Krystyna Skarbek. Królowa antyniemieckiego podziemia czy zdrajczyni? - Molenda Jarosław

-
Proszę czekać

Od Autora

Od Autora

Poznaw­szy dzieje Kry­styny Skar­bek, można by odnieść wra­że­nie, że próba rekon­struk­cji jej życia przy­nosi wię­cej pytań niż odpo­wie­dzi. Przez wiele lat to nazwi­sko było w naszym kraju prak­tycz­nie nie­znane; mało kto wie­dział o jej wojen­nych zasłu­gach. Prze­ciętny uczeń szkoły śred­niej, zapy­tany o boha­ter­skich Pola­ków, któ­rzy zasłu­żyli się w walce z hitle­row­cami na wojen­nych fron­tach, wymieni pew­nie gene­ra­łów Sikor­skiego i Maczka. Wspo­mni ewen­tu­al­nie o lot­ni­kach z roz­sła­wio­nego książką Arka­dego Fie­dlera Dywi­zjonu 303. Może jesz­cze przyjdą mu na myśl kryp­to­lo­dzy, któ­rzy roz­szy­fro­wali tajem­nicę nie­miec­kiej Enigmy, ale kon­kret­nych nazwisk raczej nie poda.

Od pew­nego jed­nak czasu o Kry­sty­nie Skar­bek zro­biło się gło­śno. W mediach poja­wiła się infor­ma­cja o fil­mie, jaki ma nakrę­cić Agnieszka Hol­land, choć na razie ten pro­jekt utknął chyba w jakiejś szu­fla­dzie; podob­nie zresztą jak zło­żony na Woro­ni­cza sce­na­riusz serialu o losach "ulu­bio­nej agentki Chur­chilla". Bar­dzo trudno zna­leźć mate­riały doku­men­tu­jące jej ist­nie­nie - w końcu szpie­dzy byli szko­leni tak, aby nie pozo­sta­wiać po sobie żad­nych śla­dów. Począt­kowo wszystko, co udało mi się zna­leźć, to były rap­tem dwa ręcz­nie napi­sane przez nią listy.

Dokładne odtwo­rze­nie losów Kry­styny Skar­bek bar­dzo utrud­niają braki w doku­men­ta­cji archi­wal­nej, ponie­waż wiele z tych doku­men­tów ule­gło - czy to przy­pad­ko­wemu, czy też inten­cjo­nal­nemu - znisz­cze­niu w cza­sie dzia­łań wojen­nych 1939-1945. Jakby słowa Win­stona Chur­chilla: "A teraz pod­pal­cie Europę!" miały się oka­zać pro­ro­cze! Tym zda­niem pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii, w nocy z 16 na 17 lipca 1940 roku, dał sygnał do utwo­rze­nia Spe­cial Ope­ra­tions Exe­cu­tive, czyli Kie­row­nic­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych (SOE). Rów­nie dosłow­nie potrak­to­wano potem doku­men­ta­cję: spa­lono ją, by nie zostało zbyt wiele śla­dów tej - jak sam bry­tyj­ski pre­mier sar­ka­stycz­nie to ujął - "nie­dżen­tel­meń­skiej wojny". Pod­czas zamy­ka­nia sie­dziby SOE w Lon­dy­nie pośpiesz­nie opróż­niano biura i pozby­wano się całych stert papie­rów, które nagro­ma­dziły się przez tych pięć gorącz­ko­wych, ner­wo­wych lat. Wyrzu­cano je, czę­sto bez prze­glą­da­nia albo wręcz urzą­dza­jąc zawody, kto pierw­szy wypełni kubeł na śmieci. Sie­dzi­bom zamiej­sco­wym naka­zano ode­słać doku­menty, które jesz­cze ist­niały i mogły mieć jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Wiele z archi­wa­liów nie prze­trwało więc wojny; zostały spa­lone przez zapo­bie­gli­wych agen­tów.

Czy jest szansa, że kie­dyś odnajdą się jakieś zapo­mniane a oca­lałe doku­menty? To mało praw­do­po­dobne, bo w lutym 1946 roku, zale­d­wie mie­siąc po połą­cze­niu SOE i SIS, w daw­nej sie­dzi­bie na Baker Street wybuchł pożar, który doszczęt­nie znisz­czył całe pię­tro. Poja­wiły się spe­ku­la­cje, że łatwo­palny mate­riał został tam z pre­me­dy­ta­cją pod­ło­żony i wiele wska­zuje na to, że to słuszna hipo­teza. Któż jed­nak w gorącz­ko­wej atmos­fe­rze tam­tego okresu mógł wie­dzieć, co było choćby w poło­wie tych akt?

Jeżeli w isto­cie pró­bo­wano wtedy pozbyć się jakichś sekre­tów naj­wyż­szej wagi, to powo­dze­nie takich dzia­łań mogło być co naj­wy­żej dzie­łem przy­padku. Wete­ran SOE, Angus Fyffe, sfor­mu­ło­wał podej­rze­nie, które wcale nie wydaje się bez­pod­stawne:

"Nie mogłem uwie­rzyć, że archi­wum znisz­czono spe­cjal­nie, a jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem o doku­men­tach, które były ist­nymi bom­bami zega­ro­wymi. Może i ist­nieje jakaś przy­czyna wybuch­nię­cia tego pożaru, sam nie wiem, ale wcale bym się nie zdzi­wił, gdyby znisz­czono je spe­cjal­nie"1.

Tak czy ina­czej, pożar na Baker Street stał się być może odpo­wied­nim zakoń­cze­niem dla histo­rii, która roz­po­częła się pięć lat wcze­śniej roz­ka­zem Win­stona Chur­chilla, aby "pod­pa­lić Europę". Oce­nia się, że utra­cono w ten spo­sób około 85% zaso­bów, jakie w Lon­dy­nie udało się zgro­ma­dzić. Przez wiele dzie­się­cio­leci nawet te smętne resztki akt, które oca­lały, pozo­sta­wały utaj­nione.

Dopiero od 2003 roku zaczęto je udo­stęp­niać bada­czom, ale też nie wszyst­kie. Skąpe mate­riały o Kry­sty­nie Skar­bek, ozna­czone sygna­turą: HS 9/612, prze­cho­wy­wane w Archi­wum Naro­do­wym (The Natio­nal Archi­ves) w Lon­dy­nie, w nie­wiel­kim stop­niu rzu­cają świa­tło na jej wojenną dzia­łal­ność. Sprawy nie uła­twia fakt, że Kry­styna posłu­gi­wała się wie­loma doku­men­tami na różne nazwi­ska, takie jak: Kry­styna Giżycka, Chri­stine Gra­nville, Pau­line Armand, Zofia Andrze­jew­ska czy Maria Kamiń­ska, lub pseu­do­ni­mami: "Madame Mar­chand", "Folk­stone" czy "Mucha".

Archiwa bry­tyj­skiego wywiadu - zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w tej służ­bie zasa­dami - pozo­stają tajne przez 75 lat od śmierci agenta, chyba że on sam, za życia, ujawni dane o swej wywia­dow­czej prze­szło­ści. Nawet jed­nak w takim przy­padku ujaw­niane archi­wa­lia pod­le­gają restryk­cyj­nemu ocen­zu­ro­wa­niu.

Rów­nież komu­ni­styczna ojczy­zna Kry­styny nie miała żad­nego inte­resu w tym, aby hołu­bić i sta­wiać na pie­de­stale angiel­ską agentkę, która w nowej, zim­no­wo­jen­nej Euro­pie mogła ponow­nie ode­grać istotną rolę. Takim ludziom raczej odbie­rano pol­skie oby­wa­tel­stwo (jak na np. gene­ra­łowi Ander­sowi), niż obsy­py­wano zaszczy­tami i umiesz­czano w pan­te­onie naro­do­wych boha­te­rów. W efek­cie o hra­biance Skar­bek w Pol­sce prak­tycz­nie zapo­mniano.

Dopiero kilka lat temu zain­te­re­so­wa­nie jej osobą odżyło; być może dla­tego, że Andrzej Kower­ski, główny orę­dow­nik obrony jej imie­nia, od końca lat 80. spo­czywa u boku swo­jej uko­cha­nej na lon­dyń­skim cmen­ta­rzu Ken­sal Green. Teraz ich - już wiecz­nej - miło­ści strzeże ulu­biony ryn­graf Kry­styny z jasno­gór­ską Czarną Madonną, który przy­ja­ciele umie­ścili na nagrobku.

Ta książka nie jest bio­gra­fią; to raczej opo­wieść o kobie­cie, która chciała żyć na swo­ich warun­kach, i o cza­sach, w jakich przy­szło jej umrzeć. Była dumna, chciała być nie­za­leżna, a histo­rie takich ludzi rzadko koń­czą się happy endem. Wsze­lako śle­dząc losy Kry­styny Skar­bek, jed­nego można być pew­nym: była posta­cią nie­tu­zin­kową. Dla­czego szpie­go­wała? Wyłącz­nie dla pie­nię­dzy? Z miło­ści do ojczy­zny? A może rację miały angiel­skie bru­kowce, gdy po jej tra­gicz­nej śmierci w 1952 roku biły w oczy wiel­kimi nagłów­kami: "As wywiadu, który szpie­guje dla każ­dego i w każ­dej woj­nie!"?

Na to pyta­nie Czy­tel­nicy muszą sobie odpo­wie­dzieć sami.

Korzy­sta­jąc z tej spo­sob­no­ści, chciał­bym podzię­ko­wać Kata­rzy­nie Rokic­kiej za pomoc w prze­tłu­ma­cze­niu z języka angiel­skiego doku­men­tów, do któ­rych udało mi się dotrzeć. Bez Niej ta książka nie powsta­łaby tak szybko ani w takim kształ­cie.

Świ­no­uj­ście, 2013

D. Staf­ford, Tajny agent. Praw­dziwa histo­ria ukry­tej wojny z Hitle­rem, przeł. M. Łakomy, War­szawa 2007, s. 317. [wróć]

Roz­dział I. Pakt Czte­rech

Roz­dział I

Pakt Czte­rech

Nie możemy pozwo­lić na szar­ga­nie dobrego imie­nia Kry­styny - powie­dział dobit­nym tonem Andrzej Kower­ski i spoj­rzał badaw­czo na trzech męż­czyzn, sie­dzą­cych przy stole.

