, mło­dzi lu­dzie na pan­cer­zach czoł­gów, któ­re na mo­ment prze­szły na ich stro­nę, co nig­dy nie zda­rzy­ło się w Pol­sce. Pra­ska Wio­sna sfo­to­gra­fo­wa­na w mo­men­cie, kie­dy trwa tam jesz­cze krót­kie świę­to re­wo­lu­cji. Ale jest też zdję­cie z por­tu­gal­skiej "re­wo­lu­cji goź­dzi­ków", któ­ra wy­da­rzy­ła się po prze­ciw­nej stro­nie ko­smicz­nej sy­me­trii, bo to so­cja­li­ści i ko­mu­ni­ści oba­la­li tam pra­wi­co­wą dyk­ta­tu­rą moc­no osa­dzo­ną na fun­da­men­cie Ko­ścio­ła. Jest Hisz­pa­nia od­bu­do­wu­ją­ca de­mo­kra­cję po Fran­co, Gre­cja oba­la­ją­ca dyk­ta­tu­rę puł­kow­ni­ków i Cypr nisz­czo­ny przez idio­tycz­ną woj­nę dwóch na­ro­do­wych li­bi­do - grec­kie­go i tu­rec­kie­go. Jest pol­ska "So­li­dar­ność", któ­rej daw­ni re­al­ni bo­ha­te­ro­wie ro­bią wła­śnie z sie­bie idio­tów w War­sza­wie, spie­ra­jąc się o to, któ­ry z nich na­praw­dę kie­ro­wał sierp­nio­wym straj­kiem. Jest upa­dek Muru. I fo­to­gra­fie po­ka­zu­ją­ce, jak Eu­ro­pa, kie­dy już po­mo­gła so­bie, pró­bu­je po­ma­gać in­nym.

Gi­gan­tycz­ne fo­to­gra­fie zdo­bią­ce sie­dzi­bę Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go to prze­ci­wień­stwo lon­dyń­skiej No­wej Tate, gdzie parę ty­go­dni wcze­śniej wi­dzia­łem ana­lo­gicz­ną ga­le­rię pa­mię­ci, tyle że w po­sta­ci za­pę­tlo­ne­go fil­mu do­ku­men­tal­ne­go. Ona jed­nak za­wie­ra­ła tyl­ko jed­ną po­ło­wę pa­mię­ci, po­wie­dział­bym "le­wi­co­wą", gdy­bym za bar­dzo nie ce­nił po­ję­cia "le­wi­cy". Pa­mięć z No­wej Tate to nie była pa­mięć le­wi­cy, ale pa­mięć jed­nej frak­cji - "toż­sa­mo­ścio­wa", wy­god­na i ego­istycz­na. Re­wo­lu­cja goź­dzi­ków, ale bez Pra­skiej Wio­sny, kry­zys su­eski, ale bez po­wsta­nia wę­gier­skie­go, na­wet Mao wkra­cza­ją­cy do Szan­gha­ju, ale bez cie­nia re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej. I Ca­stro wjeż­dża­ją­cy do Ha­wa­ny, ale bez cie­nia po­li­tycz­nych wię­zień, w któ­rych sta­rze­ją­ca się re­wo­lu­cja tor­tu­ro­wa­ła ku­bań­skich po­etów i ku­bań­skich ge­jów (za de­ge­ne­ro­wa­nie zdro­we­go re­pu­bli­kań­skie­go du­cha). Nas - z Eu­ro­py Środ­ko­wej i Wschod­niej - tam w ogó­le nie było. "Ni­cze­go o nas nie było w tej ich kon­sty­tu­cji" (pa­ra­fra­za za Mar­cin Świe­tlic­ki).

An­glo­sa­ska pra­wi­ca - Re­agan, That­cher, Bush, a wcze­śniej na­wet Chur­chill, nie­co jed­nak cie­kaw­szy od swo­ich na­stęp­ców - po­trze­bo­wa­ła nas jako na­jem­ni­ków w wal­ce z tym czy in­nym "Im­pe­rium zła" o wy­łącz­ne pa­no­wa­nie nad otwie­ra­ją­cą się prze­strze­nią glo­ba­li­za­cji. Stąd ich pod­nio­słe ape­le do "dziel­nych Wschod­nio­eu­ro­pej­czy­ków", aby "kon­ty­nu­owa­li swój opór" (choć bez ra­dy­kal­nej prze­sa­dy, któ­ra mo­gła­by do­pro­wa­dzić do świa­to­wej woj­ny bę­dą­cej ry­zy­kiem tak­że dla Wall Stre­et i lon­dyń­skie­go City). Z ko­lei an­glo­sa­ska le­wi­ca nie po­trze­bu­je nas wca­le, na­wet tego nie ukry­wa, cza­sem gło­śno roz­draż­nio­na tym, że wschod­nio­eu­ro­pej­scy in­te­li­gen­ci i ro­bot­ni­cy oba­li­li ich mit (fakt, że bar­dzo czę­sto sami na tym wca­le tak nie ko­rzy­sta­jąc).

