Krystyno, na litość boską! - Sylwia Dec

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
Ile razy ZombiePiotruś myślał o swoim życiu, tyle razy dochodził do wniosku, że owo życie (życie) jest nowelą. Klasyk śpiewał, że ta bywa raz przyjazna, a raz wroga, ZombiePiotruś jednak lubił skupiać się na pozytywach. Tam, gdzie inni widzieli szklankę do połowy pustą, on z ciekawością przyglądał się zaciekom na szkle. W kałużach nie dostrzegał brudu błota, tylko odbicie nieba. A gdy ktoś chwytał go za palec, z chęcią dawał całą rękę i jeszcze pytał, czy nie trzeba więcej.
I właśnie od tego zaczęły się jego problemy...
To przez tę cholerną rękę ZombiePiotruś jechał teraz rozklekotanym pekaesem, zawalony po szyję torbami z dobytkiem gromadzonym przez lata ukrywania się na studiach kosmetycznych, i myślał o przewrotności ludzkiego oraz zombiaczego losu. Jeszcze parę dni temu było mu przykro, że przy całym swoim skupieniu na pozytywach pozytywy tym razem nie chciały skupić się na nim. Jeszcze parę dni temu szukał jakiegoś wyjścia z sytuacji, ale każde światełko w tunelu okazywało się rozpędzonym pociągiem. Jeszcze parę dni temu patrzył na wszystkie kartony z podkładami, bronzerami i różami, na rozkoszne półeczki pełne cieni do powiek, złączonych we frymuśne paletki, przeglądał pudełeczka z tonikami, emulsjami, retinolami i innymi cudami, które nawet z twarzy zombiaka umiały zrobić oblicze przystojniaka. Szczególnie ten retinol! Połączony z wódką likwidował nawet zielone, nadgniłe przebarwienia, a gdy dodało się do tego jajko, to już w ogóle cud, miód. ZombiePiotruś pamiętał, choć tylko połowicznie, imprezę, na której wymyślił to połączenie. To znaczy pamiętał, że były tam retinol i kilka jajek przeznaczonych na śniadanie. A nie pamiętał, w jakich czeluściach jego umysłu narodził się szatański pomysł, by połączyć te składniki.
Teraz natomiast - wraz z całym tym nieszczęsnym dobytkiem - tkwił w starym autobusie marki San i jak na optymistę przystało, jedną ręką podtrzymywał stertę toreb, by się nie rozsypały, drugą zaś podtrzymywał tę pierwszą, by znów nie odpadła znienacka. Pucołowatą gębę natomiast odwrócił do okna i podziwiał krajobrazy.
A ludzie w autobusie podziwiali jego.
Na tę nieszczęsną przejażdżkę ZombiePiotruś wybrał look Timothéego Chalameta. Co by nie mówić, wyszła mu ta mordeczka - i idealnie wielkie oczy, i perfekcyjna trójkątna broda, i szerokie policzki. Gdyby pojawił się na planecie Diuna, Fremeni bez wątpienia zakrzyknęliby na jego widok: "Muad'Dib!". Ale nawet tutaj, w polskim pekaesie, home made Timothée robił robotę.
W Sanie poza nim i kierowcą były jeszcze dwie dziewczyny. Obie w czarnych szerokich spodniach, obie z długimi włosami i w jasnych topach, patrzyły to na niego, to na siebie, szeptały i śmiały się. ZombiePiotruś bezbłędnie rozpoznawał ten stan. Zawsze tak reagowali. Najpierw szepty, potem śmieszki, a potem...
- Hello, Timothée, why are you here? - Jedna z pasażerek odwróciła się ku niemu, uciszając jednocześnie drugą, która zaśmiewała się do rozpuku.
ZombiePiotruś miał w zanadrzu cały wachlarz odpowiedzi na takie zaczepki.
- Szukam swojej polskiej gwiazdeczki - wypalił z przerysowanym akcentem, na co dziewczyny eksplodowały tak radosnym piskiem, że aż podskoczył.
- Ciszej tam, jak nie chcecie w rowie wylądować! - Kierowca najwyraźniej również podskoczył i nie był z tego faktu zadowolony.