Spo­tka­nie miało cha­rak­ter nie­for­malny, by nie powie­dzieć: kon­spi­ra­cyjny. Jego uczest­ni­kami, obok Kower­skiego, byli dwaj Anglicy i Belg, wykształ­cony w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wszyst­kich panów łączyła - oprócz aktyw­nego udziału w II woj­nie świa­to­wej - wielka zaży­łość z Kry­styną Skar­bek, w nie­któ­rych krę­gach znaną jako Chri­stine Gra­nville. Męż­czyźni, na któ­rych życiu odci­snęła ona mniej lub bar­dziej zna­czące piętno, poki­wali gło­wami, zga­dza­jąc się ze sło­wami kolegi.

- Wąt­pię, by można było stwo­rzyć logiczny obraz jakiej­kol­wiek kobiety, a co dopiero mówić o kimś o takiej oso­bo­wo­ści jak Kry­styna - stwier­dził jeden z zebra­nych.

Słowa te padły z ust dowódcy legen­dar­nych fran­cu­skich par­ty­zan­tów maquis, Fran­cisa Cam­ma­ertsa, któ­rego kilka lat wcze­śniej Kry­styna uwol­niła z rąk gestapo pod­czas nie tyle bra­wu­ro­wej, co wręcz zuchwa­łej akcji. Pozo­sta­łymi uczest­ni­kami spo­tka­nia byli: jeden z licz­nych jej kochan­ków, John Roper, i przy­ja­ciel Patrick Howarth, który praw­do­po­dob­nie też się w niej pod­ko­chi­wał.

- My, jej przy­ja­ciele, nie chcemy, aby stała się wyłącz­nie pra­sową sen­sa­cją - Kower­ski tłu­ma­czył cele zało­żo­nego wła­śnie Zespołu ds. Ochrony Pamięci Kry­styny Skar­bek. - Będziemy bro­nić jej repu­ta­cji.

- Należy wszel­kimi spo­so­bami i środ­kami powstrzy­mać publi­ka­cję arty­ku­łów, pisa­nych przez dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy ni­gdy jej nie spo­tkali, a także wspo­mnień ludzi, któ­rzy ją mało znali - zapro­po­no­wał Cam­ma­erts.

Miał na myśli choćby Wil­liama Stan­leya Mossa, któ­rego córka Kry­styna - owoc jego mał­żeń­stwa z Zofią Tar­now­ską - otrzy­mała imię wła­śnie na cześć przy­ja­ciółki żony. Moss był wyso­kim, przy­stoj­nym i dia­bel­nie roman­tycz­nym poszu­ki­wa­czem przy­gód, miał lite­rac­kie zacię­cie i przy­cią­gał uwagę bez­pre­ten­sjo­nalną auto­iro­nią. "Świet­nie wyglą­dał, dosko­nale tań­czył, był zabawny. Wspa­niały towa­rzysz!" - wspo­mi­nała jego pol­ska żona.

Poznali się w Kairze, gdzie Moss naj­pierw miesz­kał w hotelu "She­phe­ard", ale wypro­wa­dził się stam­tąd, gdy w jego pokoju dosta­wiono łóżka i dokwa­te­ro­wano obcych. Wkrótce doszło do zatargu, który Billy musiał roz­strzy­gnąć nokau­tu­ją­cym cio­sem. Potem noco­wał w lokalu kon­tak­to­wym SOE, miesz­ka­niu urzą­dzo­nym w kosza­ro­wym stylu, które jego towa­rzy­sze okre­ślali mia­nem Han­go­ver Hall (Sala Kaca).

Zmu­sić takiego czło­wieka do cze­go­kol­wiek wbrew jego woli było nie lada sztuką. W swoim dorobku miał już wspo­mnie­niową książkę, opo­wia­da­jącą o jego wyczy­nach na Kre­cie, gdzie wio­sną 1944 roku porwał nie­miec­kiego komen­danta wyspy, gene­rała Hein­ri­cha Kre­ipe1. Moss zdą­żył opu­bli­ko­wać serię czte­rech arty­ku­łów w "Pic­ture Post" pod zna­mien­nym tytu­łem Boha­ter­ska Kry­styna, zanim zabrał się za pisa­nie książki, którą jego córka okre­śliła powścią­gli­wie: "Trudno ją nazwać hagio­gra­fią, bo Kry­styna święta nie była".

Moss w jej przy­go­dach wyczuł dobry temat nie tylko na książkę, ale także na film. Główną rolę miała zagrać Sarah Chur­chill. Tak, tak, córka samego Win­stona, który nazwał Kry­stynę swoją "ulu­bioną agentką". Ponoć ten fakt prze­ko­nał aktorkę do przy­ję­cia tej roli. Moss jed­nak swo­jego pro­jektu nie zre­ali­zo­wał, a na jego zanie­cha­nie być może miała wpływ kore­spon­den­cja z Wło­dzi­mie­rzem Ledó­chow­skim, który już w 1953 roku prze­ko­ny­wał go: "Chyba nie­moż­li­wo­ścią jest, aby wła­ści­wie opi­sać nie­zwy­kły cha­rak­ter Kry­styny, przed­sta­wić ją jako anioła cnoty, pozba­wić ero­ty­zmu".

Praw­do­po­dob­nie z tego samego powodu akcep­ta­cji człon­ków paktu nie uzy­skała rów­nież bio­gra­fia Kry­styny jego autor­stwa, cho­ciaż Chri­stine Cole, de domo Moss, uznała ją za "sub­telną". Skar­bek potra­fiła wytwa­rzać magiczne cie­pło, ale nie gnę­biły ją wyrzuty sumie­nia, które innych powstrzy­my­wały od obda­rza­nia miło­ścią wię­cej niż jed­nej osoby naraz. Uro­cza z natury i nie­zwy­kle lojalna w sto­sunku do przy­ja­ciół, raniła jed­nak cza­sami tych, któ­rych kochała naj­moc­niej. Stan, jaki wywo­ły­wała w męż­czy­znach, traf­nie oddał Wło­dzi­mierz Ledó­chow­ski:

"Byłem nie­przy­tomny. Zazdrość ciskała mną. Co noc widzia­łem ją w obję­ciach Andrzeja. Byłem zazdro­sny o każdy jej gest i uśmiech prze­zna­czony dla niego, o każde słowo nie do mnie wypo­wie­dziane. Gdy wra­ca­łem wie­czo­rem do domu, z zaci­śnię­tymi zębami patrzy­łem w niebo i wygra­ża­łem gwiaz­dom w bez­sil­nej zło­ści; tym samym gwiaz­dom, które patrzyły na pierw­szy nasz poca­łu­nek".

Zda­wa­łem sobie sprawę, że gdy­bym miał tę kobietę dla sie­bie, z miej­sca rzu­cił­bym ją, z miej­sca miał­bym jej dość2.

Czy jed­nak na pewno? Ledó­chow­ski, opo­wia­da­jąc potem o tej histo­rii, utrzy­my­wał, że to on był obiek­tem ado­ra­cji. Skarb­kównę opi­sał dość zło­śli­wie, suge­ru­jąc, że poli­ga­mia była jej drugą naturą. Choć zda­rzały mu się też chwile szcze­ro­ści:

"Kosz­to­wał mnie ten okres w Buda­pesz­cie nie­sły­cha­nie wiele ner­wów - przy­zna­wał. - Świat znik­nął mi sprzed oczu; pozo­stało tylko jedno, dla czego warto było żyć - Kry­styna. Ona, kochanka dwóch męż­czyzn, okła­mu­jąca każ­dego z nas. Po sto­kroć pra­gną­łem wybrnąć z tej sytu­acji, ode­rwać się od tego splotu i nie mogłem, bo stale ta słaba strona woli pod­szep­ty­wała mi roz­wią­za­nie wygod­niej­sze: prze­cież za parę dni idziesz do Pol­ski i będziesz ją miał dla sie­bie"3.

Kry­stynę zawsze ota­czało kółko wiel­bi­cieli, któ­rych wabiła, nawet jeśli niektó­rych okre­ślała mia­nem "wier­nych psów". Część z nich była w niej zako­chana, mimo że ich miłość pozo­sta­wała nie­odwza­jem­niona. Innym odda­wała się nie­mal impul­syw­nie. "Zawsze mogli­śmy roz­po­znać tych, któ­rzy zostali "pobło­go­sła­wieni"; mieli to "coś" we wzroku" - przy­zna­wał z nutką zazdro­ści jeden z człon­ków paktu.

Hra­bia Ledó­chow­ski dotrzy­mał słowa danego kole­gom i nie opu­bli­ko­wał maszy­no­pisu (choć korzy­stała z niego Clare Mul­ley, pisząc swoją książkę The Spy Who Loved).

W podobny spo­sób znie­chę­cano pro­fe­sora Micha­ela R.D. Foota, któ­remu jed­nak udało się w 1966 roku wydać mono­gra­fię SOE in France. Uzy­skał on dostęp do tego, co pozo­stało z archi­wów Kie­row­nic­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych, łącz­nie z aktami per­so­nal­nymi agen­tów. Mimo że jemu samemu nie­raz bar­dzo sku­tecz­nie utrud­niano roz­mowy z tymi, któ­rzy dzia­łali w SOE, to należy uznać, że jego opra­co­wa­nie stwo­rzyło pod­wa­liny tego, co dzi­siaj możemy nazy­wać stu­diami nad SOE.

Jeśli oka­zy­wało się, że przy­ja­ciele Kry­styny nie są w sta­nie zablo­ko­wać publi­ka­cji książki o niej, natych­miast podej­mo­wali dzia­ła­nia mające na celu zdys­kre­dy­to­wa­nie war­to­ści takiej pozy­cji. Tak było w przy­padku książki Edwarda Spiro (publi­ku­ją­cego pod pseu­do­ni­mem E.H. Cookridge), któ­rego wspo­mnie­nia doty­czące Chri­stine Gra­nville wykpił Fran­cis Cam­ma­erts. "Wziął na warsz­tat histo­rię, która miała pięć tysięcy słów, i roz­dmu­chał ją do pięć­dzie­się­ciu tysięcy" - wspo­mina w nagra­niu z Muzeum Wojny. Inna sprawa, że They Came from the Sky Cookridge'a zawiera bar­dzo inte­re­su­jące opo­wie­ści i detale, które jed­nak trudno zwe­ry­fi­ko­wać czy dotrzeć do ich źró­dła; przy­kła­dem może być cytat z wywiadu dla BBC, w któ­rym Kry­styna opi­sy­wała epi­zody ze swo­jej mło­do­ści.