"Ka­ro­liń­ska Eu­ro­pa" umiesz­cza swo­je wschod­nie pe­ry­fe­ria w pej­za­żu zjed­no­czo­nej pa­mię­ci. Od­da­je im cześć, na­wet je­śli w tej nie­co przy­cze­sa­nej wer­sji spod szkla­nej wie­ży imie­nia Al­ber­to Spi­nel­lie­go. Przy­najm­niej tyle po­tra­fi zro­bić w świe­cie, któ­rym i tak rzą­dzi ego­izm pie­nią­dza, toż­sa­mo­ści i hi­sto­rycz­nych po­li­tyk.

Cy­nizm jest ceną każ­dej re­al­nej po­li­ty­ki. Tej pro­wa­dzo­nej za za­sło­ną in­sty­tu­cji, da­le­ko od czy­stej woli ludu i "bez­po­śred­nio­ści" jego rosz­czeń. Roz­ma­wia­jąc z urzęd­ni­ka­mi Ko­mi­sji i po­sła­mi do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, czę­sto tra­fiam na pod­szy­tą cy­ni­zmem au­to­iro­nię, cza­sem na­wet go­rycz. Naj­lep­si z nich wy­glą­da­ją jak lu­dzie do­tknię­ci nie­do­le­czo­ną de­pre­sją.

Nie­co więk­sza skłon­ność do cy­ni­zmu bie­rze się w Bruk­se­li stąd, że ofi­cjal­ny ję­zyk Unii - ję­zyk czy­stej woli ludu, ję­zyk ra­dy­kal­nej eman­cy­pa­cji da­le­kiej od wszel­kich ogra­ni­czeń tzw. ludz­kiej kon­dy­cji - jest za bar­dzo od­le­gły od rze­czy, któ­re Unia ro­bić rze­czy­wi­ście pró­bu­je, a cza­sa­mi na­wet ro­bić po­tra­fi. A po­tra­fi ro­bić rze­czy na­praw­dę do­bre ("po­kój i szczę­ście na świe­cie"), tyle że nie­po­rów­na­nie bar­dziej kon­kret­ne, pre­cy­zyj­ne, drob­ne, prze­su­wa­ją­ce o mi­li­metr we wła­ści­wą stro­nę po­ziom prze­mo­cy, okru­cień­stwa, ko­rup­cji, na­giej siły na na­szym kon­ty­nen­cie i poza nim. Tym­cza­sem ję­zyk, któ­ry ma tę pra­cę ob­ja­śniać i chro­nić, jest pa­te­tycz­ny, pe­łen ogól­ni­ków. Za­miast osła­niać eu­ro­pej­ski pro­jekt (tak, chy­ba jesz­cze jest ja­kiś pro­jekt), po­przez swo­ją bom­ba­stycz­ność draż­ni je­dy­nie lu­dzi, po­zwa­la­jąc "an­ty­sys­te­mo­wym" po­pu­li­stom paść się do woli na so­czy­stych łą­kach gnie­wu "na­ro­do­wych de­mo­sów".

Jest póź­ny wie­czór. Na espla­na­dzie "So­li­dar­no­ści 1980" (na­zwa wy­wal­czo­na przez Buz­ka, kie­dy był prze­wod­ni­czą­cym par­la­men­tu, wbrew po­zo­rom po­waż­ne osią­gnię­cie w miej­scu, gdzie imię każ­dej uli­cy, pla­cu, bu­dyn­ku, sali kon­cer­to­wej jest wy­ni­kiem sku­tecz­nie przez ko­goś po­pro­wa­dzo­nej po­li­tycz­nej gry) trwa kon­cert reg­gae dla bruk­sel­skiej i eu­ro­pej­skiej mło­dzie­ży. W po­wie­trzu uno­si się za­pach tra­wy śred­niej ja­ko­ści, któ­rą moż­na ku­pić (oczy­wi­ście "nie­le­gal­nie" i oczy­wi­ście bez na­stępstw praw­nych) na ro­gach ulic po­bli­skiej dziel­ni­cy Ma­ton­ge. Z od­le­głej o go­dzi­nę jaz­dy sa­mo­cho­dem ho­len­der­skiej Bre­dy (stre­fa Schen­gen bez gra­nic, pięk­ny ry­nek, do tego cmen­tarz żoł­nie­rzy ge­ne­ra­ła So­sa­bow­skie­go i ge­ne­ra­ła Macz­ka, no i kil­ka świet­nie za­opa­trzo­nych cof­fee sho­pów) od maja 2012 nie moż­na już przy­wieźć tra­wy i ha­szu le­gal­nych i nie­po­rów­na­nie lep­szej ja­ko­ści. Wy­mu­szo­ne przez eu­ro­pej­skich są­sia­dów pra­wo unie­moż­li­wia sprze­daż mięk­kich nar­ko­ty­ków lu­dziom nie­za­mel­do­wa­nym w kon­kret­nej ho­len­der­skiej gmi­nie. Kie­dy czło­wiek, po któ­re­go ak­cen­cie i ner­wo­wym za­cho­wa­niu ewi­dent­nie wi­dać, że jest tyl­ko "tu­ry­stą", pyta o tra­wę, sły­szy - "le­gi­ti­ma­ti­ja?" (na­wet nie wiem, czy to jest po ho­len­der­sku, czy ma słu­żyć tyl­ko od­stra­sza­niu Po­la­ków od lat ku­pu­ją­cych tra­wę i ha­szysz w Ho­lan­dii, żeby roz­wo­zić ją da­lej). Za­tem po­zo­sta­je to, co moż­na "nie­le­gal­nie" ku­pić w Ma­ton­ge czy w An­der­lech­cie. I za­pach uno­szą­cy się nad tłu­mem mło­dych lu­dzi słu­cha­ją­cych mu­zy­ki u stóp szkla­nych wież Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go (imie­nia Al­tie­ro Spi­nel­lie­go, imie­nia Wil­ly Brand­ta...).

