Kryształowi. Polowanie. Część 3 - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (29,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Występują

ANDRZEJ "ENDRIU" ŚMIECHOWSKI - dobry mąż, przyjaciel i człowiek, funkcjonariusz wydziału kryminalnego.

HONORATA "HONIA" MARCHWIŃSKA - samotna matka i przede wszystkim policjantka wydziału kryminalnego, zwykle pomocna i optymistyczna, czasem miewająca problemy z alkoholem.

MICHAŁ IWAŃSKI I MACIEJ BARCZAK - młodzi policjanci z nowego, gorszego pokolenia. Mają ten sam kolor włosów, to samo miejsce służby w wydziale kryminalnym i ten sam problem po spotkaniu w lesie z Honoratą i Endriu.

PAWEŁ "DRIVER" DOBROGOWSKI - funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Uzależniony od bólu i szybkiej jazdy. Posiadacz sporej listy kobiet chętnych na seks, ojciec Wiktora i były mąż Elki.

PAULINA "PAULA" STOPAREK - kiedyś fuck friend Drivera, dziś przyjaciółka dziennikarki Kingi Pomorskiej.

ZOFIA MAZUR - właściwa kobieta na właściwym miejscu, a przynajmniej tak lubi o sobie myśleć. Jako zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji trzęsie nie tylko biurem, ale właściwie całą poznańską psiarnią. Nie potrafi gotować, dlatego przyjaźni się z dziennikarzem lokalnej gazety, Dawidem Sarnowskim. A może nie tylko dlatego?

KAROL ŚLEDŹ - w genach odziedziczył miłość do rybek. Nie ma szczęścia do kobiet, ale dzięki temu całą pierwotną energię może skupić na obronie swojego fotela naczelnika BSWP.

TOMASZ KARDASZ - sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki, także na służbie. Ma przyjrzeć się sprawie Podolskiego i Mańczaka, którzy mogli przyczynić się do śmierci zatrzymanego na komisariacie.

HUBERT "HUBI" TOBISZOWSKI - w Narkotykach robi od zawsze, czyli zbyt długo. Właśnie próbuje się wypisać z firmy. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi "Mikiemu" Sobczakowi.

GRZEGORZ KRUK - przedsiębiorca o wyglądzie cherubinka. Zdystansowany i umiarkowanie zrozpaczony po zniknięciu swojej ciężarnej żony Barbary. Wyznawca teorii, że im głośniej mówisz o swojej nowej miłości, tym będzie ona prawdziwsza.

IGOR "NOWY" KRAJEWSKI - wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi - z psami.

Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.

Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.

Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.

Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia ochoczo złapała za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.

Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.

- Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

- Spotkanie?

- Na wywiad - poprawiła się. - Dziękuję.

- Podziękujesz, jak skończę - burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy jej dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

- Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? - Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

- Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

- Wiemy?

- Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

- Jak to się stało, że...

Drzwi znowu się otworzyły. Tym razem mężczyzna wszedł. Czapka z daszkiem zasłaniała mu większość twarzy, ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał tu być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

- Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji? - wróciła do pytania.

Powinien ze skupieniem wyczekiwać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.

Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.

Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.

Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.

Nasłuchiwała.

Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.

- Hej? - Szarpnęła go za nogę.

Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.

- Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!

Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok. Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.

- Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor...

- Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!

Rozdział 1

Skręcali ze Starołęckiej w lewo. Endriu zredukował bieg. Gdzieś po prawej stronie miał znajdować się cel ich podróży. Z radioodbiornika płynęła radosna muzyka, a Honorata podśpiewywała pod nosem.

Nowy dzień, nowe zatrzymanie, nowe wyzwania zawodowe - tak do tego podchodziła. Dopiero ostatnio zostawiła za sobą smutek, który zwykle jej towarzyszył. Zupełnie jakby odnajdywała nadzieję i radość w nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.

- Nie wiem, co bierzesz, Honia, ale też chcę - zażartował Endriu.

Odpowiedziała mu perlistym śmiechem, a on zwolnił. Znajdowali się już na wysokości nieruchomości numer osiem. Szukali dwunastki i miejsca do parkowania, ale ich uwagę przykuł niebieski Seat. Powoli wyłonił się z posesji, ostrożnie włączył do ruchu i w ślimaczym tempie minął radiowóz.

Endriu zdążył spojrzeć kierowcy w oczy i był niemal pewny, że zauważył w nich niepokój. Sekundę później silnik Seata zawył, jakby mężczyźnie nagle zaczęło się spieszyć.

- Widziałeś? - niemal krzyknęła Honorata. - To on!

Endriu błyskawicznie złapał za dźwignię zmiany biegów, wrzucił wsteczny i wcisnął pedał gazu w podłogę. Podskoczyli, gdy opony uderzyły w wysoki krawężnik. Zahamował, przełączył bieg, maksymalnie skręcił kierownicę i ruszył za uciekającym Seatem.

- W lewo! Szybciej, bo go stracimy! - Honorata wskazywała ręką kierunek. - Wyprzedź ich!

- Kurwa, z choinki się wszyscy urwali?!

Endriu otworzył okno i postawił na dachu policyjnego koguta. Hałas jak zwykle okazał się skuteczny. Samochody zaczęły rozjeżdżać się na boki, ustępując miejsca radiowozowi.

- Tu zero zero dwa, potrzebne wsparcie. Prowadzimy pościg za niebieskim Seatem Toledo. Za kierownicą podejrzany. Lecimy za nim Starołęcką. Niech Kórnik zajedzie od strony Czapur.

Uzupełniali się. Honorata prosiła dyżurnego o pomoc, a Endriu skupiał się na zmniejszaniu dystansu dzielącego ich od uciekającego samochodu. Droga była zbyt wąska i uczęszczana, by ciągle jechać środkiem. Przyspieszał więc i gwałtownie hamował, lawirując między autami.

Seat zniknął z pola widzenia. Dopiero gdy udało im się wyprzedzić ciężarówkę, zobaczyli go znowu. Był już daleko na rondzie.

- Minął zjazd na Czapury! Kieruje się na Głuszynę!!! - informowała Honorata. - Szybciej, kurwa, bo go stracimy!

Endriu jeszcze przyspieszył, a gdy znalazł się na rondzie, z całej siły wcisnął hamulec i ostro skręcił w lewo. Nie zamierzał tracić cennych sekund na objeżdżanie skrzyżowania. Ta krótka chwila jazdy pod prąd mogła zdecydować o sukcesie pościgu.

I wtedy na horyzoncie pojawiło się BMW, które jechało przepisowo. Prosto na nich.

- Kurwa! - Honorata odruchowo odsunęła się od drzwi.

Endriu docisnął pedał gazu, odbijając w lewo. Koła radiowozu otarły się o krawężnik. Rozległo się trąbienie. Ogromna siła pchnęła tył pojazdu. Skontrował kierownicą i spojrzał w lusterko. BMW właśnie ich minęło. Nie słyszał charakterystycznego zgrzytu metalu o metal. To był dobry znak.

- Jebaniec! - warknął.

Strzałka licznika dosięgnęła liczby sto dwadzieścia, a silnik wył na trzecim biegu. Seat pokazał się na chwilę, po czym zniknął za zakrętem.

- Debil, całe życie przemknęło mi przed oczami! - Honorata roześmiała się nerwowo. - Pomyślałam o rachunku sumienia, ale na wszystkie grzechy było za mało czasu...

- Na szczęście prowadzę lepiej niż Kubica i Hołowczyc razem wzięci!