Dziewczyny tymczasem, zupełnie niezrażone, obsiadły ZombiePiotrusia i obfotografowały go z każdej strony, a on tylko się uśmiechał, potrząsał lokami i rzucał kolejne żarty z przerysowanym akcentem. Chyba nawet wjechał spontaniczny tiktoczek, co szczególnie go ucieszyło. Lubił, jak go wrzucają na tiktoczka.
Gdy ZombiePiotruś wysiadał z pekaesu, słońce już zachodziło. Dziewczyny zostały kilka przystanków dalej, on zaś wygramolił się z całym swym dobytkiem pod małą murowaną wiatę. Cisnął torby na ziemię, otaksował wzrokiem przystanek, który kolejne pokolenia młodocianych wiejskich artystów pokryły najróżniejszą twórczością, a potem rozejrzał się po reszcie krajobrazu. Zielone łąki rozciągające się po obu stronach przechodziły w gęsty las. Na niebie lśniły złote i różowe pasma, a powietrze przesycone było zapachami, odgłosami owadów i śpiewem ptaków. ZombiePiotruś zagapił się na chwilę, zasłuchał, odpłynął w świat dźwięków i zapachów.
W mieście to wszystko wyglądało inaczej.
- Ładnie - sapnął i poprawił sobie zombiaczą rękę, nadwerężoną trzymaniem pierdoletu. - Teraz tylko dojść do Jabłonkowa.
*
Dwie godziny później resztki optymizmu ZombiePiotrusia wlekły się za nim po asfalcie. Torby mu ciążyły, jakby miał w nich kamienie, a nie puzderka z kosmetycznymi recepturami. Nogi bolały tak, jakby zaraz miały odpaść. Po plecach ciekły mu zimne strużki, on zaś bardzo chciał wierzyć, że to tylko pot, a nie na przykład gotujące się z wysiłku ciało. Ale pewności nie miał.
Gdy wszedł na znajomą drogę, stęknął z ulgą. Barwy zachodu, które podziwiał jeszcze dwie godziny temu, zamieniły się w szarości, ciemniejące coraz bardziej. Ale ZombiePiotruś poznał ten mały domek na skraju wsi i te drzewka dookoła niego, które otulały go zieloną plątaniną gałęzi. Nie poznał tylko samochodu terenowego stojącego pod płotem, ale w to nie wnikał. Odliczając sekundy do momentu, aż walnie się na kanapę, doszedł do bramki. Przez chwilę mocował się z mechanizmem, lekceważąc fakt, że jego cenne torby stoją na zimnej zielonej trawie. Sapnął z ulgą, gdy wreszcie furtka się otworzyła.
Schylał się właśnie po swój nieszczęsny dobytek, gdy z zarośli wokół ścieżki prowadzącej do domu ktoś wypadł. ZombiePiotruś zarejestrował tylko czarną sylwetkę i dziwne ruchy, bo obcy nie zdążył wyhamować - wpadł na ZombiePiotrusia i razem runęli w sam środek pakunków.
- Piotr! - zasyczał cień zdecydowanie znajomym głosem, gramoląc się spomiędzy podkładów i pudrów. - A co ty tu robisz?
ZombiePiotruś rozejrzał się bezradnie, wsadził sobie łapę pod tyłek i zmarkotniał, czując lepką ciecz o zapachu pomarańczy. Co on zrobi na tej wiosce bez swojego ulubionego szamponu?
Głos oczywiście rozpoznał od razu. Tak samo jak jasne włosy, które wystawały spod czapki, i szalony uśmiech na lekko pomarszczonej twarzy. Zaniepokoiły go tylko czarny obcisły strój, konspiracyjny szept i siekiera, którą Krystyna akurat podnosiła z ziemi.
Dzieci plus zapałki równa się pożar. A Krystyna plus siekiera?
- Ja... - zaczął, ale południca machnęła ręką.
- Dobra, nieważne. - Pomogła mu wstać. - Ciskaj graty. Pomożesz mi przegonić tę kurew.
Rzuciła się w stronę terenówki, a ZombiePiotruś zdębiał.
- Jaką kurew? Krystyna! - zawołał bezradnie, jednak ona już pakowała jego dobytek na tylne siedzenie.
- Zobaczysz! - rzuciła przyciszonym głosem. - No dawaj, bo zaraz Michał narobi rabanu.