Mimo że melo­dra­ma­tyczna śmierć Kry­styny, w połą­cze­niu z jej szpie­gow­ską prze­szło­ścią, była dla mediów łako­mym kąskiem, to Pak­towi Czte­rech uda­wało się przez kilka dekad wyci­szać hałas wokół Skar­bek. Wszak zobo­wią­zali się, że do końca życia będą strzec jej dobrego imie­nia. Jak to robili? Podobno stra­szyli wydaw­ców, wyko­rzy­sty­wali swoje zna­jo­mo­ści, by wstrzy­my­wać publi­ka­cję "podej­rza­nych" arty­ku­łów pra­so­wych. Z powo­dze­niem two­rzyli swo­istą, przy­ja­ciel­ską blo­kadę infor­ma­cyjną. Póź­niej­szy bio­graf Skarb­kówny, Jan Larecki, zauważa:

"Trudno się oprzeć wra­że­niu, że współ­to­wa­rzy­sze Kry­styny byli w pew­nym sen­sie brą­zow­ni­kami jej losów. I mieli sporo racji w swych poczy­na­niach, bo w jej nie­zbyt dłu­gim życiu było wiele boha­ter­skich czy­nów. Ale nie tylko - w końcu była tylko kobietą, któ­rej wyba­cza się wiele"4.

Anna Rey Kon­stan­towa Potocka opi­suje histo­rię prze­mytu z oku­po­wa­nej Pol­ski do Buda­pesztu kara­binu prze­ciw­pan­cer­nego, który wzbu­dzał zain­te­re­so­wa­nie wszyst­kich euro­pej­skich wywia­dów. Skrzy­nię z tą bro­nią ukrył po kam­pa­nii wrze­śnio­wej Ludwik Popiel, który potem, w 1940 roku, jeden jej egzem­plarz prze­trans­por­to­wał na Węgry. Jesz­cze długo po woj­nie inni ludzie przy­pi­sy­wali sobie jego przy­gody, zasługi i medale.

"Będąc w Kana­dzie, pyta­łam go o powód mil­cze­nia - wspo­mi­nała. - Odpo­wie­dział, że jego kuzyn i przy­ja­ciel, Andrzej Kower­ski, kochał się w Kry­sty­nie Skar­bek i pro­sił Ludwika, by o jej dzia­łal­no­ści nie mówić, gdyż to, co ona zro­biła w Buda­pesz­cie, sta­wia­łoby ją w złym świe­tle. Więc Ludwik mil­czał - noblesse oblige"5.

Pierw­szą osobą, któ­rej udało się spo­rzą­dzić w miarę pełną, acz­kol­wiek zawie­ra­jącą liczne nie­ści­sło­ści fak­to­gra­ficzne bio­gra­fię Skar­bek, była Made­le­ine Mas­son. Na początku lat 50. przez przy­pa­dek poznała Kry­stynę pod­czas rejsu z Cape­town do Southamp­ton. Mas­son pły­nęła jako pasa­żerka promu "Win­che­ster Castle", a Polka była jej ste­war­desą. Ponad dwa­dzie­ścia lat póź­niej, pod dyk­tando Paktu Czte­rech, powstało jedyne - przez długi czas - opra­co­wa­nie na temat Kry­styny Skar­bek, zaty­tu­ło­wane A Search for Chri­stine Gra­nville.

Co takiego w postę­po­wa­niu Kry­styny nale­żało ukryć, czego nie można było wyba­czyć? I czy za te zata­je­nia na temat "milady" odpo­wiada tylko czwórka jej "musz­kie­te­rów"? Made­le­ine Mas­son w pod­su­mo­wa­niu swo­jej książki stwier­dza, że maszy­no­pis, ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, został prze­słany do Fore­ign and Com­mon­we­alth Office i tam spraw­dzony6. To wła­śnie Mini­ster­stwu Spraw Zagra­nicz­nych Wspól­noty Bry­tyj­skiej pod­lega m.in. tajna służba wywia­dow­cza Wiel­kiej Bry­ta­nii - Secret Intel­li­gence Service (SIS), która w maso­wej świa­do­mo­ści (zwłasz­cza dzięki fil­mom o Jame­sie Bon­dzie) znana jest jako MI6.

Co w maszy­no­pi­sie zostało potrak­to­wane czar­nym mar­ke­rem - tego nie dowiemy się pew­nie ni­gdy. Może przy oka­zji pre­miery filmu, jaki ma powstać na pod­sta­wie książki, autorka uchyli rąbka tajem­nicy, o ile nie ist­nieje jakaś klau­zula, która jej tego zaka­zuje. Dla­czego? Ponie­waż Skar­bek nie tylko pra­co­wała dla bry­tyj­skiego wywiadu; ona była jed­nym z naj­lep­szych jego szpie­gów. Pewien agent, z któ­rym pra­co­wała, powie­dział o niej: "Ta pra­wie hip­no­ty­zu­jąca siła, którą oddzia­ły­wała na męż­czyzn, była mie­szanką świe­żo­ści, flirtu, uroku i tej nie­zwy­kłej oso­bo­wo­ści, którą - jak latarkę - mogła wyłą­czać i włą­czać, kiedy chciała, ośle­pia­jąc wszyst­kich jej świa­tłem"7.

Zacho­wało się tro­chę jej foto­gra­fii, ale nie­zwy­kłe jest to, że na pra­wie każ­dym ze zdjęć wygląda jak inna osoba. Cza­sami spo­gląda z pew­no­ścią sie­bie gwiazdy fil­mo­wej, pełna wdzięku i świa­do­mo­ści swo­jej urody; innym razem widać tylko czar i radość. Mogła wyglą­dać na osobę bez trosk i pełną życia albo zamy­śloną i wyco­faną w sie­bie; potra­fiła robić wra­że­nie deli­kat­nej i sub­tel­nej albo figlar­nej i kokie­tu­ją­cej.

W uzy­ski­wa­niu nie­któ­rych z tych póz na pewno poma­gały jej prze­piękne, czarne włosy, upi­nane na różne spo­soby: raz spły­wały jej po ramio­nach ciemną falą, innym razem zwi­jała je mister­nie w kok, odsła­nia­jąc zgrabne, cudow­nie małe uszy. Ude­rza­jące były rów­nież jej deli­katne rysy i nie­wia­ry­god­nie biała kar­na­cja. "Zasta­na­wiała mnie jej gra­cja i spo­sób poru­sza­nia się". Myśla­łam, że może była bale­riną, któ­rej w życiu się nie powio­dło - przy­po­mina sobie Made­le­ine Mas­son8.

Długo poku­to­wało prze­ko­na­nie, że tak jak wojny i rewo­lu­cje są domeną męż­czyzn, tak i wywiad powi­nien sta­no­wić obszar dla nich zare­zer­wo­wany. SOE wyła­mało się z tego sche­matu - jako jedna z nie­wielu orga­ni­za­cji czasu wojny umoż­li­wiała kobie­tom dzia­ła­nie na linii frontu w tym samym zakre­sie, co męż­czyznom.

Agentki szko­lono nie tylko na kurierki i radio­te­le­gra­fistki; w kilku przy­pad­kach stały się nawet przy­wód­czy­niami ruchu oporu - zna­nymi we Fran­cji jako rese­aux. W sytu­acji gdy coraz wię­cej męż­czyzn zaczęło pod­le­gać STO (przy­mu­so­wej pracy w Niem­czech), młode kobiety miały tę prze­wagę, że mogły się poru­szać nie­mal bez ogra­ni­czeń i bez wzbu­dza­nia więk­szych podej­rzeń.

Oczy­wi­ście, kurierki wyko­ny­wały rów­nie ważne zada­nia, prze­no­sząc mię­dzy człon­kami ruchu oporu pie­nią­dze i infor­ma­cje doty­czące naboru i zrzu­tów broni. Od momentu lądo­wa­nia w Nor­man­dii, kobiety brały też udział w orga­ni­zo­wa­niu zasa­dzek na nie­miec­kie oddziały, a także w akcjach sabo­ta­żo­wych, orga­ni­zo­wa­nych na coraz więk­szą skalę. Kurie­rzy byli nie­zbędni z powodu cen­zu­ro­wa­nia prze­sy­łek pocz­to­wych, a roz­mowy tele­fo­niczne musiały być wtedy zama­wiane przez ope­ra­to­rów, któ­rzy zazwy­czaj je pod­słu­chi­wali. Każdy, kto chciał wysłać tele­gram lub zamó­wić roz­mowę, musiał też wyle­gi­ty­mo­wać się dowo­dem toż­sa­mo­ści.

Domingo Pastor Petit w książce Kobieta szpieg przed­sta­wia dość dokład­nie zasady uży­wa­nia kobiet w wywia­dzie; wgląd w nie uzy­skał za pośred­nic­twem wyż­szego funk­cjo­na­riu­sza bry­tyj­skiej taj­nej służby, któ­rego nazwi­ska zde­cy­do­wał się nie ujaw­niać:

"Wyko­rzy­stu­jemy je z roz­wagą. Nie­zbyt lubimy korzy­stać z ich usług, ale jed­no­cze­śnie potrze­bu­jemy ich. Ogól­nie rzecz bio­rąc, są dobre w cha­rak­te­rze podwój­nych agen­tów na naszym żoł­dzie. Uwa­żam, że dobrą agentką jest ta, która dostar­cza wię­cej infor­ma­cji, niż ich ujaw­nia nie­przy­ja­cie­lowi. Agentka, którą wysy­łam za gra­nicę, musi wie­dzieć, że jedy­nie wtedy uzy­ska ważne infor­ma­cje, kiedy ujawni inne nie­przy­ja­ciel­skiej taj­nej służ­bie. Kiedy zosta­nie schwy­tana, zawsze może powie­dzieć, że pra­cuje dla wro­gów Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa. Męż­czyźni łatwiej uzy­skują infor­ma­cje, ale to nie ozna­cza, że mogą je nam z równą łatwo­ścią prze­ka­zać. Sześć­dzie­siąt pro­cent męż­czyzn nie wraca z zada­nia; kobiety są chy­trzej­sze i na ogół mają wię­cej szczę­ścia"9.