Wyjeżdżali z miasta. Na prawo od Głuszyny gęsty las zastąpił domy. Kilka chwil później po lewej pojawił się płot.

- Zaraz będziemy go mieli!

Znowu docisnął gaz. Przed sobą miał długi i prosty odcinek drogi. Nieustannie zbliżali się do Seata.

- Ale mieliśmy fuksa, że podjechaliśmy pod jego dom. Kilka minut później i byśmy się minęli. - Honorata dotknęła rękojeści broni.

Byli już naprawdę blisko. Wystarczyło już tylko wyprzedzić podejrzanego, zajechać mu drogę, wyskoczyć i wyciągnąć go z auta.

- Kurwa mać!

Seat wjechał na lewy pas, wyprzedził ciężarówkę i zniknął im z pola widzenia. Endriu spróbował zrobić to samo, ale z naprzeciwka jechały dwa samochody. Musiał zaczekać.

- Ja pierdolę! - Wszystko się w nim gotowało. - Ucieknie nam! Dałaś znać dyżurnemu, żeby Kórnik jednak podjechał od strony Głuszyny?

Honorata nie odpowiedziała. Ciężarówka, od której dzieliło ich nie więcej niż kilkaset metrów, rozpoczęła hamowanie i włączyła światła awaryjne.

Endriu wjechał na lewy pas.

- Kurwa! Na lewym też coś stoi na awaryjnych! Wypadek?

- Zatrzymaj się!

- Ale...

- Stój!

Wrócił na prawy pas i z całej siły nadepnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się zaraz za ciężarówką.

- Ucieka! Kurwa, ucieka!

- Honia, poczekaj!

Endriu nawet nie zdążył na nią spojrzeć. Zostawiła otwarte drzwi i pobiegła przed siebie.

- Czekaj! - wrzasnął, ale nie zareagowała. - Tu zero zero dwa. Podejrzany ucieka w las. Powtarzam, ucieka w las, pieszo. Opuszczamy radiowóz. Głuszyna, na wysokości bazy lotnictwa. Biegniemy za nim. Możemy być bez łączności. Mamy swoje komórki.

***

Wiedziała, że nie może dopuścić, by mężczyzna w bladoszarej dresowej bluzie zwiększył dystans, który ich dzielił. Lawirował między drzewami z taką zwinnością, jakby od miesięcy uczestniczył w morderczych treningach. Honorata musiała dotrzymać mu kroku.

Nie było łatwo, ale adrenalina robiła swoje. Skupiała się przede wszystkim na biegu, oddychaniu i tym, żeby nie zgubić uciekającego z oczu. Seat rozbił się na drzewie, a kierowca zwiał do lasu. Nie widziała jego twarzy, nie wiedziała, czy jest ranny. Liczyła na to, że szybko osłabnie.

Coraz trudniej było jej złapać oddech.

- Stój! Policja! - krzyknęła w nadziei na cud.

Ten się nie zdarzył, a mężczyzna wręcz przyspieszył. Honorata czuła, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Walczyła ze swoim mózgiem i mięśniami. Całe życie z czymś walczyła. Dopiero kilka tygodni temu poczuła, że dotarła do bezpiecznej przystani.

No dobrze, jeszcze nie dotarła. Docierała. Wiedziała, że to ostatnia prosta. Jeszcze tydzień, może dwa, wtedy odpocznie.

- Policja! Stó... Stój!

Nie miała siły krzyczeć. Ale chyba ją usłyszał. Najpierw zwolnił, a potem się zatrzymał i pochylił, opierając ręce o kolana. Dobiegła do niego, ale trzymała się w bezpiecznej odległości. Oboje ciężko dyszeli.

Przeładowała broń i wycelowała w głowę ściganego. Ten się odwrócił i spojrzał jej w oczy.

- Wstań! - Honorata wydobyła z siebie głęboko skrywane pokłady agresji. - Wyprostuj się!

- Spokojnie. - Mężczyzna uniósł ręce.

- Myślałeś, że cię nie dopadnę?! Że uciekniesz sprawiedliwości?!

- Proszę, odłóż broń. Ja... Przecież ja nic nie...

- Jasne, jesteś niewinny i wcale nie uciekałeś, tylko akurat biegłeś w tę stronę?!

- Przestraszyłem się radiowozu.

- Masz broń?

Skinął głową.

- Jeden niepotrzebny ruch i strzelę! - Honorata czuła, że dłonie drżą jej coraz mocniej. - Wyjmij ją i odrzuć na bok! Powoli!

- Spokojnie, to tylko atrapa. Straszak... - Sięgnął za pasek, wyjął pistolet i złapał za kabłąk dwoma palcami, pozwalając broni zawisnąć lufą do dołu.

Honorata spojrzała mu w oczy, a potem bez wahania pociągnęła za spust.

***

Muzyka zagnieździła się w prawej półkuli mózgu Drivera tak mocno, że nie usunął jej nawet wiatr towarzyszący mu podczas spaceru od auta do budynku Komendy Wojewódzkiej Policji.

Gdy jechał windą, cały czas poruszał głową. Wyglądał jak samochodowa zabawka, pies kiwający łbem. I wyglądał, i był psem - na dodatek kryształowym. A brakowało tak niewiele, żeby to wszystko stracił. Anonim, który przyszedł wiosną, spowodował niezłe zamieszanie. Karol Śledź, zastępca naczelnika BSWP, zareagował ostro i natychmiastowo. Posprawdzał to, co mógł posprawdzać, wezwał Drivera na rozmowę, a na koniec dał mu do wypełnienia jakieś dodatkowe oświadczenie dotyczące posiadanego majątku. Driver wpisał w odpowiedniej rubryce Evo i postawił kropkę. Nie miał mieszkania, obligacji ani oszczędności, a inne cenne dla niego rzeczy - czyli praca i syn - nie mieściły się w definicji majątku. Śledź przestudiował uważnie wszystkie rubryki i odetchnął z ulgą, jakby liczba posiadanych przez policjanta aut miała być wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w działalność przestępczą.

Domyślał się, kto strzelał na oślep oskarżeniami, ale zachował to dla siebie. Na razie wszystko rozeszło się po kościach. Odzyskał zaufanie przełożonych i mógł wrócić do służby. W końcu zemsta najlepiej smakuje na zimno.

- Gdzie jest, kurwa, moje mleko?!

Głos wkurzonej Zofii uświadomił Driverowi, że właśnie wkroczył do Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Odruchowo spojrzał w stronę, z której dobiegł krzyk - i to był jego błąd. Przy otwartej lodówce stała najostrzejsza kobieta, jaką znał. Nie zaglądała jednak do środka, tylko rozglądała się w poszukiwaniu ofiary.

- Driver! To na pewno ty! - wycedziła przez zaciśnięte zęby i oskarżycielsko wycelowała w niego palec.

- Żałuję, ale muszę cię rozczarować. Od tygodnia jestem na detoksie.

- W dupie mam twój detoks! Odkupujesz mi mleko, ty obślizgła formo życia!

- Nie pijam kawy. Ale jak podpatrzę, kto to robi, to bezzwłocznie cię zawiadomię. Albo napiszę anonim - dodał złośliwie, po czym, nie czekając na reakcję Zofii, ruszył do swojego pokoju.