ZombiePiotruś złapał się za głowę. Michał? Narobi rabanu? Próbował pytać, ale południca ewidentnie była już w organizacyjnym ciągu. Wpakowała się do samochodu i odpaliła silnik.
- Krystyna, ty umiesz prowadzić? - jęknął, zajmując fotel pasażera.
Południca parsknęła zdecydowanie niepokojącym śmiechem.
- Siebie to niezbyt, ale z samochodem dam radę - odparła i włączyła radio.
Wnętrze Jeepa wypełniło rockowe One way or another, Krystyna dała po gazie i auto wyrwało do przodu, wzniecając pył spod kół.
ZombiePiotruś złapał za pasy.
Krystyna, którą znał, nie robiła takich rzeczy.
- Jedziemy! - zawołała radośnie, wybijając rytm piosenki na kierownicy.
A to był dopiero początek.
*
Gdy siła, która tworzyła świat, rozdawała talenty do kierowania pojazdami, Krystyna ewidentnie musiała stać w kolejce po przekleństwa.
- Jak jedziesz, idioto! - wrzeszczała, gdy wyjechali już na asfalt i ktoś ośmielił się ją wyprzedzić.
- W dupę sobie zatrąb! - krzyczała, gdy dojechali do skrzyżowania i ktoś ośmielił się użyć klaksonu, by przypomnieć jej, że na zielonym to się jedzie, a nie poprawia czapkę w lusterku.
- Te, jeleń, wypierdalaj! - huknęła na widok czworonogiego rogacza w krzakach.
A ZombiePiotruś siedział obok niej wciśnięty w fotel i nie wiedział, za co się trzymać: czy za serce, czy za żołądek. Krystyna ewidentnie traktowała prawa fizyki jako luźną fantazję, a prawa ruchu drogowego - jako niezobowiązującą sugestię. Znaki ignorowała, a pasy poważała jedynie wtedy, gdy układały się po jej myśli. ZombiePiotruś rozpaczliwie próbował przypominać sobie jakąkolwiek modlitwę. Najchętniej pomodliłby się do rozsądku Krystyny, ale wiedział, że ten nie istnieje.
Mało się nie zrzygał, gdy z piskiem opon skręcili w las, jednak odetchnął z ulgą, kiedy nagle zamigotały za nimi niebieskie światła. Krystyna zahamowała, a on miał ochotę uściskać dwóch policjantów, którzy chwilę później podeszli do okna.
- A państwo co tu robią? - zapytał niższy z nich, łysy i z rudawą brodą.
- Zabieram przyjaciela do lasu - odpaliła Krystyna z szerokim uśmiechem. - Pan władza rozumie: Warszawiak - szepnęła konspiracyjnie, łypiąc to na nich, to na ZombiePiotrusia. - Będzie przytulał się do sosen i całował mech. Oczywiście w świetle księżyca.
Mundurowi pokiwali głowami ze zrozumieniem.
- Ech, ci przyjezdni - westchnął drugi, tyczkowaty i ciemnowłosy.
- A ja pana skądś znam? - zainteresował się rudawy.
ZombiePiotruś poczuł, jak język staje mu kołkiem.
- Nie... Ja tu pierwszy raz... - wystękał, na co Krystyna klasnęła w dłonie z entuzjazmem.
- Oczywiście, że pierwszy! - zawołała dziarsko. - Potem napisze na swoim blogasku, że przeżył duchowe zespolenie z naturą, a kto wie, może i ludzie przyjadą do Jabłonkowa!
- Wygląda mi na jakiegoś celebrytę. - Rudawy podrapał się po policzku. - Jak się pan nazywa?
- Piotr - bąknęło nieszczęsne zombie.
Policjanci przyjrzeli mu się krytycznie.
- Jakoś tak niecelebrycko - orzekł tyczkowaty i poklepał kierownicę Jeepa. - Dobra, Krystyna, jedźże do tego lasu.
Południca ruszyła bez wahania. Jeep zatrząsnął się na wertepach. A ZombiePiotruś, trzymając pas bezpieczeństwa, patrzył to na nią, to w lusterko, w którym właśnie zgasły niebieskie światła policji. W jego głowie zaś kołatało jedno pytanie...