Ber­nard New­man w swo­jej mono­gra­fii The World of Espio­nage przy­znaje, że "[...] nikt nie może pochwa­lić się taką odwagą jak one. W mojej książce mówi­łem o dziel­nych kobie­tach, które we Fran­cji ska­kały ze spa­do­chro­nem, by wziąć udział w wal­kach Résistance. W więk­szo­ści były spe­cja­list­kami od radio­te­le­gra­fii. To ich tra­dy­cja. Pogar­dza się nimi jako agent­kami, ale jako spe­cja­listki od łącz­no­ści są bez­kon­ku­ren­cyjne"10.

Kie­row­nic­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych widocz­nie nie podzie­lało tej opi­nii, skoro w ciągu czte­rech lat tylko do Fran­cji wysłało 393 kobiety, spo­śród któ­rych śmierć ponio­sły aż 102 agentki. Wszyst­kie prze­szły takie samo szko­le­nie jak męż­czyźni, włą­cza­jąc w to walkę wręcz, obsługę broni pal­nej i wyko­rzy­sty­wa­nie ładun­ków wybu­cho­wych. Nie ist­niał żaden sys­tem, według któ­rego dzia­łały.

Jaka­kol­wiek ofi­cjalna rekru­ta­cja nie wcho­dziła w grę, ponie­waż klu­czowe zna­cze­nie miało zacho­wa­nie całej pro­ce­dury w ści­słej tajem­nicy. Zamiast tego w dys­kretny spo­sób infor­mo­wano roz­ma­ite orga­ni­za­cje zbrojne, że poszu­ki­wane są kobiety zna­jące języki obce, które byłyby zain­te­re­so­wane służbą spe­cjalną. Doświad­cze­nia Yvonne Base­den, które przy­wo­łuje David Staf­ford, mogą posłu­żyć jako mode­lowy przy­kład takiego postę­po­wa­nia:

"Słu­cha­jąc prze­mó­wień de Gaulle'a, pomy­śla­łam, że mogła­bym dowie­dzieć się, czy mogę ze swo­jej strony coś zro­bić. Poszłam do mini­ster­stwa, gdzie poin­for­mo­wano mnie, że mogą być zain­te­re­so­wani współ­pracą i że mam pocze­kać. Po chwili jed­nak dowie­dzia­łam się, że ze względu na ojca Anglika i moje podwójne oby­wa­tel­stwo nie mogą mnie zatrud­nić ani w żaden spo­sób pomóc mi w przy­stą­pie­niu do fran­cu­skich orga­ni­za­cji. To było wszystko ze strony Wol­nych Sił Fran­cu­skich.

Ode­szłam więc i prze­my­śla­łam wszystko jesz­cze raz. Pamię­tam, jak mój ojciec opo­wia­dał mi, że w cza­sie I wojny świa­to­wej był kurie­rem, a póź­niej także jed­nym z pierw­szych pilo­tów Kró­lew­skiego Kor­pusu Lot­ni­czego (Royal Fly­ing Corps), zatem pomy­śla­łam, że wstą­pię do Kobie­cych Kró­lew­skich Sił Powietrz­nych (WRAF). Peł­ni­łam różne role w Mini­ster­stwie Lot­nic­twa (Air Mini­stry), pra­co­wa­łam jako sekre­tarka pod­puł­kow­nika lot­nic­twa tego depar­ta­mentu, a także dla Fran­cuzki, która wyko­ny­wała zada­nia polowe dla SOE. Nie sły­sza­łam wcze­śniej o SOE, ale naj­wy­raź­niej powie­dziano jej, że jeśli spo­tka kogoś, kto będzie nada­wał się do współ­pracy, ma o tym powia­do­mić. Tak wła­śnie tra­fi­łam do tej orga­ni­za­cji"11.

Do coraz szer­szej poli­tyki rekru­ta­cyj­nej kobiet przez SOE przy­czy­niały się też suk­cesy dwóch z naj­wcze­śniej zre­kru­to­wa­nych agen­tek. Pierw­szą z nich była wła­śnie Kry­styna Skar­bek, jedna z naj­od­waż­niej­szych i naj­dłu­żej dzia­ła­ją­cych agen­tek SOE. Druga to Vir­gi­nia Hall, która dzięki swo­jemu ame­ry­kań­skiemu oby­wa­tel­stwu pro­wa­dziła dzia­łal­ność szpie­gow­ską pod przy­krywką kore­spon­dentki "New York Timesa" do listo­pada 1942 roku.

Tajna siatka wywia­dow­cza SIS dzia­łała cicho i spo­koj­nie, nato­miast akcje sabo­ta­żowe SOE z defi­ni­cji były gło­śne i przy­cią­gały uwagę Niem­ców, dla­tego mię­dzy SOE a SIS czę­sto miał miej­sce kon­flikt inte­re­sów. Ofi­ce­ro­wie SIS (lub MI6) uwa­żali sie­bie za pro­fe­sjo­na­li­stów, obec­nych w branży od dzie­się­cio­leci, pod­czas gdy do SOE nale­żeli "ama­to­rzy" i "żół­to­dzioby". Zawo­dowy brak zaufa­nia ze strony SIS ocie­rał się nie­kiedy o absurd, a naj­lep­szym tego przy­kła­dem był przy­pa­dek brata sław­nego mini­stra nie­miec­kiego, Got­t­frieda Rein­holda Tre­vi­ra­nusa, któ­rego znał hra­bia Ledó­chow­ski:

"Był on z nami na statku "War­szawa" i swoim wyglą­dem, przy­po­mi­na­ją­cym wychu­dzo­nego bociana, wzbu­dzał powszechną weso­łość i zain­te­re­so­wa­nie. Ponie­waż mówił dobrze po nie­miecku, co jest rze­czą co naj­mniej nie­co­dzienną u Angli­ków, mogłem się z nim dosko­nale poro­zu­mieć, toteż dowie­dzia­łem się nie­któ­rych inte­re­su­ją­cych szcze­gó­łów z jego życia. Matką jego była Angielka, a dziw­nym zrzą­dze­niem losu on - brat mini­stra, haka­ty­sty nie­miec­kiego - poszedł za gło­sem krwi swych przod­ków po kądzieli i stał się Angli­kiem.

Zna­jąc dosko­nale język nie­miecki, zgło­sił się do usług swego rządu w Intel­li­gence Service. Przed wojną miesz­kał w Kenii, a po jej wybu­chu pra­co­wał na Bał­ka­nach. Póź­niej, jako obser­wa­tor angiel­ski, zna­lazł się w Fin­lan­dii, obec­nie zaś w jakiejś misji wraca znów do Kenii. Kolek­cja pasz­por­tów, jaką mi poka­zy­wał, świad­czyła rze­czy­wi­ście o jego dość roz­le­głych sto­sun­kach. Miał nawet pasz­port pol­ski na nazwi­sko fik­cyjne, który umoż­li­wił mu podróż naszym stat­kiem.

Byłem prze­ko­nany, że wła­dze angiel­skie odniosą się do niego z ogrom­nym sza­cun­kiem, że od razu poczy­nią mu wszel­kiego rodzaju uła­twie­nia. Tym­cza­sem jakież było moje zdzi­wie­nie, gdy Anglik nagle znikł z naszego namiotu. Wró­cił potem wście­kły, klnąc Angli­ków i Dwójkę w spo­sób dość nie­par­la­men­tarny. Potem powtór­nie znikł, jak się oka­zało, w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym dla podej­rza­nych. Znacz­nie póź­niej spo­tka­łem go dopiero w Jero­zo­li­mie, dokąd po paru mie­sią­cach, po dość dłu­gich bada­niach, udał się, wypusz­czony osta­tecz­nie przez zbyt ostroż­nych lub też głu­pich ofi­ce­rów Dwójki angiel­skiej"12.

Chri­sto­pher Mon­ta­gue Woodho­use, który dzia­łał w ruchu oporu na Pelo­po­ne­zie, wspo­mi­nał potem, jak Grecy czę­sto komen­to­wali jaskrawe sprzecz­no­ści w tak­tyce bry­tyj­skiej: "Jeśli trzech bry­tyj­skich ofi­ce­rów powie ci dokład­nie co innego, to wcale nie zna­czy, że któ­ryś z nich się myli albo że jest mało zorien­to­wany. Ozna­cza to tylko, iż sprawa jest bar­dziej zawi­kłana i sięga dalej, niż z początku przy­pusz­czano"13.

Co skło­niło Kry­stynę do pracy w wywia­dzie? Zda­niem jed­nej z sekre­ta­rek SOE, którą wyko­rzy­sty­wano nie tylko do pracy biu­ro­wej, dzia­łal­ność agentki nie miała w sobie nic z tego, co wyobraża sobie prze­ciętny zja­dacz chleba, wycho­wany na lite­ra­tu­rze szpie­gow­skiej. David Staf­ford przy­ta­cza wypo­wiedź Noreen Riols, która stwier­dziła:

"Nie uwa­żam, żeby życie szpiega było choćby w nie­wiel­kim stop­niu tak roman­tyczne, jak przed­sta­wiają to książki. Nie było tam przy­jęć z kok­taj­lami ani przy­stoj­nych szpie­gów z dłu­gimi cygar­nicz­kami, ujmu­ją­cych całe oto­cze­nie. Była to proza życia, czę­sto bar­dzo trudna. Nie, nie było w tym ani krzty roman­ty­zmu"14.

Wywiad bry­tyj­ski nie pro­wa­dził wer­bunku wśród kobiet pokroju Maty Hari. Oczy­wi­ście, były sytu­acje, w któ­rych agentki, aby unik­nąć nie­bez­piecz­nych kon­se­kwen­cji, musiały ucie­kać się do swo­jego kobie­cego wdzięku. Świad­kiem takiego zacho­wa­nia Kry­styny Skar­bek był Wło­dzi­mierz Ledó­chow­ski:

"Widzę teraz, że coś szep­cze żan­dar­mom, że o coś ich prosi. Sta­ram się usły­szeć, o co cho­dzi. Tak, rozu­miem, ze strzęp­ków roz­mowy domy­ślam się tre­ści. Kry­styna wygrywa swoje atuty, korzy­sta z ciem­nej nocy, by pozwo­lić swoim wło­som musnąć twa­rze żan­dar­mów. Już roz­ma­wiają z nią łagod­niej, już jest dla nich kobietą, a nie zbie­giem i szpie­giem"15.