Podczas wiosennej akcji zrozumiał, że podstawowym narzędziem pracy każdego kryształowego były, są i będą anonimy; nie tylko jako forma wprowadzania w obieg informacji niejawnych, ale również jako broń przeciwko innym kryształowym. Wcześniej myślał, że elita walczy tylko ze skorumpowanymi gliniarzami, ale w końcu odkrył, że walczyła również sama ze sobą.

***

Wezwanie wsparcia i zaparkowanie nie zajęło mu wiele czasu, ale kiedy ruszył w las, nie miał pewności, czy biegnie w dobrą stronę, bo nie widział już ani poszukiwanego, ani Honoraty. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Dopiero gdy padł strzał, ustalił odpowiedni kierunek.

Po kilku minutach biegu dostrzegł partnerkę w oddali. Siedziała skulona na ziemi. Wzmógł czujność i ruszył w jej kierunku. Powinien robić to bezszelestnie, by nie zdradzić swojej obecności, ale trzaski nadepniętych gałęzi to uniemożliwiały. Zatrzymał się na chwilę i wytężył słuch. Jeśli uciekinier gdzieś się czaił, to musiał stać nieruchomo. Musnął palcem język spustowy Glocka.

Od Honoraty dzieliło go coraz mniej drzew. Widział już jej profil. Zakrywała twarz dłońmi i głośno dyszała.

- Gdzie jest? - spytał ściszonym głosem.

Nawet nie podniosła głowy, tylko wyciągnęła rękę, wskazując kierunek. Kilka metrów dalej leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Endriu podszedł i sprawdził puls oraz oddech, ale nic nie wyczuł. Spojrzał na klatkę piersiową.

- Kula weszła w okolicach serca. Trup - oświadczył, ale na wszelki wypadek kopnął broń, która znajdowała się zbyt blisko ręki mężczyzny. - Honia, nic ci nie jest?

Westchnęła głośno. Endriu przykucnął przy niej i złapał ją za dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej nie widział jej takiej przerażonej, a przecież niejedno przeżyli przez te wszystkie lata.

- Honia! Mów do mnie! Mów!

Spojrzała na niego załzawionymi oczami.

- Goniłam go. Zatrzymał się, a ja dobiegłam. Nie chciał się położyć na glebę i nie współpracował. Zrobiłam krok w jego stronę, żeby go obezwładnić, a wtedy się na mnie rzucił.

Endriu dopiero teraz zauważył, że miała na twarzy czerwone ślady po zadrapaniach.

- Walczyliśmy. Był silny. Cholera, Endriu!

Na usta cisnęło mu się pytanie: "Po chuj rzuciłaś się za nim sama?", ale to nie był dobry moment na takie ustalenia.

- Walczyliście. I co dalej?

- Udało mi się go odepchnąć... Upadł. Sięgałam po broń, którą mi wcześniej wytrącił... Wycelował we mnie. Miał swoją. Nie było wyjścia. Musiałam strzelić... Musiałam się bronić! Przecież nie jestem sama, mam Magdę! Nie mogłam ryzykować!

Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś biegł w ich stronę.

- Przestań. - Puścił jej dłonie. - Weź się w garść. Nic takiego się nie stało. Tak wygląda nasza służba. Czasem robimy to, co trzeba, nie to, co chcemy. - Poklepał ją po ramieniu.

- Endriu... - Spojrzała na niego błagalnie. - Wyjebią mnie z firmy!

- Wytłumaczysz się, a ja wszystko potwierdzę.

- Nie o to chodzi.

- A o co?

- Wczoraj piłam, i to długo. Właściwie do rana. Godzinę temu miałam jeszcze promil. Zaraz przyjedzie wydział kontroli, prokurator. Każą mi dmuchać. Wylecę na zbity pysk. Zostaniemy z Magdą na lodzie. Cholera, mogłam dać się zastrzelić, przynajmniej miałaby po mnie emeryturę!

***

Wszyscy zaczęli się zbierać na korytarzu. Zbliżała się ósma. Zofia wychyliła się ze swojego pokoju i postanowiła wykorzystać okazję. Podeszła do lodówki, mijając dwóch dochodzeniowców, zajrzała do niej, po czym głośno trzasnęła drzwiami i zaczęła wyrzucać z siebie poranną złość:

- Złodziejstwo się szerzy, kurwa! Nie kielcz się, Bolo! To mało śmieszne jest! Złodziejstwo dotarło do struktur tak elitarnych jak nasze biuro i na dodatek zbiera coraz większe żniwo! Na serio żal wam tych pięciu zyli na własny kartonik mleka?! Musicie korzystać z mojego?! Ktoś kradnie już nie tylko mleko, ale i jedzenie! Włożyłam tu wczoraj kawałek ciasta! To jest, kurwa, nie do pomyślenia! Zamontuję kamery i złapię chuja za rękę, a potem mu ją urżnę!

- Raczej odgryziesz...

Nie wiedziała, z czyich ust padł złośliwy komentarz, udała więc, że go nie słyszała.

- Kto zjadł ciasto?! - Po kolei mierzyła ich wzrokiem.

- Jakie ciasto?

- Co?

- Na mnie nie patrz.

Sytuacja jej nie sprzyjała. Stanęła sama przeciwko grupie. Jedna kobieta kontra dziesięciu facetów. Mieli z niej ubaw. Na korytarzu nadal była dla nich tylko blondynką, kumpelą z firmy. Zapominali o należnym jej szacunku. Musiała im o tym przypomnieć, dlatego błyskawicznie zmieniła plan. Zamiast wykładu postanowiła dać im nauczkę.

- Kto zjadł pleśniak, który był wczoraj lodówce? - spytała ponownie.

- Zośka, spleśniałych rzeczy nie chowamy do lodówki, tylko wywalamy do kosza - rzucił ktoś, a reszta zarechotała.

- Cieszę się, że jest wam do śmiechu! Ciasto, które również zginęło, było niespodzianką dla złodzieja. Mam nadzieję, że mu smakowało. Specjalny przepis z polewą ze spermy. - Spojrzała na twarze kolegów, którym zrzedły miny.

- Skąd ty miałaś spermę? Z banku? - Kardasz wciąż uśmiechał się głupkowato.

Spojrzała na zegarek. Ósma trzy.

- Zbierać dupy, zaczynamy odprawę - oznajmiła władczo i ruszyła, głośno stukając obcasami.

Driver wychylił się z pokoju, który do niedawna był także jej. Posłała mu złowieszcze spojrzenie i pomaszerowała do siebie.

- Pani Sabino! - wrzasnęła na sekretarkę Śledzia. Uznała, że jeśli naczelnika nie ma dziś w biurze, Sabinka musi się nudzić. A skoro się nudzi, to z radością spełni jej zachcianki. - Pani skoczy do piekarni, tej na Dąbrowskiego. Mam ochotę na torcik węgierski. Pani kupi, migusiem!

Rozkoszowała się swoją pozycją. Kilka miesięcy temu, kiedy wchodziła do gabinetu zastępcy naczelnika, była zmuszona patrzeć na te jego beznadziejne rybki. Teraz wchodziła do siebie. Zamiast obleśnego akwarium z bezmyślnymi stworami miała ogromny plakat z wymarzonym modelem Harleya. Zamiast smrodu spoconego wieprza czuła subtelny zapach swoich kobiecych perfum. Zamiast czekać na pozwolenie, to ona decydowała, kto i kiedy może mówić.

Była z siebie dumna. Dokonała niemożliwego: zajęła fotel zastępcy naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ona, skromna Zofia Mazur z małego miasteczka pod Poznaniem, najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Trzęsła teraz nie tylko całym BSWP, ale właściwie całą poznańską psiarnią.