- Krystyna? - wysapał po chwili, czując nieznośny ból głowy. - Od kiedy ty jesteś z policją po imieniu?
*
Ale to nie była jedyna rzecz, która zaskoczyła ZombiePiotrusia. Jak oniemiały patrzył na Krystynę, która brawurowo wjechała w leśną ścieżkę. Przecierał oczy i czuł, że lewa gałka ledwo trzyma się oczodołu, gdy południca wywijała kierownicą z zaciętą miną, sapiąc i mrucząc przekleństwa. Dookoła nich ciemny las porastał coraz gęściej wąską drogę, gałęzie drzew szumiały, liście szeleściły, a ZombiePiotruś patrzył i czuł, jak żołądek zwija mu się w supeł. To wszystko się poruszało, szeptało... To wszystko było jak żywe! Brakowało tylko oczu, które zaświeciłyby się nagle krwawym blaskiem wśród ciemności. Zamiast nich jednak lśniły oczy Krystyny sapiącej za kierownicą - i to było jeszcze straszniejsze.
ZombiePiotruś nie widział jej od kilku miesięcy, ale nie miał nawet czasu, by jej się przyjrzeć. A przecież tak często o niej myślał. Jak znosi starość? Czy poradziła sobie z pierwszymi zmarszczkami, z siwymi włosami? Gdy jechał do niej, spodziewał się długich rozmów, ciepłych kocyków, kawy i pysznego serniczka Michała. A tymczasem pruli po leśnych bezdrożach, a Krystyna bynajmniej nie wyglądała jak przymilna staruszka, tylko rosyjski komandos, pędzący przez ciemność na pohybel wrogom.
Co tu się dzieje?
Południca zatrzymała się nagle, a on, wyrwany z zadumy, omal nie strzelił łbem w kokpit samochodu.
- Dobra, wysiadka - zarządziła.
Sprawnie wyskoczyła w las, przeszła do bagażnika pomimo gałęzi, które szczelnie otulały auto, i otworzyła klapę. Gdy ZombiePiotruś uchylił drzwi, od razu dostał liściem z liścia. Wystawił nogę i o mało nie runął w krzaki, bo stopa mu się omsknęła na wtopionym w mchy pniaku. A kiedy przedarł się przez zieloną gęstwinę, był już pewien, że z jego makijażu nic nie zostało.
Nawet jeśli wyglądał jak Timothée Chalamet, to taki po miesiącu głodówki i apokalipsie zombie.
Tymczasem Krystyna wyciągnęła z bagażnika podłużną czarną torbę i zarzuciła ją sobie na ramię.
- Co to? - zapytał słabo.
- Ten, kto ostatni zadał to pytanie - sapnęła. Pogmerała przez chwilę w torbie i wyciągnęła z niej dwa okrągłe przedmioty. - Masz, to twój przydział. Jak dam sygnał, strzelasz, jakby jutra miało nie być.
- To chyba jakieś jaja... - jęknął ZombiePiotruś.
- Dokładnie. - Krystyna zaśmiała się krótko.
Jaja były okrągłe i plastikowe, rzeźbione we wzorki imitujące te, jakie zdobią wielkanocne pisanki. Były ciężkie i chlupotała w nich woda.
Krystyna zapiekliła się, gdy ZombiePiotruś strzelił jednym z nich na próbę.
- Co ja mówiłam? - syknęła konspiracyjnie. - Jest sygnał, jest strzelanie. Idziemy! - I dziarskim krokiem dała nura w zarośla.
ZombiePiotruś zaś wsadził jajka do kieszeni dżinsowej kurtki i rad, nierad poszedł za nią.
W swoim życiu poznał już różne miejsca. Krył się w wielkich zachodnich metropoliach i w polskich rozrastających się miastach. Umiał się odnaleźć wśród zabytkowych kamienic starówek, perfekcyjnie wtapiał się między szemrzące rozmowami kafejki, wśród przeszklonych wieżowców lawirował jak rasowy korposzczur. Ale gdy teraz próbował nadążyć za Krystyną, raz po raz obrywając gałęzią, zdał sobie sprawę z jednej rzeczy.
Za cholerę nie wie, jak odnaleźć się na wiosce.