Kie­dy mu­zy­ka cich­nie, je­den ze­spół scho­dzi ze sce­ny, a dru­gi roz­sta­wia sprzęt, mło­dy czło­wiek, ubra­ny zde­cy­do­wa­nie za do­brze jak na to miej­sce i mo­ment, krzy­czy do mi­kro­fo­nu: "Eu­ro­pa jest dla was! Każ­dy może tu do mnie przyjść i po­wie­dzieć, cze­go ocze­ku­je od Unii! Co chce­cie, żeby Unia zro­bi­ła dla mło­dych!?".

Mimo po­na­wia­nych za­pro­szeń nikt nie wcho­dzi na sce­nę. Lu­dzie wo­kół mnie są nie­przy­go­to­wa­ni do na­tych­mia­sto­we­go wy­ar­ty­ku­ło­wa­nia ra­dy­kal­nych czy re­for­mi­stycz­nych rosz­czeń pod­czas wie­czor­ne­go kon­cer­tu reg­gae. Da­lej piją piwo z pa­pie­ro­wych kub­ków, za­cią­ga­ją się tra­wą w skrę­tach i luf­kach, na­cią­ga­ją głę­biej na gło­wy kap­tu­ry swo­ich kur­tek, bo jest zim­no, wie­je wiatr i co­raz moc­niej za­czy­na pa­dać deszcz. Ja też mam kap­tur na­cią­gnię­ty głę­bo­ko na gło­wę i wdy­cham cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach, któ­ry przy­po­mi­na mi zu­peł­nie inne miej­sca i cza­sy, kie­dy nie mia­łem jesz­cze pra­wa do po­ru­sza­nia się po stre­fie Schen­gen i po­ru­sza­łem się tyl­ko po osi Pół­noc-Po­łu­dnie wy­zna­czo­nej z jed­nej stro­ny przez so­poc­kie molo a z dru­giej przez ta­ras ka­wiar­ni Domu Tu­ry­sty w Za­ko­pa­nem (szczaw z na­sy­pu, szczaw z na­sy­pu...).

Kie­dy roz­ma­wia się z eu­ro­par­la­men­ta­rzy­sta­mi, ich na­zwi­ska są dzien­ni­kar­skim atu­tem. Albo ob­cią­że­niem. Kie­dy roz­ma­wia się z urzęd­ni­ka­mi Ko­mi­sji Eu­ro­pej­skiej, o na­zwi­skach le­piej w ogó­le za­po­mnieć. Każ­dy z nich na ofi­cjal­ny wy­wiad po­trze­bo­wał­by zgo­dy zwierzch­ni­ka, a na­wet kil­ku zwierzch­ni­ków. A sam wy­wiad po au­to­ry­za­cji (po wie­lu au­to­ry­za­cjach) nada­wał­by się wy­łącz­nie do ko­sza. Po paru roz­mo­wach z urzęd­ni­ka­mi Ko­mi­sji bar­dzo róż­nych szcze­bli do­cho­dzę jed­nak do wnio­sku, że ogrom­nym błę­dem jest to ich wy­mu­szo­ne mil­cze­nie. Szcze­gól­nie kie­dy eu­ro­escep­ty­cy mogą wrzesz­czeć do woli, a ofi­cjal­ny ję­zyk Unii jest zbyt na­iw­ny, zbyt pa­te­tycz­ny, żeby obro­nić go przed ta­blo­ido­wą her­me­neu­ty­ką po­dej­rzeń i po­pu­li­stycz­ną de­kon­struk­cją. Wy­mu­szo­ne mil­cze­nie urzęd­ni­ków Ko­mi­sji, przy nie­ogra­ni­czo­nym pra­wie do wrza­sku prze­ciw­ni­ków Unii, za­bu­rza rów­no­wa­gę to­czą­cej się na ca­łym kon­ty­nen­cie po­li­tycz­nej wal­ki. Zde­cy­do­wa­nie na nie­ko­rzyść UE.

