ROZDZIAŁ III. KOBIETA O STALOWYCH OCZACH.
W parę dni potem, Klementyna, pełniąca jak wiadomo czynności gospodyni domu posła Daubrecq'a, świadczyła swemu panu, że zmuszona jest wydalić się na jakiś czas do swej rodziny, mieszkającej na prowincji.
- Nie pomyślałaś, moja dobra Klementyno, w jaki kłopot wprawi odejście twoje mego dostojnego przyjaciela, Maurycego Prasville - spytał Daubrecq.
- Ha, cóż robić! - odparła dobrodusznie kobieta. - Wielmożny pan usprawiedliwi mnie jakoś przed panem dyrektorem.
- Nie wpierw, aż znajdziesz mi w swojem zastępstwie osobę niemniej od ciebie godną zaufania.
- Pomyślałam już o tem i jeśli wielmożny pan niema nic przeciw temu, ta kobieta zgłosi się dziś jeszcze.
- I owszem, możesz mi ją przysłać.
- Jest to osoba bardzo pewna i zna się wybornie na kuchni. Służyła w najpierwszych domach i ma doskonałe świadectwa.
- Słowem zbiór wszelkich doskonałości. Pilno mi wejść w posiadanie tego skarbu. - Deputowany Daubrecq nie wątpił ani na chwilę, że oddalenie się Klementyny jest nowym wybiegiem policji, która chce mu przydać nowego stróża jego czynności, w osobie tej zachwalonej kucharki.
Czuł się jednak dość pewnym siebie, by poddać się i tej nowej próbie. To też w parę dni potem nowa kucharka zainstalowaną już była w jego domu. Była to osoba niemłoda, ale pełna jeszcze sił, o poczciwej sympatycznej twarzy. Czysto ubrana, w białym fartuszku i śnieżnym czepeczku, spoczywającym na siwiejących włosach, stanowiła skończony typ staroświeckiej służącej zamożnego domu i posiadała wszystkie jej zalety.
Przyniósłszy kuferek swój, zabrała się niezwłocznie do uporządkowania mieszkania, dozorując z widoczną wprawą i doświadczeniem młodego chłopca, który wraz z nią stanowić miał cały personal służbowy tajemniczego posła.
Daubrecq mógłby sobie wprawdzie pozwolić na liczniejszą służbę, ale czując się szpiegowanym, wolał ograniczyć ilość swoich domowników i jadał najczęściej w klubie.
Tym razem jednak pan poseł omylił się o tyle, że nie policja to, lecz Arsen Lupin dostarczył mu tej wyjątkowej służącej. Była nią dawna piastunka jego, poczciwa Wiktorja, którą czytelnicy pamiętają zapewno z poprzednich przygód Arsena.
Prosta rzecz, że wskutek jej obecności, Lupin uzyskać mógł łatwo wstęp do prywatnych apartamentów pana posła. Nie nadużywał jednak tego przywileju, owszem, nauczony poprzedniem doświadczeniem, trzymał się zdaleka i przez pierwszych dni kilka nie ukazywał się wcale w okolicach willi Daubrecq'a.
Wreszcie pewnego dnia, upewniwszy się wcześnie, że posiedzenie w izbie deputowanych przeciągnie się do późna w nocy, zapukał ostrożnie do bramy. Wik torja, która uprzedzona była o jego przyjściu, otworzyła mu natychmiast i zaprowadziła go do swej izdebki. Skoro zostali tam we dwoje, poczciwa kobieta zaczęła lamentować.
- I poco to wszystko? - mówiła. - Mógłbyś już dawno żyć sobie wygodnie jak prawdziwy magnat, a ty musisz się zawsze wplątać w jakąś niebezpieczną awanturę. I poco zaprzątasz sobie głowę tym jakimś korkiem? Co ci zależy na marnym kawałku szkła? Poco zwłaszcza kazałeś mi znów iść na służbę, skoro na stare lata należałby mi się spokój?
- Cóż chcesz, moja dobra Wiktorjo. W całym Paryżu, ba! w całej Francji nie znalazłbym kobiety twego stanu, któraby wyglądała równie zacnie, szanownie, uczciwie, tak była ochędożna, pracowitą, bez zarzutu, jak ty. Jesteś perłą w swoim rodzaju moja Wiktorjo, i gdyby twój teraźniejszy pan znał się trochę na tem, jak powinna wyglądać służba w przyzwoitym domu, byłby z ciebie dumny. Ale to musi być dziki człowiek, nieprawdaż?
- Tego nie powiem, owszem, grzeczny z niego pan, tylko zadaje mi czasem takie dziwne pytania.
- O cóż się pyta?
- Ile dostaję od pana Maurycego Prasville; czy nie był tu w ostatnich dniach? Czy nie wpuszczałam kogo w nocy? Widzisz, on wie już z góry o twojej dzisiejszej wizycie.
- To nic, powiesz mu, żem szukał znów i żem nie znalazł.
- Czego? Czy chodzi o ten utrapiony korek?
- Tak jest.
- I na co ci, pytam, na co ci taki oto drobiazg. Wstyd nawet, aby człowiek w twoim wieku, z twoją sławą, zajmował się podobnemi fatałaszkami.
Lupin ujął za rękę swoją piastunkę i rzekł tonem uroczystym:
- Pytasz mnie, na co mi kryształowy korek, a czy wiesz, że jeśli go nie odszukam, Gilbert, nasz ukochany Gilbert (bo i ty przywiązana jesteś do niego) zapłacić może głową, nierozważny swój napad na willę Marji Teresy. Tak jest, Gilbert i Vaucheray są już bardzo bliscy gilotyny.
- Mniejsza o Vaucheray'a, ale Gilbert, taki dobry, poczciwy chłopak, a przytem delikatny jak pańskie dziecko. Nie dasz mu przecie zginąć. Takie biedactwo, muchyby to nie zabiło.
- A przecie siedzi pod zarzutem morderstwa. Vaucheray rzuca na niego całą odpowiedzialność za zabójstwo Leonarda, a że w dodatku nóż, który znaleziono obok zabitego, należał do Gilberta, wszystkie pozory świadczą przeciw chłopakowi. Czytałaś przecie gazety.
- Ach tak, wszędzie tam są ich portrety, a przytem co na ciebie wypisują, miły Boże.
- Nie bój się Wiktor jo, to się zmieni. Arsen Lupin przekona jeszcze Francję, że nie ma powodu wstydzić się za niego.
Na tem skończyła się ich rozmowa. Tegoż dnia o północy Daubrecq powrócił do domu. Arsen czuwał oczywiście, zająwszy stanowisko przy oknie, a gdy się wszystko uciszyło, wyszedł na mały balkonik, położony obok mieszkania służby. Siedział tam pogrążony w myślach, nie pozwoliwszy sobie nawet na zapalenie papierosa. Noc była bardzo ciemna, ale wiadomo, że człowiek przebywający długo w ciemności, oswaja się z nią wkońcu i odróżnia przedmioty prawie tak dobrze jak w dzień. Tak się też stało i z Arsenem.
Nie wiedział, czego się właściwie ma spodziewać, ale przeczucie, a może więcej jeszcze doświadczenie, kazało mu przypuszczać, że człowiek tego pokroju co Daubrecq, musi prowadzić życie podwójne.
W dzień uczęszczał do parlamentu, przebywał w klubie, wyjeżdżał na wyścigi, lub zabawiał się sportem; słowem prowadził życie podobne do wielu innych ludzi, zajmujących takie jak on stanowisko.
Ale noc ukrywać mogła zagadki, wymykające się z pod kontroli zwykłego obserwatora. Jedną z takieh zagadek spodziewał się Arsen rozwiązać i przeczucie go nie zawiodło.
Około godziny drugiej, gdy zziębnięty zamierzał już powrócić do izdebki Wiktorji dla ogrzania się, usłyszał kroki na piasku ogrodowej alei i zobaczył ciemno ubranego człowieka, zdążającego ku bramie. Był to Daubrecq. Pan poseł otworzył sobie kratę własnym kluczem i znikł w ciemnościach.
Arsen postanowił czekać na jego powrót. Oczekiwanie to nie trwało długo. Pan poseł powrócił po upływie godziny i to nie sam. Towarzyszyła mu osoba, otulona od stóp do głów długim płaszczem z podniesionym kołnierzem, jednym z tych szerokich płaszczów, które moda ówczesna pozwalała nosić zarówno mężczyznom jak i kobietom. To też Arsen nie mógł narazie orzec, do jakiej płci zaliczyć należy tego nocnego gościa. W idział tylko, że obaj z Daubrecq'em weszli do domu.
Bez namysłu, spuścił się na dół zapomocą drabinki sznurowej, którą nosił zawsze przy sobie.
Spojrzał w okna willi. Były wszystkie zasłonięte okiennicami, ale przez małą szczelinę w jednej z nich sączyła się wąska smuga światła. Było to okno od gabinetu Daubrecq'a, tego właśnie, który był terenem tak szczegółowych poszukiwań policji. Cicho, jak kot, podsunął się Arsen pod okno i przyłożył oko do szpary.
Przekonał się natychmiast, że osoba, którą przyszła z Daubrecq'em, była kobietą. Stała wprost naprzeciw okna, przedzielona od pana posła całą szerokością stołu. Arsen widział wybornie jej twarz. Była piękna, ale pięknością dziwnie surową i smutną. Włosy czarne, jak pióra kruka, rozdzielone były na dwie strony, przyczesane gładko, nad czołem marmurowej białości. Rysy regularne, postać smukła i wytworna, wskazywały na osobę z wyższych sfer towarzyskich.
Oczu jej nie mógł dojrzeć, bo były w tej chwili spuszczone. Stojący przed nim Daubrecq zwrócony był plecami do Arsena, ale wiszące naprzeciw zwierciadło odbijało dokładnie jego postać.
Gdy, napatrzywszy się dowoli pięknej i smutnej damie, Arsen przeniósł wzrok na twarz jej towarzysza, wzdrygnąć się musiał na widok dzikiej i nieposkromionej żądzy, malującej się w jego oczach. Przechyliwszy się przez stół, Daubrecq wyciągnął swoje długie ręce, zakończone olbrzymiemi pięściami. Wtedy dopiero kobieta podniosła oczy i uderzyła go spojrzeniem. Nigdy jeszcze nie spotkał Arsen tego rodzaju oczu. Szare, pięknie wykrojone, świeciły w tej chwili jak politurowana stal i godziły w przeciwnika, jak dwa ostre sztylety. Nietrudno było odgadnąć, że zaloty Daubrecq'a budzą w pięknej kobiecie wstręt, pogardę i prawie rozpacz. Rozpacz, bo znajdując się sama w nocy w jego mieszkaniu, była niejako oddana na jego łaskę. B roniła się tem stalowem spojrzeniem, podobnie jak poskromicielka dzikich zwierząt trzyma na uwięzi rozjuszone lwy magnetyczną siłą swego wzroku. A jednak Daubrecq nie dał się tak łatwo poskromić i podskoczywszy ku niej, objął ją nagłym uściskiem. Wyrwała mu się z niezwykłą siłą, ale walka ta musiała ją wyczerpać, bo osunęła się na krzesło i dwie wielkie łzy stoczyły się po jej bladej twarzy.