Zazgrzytała zębami na myśl, że jej jurysdykcja najwyraźniej nie obejmowała lodówki.

***

- A wy, kurwa, co? Piknik sobie zrobiliście w środku lasu?

Zza drzew wyłonili się Michał Iwański i Maciej Barczak, dwaj fusze z wydziału Endriu i Honoraty. Obaj mieli na sobie cywilne ubrania i jak zwykle uśmiechali się głupkowato. Kiedy pojawili się w wydziale dwa lata wcześniej, Honorata wzięła ich pod swoje skrzydła. Zawsze matkowała nowym. Mówiła, co i jak robić, żeby było im łatwiej, z kim nie zadzierać, a dla kogo mieć serce na dłoni.

- No cześć. - Endriu machnął do nich ręką. - Piknik, kurwa. Jednemu się nudziło, więc wyciągnął nogi. Ale macie wyczucie, przyjechaliście już po imprezie.

- Kórnik był zajęty, a my akurat byliśmy w okolicy. - Maciej zauważył zwłoki. - Co się stało?

- Jechaliśmy pogadać z podejrzanym, ale spierdolił, gdy tylko zobaczył radiowóz. Na pełnej kurwie przeleciał przez Starołęcką, wleciał w Głuszynę i rozpierdolił się na drzewie, ale widać nie do końca, bo przeżył. Zwiał w las. My za nim. W pewnej chwili ten chuj jebany się zatrzymał i rzucił na Honię. Musiałem zareagować, bo zaczął machać pukawką.

- Zgłosiłeś już? - spytał Michał.

- Właśnie zgłaszam. - Endriu próbował wyciągnąć komórkę z kieszeni.

Sceneria była groteskowa. Nad nim sielanka: bezchmurne niebo, wierzchołki drzew i trele ptaków. Przed nim gęby kumpli, które znał na pamięć. Oglądał je w bardzo różnych okolicznościach przyrody: w pijackich melinach, policyjnych pokojach, zaułkach blokowisk i otwartych przestrzeniach przy Warcie. W lesie jeszcze razem nie byli.

Spojrzał na ziemię. Teraz do sielanki i codzienności mógł dołożyć scenę rodem z Kołysanki, czarnej komedii Machulskiego. Trzy pary nóg, ich właściciele dyskutujący o głupotach i zwłoki leżące na leśnym runie.

Tylko trzy pary, bo Honorata trzymała się z boku. Endriu wiedział, że jego partnerka potrzebuje kilku chwil, by wziąć się w garść.

- Impreza bez, kurwa, pawulomenów? - Michał splunął.

- Po chuj zmarłemu ratownicy? - Endriu spojrzał zdziwiony. - Miał gościu niefart, co nie? Był w ruchu, przyjął kulkę nie tam, gdzie trzeba. A krzyczeliśmy z Honią, żeby stał. Zatrzymałby się, to co najwyżej miałby dziurę w ramieniu.

Michał wyszczerzył zęby i pokiwał głową. Maciej wyglądał na szczerze zmartwionego. Marszczył czoło i wykrzywiał usta.

- No to cię przetrzepią! - sapnął w końcu. - Miałem tak samo na rok przed przyjściem do was. Kurwa, stary! Karetkę wezwij i udawaj reanimację. Ostrzegawczy był?

- Gdyby chuj rzucił się do twarzy twojego partnera, zacząłbyś od gry wstępnej? - Endriu zaczynała denerwować ta sztuczna wesołkowatość.

Nie wiedział, co było, a czego nie było. Wziął to na siebie, żeby zaoszczędzić przyjaciółce problemów. Ona też pomogła mu wiele razy. Skoro powiedział "A", musiał teraz bez wahania recytować kolejne litery alfabetu.

- Na mnie by się nie rzucił. Zbyt groźnie wyglądam - żartował dalej Michał. - Bez urazy, Honoratka. Ja od zawsze mówię, że w policji kobiety powinny za biurkiem siedzieć i co najwyżej telefony odbierać.

Honorata się ocknęła. Spojrzała na Michała tak, że najpierw opadły mu kąciki ust. Radosne iskierki z oczu zniknęły, gdy ruszyła w jego stronę.

- Żartowałem przecież! - próbował się bronić.

Zatrzymała się na wyciągnięcie ramion od Michała i warknęła:

- Pokaż mi swoją broń.

- Honorata, ale...

- POKAŻ!

Michał posłusznie sięgnął do kabury, a wtedy Honorata złapała jego prawą dłoń, w której znalazł się Glock, odbezpieczyła go, wycelowała w ziemię i jego palcami nacisnęła spust.

- Był. Ostrzegawczy był. Oddałeś go od razu, gdy tu dobiegłeś. Siedzimy w tym razem. - Spojrzała najpierw na Michała, potem na Macieja, a ostatnie spojrzenie posłała Endriu.

Rozdział 2

- Tak, ma się rozumieć.

Zofia stała przy oknie, ale nie patrzyła na to, co działo się przed budynkiem komendy. Cieszyła oczy widokiem gabinetu. Kubek na biurku i Harley na ścianie. Oryginalny stojak z kolorowymi długopisami. Świeczka o zapachu zbliżonym do jej perfum.

To było jej miejsce: niezaprzeczalnie kobiece, nieszablonowe, mocne i niejednoznaczne. Przebywanie w nim dodawało jej siły i pozwalało znosić sytuacje takie jak ta. Ze smartfona, który trzymała przy uchu, płynął podniesiony głos dyrektora BSWP z Warszawy.

- Oczywiście. Rozumiem - przytakiwała posłusznie. - Zaraz się do tego zabieramy.

Dzięki awansowi zyskała władzę i przywileje, ale nadal musiała słuchać poleceń przełożonych. To był dla niej największy minus tkwienia w policyjnej strukturze... i zarazem traktowała to jako motywację, by piąć się na szczyt i ograniczyć do minimum liczbę osób, które miały prawo nią dyrygować.

- Źle się zrozumieliśmy. Nie zaraz, już. Już się tym zajmuję.

Odłożyła telefon, zamknęła oczy i wzięła trzy głębokie oddechy. Agresja, która wlała się do jej ciała przez ucho, wzbierała na sile. Nawet nie zamierzała jej wyciszać. Powoli wyciągnęła dłoń w stronę telefonu stacjonarnego. Najpierw pogładziła słuchawkę, a później złapała i zdecydowanym ruchem wybrała odpowiedni numer.

- DRIVER?! ZA PIĘĆ SEKUND U MNIE! - wydarła się i zakończyła połączenie.

Zwichrzyła grzywkę. Wstała i ponownie usiadła na fotelu, tym razem w pozycji bardzo niewygodnej, ale bardzo dobrze wyglądającej. Skończyła się mościć akurat w momencie, gdy wezwany podwładny wpadł do gabinetu.

- Co jest?

Kilka miesięcy służby w jednym pokoju sprawiło, że znała nie tylko jego zwyczaje, ale i wszystkie miny. Przymrużone oczy i mięsień drgający na prawym policzku świadczyły o tym, że oderwała go od czegoś ważnego.

- Drzwi! - warknęła.

Westchnął ciężko, cofnął się, by wykonać polecenie, po czym podszedł do jej biurka i usiadł.