Ja za­tem, żeby nie za­wieść za­ufa­nia mo­ich in­for­ma­to­rów, na­zwę ich Alfą (cyt. za Cze­sław Mi­łosz, Znie­wo­lo­ny umysł), K. (cyt. za Franz Kaf­ka, Pro­ces) i Hum­ph­rey­em (cyt. za bry­tyj­ski se­ria­lem Yes, Mi­ni­ster i jego kon­ty­nu­acją Yes, Pri­me Mi­ni­ster). Na­wet ich płeć nie musi od­po­wia­dać uży­tym prze­ze mnie gra­ma­tycz­nym for­mom.

Alfa ma po­glą­dy eu­ro­en­tu­zja­stycz­ne i le­wi­co­we. W każ­dym ra­zie miał ta­kie po­glą­dy, kie­dy przy­je­chał tu z Pol­ski. Wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo po­smut­niał, scy­nicz­niał. Roz­ziew mię­dzy ofi­cjal­nym opty­mi­zmem unij­ne­go ję­zy­ka a co­dzien­nym uże­ra­niem się po ga­bi­ne­tach był dla nie­go zbyt wiel­ki. Wi­dać to na jego twa­rzy, po­sza­rza­łej, smut­nej, na­wet kie­dy fa­scy­nu­ją­co opo­wia­da o praw­dzi­wym zna­cze­niu, ja­kie mają dla Ko­mi­sji - i dla ca­łej Unii - roz­po­czy­na­ją­ce się wła­śnie ne­go­cja­cje z USA w spra­wie stwo­rze­nia wspól­nej stre­fy wol­ne­go han­dlu. Tak jak Wspól­no­ta Wę­gla i Sta­li nie była pro­jek­tem ryn­ko­wym, eko­no­micz­nym, ale ści­śle po­li­tycz­nym (tyle że na po­cząt­ku była to po­li­ty­ka pro­wa­dzo­na eko­no­micz­ny­mi środ­ka­mi), tak samo roz­po­czy­na­ją­ce się ne­go­cja­cje han­dlo­we UE-USA, a szcze­gól­nie to­czą­ca się te­raz w Ko­mi­sji i Par­la­men­cie wal­ka o kształt "man­da­tu ne­go­cja­cyj­ne­go" - to nie jest eko­no­mia, ale po­li­ty­ka w sta­nie czy­stym. Naj­więk­szy­mi en­tu­zja­sta­mi tego sko­ku na głów­kę w otwar­tą prze­strzeń glo­ba­li­za­cji są oczy­wi­ście Niem­cy. Oczy­wi­ście dla­te­go, że tyl­ko go­spo­dar­ka nie­miec­ka nie boi się dziś kon­ku­ro­wać na glo­bal­nym ryn­ku. Niem­cy są też pra­wie zu­peł­nie obo­jęt­ni na prze­ra­że­nie Fran­cu­zów do­ma­ga­ją­cych się ogra­ni­cze­nia man­da­tu ne­go­cja­cyj­ne­go w ob­sza­rach "ochro­ny eu­ro­pej­skie­go prze­my­słu obron­ne­go, ochro­ny eu­ro­pej­skie­go ryn­ku rol­ne­go, ochro­ny eu­ro­pej­skich dóbr kul­tu­ry...". Ale je­śli obec­na Ko­mi­sja pod kie­run­kiem sła­be­go Bar­ros­so chcia­ła­by przez ostat­ni rok swej ka­den­cji do­pro­wa­dzić ne­go­cja­cje z Oba­mą do koń­ca albo przy­najm­niej tak da­le­ko, żeby mieć swój udział w tym hi­sto­rycz­nym prze­sięw­zię­ciu, to tak­że dla­te­go, że wi­zja stre­fy wol­ne­go han­du UE-USA jest dziś dla Unii wiel­ką uciecz­ką do przo­du przed kry­zy­sem, a może na­wet przed po­li­tycz­nym roz­pa­dem. Szcze­gól­nie Niem­cy (w Ber­li­nie, w Bruk­se­li) mają na­dzie­ję, że w ten spo­sób utrzy­ma­ją w Unii Ca­me­ro­na i An­glię. An­gli­cy chcą dziś uciec z UE w swo­ją mi­tycz­ną "prze­strzeń atlan­tyc­ką", ale do­kąd uciek­ną ze stre­fy wol­ne­go han­dlu UE-USA? Na swo­je im­pe­rial­ne Fal­klan­dy? Do Hong­kon­gu, gdzie księ­go­wi z lon­dyń­skie­go City już dziś uczą chiń­skich neo­man­da­ry­nów, jak uni­kać pła­ce­nia po­dat­ków?