Zachowanie posła uległo nagłej zmianie. Usiadł obok niej napozór spokojny, a twarz jego przybrała złośliwy i zacięty wyraz. Mówił coś do niej, uderzając niekiedy po stole, jakby jej dyktował warunki. Ciekawa być musiała rozmowa tych dwojga, ale mury były grube i ani jedno słowo nie dobiegło do uszu Arsela. Musiał poprzestać na niemej pantomimie, rozgrywającej się przed jego oczyma.
Całem sercem stał po stronie kobiety o stalowych oczach i nienawidził wraz z nią Daubrecq'a. Podziwiał jej dumę i odwagę, z jaką wkraczała do jaskini lwa, a m usiała chyba mieć do tego ważne powody. Nagle ręka pięknej kobiety poruszać się zaczęła nieznacznie, jakby ukradkowo, sunąc po stole coraz dalej i dalej. Daubrecq, zajęty rozmową z nią, nie mógł widzieć tego poruszenia, za to Arsen śledził je bacznie. Wreszcie smukłe długie paluszki pochwyciły jakiś przedmiot, przyczem kobieta zwróciła nagle głowę, rzuciła ukradkowe spojrzenie i położyła z powrotem na stole mały przedmiot, nie przywiązując już doń widocznie wagi. Był to szklanny korek, leżący obok karafki z wodą.
- Cóż to? Więc i ona szuka kryształowego korka; na honor - sprawa staje się z każdym dniem zawilszą - pomyślał Arsen. Spojrzał znów na nieznajomą i zdumiał się nagłą i niespodzianą zmianą, jaka w niej zaszła. Ręka jej sunęła znów po stole i cofnęła się po chwili, uzbrojona w mały lecz ostry sztylet ze srebrną rękojeścią, służący zwykle Daubrecq'owí do rozcinania kartek.
Kobieta cofnęła się także i stanęła trochę za plecami Daubrecq'a, który mówił coś, żywo gestykulując. Ręka jej uzbrojona sztyletem podniosła się, mierząc w gruby kark posła i zawisła groźnie w powietrzu.
Lupin widział znów jej oczy, błyszczące jak stal. Oczy te miały w tej chwili wyraz prawie błędny.
- Jeszcze chwila, a popełnisz wielkie głupstwo, moja piękna pani - pomyślał Lupin i układał już sobie, jak ma postąpić w razie, gdyby zamach uwieńczony został powodzeniem.
Ale tu zaszło naraz coś dziwnego. Poseł odwrócił się, jakby przeczuwał zamiary swej niebezpiecznej przyjaciółki. Odwrócił się w tej chwili właśnie, gdy cios miał go ugodzić - a uchwyciwszy bez śladu gniewu jej wątłą, szczupłą rękę, zmusił ją do upuszczenia sztyletu, nie okazując zdziwienia.
Nie robił jej, jak się zdaje, żadnych wyrzutów, wzruszył tylko ramionami, jak człowiek przyzwyczajony do tego rodzaju scen i chodzić zaczął po pokoju z rękoma w tył założonemi. Za to kobieta straciła zupełnie panowanie nad sobą, a ukrywszy twarz w dłoniach, szlochała tak gwałtownie, że Arsen widział falowanie jej piersi, wstrząsanej łkaniem. Po niejakim czasie kobieta uspokoiła się, a Daubrecq, który zdawał się na to oczekiwać, podał jej z nieco szyderską galanter) ą okrycie i czarną koronkę, którą owinęła sobie głowę. Zasłoniła się starannie i tylko stalowe jej oczy błyszczały z pod fałdów opadającej na czoło koronki.
Daubrecq musiał jej coś proponować, bo wstrząsnęła przecząco głową i zdało się Arsenowi, że słyszy wybiegające z jej ust słowa energicznego protestu.
- Nigdy - nigdy. - Poszli oboje ku drzwiom, Arsen zaś wycofał się do izdebki Wiktorji i przetrawiał tam przeżyte wrażenia.
- Ciekawa pantonima - myślał - ciekawa kobieta. Jakże chętnie pobiegłbym za nią, by ją prosić o słówko rozmowy. Co za oczy! Takie więc wizyty przyjmuje pan poseł nocną dobą, gdy policja straci go z oczu. A może ta kobieta jest z policji. Chociaż nie, w tem kryć się musi jakiś zadawniony dramat, może tragedja. Muszę się dowiedzieć, kim jest tajemnicza piękność, a może uda mi się namówić ją do współdziałania. Ta piękna pani nie musi żywić zbyt słodkich uczuć dla pana posła, chociaż kto wie? Kobiety bywają takie dziwne, nienawiść bywa u nich niekiedy jedną z form miłości.
Nie mógł zasnąć. Czuł, że obraz kobiety o stalowych oczach prześladować go będzie natrętnie. Czy była naprawdę piękną? Była to twarz raczej surowa, dumna, nieubłagana, która nie oczarowałaby może amatorów świeżych twarzyczek o niewinnych oczach dziecka. Ale komu raz zapadło w duszę przeszywające spojrzenie tych stalowych oczu, ten nie zapomni o nich tak łatwo.
Jaka przytem odważna, jaka dumna! O mały włos, a zabiłaby swego wroga, czy kochanka, bo jednym lub drugim musiał być dla niej czcigodny poseł. Ale i on był godnym jej partnerem. Nie ukarał jej za ten sztylet wzniesiony do morderczego ciosu, zbagatelizował to zajście, jak zwykły kaprys kobiecy. A może był wogóle pewnym, że go nie zabije. Czego chce od niego? Dlaczego przychodzi do niego sama w nocy, skoro go nienawidzi?
Przed świtem opuścił Lupin izdebkę Wiktorji i nie powrócił przez dni kilka do willi Daubrecq'a. Czuł się tak roznamiętniony drażniącą tajemnicą, że zmuszony był czuwać pilnie nad sobą, aby nie strzelić jakiego bąka. Nie znaczy to jednak, jakoby zaniechał wszelkiej działalności w celu bliższego jeszcze poznania prywatnego życia posła Daubrecq'a. Czterech najinteligen tniejszych ludzi z jego bandy otrzymało rozkaz strć żowania nocą obok willi. Ludzie ci składali mu co rano dokładne raporty.
- Czy nie widzieliście wchodzącej do niego kobiety? - pytał za każdym razem Arsen.
Odpowiedź brzmiała zawsze przecząco. Za to skon statowali oni dwa fakta. Policja, która śledziła sta rannie kroki Daubrecq'a gdy wychodził z mieszkania, zaniedbywała tej ostrożności w nocy. Za to ukazywali się tam w nocy jacyś samotni goście, którzy zabawiw szy jakie pół godziny w willi, odchodzili mocno wzburzeni. Jeden z nich zataczał się jak pijany i widziano go potem tłukącego głową o ścianę sąsiedniego domu tak, że aż stróż nocny zwrócił uwagę na jego zachowa nie się i odprowadził go do mieszkania.
- Któż to był?
- Senator Delbery.
- Senator Delbery, sekretarz ministerstwa kolonij i członek wielu towarzystw naukowych? - zdumiał się Lupin. - I cóż spowodować mogło tak ryzykowne jego zachowanie się i tę nocną wizytę? - Zestawiwszy fakta, próbował jednak wysnuć z nich parę wniosków.
- Policja - rozumował - nie dba widocznie o osobę Daubrecq'a, lecz pragnie odszukać jakiś przedmiot przez niego przechowywany, może kryształowy korek.
Ludzie, którzy odwiedzają go w nocy, chcą zapewne uzyskać coś za jego pośrednictwem i odchodzą zrozpaczeni lub uspokojeni, stosownie do tego, jaką otrzymają odpowiedź.
Wszystko to nie posuwa jednak ani na jotę moich poszukiwań, trzeba działać, odszukać należy kobietę o stalowych oczach. Pod tym względem los mu miał być przychylnym. Tegoż dnia jeszcze odwie dziła go Wiktorja, powracając z miasta z koszykiem.
Arsen poznał odrazu z zachowania się swej starej piastunki, że przynosi mu jakąś ważną wiadomość.
- Mój pan będzie dzisiaj w teatrze - rzekła, odsapnąwszy nieco ze zmęczenia.
- Tylko tyle? odparł Łupin nieco rozczarowany.
- Będzie w teatrze z damą - ciągnęła dalej Wiktorja - zakupił już lożę i obstalował w magazynie piękny bukiet z białych róż i pąsowych kamelij.
- Z damą? Co mówisz moja dobra Wiktorjo, z damą? piękną, wspaniałą kobietą, o stalowych oczach. Pozwól niech cię uściskam, warto cię doprawdy ozłocić za. taką wiadomość. - Mówiąc to, Arsen puścił wodze wrodzonej żywości i porwawszy w ramiona swoją starą piastunkę, okręcił ją parę razy w powietrzu. Gdy wreszcie postawił na ziemi zdyszaną staruszkę, która nie miała nawet sił, by się na niego gniewać, zapytał ją skwapliwie:
- Mów, jakim sposobem dowiedziałaś się o tem?
- Ależ bardzo prostym. Sam mi o tem powiedział, a przytem słyszałam, jak telefonował do tej pani.
- Telefonował, mówisz, ale w jakich słowach?
- Prosił ją, aby była gotową na w pół do dziewiątej, a następnie uwiadomił ją, że loża, którą zakupił, jest tą samą, w której znajdował się z nią przed trzema tygodniami. Dodał przytem...
- Co dodał? - pytał dalej Arsen, który nie mógł się oprzeć uczuciu gorzkiej zawiści na myśl, że Daubrecq pozostaje w tak zażyłych stosunkach z piękną kobietą.