- Nie czuj się zbyt wygodnie! - Pokazała mu gestem, że ma wstać. Nie zareagował, więc zamilkła, wpatrując się w niego z wyrzutem. Odezwała się dopiero wtedy, kiedy Driver przewrócił oczami i wstał. - Jakiś krymek chyba zbyt dużo grał na konsoli i pomylił podejrzanego z zombie, kurwa mać. Masz nową sprawę. Krymki mieli zrobić przesłuchanie, a zrobili noc trupów, i to wcale nie żywych.

- Trupów? To ilu jest zastrzelonych?

- Jeden, ale cywil, więc aż za dużo. Wydział kontroli oczywiście się tym zajął, ale podobno wersja fuszy nie zgadza się z wersją świadka. Góra ma sraczkę, bo media robią nam czarny pijar. Że jesteśmy jak ZOMO i zabijamy niewinnych. To sprawa na wczoraj.

- Dobra, zajmę się tym.

- Nie pytam, czy się zajmiesz. Zajmiesz się, bo ja ci...

- Zajmę się - wtrącił, bezczelnie wchodząc jej w słowo - jak tylko skończę raport.

- Gówno skończysz! Jedziesz! Teraz! Już! Wynocha!

***

Hubi uchylił drzwi i spojrzał na siedzącego przy biurku przełożonego.

- Mogę?

- Czego? - Naczelnik wydziału narkotykowego odwrócił głowę od komputera.

Hubi uznał to za odpowiedź twierdzącą. Pewnie wszedł do środka, chociaż wiedział, że ciąg dalszy nie będzie już tak łatwy. Milczał i nadrabiał miną. Zmierzał w kierunku biurka z wyciągniętą ręką. Musiał wyglądać jak młodziak, któremu matka kazała wyrzucić do śmieci pełną pieluchę.

- Czy to jest to, o czym myślę? - Przełożony się skrzywił.

Niemal równocześnie spojrzeli najpierw na zadrukowaną kartkę, którą trzymał Hubi, a później sobie w oczy. Hubi starał się zachować spokój. Nie chciał się zatrzymywać, nie chciał niczego tłumaczyć, nie chciał udzielać odpowiedzi, którą znali, zanim padło pytanie.

Bał się. Najzwyczajniej w świecie trząsł portkami, z niesmakiem zauważając, że z całej palety dostępnych emocji strach był jedyną, którą jeszcze odczuwał. Lubił nazywać się twardzielem, ale tylko wtedy, gdy sporadycznie zbierał się na odwagę, by spojrzeć prawdzie w oczy. To nie był pancerz ochronny - tylko depresja.

Kartka trafiła na biurko.

- Raport o zwolnienie ze służby? Kurwa, Hubi! Spierdalaj i wsadź to sobie w dupę.

- Nie ma mowy. Podjąłem decyzję. Proszę o pokwitowanie na kopii z dzisiejszą datą.

Gdyby miał dobry humor, śmiałby się z samego siebie. Owszem, decyzję o odejściu z policji podjął kilka miesięcy temu. Bezzwłocznie poinformował o niej przełożonego.

- Tylko ja mam pieprzone déja vu?! Kurwa, Hubi! Serio jest na to czas? Przecież wiemy, jak to się skończy.

- Zamknąłem wszystkie sprawy, tak jak się umawialiśmy. Mówiłeś, że jak posprzątam ten bałagan, to mogę złożyć raport.

- Hubi, no kurwa! Znam cię i wiem, że kochasz tę robotę.

Westchnął ciężko. Oczywiście, że ją kochał. Był jednak jak filmowy Karol, w którego mieszkaniu nagle zjawiają się wszystkie jego kobiety. Ukręcił na siebie bat i jeśli chciał żyć, musiał się ewakuować.

- Jestem stary, wypalony. Od lat cierpię na depresję. Czas, kurwa, pomyśleć o zdrowiu - wyrecytował.

Sam nie wierzył w to, co mówił. Nie wyobrażał sobie życia bez depresji. Miałby się cieszyć, że świeci słońce? Zachwycać się, że udało mu się wjechać na skrzyżowanie na żółtym świetle? Nie! Nie myślał o zdrowiu ani życiu. Chciał spokoju.

- Dam ci urlop. Od dziś. Ile chcesz? Miesiąc? Dwa?

- To jest raport. Nie, kurwa, prośba o urlop.

- Zabieraj! Nie pokwituję tego.

- Gówno mnie to obchodzi. A poza tym dziś muszę wyjść wcześniej. Pogrzeb mam.

***

Sierżant Michał Iwański w dwóch zdaniach opowiedział o strzelaninie w środku lasu. Driver nie pytał jednak o streszczenie. Tylko pełna wersja mogła stanowić dobry punkt zaczepienia w sprawie, którą wcisnęła mu Zofia.

- Tak właśnie było.

- Czyli jak?

- Tak, jak mówią koledzy i koleżanka. - Iwański posłał mu cwaniacki uśmiech.

Driver odpowiedział tym samym. Mieli sprzeczne interesy. W takich sytuacjach przesłuchiwani policjanci zawsze trzymali się jednej wersji, co było o tyle śmieszne, że przecież nigdy nie jest tak, że cztery osoby uczestniczące w zdarzeniu zapamiętują je identycznie. Mają różną perspektywę - a to z racji miejsca, w którym się znajdowali, a to z racji życiowych doświadczeń, a to nawet z racji tego, którą nogą wstali danego dnia.

- Rozumiem. Nie rozmawiałem jeszcze z nikim z waszej ekipy. Będę wdzięczny za pełne informacje. Chyba że ma pan coś do ukrycia? - Driver spojrzał podejrzliwie na rozmówcę.

- Co też pan?! - oburzył się policjant. - Od początku?

- Poproszę.

Iwański był niższy od Drivera o głowę i miał brzuch wielkości sporej piłki lekarskiej. Nie nosił obrączki, a jego przydługie i niezadbane włosy mogły świadczyć o tym, że albo jest starym kawalerem, albo kobieta, z którą mieszka, już dawno przestała go zauważać.

- To chwilę zajmie - mruknął niezadowolony i się rozejrzał. - Może gdzieś usiądziemy? - spytał.

Stali na korytarzu komisariatu przy ulicy Polanki. Rzeczywiście nie było to dobre miejsce na prowadzenie takiej rozmowy, ale Driver najpierw chciał zaatakować znienacka, a dopiero później zaprosić uczestników zdarzenia na oficjalne przesłuchanie. Policjant zajrzał do najbliższego pokoju. Był pusty, więc weszli do środka, ale nie usiedli.

- Wracaliśmy z czynności na Głuszynie, gdy dyżurny powiedział, że jest potrzebna pomoc w pościgu. Dotarliśmy na miejsce. Auto Endriu i Honoraty stało na poboczu. Seat Toledo wbił się w drzewo. Wbiegliśmy do lasu.

- Gdzie dokładnie?

- Obok auta była dróżka. Uznałem, że kierowca auta pobiegł właśnie tamtędy. Nie miał dużego wyboru. Po drugiej stronie też był las, ale ogrodzony drutem kolczastym. Nie ładowałby się tam po kolizji.

- Wbiegliście. I co?

- I dołączyliśmy do pierwszej pary w momencie, w którym dobiegli do poszukiwanego. Gość trzymał pukawkę. Endriu puścił regulaminową gadkę. Gość musiał być zdesperowany, bo rzucił się na Honoratę.

- Dlaczego na nią?