Agentki nie były także dziew­czy­nami Bonda w dzi­siej­szym tego słowa zna­cze­niu, eks­pert­kami w jujitsu, karate lub innych sztu­kach walki. Spo­śród nich wszyst­kich Vio­lette Szabo, chłop­czyca, która zawsze pra­gnęła być lep­sza w ćwi­cze­niach fizycz­nych od brata, była naj­praw­do­po­dob­niej naj­sil­niej­sza i naj­bar­dziej atle­tycz­nie zbu­do­wana.

Kry­styna nie ustę­po­wała jej na tym polu. Cho­ciaż szczu­pła, była świa­doma tego, że musi być fizycz­nie sprawna. Była nie­by­wale wytrzy­mała, nie wspo­mi­na­jąc już o jej har­cie ducha. Paola Del Din pra­co­wała nad swoją kon­dy­cją pod­czas prze­praw przez Alpy z ojcem, który był żoł­nie­rzem. Co cie­kawe, w tam­tym cza­sie młode kobiety raczej znie­chę­cano do jazdy na rowe­rze, gdyż mogło to skut­ko­wać zbyt umię­śnio­nymi udami i łyd­kami. Potwier­dzają to wspo­mnie­nia dowódcy szwa­dronu, opu­bli­ko­wane w "Sun­day Express" z 11 marca 1945 roku:

"Inte­re­su­jącą rze­czą w tych dziew­czę­tach jest to, że nie są one krzep­kimi, mło­dymi kobie­tami o koń­skich twa­rzach z męskimi pod­bród­kami. Są to ładne, młode dziew­częta, które wyglą­da­łyby skrom­nie i słodko w kry­no­li­nach. Nie­które były kształ­cone w klasz­tor­nych szko­łach, inne ukoń­czyły szkoły w Szwaj­ca­rii. Odwaga, inte­li­gen­cja i duże moż­li­wo­ści adap­ta­cyjne są ich naj­waż­niej­szymi atry­bu­tami. Muszą posia­dać te cechy, jeżeli chcą ucho­dzić za słu­żące ze wsi albo sprytne pary­żanki"16.

Mimo to Niemcy wiele z nich schwy­tali, a następ­nie osa­dzili w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Część została zamor­do­wana, a tylko nie­liczne zdo­łały prze­żyć to pie­kło. Wśród nich była Kry­styna Skar­bek, a zawdzię­czała to swo­jej bez­czel­nej bra­wu­rze, sta­lo­wym ner­wom i... tak zwa­nemu far­towi, czyli po pro­stu nie­prze­cięt­nej oso­bo­wo­ści. Nasz super szpieg Zbi­gniew "Rygor" Sło­wi­kow­ski przy­zna­wał: "Naj­waż­niej­szą bro­nią nato­miast jest sam cha­rak­ter czło­wieka, jego wie­dza i doświad­cze­nie, inte­li­gen­cja, spryt i sta­now­czość, opa­no­wa­nie i odwaga, zna­jo­mość psy­chiki ludz­kiej, a przede wszyst­kim - szczę­ście"17.

Kry­styna okre­ślała te cechy mia­nem "instynktu psa". "Prze­ko­na­łam się o tym przed wojną, pod­czas let­nich waka­cji - opo­wia­dała Jadwi­dze Kar­bow­skiej. - Wyobraź sobie dom pełen mło­dzieży, pootwie­rane okna. Pewien ofi­cer doszedł do wnio­sku, zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, że jest we mnie zako­chany. Zaczął mi robić sceny zazdro­ści, zanim jesz­cze się oświad­czył. Odmó­wi­łam. Tego dnia był jakiś nie­swój. Sie­dząc na kana­pie w salo­nie, pod­czas oży­wio­nej roz­mowy, zmie­ni­łam nagle pozy­cję, to zna­czy pod­cią­gnę­łam w górę kolana, obej­mu­jąc je rękami. Nie umiem powie­dzieć dla­czego. W tym momen­cie zza okna padł strzał. Dosta­łam w kolano zamiast w serce"18.

Przy­kłady zacho­wa­nia przez Kry­stynę przy­sło­wio­wej zim­nej krwi można mno­żyć. Jeden z takich przy­pad­ków, kiedy Skarb­kówna nie stra­ciła głowy, opi­sy­wał Wło­dzi­mierz Ledó­chow­ski:

"Wojna zastała Kry­stynę w Anglii. To dzielna dziew­czyna. Wyje­chała z fał­szy­wym pasz­por­tem, wyro­bio­nym jej przez naszą orga­ni­za­cję, do Włoch i stam­tąd, po zała­twie­niu spraw z Pary­żem, wra­cała do Pol­ski tą samą drogą, obła­do­wana róż­nymi papie­rami, instruk­cjami i mate­ria­łem pro­pa­gan­do­wym. Głowę sobie łamała, jak prze­wieźć te papiery przez gra­nicę, gdy do wagonu, w któ­rym sie­działa, wszedł gesta­po­wiec. Jechała z Wied­nia do Kra­kowa. W trak­cie roz­mowy z ofi­ce­rem popro­siła go, żeby był tak uprzejmy i ukrył jej paczkę her­baty, którą wie­zie dla cho­rej matki. Ofi­cer z goto­wo­ścią dżen­tel­mena speł­nił jej prośbę i scho­wał her­batę do swo­jej walizki, nie domy­śla­jąc się nawet, że w paczce ukryte były wszyst­kie kom­pro­mi­tu­jące doku­menty"19.

Nie­stety, prawda była taka, że kobiety jej pro­fe­sji, nie słu­żąc w mun­du­rach, nie pod­le­gały pra­wom kon­wen­cji genew­skiej. Jeżeli zostały zła­pane, prę­dzej czy póź­niej ska­zy­wano je na śmierć. Ich jedyną nadzieją było zaprze­cze­nie temu, że miały cokol­wiek wspól­nego z dzia­łal­no­ścią szpie­gow­ską. Na przy­kład Didi Nearne udało się prze­ko­nać Niem­ców, że prze­ka­zała infor­ma­cje biz­nes­me­nowi, nie mając poję­cia o tym, że pra­cuje on dla Bry­tyj­czy­ków.

Jeżeli ta gra zawio­dła, człon­ko­wie nie­sław­nego komanda śmierci Hitlera czu­wali nad tym, aby wszy­scy schwy­tani agenci zostali roz­strze­lani - wielu z nich nawet w ostat­nich mie­sią­cach wojny. W wia­do­mo­ściach nada­nych przez Wehr­macht 7 paź­dzier­nika 1942 roku, kilka dni po napa­ści alian­tów na Dieppe, można było usły­szeć:

"W przy­szło­ści ter­ro­ry­ści i sabo­ta­ży­ści alianccy, zarówno bry­tyj­scy, jak i inni, któ­rzy nie zacho­wują god­no­ści żoł­nier­skiej, ale oka­zują swoją ban­dycką naturę, będą tak wła­śnie trak­to­wani przez nie­miec­kie oddziały, będą eli­mi­no­wani z cał­ko­witą bez­względ­no­ścią w walce i gdzie­kol­wiek się poja­wią".

Ba, 18 paź­dzier­nika tego samego roku z kwa­tery Hitlera wyszedł komu­ni­kat:

"Roz­ka­zuję zatem, że od dnia dzi­siej­szego wszy­scy prze­ciw­nicy, zaan­ga­żo­wani w tak zwane ope­ra­cje koman­do­skie w Euro­pie i Afryce, nawet kiedy są oni ubrani w mun­dury i posia­dają lub nie posia­dają broni, mają zostać zli­kwi­do­wani i ani jeden nie powi­nien pozo­stać przy życiu. Jest bez zna­cze­nia, czy zostali oni prze­rzu­ceni stat­kami, samo­lo­tami, czy sko­czyli ze spa­do­chro­nami. Nawet jeśli osoby te pod­da­dzą się, kiedy zostaną wykryte, mają zostać potrak­to­wane bez par­donu".

Dodat­kowa dyrek­tywa, która towa­rzy­szyła głów­nemu roz­ka­zowi, brzmiała:

"Zosta­łem zmu­szony, aby wydać roz­kaz znisz­cze­nia wszyst­kich wro­gich oddzia­łów dywer­syj­nych i nie­po­słu­szeń­stwo wobec tych roz­kazów będzie surowo karane (...). Dla wroga musi stać się jasne, że wszyst­kie sabo­tu­jące oddziały zostaną zli­kwi­do­wane, bez wyjątku, do ostat­niego czło­wieka. Ozna­cza to, że ich szanse prze­ży­cia maleją do zera. Jeżeli będzie konieczne, aby ze względu na prze­słu­cha­nie oszczę­dzić jed­nego lub dwóch ludzi, powinni zostać oni roz­strze­lani natych­miast po prze­słu­cha­niu. Ten roz­kaz jest prze­zna­czony tylko dla dowód­ców i nie powi­nien ni­gdy wpaść w ręce wroga".

Wydo­sta­wa­nie agen­tów po zakoń­cze­niu misji było rów­nie istotne, jak prze­rzu­ce­nie ich na miej­sce akcji. Nie­któ­rzy ni­gdy z niej nie powró­cili. Śred­nia prze­ży­wal­no­ści agen­tów SOE, dzia­ła­ją­cych w Euro­pie za linią wroga, wyno­siła od 60 do 70 pro­cent. Było to wię­cej niż ofi­cjalne sza­cunki, które okre­ślały tę war­tość na 50 pro­cent, i znacz­nie wię­cej niż wyno­sił ten sam wskaź­nik dla załóg bom­bow­ców.

Nie zmie­nia to faktu, że jed­nak było to bar­dzo ryzy­kowne zaję­cie. Czym zatem kie­ro­wała się Kry­styna? Co powo­do­wało córką hra­biego, że wybrała takie życie? Czy była to jej samo­dzielna decy­zja? A może po pro­stu została zmu­szona do wyboru mniej­szego zła, tak jak w przy­padku słyn­nego podwój­nego agenta Krzysz­tofa Sta­rzyń­skiego:

"[...] mia­łem dwa­dzie­ścia lat, zazdro­ści­łem star­szym kole­gom szkol­nym, któ­rzy już brali udział w akcjach bojo­wych Pol­ski Wal­czą­cej, i rówie­śni­kom uczest­ni­czą­cym teraz w powsta­niu z bro­nią w ręku - przy­znał po latach. - Wie­rzy­łem ofi­ce­rowi wywiadu, kole­dze mojego Ojca i stry­jów, że ten wróg, który wła­śnie wkra­czał na zie­mie pol­skie pod maską sprzy­mie­rzeńca, jest nie mniej groźny od hitle­row­skich najeźdź­ców. Zgo­dzi­łem się, żeby zostać "kre­tem" wywiadu Pol­ski Pod­ziem­nej"20.