- Dodał ze śmiechem, że spodziewa się, iż tym razem nikt nie skorzysta z tej sposobności celem obrabowania jego willi. - Słowa te dały do myślenia Arsenowi. Wszak Daubrecq znajdował się w teatrze w chwili gdy rabowano willę Marji Teresy. Ale skąd Gilbert i Vaucheray mogli o tem wiedzieć? Przebiegło mu przez głowę podejrzenie, że byli może w zmowie z tajemniczą kobietą. Postanowił oczywiście być w teatrze i skorzystać z tej sposobności dla przyjrzenia się dokładniejszego pięknej nieznajomej. W tym celu ucharakteryzował się na hrabiego rosyjskiego, typ wielce popularny w Paryżu. Włożył więc jasno blond perukę i takież faworyty. Przywdział swój najpiękniejszy frak i spinkę brylantową iskrzącą się jak słońce, którą zrabował przed kilku laty jednemu z autentycznych rosyjskich krezusów. Przejrzał się następnie w zwierciadle i znalazł, że mu w tym stroju niezmiernie do twarzy. Prócz tego zapewnił sobie współudział trzech swoich wspólników, którzy oczekiwać mieli na niego w samochodzie, bo nie można było przewidzieć, co się zdarzy. W chwili, gdy miał wychodzić z domu, Achilles wręczył mu miejską depeszę, która brzmiała, jak następuje: "Nie przychodź pan dzisiaj do teatru, pańskie wdanie się może wszystko popsuć." Arsen stał obok kominka, na którym umieszczony był kosztowny wazon na kwiaty z sewrskiej porcelany. Porwał bez namysłu ten cenny przedmiot, a cisnąwszy nim o ziemię, roztłukł go na tysiączne kawałki. Zaspokoiwszy w ten sposób pierwszy gniew, zgrzytnął zębami z niewymowną wściekłością.
- Naturalnie! - syknął. - Ktoś pozwala sobie drwić ze mnie. Ktoś posługujący się mojemi własnemi sposobami, mojemi wybiegami.
Tylko, że to rzecz inna. - Sprawa ze mną, Arsenem Lupin. Nie pójdzie ci ona tak gładko panie Daubrecq. W siadł do samochodu wraz z towarzyszami, ale po drodze przypomniał sobie jeden mały szczegół. Nie wiedział, w którym mianowicie teatrze zakupił loże Daubrecq.
- I znowu czas stracony, zaczynam w piętkę gonić - mruknął uderzając się w czoło. Rzucił podejrzliwe spojrzenie na swych towarzyszy, usiłując odgadnąć, czy który z nich nie dziwi się jego nieprzezorności. Radzi nie radzi, zwiedzać zaczęli wszystkie teatry, najpierw wodewile i operetki, potem poważniejsze sceny. Wreszcie około 10-ej w teatrze Vaudeville wpadł Arsen na trop ściganej pary. Zająwszy fotel w parterze, dostrzegł Łupin lożę zasłoniętą do połowy dwoma ekranami. Ujęta sutym napiwkiem, kobieta otwierająca lożę, objaśniła go, że znajduje się tam pewien pan średniego wieku, barczysty, z rudym zarostem i młoda dama, której twarzy nie widziała dokładnie, bo weszła do teatru starannie zawoalowana.
Rysopis ten odpowiadał zupełnie poszukiwanym osobom.
Nie namyślając się, zakupił Arsen sąsiednią lożę, która była na szczęście niezajęta i zajął w niej miejsce, rozpierając się z niedbałością prawdziwego hrabiego rosyjskiego. Gdy odkręcono światło w czasie antraktu, poznał natychmiast profil Daubrecq'a, dama siedziała w głębi niewidzialna. Rozmawiała jednak z Daubrecq'em. Rozmowa ta nie przerwała się nawet w chwili podniesienia kurtyny, ale mówili z sobą tak cicho, że Łupin nie odróżnił ani jednego wyrazu.
Arsen wyszedł z loży i dał przyjaciołom swoim stosowne polecenia, następnie powrócił i czekał cierpliwie. Po kilku minutach woźny teatralny zapukał do loży.
- Czy tu jest pan deputowany Daubrecq?
- A to co? Skąd znasz moje nazwisko?
- Senator Delbery telefonował do pana i wskazał numer loży; co mamy mu odpowiedzieć?
- Że przyjdę do telefonu, za małą chwilkę.
Wstał istotnie i wyszedł z loży. Korzystając z tego L?pin, wszedł do niej cicho i zajął jego miejsce, zamknąwszy wprzód drzwi od wewnątrz. Zwrócił się wówczas do siedzącej w głębi damy, która narzuciła szybko chusteczkę koronkową i zasłoniła się nią po oczy.
Poznał natychmiast oczy te dziwne, głębokie, błyszczące i tu, niezwykłem światłem mimo ciemności, panującej w teatrze. Wziął ją za rękę, kobieta wydała stłumiony okrzyk.
- Niech pani nie krzyczy - nakazywał jej. - Nie jestem pani wrogiem. Musimy pomówić ze sobą w ważnej sprawie.
- Och! - rzekła kobieta. - Znam cię, jesteś Arsen Lupin.
Arsen zdumiał się. Skąd mogła go znać, a zwłaszcza dlaczego poznała go pod tem przebraniem. Był tak osłupiały, że nie próbował jej przeczyć, jakkolwiek było to nieledwie równoznaczne ze zdaniem się na łaskę nieznajomej. Wnet jednak odzyskał przytomność. Nagłym ruchem zerwał z głowy kobiety koronkową chusteczkę i upajał się widokiem jej pięknej twarzy. Miał ją więc przed sobą, tę dumną, surową piękność o kruczych włosach i stalowych oczach. We włosach tych zauważył kilka srebrnych nitek, musiała chyba wiele cierpieć, bo była jeszcze młodą.
- Ja także znam panią - rzekł po chwili. Teraz z kolei ona się zmieszała.
- Pan? Mnie? To niemożliwe.
- Widziałem cię pewnej nocy w willi Daubrecq'a, widziałem sztylet, wzniesiony nad jego głową. Jesteś pani odważną, ale chciałaś popełnić szaleństwo. - Usłyszawszy to, kobieta chciała się zerwać do ucieczki, ale Arsen zatrzymał ją.
- Nie, nie odchodź pani. Musimy się porozumieć. Muszę wiedzieć, kim jesteś. Daubrecq jest wrogiem twoim, nieprawdaż? Trzyma cię w zależności. Ja cię wyzwolę, zrobię wszystko, co mogę. Zaufaj mi tylko, we dwoje zwyciężymy go. Wesprę panią całem mojem doświadczeniem.
- Dlaczego? W jakim celu? - pytała nieufnie.
- Nie traćmy czasu napróżno. Daubrecq zaraz powróci, spostrzeże się, że go oszukano przy telefonie.
- Jakto? Przecież to senator Delbery.
- Nie, to ja telefonowałem, a raczej jeden z moich wspólników.
W tej chwili dobijano się już do loży. Silnem uderzeniem pięści wysadził Dąubrecq zamknięte drzwi. Spostrzegł oczywiście natychmiast obecność intruza.
- No! no! pani przyjmuje gości. - Kobieta nie broniła się ani jednem słowem. Dumna, wyprostowana, siedziała tak obojętnie, jakby ta cała sprawa nie obchodziła jej wcale.
- A jednak nie zdradziła mnie - pomyślał z zadowoleniem Arsen.
- Wybacz pan - rzekł kłaniając się Daubrecq'owí - jestem cudzoziemcem i nie dostrzegłszy, że ta loża jest zajęta, pozwoliłem sobie wejść do niej.
- Znamy się na tych sztuczkach - odparł brutalnie Daubrecq - cudzoziemcem! A może przebranym księciem. W każdym razie postąpiłeś sobie, jak prosty fagas.
- Pan się unosisz - rzekł z wyniosłą grzecznością Arsen, dostrajając się do arystokratycznego tonu tajemniczej damy. - A zresztą rozmówimy się na korytarzu.
- Rozmówimy się natychmiast - syknął Daubrecq, wpatrując się nieufnie w zmienioną twarz Arsena. - Nie wyjdziesz stąd, dopóki cię sam nie wyrzucę.
I uchwyciwszy Arsena za kołnierz, próbował go unieruchomić, rzucając go na krzesło, stojące w loży. Niebaczny gest. Czyż Arsen mógł pozwolić, aby trzymano go w tak upokarzającej postawie, w obecności kobiety, której surowa i poważna piękność podbiła go? Jednym ruchem odepchnął przeciwnika, a potem cztery ich pięści splotły się w żelaznym uścisku i rozpoczęło się mocowanie. Dziwna to była walka, prowadzona w najzupełniejszem milczeniu, gdyż tak jednemu jak drugiemu zależało na uniknięciu skandalu, W teatrze było ciemno, na scenie rozgrywała się właśnie wzruszająca scena, przykuwająca uwagę widzów. Przewaga siły była niezawodnie po stronie Daubrecq'a, którego olbrzymie pięści groziły zda się zgruchotaniem przeciwnika, ale nie posiadał on za to fachowej umiejętności szermierskiej, w którą wyposażony był w tak wysokim stopniu Arsen Lupin. W szale walki dostrzegł on parę razy szeroko otwarte oczy kobiety, która, oparta o ścianę w głębi loży, śledziła z niepokojem przebieg zajścia. To mu dodało podniety. Mistrzowskim zwrotem, wymierzył w kolano Daubrecq'a bolesny cios, końcem obutej stopy.
Ból ogłuszył przez chwilę posła, tak, że go puścił. Uderzenie pięścią w głowę i piersi dokonało reszty. Daubrecq osunął się na krzesło ogłuszony. Ktoś stukał właśnie z sąsiedniej loży, prosząc o ciszę.
- To nic - odparł Arsen. - Towarzyszowi memu zrobiło się trochę słabo, śpiesz po wodę.
Chciał wymknąć się pociągając za sobą tajemniczą damę, ale ta znikła już bez śladu, wyszła widocznie z loży w czasie gdy był pochłonięty mocowaniem się z Daubrecq'em. W każdym razie nie mogła być daleko. Wybiegł szybko z loży, obdarzając sutym datkiem stojącego na korytarzu woźnego i powtarzając mu bajkę o zasłabnięciu pana posła. W parę sekund był już na dole i dostrzegł w istocie otuloną ciemnym okryciem postać kobiecą, wychodzącą pośpiesznie na ulicę. Zanim ją doścignął, była już w samochodzie i mignęła mu tylko przez spuszczone szybki ciemna główka, owinięta koronką.
Miał zaledwie czas rzucić okiem na twarz szofera - zdało mu się, że nie jest mu obca.
- Cóż to znaczy? - mruknął zdziwiony. - Przysiągłbym, że to Le Balu - Le Balu był jego własnym szoferem, tym samym, który go wiózł z willi Marji Teresy, a może było to tylko łudzące podobieństwo? Człowiek ten, polecony mu przed rokiem przez Gilberta, był prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Czyżby go zdradzał na rzecz pięknej kobiety? Sprawa gmatwała się coraz bardziej. Nie dowiedział się nawet o nazwisku nieznajomej, nie otrzymał od niej przyrzeczenia schadzki. Jedyną pociechą było mu zwycięstwo, jakie odniósł w jej oczach nad Daubrecq'em. Słaba pociecha, która nie posuwała go ani na krok dalej w rozjaśnieniu tajemnicy. Zaszedł do cukierni i machinalnie prawie, chcąc się rozerwać, przerzucać zaczął wieczorne gazety. To co wyczytał, nadało nowy kierunek jego myślom.