Kie­dy Alfa mówi mi o tym wszyst­kim, wcho­dząc co­raz głę­biej w opis ne­go­cja­cyj­nych stra­te­gii Ko­mi­sji i Par­la­men­tu, za­po­mi­na o swo­jej nie­do­le­czo­nej de­pre­sji. Na­wet on prze­czu­wa ist­nie­nie po­ten­cja­łu re­al­nej unij­nej po­li­ty­ki. Ukry­te­go gdzieś głę­bo­ko, we wnętrz­no­ściach biu­ro­kra­tycz­nej ma­szy­ny, któ­ra go zmie­li­ła.

Z ko­lei K. wy­wo­dzi się z daw­nej pol­skiej pra­wi­cy - me­ta­po­li­tycz­nej, me­dial­nej. Czy też ra­czej z tego prze­kor­ne­go nur­tu, któ­ry na po­cząt­ku lat 90., nie ma­jąc jesz­cze żad­nej spre­cy­zo­wa­nej ide­owej toż­sa­mo­ści, uwi­kłał się w kon­flikt z Wa­łę­są, a z in­nych jesz­cze po­wo­dów tak­że z "Ga­ze­tą Wy­bor­czą". Ja­kie­kol­wiek by były obiek­tyw­ne i su­biek­tyw­ne przy­czy­ny tam­tych kon­flik­tów, dziś wie­lu z nas ro­zu­mie, że te mor­do­bi­cia nie były ni­ko­mu po­trzeb­ne. Cóż z tego, kie­dy już się sta­ły, a ich kon­se­kwen­cje są nie­od­wra­cal­ne. Przy­najm­niej w Pol­sce, bo tu­taj w Bruk­se­li K. z co­raz więk­szym dy­stan­sem ob­ser­wu­je swo­ich daw­nych ko­le­gów i ko­le­żan­ki z dzien­ni­kar­skie­go i po­li­tycz­ne­go pra­wi­co­we­go świa­ta. Ko­le­gów i ko­le­żan­ki po­stę­pu­ją­cych co­raz głę­biej w sza­leń­stwo. Jemu sa­me­mu Bruk­se­la dała wy­zwo­le­nie - naj­pierw od PO-PiS--owej woj­ny, po­tem od Smo­leń­ska. Ale nadal ła­twiej, z więk­szym za­ufa­niem, roz­ma­wia mu się z "by­ły­mi pra­wi­cow­ca­mi", ta­ki­mi jak ja. K. opo­wia­da mi za­tem cał­kiem szcze­rze o swo­im pierw­szym zde­rze­niu z biu­ro­kra­tycz­ną prak­ty­ką Ko­mi­sji. "Przy­go­to­wa­łem swo­je pierw­sze opra­co­wa­nie, my­ślę że było do­syć uda­ne". Fak­tycz­nie, bar­dzo był wte­dy dum­ny ze swo­ich od­waż­nych tez i nie­ska­zi­tel­nej fran­cusz­czy­zny. Za­niósł dzie­ło do ad­re­sa­ta, do ga­bi­ne­tu sze­fa, któ­ry po­pa­trzył na nie­go zdzi­wio­ny i za­nie­po­ko­jo­ny tym, że do­stał żą­da­ny do­ku­ment tak szyb­ko. Po­trzy­mał go przez parę dni, po czym zwró­cił, mó­wiąc, że trze­ba bę­dzie nad tym jesz­cze spo­ro po­pra­co­wać. "Nie wie­dzia­łem, o co mu cho­dzi, bo kry­te­riów tego "po­pra­co­wa­nia" nie przed­sta­wił żad­nych" - mówi K. Dłu­go pró­bo­wał zro­zu­mieć, gdzie po­peł­nił błąd. W koń­cu po­pro­sił o radę lu­dzi z dłuż­szym sta­żem. Ci wszyst­ko mu wy­ja­śni­li. "Przez na­stęp­ne ty­go­dnie prze­pu­ści­łem moje opra­co­wa­nie przez kil­ka­na­ście są­sied­nich biur na na­szym ko­ry­ta­rzu, po­sze­dłem na­wet do kil­ku biur na in­nych pię­trach". Zbie­rał po­praw­ki, ra­czej na po­zio­mie in­ter­punk­cji niż sen­su. Kie­dy jesz­cze raz za­niósł ten sam prak­tycz­nie do­ku­ment temu sa­me­mu sze­fo­wi, tyle że po­zna­czo­ny kciu­ka­mi kil­ku­na­stu in­nych sze­fów wy­dzia­łów i biur, zo­stał po­chwa­lo­ny, po­tem awan­so­wa­ny. A jego do­ku­ment tra­fił na­wet na biur­ko jed­ne­go z ko­mi­sa­rzy. Py­tam K., czy wi­dzi ja­kiś sens swo­jej pra­cy, któ­ry nie spro­wa­dzał­by się wy­łącz­nie do sta­bil­no­ści za­trud­nie­nia, wy­so­kiej pen­sji i wy­zwo­le­nia od obłę­du dzi­siej­szej po­li­ty­ki pol­skiej? Czy jest ktoś, może na sa­mej gó­rze, któ­re­mu ta biu­ro­kra­tycz­na ma­chi­na do­star­cza jed­nak moż­li­wo­ści upra­wia­nia "eu­ro­pej­skiej po­li­ty­ki", po­dej­mo­wa­nia su­we­ren­nych de­cy­zji? W pierw­szym od­ru­chu K. z go­ry­czą od­po­wia­da: "nie". I do­da­je, że on sam na­uczył się przez te lata je­dy­nie spraw­ne­go cho­dze­nia po la­bi­ryn­cie. "Żeby ci nic nie spa­dło na gło­wę i że­byś z tego wszyst­kie­go nie wy­padł, o co zresz­tą jest trud­no, no bo wiesz... jak raz zo­sta­niesz wpusz­czo­ny do środ­ka...". Ale kie­dy go­rycz mija, po pierw­szej od­po­wie­dzi po­ja­wia się dru­ga. K. pra­cu­je w bar­dzo sze­ro­ko ro­zu­mia­nym pio­nie praw czło­wie­ka. Po­ma­ga lu­dziom, bro­ni lu­dzi przed ludź­mi. Nie chrze­ści­jan przed mu­zuł­ma­na­mi albo od­wrot­nie. Nie Pa­le­styń­czy­ków przed Ży­da­mi albo od­wrot­nie. Nie Tutu przed Hut­si albo od­wrot­nie. Ale wła­śnie lu­dzi przed ludź­mi (w tym wy­mia­rze po­li­ty­ka Unii zde­cy­do­wa­nie ne­gu­je słyn­ny afo­ryzm de Ma­istre'a, któ­ry, jak twier­dził, nig­dy nie spo­tkał czło­wie­ka, a je­dy­nie Fran­cu­zów, Niem­ców, An­gli­ków czy Ro­sjan). Unia pró­bu­je ra­to­wać lu­dzi przed tym, co po­tra­fią so­bie wza­jem­nie zro­bić, je­śli tyl­ko róż­ni­ca siły bę­dzie po­mię­dzy nimi wy­star­cza­ją­co duża. Przy­glą­dam się spra­wom, nad któ­ry­mi K. wła­śnie pra­cu­je. Li­sta in­ter­wen­cji ra­tu­ją­cych ży­cie i wol­ność bar­dzo kon­kret­nych osób, wszel­kich na­ro­do­wo­ści i wy­znań, z paru naj­gor­szych czę­ści świa­ta, gdzie albo po­wró­cił "stan na­tu­ry", albo nig­dy nie zdo­ła­no z nie­go wyjść. Po­rów­nu­ję tę li­stę z ulu­bio­nym te­ma­tem za­py­tań po­sel­skich pol­skich pra­wi­cow­ców w eu­ro­par­la­men­cie: "Co Unia zro­bi­ła, aby bro­nić przed prze­śla­do­wa­nia­mi chrze­ści­jan w Ni­ge­rii, chrze­ści­jan w In­diach, chrze­ści­jan w...?". W Ni­ge­rii is­la­mi­stycz­ne bo­jów­ki z Pół­no­cy mor­du­ją chrze­ści­jan, a w od­po­wie­dzi żoł­nie­rze chrze­ści­jań­skie­go rzą­du z Po­łu­dnia ma­sa­kru­ją mu­zuł­mań­skie wio­ski. Już od daw­na nie wia­do­mo, co jest ata­kiem, a co od­po­wie­dzią. Unia sta­ra się po­ma­gać ofia­rom z obu stron, obu wy­znań, wy­mu­sza nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy po­ko­jo­we, któ­re rzad­ko przy­no­szą sku­tek. Jed­nak te py­ta­nia: "Co Unia zro­bi­ła, żeby bro­nić chrze­ści­jan?!", za­da­wa­ne na każ­dej ple­nar­nej se­sji eu­ro­par­la­men­tu przez lu­dzi, któ­rzy - w jed­nym czy dru­gim wy­pad­ku aku­rat to wiem - nie są w ogó­le wie­rzą­cy i dla­te­go tak ła­two przy­cho­dzi im in­stru­men­ta­li­za­cja wia­ry, mają słu­żyć na­pięt­no­wa­niu Unii jako "an­ty­chrze­ści­jań­skie­go po­two­ra". I za­wsze się przy­da­dzą, kie­dy w ko­lej­nej kam­pa­nii wy­bor­czej przyj­dzie się tłu­ma­czyć przed o. Ry­dzy­kiem z wła­sne­go bruk­sel­skie­go do­rob­ku ("Bro­ni­li­śmy tam chrze­ści­jan!").