Wia­domo - o czym jesz­cze będzie mowa - że Kry­styna znała, a praw­do­po­dob­nie rów­nież roman­so­wała z Ianem Fle­min­giem, twórcą przy­gód Jamesa Bonda. Podobno postać Vesper Lund, boha­terki pierw­szej książki cyklu, była wzo­ro­wana na pol­skiej hra­biance. Cie­kawe, ile prawdy było w poże­gnal­nym liście z powie­ści Casino Roy­ale, gdzie autor uczy­nił z Vesper podwójną agentkę?

"Jestem agentką MGB. Tak, jestem podwójną agentką rosyj­ską. Zwer­bo­wali mnie rok po woj­nie i odtąd pra­cuję dla nich. Zako­cha­łam się w Polaku z RAF-u. Kocha­łam go aż do pozna­nia cie­bie. Możesz się dowie­dzieć, kim był. Dostał dwa razy Distin­gu­ished Service Order za odwagę, a po woj­nie prze­szko­lił go M. i zrzu­cono go z powro­tem do Pol­ski. Zła­pali go i tor­tu­rami wiele z niego wydo­byli, także i o mnie. Tra­fili do mnie i powie­dzieli mi, że go pozo­sta­wią przy życiu, jeśli ja będę dla nich pra­co­wać. Nic o tym nie wie­dział, ale pozwo­lili mu pisać do mnie. List przy­cho­dził co mie­siąc pięt­na­stego. Oka­zało się, że nie mogę prze­stać. Nie znio­sła­bym myśli o tym, że nadej­dzie pięt­na­sty bez jego listu. Zna­czy­łoby to, że ja go zabi­łam. Sta­ra­łam się dawać im jak naj­mniej. Musisz mi wie­rzyć. [...] W cza­sie pierw­szej kola­cji, którą jedli­śmy razem, mówi­łeś mi, jak ten Jugo­sło­wia­nin, któ­remu udo­wod­niono zdradę, powie­dział: "Ponio­sła mnie świa­towa zawie­ru­cha". To jedyne moje uspra­wie­dli­wie­nie. To i miłość do czło­wieka, któ­remu sta­ra­łam się rato­wać życie"21.

Nic nie wia­domo, aby jej uko­chany, Andrzej Kower­ski, miał takie kło­poty, w prze­ci­wień­stwie do brata Kry­styny, też Andrzeja, który w latach 1948-1949 został osa­dzony w wię­zie­niu we Wron­kach za "nie­słuszne kla­sowo pocho­dze­nie". Trudno o lep­szy powód do szan­tażu agenta. Czyżby zatem coś było na rze­czy? Jeśli spoj­rzy się z pew­nej per­spek­tywy, sto­pień sowiec­kiej pene­tra­cji wśród agen­tów dzia­ła­ją­cych w Wiel­kiej Bry­ta­nii osią­gnął sto­pień plagi. Kom­pe­tentni dzien­ni­ka­rze ujaw­niali nazwi­ska zdraj­ców, któ­rym po ich zde­ma­sko­wa­niu... daro­wy­wano winy.

Pro­cesy o zdradę i zwią­zany z tym roz­głos, który mógłby obna­żyć wię­cej zra­ko­wa­ce­nia, zostały zanie­chane w wyniku tego dość nie­zwy­kłego, ale dobrze obli­czo­nego pre­ce­densu. Duże zna­cze­nie miała praw­do­po­dob­nie chęć zacho­wa­nia obrazu bry­tyj­skiej inte­gral­no­ści, tak utrwa­lo­nego w świa­to­wej opi­nii. Czy Kry­styna Skar­bek była ofiarą tej "stra­te­gii ukry­wa­nia", o któ­rej - z racji swych kon­tak­tów - Fle­ming z pew­no­ścią wie­dział?

Wpraw­dzie spóź­nione docho­dze­nia z lat 80. objęły 41 osób, z czego 21 wypad­ków uznano za udo­wod­nione, ale prze­cież już w roku 1948 bry­tyj­ska służba bez­pie­czeń­stwa usta­liła, że 16 podej­rza­nych było ponad wszelką wąt­pli­wość agen­tami wywiadu sowiec­kiego. Wielu z nich było wyso­kimi urzęd­ni­kami w Fore­ign Office i w wywia­dzie. Zna­lazł się na tej liście asy­stent puł­kow­nika Harolda Per­kinsa w SOE - kapi­tan Armant Uhren, który miał pod swoją pie­czą sprawy pol­skie. Wraz z innym agen­tem został aresz­to­wany przed koń­cem wojny i ska­zany na sie­dem lat wię­zie­nia22. Czy dla­tego Kry­styna musiała zgi­nąć?

Dla­czego kobiety zga­dzały się podej­mo­wać tak nie­bez­pieczne zada­nia? Naj­czę­ściej ludzie para­jący się taką dzia­łal­no­ścią opo­wia­dali, że chcieli coś zro­bić dla kraju, aby w ten spo­sób mieć swój wkład w oba­le­nie hitle­row­skiej Rze­szy. Żeby słu­żyć za liniami wroga, potrzebna była odwaga i poświę­ce­nie innego kali­bru niż na fron­cie, a cechą łączącą wszyst­kie kobiety-agentki była nie­złomna deter­mi­na­cja, aby brać czynny udział w zada­wa­niu wro­gowi praw­dzi­wych szkód.

W przy­padku Vio­letty Szabo był to gniew na wieść o śmierci męża-legio­ni­sty pod El-Ala­mejn. W podobny spo­sób zwer­bo­wany został Fran­cis Cam­ma­erts, jeden z wyróż­nia­ją­cych się we Fran­cji agen­tów. Przed wojną był on zare­je­stro­wany jako osoba odma­wia­jąca służby woj­sko­wej ze względu na prze­ko­na­nia, ale po tym, jak jego brat zgi­nął, peł­niąc służbę w RAF-ie, zmie­nił zda­nie:

"Z wielu przy­czyn posta­no­wi­łem, że powi­nie­nem włą­czyć się w walkę z faszy­zmem, z któ­rym wal­czył cały naród. Pró­bo­wa­łem zna­leźć dzie­dzinę, w któ­rej moje talenty zosta­łyby dobrze wyko­rzy­stane. Jed­nym z nich była zna­jo­mość języka fran­cu­skiego, w związku z czym skon­tak­to­wa­łem się z Har­rym Ree, który był moim przy­ja­cie­lem, dzia­ła­ją­cym w służ­bie wywia­dow­czej. Zgo­dził się zała­twić mi prze­słu­cha­nie. Pole­cono mi, abym udał się na Nor­thum­ber­land Ave­nue, gdzie w jed­nym z pomiesz­czeń będzie na mnie cze­kał ofi­cer. Cała roz­mowa toczyła się w języku fran­cu­skim [...]"23.

Pra­wie w każ­dym przy­padku agentki prawdę o natu­rze swo­jej pracy musiały ukry­wać przed przy­ja­ciółmi i rodziną. Paola Del Din była wyjąt­kiem, gdyż w nie­bez­piecz­nej, samot­nej podroży przez nie­miec­kie linie frontu we Flo­ren­cji i w skon­tak­to­wa­niu się z SOE poma­gała jej matka. W kilku przy­pad­kach, na przy­kład u Odette San­som i Vio­lette Szabo, służba ozna­czała porzu­ce­nie małych dzieci. Ale kobiety, które podej­mo­wały tę nie­sa­mo­wi­cie trudną decy­zję, pod­cho­dziły do tego w taki sam spo­sób, jak męż­czyźni - po pro­stu był to czas, kiedy służba kra­jowi była naj­waż­niej­sza.

Co było nie­zwy­kłe, to wiek tych dziew­cząt. Paola Del Din wyru­szyła do Flo­ren­cji na cztery tygo­dnie przed 21. uro­dzi­nami. Vio­lette Szabo miała tylko 23 lata, kiedy została zrzu­cona we Fran­cji; Peggy Kni­ght była 24-latką, kiedy roz­po­częła swoją misję, led­wie o rok star­sza była Alix d'Unie­nvielle. Paddy O'Sul­li­van, Pearl Whi­te­hintg­ton, Noor Inayan Khan, kiedy zostały wysłane za linie wroga, liczyły odpo­wied­nio 26, 27 i 29 lat.

Nie powinno dzi­wić ani szo­ko­wać, że poja­wie­nie się tylu mło­dych i pięk­nych kobiet wywo­ły­wało wiele pro­ble­mów uczu­cio­wych pośród męskiej czę­ści agen­tury. Jak się oka­zuje, pol­ska łamaczka męskich serc pod tym wzglę­dem nie odbie­gała spe­cjal­nie od normy. Mar­ga­ret Paw­ley z FANY24, która prze­by­wała z nią w Kairze, wspo­mi­nała: "Nie była piękna w kla­sycz­nym sen­sie, ale miała w sobie coś, czemu męż­czyźni nie potra­fili się oprzeć. Kiedy wcho­dziła do pokoju, każdy męż­czy­zna musiał na nią spoj­rzeć"25.

Jej hip­no­ty­zu­jąca siła przy­cią­ga­nia męż­czyzn spra­wiała, że przez całą wojnę ule­gali jej cza­rowi. Cho­ciaż z dru­gim mężem, Jerzym Giżyc­kim (rów­nież agen­tem bry­tyj­skim), któ­rego nazy­wała swoim "guru", roz­wio­dła się dopiero po woj­nie, i mimo pozo­sta­wa­nia w dłu­go­trwa­łym związku z Andrze­jem Kower­skim, miała na kon­cie wiele innych roman­sów. Wśród agen­tek zda­rzało się to dość czę­sto.

Kapi­tan Fer­di­nand Tuohy, ofi­cer wywiadu pod­czas I wojny świa­to­wej, w swo­jej książce The Secret Corps. A Tale of "Intel­li­gence" on All Fronts, przy­ta­cza wiele przy­pad­ków, kiedy to agentki zako­chi­wały się w męż­czy­znach, któ­rych miały roz­pra­co­wy­wać: "Kobiety te zwra­cały nawet pie­nią­dze, powie­rzone im na wyko­na­nie zada­nia, ponie­waż... nie były w sta­nie zdra­dzić obiektu swo­ich uczuć!"26.