- A bo ja wiem? - Wzruszył ramionami. - Stała najbliżej. Może chciał się nią zasłonić albo co? Endriu wrzeszczał: "Policja, na ziemię, rzuć broń!". Facet nie reagował. Wrzasnąłem regulaminowe "Policja! Stój, bo strzelam!". Wezwanie okazało się nieskuteczne, więc oddałem strzał ostrzegawczy w bezpiecznym kierunku. Wykorzystanie środków przymusu bezpośredniego w tej sytuacji nie było możliwe. Przestraszył się strzału i puścił Honoratę, która upadła.

- Dlaczego nie powalił go pan na ziemię?

- Mówiłem, że nie mogłem. To był zamach na życie policjantki. Policjantów właściwie, bo po ostrzegawczym gościu chciał wycelować we mnie. Wtedy strzelił Endriu. Gdyby nie on, moglibyśmy nie gadać. Notatkę sporządziłem. Przystąpiłem do reanimacji. Z psychologiem gadałem.

***

- Proszę bardzo, dla pana z mleczkiem. - Natalia Kuśmierczyk wróciła z tacą i postawiła przed Driverem filiżankę.

Ten przyjrzał się kobiecie. Szczupła, jakiś metr siedemdziesiąt wzrostu. Ciemne włosy sięgające ramion kontrastowały z bladą twarzą. Naturalne, nieprzedłużane rzęsy, zmarszczki na czole i czerwone plamy na policzkach świadczyły o tym, że nie jest fanką makijażu. Szare ubranie - materiałowe luźne spodnie i rozpinany sweter - ukrywało jej figurę. Wyglądała jak tysiące innych kobiet zbliżających się do pięćdziesiątki. Zupełnie jakby sama już dawno zapomniała, że w ogóle jest kobietą. Jedynie paznokcie pomalowane na neutralny beżowy kolor zdradzały, że mimo wszystko nadal o siebie dba.

- Pije pan z cukrem?

- Tak, poproszę.

Natalia uśmiechnęła się przepraszająco i wybiegła do kuchni. Jeśli Driver miałby określić ją jednym słowem, to idealne byłoby niemieckie Hausfrau. Nie gospodyni domowa, lecz kobieta domowa; taka, której priorytetem są domownicy, ognisko domowe i sam dom. Kobieta, która uznaje za niewybaczalny błąd polegający na zaledwie zapomnieniu o postawieniu cukierniczki na tacy.

- Już jestem. Przepraszam! - kajała się Kuśmierczyk.

- Nie szkodzi. - Driver uśmiechnął się wymuszenie. - Pani Natalio, proszę opowiedzieć mi o wtorkowym popołudniu.

- Wtorkowym? - Spojrzała na niego przerażona.

- Proszę usiąść - nakazał łagodnie. - Rozmawiała pani z dziennikarzem.

- Ach, to! - Przewróciła oczami. - Wie pan co? Gdybym wiedziała, że to tak będzie, to z nikim bym nie rozmawiała! Poza tym to nie był dziennikarz, tylko zwykły facet, który nagrywał wszystko komórką.

- Wywołała pani prawdziwą medialną burzę.

- O tym właśnie mówię. Opowiedziałam jednemu facetowi, co słyszałam, a zrobiła się taka afera, że aż na przesłuchanie mnie wezwali, a teraz przysłali pana. Mam tego dość. To wstyd jest, proszę pana! Sąsiedzi przecież mają oczy i uszy. Będą gadać. Jeśli chce mnie pan prosić, żebym wycofała zeznania, to chętnie to zrobię. Mój mąż jest dorosły i rozumie, ale dzieci...

Driver spojrzał na zdjęcia wiszące na ścianach. Wszystkie przedstawiały roześmianą rodzinę dwa plus dwa na przestrzeni kilkunastu lat. Dorośli się starzeli, a dzieci dorastały.

- Ile mają lat? - spytał, bo na niektórych fotografiach chłopiec nawet przerastał matkę.

- Kamil siedemnaście, a Zuza piętnaście i pół.

- To nie są takie małe. Rozumieją. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to będzie jedna z ostatnich rozmów z policją. To znaczy ze mną. Proszę mi jeszcze raz opowiedzieć, tak na spokojnie, co pani wie.

- No właśnie nie wiem nic. Nie widziałam nikogo i niczego. Po prostu jechałam tamtędy i zatrzymałam się na papierosa. Nie palę w aucie, więc gdy zobaczyłam zjazd do lasu, wjechałam i wyłączyłam silnik.

- Mam przyjaciela, który pali od dwudziestu lat. - Driver pokiwał głową ze zrozumieniem. - A pani od ilu? - spytał, uważnie obserwując reakcję. Wiedział, że gdyby była nałogową palaczką, miałaby charakterystyczne zmarszczki nad ustami.

- Od dziesięciu.

- Dobrze pani wygląda jak na taki staż w truciu się - zażartował. Nie uwierzył jej.

- Bo nie palę w domu. Mąż nie lubi. W aucie też nie palę.

- W porządku. Zatrzymała się pani na papierosa. Co było dalej?

- Usłyszałam strzał. Nie bardzo blisko, ale słyszałam wyraźnie. Rozglądałam się dłuższą chwilę. Wie pan, bałam się trochę, bo jednak byłam sama w lesie, a tu gdzieś miał grasować jakiś, pożal się Boże, pijany myśliwy... albo gorzej, naćpana młodzież! Nie czułam się bezpiecznie, ale nie słyszałam żadnych kroków, nic takiego. Więc dopaliłam papierosa i wtedy usłyszałam drugi strzał. Tak jak zeznałam, minęło pewnie z dziesięć minut. Na pewno nie mniej niż osiem.

- Skąd ta pewność?

- Bo spoglądałam na zegarek. Po pierwszym strzale była szesnasta piętnaście, może dwadzieścia. Drugi padł kilka minut później, już po wpół do piątej.

- Co pani zrobiła po drugim strzale?

- Wsiadłam do auta. Posiedziałam chwilę, żeby się uspokoić. Bo wie pan, ja naprawdę się zdenerwowałam. Nie lubię przemocy, a pomyślałam sobie, że dwa strzały to już ewidentnie myśliwy. Chciałam odjechać, ale przy głównej drodze stał człowiek. Pytał, czy wiem, co się stało, bo kawałek dalej widział auto wbite w drzewo, ale nie znalazł w nim kierowcy.

Z policyjnych akt Driver wiedział, że mężczyzna, który rozmawiał z Natalią, wcześniej nakręcił filmik z rozwalonym Seatem w roli głównej. Swoje dzieło przesłał na e-mailową skrzynkę kontaktową pewnej telewizji. Dziennikarze połączyli fakty i szybko wypuścili w eter wiadomość, że wersja policji nie zgadza się z wersją świadka.

- Jaki jest pani stosunek do policji? - Driver nagle zmienił temat, co Natalia Kuśmierczyk przyjęła z wyraźną ulgą.

- Do policji? Taki sam jak jej stosunek do mnie. - Uśmiechnęła się.

- To znaczy?

- Jest pan dla mnie miły, więc poczęstowałam pana kawą. A właśnie, mam jeszcze ciasto, sernik domowej roboty. Że też go nie podałam! Bardzo pana przepraszam, zaraz przyniosę. Musi pan koniecznie spróbować!

***

W głowie Hubiego pojawiła się myśl, że za kilkanaście lat pogrzeby zaczną się odbywać online, bo ludzie nie będą mieli ani czasu, ani ochoty, żeby uczestniczyć w tak nudnych i długich ceremoniach. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że instagramowe narcyzy, egoistyczne korpoludki i ekoświry skupione jedynie na własnym rozwoju będą w stanie poświęcić półtorej godziny, by towarzyszyć komuś w ostatniej drodze. Świat schodził na psy.

Rozejrzał się. Garstka osób żegnająca żonę Mikiego należała do pokolenia, które potrafiło w ciszy znosić niedogodności i rozumiało, że pewne rzeczy robi się tak po prostu. Bo wypada, bo trzeba, bo inaczej nie można.

- Zobacz, jak on wygląda. Załamał się chłop. A ta baba, co idzie obok niego, to kto? - Kobieta za jego plecami ewidentnie przyszła pooglądać i pokomentować. - Biodro mnie już boli! Stefan! Nie tak szybko!

Nie znał ani tej kobiety, ani Stefana. Nie znał nikogo z rodziny oprócz córki Mikiego, która przyleciała z Londynu specjalnie po to, by stanąć z ojcem w pierwszym rzędzie. Chociaż właściwie jej też nie znał. Pamiętał ją jeszcze jako pryszczatą szesnastolatkę. Dziś obok smutnego i zmęczonego Mikiego szła kobieta zadbana i elegancka.

Karawan lawirował między alejkami, jakby liczył, że uda mu się zgubić wszystkich żałobników. Z głośnika ustawionego obok trumny wydostawała się zapętlona muzyka stosowna do okoliczności: Marsz żałobny Chopina. Im dłużej Hubi się w nią wsłuchiwał, tym więcej radosnych nut zauważał.

Cmentarz na Junikowie miał ponad dziewięćdziesiąt hektarów, a przebyty już dystans sugerował, że Irena zostanie pochowana na samym końcu nekropolii. Zanim umarła, przeczołgała Mikiego, a teraz przeczołgiwała wszystkich, którzy odważyli się towarzyszyć jej w ostatniej drodze.

***

Bolało. Świeży tatuaż na łydce nadal był zaczerwieniony i wrażliwy na dotyk. Driver delikatnie posmarował go maścią i spojrzał w lustro. Twarz dziewczyny z rozwianymi włosami została stworzona wyrazistą kreską. Uwagę przykuwały usta: duże, mięsiste i seksowne. Dokładnie takie same jak usta, które jeszcze czasami wracały do niego w snach.

Trzy dni wcześniej, gdy leżał w gabinecie u tatuażysty, puścił śpiewkę, że ten rysunek po prostu mu się podoba. Prawda była jednak taka, że jego ciało od dawna służyło mu za album, w którym kolekcjonował różne chwile: i dobre, i złe.

Akurat ta była zła.

Znajomość z Paulą Stoparek przyniosła mu wiele niespodzianek i zaskoczeń. Wcześniej nie wiedział, że kobiety mogą być takie same jak mężczyźni - konkretne, zdecydowane i bezpruderyjne.

Telefon zawibrował, a Driver oderwał spojrzenie od lustra. Odebrał i od razu włączył tryb głośnomówiący.

- Co jest?

- Driver, kurwa, spóźnię się! - Przepraszający głos Kardasza wypełnił mikroskopijną łazienkę. - Miałem małe hopki, opowiem ci później. Dopiero wskakuję pod prysznic.

- Spoko. Ja właśnie wyszedłem.

- Ile będziesz jechał? Ja wezmę taksę, ale...

- Wyluzuj. Spod prysznica dopiero wyszedłem, więc nie masz dużego opóźnienia.

- Aaa, to znaczy, że będę musiał na ciebie czekać, pięknisiu. Ruchy, kurwa! Dupy czekają! - Kardasz się roześmiał i rozłączył.

Driver wrócił do swojego lustrzanego odbicia i na przekór kumplowi postanowił przez dłuższą chwilę napawać się własnym wyglądem; widział umięśnioną klatkę piersiową, dobrze zbudowane ręce, płaski brzuch z zarysowanym sześciopakiem i nogi, nad którymi ostatnio pracował.

Uniósł jedną i oparł o muszlę klozetową. Musiał założyć opatrunek na świeży tatuaż, zanim przykryje go spodniami. Jeszcze raz spojrzał na usta - te Pauli. Chciał pamiętać zarówno o nich, jak i o niej.

- To było coś zajebistego - powiedział do siebie. - Tak zajebistego, że nie ma szans, by się powtórzyło. Kiedykolwiek i z kimkolwiek.

Jednocześnie chciał po prostu zapomnieć. Paula zakończyła ich znajomość bez słowa wyjaśnienia. Sprawiła, że poczuł się jak śmieć.

Dziewczyna z jego łydki nie miała oczu, żeby Driver zawsze pamiętał, że kobiecie idealnej zabrakło odwagi, by powiedzieć mu właśnie prosto w oczy, że to koniec.

***

- Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. - Miki powtórzył słowa, które utkwiły mu dziś w głowie, i odstawił butelkę na podłogę.

Pierwsze trzy czwarte opróżnili w imponującym czasie trzydziestu minut. Miki był spragniony po tych wszystkich uściskach dłoni i żałosnych spojrzeniach towarzyszących kondolencjom. Hubi zmęczył się tym chodzeniem i czekaniem, aż niektórzy zrozumieją, że żadnej stypy nie będzie.

- I chuj mnie to. - Hubi wzruszył ramionami.

O wiele mocniej interesowało go, co będzie dalej. Nie w sensie życia pozagrobowego, ale bardziej krótkookresowo: co będą dalej pili. Zerknął na stojącą między nimi ławę i z zadowoleniem odnotował, że stała na niej druga butelka.

- Ale ile się w tym prochowym międzyczasie nadegustujesz, Hubi, to twoje!

- Twoje zdrowie, Miki!

- Nie! Zdrowie mojej... mału... mau... - Mężczyzna walczył z niesfornym językiem. Marszczył czoło i skupiał się, by wypowiedzieć słowo, które nie mogło przejść mu przez gardło. - Mojej mał... mał-żo-nki! Ireny!

- Niech żyje nieboszczyk! - Hubi zarechotał. - Masz jakieś mięcho?

- Weź zajrzyj do lodówki. Siostra Ireny przywiozła kiełbę ze świniobicia. Czujesz to, kurwa?! Zabili świnię z okazji śmierci członka rodziny! Dobrze, że świnie nie mogą się zrewanżować!

Miki śmiał się w głos, gadając do siebie. Hubi udał się do kuchni, gdzie przeprowadził metodyczne przeszukanie lodówki. Znalazł smalec, jajko, słoik z dwoma ogórkami i siatkę pełną mięsa. Najpierw włożył palce do naczynia i przez krótką chwilę walczył z ogórkiem konserwowym, który - niczym przestępca - nie chciał dać się złapać. W końcu wsadził go do ust i zajrzał do siatki. Błyskawicznie ustalił miejsce położenia kiełbasy. Oderwał pęto, zamknął lodówkę i ugryzł - najpierw ogórka, potem kiełbasę. Ta smakowała wybornie.

- Weź, co to za jebane zwyczaje?! Jedni z pogrzebu wracają z urną, no wiesz, z prochami, a ja z siatkami pełnymi mięcha! - wydzierał się Miki.

- Bo Ireny nie skremowali - odpowiedział głośno Hubi, opuszczając kuchnię. - Chcesz?

Kiełbasa zbliżyła się do twarzy Mikiego. Mężczyzna łapczywie odłamał kawałek i wgryzł się w niego, jakby nie jadł przez kilka dni.

- Siadaj, kurwa, na dupie, bo łazisz i łazisz, a wódka stygnie. O zmarłych źle się nie mówi, no ale kurwa, dobrze się stało. Ostatni rok był dla mnie wykurwiście trudny.

- Wiem, stary, wiem. Miałeś przejebane.

Niemal jednocześnie wyciągnęli ręce po kieliszki, po czym wlali ich zawartość do gardeł. Hubi sięgnął po szklankę z colą, a Miki od razu zaczął polewać drugą kolejkę.

- Widziałem, że uciekasz z domu.

- Życie jest, kurwa, do dupy. Kochałem ją kiedyś, wiesz? - Głos Mikiego się załamał. - Była najza... najzabi... najbardziej zajebistą laską, jaką znałem.

- Nadal ją przecież kochasz. Po swojemu.

- Jasne, kurwa, tylko że jest ogromna różnica pomiędzy tą miłością na początku, gdy byłem w stanie zrobić dla niej wszystko. Gdy jej spojrzenie, uśmiech czy całus były najlepszą nagrodą. Ja pierdolę! Pamiętasz, że do niej strzeliłem?

- Wkurwiła cię.

- Wkurwiała. - Miki otrząsnął się z obrzydzeniem. - Nie raz, nie dwa, nie trzy. Ciągle, kurwa! Nawet nie pamiętam, od ilu lat! Jej każde spojrzenie powodowało frustrację, bo wiedziałem, że zaraz będzie darła ryja. Że coś jej się znowu nie podoba. Jej każdy uśmiech budził czujność, bo wiedziałem, że coś chce nim ugrać, a całus... Uderzenie ustami w policzek od wielkiego dzwonu to nie całus. Kurwa, Hubi, dlaczego?!

Minęła dwudziesta trzecia, a w mieszkaniu panowała cisza. Kiedyś to było nie do pomyślenia; żeby napić się w spokoju, jak ludzie, musieli uciekać z domu, bo Irena miała w oczach alkomat. Nie akceptowała żadnej wartości powyżej pół promila. Zawsze gdy zabawa rozkręcała się w najlepsze, wpadała do kuchni i rozpędzała towarzystwo, wyzywając wszystkich od pijaków.

- Widzisz, kurwa, te obrazy?! - Miki nagle zerwał się z fotela i zataczając się, podszedł do przeciwległej ściany. - Pierdolone bohomazy! Nigdy mi się nie podobały. Nigdy, kurwa! Jebane łączki, kurwa mać! I motylki! Żyłem z nimi przez piętnaście lat! Piętnaście zasranych lat! Jak to możliwe?!

- Nie jestem specjalistą od jebanych związków, ale nawet ja wiem, że jest taki moment, w którym ludzie powinni się rozstać. Jeśli tego nie zrobią, to potem już tylko równia pochyła. Na tysiąc procent nie będzie lepiej. Chujnia z grzybnią. Ani się obejrzysz i masz swoje małe patologiczne bagienko zamknięte w czterech ścianach.

- U mnie ten moment był w osiemdziesiątym dziewiątym.

- No i nie skorzystałeś.

- Ale teraz skorzystam. Jebane łączki! - Miki złapał za pierwszy obraz, zdjął go ze ściany i z całej siły uderzył nim o stojący obok regał. Płótno się rozdarło, a rama rozpadła na kawałki. - Luz, kurwa, blues! Zobacz! Mam całą chatę dla siebie, bez jebanej łączki! - Zniszczył drugi obraz. - Mogę degustować alko przez tydzień bez przerwy, mogę robić slalom między butelkami stojącymi na podłodze. Mogę szczać na klapę. Już nikt nie będzie mi o to suszył, kurwa, głowy!

- Pierdolisz, Miki. - Hubi parsknął śmiechem. - Teraz rżniesz twardziela, ale na moje za kilka miesięcy będzie się tu kręciła jakaś nowa pani Mikołajowa. Zdrowie! - Złapał za kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

- Ochujałeś?!

- Nie oszukujmy się, Miki. Jesteś zwierzęciem stadnym. Zaraz sobie kogoś przygruchasz.

- Nie pierdol! - warknął przyjaciel. Wrócił do ławy i zanim usiadł, zorientował się, że jest jedną kolejkę do tyłu. Wlał w siebie alkohol i od razu zabrał się do napełniania kieliszków.

- A nie? - Hubi nie odpuszczał.

- Mam już ponad cztery dychy na karku i całe mnóstwo dziwactw. Kto chciałby ze mną być? Kurwa, tak serio, to nawet nie wyobrażam sobie nowej babki. No pomyśl! Miałbym wracać z roboty i uśmiechać się do niej?

- I to jest to, o czym mówiłem! - Hubi uderzył dłońmi o kolana. - Jebane bagienko w czterech ścianach. Czułbyś się bezpiecznie jedynie wtedy, gdybyś miał jakąś heterę, co ci suszy głowę i po której wiesz, że nie możesz się spodziewać niczego dobrego.

- Znawca się, kurwa, znalazł. Skoro tyle wiesz, to czemu jesteś sam?

- Bo nie mam instynktu stadnego. To po pierwsze primo. A po drugie primo, to mam wystarczająco dużo problemów. Kolejnego bym już nie ogarnął. A po trzecie i ostatnie primo, nie widzę ani jednej korzyści płynącej z posiadania kobiety.

***

Już po pierwszym piwie ochrzczonym dwiema setkami Driver przełączył się w tryb imprezowy. Teraz pochłaniał trzecie, a Kardasz zdążył się ulotnić z poderwaną klubowiczką. Dookoła alkohol lał się strumieniami, ludzie pokrzykiwali, tańczyli i zawierali przygodne znajomości.

Filtr imprezowy sprawiał, że nie zauważał dziewczyn przyklejonych do innych facetów. Widział tylko te, które przyszły się zabawić: blondynki, brunetki, rude; nieśmiałe, wulgarne i te pomiędzy. Szukał właśnie takiej: niezbyt sztucznej, koniecznie z odpowiednimi proporcjami rozmiarów piersi i pośladków.

- Kolega cię zostawił?

Blondynka, która go zagadnęła, miała nienaturalnie długie rzęsy i napompowaną górną wargę. Wyglądała jak wiele innych klientek gabinetów medycyny estetycznej. Kopia kopii. Ale była młoda, znacznie młodsza niż Driver.

- Kazałem mu odejść, żebyś poczuła się pewniej - odpowiedział zaczepnie.

- Żeby co? - Przysunęła się.

- Nie podeszłabyś, gdyby stał obok.

To miał być żart, ale dziewczyna chyba go nie zrozumiała, bo cały czas kiwała się w rytm muzyki.

- Mam na imię Pamela. - Wyciągnęła do niego rękę. - A ty?

- Paweł.

- Paweł... Pablo! Fajnie. Miło mi cię poznać, Pablo. Co robisz?

- Relaksuję się. A ty?

- Studiuję.

Zaskoczony uniósł brwi. Jeśli rzeczywiście studiowała, to dzieliło ich jakieś piętnaście lat.

- Nie spytasz, jaki kierunek? - Rozdziawiła usta, jakby liczyła, że odpowiedź, którą ma przygotowaną, sprawi, że Driverowi gacie dosłownie spadną z wrażenia.

- Jaki kierunek? - powtórzył pokornie, zastanawiając się, czy wypukłości pod obcisłą bluzką to efekt pracy chirurga plastycznego.