Pisano o sprawie jego wspólników.
"Sprawa rabunku willi Marji Teresy zajmuje powszechnie umysły, ze względu na związek jej z Arsenem Lupin.
Stwierdzono tożsamość jednego z rabusiów, który jest niebezpiecznym recydywistą, skazanym już kilka razy zaocznie. Nie zdołano natomiast dotąd odkryć prawdziwego nazwiska drugiego bandyty, Gilberta.
Młody ten człowiek, którego osoba i zachowanie się zdradzają pochodzenie z wyższych sfer inteligencji, jest smutnym przykładem współczesnej deprawacji. On to, jak wynika ze śledztwa, uplanował napad na willę i nakłonił do tego zwierzchnika swego, słynnego Arsena Lupin. On także dokonał prawdopodobnie mordu na osobie Leonarda, a przynajmniej wziął w nim czynny udział, mimo, że się tego uporczywie zapiera.
Sprawiedliwość załatwi się jak się spodziewamy szybko i ostro z tym wykwintnym rzezimieszkiem, który nie może być usprawiedliwionym".
Cały ten artykuł, pisany tendencyjnie, był widocznie skierowany przeciw biednemu Gilbertowi, w tym samym tonie pisały inne gazety. Była to widoczna nagonka. Tu i owdzie zaledwie przejawiały się ślady współczucia z powodu młodości obwinionego.
Naogół domagano się szybkiego osądzenia obu ra busiów. Był to właśnie czas, gdy opinja w Paryżu oburzona była z powodu wzmagającej się liczby apaszów i domagała się energicznie częstego stosowania kary śmierci.
- To bydlę Vaucheray rzuca całą winę na Gilberta, a chłopak nie umie się bronić właśnie dlatego, że jest uczciwy. Pozatem jednak dostrzegł Lupin coś jeszcze, jakby rękę ukrytą, która starała się zgromadzić wszystkie gromy nad głową jego ulubieńca.
- Co mógł komu zawinić? Komu zależało na jego zgubie? Co prawda on sam nie znał prawdziwego nazwiska Gilberta.
Nie zapytywał o to nigdy swoich wspólników, oceniając ich raczej podług charakteru. Na domiar następnego dnia jeszcze doszła go z więzienia rozpaczliwa kartka od Gilberta, wymowna w swej lakonicznej prostocie.
"Boję się, szefie, och boję się, widmo gilotyny - twój Gilbert", a w post scriptum: "Uratujesz nas - nieprawdaż?"
ROZDZIAŁ II. DZIEWIĘĆ MNIEJ OŚM JEST JEDEN.
Po tem wszystkiem Arsen czuł się upokorzonym, a przytem wyczuwał niejasno bezpośrednie niebezpieczeństwo. Dotąd popełniając śmiałe i dowcipne zamajchy, umiał zawsze w ostatniej chwili zjednać sobie sy m p atię publiczności, zwłaszcza tej co lubi się śmiać i przebaczać wiele, byleby kawał był dowcipny i dobrze udany. Ale teraz ta krew, którą przelał Vaucheray, stawała pomiędzy nim, Arsenem Lupin a licznymi jego zwolennikami. Nie on wprawdzie popełnił morderstwo, ale mimo to ohyda spełnionego czynu spadała na niego. Poznał to odrazu ze sposobu, w jaki pisały gazety o wczorajszym rabunku. Drugim niepokojącym faktem, było wtargnięcie nieznanej jakiejś tajemniczej osobistości do jego najskrytszego schronienia, jakiem było małe mieszkanko przy ulicy św. Filipa. Tylko Gilbert mógł zdradzić komuś jego adres. Nie sądził, aby go zdradził przed policją, chłopak był na to za uczciwy. Ale miał widocznie kogoś, z kim zniósł się już po uwięzieniu, kogoś bliskiego, zaufanego i który równie jak on, przykładał ogromną wagę do posiadania kryształowego korka.
Opuścił też Lupin bez namysłu mieszkanie swe przy ulicy św. Filipa, przyrzekając sobie uroczyście, że tam już nigdy nie wróci - i przeniósł się do innej dzielnicy, gdzie miał własny ładny hotelik, zarządzany pod cudzem nazwiskiem. Tu mógł się czuć zupełnie bezpiecznym i zastanowić się lepiej nad położeniem.
- Trzeba przedewszystkiem znaleźć punkt wyjścia - rzekł do siebie. - Skoro ten będzie trafnie obrany - dalsze wnioskowanie pójdzie już samo przez się. A więc, kto był pierwszym właścicielem kryształowego korka? Poseł Daubrecą, człowiek bogaty, wpływowy, lecz powszechnie znienawidzony. On przedewszystkiem znać musi przyczyny, które nadają taką wartość kryształowemu talizmanowi. Rzecz oczywista, że korek sam przez się nic nie znaczy. Ale musi to być symbol, godło, klucz, służący do rozwiązania jakiejś zagadki.
Tegoż jeszcze dnia Arsen Lupin przybrał na siebie postać starego emeryta. Ustroiwszy twarz w siwe faworyty i zmieniwszy ją ze zwykłem swem mistrzowstwem, wziął do ręki grubą laskę z ciężką złoconą gałką, okręcił szyję jedwabnym szalikiem i rozpoczął systematyczną przechadzkę, która przyprowadziła go dwa razy w ciągu dnia w okolice willi, zajmowanej przez posła. Willa ta stała przy alei, wysadzanej drzewami, gdzie Lupín spoczął parę razy na ławce - wprost naprzeciw mieszkania Daubrecqua.
Pierwszym razem nie zauważył nic szczególnego, widział tylko posła, wychodzącego z domu i mógł się mu dokładnie przypatrzyć. Był to człowiek liczący na oko około 45 lat, średniego wzrostu, ale krępy i atletycznej budowy. Zauważył odrazu Lupin energiczną głowę, osadzoną na grubym karku i olbrzymie muskularne pięści, wtłoczone z trudem w glansowane rękawiczki. Krótki, rudawy zarost, nie łagodził bynajmniej wrażenia, jakie wywierał rysunek dolnej szczęki, szerokiej i trochę naprzód wysuniętej, co znamionuje, jak wiadomo, upartą wolę i silną przewagę zmysłowych instynktów.
Ubranie pana posła pochodziło od najlepszego krawca, a spinka zatknięta w krawacie oszacowaną być mogła na kilkadziesiąt tysięcy franków.
- Ten człowiek lubi dobrze żyć i ma na to dość zdrowia i pieniędzy - zauważył w duchu Lupin, po tych pierwszych oględzinach. - Muszę jednak zapoznać się bliżej z jego życiem.
Sposobność ta nastręczyła mu się niebawem. Już za drugą swą bytnością przed willą Daubrecq'a zauważył, że nie on jeden śledzi jego kroki. Dwóch agentów policyjnych chodziło krok w krok za panem posłem. Byli oni oczywiście ucharakteryzowani na zwykłych przechodniów i nikt inny, prócz Arsena Lupina, nie zauważyłby właściwej ich roli.
- Ho, ho! - pomyślał - zatem pan poseł uchodzi w oczach władz za osobę potrzebującą opieki. - Ale dalsze badania dowiodły mu, że policja nie zajmowała wobec Daubrecqua stanowiska opiekuńczego, lecz przeciwnie, śledziła go wbrew jego woli i zapewne mimo jego wiedzy.
W trzy dni po rabunku willi w Enghien pan poseł przekroczył próg swego paryskiego mieszkania o godzinie siódmej wieczorem.
Lupin jak zwykle znajdował się na stanowisku. Jakież było jego zdziwienie, gdy wśród agentów, okrążających willę Daubrecq'a, poznał ni mniej ni więcej, tylko samego dyrektora policji pana Maurycego Prasville. Czekał on widocznie na odejście Daubrecq'a, paląc papierosa jak zwykły przechodzień, zaledwie jednak Daubrecq znikł na zakręcie ulicy, Prasville wstał szybko z ławki i zbliżył się do czekających na niego agentów. Na jego wszechwładny rozkaz uchyliła się żelazna krata, oddzielająca dom Daubrecq'a od ulicy. Arsen Lupin rozumiał wybornie, co to znaczyło.
- Tajna rewizja w mieszkaniu pana posła - szepnął do siebie - a gdybym i ja wziął w niej udział? - Bez chwili wahania przystąpił do drzwi jeszcze niezamkniętych, przy których czuwał stróż domu.
- Ci panowie już są? - rzucił pytanie tonem człowieka, na którego czekają.
- Tak jest, są właśnie w gabinecie pana posła - odpowiedział stróż. Był to widocznie człowiek oddany policji. Lupín wszedł do domu pewnym krokiem. W razie gdyby go zapytano po co tu przybył, zamierzał przedstawić się jako jeden z dostawców pana posła.
Nie przyszło jednak do tego. Lupin przeszedł bez przeszkody pustą sień i salę jadalną, poczem znalazł się w ciemnym, długim korytarzu. Wtedy posłyszał szmery głosów, wychodzące z pokoju, z którego oszklone do połowy drzwi, wychodziły na ów korytarz. Przycisnąwszy się do ściany, wprost naprzeciw tych drzwi, mógł wybornie śledzić wszystko co się działo w gabinecie Daubrecqua, w którym zapalono już światło. Zobaczył więc duże biurko zarzucone papierami, a pod ścianami szafy pełne książek. Dyrektor policji stał pośrodku i kierował ruchami swoich podwładnych, jak kapelmistrz dyrygujący orkiestrą. Agenci zdejmowali z półek po jednej książce i wytrząsali je starannie, w nadziei, że coś z nich wypadnie.
- Szukają widocznie jakiegoś papieru - pomyślał Lupin. Po chwili usłyszał zniechęcony głos Maurycego Prasvillea:
- Wszystko to napróżno - nie znajdziemy. - Poszukiwania trwały dalej. Poruszano każdy przedmiot, stojący na biurku, uważając jednak pilnie, aby go znów postawić na dawnem miejscu. Nagle Prasville zauważył stojącą na małym stoliku karafkę z wodą. Porwał ją szybko, a raczej wyjął z niej korek szklanny i przypatrywał się mu długo pod światło.
- Cóż to! - pomyślał Lupin - i ten jak widzę szuka korka. Ale Prasville wsunął korek napowrót do flaszki i czuwał dalej nad robotą swych agentów. Trwało to dobrą godzinę. Dopiero około dziewiątej wieczór wszedł do gabinetu człowiek, w którym Lupin poznał agenta śledzącego zazwyczaj Daubrecq'a.
- Powraca już - oznajmił półgłosem.
- Pieszo? czy dorożką? - spytał Prasville.
- Pieszo.
- W takim razie nie potrzebujemy się śpieszyć
Zwolna, spokojnie, poustawiali posuwane przedmioty i wyszli z gabinetu przez salę jadalną bezpośrednio z nim złączoną.
Lupin pozostał sam.
Nie mógł wyjść razem z agentami, bo poznaliby niezawodnie, że nie jest jednym z nich. Słychać już było zgrzyt klucza obracanego w zamku. - To Daubrecq otwierał drzwi wchodowe - Lupin, który słyszał poprzednio w czasie rozmowy agentów, że Daubrecq wyszedł dla zjedzenia obiadu w restauracji, wywnioskował stąd, że nie wejdzie do sali jadalnej, sam więc postanowił ukryć się za pluszową portjerą, przysłaniającą drzwi od gabinetu. Daubrecq wszedł istotnie przez korytarz i usiadł przy biurku, odkręciwszy poprzednio elektryczne światło. Wtedy dopiero Lupín miał sposobność przypatrzyć mu się lepiej. Człowiek ten miał uderzającą budowę czaszki. Czoło jego było dziwacznie poryte i pokryte guzami. Nie było to z pewnością czoło zwyczajnego człowieka. Daubrecq wydobył z kieszeni piankową fajkę, napchał ją tytoniem, który wyjął z zaklejonej paczki, stojącej na biurku. Siedział tak czas jakiś otoczony kłębami dymu, a potem zadzwonił. We drzwiach ukazała się kobieta, czysto ubrana, zapewne służąca, prowadząca gospodarstwo pana posła, który nie był żonatym. Czekała w milczeniu na rozkazy swego pana.
- Klementyno - spytał poseł - czy to ty wpuściłaś tych ludzi?
Kobieta zawahała się z odpowiedzią.
- Nie baw się tylko w kłamstwa - rzekł surowo - wiem przecie dobrze, że tak ty, jak twój mąż jesteście nasłani przez policję, ale przecie i ja wam płacę.
- Wpuścił ich tu mój mąż - rzekła wtedy Klementyna.
- A wielu ich było? - Najpierw pięciu, potem jeszcze jeden, a potem jeszcze trzech.
Daubrecq liczył na palcach.
- 5 + 1 + 3 - to czyni razem 9.
- A czy byli ci sami, co zwykle?
- Nie, jeden był inny, a także ten, który im rozkazywał.
- A jakże wyglądał ten, który im rozkazywał?
- Wysoki, brunet z dużemi wąsami.
- Prasville - zaśmiał się Daubrecq - zatem sam pan dyrektor raczył się trudzić.
Zamyślił się, a potem wziąwszy ćwiartkę białego papieru, nakreślił na niej 3 cyfry.
8 - 9 = 1.
- Klementyno! - rzekł nagle Daubrecq. - Wszak chodziłaś do szkoły będąc dzieckiem.
- A jakże proszę pana.
- A uczyli was rachunków?
- Uczyli proszę pana.
- Mimo to nie umiesz rachować.
- Przecie wyliczam się zawsze co do grosza z pieniędzy, danych na kupno.
- Tak, ale nie jesteś widocznie biegłą w odejmowaniu, skoro nie wiesz, że osiem od dziewięciu czyni jeden. Kobieta stała z otwartemi szeroko oczyma, nie rozumiejąc, do czego jej pan zmierza.
Daubrecq tymczasem powstał z miejsca i chodził po pokoju, założywszy ręce w tył.
- Panie dziewiąty - rzekł nagle, stając przed portjerą, za którą był ukryty Lupin - wychodź pan proszę, abym mógł dać swej gospodyni praktyczną lekcję rachunków.
Lupin widząc się odkrytym, rozsunął firanki i stanął przed obliczem pana posła. Nie wiedział jeszcze, jak się to skończy, ale Daubrecq imponował mu swoją flegmą.
- Wszak mówiłaś sama - mówił dalej Daubrecq do swej służącej - że było tu dziewięciu ludzi, jakże więc mogłaś nie zauważyć, że wyszło ich tylko ośmiu, skoro ja, który widziałem ich tylko zdaleka, sprawdziłem ten fakt.
- Przysięgam panu - broniła się Klementyna - że to nie ja go tu ukryłam, nie wiedziałam wcale, że tu został.
- Mniejsza z tem, choć co prawda nie wiem, za co ten poczciwy Prasville opłaca was, ciebie i twego męża.
- A panu musiało tam być duszno? - dodał, zwracając się do Lupina.
- Cokolwiek panie pośle, ale skoro mię pan uwolnił, mam zaszczyt pożegnać.
- A nie, zaczekaj pan jeszcze, panie dziewiąty - zaniesiesz odemnie kartkę twojemu panu Maurycemm Prasville. - Lupin był wprawdzie zadowolony, że Daubrecq wziął go za jednego z agentów policyjnych, ale jednocześnie drażnił go lekceważący i drwiący ton, jakim do niego przemawiał.
Nie nawykł do tego, by sam miał być celem pośmiewiska. To też wrzał w duchu stłumionym gniewem. Daubrecq nakreślił tymczasem parę słów, które wsunął do koperty - adresując: Do czcigodnego Maurycego Prasville - dyrektora policji paryskiej. - Tak więc kochanku - dodał zwracając się do Arsena - zawieziesz ten list temu poczciwemu Prastille - ciebie zaś upoważniam chętnie do bywania w moim domu. Odprowadź go Klementyno, a gdy tu kiedy przyjdzie, przyjąć go możesz z otwartemi rękoma.
Arsenowi nie pozostało nic innego, jak pójść za "trzymanym rozkazem, było to i tak aż nadto szczęśliwe zakończenie tych ryzykownych odwiedzin. W dodatku miał w ręku list, który rozjaśni mu może tajemniczy stosunek zachodzący pomiędzy posłem Daubrecqem a sprawą kryształowego korka. Tajemnica ta zaciekawiała go coraz bardziej - a przytem zaczynał już troszczyć się o Gilberta, który siedział w więzieniu pod zarzutem morderstwa, którego nie popełniŁ Po drodze streszczał Lupin w myśli odniesione wrażenia.
- Ten Daubrecq to szczwany lis, kuty na cztery nogi, a przytem nieprzyjemna fizjognomja. I pomyśleć, że traktował mnie tak zgóry. No! ale odpłacę mu to przy pierwszej sposobności. - Przybiegłszy do domu, Lupin rozerwał drżącą ręką kopertę, zawierającą liścik Daubrecq'a do dyrektora policji. List ten brzmiał jak następuje:
Mój dobry Prasville!
"Miałeś ją pod ręką. Tak, tak, dotykałeś jej prawie. Odrobinę sprytu, a byłbyś ją miał. Ale ty - i spryt - mój Boże! Jakże nisko upadła Francja, skoro taki jak ty... No ale dość tego, do zobaczenia kochanku. Gdybym cię kiedy zastał przy tej robocie, nie weźmiesz mi chyba za złe, że potraktuję cię jak zwykłego włamywacza".
Zuchwały ten list nie doszedł wprawdzie rąk dyrektora policji, dla którego był przeznaczony, ale Lupin spodziewał się wyciągnąć z niego nieopisane korzyści. Zastanawiał się nad poszczególnemi jego zdaniami, zestawiał je i porównywał: "Miałeś ją pod ręką" - pisał Daubrecq - zatem nie mógł mieć na myśli kryształowego korka, bo w takim razie powiedziałby zapewne: "Miałeś go pod ręką." A może był to tylko wybieg z jego strony. Ale przedewszystkiem, dlaczego Daubrecq, dlaczego ten poseł wpływowy, który trzęsie Francją, jest przedmiotem tak czułej opieki ze strony policji? Czego szukają u niego z taką zajadłością?
Co ukrywa? czego jest panem? - jaką tajemnicę posiada i dlaczego władze, mając go za człowieka niebezpiecznego, nie każą go poprostu aresztować? Na te wszystkie pytania nie znalazł narazie żadnej odpowiedzi, a tymczasem w domu czekała go nowa niespodzianka. Zamieszkał on teraz przez ostrożność w najlepszem, najpewniej szem swojem schronieniu - to jest w mieszkaniu położonem przy ulicy Chateaubrianda, tuż obok Łuku triumfalnego.
Tu założył sobie rodzaj biura telefonicznego, w którem zbiegały się wiadomości różnych jego wspólników, których posiadał we wszystkich sferach towarzyskich.
Trzymał tu zaufanego służącego imieniem Achiles, którego obowiązkiem było przyjmowanie wiadomości telefonicznych, a także listów, nadchodzących zresztą bardzo rzadko, bo ułożonem było, że adres ten używanym będzie tylko dla spraw największej wagi. Ociwiedzin nie przyjmował tu Arsen prawie żadnych, to też zdziwił się niemało, gdy Achiles oznajmił mu już na progu, że czeka na niego jakaś kobieta.
- Czy znasz ją? - zapytał swego służącego.
- Nie wiem.
- Jakto nie wiesz?
- Miała twarz starannie zasłoniętą w chwili, gdy tu weszła.
- I siedzi w salonie?
- Tak jest.
- Mogłeś się jej więc przypatrzeć - a właściwie dlaczego ją tu wpuściłeś?
- Bo pytała o pana Michała Beaumont.
Było to nazwisko, pod którem Lupin znanym był paryskim swym wspólnikom. Zatem kobieta ta chciała go widzieć. Przed wejściem do salonu Arsen zatrzymał się chwilę, a serce zabiło mu mocniej. Kim jest owa kobieta i jak wygląda? Czy jest młodą i piękną? Czy szuka jego opieki? Zdarzało się już nieraz, że Arsen stawał się wybawcą pięknych, a choćby tylko miłych kobiet, prześladowanych przez los. Chwilowo nie miał nawiązanej żadnej tego rodzaju intrygi, a był zawsze słabym wobec płci pięknej.
Zapomniał też na chwilę o pośle Daubrecq i jego kryształowym korku i uśmiechał się, podkręcając zalotnie wąsa. Ale za chwilę już powrócił do przedpokoju mocno rozczarowany.
- Tam niema nikogo - rzucił gniewnie. - Cóżeś mi to naplótł o jakiejś kobiecie. - Słysząc to, Achiles, pobiegł co żywo do salonu. Nie było tam w samej rzeczy nikogo.
- A przecież widziałem ją przed paru minutami, jak pana tu widzę - biadał Achiles. Był tak szczerze zafrasowany, że trudno go było posądzać o kłamstwo, a zresztą, gdyby był wspólnikiem tajemniczej kobiety, mógł poprostu zataić jej wizytę przed Arsenem.
Niemniej Lupin zmył głowę swojemu służącemu.
- I gdzieżeś był trutniu w czasie, gdy ta osoba przebywała w salonie?
- Tu w przedpokoju, nie ruszyłem się ani na chwilę. Musiałbym ją widzieć wychodzącą.
Mieszkanie miało jedno tylko wyjście przez korytarz.
- A jednak musiała wyjść, skoro jej tu niema - mruknął Lupin. On przecie wiedział lepiej, niż kto inny, że w najtrudniej szem położeniu przedsiębiorczy człowiek znajdzie zawsze jakiś sposób utorowania sobie drogi do odwrotu.
- Znudziła się widocznie oczekiwaniem i wyszła; ale którędy? - powtarzał Achiles.
- Raczej zapytać siebie trzeba, poco tu weszła - odrzekł na to Lupin. Odpowiedź na to pytanie znaleźć miał niebawem. Przyglądał się dokoła, chcąc się przekonać, czy nic mu nie zginęło. Wszystko leżało na zwykłem miejscu, a zresztą nie było tu żadnego kosztownego przedmiotu, żadnego dokumentu, nic zgoła, coby mogło obudzić czyjąbądź chciwość. Czemże więc wytłómaczyć to zagadkowe zniknięcie?
- Czy miałeś dziś telefon? - spytał wkońcu Lupin swego służącego.
- Nie panie, nikt nie telefonował.
- A listy? - Był jeden, przyniesiony wieczorną pocztą.
- Daj mi go.
- Położyłem go jak zawsze na kominku w pańskim gabinecie. Lupin wydobył z kieszeni klucz od gabinetu, który nosił zawsze przy sobie, podczas gdy drugi znajdował się w kieszeni Achilesa. Drzwi zamknięte były na spust podwójny, przekręcił więc klucz w zamku i zaświecił elektryczne światło. Podszedł prosto do kominka, ale listu nie znalazł. Zawołał wtedy służącego, powściągając z trudnością gniew.
- Niema tu wcale listu.
- Chyba go pan niedokładnie szukał.
- Niema go mówię ci. - Szukali więc obaj, poruszając i odstawiając każdy z osobna przedmiot, ale listu nie było nigdzie, znikł bez śladu. Achilles klął zcicha, drżąc jednocześnie przed gniewem swego pana.
- To ona go zabrała - mruczał przez zęby - ukradła list i uciekła z nim.
- Kto, ta kobieta?
- A któżby inny.
- Oszalałeś chyba. Wszak mówiłeś mi sam, że kobieta nie ruszała się z salonu i żeś ją miał wciąż na oku. Klucz miałeś jak sądzę przy sobie. Salon niema żadnego połączenia z moim gabinetem. W jakiż więc sposób owa kobieta dostać się mogła do przyległego pokoju?
- Może przez okno - zauważył Achiles.
- Jakto? Po gzymsie, jest więc chyba zawodową akrobatką. Ależ w takim razie ćwiczenia jej zwróciłyby uwagę licznych gapiów. A więc jest lekkim, nieważkim duchem, który przenika przez ściany - dodał gorzko Lupin.
W każdym razie fakt był faktem i należało się z nim liczyć. Nieznana kobieta weszła do domu jawnie, a znikła z niego cicho i niepostrzeżenie jak duch, celem zaś jej wizyty było widocznie zabranie owego listu, który zniknął w sposób równie jak ona tajemniczy. Arsen musiał użyć całej siły woli, aby nie wybuchnąć potokiem złorzeczeń. Silił się na spokój i próbował wybadać swego służącego.
- W każdym razie ty sam otrzymałeś list z rąk listonosza?
- Tak jest.
- A przypatrzyłeś mu się dokładnie?
- Tak.
- Adresowany był do mnie?
- Ależ tak. Do pana Beaumont Michała.
- Jak powiedziałeś?
- Do pana Beaumont Michała.
- A więc na kopercie wypisane było najpierw nazwisko a potem imię.
Arsen wiedział już co to znaczy.
List musiał być od Gilberta. Nikt inny nie adresował do niego w podobny sposób. List był z więzienia, a zawierać musiał odpowiedź na zapytanie Arsema o kryształowy korek.
Dlatego to zapewne nieznana kobieta wykradła go, bo list ten odsłoniłby może Arsenowi tajemnicę kryształowego korka. Kim więc była? Czy działała na własną rękę? Czy też użytą została jako pośredniczka?... Lupin skłonnym był mniemać, że przysłał ją tu sam Daubrecq, że wiązały ich z sobą zagadkowe jakieś węzły. Ale jakim sposobem zdołali już po raz drugi odkryć jego kryjówkę, bo nie ulegało wątpliwości w jego oczach, że kobieta, która zabrała mu dziś list, i osoba, która nawiedziła go w dniu ujęcia Gilberta i Vaucheray'a, były jedną i tą samą osobistością. Zestawienie to przywiodło mu na pamięć uwięzionych wspólników. Tydzień już upłynął od ich ujęcia, a on nie zrobił dotąd nic dla przywrócenia im wolności.
Pochłonięty pragnieniem rozwiązania zagadki kryształowego korka, zaniedbał cokolwiek sprawę towarzyszy.
A jednak miał już sposobność przekonać się, że strzeżeni są z niezwykłą surowością. Z największym tylko trudem udało mu się przesłać Gilbertowi parę słów w sprawie kryształowego korka, w bułce, umyślnie upieczonej, którą zaniósł mu jeden ze strażników, zachęcony do tego książęcym datkiem. List, który zginął przed chwilą, musiał być odpowiedzią na ową kartkę.
Arsen stał więc przed całym szeregiem zagadnień, które zaostrzały do najwyższego stopnia jego ciekawość.
- Kobieta! - powiedział sobie wreszcie. - W tej całej sprawie musi tkwić na dnie jakaś historja kobieca. Trzymajmy się starej dewizy francuskiej i szukajmy kobiety.
Z tem postanowieniem ułożył sobie nowy plan działania.
ROZDZIAŁ I. NIEUDANY ZAMACH.
Arsen Lupin wyszedł z kiosku, w którym palił cygaro i spojrzał w stronę jeziora, gdzie kołysały się u przystani dwie uwiązane łodzie.
Było to w okolicach Paryża, w ładnem miasteczku Enghien, które jest ulubionym celem niedzielnych wycieczek mieszkańców stolicy. Zapadł już mglisty, jesienny wieczór; w oknach błyszczały światła, a zwłaszcza miejscowe kasyno jaśniało zdaleka, jak w dniu iluminacji. Na ulicach natomiast skąpo oświeconych, było dość ciemno, a że w dodatku czas był mglisty, mijający się przechodnie mogli z trudem tylko wzajem się rozpoznać.
Arsen Lupin lubił takie wieczory. Lubił je zwłaszcza dawniej, gdy był niejako początkującym w swem ulubionem rzemiośle. Dziś jednak czuł się nieswój. A przecież to, czego miał dokonać, było stosunkowo drobnostką, bagatelą, nie wartą wspomnienia wobec innych przedsięwzięć. Jeśli dał się skusić na dzisiejszą wyprawę, to stało się to tylko z tego powodu, że podrażniono jego ambicję zbieracza osobliwości. Arsen był, to pamiętają zapewne czytelnicy, zapalonym kolekcjonistą, a willa, którą zamierzał dziś odwiedzić, zawierać miała mnóstwo starych bronzów, cennych sprzętów i prawdziwych arcydzieł sztuki.
Stanąwszy nad jeziorem, Lupin zagwizdał jakąś piosenkę. W tejże chwili dwóch barczystych chłopów podniosło się z głębi łodzi. Byli to wioślarze.
Lupin odesłał samochód, polecając szoferowi, by powrócił z nim za godzinę, poczem wszyscy trzej wsiedli do jednej łodzi, stojących na jeziorze.
- Bardzo powszednia awantura - rzucił przez zęby Lupin. Dopływali do willi, gdy nagle w oknach jej błysnęło światło.
- Patrzcie tylko, tam jest ktoś - zauważył Lupin.
- Nie, nie. To tylko latarnia gazowa, stojąca na ulicy. Zapalono ją przed chwilą, a światło to odbiło się w jednem z okien. - Objaśnienia tego udzielił Gilbert, który był dzisiaj niezwykle ożywiony. Vaucheray siedział nieruchomy i ponury, jak zwykle. Łodzie przybiły do brzegu w małej przystani, z której omszałe schody kamienne schodziły do wody. Dochodząc do willi, ujrzeli istotnie latarnię gazową, palącą się na ulicy.
- A widzi pan! - rzekł Gilbert.
- Tak, tak, a jednak światło, któreśmy widzieli, pochodziło skądinąd. Gdzież są te zbiory? - zagadnął jeszcze Arsen.
- Na pierwszem piętrze - odparł Gilbert.- Tam zgromadził pan poseł wszystkie swe osobliwości.
- A gdzież są schody?
- Tuż za portjerą.
Lupin skierował się ku owej portjerze, gdy wtem fałdy jej rozsunęły się i ukazała się wśród nich wystraszona twarz ludzka.
- Złodzieje! Na pomoc! - ryknął przerażony głos.
Głowa znikła znów za portjerą i słychać było szybkie kroki uciekającego.
W mgnieniu oka Arsen Lupin puścił się za nim w pogoń. Doścignął go w ostatnim pokoju, gdzie uciekający starał się otworzyć okno, zamierzając widocznie wyskoczyć na dziedziniec.
- Hola! Stój obywatelu! - krzyknął Lupin.- A to co! Tak sobie poczynasz?
Z temi słowy Lupin padł twarzą na ziemią, podczas gdy nad głową jego zagrzmiały trzy z kolei wystrzały. Chwilę potem Arsen przyskoczył do przeciwnika i podbiwszy mu nogi, obalił go na ziemię.
Gilbert i Vaucheray byli już przy nim.
- Związać mi tego dowcipnisia! - rozkazał Lupin. - O mały włos, a byłby mnie zdmuchnął z tego świata.
- To Leonard, służący Daubrecqua.
- Służący musi być tyle wart co jego pan - na trząsał się Lupin, przystawiwszy latarkę do twarzy powalonej na podłogę ofiary. - Nie masz uczciwej twarzy, Leonardzie, i musisz mieć niejeden grzech na sumieniu. No, ale nie bój się, nic ci się nie stanie, bylebyś zachował się spokojnie.
W gruncie rzeczy Lupin był wściekły. Głupia awantura, a mało co życia w niej nie postradał! Zmył porządnie głowę swym wspólnikom za mylnie podane informacje, dopiero widok cennych i pięknych przedmiotów, które znalazł na górnem piętrze, uspokoiły go cokolwiek.
- Panu posłowi nie brak jak widzę gustu - zauważył, wybierając najpiękniejsze okazy mebli i obrazów.
Gilbert i Vaucheray znosili je do łodzi, tak, że wkrótce salon był opróżniony... Jedna tylko okoliczność uderzyła Arsena: Oto Gilbert i Vaucheray, nie ograniczając się do zabierania wskazanych przez niego sprzętów, dokonywali przeglądu mieszkania Daubrecqua z drobiazgową skrupulatnością detektywów.
- Oni szukają tu czegoś... - zauważył w ducha Łupin. Zwracał też na nich z pod oka uwagę, nie dając po sobie poznać, że postępowanie ich obudziło w nim pewne podejrzenia. Naglił ich do pośpiechu i pilnował, gdy schodzili do łodzi.
- No! dość już tego - wskazał wreszcie. - Wzięliśmy co lepsze, resztą zostawić mi panu posłowi, aby miał na czem usiąść, wróciwszy z teatru.
- Jeszcze pięć minut - prosił go Gilbert. - Powrócimy raz jeszcze, bo...
- Bo co?
- Tam w jednej z szaf ukryty być ma słynny relikwjarz złoty, czy też coś innego w tym rodzaju. Przedmiot bez żadnej prawie wartości...
Chłopak nie nawykły do kłamstwa, wikłał się, ale Lupín udawał, że wierzy jego słowom.
- Szukają czegoś! - pomyślał - a w dodatku kryją się przedemną... Nawet Gilbert...
Przykro mu było, że Gilbert nie ma do niego zaufania.
- Nie pięć, lecz dziesięć minut daję wam zwłoki. Ani sekundy dłużej!
Poszli, a on czekał na nich na dole. Nie powracali jednak, choć upłynęło więcej niż 10 minut. Była to niesubordynacja, której doświadczony herszt nie mógł puścić płazem.
Wybiegł więc żywo na górę, ale nim dobiegł do jadalni, usłyszał wystrzał, potem jęk i łoskot upadających sprzętów.
- Co to jest, do pioruna? - pomyślał.
Wpadł jak bomba do pokoju, skąd dochodziły krzyki. Gilbert i Vaucheray tarzali się po podłodze, zwarci w uścisku. Z ust ich wydzierały się stłumione okrzyki wściekłości. Odzież zbryzgana była krwią. Wreszcie Gilbert odniósł nad osłabłym zwycięstwo. Lupin, ścisnąwszy żelazną ręką zaciśniętą jego pięść, zmusił go do wypuszczenia jakiegoś drobnego przedmiotu, lecz Gilbert schował go natychmiast do kieszeni. Podniósł się wreszcie, Vaucheray jednak nie mógł się ruszyć z miejsca. Ramię jego broczyło krwią.
- Ty go zraniłeś? - spytał Gilberta Arsen Lupin.
- Nie! To Leonard, służący.
- Jakże to się stać mogło, skoro był związany?
- Zdołał jakoś uwolnić się z więzów. Podczas gdyśmy byli na górze, odnalazł swój rewolwer i strzelał do Vaucheraya.
- Gdzież jest ten śmiałek?
- W przyległym pokoju - odparł Gilbert, wskazując na drzwi. Lupín poszedł tam z lampą i znalazł istotnie służącego, Leonard był już trupem. Leżał na wznak, z rękoma na krzyż złożonemi. W szyi jego tkwił sztylet. Trup ten wyglądał strasznie. Na twarzy jego zastygł wyraz nienawiści.
- Kto go zabił? - krzyknął Lupin, blady z gniewu.
- Vaucheray - wyjąkał nieśmiało Gilbert.
- Vaucheray?... A ty, będąc świadkiem, pozwoliłeś na to? A więc krew przelewacie. Tem gorzej dla was. Od dziś przestajecie być członkami bandy. Ha! zobaczycie, co znaczy narazić się na gniew Arsena Lupina.
Gilbert nie próbował się usprawiedliwiać. Widok trupa przerażał go widocznie.
- I dlaczego? - badał Lupin. - Vaucheray jest skończonym łotrem. Ale jaki miał powód, który go skłonił do popełnienia tego ohydnego morderstwa?
- Leonard miał w kieszeni klucz od szafy.
- A! Od tej, gdzie był ukryty ten cenny relikwjarz? - spytał Łupin, patrząc badawczo w oczy swego młodego wspólnika.
- Tak - odparł tamten, spuszczając powieki.
- Leonard bronił się, nie chcąc dać klucza? - Sięgnął po rewolwer i strzelił, zanim go Vaucheray przebił sztyletem.
- A potem? - badał dalej Lupin.
- Vaucheray otworzył szafę i zabrał stamtąd...
- Co? relikwjarz? Wiedziałem wybornie, że to nie był relikwjarz. Ty wydarłeś mu ten mały przedmiot. Pokaż mi go zaraz.
Milczenie było jedyną odpowiedzią. Gilbert miał w tej chwili tak zacięty wyraz twarzy, że było widocznem, iż niełatwo ustąpi.
- Co to? - zawołał nagle Lupin.
- To on! - odpowiedział Gilbert, wskazując na trupa Leonarda. - Och, panie - zawołał nagle z trwogą. - Ten trup mówi. Słyszałem już raz głos jego.
- W takim razie nie jest jeszcze trupem - zaśmiał się Lupin, pochylając się nad Leonardem.
Po chwili jednak cofnął się sam... W łosy stanęły mu na głowie pod wpływem trwogi. Leonard już nie żył. Serce jego przestało bić. Twarz była nieruchoma. A przecież z tych ust, skrzywionych w kurczu przedśmiertnym, wychodzić się zdawały jakieś krótkie, urywane wyrazy. Wymawiane były głosem cichym, stłumionym, głosem dziwnie nierównym, gwiżdżącym, a przedewszystkiem dziwnie dalekim.
Zimny pot wystąpił na czoło Lupina. Towarzysz jego zakrył twarz dłońmi - spojrzeli na siebie, obejrzeli wszystkie kąty pokoju. Nie było nikogo prócz nich i zamordowanego. Skąd więc pochodzić mógł ten dziwny, tajemniczy głos, jakby płynący z poza grobu. Po chwili Arsen opanował nadludzkim wysiłkiem swój lęk i pochylił się nad zabitym. Głos, który umilkł przez chwilę, znów się odezwał. Słyszał już teraz wyrazy, odróżniał poszczególne zdania.
- Poświeć mi tu lepiej - rzekł do Gilberta.
Ten zbliżył się z lampą, oświetlając jaśniej twarz Leonarda. Nie było żadnej wątpliwości, że słowa, które dochodziły ich uszu, wypowiadane były przez trupa, a jednak usta skrwawione nie poruszały się wcale.
- Słuchajcie! - mamrotał straszny głos. - Oni go zabili. Zabili go chyba! Śpieszmy się! Żywo! Milczenie! Nie mówi już!...
- Panie - wyjąkał Gilbert, którego zęby szczękały jak w febrze. - Boję się... to straszne...
Ale Arsen, który od pewnego czasu wpatrywał się uważnie w jeden punkt, wybuchnął nagle szczerym, rozgłośnym śmiechem. Dźwignął silną ręką trupa i przesunął go na inne miejsce.
- Wybornie! - rzekł. - Patrzno tu chłopcze! Upiór zażartował sobie z nas, ale mamy go wreszcie.
Palcem wskazywał Gilbertowi słuchawkę od telefonu, połączoną za pomocą drutu z aparatem, utkwionym w ścianie. Słuchawka ta leżała na podłodze, w miejscu właśnie, na którem spoczywał przed chwilą trup.
- Zjawisko tłomaczy się samo przez się - mówił dalej Arsen, poważniejąc nagle - ale za to grozi nam ono niebezpieczeństwem stokroć gorszem, niż gadanie umarłego. Leonard musiał telefonować przed śmiercią do policji. A padając, ściągnął ciężarem swym słuchawkę, nie przerywając mimo to drutu. Głos, któryśmy słyszeli, to była odpowiedź z biura policyjnego. Za małą chwilę będziemy mieć na karku żołnierzy i agentów. - Mówiąc to, zmierzał już ku drzwiom, ciągnąc za sobą Gilberta.
Vaucheray wtedy ryknął z rozpaczą:
- Więc zostawiacie mnie na pastwę policji?
- Zasługiwałbyś na to, urodzony bandyto! - mruknął Lupin. Pozostał jednak, bo sprzecznemby było z jego naturą zostawiać bez pomocy w biedzie kamrata, podszytego wprawdzie łotrem, ale należącego bądź co bądź do bandy. Podnieśli rannego wraz z Gilbertem, zamierzając wyprowadzić go z willi. Ale zaledwie uszli kilka kroków, Arsen zaklął z cicha.
- Zapóźno, idź do pioruna...
- Już idą...
- Nakryją nas - biadał Gilbert.
- Cicho bądź! - upomniał go Lupin. On sam miał twarz spokojną, niewzruszoną, jak ktoś, co ma dość na to czasu, by rozważyć dobrze, za i przeciw. Przechodził w tej chwili jeden z tych momentów, które zdaniem jego nadają właściwą wartość życiu. Zagrożony, przyciśnięty do muru, obmyślić musiał jakiś środek ratunku równie nagły jak skuteczny.
- Mam już! - zawołał wreszcie, uderzając się w czoło, podczas gdy słychać już było ciężkie kroki na schodach, a potem otwierane przemocą drzwi.
Podskoczył do okna, a otworzywszy je szeroko, oddał w powietrze dwa strzały, a potem zaczął wołać:
- Tędy! tędy! - Mam już tych zbójów, trzymam ich! - Ach śpieszcie się z pomocą, bo mi umkną!
Potem, nie namyślając się, skoczył do Gilberta, obalił go na ziemię i zaczął się z nim szamotać.
- Co to jest? - krzyknął chłopak, odurzony tą nagłą napaścią.
- To nic, broń się jak możesz, aby policja widziała, jak trudno mi cię pokonać. - Policja wchodziła już właśnie, a Łupin miał jeszcze czas szepnąć swemu młodemu wspólnikowi:
- Pójdziecie do więzienia, ty i Vaucheray. Niema innej rady! Ale się nie lękaj, wydostanę was z ula. Teraz za to graj dobrze komedję, udając, że mnie nie znasz.
- Rób idjoto, co ci każe! - syknął jeszcze Vaucheray, który zrozumiał już plan Arsena. - On nas wydobędzie z biedy, już nieraz tak bywało - rzekł.
Lupin przypomniał sobie nagle mały przedmiot, który Gilbert włożył do kieszeni, w tajemnicy przed nim.
- Oddajno mi wpierw ten drobiazg, który widziałem w twojem ręku - rozkazał Gilbertowi.
- Och nie! nie! - bronił się chłopak z niezwykłym uporem.
- W takim razie sam ci go wezmę - szepnął Arsen i przycisnąwszy go do ziemi, wydobył z kieszeni jakiś mały przedmiot, który wsunął szybko w rękaw.
Wchodząca policja zastała ich obu pasujących się z niezwykłą gwałtownością. Szamotanie to miało wszelkie pozory walki na śmierć i życie, toczonej przez dwóch zajadłych przeciwników.
- Na pomoc! hej pomocy! - nie przestawał wowołać Arsen. Pośpieszono mu też z pomocą, i w ciągu paru minut Gilbert został skrępowany, podczas gdy Arsen Lupín dźwignął się z podłogi, ocierając spocone czoło.
- No! przyszliście panowie w samą porę - rzekł, zwracając się do komisarza policji. - Jeszcze chwilkę, a ten młody smyk byłby mi umknął z rąk. Silny jest jak atleta cyrkowy.
- Czy to pan telefonowałeś do nas? - spytał grzecznie komisarz.
- O nie! Ja przybyłem tu razem z pańskimi agentami. Wchodziłem właśnie do biura w chwili, gdy doniesiono o napadzie na willę "Marja Teresa" i poszedłem na ochotnika.
- W jaki sposób uprzedziłeś pan nas tutaj? - W bardzo prosty - panowie weszliście przez drzwi, ja zaś wskoczyłem przez okno, w samą porę właśnie, aby zatrzymać złoczyńców, którzy zabierali się do ucieczki.
- Czy znasz pan mieszkańców tej willi?
- Słyszałem tylko.
- Więc nie jesteś pan służącym pana Daubrecq'a?
- Ja służącym? - oburzył się Arsen. - Jestem obywatelem Paryża, szukającym tu jak inni wytchnienia na łonie przyrody. Ale skoro pan mówisz o służącym, to będzie nim zapewne ten biedak, którego ci łotrzy zamordowali.
- Zamordowali?
- Tak jest, panie komisarzu. W idziałem przez uchylone drzwi trupa człowieka, straszliwie zamordowanego. Leży tam w przyległym pokoju. Straszny doprawdy widok, nie mogę dotąd ochłonąć.
Na to wyznanie, wszyscy chcieli wejść do sąsiedniego pokoju, dla obejrzenia ofiary zbrodni. Komisarz oczywiście sprzeciwił się temu i udał się tam wraz z paru agentami, Arsen zaś udzielał pozostałym kilku jeszcze wiadomości o przebiegu swej walki z dwoma bandytami. Po niejakim czasie oświadczył, że czuje się tak wzruszonym, iż musi wyjść na chwilę do ogrodu dla odetchnienia świeżem nocnem powietrzem. Nikt się temu oczywiście nie sprzeciwiał, tembardziej, że Lupin zapowiedział, iż powróci za parę minut, gdyż komisarz będzie go zapewne potrzebował. Rzeczywiście, komisarz, dokonawszy oględzin trupa, kazał zawezwać nieznajomego pana, który się tak dzielnie przyczynił do ujęcia złoczyńców. Wołano go więc i szukano, ale nieznajomy ulotnił się gdzieś i nie ukazał się już wcale. Wreszcie policjant, stróżujący przy bramie, doniósł, że widział jakiegoś pana wsiadającego na łódkę i płynącego po jeziorze. Krótki okrzyk, który się wydarł na tę wiadomość z ust Gilberta, przekonał urzędnika, iż padł ofiarą mistyfikacji.
- Ścigajcie go, to wspólnik, a może i herszt bandy! Strzelajcie do niego...
Wszyscy pobiegli nad jezioro. O jakie sto kroków od brzegu, widać było sylwetkę nieznajomego, wiosłującego z zapałem. Kilka strzałów padło nad wodą. Komisarz sam, nie namyślając się długo, kazał sobie podać łódź, do której wskoczył wraz z dwoma agentami. Łagodny powiew letni przyniósł do uszu urzędnika zwrotkę piosenki:
"Spiesz barko moja
Pogoda sprzyja" -
To Arsen śpiewał dźwięcznym tenorem, rozmarzony blaskiem księżyca.
- Drwi sobie z nas ten łotrzyk - oburzył się komisarz.
Pocieszała gd myśl, że ściganemu nie uda się ujść pogoni. Nad brzegiem rozstawieni byli żołnierze, którzy mieli polecenie schwytania go w razie, gdyby chciał wylądować. On jednak nie miał widocznie tego zamiaru. Łódka krążyła po jeziorze, jakby siedzący w niej chciał poprostu użyć tylko przejażdżki. W pewnej chwili w ruchach wiosłującego dało się odczuć jakby znużenie. Łódka poruszała się coraz wolniej, tak że przestrzeń oddzielająca ją od łodzi komisarza zmniejszała się z każdą chwilą.
- Poddaj się! - wołał ze swej łodzi urzędnik, widząc, że uciekający, zdjęty widocznie zniechęceniem, odrzuca wiosło i siedzi spokojnie na ławeczce, zdawszy swe czółno na wolę wiatru.
- Poddaj się, bo każę strzelać! Żadnej odpowiedzi. Nieznajomy siedział nieruchomo, a w nieruchomości tej było coś przerażającego. Przyszło na myśl komisarzowi, że złoczyńca knuje może jakiś dziwnie zdradziecki i niebezpieczny zamach.
- Strzelajcie! - rozkazał agentom. Wystrzelili też raz i drugi, ale spudłowali widocznie - bo nieznajomy nie drgnął nawet i siedział wciąż w tej samej pozycji. Z największemi więc ostrożnościami, leżąc prawie plackiem na dnie czółna, przybito wreszcie do niebezpiecznej łodzi, a wtedy dopiero zrozumiał komisarz przyczynę dziwnej obojętności zbiega.
W łodzi nie było nikogo.
Pakiet odzieży, związany naprędce i uwieńczony kapeluszem, naśladował wcale dobrze zdaleka skuloną postać ludzką. Ona to wprowadziła w błąd ścigających, podczas gdy właściwy wróg wymknął się im zapewne już dawno, rzuciwszy się do jeziora, które przebył wpław. Zaniechano dalszych bezskutecznych poszukiwań, natomiast policja miała w ręku rzeczy zostawione przez zbiega w łodzi. Przejrzano je skrupulatnie, drobiazgowo, nie znajdując jednak niczego, najmniejszej nawet poszlaki, rzucającej światło na osobistość człowieka, który potrafił tak zręcznie wprowadzić w błąd stróżów sprawiedliwości. Jasnem było dla komisarza, że musiał to być nie nowicjusz, ani też pospolity opryszek, lecz człowiek z wyższą inteligencją i sporem doświadczeniem. Dlatego to zapewne, nawet w tak naglących okolicznościach nie zapomniał o zachowaniu wszelkich ostrożności. Podszewka kapelusza była wydartą dla zatajenia firmy sklepu i fabryki. Kieszenie płaszcza były zupełnie puste.
Naraz okrzyk triumfu wybiegł z ust urzędnika. Pomiędzy wierzchem a podszewską paltota wyczuł palcami mały twardy przedmiot, a przeciąwszy scyzorykiem podszewkę, wydobył go natychmiast. Była to karta wizytowa, na której wydrukowane były dwa tylko słowa: "Arsen Lupin." Karty takie zostawiał niekiedy Lupin z własnej woli, gdy udało mu się w ten lub inny sposób zadrwić z policji. Ale dziś dostała się ona w jej ręce całkiem przypadkowo. Odkrycie to miało zaciążyć fatalnie na losie ujętych. Otoczono ich stokroć ściślejszą strażą, niż innych przestępców, wiedziano bowiem, że herszt ich dołoży wszelkich starań, aby ich uwolnić.
Herszt tymczasem dostał się szczęśliwie do samochodu, który oczekiwał na niego po drugiej stronie jeziora, naładowany przedmiotami zrabowanemi w willi Marji Teresy. Szofer puścił w pełny bieg ekwipaż, który po upływie pół godizny znalazł się w Neuilly, obok składnicy, uależącej do Arsena Lupin. Ludzie jego zajęli się wyładowaniem cennych zbiorów posła Daubrecqua. z których nie uroniono ani jednego okazu, sam zaś Lupin, przebrawszy się, wsiadł na pociąg i odjechał do Paryża, gdzie zajmował przy ulicy św. Filipa cały parter w małej kamieniczce.
Zaciszne mieszkanko nie było znanem nawet członkom jego bandy, prócz jednego tylko Gilberta. Kładąc się spać, przypomniał sobie Lupin mały przedmiot, który wydarł z rąk Gilberta w willi "Marji Teresy." Trzymał go z początku w rękawie, następnie uciekając już, wsunął go do małego woreczka, który zawsze nosił na piersiach pod koszulą. Nie miał oczywiście dotąd czasu przypatrzyć mu się należycie i ocenić jego ważności - teraz dopiero ujął go dwoma palcami i oglądał pod światło. Nie zdziwił się, bo człowiek jego pokroju nie dziwił się niczemu, ale musiał przyznać, że narazie nie wie i nie domyśla się wcale, dlaczego jego wspólnicy przywiązywali tak wielką wagę do tej drobnostki. Był to korek kryształowy, korek ze złoceniami na spojeniach, jakiego się używa do karafek z likierami. I dlatego to kawałka kryształu Gilbert і Vaucheray stoczyli z sobą tak zaciekłą walkę, dla niego jedynie zorganizowali wyprawę na willę Daubrecqua, bo Lupin nie wątpił teraz, że tylko z powodu korka kryształowego wciągnięty został w całą tę historję. Ale dlaczego ukrywali się przed nim? Gilbert zwłaszcza. Dlaczego nie objaśnili go o znaczeniu tej zagadki ze szkła? Postanowił napisać do Gilberta, pytając go w ostrożnej oczywiście formie o tajemnicę kryształowego korka. Narazie jednak nie pozostawało mu nic innego, jak ułożyć się spokojnie do snu. Upadał poprostu ze znużenia. W sunął więc znów zagadkowy korek do płóciennej torebki i usnął twardym snem.
Gdy zbudził się nazajutrz, czuł, że ma głowę tro chę ciężką. Podniósł się z trudem a nozdrza jego wyczuły charakterystyczną woń niewinnego zresztą narkotyku, którego sam używał niekiedy do uśpienia innych. Nie udało mu się zebrać myśli, ale, gdy machinalnie położył rękę na piersiach, przypomniał sobie kryształowy korek. Nie było go w jego płóciennym woreczku. Ktoś wszedł tu w czasie jego snu i to ktoś wtajemniczony, skoro znał mieszkanie jego i zdołał się tu dostać w nocy. Ktoś nie będący jego wrogiem, bo nie uczynił mu nic złego, ale uśpiwszy go lekkim narkotykiem, zabrał mu kryształowy korek.