W podob­nym tonie wypo­wiada się Ber­nard New­man w swo­jej mono­gra­fii The World of Espio­nage: "Ogól­nie można powie­dzieć, że kobiety nie wyka­zy­wały zbyt wiel­kich kwa­li­fi­ka­cji wywia­dow­czych. Wojna jest przed­się­wzię­ciem par excel­lence tech­nicz­nym, nie­wiele więc przed­sta­wi­cie­lek płci pięk­nej wyka­zuje pre­dys­po­zy­cje do dzia­ła­nia we współ­cze­snym wywia­dzie. Ponadto kobiety mają ten­den­cję do ule­ga­nia swoim emo­cjom"27.

Mode­lo­wym przy­kła­dem jest przy­pa­dek mło­dej Mary Her­bert, która wysłana do Bor­de­aux jako kurier siatki "Scien­tist", nawią­zała romans ze swoim łącz­ni­kiem, Clau­dem de Bais­sac. Ba, zaszła z nim w ciążę i pod koniec 1943 roku uro­dziła córkę. Odważna i buń­czuczna Sonia Butt była pod takim wra­że­niem słu­żą­cego z nią kana­dyj­sko-fran­cu­skiego agenta, że wyco­fała się ze służby, aby wyjść za niego za mąż bez poin­for­mo­wa­nia prze­ło­żo­nych (ku ich zro­zu­mia­łemu nie­za­do­wo­le­niu)28.

Pod wpły­wem eks­tre­mal­nego wysiłku, napię­cia psy­chicz­nego i oko­licz­no­ści czło­wiek łatwo daje się ponieść gorą­cym uczu­ciom, ale ten stan emo­cjo­nalny z pew­no­ścią łatwiej pojmą ludzie o psy­chice wzbo­ga­ca­nej nie­ustan­nie o dozna­nia, któ­rych darem­nie by szu­kać w codzien­nej, pro­za­icz­nej egzy­sten­cji. Trudno zro­zu­mieć ową szcze­gólną więź, jaka łączy tych, któ­rzy poko­nali strach, wspólne prze­ży­wa­nie rado­ści, trudno pojąć nie­zwy­kłą szcze­rość uczuć, jakie rodzi wspólna walka o prze­trwa­nie; sło­wem: to wszystko, co pozo­sta­wia w pamięci naj­głęb­szy ślad.

"Bywa­li­śmy głodni - przy­zna­wała na przy­kład hima­la­istka Nicole Leinin­ger. - Ale pozna­li­śmy za to praw­dziwą roz­kosz spo­ży­wa­nia pokarmu. Bywa­li­śmy spra­gnieni. Cier­pie­li­śmy, zmu­szeni do życia w bru­dzie. Dzięki temu pozna­li­śmy w całej pełni cud wody. A nade wszystko pozna­li­śmy praw­dziwą war­tość czło­wieka; każdy z nas dawał zespo­łowi wszystko, co miał w sobie naj­lep­szego. Każdy darzył towa­rzy­szy tym, co w nim było naj­cen­niej­sze [...]. Ale może naj­bar­dziej war­to­ściowe było to, że każdy z nas zro­bił ogromny wysi­łek, by zdo­być się na ową bystrą obser­wa­cję samego sie­bie, która pozwala tłu­mić drobne przy­wary cha­rak­teru, a przez to dosko­na­lić w sobie trudną sztukę współ­ży­cia z ludźmi"29.

Czy jeste­śmy w sta­nie pojąć, w jakim stre­sie musiała dzia­łać Kry­styna? Wyobraźmy sobie ten stan wiecz­nego ocze­ki­wa­nia, kiedy każ­dego ranka budziła się wbrew sobie samej, leżąc jesz­cze w łóżku, i nasłu­chi­wała odgło­sów budzą­cego się życia, które tak łatwo mogły stać się gło­sami śmierci. Wsłu­chi­wała się w rytm pierw­szych kro­ków, roz­le­ga­ją­cych się na ulicy, w pierw­sze głosy. Sły­szała, jak zatrzy­mują się i odjeż­dżają pierw­sze auta; momenty ciszy sta­wały się coraz rzad­sze w nara­sta­ją­cym hała­sie. I wbrew samej sobie szy­ko­wała się w każ­dej chwili na to wale­nie do drzwi o świ­cie, które obu­dziło już tylu jej kole­gów i po któ­rym zawsze nastę­po­wał fatalny w skut­kach okrzyk: "Otwie­rać! Gestapo!". Nic dziw­nego, że na każdy ostry dźwięk dzwonka do drzwi jej serce zamie­niało się w kamień. I te myśli, galo­pu­jące przez głowę. Kto jest za drzwiami? Czy ten dzwo­nek ozna­cza koniec okresu zawie­sze­nia, w któ­rym żyła? Jedna sekunda, tylko jedna sekunda ocze­ki­wa­nia, ale była to sekunda tak głę­boka, jak bez­denna jest woda dla toną­cego.

Z dru­giej strony Kry­styna prze­sad­nie oba­wiała się posą­dze­nia o tchó­rzo­stwo, wobec czego wyma­gała od sie­bie wię­cej, niż kto­kol­wiek mógłby się po niej spo­dzie­wać. Cie­kawy rys cha­rak­te­ro­lo­giczny kre­śli Jolanta Kar­bow­ska w książce Z Mac­kie­wi­czem na ty:

"Spo­ty­ka­ły­śmy się od czasu do czasu w kawiarni. Kry­styna cho­dziła bez kape­lu­sza, co wtedy nie było przy­jęte. Zwra­cała uwagę urodą, ni­gdy spo­so­bem bycia.

- Prze­pra­szam za banalne pyta­nie, ale czy twoja praca przy­po­mi­nała w czym­kol­wiek role kobiet-szpie­gów z poprzed­niej wojny?

- W niczym. W umó­wio­nym dniu zabie­rał nas samo­lot, na dany sygnał świetlny [wyko­ny­wa­li­śmy] skok na plecy. Odbie­rali nas ludzie z miej­sco­wego pod­zie­mia, potem dłu­gie cze­ka­nie w kry­jówce, naj­czę­ściej cia­snej i zaplu­skwio­nej, bły­ska­wiczna akcja i powrót do bazy.

- Czy nie prze­sa­dzasz z tą lako­nicz­no­ścią?

- Nic a nic"30.

Z kolei angiel­ski instruk­tor, który kształ­cił nie­które z agen­tek, mówił, że pod­czas tre­nin­gów usi­ło­wali przy­go­to­wać je fizycz­nie, zwięk­sza­jąc ich odpor­ność za sprawą wspi­na­czek w dzi­kich tere­nach. Wszyst­kie nauczono walki wręcz, co dawało im wiarę we wła­sne siły, nawet jeśli więk­szość z nich nie wyka­zy­wała w tym kie­runku żad­nych talen­tów. Te dziew­częta nie nada­wały się na mate­riał na koman­do­sów. Nie posia­dały do tego fizycz­nych przy­mio­tów, choć nie­które cha­rak­te­ry­zo­wała nie­zwy­kle silna psy­chika. Trudno było ocze­ki­wać po dobrze wycho­wa­nych pan­nach, że staną za kimś i pode­rżną mu gar­dło, acz­kol­wiek na wypa­dek takiego ataku uczono je kilku wred­nych sztu­czek, pod­rzu­co­nych przez poli­cję z Szan­ghaju.

Moty­wów Kry­styny nie poznamy pew­nie ni­gdy, chyba że odnaj­dzie się jakiś jej dzien­nik lub pamięt­nik, o ile nie wpadł wcze­śniej w ręce jej towa­rzy­szy z pod­zie­mia lub przy­ja­ciół, któ­rzy przez lata blo­ko­wali wszel­kie publi­ka­cje na jej temat w oba­wie, że na jaw wyjdą rze­czy nie­godne boha­terki wojen­nej, odzna­czo­nej naj­wyż­szymi meda­lami Anglii i Fran­cji. Ona bowiem - w prze­ci­wień­stwie do lite­rac­kiego Jamesa Bonda, który na ogół na jedną par­tię przy­gód miał jedną dziew­czynę - nie narzu­cała sobie takich ogra­ni­czeń i mie­wała po dwóch kochan­ków naraz.

"Wie­czo­rem bie­gnę do Kry­styny - rela­cjo­no­wał jeden z nich, Wło­dzi­mierz Ledó­chow­ski. - Jedziemy do "From­bi­tasu" - muzyka wita Kry­stynę, jak dobrą zna­jomą, a gdy sia­damy, grają pol­skie mazurki i pio­senki. Posy­łam więc orkie­strze wino, posy­łam litr drugi i znów szum w uszach, i spoj­rze­nie Kry­styny na moich oczach. Potem, gdym ją do domu odpro­wa­dzał, pła­kała. Pro­siła, żeby nie, że nie może, że ktoś na nią czeka.

- Nie rozu­miem. Kto czeka, Kry­styno? - ale ona już poca­łun­kiem zatrzy­muje mi pyta­nie na ustach, szep­cząc:

- Ty wiesz naj­le­piej, jak bar­dzo chcę cię mieć, jak mi przy­kro żegnać się teraz, ale zro­zum, nie mogę!

[...] I znów jakaś kola­cja z Kry­styną, w knaj­pie z muzyką i winem czer­wo­nym. Mam tego dość. Trzeba zerwać ten dziwny sto­su­nek. Zaczyna mi dzia­łać na nerwy to, że ona coś przede mną ukrywa. Dostęp do jej domu nocą jest dla mnie nie­moż­liwy. Naza­jutrz pytam ją, co to zna­czy, a ona odpo­wiada:

- Prze­cież ci mówi­łam, że mam w Buda­pesz­cie kogoś... kochanka"31.