Przecież od wiosek zawsze stronił. Wioski to małe społeczności, w małej społeczności wszyscy się znają, każdy każdemu patrzy w okno. Mało tego: jak wioska, to zaraz i ksiądz proboszcz, i baby wścibskie, i chłopy zazdrosne... I choć akademik również nie był specjalnie otwartym miejscem, to jednak panowała w nim jakaś rotacja. Ludzie przychodzili i odchodzili. Przede wszystkim zaś - akademiki stały w mieście, a nie w lesie.
ZombiePiotruś nie lubił wsi. Bał się lasów. Natura go przerażała.
Po cholerę tu przyjechał?
Ach, chwila... Przyjechał, bo tu była Krystyna.
- Krystyna, daleko jeszcze? - wysapał, a jego głos zabrzmiał licho jak pisk przestraszonego kociaka.
- Buzia w ciup, Timothée! - Krystyna nawet się nie odwróciła w jego stronę. Zamaszystym ruchem odgarnęła gałąź, która zrobiła nawrót dokładnie w tej samej chwili, gdy obok znalazł się ZombiePiotruś.
- Od kiedy ogarniasz hollywoodzki gwiazdozbiór? - Skrzywił się, odsuwając od siebie rozcapierzony konar.
- Od kiedy chodzę na randki - odparła z czymś na kształt dumy.
- Macie w wiosce kino? - zdziwił się, bo nie podejrzewał Jabłonkowa o taką progresywność.
- Kino to będzie, jak zaraz nie przestaniesz gadać - ucięła.
Gdy wreszcie doszli do polany, ZombiePiotruś odetchnął. Zaczął ściągać resztki pajęczyn z twarzy, liście z włosów, poprawił sobie ucho i sprawdził, czy biodro dobrze trzyma się miednicy. A kiedy podniósł wzrok znad swojej nogi, zamarł.
Krystyna nie stała już obok niego.
Krystyna właziła po wąskiej drabinie do myśliwskiej ambony.
- Krystyna, nie zostawiaj mnie! - zapiszczał przerażony ZombiePiotruś. Miałby zostać sam w środku dziczy, gdzie wszystko szemrze i szeleści? Nie czekał na ripostę, tylko pogrzał karnie w stronę małej drewnianej budki. Złapał się za szczebelek drabiny i zaklął pod nosem. Jak ma po tym wleźć? Toż to cienkie i krótkie, ani chybi pęknie, a on runie na ziemię i jeszcze skończy z kołkiem w dupie. Ale dookoła było ciemno, ciemno i szeleszcząco...
Po chwili znalazł rozwiązanie. Kategoria: "kontrowersyjne, ale skuteczne".
Wlazł na drabinkę z zamkniętymi oczami, chwytając po omacku kolejne szczeble.
Otworzył oczy, dopiero gdy wpełzł do małej budki na szczycie. Ale to, co zobaczył w świetle wpakowanej w kąt czołówki, o mało nie przyprawiło go o zawał.
- Krystyna, co to jest? - wystękał przerażony.
Południca podniosła wzrok znad lufy, którą właśnie polerowała.
- A na co ci to wygląda, Piotr? - spytała rzeczowo. - To jest pukawka.
- I co ty z tą... pukawką będziesz robić? - jęknął ZombiePiotruś. Pukawki to nosili w amerykańskich filmach, a nie w polskim lesie... Chyba że nic nie wiedział o polskich lasach.
Krystyna popatrzyła na niego tak, jakby zamierzała mu pokazać, a nie powiedzieć. Ale nagle wśród leśnych ciemności rozbłysły dwa strumienie światła, coś zaterkotało, zapyrkało i na polanę wjechał samochód. Południca od razu rzuciła się do czołówki, wyłączyła ją i wysadziła lufę pukawki przez otwór.
- Pa tera! - rzuciła ze swadą komandosa.
ZombiePiotruś zrozumiał, że tej nocy skończy albo z siwymi włosami, albo z zawałem i tak już martwego serca.
Tymczasem na polanie ucichł silnik, zgasły światła i otworzyły się drzwi samochodu. Kto, do cholery, przyjeżdża w środku nocy do takiej głuszy, pomyślał ZombiePiotruś. Ani chybi to jakieś porachunki mafijne. Może gangsterzy z Rosji, może mafia z Wołomina, a może... gangsterzy z Rosji, którzy kryją się w Wołominie? Przez moment ZombiePiotruś był pewien, że zaraz usłyszy rosyjskie przekleństwa, że za chwilę ktoś padnie na kolana, a ktoś inny wyciągnie kałacha, bazookę albo inny morderczy szajs i puści ognistą serię. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Mówią, że w świecie są dwie siły: śmierć i miłość. Tym razem to była ta druga.
- Józuś... Józuś, junaku! - Blondwłosa kobieta o obfitych kształtach wyłoniła się z samochodu i rozwarła szeroko ramiona. - Pójdź tutaj!
- Czekaj, Zosia, czekaj. - Niski krągły facet też wyskoczył z wozu. - Ognisko rozpalim, wina wypijem...
- Józunia, ogień to we mnie płonie. - Blondyna zdybała go przy bagażniku eleganckiego SUV-a. - Ja i bez wina jestem piękna dziewczyna.
Pchnęła go na tył auta i nagle dwa ciała splątały się ze sobą, a po nocnym lesie poniosły się odgłosy. Gdyby ZombiePiotruś był niewinnym chłopaczkiem, pomyślałby, że ktoś smokta bardzo smacznego żelka albo mlaska przy pysznym karmelowym ciasteczku. Ale ZombiePiotruś znał życie wystarczająco, by zrozumieć, że w lesie właśnie zaczynają się niewybredne amory.
Krystyna najwyraźniej też to zrozumiała, bo kątem oka zobaczył, jak wyciąga woreczek z czarnej torby, jak łapie za mały podłużny kształt, jak pakuje go do magazynka. Sam złapał za woreczek, zanurzył w nim rękę, wyciągnął to, co się kryło w środku.
To był nabój. Obły nabój z ostrą końcówką. ZombiePiotruś chwycił czołówkę i rzucił snop światła - jego oczom ukazała się przeszklona fiolka, cała wypchana suszonymi ziołami.
- Krystyna, co tu się dzieje? - wyszeptał przerażony, widząc, jak południca celuje z pukawki.
- Na wiejskie porno cię zabrałam. - Oparła lufę o brzeg otworu w ścianie ambony, a drugą ręką zgasiła czołówkę. - Przecież chciałeś do kina.
- Żartujesz! - zdumiał się. Jakie kino, jak tu nie ma ekranu, nikt nie sprawdza biletów, a przede wszystkim: nie można kupić popcornu.
- A jak myślisz? - fuknęła Krystyna ze złością i dopiero wtedy poczuł, że ktoś tu sobie z niego dworuje.
Tymczasem akcja nabierała rumieńców. Józunia ewidentnie próbował realizować swoją męską, zadaniową agendę, ale blondyna o kształtach renesansowego bóstwa skutecznie mu to uniemożliwiała. Odgłosy zasysania żelków niosły się po całej okolicy, ręce splatały ze sobą, nogi wykonywały dziwne ruchy, a do tego w powietrzu zaczęły latać elementy garderoby. Najpierw coś podłużnego, jakby krawat. Potem biała płachta koszuli. Potem mniejszy, biały kształt... Żonobijka?
Wtedy ZombiePiotruś usłyszał szczęk pukawki.
- Kryśka, ty w niewinnych ludzi będziesz strzelać? - Schwycił za lufę strzelby, jakby to mogło coś zmienić.
Krystyna posłała mu złe spojrzenie.
- Jak jeszcze raz powiesz do mnie "Kryśka", zacznę strzelać w zombie - sapnęła i szarpnęła strzelbą do siebie.
- Krystyna, no coś ty... uspokój się...
I nagle kilka rzeczy stało się w jednym momencie.
Krystyna wycelowała w splątaną amorami parę. ZombiePiotruś skoczył na nią i pchnął pod ścianę. W leśnej ciszy, przetykanej miłosnym stękaniem, rozległ się huk wystrzału. Blondyna krzyknęła. Józunia zapiszczał histerycznie. Z pobliskich krzaków wyskoczyła sarna.
Palec omsknął się Krystynie i kolejny wystrzał huknął mocno. Nie wiadomo, czy trafił w auto, czy w sarnę, czy może w Józunię, ale na dźwięk huku w przerażone zwierzę wstąpił demon - poderwało się do skoku, hycnęło w jedną stronę, w drugą, aż wreszcie zrobiło spektakularny wyskok... na sam środek maski samochodu. Ta załamała się pod nią i nogi sarny ugrzęzły w precyzyjnych motoryzacyjnych mechanizmach.
Na polanie rozpętało się prawdziwe piekło. Nieszczęsna sarna zaczęła się szarpać, wydając z siebie odgłosy, których pozazdrościłby sam Belzebub. W podobny ton uderzył Józunia -cisnął precz cycatą blondynę i z histerycznym jazgotem rzucił się ku zdemolowanej masce.
- Zajebie mnie! - wrzeszczał, udowadniając, że pod piwnym brzuszkiem kryje się niezły kawał przepony. - Szwagier mnie zajebie! To nowa audica!
ZombiePiotruś nie wiedział już, gdzie ma patrzeć. Sarna dalej się szarpała, próbując uwolnić przednie kopyta z trzewi SUV-a. Obok niej szarpał się Józunia, który próbował pomóc zwierzakowi i ocalić resztki precyzyjnych mechanizmów szwagrowej audicy, a jednocześnie nie oberwać przez łeb z kopyta. A w tym wszystkim półnaga blondyna biegała po polanie i zgarniała rozrzucone części garderoby, wrzeszcząc na Józunię, by odpuścił i by zabierali się z tego cholernego lasu.
I wtedy Krystyna znów zaczęła strzelać.
Tym razem strzał poszedł precyzyjnie - w sam środek drzwi bagażnika szwagrowej audicy. Blondyna stanęła w pół kroku, Józunia odskoczył od sarny - oboje zorientowali się, że snajper najwyraźniej ukrył się na myśliwskiej ambonie. Pif-paf, pif-paf, pif-paf! Krystyna posłała serię, ale odpowiedział jej tylko mechaniczny zgrzyt demolowanej karoserii. Blondwłosa piękność nagle wykazała się hartem ducha godnym zawodowego zabójcy. Przeturlała się do Józuni jak amerykański kaskader, złapała go za kark i zwinnym ruchem dała nura za samochód, porywając Józunię za sobą.
Plus tej sytuacji był jeden.
Pozbawionej ludzkiego towarzystwa sarnie udało się oswobodzić. Oszołomione zwierzę w krzywych podskokach pognało do lasu.
Tymczasem Krystyna posłała kolejne strzały w karoserię Audi, a przez nocny las poniósł się zbolały krzyk Józuni.
- Uciekaj, człowieku! Uciekaj, to demon! - wrzasnęła Krystyna i cisnęła strzelbę precz. Z torby wyciągnęła nową broń, również wielką, również z długą lufą, ale tym razem we wszystkich kolorach tęczy. - Demon cię do lasu zwabił - ryknęła.
- Co takiego? - zajazgotał Józunia zza auta, oszołomiony niemniej niż parę chwil temu sarna.
Południca rzuciła się ku drabince i gestem kazała ZombiePiotrusiowi zrobić to samo. Nieszczęsny zombiak mało nóg nie zgubił na wąskich szczeblach, jedno jajko - to plastikowe - wypadło mu z kieszeni i poturlało się w krzaki. Tymczasem Krystyna sadziła już w stronę audicy.
- To demon! - wrzeszczała. - Północnica kurew straszna, wodą święconą machniesz w pysk i wszystko ci się objawi!
- Skąd ja ci wodę święconą wezmę? - zapiszczał falsetem Józunia.
ZombiePiotruś dopadł do Krystyny w momencie, gdy ona wpadała za audicę. Na własne oczy widział, jak południca łapie za kolorowy pistolet i zaczyna strzelać wodą w stronę blondyny, z której twarzy zszedł nagle wyraz tępej laluni.
- Patrz teraz! - ryknęła Krystyna, gdy struga wody uderzyła w odsłonięty biust.
Blondyna wstała powoli, ale nic się nie zmieniło.
Krystyna zaczęła strzelać szybciej - woda obryzgiwała jasnowłosą pannę. Do ostrzału dołączył ZombiePiotruś ze swoim plastikowym jajkiem. Ale blondi tylko stała, mrużyła oczy i uśmiechała się tryumfalnie.
- Bestia zaraz z niej wylezie! - ryknęła Krystyna z desperacją, wyrwała ZombiePiotrusiowi plastikowe jajko, rozdarła je i chlusnęła wodą w blondynę.
Nadal nic.
Józunia gapił się spod drzwi audicy, a tryumfalny uśmiech blondyny nabierał mocy.
Odezwała się, dopiero gdy południca wystrzelała ostatnią serię z pistoletu na wodę.
- A ciebie co, dupa boli, że mam lepsze cycki, stara babo? - odezwała się niskim, cynicznym tonem, przypominającym bardziej amerykańskiego mafioza niż miłośniczkę leśnych amorów.
- Stara babo? - Krystyna aż się zatchnęła.
Cisnęła precz pistolet i rzuciła się z pięściami do blondyny. Ta jednak była szybsza. Skoczyła do południcy, zamachnęła się ręką, jej piersi zafalowały hipnotyzująco, a potem w ciszy lasu rozległo się echo dostojnego, majestatycznego plaskacza.
ZombiePiotruś miał wrażenie, że przez ułamek sekundy widzi tę scenę w zwolnionym tempie. Oto fala przebiega leniwie przez jedną pierś, wprawia w ruch drugą, oto ręka unosi się, jakby dzierżyła włócznię, jakby zaciskała się na mieczu. Ale to nie miecz, nie włócznia - to tylko otwarta dłoń spada na zaskoczone oblicze Krystyny, echo niesie się hen daleko w las i Krystyna pada na ziemię.
- Auu! - ryknęła południca, wyrywając ZombiePiotrusia ze stopklatki, jaką zgotował jego zombiaczy mózg. Zerwała się z kolan, trzymając się za policzek, ale nagle wrzasnęła znowu, zgięła się wpół i rymsnęła z powrotem na ściółkę.
- Krystyna, jesteś ranna? - Przerażony ZombiePiotruś przypadł do niej.
Tę okazję skwapliwie wykorzystała blondyna. Chwyciła oszołomionego Józusia za kark i pognała z nim w stronę lasu.
- Ona nie jest ranna, ona jest stara! - wrzasnęła szyderczo, gdy byli już w pewnej odległości od południcy. - Starej szantrapie fikać się zachciało!
- Flaki ci wyszarpię i zawiążę na kokardę, kurwo! - ryknęła Krystyna, wciąż zwinięta z bólu na zimnej trawie.
ZombiePiotruś pochylił się nad nią, próbując namierzyć źródło bólu. Czy to rana? Czy zawał? Jak się ratuje kogoś, kogo serce wciąż bije?
Pierwsza pomoc u zombie była zdecydowanie prostsza.
- Co się stało? - wyjęczał nad Krystyną, a ta spojrzała na niego z żądzą mordu w oczach.
- Zamknij się, Chalamet! - warknęła, krzywiąc się, jakby właśnie zeżarła całą cytrynę na jednego kęsa.
- Coś cię boli? - zapytał troskliwie, rozumiejąc już powoli, że to obrażenie ugodziło jego przyjaciółkę nie tylko fizycznie, lecz też ambicjonalnie. To nie rana broczyła, to nie narząd odmawiał posłuszeństwa.
To ryczała Krystynowa ambicja.
- A jak myślisz? - wysyczała i złapała go za rękę. Przez chwilę gramolili się oboje, próbując się podnieść. - Mam dwie wiadomości: złą i gorszą - mruknęła, gdy już stanęła na nogach. - Zła jest taka, że to jebana rwa kulszowa.
Piotruś znał rwy kulszowe. Jego najlepsza psiapsi z zeszłego semestru robiła fizjoterapię jako drugi kierunek. Rwa kulszowa w głowie ZombiePiotrusia urastała do rangi demona gdzieś między Lucyferem a Belzebubem, jak mroczne fatum wiszące nad nieszczęsnym gatunkiem człowieka. Rwa kulszowa łamała charaktery, plany i rodziny. To przez nią ZombiePiotruś myślał czasem, że może lepiej już być martwym na amen.
Jak jesteś martwy, to nic nie boli.
- A druga? - jęknął cicho.
Krystyna wypuściła z sykiem powietrze.
- Ty prowadzisz.