K. nie chce na­wet o tym mó­wić, zna zbyt wie­lu ta­kich lu­dzi, zna ich od zbyt daw­na. Ale mówi inną cie­ka­wą rzecz, tym cie­kaw­szą, że bę­dąc w Pol­sce bli­żej ra­czej cen­tro­pra­wi­cy nie uwew­nętrz­nił nig­dy gen­de­ro­we­go ję­zy­ka. "Wiesz, w moim pio­nie, zaj­mu­ją­cym się pra­wa­mi czło­wie­ka, ra­to­wa­niem ży­cia, wy­cią­ga­niem z wię­zień, naj­wię­cej pra­cu­je po pierw­sze osób z "no­wej Eu­ro­py" (zgod­nie z re­gu­ła­mi po­li­tycz­nej po­praw­no­ści za­miast o "no­wej Eu­ro­pie" mówi się te­raz o "kra­jach UE-10"), a po dru­gie, pra­cu­ją tu pra­wie wy­łącz­nie ko­bie­ty". Fa­ce­ci uwa­ża­ją ten pion za "zbyt mało przy­szło­ścio­wy", "zbyt mało po­li­tycz­ny", "stąd rza­dziej się awan­su­je".

I wresz­cie Hum­ph­rey, da­ją­cy so­bie radę chy­ba naj­le­piej z ca­łej trój­ki. Na nie­co wyż­szym sta­no­wi­sku, do­sta­ją­cy na biur­ko "bar­dziej po­li­tycz­ne" do­ssiers. Tam, gdzie Alfa wi­dzi prze­paść po­mię­dzy ofi­cjal­nym ję­zy­kiem eman­cy­pa­cji a sie­cią po­blo­ko­wa­nych de­cy­zji i in­te­re­sów, gdzie K. wi­dzi nie­koń­czą­cy się la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy i drzwi, Hum­ph­rey za­czy­na już do­strze­gać bar­dzo re­al­ne po­li­tycz­ne de­cy­zje, do­ty­czą­ce w jego aku­rat wy­pad­ku ujed­no­li­ca­nia pra­wa unij­ne­go w paru waż­nych dzie­dzi­nach. "Do­star­cza­my dzi­siaj co­raz więk­szej czę­ści pra­wa kra­jo­we­go ca­łej Eu­ro­pie, bo mamy wię­cej kom­pe­ten­cji, wię­cej cza­su i wię­cej spo­ko­ju ze stro­ny me­diów. Mamy wszyst­ko, cze­go kra­jo­we par­la­men­ty mają co­raz mniej. To się na­zy­wa "im­plan­ta­cja"" - do­da­je, śmie­jąc się tro­chę z wła­sne­go uwew­nętrz­nio­ne­go żar­go­nu.

To bez wąt­pie­nia jest po­li­ty­ka. Po­li­ty­ka po­waż­na, choć pro­wa­dzo­na w spe­cy­ficz­ny spo­sób. Stąd ksy­wa "Hum­ph­rey", któ­rą mu nada­łem. Od bo­ha­te­ra se­ria­lu Yes, Mi­ni­ster (to był zresz­tą ulu­bio­ny se­rial ca­łe­go śred­nie­go po­ko­le­nia pol­skich kon­ser­wa­ty­stów, kie­dy byli jesz­cze kon­ser­wa­ty­sta­mi, dłu­go przed Smo­leń­skiem). Ty­tu­ło­wy Hum­ph­rey to wiecz­ny szef służ­by cy­wil­nej, któ­ry swe­go po­cho­dzą­ce­go z de­mo­kra­tycz­ne­go wy­bo­ru mi­ni­stra, a po­tem pre­mie­ra, trak­tu­je jak do­pust Boży. Jak igno­ran­ta, przed któ­rym na­le­ży chro­nić cią­gło­ści i kom­pe­ten­cji pań­stwa - czy­li służ­by cy­wil­nej, czy­li biu­ro­kra­cji pań­stwo­wej. Kie­dy w jed­nym z pierw­szych od­cin­ków świe­żo wy­bra­ny mi­ni­ster do­wia­du­je się od Hum­ph­reya, że w jego re­sor­cie pra­cu­je osiem­dzie­się­ciu pod­se­kre­ta­rzy i dwu­stu asy­sten­tów se­kre­ta­rzy, pyta, czy któ­ryś nich umie pi­sać na ma­szy­nie? Ura­żo­ny Hum­ph­rey od­po­wia­da: "Ależ oczy­wi­ście, że ża­den z nich nie umie pi­sać na ma­szy­nie. Na ma­szy­nie pi­sze pani Mac­Kay, se­kre­tar­ka". Nie­zra­żo­ny mi­ni­ster (po­czci­wy na­iw­niak, na­wet do cy­ni­zmu nie­zdol­ny) pyta: "A czy oby­wa­te­le w de­mo­kra­cji nie po­win­ni o tym wszyst­kim wie­dzieć"? Hum­ph­rey od­po­wia­da su­ro­wo: "Nie, pa­nie mi­ni­strze, ta wie­dza by ich tyl­ko upo­ko­rzy­ła, wcią­gnę­ła we współ­od­po­wie­dzial­ność, uczy­ni­ła współ­win­ny­mi. Je­dy­nie igno­ran­cja po­zwa­la oby­wa­te­lom za­cho­wy­wać god­ność".

Na sa­mych wy­ży­nach biu­ro­kra­tycz­ne­go apa­ra­tu Ko­mi­sji, gdzieś po­mię­dzy sze­fem wy­dzia­łu a ko­mi­sa­rzem, po­ja­wia się Wiel­ki Hum­ph­rey. Pod­mio­to­wy, na­wet je­śli biu­ro­kra­tycz­ny ele­ment eu­ro­pej­skiej kon­struk­cji po­zwa­la­ją­cy z peł­ną od­po­wie­dzial­ność na­zwać ją "ustro­jem mie­sza­nym". Gdyż oczy­wi­ście Wiel­ki Hum­ph­rey nie ma le­gi­ty­mi­za­cji de­mo­kra­tycz­nej, a mimo to jego rola w ży­ciu tego kon­ty­nen­tu jest po­zy­tyw­na. Tyl­ko czy my je­ste­śmy go­to­wi przy­jąć wie­dzę o ist­nie­niu Wiel­kie­go Hum­ph­reya, nie obu­rza­jąc się zbyt­nio? Czy też wo­li­my "za­cho­wać god­ność wy­ni­ka­ją­cą z igno­ran­cji"? Ale na­wet Wiel­ki Hum­ph­rey jest, a w każ­dym ra­zie po­wi­nien być, na­rzę­dziem po­li­ty­ki, któ­rej ogól­ne przy­najm­niej kie­run­ki oby­wa­te­le po­win­ni znać i za­twier­dzać. In­a­czej ma­rze­nie o "eu­ro­pej­skim de­mo­sie" po­zo­sta­nie ma­rze­niem na za­wsze. Kie­dy jed­nak py­tam, czy w tej biur­kra­tycz­nej ma­chi­nie Ko­mi­sji jest duch i jak on ewen­tu­al­nie wy­glą­da, od­po­wia­da­ją mi zmie­sza­ne spoj­rze­nia i skrę­po­wa­ne po­chrzą­ki­wa­nia. W koń­cu sły­szę: "Po­roz­ma­wiaj z X-em, to taki sie­dem­dzie­się­cio­let­ni An­gol, któ­ry był kie­dyś sze­fem ga­bi­ne­tu Ja­cqu­esa De­lor­sa. On może jesz­cze coś wie­dzieć o ja­kimś pro­jek­cie. Albo w tam­tych cza­sach coś usły­szał o pro­jek­cie od Ja­cqu­esa...".

Za­tem naj­bliż­szy praw­dy jest K. ze swo­ją kaf­kow­ską wi­zją skom­pli­ko­wa­nej biu­ro­kra­tycz­nej kon­struk­cji, któ­rą po­zo­sta­wi­li nam w spad­ku oj­co­wie za­ło­ży­cie­le prze­ra­że­ni woj­ną. Chcąc, by bruk­sel­ska biu­ro­kra­cja jak naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ła pro­sto­tę na­ro­do­wych i ide­olo­gicz­nych toż­sa­mo­ści i rosz­czeń, któ­re dwa razy znisz­czy­ły Eu­ro­pę. A prze­cież wie­my, że ener­gia pro­sto­ty jest nie­wy­czer­pa­na.

Może jed­nak le­piej by­ło­by, gdy­by urzęd­ni­cy Ko­mi­sji sami mo­gli prze­mó­wić. Tak jak dziś nie mogą, od­da­jąc przez to pole z jed­nej stro­ny zbyt aniel­skie­mu ję­zy­ko­wi ofi­cjal­nej unij­nej pro­pa­gan­dy, a z dru­giej wrza­sko­wi po­pu­li­stów. A może to do­pie­ro by­ła­by ka­ta­stro­fa, gdy­by Wiel­ki Hum­ph­rey otwar­cie prze­mó­wił do ludu? Nie mam po­ję­cia, od daw­na już nie mó­wię do ludu ani go nie ro­zu­miem. Ale wy­da­je mi się, że przy­najm­niej dla nie­któ­rych jed­no­stek praw­da za­wsze jest lep­sza niż cy­nizm.