Przez lata była uwi­kłana w długi i skom­pli­ko­wany zwią­zek z Andrze­jem Kower­skim. Wie­lo­krot­nie odma­wiała poślu­bie­nia go, cho­ciaż kolejny raz miała się z nim zejść na krótko przed zamor­do­wa­niem. "Kiedy byli razem, wyglą­dali jak para" - przy­zna­wał jej kuzyn, Jan Skar­bek. Męż­czyźni sza­leli za nią, bo miała nie­zwy­kły dar wczu­wa­nia się w emo­cje dru­giej osoby; naj­le­piej wycho­dziło jej cie­sze­nie się czy­jąś rado­ścią. Miała też w sobie łagod­ność wobec tych, u któ­rych podej­rze­wała kom­pleks niż­szo­ści, co jesz­cze bar­dziej powięk­szało krąg jej wiel­bi­cieli.

"[...] przed oczami mam roz­mowę sprzed kilku dni, kiedy Kry­styna powie­działa, że to taki dzielny, porządny chło­pak, że wła­śnie on tknięty jest takim kalec­twem - wspo­mi­nał Ledó­chow­ski. - A potem jesz­cze, pamię­tam, że lito­wała się nad jego ułom­no­ścią, mówiąc, że chyba taki chło­piec musi z miło­ści zre­zy­gno­wać, bo która kobieta taką ułom­ność znie­sie. Wzdry­gnęła się - pamię­tam - wtedy, mówiąc:

- Wyobra­żam sobie kon­takty kobiety z taką pro­tezą, a może to się w łóżku odpina?

Pamię­tam te słowa. Ach, to tak, wszystko rozu­miem, zdradę Radzy­miń­skiego, który Andrze­jowi to powie­dział tam­tej nocy. Rozu­miem nie­do­mó­wie­nia Kry­styny"32.

Podobno męż­czyźni padali Kry­sty­nie do stóp; ucho­dziła nawet za uwo­dzi­cielkę. "The Guar­dian" napi­sał, że Skar­bek "[...] cecho­wała jakaś nie­zwy­kła magia, która odróż­niała ją od innych ludzi [...]. Jej oso­bo­wość ema­no­wała iście magne­tyczną siłą. Jako kobieta nie potra­fiła przy­sto­so­wać się do jed­no­staj­nego życia i spo­koj­nej pracy za biur­kiem. Potrze­bo­wała akcji, adre­na­liny, doświad­czeń eks­tre­mal­nych. Była nie­prze­cięt­nie nie­za­leżna we wszyst­kich poczy­na­niach, ale raczej skryta i cza­sem nie­do­stępna, jeśli pró­bo­wano ogra­ni­czyć jej swo­bodę".

To m.in. przez bujne życie ero­tyczne Kry­styny tak nie­wiele o niej wiemy, choć pewne szcze­góły zamie­ścił cyto­wany wcze­śniej hra­bia Ledó­chow­ski:

"Wcho­dzi jakiś typ, ude­rza­jąco podobny do Bustera Keatona. Wstaję, on patrzy na mnie wzro­kiem zdu­mio­nym i wyraź­nie nie­przy­chyl­nym. Przed­sta­wiam się, on rów­nież. Radzy­miń­ski.

- Jaka była droga, Kry­styno? Cie­szę się, że wró­ci­łaś.

- Opo­wiem ci wszystko póź­niej - mówi Kry­styna. - Bar­dzo cię prze­pra­szam, że musisz prze­no­co­wać gdzie indziej. Nie gnie­wasz się chyba? - mówi zalot­nie.

- By­naj­mniej - odpo­wiada z kamienną twa­rzą. - Ale ja wyjeż­dżam jutro, więc się już nie zoba­czymy. Wezwali mnie do Lon­dynu - mówiąc to, pakuje swoje kuferki. Po chwili jest gotów. Żegna się. Całuje Kry­stynę w usta, a ona żegna­jąc się z nim mówi:

- O jedno cię pro­szę. Nie mów nikomu, nikomu - z naci­skiem - że przy­je­cha­łam. Chcę mieć spo­kój. - W tym miej­scu Kry­styna się zacina tak, jakby się jąkała. Śmieje się zmie­szana, a on, patrząc na nią poważ­nie, mówi:

- Widzę, żeś znów zako­chana! - Ona, cią­gle z uśmie­chem zmie­sza­nia na twa­rzy, patrząc na mnie, mówi:

- Tak, i to bar­dzo. Czy nie widzisz, jaki on podobny do Władka Wol­skiego?

Radzy­miń­ski odpo­wie­dział zimno i nie patrząc na mnie:

- Tak, rze­czy­wi­ście.

Patrzę na tę scenę ze zdu­mie­niem. Co zna­czą te tajem­ni­cze prze­mil­cze­nia, ten typ o twa­rzy komika z tra­gicz­nym wyra­zem? Czuję się dość głu­pio, żeby coś powie­dzieć"33.

Potem ten sam dzien­ni­karz, Józef Radzy­miń­ski, po odtrą­ce­niu jego uczu­cia, posta­no­wił sko­czyć z buda­pesz­teń­skiego mostu. Nie zauwa­żył jed­nak, że "fale" Dunaju skuła gruba tafla lodu - to się nazywa ślepa miłość! W efek­cie miał zła­mane nie tylko serce, ale rów­nież nogę (według innej wer­sji, był to oboj­czyk). Wydaje się jed­nak, że dla Kry­styny naprawdę liczył się tylko jeden męż­czy­zna.

Andrzej Kower­ski był postaw­nym męż­czy­zną i wiel­kim pol­skim patriotą. Rozu­miał Kry­stynę i jej potrzebę nie­bez­piecz­nego życia. Jemu samemu drew­niana pro­teza (nogę stra­cił jesz­cze przed wojną na polo­wa­niu) nie prze­szko­dziła w zna­le­zie­niu się w eli­tar­nym gro­nie skocz­ków spa­do­chro­no­wych. Pra­cu­jąca dla bry­tyj­skiego wywiadu para stała się legendą, zanim skoń­czyła się wojna.

I tej legendy bro­nił Andrzej Kower­ski, ale czy cho­dziło tylko o legendę? Chyba chciał uciąć spe­ku­la­cje na jesz­cze inny temat. Nie­któ­rzy bowiem twier­dzili - bądź tylko podej­rze­wali - że już w cza­sach bez­po­śred­nio poprze­dza­ją­cych wojnę Kry­styna Skar­bek była agentką wywiadu bry­tyj­skiego. Podobne podej­rze­nia żywił hra­bia Ledó­chow­ski:

"W trak­cie dłu­gich roz­mów z Kry­styną w Buda­pesz­cie zro­zu­mia­łem, na czym pole­gała tajem­nica jej byt­no­ści w Pol­sce - kon­sta­to­wał. - Dla­czego ja w Kra­ko­wie, słusz­nie rozu­mu­jąc, nie mogłem dociec, przez kogo została ona do Pol­ski przy­słana. Otóż Kry­styna była od sze­regu lat na usłu­gach wywiadu angiel­skiego. Po wybu­chu wojny posta­rała się o to, żeby przy­dzie­lono ją do roboty zwią­za­nej z Pol­ską. Tutaj Anglicy posta­no­wili wyko­rzy­stać ją do kie­ro­wa­nia opi­nią prasy w Pol­sce. [...] za pie­nią­dze angiel­skie Kry­styna poszła pierw­szy raz do Pol­ski, nio­sąc komu­ni­katy i obszerny mate­riał pro­pa­gan­dowy angiel­ski dla prasy w Pol­sce"34.

W tej akcji brał rów­nież udział mjr Patrick Leigh Fer­mor i, oczy­wi­ście, grecki ruch oporu. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, Pamięt­nik pozo­sta­wiony w Anka­rze, War­szawa 1990, s. 133. [wróć]

Ibi­dem, s. 132-133. [wróć]

J. Larecki, Kry­styna Skar­bek. Agentka o wielu twa­rzach, War­szawa 2008, s. 11. [wróć]

A. Rey Kon­stan­towa Potocka, Przez góry, doliny... Wspo­mnie­nia, Łomianki 2011, s. 141. [wróć]

M. Mas­son, Kry­styna. Ulu­biona agentka Chur­chilla, przeł. W. M. Próch­nie­wicz, War­szawa 2007, s. 323. [wróć]

M. Bin­ney, The Women Who Lived for Dan­ger: Women Agents of SOE In the Second World War, Lon­don 2002, s. 49. [wróć]

M. Mas­son, op. cit., s. 11. [wróć]

D. Pastor Petit, Kobieta szpieg, przeł. J. Bojar­ski, War­szawa 1975, s. 247-248. [wróć]

Ibi­dem, s. 245. [wróć]

D. Staf­ford, Tajny..., op. cit., s. 24-25. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 189-190. [wróć]

D. Staf­ford, Wielka Bry­ta­nia i ruch oporu w Euro­pie (1940-1945). Zarys dzie­jów Kie­row­nic­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych (SOE) oraz wybór doku­men­tów, przeł. Z. Sro­czyń­ska, War­szawa 1984, s. 18. [wróć]

D. Staf­ford, Tajny..., op. cit., s. 60-61. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 157. [wróć]

M. Bin­ney, op. cit., s. 6. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 111. [wróć]

J. Kar­bow­ska, Z Mac­kie­wi­czem na ty, War­szawa 1994, s. 274. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 111. [wróć]

K. Sta­rzyń­ski, Uśpiony agent, War­szawa 1996, s. 35. [wróć]

I. Fle­ming, Casino Roy­ale, przeł. R. Śmie­tana, Kra­ków 2006, s. 182-184. [wróć]

R. Jef­fery, Wisła jak krew czer­wona. Wspo­mnie­nia Anglika - żoł­nie­rza Armii Kra­jo­wej, przeł. R. Anto­szew­ski, War­szawa 2006, s. 9. [wróć]

D. Staf­ford, Tajny..., op. cit., s. 22. [wróć]

FANY (First Aid Nur­sing Yeomanry) - Ochot­ni­czy Kor­pus Pierw­szej Pomocy Pie­lę­gniar­skiej. [wróć]

M. Bin­ney, op. cit., s. 5. [wróć]

D. Pastor Petit, op. cit., s. 244. [wróć]

Ibi­dem, s. 245. [wróć]

M. Bin­ney, op. cit., s. 5-6. [wróć]

G. Kogan, N. Leinin­ger, Białe Kor­dy­liery, przeł. K. Żuław­ska, War­szawa 1961, s. 108. [wróć]

J. Kar­bow­ska, op. cit., s. 274. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 130-131. [wróć]

Ibi­dem, s. 131-132. [wróć]

Ibi­dem, s. 127. [wróć]

W. Ledó­chow­ski, op. cit., s. 134-135. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki