II. Wianek
II
Wianek
1
Pewnej niedzieli rankiem, gdzieś w końcu kwietnia, łódź Aasmunda syna
Björgulfa okrążała cypel Hovedö; dzwoniły dzwony w kościele klasztornym
i odpowiadał im przez zatokę dźwięk dzwonów z miasta to słabiej, to
znowu mocniej, zależnie od siły wiatru.
Wysoko rozpinało się błękitnobiałe niebo z jasnymi, postrzępionymi
chmurkami, pędzonymi wiatrem, a blask słońca drżał niespokojnie na
pomarszczonej wodzie. Wzdłuż wybrzeży wszystko było wiośniane, pola
niemal wolne od śniegu, na krzewach leżały niebieskie cienie i żółtawy
połysk. Lecz wyżej, w jodłowym lesie, okalającym niby rama dwory na
Aker, widać jeszcze było śnieg, a na dalekich górach na zachodzie z drugiej strony fiordu połyskiwało dużo białych plam.
Krystyna stała na dziobie łodzi z ojcem i Gyridą, żoną Aasmunda.
Zapatrzyła się na miasto, gdzie jasne kościoły i kamienne domy wznosiły
się wysoko ponad stłoczonymi szarobrunatnymi sadami i gołymi koronami
drzew. Wiatr igrał w połach jej płaszcza i wyszarpywał włosy spod
czepka.
Na Skog wypuszczono poprzedniego dnia bydło na pastwiska, i znowu
poczuła Krystyna wielką tęsknotę za Jörund. Jeszcze wiele wody upłynie,
nim tam, w górach, będą mogli wypuścić bydło - tkliwie i współczująco
tęskniła za wychudłymi zimą krowami w ciemnych oborach; jeszcze długo
będą musiały czekać i mieć cierpliwość. Matka, Ulvhilda, która przez te
wszystkie lata co noc spała w jej ramionach, mała Ramborga - tak bardzo
tęskniła za nimi; tęskniła za wszystkimi ludźmi w domu, za końmi, psami,
za Kortelinem, który podczas jej nieobecności miał należeć do Ulvhildy,
za sokołami ojca, które z zakapturzonymi głowami siedziały na żerdkach;
pomyślała też o rękawicach z końskiej skóry, które wkładano biorąc
sokoły na rękę, i o laseczkach z kości słoniowej, którymi je drapano.
Zdawało jej się, jakoby całe zło tej zimy odsunęło się w dal, i wspominała swoje rodzinne strony tylko takimi, jakimi były przedtem.
Powiedziano jej zresztą, że nikt we wsi nie myślał tak źle o niej.
Również sira Eirik nie wierzył w to; był gniewny i stroskany tym, co
zrobił Bentein. Ten zaś zdołał uciec z Hamaru; mówiono, że zbiegł do
Szwecji. Nic więc tak okropnego, o co się najbardziej bała, nie leżało
między nimi a sąsiedzkim dworem.
Podczas podróży bawili w gościnie w domu Szymona; poznała jego matkę i rodzeństwo, rycerz Andrzej bawił jeszcze w Szwecji. Nie podobało jej się
tam, a niechęć do ludzi z Dyfrina była tym silniejsza, im bardziej
Krystyna zdawała sobie sprawę, że nie ma ku niej żadnej uzasadnionej
przyczyny. Przez całą drogę w tamtą stronę mówiła sobie, że rodzina
Szymona naprawdę nie ma powodu pysznić się i uważać za lepszą od rodu
Lavransa; nikt nie słyszał nigdy o Birkebeinie Reidarze Darre, zanim
król Sverre dał mu za żonę wdowę po wasalu na Dyfrinie. Ale też
bynajmniej nie zadzierali nosa i sam Szymon pewnego wieczora opowiadał o tym swoim przodku: - Tyle tylko mogłem się wywiedzieć o nim, że wyrabiał
grzebienie, wejdziesz więc w królewski ród20, Krystyno -
powiedział. - Strzeż swego języka, synu - rzekła matka, ale wszyscy się
roześmiali. Tak straszliwie smutno jej było, gdy myślała o ojcu. Śmiał
się głośno, ilekroć Szymon dał ku temu najmniejszy powód, i przeczucie
jej mówiło, że ojciec chętnie może śmiałby się więcej w swym życiu. Nie
mogła jednak znieść tego, że ojciec tak bardzo lubi Szymona.
Przez Wielkanoc wszyscy bawili na Skog. Zauważyła, że jej stryj był
surowym gospodarzem dla czeladzi; ten i ów pytał o jej matkę i mówił ze
wzruszeniem o Lavransie - lepiej im się wiodło, kiedy on tutaj mieszkał.
Matka Aasmunda, macocha Lavransa, miała na dworze osobny dom dla siebie;
nie była jeszcze zbyt stara, ale chorowita i słaba. Lavrans rzadko tylko
mówił w domu o niej. Raz, kiedy go zapytała, czy miał złą macochę,
ojciec odrzekł: "Niewiele ona dla mnie zrobiła dobrego czy złego".
Krystyna chwyciła rękę ojca, on zaś uścisnął jej dłoń.
- Już ty się rozweselisz, moja córko, u czcigodnych sióstr. Coś innego
będziesz tam miała do roboty jak tęsknić za domem.
Płynęli tak blisko miasta, że woń dziegciu i solonych ryb niosła się od
przystani aż do nich. Gyrida wymieniała kościoły, dwory i place położone
nad wodą. Krystyna nie poznawała niczego od ostatniego swego pobytu
prócz ciężkich wież kościoła św. Halvarda. Objechali całą zachodnią
część miasta i przybili do przystani obok klasztoru.
Krystyna szła między ojcem i stryjem obok nadbrzeżnych szop, aż weszli
na drogę między polami. Za nimi szła Gyrida, którą Szymon prowadził za
rękę. Służba została z tyłu, by z pomocą paru ludzi z klasztoru
załadować toboły podróżne na wózek.
Klasztor benedyktynek i cały Leiran leżały w obrębie miasta, ale przy
drodze tylko tu i ówdzie stały domy. Ponad głowami idących skowronki
wywodziły w błękicie swe trele, na płowych, gliniastych zboczach żółciło
się kwiecie, a wzdłuż płotów zieleniło się wszystko aż po korzonki traw.
Gdy przekroczyli bramę i weszli na krużganek, z kościoła wychodziły
właśnie w ich stronę zakonnice, a śpiew i muzyka płynęły z otwartych
wrót.
Ze ściśniętym sercem patrzyła Krystyna na owe w czerń ubrane kobiety z białymi welonami wokół twarzy. Skłoniła się głęboko, mężczyźni zaś
pochylili się przyciskając kapelusze do piersi. Za zakonnicami szła
gromada młodych dziewcząt - niektóre z nich były jeszcze dziećmi - w sukniach z nie barwionej surowej wełny, przepasanych czarno-białymi
sznurkowymi plecionkami, włosy miały takimi samymi sznurkami mocno
ściągnięte w warkocze. Krystyna mimo woli spojrzała na dziewczęta z dumną miną, gdyż w onieśmieleniu lękała się, by nie przypuszczały, że
wygląda głupio i z chłopska.
Klasztor przytłaczał ją niemal swą wspaniałością. Wszystkie budynki
dokoła wewnętrznego dziedzińca były z szarego kamienia. Po stronie
północnej podłużna ściana kościoła przewyższała znacznie resztę domów;
dach wznosił się w dwóch poziomach, a po stronie zachodniej była wieża.
Dziedziniec wyłożony był kamieniami, naokoło biegł sklepiony krużganek,
którego dach podpierały piękne kolumny. W środku stał kamienny posąg
wyobrażający Mater Misericordiae, jak rozpościera płaszcz nad kilku
klęczącymi ludźmi.
Nadeszła siostra świecka i poprosiła, by się udali za nią do rozmównicy
ksieni. Pani Groa córka Guttorma, kobieta w podeszłych latach i okazała,
byłaby ładna, gdyby nie szpecił jej zarost koło ust. Głos miała głęboki
jak mężczyzna, zachowanie ujmujące; rozmawiała z Lavransem o jego
rodzicach, których znała, wypytywała go o żonę i resztę dzieci. W końcu
zwróciła się uprzejmie do Krystyny:
- Słyszałam o tobie wiele dobrego i wyglądasz na mądrą i dobrze
wychowaną dziewczynę, z pewnością nie dasz nam powodu do niezadowolenia.
Dowiaduję się, żeś przyrzeczona za żonę temu oto szlachetnemu i zacnemu
mężowi, Szymonowi synowi Andrzeja, i wydaje mi się roztropnym zamysłem
twego ojca i przyszłego małżonka, że pozwolili ci zamieszkać czas pewien
w domu Maryi, byś się nauczyła słuchać i służyć, zanim się znajdziesz na
miejscu, z którego będziesz rozkazywać i kierować. Chcę przede
wszystkim, abyś pojęła, że radości szukać należy w modlitwie i służbie
Bożej, by ci się stało przyzwyczajeniem we wszystkich czynach i pracach
pamiętać o twoim Stwórcy, miłosiernej Matce Bożej i wszystkich świętych;
oni to bowiem są dla nas najlepszym wzorem siły, prawości, wierności i tych wszystkich cnót, które musisz okazać, jeśli masz rządzić domem i czeladzią i wychowywać dzieci. Poza tym nauczysz się też w tym domu, że
człowiek musi dawać baczenie na czas, tu bowiem każda godzina ma swoje
przeznaczenie i należną jej pracę. Wiele dziewcząt i kobiet zbyt lubi
wylegiwać się do późnego rana w łożu, a wieczorami przesiadywać długo
przy stole i zabawiać się niepotrzebną gadaniną. Wprawdzie ty nie
wyglądasz na taką, w każdym jednak razie możesz się w ciągu tego roku
nauczyć wielu rzeczy, które ci zarówno tutaj, jak i na tamtym świecie
przysporzą powodzenia.
Krystyna pokłoniła się i ucałowała jej rękę. Po czym pani Groa poleciła
dziewczynie udać się z niezmiernie otyłą starą zakonnicą, którą zwała
siostrą Potencją, do refektarza. Mężczyzn i panią Gyridę zaprosiła na
posiłek do drugiej izby.
Refektarz był piękną salą, miał wyłożoną płytami podłogę i ostrołukowe
okna ze szklanymi szybami. Drzwi prowadziły do drugiej izby i Krystyna
zobaczyła, że i tam są okna, gdyż wnętrze jaśniało słońcem.
Siostry siedziały już przy stole i czekały na posiłek - starsze
zakonnice na wyłożonej poduszkami kamiennej ławie pod ścianą z oknami,
młodsze siostry i dziewczęta z odkrytymi głowami siedziały w swych
jasnych sukniach na drewnianej ławie po zewnętrznej stronie stołu. Także
w sąsiednim pokoju nakryty był stół, przeznaczony dla poważniejszych
jałmużników21 i sług świeckich. Wśród nich znajdowało się
kilku starych mężczyzn; ci nie nosili klasztornych szat, byli jednak
odziani ciemno i godnie.
Siostra Potencja wskazała Krystynie miejsce po zewnętrznej stronie, po
czym sama stanęła za stołem obok poczesnego miejsca ksieni; miejsce to
dziś było puste.
Wszyscy powstali zarówno w tej izbie, jak i w sąsiedniej, gdy siostry
odmawiały modlitwę przed jedzeniem; po czym wystąpiła młoda, piękna
zakonnica i weszła na małą kazalnicę ustawioną w przejściu między
salami. I podczas gdy dwie siostry świeckie w refektarzu, a dwie
młodziutkie zakonnice w drugiej izbie wnosiły jadło i napoje, czytała
głośno i dźwięcznie, bez zatrzymywania się i jąkania, historię o świętej
Teodorze i świętym Dydymie.
Zrazu myślała Krystyna jedynie o tym, by okazać przy stole dobre
obyczaje, widziała bowiem, że wszystkie siostry i dziewczęta zachowywały
się z godnością i jadły tak wytwornie, jak gdyby były na najwspanialszej
uczcie. Było pod dostatkiem najlepszych potraw i napojów, ale wszystkie
brały umiarkowanie i tylko koniuszkami palców sięgały do mis; nikt nie
wylewał sosu na obrus ani na ubranie, mięso zaś krajały w tak drobne
kawałki, że nie walały ust, a jadły tak ostrożnie, że nic nie było
słychać.
Krystyna pociła się z trwogi, że nie potrafi zachować się układnie jak
inne, czuła się też nieswojo w swej barwnej odzieży między tymi
wszystkimi czarno i biało ubranymi kobietami; zdawało jej się, że
wszyscy na nią patrzą. Właśnie gdy chciała zabrać się do jedzenia
tłustego mostku baraniego i przytrzymywała dwoma palcami kość, a prawą
ręką odrzynała kawałki mięsa bacząc, by trzymać nóż lekko i zgrabnie,
wszystko razem wyśliznęło się jej z rąk; chleb i mięso potoczyły się na
stół, nóż zaś z brzękiem upadł na kamienne płyty.
Niezwykle głośno zabrzmiało to w cichej sali. Krystyna spąsowiała,
chciała się schylić i podnieść nóż, ale już przybiegła bezszelestnie w sandałach jedna z świeckich sióstr i pozbierała wszystko. Krystyna
jednak nie mogła już nic więcej jeść. Czuła, że zacięła się w palec, i obawiała się, że krwią zawala obrus. Siedziała więc owinąwszy rękę w kraj szaty i martwiła się, że poplami piękną niebieską suknię, którą
dostała, gdy jechała do Oslo; nie śmiała podnieść oczu.
Powoli jednak zaczęła przysłuchiwać się temu, co czytała zakonnica: "Gdy
księciu nie udało się ugiąć niezłomnej dziewicy Teodory - nie chciała
ani bogom złożyć ofiary, ani dać się poślubić - rozkazał, aby ją
zaprowadzono do domu nierządu. Jeszcze po drodze przypomniał jej o jej
wolnym pochodzeniu i szlachetnych rodzicach, którzy wydani będą teraz na
łup wieczystej hańby, i przyrzekł, że będzie żyła w pokoju i pozostanie
dziewicą, o ile wstąpi w służbę pogańskiej bogini zwanej Dianą.
Teodora odparła bez lęku: - Czystość jest niby lampa, ale miłość Boga
jest płomieniem; gdybym poszła w służbę diablicy, którą zowiecie Dianą,
czystość moja nie więcej byłaby warta niż zardzewiała lampa bez
płomienia ni oliwy. Nazywasz mnie wolno urodzoną, a przecież wszyscy
jesteśmy niewolnikami, odkąd nasi prarodzice zaprzedali się diabłu.
Chrystus odkupił mnie i winna jestem Mu służyć, nie mogę przeto wiązać
się z jego wrogami. Obroni On swoją gołębicę, ale gdyby nawet dopuścił,
że złamiecie moje ciało, które jest świątynią Jego Boskiego ducha, nie
będzie mi to policzone za hańbę, dopóki nie zezwolę, by Jego własność
przeszła w ręce wrogów".
Krystynie serce biło mocno, w pewien bowiem sposób przypominało jej to
spotkanie z Benfeinem, i uderzyła ją myśl, że może to było grzechem z jej strony: ani przez chwilę nie pomyślała wtedy o Bogu, ani Go nie
prosiła o pomoc. Teraz siostra Cecylia czytała o świętym Dydymie. Był
chrześcijańskim rycerzem, dotychczas jednak nikt krom kilku przyjaciół o tym nie wiedział, gdyż zachowywał tajemnicę co do swej wiary. Otóż
poszedł on do domu, gdzie zamknięto dziewicę, przekupił kobietę, do
której ów dom należał, i pierwszy wszedł do Teodory. Uciekła w kąt jak
przestraszony zając, lecz Dydym pozdrowił ją jako swoją siostrę i oblubienicę Pana i oświadczył, że przybył, aby ją uwolnić. Potem
rozmawiał z nią przez czas pewien i rzekł: "Czyż brat nie powinien oddać
życie za cześć swej siostry?". W końcu uczyniła, jak polecił, zamieniła
z nim szaty i włożyła na siebie zbroję Dydyma; on zaś naciągnął jej
kaptur na oczy, zapiął wysoko płaszcz i prosił, by wyszła z zasłoniętym
obliczem jak młodzieniec, który się wstydzi, że był w takim miejscu.
Krystyna myślała o Arnem i z największym tylko trudem powstrzymywała
łzy. Załzawionymi oczyma wpatrzyła się przed siebie, podczas gdy
zakonnica czytała koniec historii: jak Dydym został zaprowadzony przed
sąd i jak Teodora zbiegła z gór, rzuciła się do nóg sędziego i błagała,
aby ją stracił zamiast niego. Dwoje pobożnych sprzeczało się, które z nich ma pierwsze otrzymać koronę męczeńską; zostali straceni jednego
dnia. Działo się to 28 kwietnia roku 304 po narodzeniu Chrystusa, w Antiochii, jak to spisał święty Ambroży.
Gdy podnieśli się od stołu, siostra Potencja zbliżyła się do Krystyny i poklepała ją przyjaźnie po policzku. - Pewno tęskno ci za matką,
dziecko. - Z oczu Krystyny potoczyły się łzy. Zakonnica udała jednak, że
tego nie dostrzegła, i zaprowadziła Krystynę do komnaty, w której miała
zamieszkać.
Była to ładna izba ze szklanymi szybami i z wielkim kominem w ścianie
poprzecznej, leżąca w jednym z kamiennych domostw koło krużganku. Pod
ścianą podłużną stało sześć łóżek, po przeciwnej stronie skrzynie
dziewcząt.
Krystyna bardzo pragnęła spać z którąś z małych dziewczynek, lecz
siostra Potencja zawołała grubą, jasną, dorosłą dziewczynę: - Oto
Ingebjörga córka Filippusa, z nią będziesz dzielić łoże, zapoznajcie się
więc. - Po czym odeszła.
Ingebjörga wzięła Krystynę za rękę i zaczęła gadać. Była niewysoka,
tęga, o pucołowatej twarzy, oczy jej wydawały się całkiem maleńkie, gdyż
miała nazbyt grube policzki. Płeć jednak miała delikatną, białą i różową, a włosy żółte jak złoto i tak kędzierzawe, że grube warkocze
skręcały się jak liny, spod przepaski na czole zaś wymykały się
ustawicznie małe kędziorki.
Zaraz zaczęła wypytywać Krystynę o najrozmaitsze rzeczy, nie czekała
jednak nigdy odpowiedzi, tylko opowiadała o sobie i wyliczała wszystkie
gałęzie swego rodu: byli to sami dzielni i bardzo możni ludzie. Ona zaś
była zmówiona z bogatym i zacnym człowiekiem, Einarem synem Einara na
Aganaes, był on jednak za stary i już dwa razy owdowiał. Twierdziła, że
to jest jej największe zmartwienie, Krystyna jednak bynajmniej nie
zauważyła, by się tym zbytnio przejmowała. Potem gadały trochę o Szymonie Darre - zdumiewające było, jak Ingebjörga dokładnie mu się
przyjrzała przez tę krótką chwilę, gdy się mijali w krużganku. Potem
znowu chciała obejrzeć skrzynię Krystyny; najpierw jednak otwarła własną
i pokazała wszystkie swoje suknie. Podczas gdy grzebały w skrzyniach,
nadeszła siostra Potencja i złajała je, nie było to bowiem stosowne
zajęcie przy niedzieli. Z tego powodu poczuła się Krystyna znowu
nieszczęśliwa; nigdy jeszcze nie była napominana przez kogokolwiek prócz
własnej matki, czym innym zaś było karcenie przez obcych.
Ingebjörga nic sobie z tego jednak nie robiła. Kiedy wieczorem położyły
się razem do łóżka, gadała dopóty, dopóki Krystyna nie zasnęła. Dwie
starsze siostry świeckie spały w kącie izby; miały one uważać, aby
dziewczyny nie zdejmowały w nocy koszul, reguła bowiem zabraniała spania
nago, i miały dbać o to, by wstawały na jutrznię. Poza tym jednak nie
troszczyły się zgoła o porządek w sypialnej komnacie i udawały, że nie
widzą, gdy dziewczęta nie spały, tylko szeptały między sobą lub
spożywały smakołyki ukryte w skrzyniach.
Gdy nazajutrz rano obudzono Krystynę, Ingebjörga była już w środku
jakiegoś opowiadania, tak iż Krystyna była niemal pewna, że tamta
przegadała całą noc.
2
Obcy kupcy, którzy przez lato zatrzymywali się i handlowali w Oslo,
przybyli do miasta na wiosnę około Świętego Krzyża, to jest na dziesięć
dni przed uroczystością św. Halvarda. W tym czasie napływały do miasta
tłumy ludzi z wszystkich miejscowości położonych między jeziorem Mjös a granicą kraju, tak że w pierwszych tygodniach maja miasto roiło się od
przybyszów. Najkorzystniej też było kupować u obcych, zanim wyprzedali
większą część towarów.
Siostra Potencja załatwiała zakupy dla klasztoru i w przeddzień świętego
Halvarda przyrzekła Krystynie i Ingebjördze, że je zabierze do miasta.
Koło południa jednak przybyło do klasztoru kilku jej krewnych w odwiedziny, nie mogła więc tego dnia wyjść. Ingebjörga uprosiła ją tedy,
by mogły iść same, chociaż sprzeciwiało się to regułom. Dodano im do
towarzystwa starego chłopa, jałmużnika klasztoru; zwał się on Haakon.
Krystyna przebywała tu już trzy tygodnie i przez cały czas noga jej nie
przestąpiła dziedzińców i ogrodów klasztornych. Była zdumiona, jak
wiosennie zrobiło się na dworze. Małe gaiki stały bladozielone w otwartej przestrzeni, sasanki krzewiły się gęsto niby dywan między
jasnymi pniami; oślepiające chmury - zwiastuny pogody - żeglowały nad
wysepkami fiordu, a powierzchnia wody leżała świeża, niebieska i pomarszczona od lekkich wiosennych podmuchów.
Ingebjörga podskakiwała, zrywała zielone pędy drzew, wąchała je i oglądała się za ludźmi, których spotykali. Haakon zburczał ją: czyż to
wypada, aby dziewica ze szlachetnego rodu, jeszcze do tego w klasztornej
szacie, tak się zachowywała? Dziewczęta musiały wziąć się pod rękę i iść
tuż za nim cicho i skromnie, ale oczy i usta Ingebjörgi latały dalej -
Haakon był nieco głuchawy. Krystyna także była już w odzieniu młodych
sióstr; miała na sobie jasnoszarą suknię i pas z nie farbowanej wełny, a na sukni proste granatowe okrycie z kapuzą, którą zarzuciła na głowę
tak, że zupełnie nie widać było splecionych taśmą warkoczy. Haakon szedł
przed nimi z wielką laską zakończoną mosiężną gałką. Był w luźnej
czarnej szacie, na piersi miał Agnus Dei z blachy, na kapeluszu zaś
wizerunek świętego Krzysztofa, siwe włosy i broda były tak starannie
wyszczotkowane, że lśniły w słońcu jak srebro.
Górna część miasta, od potoku płynącego pod klasztorem aż do biskupiego
dworu, była zazwyczaj cichą dzielnicą, nie stały tu ani budy, ani
gospody, dwory należały przeważnie do możnych okolicznych rodów, a domy
zwracały ku ulicy ciemne, pozbawione okien belkowania. W ten jednak
dzień także tu, w górze, płynęły przez ulice gromady ludzi, a służba
domowa stała bezczynnie, oparta o płoty, i gawędziła z przechodniami.
Kiedy podeszli do biskupiego dworu, przed kościołem św. Halvarda i klasztorem św. Olafa był już ogromny tłok. Na porośniętym trawą zboczu
rozbito stragany i kuglarze popisywali się wyuczonymi psami każąc im
skakać przez obręcze. Haakon nie pozwolił dziewczętom stawać i przyglądać się ani wejść do świątyni; mówił, że lepiej obejrzeć ją w jakieś inne wielkie święto.
Na otwartym placu przed kościołem św. Klemensa Haakon ujął obie
dziewczyny pod ręce, gdyż tutaj ciżba była największa. Ludzie
nadchodzili z przystani albo od strony ulic leżących między dworami
kupców. Dziewczęta chciały się dostać na dwór Mykle, gdzie siedzieli
szewcy. Ingebjörga uznała bowiem, że suknie Krystyny są dobre i ładne,
ale obuwie jej było nie do użycia na wypadek, gdyby zechciała się
wystroić. Gdy zaś Krystyna ujrzała zagraniczne trzewiki, których
Ingebjörga miała kilka par, zdawało się jej, że nie zazna spokoju,
dopóki sobie nie kupi takich samych.
Dwór Mykle był jednym z największych dworów w Oslo, sięgał od przystani
aż do ulicy Szewskiej i obejmował prócz czterdziestu domów dwa wielkie
dziedzińce. Teraz poustawiano tam wszędzie kramy z płóciennymi dachami;
nad nimi wznosiła się kolumna świętego Kryspina. Panował tu ożywiony
ruch, kobiety z garnkami i miskami biegały od jednej kuchni do drugiej,
dzieci plątały się pod nogami starszych, to wyprowadzano ze stajni
konie, to wprowadzano je do niej, przy straganach pachołcy wnosili i wynosili ciężary. Na gankach, ciągnących się wzdłuż wyższych pięter,
gdzie odbywała się sprzedaż najlepszych towarów, szewcy i ich czeladnicy
wykrzykiwali w stronę stojących na dole dziewcząt, wymachując pstrymi,
złotem haftowanymi trzewikami. Ingebjörga zmierzała do domu, w którym
mieszkał Dydrek sutare; był on Niemcem, żonę miał jednak z Norwegii i posiadał domostwo we dworze Mykle.
Stary targował się właśnie z jakimś panem w podróżnym stroju, z mieczem
przypasanym do boku; Ingebjörga wystąpiła śmiało naprzód, skłoniła się i rzekła:
- Zacny panie, pozwólcie, że pierwsze pomówimy z Dydrekiem, musimy
bowiem jeszcze przed nieszporami zdążyć do naszego klasztoru. Wam może
nie tak pilno?
Pan ukłonił się i odstąpił na bok. Dydrek szturchnął Ingebjörgę łokciem
pytając ze śmiechem, czy tyle tańczą w klasztorze, że wydeptała już
wszystkie trzewiki kupione w zeszłym roku. Ingebjörga oddała szturchańca
i rzekła, że jej trzewiki są, niestety, jeszcze całe, oby to Bóg
odmienił, ale ta oto dziewica... i pociągnęła Krystynę. Dydrek i jego
pomocnik wynieśli skrzynię na ganek i zaczęli wykładać przed nimi
trzewiki, jedne piękniejsze od drugich. Krystyna musiała usiąść na
skrzyni, a Dydrek przymierzał jej na próbę przeróżne trzewiki: białe,
brązowe, czerwone, zielone, niebieskie, z drewnianymi malowanymi
obcasami i bez obcasów, z klamrami albo jedwabistymi wstęgami, z dwu-
lub trójbarwnej skóry. Krystynie zdawało się, że na wszystkie prawie ma
ochotę, lecz posłyszawszy cenę, przeraziła się wprost: żadna para nie
kosztowała mniej niż krowa u nich w domu. Ojciec dał jej na odjezdnym
sakiewkę z pół funtem srebra w monecie - miało to być wrzecionowe i Krystynie wydawało się wielkim majątkiem. Zauważyła jednak, że
Ingebjörga sądzi, iż nic nadzwyczajnego nie będzie mogła za to kupić.
Ingebjörga musiała również dla żartu przymierzać trzewiki. - To przecież
nic nie kosztuje - mówił Dydrek ze śmiechem. Kupiła sobie parę zielonych
jak trawa, z czerwonymi obcasami; kupiła je na kredyt, ale Dydrek znał
przecież dobrze i ją, i jej rodzinę.
Krystyna domyśliła się jednak, że Dydrek czyni to niechętnie, a poza tym
jest zły, bo ów możny pan w podróżnym stroju odszedł tymczasem - zbyt
długo zabawiły przy mierzeniu. Wybrała więc parę trzewików bez obcasów,
z cienkiej, błyszczącej, niebieskiej skóry, wybijanych srebrem i różowymi kamieniami. Nie podobały jej się tylko zielone obszywki na
nich. Wówczas Dydrek oświadczył, że może je zmienić, i pociągnął ją do
kąta w tyle spichrza. Stała tam szafka z jedwabnymi wstęgami i srebrnymi
klamrami - tych towarów nie wolno było właściwie szewcom sprzedawać -
wstążki też były za szerokie, a klamry, przynajmniej wiele z nich, zbyt
ciężkie do obuwia.
Musiały kupić to i owo z drobiazgów, a gdy jeszcze wypiły z Dydrekiem
trochę słodkiego wina i opakował wreszcie ich rzeczy w kawałek fryzy,
zrobiło się dość późno. Sakiewka Krystyny była teraz o wiele lżejsza.
Kiedy wyszły znowu na miasto, słońce świeciło złotawo, a ponad
zapełniającą ulice ciżbą ludzką wirował pył niby jasny dym. Było ciepło
i pięknie; ludzie wracali z Eikebergu z pękami młodych gałęzi, aby
ozdobić swe izby na święto. Wtedy to strzeliła Ingebjördze do głowy
myśl, żeby iść jeszcze do Gjeitabru; tam, na błoniach, po drugiej
stronie rzeki, bawiono się zazwyczaj wesoło podczas jarmarków, bywali
tam kuglarze i rybałci. Ingebjörga słyszała nawet, że przyjechał cały
statek z zamorskimi zwierzętami, które pokazywano w budach na wybrzeżu.
Haakon wypił na dworze Mykle sporo niemieckiego piwa, był zatem potulny
i w dobrym humorze; gdy więc dziewczęta wzięły go pod ręce i pięknie
prosiły, zgodził się w końcu i wszyscy troje poszli w kierunku
Eikebergu.
Na przeciwległym brzegu znajdowało się tylko kilka niewielkich dworów,
rozsypanych na zielonych wzgórzach między rzeką a stromym zboczem góry.
Przeszli obok klasztoru franciszkanów i serce Krystyny ścisnęło się ze
wstydu, gdyż przypomniała sobie, że miała większą część srebra ofiarować
za spokój duszy Arnego. Księdzu w klasztorze nie powiedziała o tym,
obawiała się, że ją będą wypytywać, myślała, że raczej uda się do braci
bosych, o ile brat Edwin już powrócił, tak chętnie ujrzałaby go znowu.
Nie wiedziała jednak, w jaki sposób najstosowniej będzie przedstawić
zakonnikowi podczas rozmowy swój zamiar. Teraz nie miała już tyle
pieniędzy i nie wiedziała, czy uda się jej zakupić mszę; może będzie
musiała zadowolić się ufundowaniem grubej woskowej świecy.
Nagle usłyszeli ryk przerażenia z niezliczonych gardzieli od strony łąki
nadbrzeżnej. Jak gdyby burza wstrząsnęła skłębiona ludzką gromadą - cały
tłum runął w popłochu w ich stronę z wołaniem i krzykiem. Wszystkich
ogarnęła dzika groza, a niektórzy z uciekających wrzeszczeli, że pantery
wyłamały się z klatki.
Śpiesznie pobiegli z powrotem do mostu i usłyszeli wołanie ludzi, że
zawaliła się jedna z bud i dwie pantery uciekły; niektórzy mówili też o wężu. Im bliżej mostu, tym większy był tłok. Jakaś kobieta tuż przed
nimi wypuściła dziecko z rąk. Haakon stanął przed maleństwem chcąc je
osłonić - i wkrótce ujrzały go daleko od siebie niosącego dziecko na
rękach; rychło zniknął im zupełnie z oczu.
Na wąskim moście ludzie cisnęli się tak gwałtownie, że dziewczęta
zostały wypchnięte na łąkę. Widziały, jak ludzie biegną na brzeg rzeki;
młodzi chłopcy rzucali się w wodę i płynęli, starsi wskakiwali do łodzi,
które zapełniały się w mgnieniu oka.
Krystyna usiłowała wołać na Ingebjörgę. Krzyknęła, by biegły do
klasztoru franciszkanów, z którego już śpieszyli szarzy bracia,
uspokajając i skupiając wokół siebie tłum. Krystyna nie bała się tak jak
jej towarzyszka - nie było przecież śladu dzikich zwierząt, lecz
Ingebjörga zupełnie postradała zmysły. I gdy masa ludzka znów zakołysała
się i została odepchnięta od mostu przez gromadę mężczyzn, którzy
tymczasem uzbroili się w pobliskich dworach i teraz wypadli - część
pieszo, część konno - Ingebjörga omal nie dostała się pod kopyta koni.
Wydała przeraźliwy krzyk i w ogromnych susach pobiegła w górę do lasu.
Krystyna nie przypuszczała nigdy, że tamta potrafi tak biec, mimo woli
porównywała ją w myśli do ściganej świni; biegła jednak za nią, aby
przynajmniej one nie straciły się z oczu.
Były już głęboko w lesie, gdy wreszcie udało się Krystynie zatrzymać
Ingebjörgę. Znajdowały się na wąskiej ścieżce, prowadzącej
prawdopodobnie do Traelaborgu. Przez chwilę stały, by zaczerpnąć tchu.
Ingebjörga łkając i zalewając się łzami oświadczyła, że nie odważy się
za nic wracać sama do miasta i klasztoru.
Krystynie również nie wydawało się to bezpieczne wobec niepokoju na
ulicach; radziła więc, by starały się znaleźć jakiś dom, tam wynajmą
chłopca, który je odprowadzi do klasztoru. Ingebjörga była pewna, że w dole nad brzegiem rzeki biegnie gościniec do Traelaborgu, a przy nim
muszą znajdować się domy. Szły więc dalej ścieżką.
W podnieceniu, jakie je ogarnęło, zdawało się im, że już uszły spory
kawał, gdy wreszcie ujrzały jakiś dwór stojący w szczerym polu. Na
dziedzińcu, przy stole pod jesionami, siedziało kilku mężczyzn, a jakaś
kobieta kręciła się i wynosiła im dzbany. Spode łba i ze zdziwieniem
spojrzała na dwie dziewczyny w klasztornym stroju, a kiedy Krystyna
przedłożyła swą prośbę, wydawało się, że żaden z mężczyzn nie ma ochoty
ich odprowadzić. W końcu wstali dwaj młodzi chłopcy i oświadczyli, że
zaprowadzą je do klasztoru, jeśli Krystyna da im örtuga22.
Po mowie poznała, że nie są Norwegami, wyglądali jednak zupełnie
przyzwoicie. Żądana zapłata wydawała się jej bezwstydnie wygórowana,
lecz Ingebjörga była wystraszona, zresztą nie mogły tak późno wracać
same do klasztoru, zgodziła się przeto.
Nie doszły do leśnej ścieżki, a już młodzieńcy zbliżyli się i zaczęli
rozmowę. Krystynie nie podobało się to wcale, nie chciała jednak okazać
trwogi, odpowiadała zatem spokojnie, mówiła o panterach i pytała
chłopców, skąd pochodzą, rozglądała się i udawała, że każdej chwili
oczekuje ludzi, którzy im towarzyszyli, mówiła tak, jakby ich była cała
gromada.
Chłopcy z wolna zamilkli, zresztą mało co rozumiała z ich mowy.
Po pewnym czasie zauważyła, że nie idą tą drogą, którą przyszły, ścieżka
prowadziła w zupełnie innym kierunku, bardziej na północ, i zdawało się
jej, że uszli już sporo dalej, niż należało. Głęboko w niej tlił się
lęk, którego nie śmiała sobie dokładnie uświadomić; szczególną jednak
siłę dawała jej obecność Ingebjörgi, tak bardzo niemądrej, iż Krystyna
pojęła, że musi pomyśleć za siebie i za nią. Pod okryciem wyciągnęła
potajemnie krzyż z relikwiami - dar ojca. Ujęła go mocno i modliła się w duszy, by wnet kogoś spotkały; poza tym usiłowała zebrać całą odwagę i zachowywać się tak, jakby nic nie groziło.
Wkrótce zobaczyła, że ścieżka wyszła na drogę; w tym miejscu była
polanka. Miasto i zatoka leżały daleko w dole. Mężczyźni wyprowadzili je
na błędną drogę, świadomie lub też z nieznajomości okolicy; znajdowali
się teraz wysoko w górze i daleko na północ od Gjeitabru.
Przystanęła, wyciągnęła sakiewkę i zaczęła odliczać pieniądze na rękę.
- Dalej już, dobrzy ludzie, nie trzeba nam waszego towarzystwa, tutaj
znamy drogę - rzekła. - Dzięki za wasz trud, a oto wasze wynagrodzenie,
jako umówiliśmy się. Bóg niech będzie z wami, przyjaciele.
Mężczyźni skinęli głowami tak naiwnie, że Krystyna się uśmiechnęła.
Jeden z nich jednak odezwał się szczerząc brzydko zęby, że droga do
mostu jest bardzo odludna, nie radzi, by szły nią same.
- Nie ma chyba takich łotrów albo głupców, którzy by zaczepili dwie
dziewczyny w klasztornych szatach - odparła Krystyna. - Teraz wolimy iść
same - i podała im pieniądze.
Chłopak chwycił ją za rękę, przycisnął twarz do jej twarzy i powiedział
coś o "całusie" i "sakiewce". Krystyna pojęła, że mówi, iż mogą odejść w spokoju, jeśli mu da całusa i woreczek z pieniędzmi.
Wówczas przypomniała sobie, jak to twarz Benteina była blisko jej
twarzy, na chwilę opanowała ją trwoga i poczuła się bezbronna i słaba,
lecz zacisnęła wargi, wezwała w sercu Boga i Najświętszą Pannę na pomoc
- i w tejże chwili wydało się jej, że słyszy tętent kopyt na drodze
wiodącej z północy.
Trzasnęła chłopca sakiewką w twarz i pchnęła go w pierś, aż się
zachwiał. Upadł i potoczył się przez drogę i spory kawał w dół po
zboczu. Teraz drugi napadł na nią od tyłu, wyrwał jej z rąk sakiewkę i szarpnął tak silnie za łańcuch, że go przerwał. Krystyna bliska była
upadku, jednak mocno trzymała napastnika i usiłowała wyrwać mu krzyż z rąk. Chciał się wymknąć, hultaje też posłyszeli, że ktoś jedzie drogą.
Ingebjörga krzyczała co sił i jeźdźcy na ścieżce pocwałowali pędem w ich
stronę. Wynurzyli się zza drzew: było ich trzech. Ingebjörga lamentując
pobiegła ku nim, oni zaś zeskoczyli z koni. Krystyna poznała pana
spotkanego w składzie Dydreka. Wyciągnął miecz, chwycił za kołnierz
jednego z opryszków i okładał go płazem. Jego ludzie puścili się za
drugim, ujęli go i walili, ile tylko wlazło.
Krystyna oparła się o skałę. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, drżała
na całym ciele, najsilniej jednak odczuwała zdumienie, że jej modlitwa
tak prędko została wysłuchana. Wtem spostrzegła Ingebjörgę, która
odchyliła kapuzę, okrycie luźno zwiesiła na plecach i właśnie wyciągała
swoje ciężkie, jasne warkocze na piersi. Widząc to Krystyna wybuchnęła
głośnym śmiechem. Zachwiała się i musiała chwycić się drzewa; czuła się
taka słaba, jakby zamiast szpiku miała wodę w kościach, dygotała, śmiała
się i płakała na przemian.
Obcy pan zbliżył się i ostrożnie położył rękę na jej ramieniu.
- Większego wyście mieli stracha, niż chcieliście okazać - rzekł, a głos
jego był dźwięczny i miły. - Lecz teraz musicie się opanować, tak
dzielnie zachowaliście się w niebezpieczeństwie.
Krystyna mogła tylko skinąć głową. Miał piękne, jasne oczy w ściągłej
twarzy i kruczoczarne włosy, obcięte dość krótko nad czołem i za uszami.
Ingebjörga doprowadziła tymczasem swe włosy do ładu; teraz zbliżyła się
i dziękowała obcemu w wyszukanych słowach. Trzymał wciąż jeszcze rękę na
ramieniu Krystyny rozmawiając z tamtą.
- Tych łotrów - rzekł do swoich ludzi, którzy trzymali obu chłopców
(należeli oni, jak się okazało, do załogi statku z Rostocku) - weźmiemy
z sobą do miasta, by ich wsadzić do więzienia. Najpierw jednak
odprowadzimy dziewice do klasztoru. Wyszukajcie parę rzemieni do ich
związania.
- Czy dziewic, Erlendzie? - spytał jeden z jego ludzi. Byli to dwaj
młodzi, silni i starannie ubrani chłopcy, rozochoceni bijatyką.
Pan zmarszczył czoło i chciał ostro odpowiedzieć. Lecz Krystyna położyła
mu dłoń na rękawie i z drżeniem prosiła:
- Zwróć im wolność, dobry panie! Nie bardzo chciałybyśmy, ja i moja
siostra, by się ta rzecz rozniosła.
Obcy spojrzał na nią, zagryzł dolną wargę i skinął na znak, że pojmuje.
Płazem miecza uderzył każdego z więźniów w kark, aż się zatoczyli. -
Umykajcie - rzekł dając każdemu kopniaka. Pognali co tchu. Pan zwrócił
się do dziewcząt i spytał, czy chcą jechać konno.
Ingebjörga pozwoliła się usadowić na siodle Erlenda, lecz okazało się,
że nie umie w nim siedzieć; ześliznęła się natychmiast. Pytająco
spojrzał na Krystynę, ta zaś odparła, że przyzwyczajona jest do jazdy w męskim siodle.
Ujął ją pod kolana i uniósł w górę. Słodki i rozkoszny dreszcz przebiegł
jej ciało - tak ostrożnie trzymał ją z dala od siebie, jakby się obawiał
zbytnio zbliżyć; ludzie w domu nigdy nie troszczyli się o to, gdy
pomagali jej dosiadać konia. Czuła się dziwnie zaszczycona.
Rycerz - jak zwała go Ingebjörga, choć nosił tylko srebrne ostrogi -
podał jej rękę, a pachołkowie wskoczyli na konie. Ingebjörga chciała
koniecznie objechać miasto od północy, podnóżem gór Ryen i Marterstok,
nie jechać ulicami. Tłumaczyła to tym, że pan Erlend i jego słudzy są
uzbrojeni. Rycerz odparł poważnie, iż zakaz noszenia broni nie jest zbyt
surowy, szczególnie dla podróżnych, a teraz cała ludność miasta i tak
zajęła się łowami na dzikie zwierzęta. Wówczas Ingebjörga powiedziała,
że bardzo boi się panter. Krystyna domyśliła się, że Ingebjörga chce
wracać najbardziej okólną i samotną drogą, aby móc jak najdłużej
rozmawiać z Erlendem.
- Już po raz drugi dziś wieczór zatrzymujemy was, panie - rzekła
Krystyna, a Erlend odparł poważnie:
- To nic, dziś wieczór jadę tylko do Gerdarud, a noc będzie jasna.
Krystynie było przyjemnie, że nie żartował i nie wyśmiewał się z niej,
ale rozmawiał, jakby mu była równa albo nawet więcej niż równa.
Przyszedł jej na myśl Szymon; poza nim nie spotkała dotąd żadnego
mężczyzny o dwornym obejściu. Ten człowiek jednak był na pewno starszy
od Szymona.
Jechali doliną pod górami Ryen, wzdłuż potoku. Ścieżka była wąska, z młodych gałązek drzew zwisały mokre i silnie pachnące pąki, tu, w dole,
było nieco ciemniej. W powietrzu leżał chłód i liście krzewów wzdłuż
strumienia były wilgotne od rosy.
Konie szły stępa, podkowy uderzały głucho o wilgotną, porosłą trawą
ścieżkę. Krystyna kołysała się w siodle; poza sobą słyszała paplanie
Ingebjörgi i głęboki, spokojny głos obcego. Nie mówił wiele i odpowiadał
jakby w roztargnieniu, zdawało się jej, że jest w podobnym nastroju jak
ona. Czuła się dziwnie senna, ale zarazem bezpieczna i zadowolona;
wszystkie wydarzenia dnia były już wszakże poza nią.
Kiedy wyjechali z lasu na łąki pod Marterstok, Krystyna jak gdyby się
zbudziła. Słońce zaszło, miasto i zatoka leżały pod nimi w jasnym,
bladawym świetle; szczyty wzgórz Aker lśniły jeszcze ognistożółtą
poświatą pod błękitnym niebem. W ciszy wieczoru niosły się z dala głosy,
jakby zrodzone z otchłani wieczornego chłodu, gdzieś na jakiejś drodze
skrzypnęło koło wozu i naszczekiwały psy po dworach z drugiej strony
rzeki. W lesie poza nimi, teraz, gdy słońce zaszło, głośno śpiewały i ćwierkały ptaki. W powietrzu snuł się zapach spalenizny, daleko na łące
żagwiło się czerwone ognisko; od wielkiej płomiennej zorzy nawet jasność
nocy odbijała się ciemno.
Jechali już między polami klasztoru, gdy obcy znowu do niej przemówił.
Zapytał, czy nie uważa za słuszne, aby podjechał z nimi pod furtę i prosił o pozwolenie widzenia się z panią Groą, by jej wytłumaczyć, jak
się wszystko odbyło. Ale Ingebjörga wolała wśliznąć się po cichu przez
kościół, może wówczas uda im się wejść niepostrzeżenie do klasztoru i nikt nie zwróci uwagi na ich długą nieobecność; może siostra Potencja
zapomniała o nich z powodu odwiedzin.
Krystyna nie zdziwiła się nawet, że na placu przed zachodnią bramą
kościoła jest tak cicho. Zwykle wieczorami panował tu ożywiony ruch, bo
ludzie z sąsiedztwa odwiedzali kościół klasztorny; tutaj stało też sporo
domostw, w których mieszkali słudzy świeccy i jałmużnicy klasztoru. W tym miejscu pożegnały Erlenda. Krystyna stała i głaskała konia; był
czarny, miał zgrabną głowę i łagodne oczy - wydał się jej podobny do
Morwina, na którym jeszcze dzieckiem jeździła zawsze w domu.
- Jak zowie się wasz koń, panie? - spytała, gdy rumak odwrócił od niej
głowę i obwąchiwał pierś swego pana.
- Bajard - odrzekł patrząc na nią przez szyję konia. - Pytacie o imię
konia, nie zaś o moje?
- Rada bym znać wasze imię - odpowiedziała skłoniwszy się lekko.
- Nazywam się Erlend syn Mikołaja.
- Więc dzięki wam, Erlendzie synu Mikołaja, za waszą dobrą usługę
dzisiejszego wieczora - rzekła Krystyna podając mu rękę. Nagle spłoniła
się i na wpół wysunęła dłoń z jego dłoni.
- Czy pani Aashilda córka Gautego z Dovre jest waszą krewną? - spytała.
Zdumiona ujrzała, że i jemu łuna krwi oblała twarz, wypuścił szybko jej
rękę i odrzekł:
- To moja ciotka. Ja zaś jestem Erlendem synem Mikołaja na Husaby. -
Spojrzał na nią tak dziwnie, że zmieszała się jeszcze bardziej, lecz
opanowała się i rzekła:
- Winnam wam podziękować lepszymi słowami, Erlendzie synu Mikołaja, lecz
nie wiem, co bym wam rzec mogła.
Skłonił się przed nią i zdawało się jej, że musi go już pożegnać, choć
chętnie mówiłaby z nim dłużej. W drzwiach kościoła obejrzała się, a widząc, że Erlend stoi jeszcze przy koniu, skinęła mu ręką.
W klasztorze panowało wielkie zaniepokojenie i krzątanina. Haakon posłał
jezdnego z wiadomością, sam zaś chodził po mieście i szukał dziewcząt
wraz z przysłanymi mu do pomocy ludźmi. Zakonnice słyszały, że dzikie
bestie uśmierciły i pożarły dwoje dzieci w mieście. Było to oczywiście
kłamstwo, panterę zaś - jedna bowiem tylko była - ujęło jeszcze przed
nieszporami kilku służących z królewskiego dworu.
Krystyna stała cicha z pochyloną głową, gdy ksieni i siostra Potencja
wyładowywały na nie swój gniew. Była jakby pogrążona w wewnętrznym śnie.
Ingebjörga szlochała i próbowała się usprawiedliwić: wszak otrzymały
zezwolenie, że mogą wyjść za wiedzą siostry Potencji i w odpowiednim
towarzystwie, a za to, co się potem wydarzyło, naprawdę nie ponoszą
winy.
Lecz pani Groa poleciła im pozostać w kościele, aż północ wydzwoni,
skierować myśli ku sprawom Boskim i dziękować Bogu, który ocalił im
życie i cześć. - Sam Bóg odsłonił wam jasno prawdę o świecie -
powiedziała - dzikie zwierzęta i sługi szatana na każdym kroku czyhają
na Jego dzieci i nie ma na to ratunku; tylko w modlitwie i błaganiu
trzeba szukać oparcia.
Dała każdej płonącą świecę do ręki i przykazała, aby poszły z siostrą
Cecylią córką Baarda, która nieraz całe noce spędzała w kościele na
modlitwie.
Krystyna postawiła świecę na ołtarzu świętego Wawrzyńca i przyklękła na
stopniu. Utkwiła nieruchomo wzrok w płomieniu świec, odmawiając cicho
Ojcze nasz i Ave Maria. Powoli zaczęło się jej zdawać, że obejmuje ją
blask świec i wyłącza wszystko, co leży poza nią i światłem. Czuła, że
serce jej rozwiera się, przepełnione podzięką, uwielbieniem i miłością
ku Bogu i Jego łaskawej Matce - czuła się im bliska. Wiedziała zawsze,
że patrzą na nią z góry; ale tej nocy po raz pierwszy czuła, że tak jest
w istocie. Ujrzała świat, jakby w widzeniu jakimś: ciemna przestrzeń, w którą pada słoneczna smuga, pyłki wirują ustawicznie pomiędzy ciemnością
a światłem, i poczuła, że wreszcie ona sama dostała się w krąg jasności.
Wydawało się jej, że chętnie pozostałaby jak najdłużej w tym ciszą i ciemnością nocy owianym kościele: owych kilka plam świetlnych, niby
gwiazdy złote nocą, słodkawy, stary zapach kadzideł i ciepła woń
palącego się wosku - i ona sama wtulona we własną gwiazdę.
I zdało się jej, że kończy się jakieś szczęście, gdy przysunęła się
siostra Cecylia i dotknęła jej ramienia. Trzy kobiety pokłoniły się
przed ołtarzem i przez małą południową furtę wyszły na klasztorny
dziedziniec.
Ingebjörga była taka śpiąca, że położyła się nic nie mówiąc. Ucieszyło
to Krystynę - tak bardzo pragnęła być sama ze swymi dobrymi myślami. I było jej przyjemnie, że w nocy muszą mieć na sobie koszule: Ingebjörga
była gruba i mocno się pociła.
Długo leżała bezsennie, ale ów prąd słodyczy, który ją uniósł, gdy
klęczała w kościele, nie wracał. Przenikało ją jednak jeszcze jego
ciepło, z serca dziękowała Bogu i czuła się silna, kiedy modliła się za
rodziców, rodzeństwo i za duszę Arnego syna Gyrda.
Myślała o ojcu. Tak bardzo tęskniła za nim i za wszystkim, co ich
łączyło, zanim Szymon Darre wszedł w ich życie. Jakaś nowa tkliwość ku
niemu ogarnęła ją. Tego wieczora w jej miłości do ojca była jakby
zapowiedź macierzyńskiego ukochania i troski; niejasno przeczuwała, że
wiele jest rzeczy w życiu, które nie stały się jego udziałem.
Przypomniała sobie mały drewniany kościółek w Gerdarud; tam na Wielkanoc
widziała groby trzech braciszków i babki, matki ojca, Krystyny córki
Sigurda, która umarła dając mu życie.
Co Erlend syn Mikołaja ma do roboty w Gerdarud, tego nie mogła pojąć.
Nie uświadamiała sobie, że w ten wieczór dużo o nim myślała. Ale przez
cały czas wspomnienie jego szczupłej smagłej twarzy i spokojnego głosu
trwało gdzieś w mroku, poza blaskiem świec, ponad jej myślami.
Gdy się nazajutrz rano obudziła, słońce świeciło już w sypialni i Ingebjörga opowiadała, że pani Groa zabroniła siostrom budzić je na
jutrznię. Teraz miały iść do kuchni i przynieść sobie coś do jedzenia.
Krystynie aż ciepło się zrobiło z radości, że ksieni taka łaskawa;
odczuwała to tak, jak gdyby cały świat był dobry dla niej.
3
Bractwo chłopskie z Aker miało za swą patronkę świętą Małgorzatę i doroczną uroczystość rozpoczynało 20 lipca, w dzień świętej. Bracia i siostry gromadzili się wtedy razem z dziećmi i czeladzią w kościele w Aker i wysłuchiwali mszy przy ołtarzu świętej Małgorzaty; po czym
ciągnęli do hali bractwa, leżącej przy szpitalu Hofvin, i tutaj
świętowano zazwyczaj pięć dni.
Ponieważ jednak kościół w Aker zarówno jak szpital Hofvin należały do
klasztoru zakonnic, prócz tego zaś wielu chłopów z Aker było
dzierżawcami klasztoru, przeto przyjął się zwyczaj, że ksieni i kilka
starszych sióstr, aby okazać szacunek bractwu, brało udział w obchodzie
w pierwszym dniu święta. Również wychowanki klasztoru, oddane tylko na
naukę i nie mające później składać ślubów, mogły pójść i wieczorem
potańczyć; na to święto wolno im było zamiast odzieży klasztornej włożyć
własne suknie.
Dlatego też wielki ruch panował w wigilię świętej Małgorzaty w izbie
wychowanek; dziewczęta, którym pozwolono iść na zabawę, grzebały w swych
skrzyniach i mierzyły najlepsze szaty, inne zaś chodziły nieco zgnębione
i przyglądały się. Niektóre postawiły na kominku garnuszki i gotowały
wodę, która miała czynić płeć białą i miękką, inne warzyły znów jakiś
płyn, którym nacierały sobie włosy; gdy dzieliły je potem w pasma i zwijały dokoła skórzanych rzemyków, włosy skręcały się w piękne pukle.
Ingebjörga powyciągała wszystkie swoje suknie, nie mogła się jednak
zdecydować, którą z nich włożyć; w każdym razie nie tę najlepszą zieloną
z aksamitu, ta była zbyt ładna i za kosztowna na chłopskie święto. Ale
mała, szczupła siostra, która nie mogła iść na zabawę - zwała się Helga
i jeszcze dzieckiem przeznaczyli ją rodzice do klasztoru - odciągnęła
Krystynę na bok i szepnęła, że z pewnością Ingebjörga włoży mimo
wszystko swą zieloną suknię i czerwoną jedwabną koszulę.
- Zawsze byłaś mi życzliwa, Krystyno - dodała Helga. - Nie wypada mi
mieszać się w takie sprawy, ale teraz powiem ci o tym. Ów rycerz, który
was odprowadził owego wieczora na wiosnę... Słyszałam i widziałam, że
Ingebjörga mówiła z nim potem. Rozmawiali z sobą w kościele i czekał na
nią na ścieżce między opłotkami, gdy szła do domu jałmużnie. Rycerz
pytał o ciebie i Ingebjörga przyrzekła mu, że weźmie cię z sobą.
Założyłabym się, żeś do tej pory nic o tym nie słyszała.
- W istocie, Ingebjörga nie wspomniała mi o tym - odparła Krystyna.
Ściągnęła usta, by Helga nie dojrzała uśmiechu, który jej wykwitł na
wargach. Hm, taka więc jest Ingebjörga. - Zapewne wie ona dobrze, że ja
nie należę do dziewcząt, które latają za węgły domów i płoty na
spotkanie z obcym mężczyzną - rzekła dumnie.
- Mogłabym sobie zaoszczędzić mówienia ci tych nowinek, o których
przystojniej byłoby nie wspominać - odpowiedziała urażona Helga i rozeszły się.
Lecz przez cały wieczór Krystyna nie mogła sobie znaleźć miejsca i usiłowała stłumić uśmiech, gdy ktoś patrzył na nią.
Na drugi dzień rano Ingebjörga ociągała się tak bardzo z ubieraniem i tak długo chodziła w samej koszuli, że Krystyna zrozumiała, iż tamta
czeka, póki ona nie będzie gotowa.
Nie odezwała się słowem, tylko ze śmiechem podeszła do skrzyni i wyciągnęła żółtą jedwabną koszulę. Pierwszy raz wdziała ją dzisiaj i gdy
spłynęła wzdłuż ciała, Krystyna poczuła miły chłód i miękkość. Wkoło
szyi i nad piersią, jak daleko sięgało wycięcie sukni, koszula była
pięknie wyszyta srebrem oraz niebieskim i brązowym jedwabiem; tak samo
były ozdobione rękawy. Krystyna naciągnęła płócienne pończochy i związała mocno małe purpurowo-niebieskie trzewiczki, które owego
nieszczęsnego dnia Haakon szczęśliwie przyniósł do domu. Ingebjörga
wciąż patrzyła na nią, Krystyna rzekła więc ze śmiechem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Lagman - sędzia; lagman prowincji (jak ów Laurencjusz) przewodniczył na zjazdach ludowych (thingach). [wróć]
2. Folkungowie - dynastia szwedzka, panująca w XIII i XIV w. [wróć]
3. Dziś Trondheim. [wróć]
4. Według ówczesnego zwyczaju podczas wigilii poprzedzających święta kościelne wierni pozostawali przez całą noc w pobliżu kościoła. Czas pomiędzy poszczególnymi nabożeństwami spędzano na tańcach i innych rozrywkach. [wróć]
5. Spichrze były piętrowe, przy czym izba na piętrze służyła do przechowywania ubrań i broni, a latem jako sypialnia lub izba gościnna; posiadała ona zazwyczaj ganek. [wróć]
7. Biała niedziela - niedziela przewodnia. [wróć]
8. Wodnik; w bardziej znanej nam mitologii niemieckiej występuje on pod mianem niksa (Nix). [wróć]
9. Grube sukno domowej roboty. [wróć]
10. Św. Ewelina ze Skövde - znana w hagiografii jako św. Helena Szwedzka; pielgrzymowała do Ziemi Świętej; łączyła wielką pobożność z gorliwością w pracy charytatywnej. Zginęła z rąk własnych krewnych ok. 1160 r. [wróć]
11. Dziś: Rondane. [wróć]
12. Tomasz Becket (1118-1170) zamordowany przez króla Henryka II w katedrze w Canterbury, kanonizowany w 1173 r. [wróć]
13. Sverre panował od (ok.) 1180 do 1202 r.; starał się o wzmocnienie władzy królewskiej przez ograniczenie praw możnowładców i kleru. [wróć]
14. Żona Haakona Starego; jej ojciec poróżniwszy się z zięciem usiłował strącić go z tronu i zdobyć koronę Norwegii. [wróć]
15. Król Inge - prawdopodobnie chodzi o Ingego syna Baarda, który panował w latach 1204-1217. [wróć]
16. Tańczono wówczas w korowodzie, który tworzył zwykle zamknięte koło lub w braku miejsca wił się w wężowych skrętach. [wróć]
17. W 1028 r. podczas buntu pogan w Norwegii i najazdu Duńczyków pod wodzą Kanuta Wielkiego. [wróć]
18. Syn Księdza - złośliwe przezwisko stworzone w sposób analogiczny do takich nazwisk-przydomków jak: synowie Lagmana (sędziego), syn Biskupa, w których na miejscu imienia własnego podstawia się tytuł ojca lub przodka. [wróć]
19. Birkebeinowie - powstała w 1174 r. partia walcząca o umocnienie władzy królewskiej kosztem możnowładców i duchowieństwa; oni to osadzili na tronie Sverrego i popierali go podczas walk z klerykalną partią Baglerów. [wróć]
20. Aluzja do niskiego pochodzenia Sverrego, którego potomek, Haakon V, panował podówczas w Norwegii. [wróć]
21. Osoby pozostające pod opieką klasztoru, który na ich utrzymanie czerpie z dochodów, jakie przynoszą należące do niego prebendy. [wróć]
22. Örtug - 1/3 öre. 1 marka srebrna równała się 8 öre po 3 örtugi, 1 örtug równał się 10 groszom. [wróć]
I. Dwór Jörund
I
Dwór Jörund
1
Przy podziale spuścizny po Ivarze Gjeslingu Młodszym na Sundbu w roku
1306 jego posiadłości w Sil przypadły córce Ragnfridzie i jej małżonkowi
Lavransowi synowi Björgulfa. Żyli oni dotychczas na dworze Lavransa Kog
w Folio, niedaleko Oslo, teraz jednak przenieśli się na dwór Jorund w dolinę Gudbrand.
Lavrans pochodził z rodu zwanego u nas synami Lagmana1.
Przybyli oni ze Szwecji z owym Laurencjuszem, lagmanem Wschodniej
Gotlandii, który uprowadził z klasztoru Vreta siostrę jarla Bjelbo,
dziewicę Bengtę, i razem z nią schronił się do Norwegii. Pan Laurencjusz
pozostał przy królu Haakonie Starym. Król cenił go wielce i podarował mu
dwór Skog. Lecz po ośmioletnim pobycie w naszym kraju zmarł złożony
chorobą, a wdowa po nim, córka Folkungów2, zwana w Norwegii
królewną, wróciła do swej ojczyzny i pojednała się z krewnymi. Potem
wyszła bogato za mąż w tamtym kraju. Ona i pan Laurencjusz nie mieli z sobą dzieci, tak więc dwór Skog odziedziczył Ketil, brat Laurencjusza;
był on dziadem Lavransa syna Björgulfa.
Lavrans ożenił się młodo; gdy przybył do Sil, miał dopiero dwadzieścia
osiem lat i był o trzy lata młodszy od żony. Jako dorastający
młodzieniec przebywał w orszaku króla i odebrał staranne wychowanie; ale
po ożenku zasiedział się na swym dworze, gdyż Ragnfrida była po trochu
dziwaczką i melancholiczką i nie czuła się dobrze między ludźmi z południa kraju. Od czasu gdy nieszczęśliwie utraciła trzech synów
jeszcze w kolebce, zaczęła zupełnie stronić od ludzi. Wiele też
przemawiało za tym, by Ragnfrida żyła w bliskości swych krewnych, i dlatego przeniósł się Lavrans do doliny Gudbrand. Gdy przybyli tam,
mieli jedno dziecko, małą dziewczynkę; na imię jej było Krystyna.
Po osiedleniu się na dworze Jörund żyli dalej tak samo spokojnie jak
przedtem i najchętniej samotnie; nie wyglądało na to, by Ragnfridzie
zależało wiele na jej krewnych, odwiedzała ich bowiem tylko wtedy, gdy
wymagała tego przyzwoitość. Działo się tak po części dlatego, że Lavrans
i Ragnfrida byli ludźmi bardzo pobożnymi, gorliwie uczęszczali do
kościoła i chętnie gościli u siebie sługi Boże, jako też ludzi, którzy
podróżowali w sprawach kościelnych, oraz pątników, którzy wędrowali w górę doliny, do Nidaros3. Także proboszczowi swej parafii,
który był ich najbliższym sąsiadem i mieszkał na dworze Romund,
okazywali wielki szacunek. Inni mieszkańcy doliny sądzili jednak, że
dziesięciny, ofiary i datki składane Kościołowi zbyt są wysokie i że
niekoniecznie muszą oni tak ściśle trzymać się postów i modlitw ani też
bez wyraźnej potrzeby sprowadzać do domu księży i zakonników.
Poza tym szanowano i kochano mieszkańców Jörund, zwłaszcza Lavransa,
który był znany ze swej siły i odwagi, a także jako człowiek miłujący
pokój, cichy i prawy, działający zawsze z rozwagą, dworny w obejściu;
był on nade wszystko dzielnym gospodarzem i świetnym myśliwym, palił się
do łowów na wilka, niedźwiedzia i innego grubego zwierza. W ciągu kilku
lat skupił w swych rękach wiele ziem, ale zawsze był dobry dla swych
dzierżawców i chętnie im pomagał.
Ragnfridę tak rzadko widywano między ludźmi, że wkrótce przestano mówić
o niej. Po jej powrocie w dolinę wielu z początku się dziwiło, bo
pamiętano ją z czasów, gdy przebywała w domu na Sundbu. Ładna nie była
nigdy, ale wyglądała wtedy wesoło i pogodnie; obecnie straciła zupełnie
wdzięk, można było śmiało sądzić, że jest nie o trzy, ale o dziesięć lat
starsza od męża. Ludzie uważali też, iż zbytnio bierze sobie do serca
owo nieszczęście z dziećmi; poza tym przecież powodziło się jej pod
każdym względem lepiej niż innym kobietom: miała wielkie dostatki,
poważanie i - jak się zdawało - dobrze żyła z mężem. Lavrans nie zadawał
się z innymi kobietami i radził się jej w każdej sprawie. Nie była
również tak stara, by nie mogła mieć jeszcze wielu dzieci, jeśliby tylko
Bóg pozwolił.
Niełatwo było właścicielom Jörund dostać do służby młodych ludzi właśnie
wskutek ponurego usposobienia pani domu, a również dlatego, że tak
surowo przestrzegano tam wszystkich postów. Poza tym służba miała się
tam dobrze i nieczęsto zdarzało się, aby ktoś został skarcony lub
ukarany; zarówno Lavrans, jak i Ragnfrida przodowali w każdej robocie.
Zresztą gospodarz był na swój sposób wesoły i chętnie brał udział w tańcach albo śpiewał wraz z innymi, gdy młodzież podczas nocy
wigilijnych4 zabawiała się na kościelnym wzgórzu.
Przeważnie jednak szukali służby na Jörund ludzie starsi; bardzo im się
tam podobało i pozostawali długo.
Gdy Krystyna skończyła siedem lat, zdarzyło się pewnego razu, że miała
towarzyszyć ojcu na hale.
Był piękny ranek późnego lata. Krystyna stała w górnej izbie
spichrza5, w której sypiali latem; widziała, że na dworze
świeci słońce, i słyszała, jak ojciec rozmawia z ludźmi na dziedzińcu.
Cieszyła się tak strasznie, że nie mogła spokojnie ustać na miejscu,
kiedy matka ją ubierała, lecz cały czas kręciła się i podskakiwała.
Nigdy jeszcze nie była w górach, przejeżdżała tylko wąwozem Rost do
Vaage, kiedy zabierano ją w odwiedziny do krewnych matki na Sundbu,
bywała także z matką i dworską czeladzią w najbliższych lasach, gdy
wybierali się na jagody, które Ragnfrida dodawała do piwa. Ragnfrida
przyrządzała również kwaskowe powidła z brusznic i żurawin. Podczas
wielkiego postu jadła je z chlebem zamiast masła.
Matka upięła długie, jasne włosy Krystyny i wsunęła je pod stary
niebieski czepek, potem ucałowała dziecko w policzek i Krystyna zbiegła
do ojca. Lavrans siedział już w siodle; usadowił ją za sobą, ułożywszy
swoje okrycie niby poduszkę na zadzie konia. Tam miała siedzieć i trzymać się ojca za pas. Po czym pożegnali matkę głośnym okrzykiem.
Ragnfrida zbiegła z ganku niosąc okrycie dla Krystyny; dała je
Lavransowi i prosiła, żeby tylko dobrze baczył na dziecko.
Słońce świeciło, ale ponieważ w nocy spadł ulewny deszcz, wezbrały
wszystkie potoki i z szumem toczyły się z gór, a strzępy mgły błąkały
się po stokach. Nad szczytami unosiły się w niebieskiej przestrzeni
białe chmury, zwiastuny pogody; Lavrans i jego ludzie przepowiadali, że
dzień będzie upalny, gdy tylko słońce wzejdzie wyżej. Lavrans miał z sobą czterech mężów, i wszyscy, chociaż było ich tylu i jechali
niedaleko, byli dobrze uzbrojeni, po górach bowiem włóczyli się w tym
czasie rozmaici ludzie; mało jednak było prawdopodobne, aby się z nimi
spotkano. Krystyna lubiła bardzo wszystkich tych ludzi ojca; trzej z nich byli w starszym wieku, ale czwarty, Arne syn Gyrda z Finsbrekken,
był dorastającym chłopcem i najlepszym przyjacielem Krystyny; jechał
najbliżej niej i Lavransa i musiał opowiadać jej o wszystkim, co
spotykali po drodze.
Jechali między zabudowaniami dworu Romund i wymienili pozdrowienia z sirą6 Eirikiem. Stał przed drzwiami i łajał córkę, która mu
prowadziła dom, gdyż pozostawiła onegdaj na dworze zwój świeżo
farbowanej przędzy; deszcz zniszczył ją zupełnie.
Na wzgórzu przy plebanii stał kościół - niewielki, lecz pięknie
zbudowany i starannie utrzymany, ściany jego były świeżo smołowane. Pod
krzyżem przy wrotach cmentarnych Lavrans i jego ludzie zdjęli kapelusze
i pochylili głowy, po czym ojciec obrócił się w siodle i oboje z Krystyną dawali znaki matce, którą dojrzeli na łące przed dworem.
Odpowiedziała im powiewając chustką.
Tutaj to, na kościelnym wzgórzu i na cmentarzu, Krystyna bawiła się co
dnia; lecz dzisiaj, gdy miała z ojcem odbyć tak daleką drogę, dobrze
znany widok domu i doliny wydał się dziecku czymś nowym i niezwykłym.
Grupy zabudowań w dole na Jörund stawały się coraz mniejsze i bardziej
szare; rzeka wiła się lśniąc, a przed Krystyną rozciągała się dolina z wielkimi, zielonymi płaszczyznami, z bagniskami na dnie i dworami
rozrzuconymi wśród pól i łąk na stokach, aż po szare, strome ściany gór.
Daleko w dolinie, tam gdzie góry zbiegały się i zamykały widok, leżał
dwór Lopt. Mieszkali w nim Sigurd i Jon, dwaj starzy ludzie z białymi
brodami; ilekroć przebywali na Jörund, bawili się z nią i żartowali.
Jona lubiła bardzo, gdyż strugał piękne zwierzęta z drzewa, a kiedyś
podarował jej złoty pierścień. A gdy ostatnio w białą
niedzielę7 bawił u nich, przyniósł dla niej rycerza tak
cudnie rzeźbionego i wspaniale malowanego, iż zdało się Krystynie, że
nigdy dotąd nie dostała piękniejszego podarunku. Każdej nocy zabierała
rycerza z sobą do łoża, ale rano, kiedy się budziła, stał on na stopniu
przed łożem, w którym sypiała wraz z rodzicami. Ojciec mówił, że rycerz
wyskakuje, skoro pierwszy kur zapieje, lecz Krystyna wiedziała dobrze,
iż matka wyjmuje go z łoża, słyszała bowiem, jak Ragnfrida mówiła, że
rycerz jest twardy i dziecko mogłoby się skaleczyć, gdyby się w nocy na
nim położyło. Sigurda z Lopt Krystyna bała się bardzo i nie lubiła, jak
ją brał na kolana, bo droczył się z nią, że kiedy dorośnie, będzie spał
w jej ramionach. Przeżył już dwie żony i sam mówił, że przeżyje również
trzecią, a Krystyna będzie może czwartą. Kiedy zaczynała płakać, Lavrans
śmiał się i uspokajał ją mówiąc, że nie sądzi, by Margit tak prędko
wyzionęła ducha; gdyby jednak tak się stało i Sigurd starał się o rękę
jego córki, wówczas może być pewna, że powie mu stanowczo "nie".
Mniej więcej na strzelenie z łuku na północ od kościoła leżał przy
drodze wielki głaz, a wkoło niego rósł gaj brzozowy i osikowy. Tam
zwykle bawili się w kościół. Tomasz, najmłodszy wnuk siry Eirika,
odprawiał mszę i podobnie jak dziadek kropił wodą święconą i chrzcił,
gdy w zagłębieniach kamienia zebrało się nieco deszczówki. Ale zeszłej
jesieni źle się to skończyło. Najpierw Tomasz dał ślub jej i Arnemu,
który nie był jeszcze tak dorosły, by nie móc bawić się z dziećmi, gdy
miał na to czas. Potem Arne złapał uganiające w pobliżu prosię i zaniósł
je do chrztu. Tomasz namaścił je mułem, zanurzył w wyżłobieniu kamienia,
gdzie stała woda, i naśladował dziadka odprawiając po łacinie mszę i gniewając się, że za mało dali na ofiarę; dzieci śmiały się, słyszały
bowiem, jak starsi mówili, że Eirik jest niezmiernie chciwy. Im bardziej
się śmiały, tym gorsze rzeczy wymyślał Tomasz; powiedział, że dziecko to
zostało poczęte w okresie wielkiego postu, a więc za ten grzech rodzice
muszą wobec kapłana i Kościoła oczyścić się pokutą. Wtedy doroślejsi
chłopcy wybuchnęli grzmiącym śmiechem. Krystyna jednak stała zawstydzona
i bliska płaczu, z prosięciem na rękach. Nieszczęście chciało, że
podczas tej zabawy Eirik wracał konno do domu z jakiejś podróży
duszpasterskiej. Gdy spostrzegł, co dzieci wyprawiają, zeskoczył z konia, a święte naczynia podał tak gwałtownie najstarszemu wnukowi,
Benteinowi, że ten omal nie upuścił na ziemię srebrnej gołębicy z Ciałem
Pańskim. Kapłan wpadł w gromadę dzieci i bił te, które mu pod rękę
wpadły. Krystyna wypuściła prosiaka, ten zaś kwicząc uciekał drogą,
wlokąc za sobą chustkę, którą go w czasie chrztu nakryto, i kwiczał tak,
że konie księdza stanęły dęba. Sira Eirik bił ją, aż upadła, a wówczas
jeszcze ją kopnął, wskutek czego długi czas potem bolało ją biodro. Gdy
Lavrans się o tym dowiedział, osądził, że Eirik był zbyt surowy dla
Krystyny, przecież to małe dziecko. Oświadczył, że chce mówić z księdzem, ale Ragnfrida prosiła go, aby tego zaniechał, dziecko bowiem
zostało słusznie ukarane za udział w tak grzesznej zabawie. Nie
wspomniał tedy Lavrans więcej o tej sprawie, lecz Arnemu dostało się
tyle kijów, co nigdy w życiu.
Dlatego gdy teraz przejeżdżali obok głazu, Arne pociągnął Krystynę za
rękaw. Nie śmiał nic powiedzieć z obawy przed Lavransem, więc tylko
stroił miny, uśmiechał się i uderzał po zadku; Krystyna zawstydzona
spuściła oczy.
Droga weszła w gęsty las. Jechali wzdłuż skalnych zboczy; dolina stawała
się coraz węższa i ciemniejsza, a szum rzeki dochodził głośniej i wyraźniej. Kiedy od czasu do czasu ukazywała się przed nimi część jej
łożyska, widzieli, jak toczy spienione, zielonosine wody między stromo
opadającymi urwiskami. Stoki gór po obu stronach doliny czerniły się
lasem; ponuro i niesamowicie było w wąskim parowie, ostry wiew szedł ku
nim. Skierowali się w stronę ścieżki i wkrótce ujrzeli most, przez który
szła droga w dół doliny. W jaskini poniżej ścieżki mieszkał nök8;
Arne chciał opowiedzieć o nim Krystynie, ale Lavrans surowo zabronił mu
gadać w lesie o podobnych rzeczach. Gdy zaś dojechali do mostu,
zeskoczył z konia i poprowadził go za uzdę, drugim ramieniem obejmując
dziecko wpół.
Po drugiej stronie rzeki wąska ścieżyna prowadziła stromo pod górę.
Mężczyźni zsiedli z koni i szli pieszo, ojciec zaś usadowił Krystynę w siodle, tak że mogła trzymać się łęku i sama jechać na Guldsveinie.
W miarę jak wjeżdżali coraz wyżej, wynurzały się sponad stoków gór
nieznane szare i niebieskie szczyty z białymi pasmami śniegu. Krystyna
mogła już dostrzec pośród drzew dwory leżące na północ od wąwozu. Arne
wskazywał je i wymieniał ich nazwy.
Wysoko w lesie dotarli do małego samotnego osiedla. Zatrzymali się przy
płocie, Lavrans zawołał głośno, a echo, zwielokrotnione przez góry,
błąkało się tu i tam. Dwóch ludzi nadbiegło spomiędzy maleńkich pól:
synowie tych, do których należało górskie osiedle. Byli oni dobrymi
smolarzami i Lavrans chciał nająć ich do wypalania dziegciu. Matka szła
za nimi z wielką misą mleka, gdyż dzień zrobił się tymczasem upalny, jak
to ludzie Lavransa przewidywali.
- Widziałam, że wziąłeś z sobą swoją małą córeczkę - rzekła po
przywitaniu - i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Musisz jej zdjąć
czepek; słyszałam, że ma takie piękne włosy.
Lavrans uczynił, o co go kobieta prosiła, i włosy Krystyny spadły jej na
plecy aż po siodło. Były one gęste i złote jak dojrzała pszenica.
Isrida, tak zwała się kobieta, zanurzyła w nich ręce.
- Tak, teraz widzę, że w tym, co mówią o twojej pięknej córce, nie ma
przesady. To istna lilia i wygląda na córkę rycerza. Oczy ma łagodne -
podobna jest do ciebie, nie do Gjeslingów. Oby Bóg dał ci z niej wiele
radości, Lavransie synu Björgulfa! A na Guldsveinie jeździsz tak
dziarsko jak dworzanin - żartowała podtrzymując misę, z której Krystyna
piła.
Dziecko pokraśniało z radości, bo dobrze wiedziało, że ojciec daleko i szeroko słynął jako najpiękniejszy mężczyzna. W istocie wyglądał na
rycerza, gdy tak stał między swoimi ludźmi, chociaż odziany był raczej
po chłopsku, jak zwykł chodzić co dnia w domu. Nosił dość luźną i krótką
bluzę z farbowanej na zielono fryzy9, rozpiętą na szyi, tak że
widać było koszulę; jego pończochy i obuwie były z nie barwionej skóry,
głowę okrywał mu staromodny kapelusz filcowy z szerokimi skrzydłami. Z klejnotów miał jedynie gładką srebrną klamrę w pasie i małą zapinkę u koszuli; na szyi jego widniał złoty łańcuch, który Lavrans nosił zawsze,
na nim zaś wisiał złoty krzyż wysadzany górskimi kryształami. Krzyż ten
można było otworzyć, wewnątrz znajdował się skrawek śmiertelnej koszuli
i pasmo włosów świętej Eweliny ze Sköyde10; od jednej z jej córek
wywodzili swój ród synowie Lagmana. Gdy Lavrans udawał się do lasu albo
do roboty, chował zwykle krzyż na gołą pierś pod koszulę, by go nie
zgubić. Niejeden rycerz lub dworzanin w odświętnej szacie nie wyglądał
na człowieka tak dostojnego rodu, jak on w swej prostej domowej odzieży.
Był słusznej postawy, szeroki w barach, wąski w biodrach; mała głowa
osadzona była pięknie na szyi. Miał regularne, nieco wydłużone rysy
twarzy, nie za pełne policzki, pięknie zaokrąglony podbródek i foremne
usta. Cera jego była jasna i świeża, oczy szare, włosy gęste, gładkie,
jedwabiste i złote.
Rozmawiał z Isridą o jej sprawach, wypytywał również o Tordis, krewną
Isridy, która tego lata była pasterką na hali należącej do Jörund.
Niedawno powiła ona dziecko i Isrida czekała tylko na sposobność, aby
mieć pewne towarzystwo w wędrówce przez las, chciała bowiem zanieść
chłopca do chrztu. Lavrans poddał jej myśl, żeby udała się z nimi na
halę. Powrócą nazajutrz wieczorem; będzie się czuła dobrze i bezpiecznie, gdy z nią i małym poganinem będzie tylu mężów.
Isrida podziękowała: - Po prawdzie, to czekałam, że się z tym
zaofiarujesz. My, biedni ludzie z gór, wiemy dobrze, że ilekroć
przyjdziesz tutaj, zawsze świadczysz nam przyjacielskie usługi. -
Pobiegła do domu po zawiniątko i okrycie.
Lavrans rzeczywiście dobrze się czuł między tymi biednymi ludźmi,
mieszkającymi wysoko w górach, na karczowiskach i w osiedlach na
pograniczu gminy; wśród nich był zawsze wesół i skory do żartów. Mówił z nimi o leśnych zwierzętach i renach żyjących na górskich halach, i o strachach ukazujących się w takich miejscach. Pomagał im radą i czynem,
oglądał im chore bydło, stawał z nimi do kowadła i do ciesielskiej
roboty, ba, jako człowiek niezwykłej siły pomagał przy wydobywaniu
największych kamieni lub korzeni. Dlatego ci ludzie witali zawsze z wielką radością Lavransa syna Björgulfa i jego wielkiego czerwonego
ogiera Guldsveina. Guldsvein był pięknym zwierzęciem z błyszczącą
sierścią, białą grzywą, białym ogonem i jasnymi oczami - był silny i tak
ogromny, że mówiono o nim w dolinach, ale wobec Lavransa był zawsze
potulny jak jagniątko i pan jego zwykł mawiać, że kocha swego rumaka jak
młodszego brata.
Lavrans zamierzał przede wszystkim obejrzeć stos na Heimbergu. W surowych czasach niepokoju, przed stu albo i więcej laty, wznieśli
chłopi w kilku miejscach na okalających doliny górach szałasy strażnicze
i stosy drzewa, podobne do ogni ostrzegawczych wzdłuż wybrzeży. Ale te
znaki w górach nie pozostawały pod nadzorem obrony kraju. Utrzymywały je
bractwa chłopskie i członkowie bractw doglądali ich na zmianę.
Gdy przybyli na polanę, Lavrans puścił wszystkie konie prócz jucznego
wolno na pastwisko, po czym ludzie zaczęli się piąć stromą ścieżką w górę. Wkrótce las począł rzednąć. Olbrzymie sosny, martwe i białe jak
szkielety, stały na moczarach i Krystyna ujrzała nagie, szare turnie
sterczące w niebo. Wspinali się po stromych usypiskach, czasem potok
przecinał ścieżkę, tak że ojciec musiał przenosić Krystynę. Silny,
świeży wiatr wiał tu w górze, a krzaczki czerniły się od jagód, ale
Lavrans nie pozwalał zatrzymywać się i zbierać ich. Arne to biegł z przodu, to znowu pozostawał daleko w tyle; zrywał gałązki z jagodami dla
Krystyny i opowiadał, do kogo należą hale leżące w dole wśród lasu -
całe zbocze Hövring pokryte było wówczas lasami.
Teraz znajdowali się pod ostatnim, nagim stożkiem skalnym i ujrzeli
potężny stos belek sterczący w błękit i chatkę strażniczą przycupniętą
pod skalną ścianą.
Gdy weszli na grzbiet góry, powiał im naprzeciw wicher i zaplątał się w ich suknie; Krystynie zdawało się, że jest on żywym stworzeniem, które
mieszka tu w górze, wychodzi im na spotkanie i wita ich. Wicher dął i swawolił, gdy szła z Arnem przez mchem porośniętą płaszczyznę. Dzieci
usiadły na wystającym omszałym zrębie skalnym i Krystyna patrzyła wokoło
szeroko rozwartymi oczyma - nigdy nie myślała, że świat jest taki wielki
i rozległy.
Jak okiem sięgnąć, leżały pod nią kosmate od lasów stoki gór; dolina
wyglądała jak niecka między potężnymi wierchami, a boczne doliny były
jeszcze mniejsze i, chociaż liczne, niknęły niemal między grzbietami.
Wszędzie wznosiły się szare, skaliste, płonące złotawym porostem turnie,
a daleko na horyzoncie dźwigały się sponad osłony lasów niebieskie
szczyty z białymi płatami śniegu, stopione w jedno z szaroniebieskimi,
połyskliwymi chmurami. Ale w pobliżu na północnym wschodzie - zaraz za
halami i lasem - ciągnęły się potężne skaliste pasma bielejące świeżo
spadłym śniegiem. Krystyna poznała Góry Dzicze11, o których już
słyszała; w istocie podobne były do stada ogromnych dzików idących w stronę gór, a odwróconych zadami ku dolinie. Arne mówił, że trzeba pół
dnia jazdy konnej, żeby do nich dotrzeć.
Krystyna sądziła, że gdy tylko wyjdzie na szczyt najbliższych gór,
zobaczy leżącą z drugiej strony inną gminę, podobną do jej własnej, z dworami i trzodami, i miała dziwne uczucie, gdy ujrzała, jak daleko od
siebie leżą ludzkie osiedla. Widziała drobniutkie, żółte i zielone plamy
nisko w dolinie i śmiesznie maleńkie poręby z szarymi kostkami domów
wśród górskich lasów; poczęła je liczyć, ale gdy doszła do trzech
tuzinów, nie mogła już ich rozróżnić między sobą. A mimo to ludzkie
sadyby ginęły bez śladu w tej puszczy.
Wiedziała, że w dzikim lesie panuje wilk i niedźwiedź i że pod każdym
kamieniem kryją się gnomy, koboldy i rusałki, i przeraziła się, gdyż
nikt nie znał ich liczby, ale musiało ich być wiele, o wiele więcej niż
ludzi ochrzczonych. Zawołała głośno ojca, ale nie dosłyszał jej w wichurze - wtaczał właśnie ze swymi ludźmi na szczyt wielkie głazy,
które miały służyć do umocnienia belek stosu.
Isrida podeszła do dzieci i pokazała Krystynie góry Vaage na zachodzie,
Arne zaś wskazał jej Góry Szare, gdzie mieszkańcy chwytali reny w wilcze
paści, a sokolnicy królewscy żyli w kamiennych chatach. Arne sam
zamierzał w przyszłości poświęcić się tej pracy; wówczas także nauczy
się układać sokoły do polowania. Podniósł ramię, jak gdyby wyrzucał
sokoła w powietrze.
Isrida potrząsnęła głową:
- To rozpustne życie, Arne synu Gyrda; wielki ból sprawiłbyś matce,
gdybyś został łowcą sokołów. Każdy, kto tam przebywa, musi się zetknąć
ze złymi ludźmi i z czymś, co jeszcze jest gorsze.
Lavrans zbliżył się do nich i posłyszał ostatnie słowa.
- Tak - rzekł - tam w górze jest niejedna zamieszkana sadyba, która nie
płaci podatków ani dziesięcin.
- Właśnie, wszak niejedno widziałeś, Lavransie - Isrida próbowała
wydobyć z niego coś więcej. - Przecież nieraz zapuszczasz się głęboko w góry.
- Tak, tak - mówił Lavrans powoli - ale zdaje mi się, że nie należy mówić
o tych rzeczach. Ludziom, którzy w dolinie nie zaznali pokoju, należy go
użyczyć przynajmniej w górach, gdzie może go odnajdą. Widziałem wszak
żytnie pola i piękne łąki w okolicach, o których nieliczni tylko wiedzą,
że są tam uprawne doliny - i widziałem stada wołów i cieląt, ale nie
wiem, czy należały one do ludzi, czy do innych istot.
- Tak, tak - powiedziała Isrida. - Wini się niedźwiedzia i wilka, gdy
ginie bydło z pastwisk, ale w górach są gorsi rabusie od nich.
- Gorsi, powiadasz? - spytał Lavrans w zamyśleniu przesuwając rękę po
czepku córki. - Tam w górach, na południe od Dziczego Pasma, widziałem
kiedyś trzech małych chłopców, najstarszy był w wieku Krystyny - mieli
jasne włosy i futrzane kubraki. Wyszczerzyli ku mnie zęby jak młode
wilczęta, potem uciekli i pochowali się. Nie dziwię się zgoła, że na
biednego człeka, który jest ich ojcem, spadnie czasem pokusa ukraść
jedną albo i dwie krowy.
- Wilk i niedźwiedź też mają młode - odparła ze złością Isrida. - A tych
wcale nie oszczędzasz, Lavransie, ani też ich młodych, choć nie uczyły
się prawa ani wiary chrześcijańskiej jak ci zbrodniarze, którym tak
dobrze życzysz.
- Przychylny im nie jestem, lecz im źle nie życzę - rzekł Lavrans i uśmiechnął się. - Ale chodźcie teraz, zahaczymy, co też przygotowała dla
nas Ragnfrida. - Wziął Krystynę za rękę i poprowadził z sobą. Pochylił
się nad nią i szepnął cicho: - Myślałem o twoich trzech braciszkach,
Krystynko.
Zajrzeli do chaty strażniczej; było w niej duszno i cuchnęło zgnilizną.
Krystynie pozwolono chwilę się rozejrzeć, były tam tylko ławy z ziemi
wzdłuż ścian, palenisko w środku, poza tym beczki z dziegciem, parę
smolnych szczap i wiązek kory brzozowej. Lavrans osądził, że lepiej
będzie jeść na dworze; trochę niżej znaleźli na brzozowym zboczu piękną,
zieloną łączkę.
Zdjęli ciężary z jucznego zwierzęcia i rozłożyli się na trawie. Okazało
się, że Ragnfrida dała im na drogę wiele dobrego jadła; był tam smaczny
chleb i delikatne placki, masło i ser, słonina i suszone na powietrzu
mięso renów, tłusty gotowany mostek krowi, dwie wielkie łagwie z niemieckim piwem i mała baryłka miodu. Prędko też zabrano się do
krajania i dzielenia mięsa; tymczasem Halfdan, najstarszy z ludzi
Lavransa, rozpalał ognisko - bardziej swojsko było w lesie przy ogniu.
Isrida i Arne znosili zioła i karłowate brzózki i rzucali w ogień.
Trzeszczało, gdy żar pochłaniał świeżą zieleń gałęzi, a małe, białe,
spalone płatki wirowały nad czerwoną grzywą płomienia. Tłusty, ciemny
dym przesłaniał jasne niebo. Krystyna siedziała i patrzyła w płomienie;
zdawało jej się, że ogień się weseli, iż jest tutaj wolny i rozigrany.
To zupełnie co innego niż warować w domu na palenisku, trudzić się
gotowaniem i oświetlać izbę.
Siedziała oparta ramieniem o kolano ojca; dawał jej najlepsze kąski i namawiał, aby piła piwo i miód.
- Będzie tak oszołomiona, że nie zejdzie w dół na halę - rzekł Halfdan
ze śmiechem, lecz Lavrans przesunął ręką po jej krągłej twarzyczce.
- Jest nas dość, by ją znieść na dół, a piwo dobrze jej zrobi. Ty też
pij, Arne - wy oboje rośniecie jeszcze, wam dary Boże na pożytek wyjdą,
nie na szkodę. Ten trunek daje słodką, czerwoną krew, nie lubi
szaleństwa i nierozsądku.
Także ludzie Lavransa pili dużo i chętnie, Isrida również nie gardziła
trunkiem, wkrótce ich głosy oraz trzeszczenie i szum ognia brzmiały w uszach Krystyny jak odległy hałas, powoli zaczynała jej ciążyć głowa.
Słyszała jeszcze, jak wypytywali Lavransa i nakłaniali go, by opowiadał,
jakie to dziwy widział podczas swych łowów. Ale niewiele chciał mówić, i to dawało jej uczucie bezpieczeństwa i spokoju; była przy tym bardzo
syta.
Ojciec trzymał w ręku bochen miękkiego jęczmiennego chleba; odrywał z niego i kształtował w palcach małe kawałki, aż przybierały postać koni,
odrzynał kęski mięsa i sadzał je na chlebowych konikach, po czym
przesuwał je po swoich udach wprost do ust Krystyny. Ale wkrótce była
tak zmęczona, że nie mogła ani otworzyć ust, ani żuć; przewróciła się na
ziemię i zasnęła.
Gdy się obudziła, leżała w gorącu i ciemności na ramieniu ojca, otulona
razem z nim jego płaszczem. Krystyna usiadła, otarła pot z twarzy i zdjęła czepek, by na powietrzu osuszyć zwilgłe włosy.
Musiało być już późno, gdyż światło słońca było żółte, a cienie
wydłużyły się i padały w kierunku południowego wschodu.
Wiatr ustał zupełnie, tylko muchy i komary bzykały i brzęczały nad
gromadą śpiących ludzi. Krystyna siedziała cichutko jak mysz, drapała
pokłute przez komary ręce i rozglądała się wkoło. Skalny szczyt nad nimi
połyskiwał w palącym słońcu białym mchem i żółtawym porostem, a stos
wiatrołomów wznosił się ku niebu niby szkielet dziwacznego zwierzęcia.
Powoli ogarnął ją lęk - tak dziwnie było patrzeć na tych wszystkich
ludzi uśpionych w jasny dzień. Gdy w domu budziła się nocą, leżała w ciepłym i bezpiecznym łożu, mając po jednej stronie matkę, po drugiej
kawał płótna rozciągnięty na belkach ściany. Wiedziała wówczas, że
dymnik i drzwi są zamknięte przed nocą i niepogodą i że głosy, jakie
wydawali śpiący, pochodzą od ludzi leżących w bezpieczeństwie i cieple
między skórami i poduszkami. Ale te powykrzywiane ciała, leżące na
zboczu koło małej, biało-czarnej garści popiołu, wyglądały jak martwe;
niektóre leżały na brzuchach, inne na plecach podciągnąwszy kolana, a głosy, jakie wydawały, przerażały Krystynę. Ojciec chrapał ciężko, ale
gdy Halfdan oddychał, świstało coś i jęczało w jego nosie. Arne leżał na
boku z twarzą ukrytą w ramieniu, jego błyszczące, jasnokasztanowe włosy
rozrzucone były na wrzosach. Leżał tak cicho, że Krystyna zaniepokoiła
się, czy nie umarł. Pochyliła się nad nim i dotknęła go - wówczas we
śnie obrócił się nieco.
Krystyna pomyślała, że może przespała już dzień i noc i obudziła się
następnego dnia; zlękła się tak okropnie, że zaczęła potrząsać ojcem, on
jednak spał i chrapał dalej. Krystynie także ciążyła głowa, ale bała się
znowu zasnąć. Podpełzła więc do ognia i gałęzią rozgarnęła popiół; tliło
się jeszcze trochę. Przyciągnęła do siebie zioła i gałązki i kładła je
na ogień, nie śmiała jednak wyjść poza krąg śpiących ludzi, by szukać
większych gałęzi.
Nagle tuż obok zagrzmiała i zadudniła ziemia. Serce Krystyny przestało
bić i zimny pot oblał ją z przerażenia. Potem ujrzała między krzewami
wielkie czerwone cielsko i Guldsvein łamiąc karłowate brzózki stanął
niedaleko patrząc na nią jasnymi, przejrzystymi oczami. Radośnie
podskoczyła i pobiegła w stronę rumaka. Był tu także kasztanek Arnego
oraz juczny koń. Poczuła się bezpieczna i pewna, poklepała wszystkie
trzy po lędźwiach, Guldsvein pochylił łeb tak, że mogła pogłaskać go po
pysku i pociągnąć za białożółtą grzywę, on zaś obwąchiwał jej ręce.
Konie pasąc się schodziły zboczem w dół i Krystyna poszła z nimi, ufna,
że żadne niebezpieczeństwo nie grozi jej w pobliżu Guldsveina; kiedyś
pokonał on już niedźwiedzia. Jagody rosły tu gęsto, a Krystyna była
spragniona i czuła niesmak w ustach; na piwo nie miała ochoty, ale
słodkie, soczyste jagody były dobre jak wino. Nieco dalej na piargach
ujrzała również maliny, chwyciła więc Guldsveina za grzywę i poprosiła
go pięknie, aby z nią tam poszedł; ogier cierpliwie szedł za
dziewczynką. A kiedy schodziła coraz dalej zboczem, szedł za jej głosem.
Dwa inne konie podążały za Guldsveinem.
Gdzieś w pobliżu usłyszała bulgot i szmer potoku, poszła więc za tym
dźwiękiem, aż znalazła wodę. Położyła się na wielkiej kamiennej płycie i obmyła sobie pokłute przez komary ręce i twarz. Pod kamieniem stała woda
czarna, nieruchoma i cicha, gdyż z drugiej strony tuż za kilku małymi
brzózkami i wierzbami wznosiła się stroma krzesanica. Woda tworzyła w tym miejscu doskonałe zwierciadło i Krystyna nachyliła się ku niej, bo
chciała zobaczyć, czy to prawda, co mówiła Isrida o jej podobieństwie do
ojca.
Uśmiechnęła się i nachyliła tak blisko, że jej włosy zetknęły się z włosami okalającymi wielkooką, dziecinną twarzyczkę, którą ujrzała w potoku.
Wkoło rosło mnóstwo delikatnego, różowego kwiecia, zwanego baldrianem;
tutaj, nad górskim potokiem, było ono dużo piękniejsze i czerwieńsze niż
w dole nad rzeką. Krystyna rwała kwiaty i wiązała je źdźbłami trawy, aż
uwiła piękny różowy, gruby wianek. Włożyła go na głowę i pobiegła z powrotem do wodnego zwierciadła, by zobaczyć, jak będzie wyglądała
teraz, przystrojona niby dorosła dziewczyna idąca na tańce.
Pochyliła się nad wodą i ujrzała swe własne ciemne oblicze wynurzające
się z dna i coraz wyraźniejsze, im bardziej się ku niemu zbliżała. Wtem
ujrzała w wodnym zwierciadle jakiegoś człowieka stojącego po drugiej
stronie między brzozami i nachylającego się ku niej. Szybko wyprostowała
się i klęcząc spojrzała w tę stronę... Zrazu zdawało się jej, że to tylko
skała i drzewa gęsto skupione u stóp urwiska. Nagle zauważyła jednak
twarz wyglądającą spoza liści... Tam, po drugiej stronie, stała jakaś
kobieta o białej twarzy i wijących się, jasnych jak len włosach; jej
wielkie, jasnoszare oczy i rozszerzone bladoróżowe nozdrza przypominały
Guldsveina. Była ubrana w coś liściastego i połyskliwego, a gałęzie i konary zasłaniały ją aż po pełną pierś, obwieszoną gęsto łańcuchami i klamrami.
Osłupiała Krystyna wpatrzyła się w zjawę. Kobieta podniosła rękę i pokazała jej wieniec ze złotych kwiatków; dawała nim znaki.
Poza sobą usłyszała Krystyna głośne, przerażone rżenie. Spojrzała w tył.
Ogier stanął dęba, zarżał przeraźliwie, odwrócił się i począł sadzić
zboczem w górę, aż ziemia huczała. Oba konie pognały za nim przez
usypisko staczając z łoskotem kamienie, depcząc i łamiąc korzenie i gałęzie.
Wtedy Krystyna krzyknęła głośno: - Ojcze, ojcze! - Pobiegła za końmi nie
śmiąc spojrzeć za siebie, pięła się po piargach w górę, deptała po kraju
swej sukni, osuwała się w dół, znowu pięła się w górę pomagając sobie
skrwawionymi rękami, czołgała się na zranionych, potłuczonych kolanach,
krzyczała i wołała głośno ojca i Guldsveina. Pot wystąpił jej na czoło,
zalewał oczy, a serce biło młotem w piersi. Łkanie przerażenia ściskało
krtań.
- Ojcze, ojcze!
Posłyszała gdzieś w górze nad sobą jego głos. Ujrzała, jak wielkimi
susami zbiegał w dół po jasnym, zalanym słońcem usypisku; karłowate
brzózki i osiki stały cicho na zboczu i listki ich drżały srebrnym
lśnieniem, ale ojciec biegł szybko i wołał ją po imieniu, i Krystyna
upadła czując, że jest uratowana.
- Maryjo Najświętsza! - Lavrans przyklęknął przy córce i pociągnął ją ku
sobie. Był blady i miał dziwny rys koło ust, który jeszcze bardziej
przestraszył Krystynę, jak gdyby teraz dopiero, widząc twarz ojca,
pojęła, w jak wielkim była niebezpieczeństwie.
- Dziecko, dziecko - wziął jej pokrwawione ręce, oglądał je, ujrzał
wieniec na jej głowie i dotknął go. - Co to jest, skąd się tu wzięłaś,
Krystynko?
- Szłam za Guldsveinem - łkała tuląc się do niego. - Zlękłam się, boście
wszyscy spali, ale przyszedł Guldsvein. A potem stał ktoś nad rzeką i dawał mi znaki.
- Kto taki... czy mężczyzna?
- Nie, jakaś kobieta... Skinęła wiankiem ze złota... Myślę, ojcze, że to
była karlica.
- Jezu Chryste! - szepnął Lavrans i przeżegnał znakiem krzyża córkę i siebie.
Pomógł jej piąć się pod górę, aż doszli do trawiastego zbocza. Tu wziął
ją na ręce i niósł. Zawisła mu na szyi i płakała głośno, chociaż ją
uspokajał.
Wkrótce spotkali pozostałych. Isrida załamała ręce posłyszawszy, co
zaszło.
- Tak, to na pewno była rusałka - chciała tę piękną dziewczynkę zwabić
do wnętrza gór.
- Milcz! - rozkazał szorstko Lavrans. - Nie powinniśmy byli w lesie tak
mówić: nie wiadomo, kto tu może pod kamieniem siedzieć i słyszeć każde
słowo.
Wyciągnął spod koszuli złoty łańcuch z krzyżem zawierającym relikwie,
powiesił go na szyi Krystyny i wsunął pod suknię na gołe ciało.
- Niech mi się nikt nie waży pary z gęby puścić - powiedział. -
Ragnfrida nie powinna się nigdy dowiedzieć, w jak wielkim
niebezpieczeństwie było dziecko.
Schwytali konie, które rozbiegły się po lesie, i szybko zeszli na
polanę, gdzie pasły się pozostałe. Potem dosiedli ich i pojechali na
halę. Droga nie była daleka.
Gdy tam przybyli, słońce już zachodziło. Bydło znajdowało się w zagrodzie, a Tordis i pasterze zajęci byli udojem. W chacie nawarzono
kaszy dla Lavransa i jego ludzi, mieszkańcy hali bowiem widzieli ich w ciągu dnia przy chacie strażnika i oczekiwali przybyszów.
Krystyna dopiero tutaj się uspokoiła. Siedziała na kolanach ojca i jedną
łyżką jedli kaszę ze śmietaną.
Lavrans chciał udać się nazajutrz nad jezioro leżące głębiej w górach.
Hodował tam w kilku szałasach byki. Krystyna miała mu towarzyszyć, lecz
teraz zdecydował, że pozostanie na hali.
- Musicie dobrze baczyć, Isrido, i ty, Tordis, aby drzwi i dymnik były
szczelnie zamknięte aż do naszego powrotu, zarówno przez wzgląd na
Krystynę, jak i na nie ochrzczone dziecko w kołysce.
Tordis ze strachu stała się tak bojaźliwa, że nie chciała pozostać nadal
z maleństwem na hali, poza tym od czasu, gdy je powiła, nie była jeszcze
w kościele; najchętniej zeszłaby na stałe w dolinę. Lavrans rozumiał ją.
Zaraz na drugi dzień może zejść z nimi, powiedział, a na jej miejsce
pośle starszą wdowę służącą na Jörund.
Tordis podesłała pod owcze skóry na ławie słodką, świeżą trawę;
pachniała ona mocno i mile i Krystyna zasypiała już prawie, gdy ojciec
odmawiał nad nią Ojcze nasz i Ave Maria.
- No, dużo wody upłynie, zanim cię znowu wezmę w góry - rzekł Lavrans
klepiąc ją z lekka po policzku.
Krystyna wytrzeźwiała nagle i spytała:
- Ale jesienią pojadę z tobą na południe, ojcze, jak mi obiecałeś?
- To się jeszcze zobaczy - rzekł Lavrans i za chwilę Krystyna zasnęła
słodkim snem między owczymi skórami.
2
Każdego roku Lavrans syn Björgulfa zwykł był jeździć na południe, by
rozejrzeć się na swym dworze w Folio. Te podróże ojca odgradzały w pamięci Krystyny poszczególne lata od siebie; długie tygodnie jego
nieobecności w domu, wielka radość, kiedy wracał z pięknymi podarunkami:
zagranicznymi materiałami, przeznaczonymi do jej wyprawowej skrzyni,
figami, rodzynkami, piernikami z Oslo. Zawsze miał jej wówczas tyle do
opowiadania.
Ale tego roku Krystyna zauważyła, że z podróżą ojca łączy się coś
niezwykłego. Podróż ta odwlekała się coraz bardziej; przyjeżdżali starcy
z dworu Lopt i siedzieli z rodzicami Krystyny pochyleni nad stołem,
mówili o dziedziczeniu i prawie spadkowym, o prawie odkupu i trudnościach związanych z zarządzaniem posiadłością z tak daleka, o siedzibie biskupiej i dworze królewskim w Oslo, które odciągały siły
robocze okolicznym dworom. Nie mieli zupełnie czasu bawić się z dziewczynką i odsyłali ją do kuchni, między dziewki. Wuj jej, Trond syn
Wara z Sundbu, przyjeżdżał częściej niż zazwyczaj; nigdy się jednak z Krystyną nie bawił ani nie żartował.
Powoli zaczęła pojmować, o co chodziło. Ojciec od czasu, gdy
przeprowadzili się do Sil, starał się skupić wiele ziemi w swych rękach.
Teraz zaś rycerz Andrzej syn Godmunda poddał mu myśl zamiany dworu
Formo, dziedzictwa swej matki, na dwór Skog. Panu Andrzejowi, odkąd
należał do świty królewskiej i rzadko przebywał w dolinie, wygodniej
byłoby mieszkać w Skog. Lavrans niechętnie rozstałby się ze swoim
dziedzictwem - dwór Skog otrzymał jego ród jako dar królewski - lecz
zamiana była dla niego z wielu względów korzystna. Ale Skog nabyłby
chętnie także brat Lavransa, Aasmund syn Björgulfa, który mieszkał
obecnie w Hadelandii, gdzie przez ożenek został właścicielem dworu. Nie
było więc pewne, czy Aasmund zrzeknie się praw przysługujących mu z tytułu dziedzictwa.
Jednak pewnego dnia Lavrans powiedział Ragnfridzie, że tego roku weźmie
z sobą na Skog Krystynę; niechże zobaczy dwór, na którym się urodziła i który był domem jej przodków, zanim przejdzie on w obce ręce. Ragnfrida
uważała to życzenie za zrozumiałe, chociaż obawiała się posłać małe
dziecko w tak daleką drogę, a sama nie mogła mu towarzyszyć.
Po ukazaniu się rusałki Krystyna stała się zrazu taka lękliwa, że
najchętniej przebywała w domu z matką; bała się nawet tych ludzi, którzy
wtedy byli z nią w górach i wiedzieli, co się jej przydarzyło. Rada
była, że ojciec zakazał wspominać o zjawie.
Ale gdy minął pewien czas, poczuła ochotę mówienia o tym. W duchu
opowiadała komuś - sama nie wiedziała, komu, a dziwne było, że im więcej
czasu upływało od owego dnia, tym lepiej zdawała się przypominać sobie
wszystko i tym wyraźniejsze stawało się wspomnienie jasnowłosnej
kobiety.
Ale najosobliwsze było to, że ilekroć myślała o karlicy, zawsze tęskniła
bardzo za podróżą do Skog i obawiała się coraz bardziej, że ojciec nie
weźmie jej z sobą.
Wreszcie, przebudziwszy się pewnego dnia, ujrzała starą Gunhildę i matkę, siedzące na progu i przeglądające wiewiórcze skórki Lavransa.
Gunhilda była wdową, wędrowała po dworach i szyła futrzane podbicia pod
szuby i inną odzież. Krystyna domyśliła się z ich rozmowy, że ma dostać
nowe okrycie, podbite wiewiórkami, a ozdobione kunami. Zrozumiała wtedy,
że ma jechać z ojcem, podskoczyła w łożu i krzyczała z radości.
Matka podeszła do niej i pogłaskała ją po twarzy:
- Bardzo się z tego cieszysz, moja córko, że tak daleko ode mnie
odjeżdżasz?
To samo powiedziała Ragnfrida owego dnia, gdy mieli wyjeżdżać z dworu.
Wstali bardzo wcześnie. Kiedy Krystyna wyjrzała przez drzwi, na dworze
było jeszcze ciemno i gęsta mgła leżała między domami. Wokół świateł i przed otwartymi drzwiami domostw falował szary dym. Ludzie uwijali się
między stajniami i stodołami, z kuchni wybiegały kobiety z dymiącymi
misami, pełnymi kaszy, oraz nieckami z gotowanym mięsiwem i słoniną.
Jadący mieli dobrze i obficie podjeść sobie przed wyjazdem.
W domu otwierano skórzane toboły z podróżnym dobytkiem i wkładano
zapomniane rzeczy. Ragnfrida przypominała mężowi o wszystkim, co miał
dla niej podczas podróży załatwić; mówiła o krewnych i znajomych, którzy
mieszkali po drodze; tego miał pozdrowić, o tamtego znów nie zapomnieć
spytać.
Krystyna wybiegała i wbiegała do domu, wszystkich we dworze żegnała
wiele razy i nie mogła znaleźć spokoju.
- Tak bardzo się cieszysz, Krystynko, że tak daleko i na tak długo ode
mnie odjeżdżasz? - zapytała matka.
Krystynie zrobiło się nieswojo i ciężko, wolałaby, żeby matka tego nie
powiedziała. Ale odrzekła, jak umiała najlepiej:
- Nie, droga matko, lecz cieszę się, że wolno mi towarzyszyć ojcu.
- Tak, tak, widzę, że się cieszysz - rzekła Ragnfrida z westchnieniem.
Ucałowała dziewczynkę i poprawiła jeszcze coś przy jej sukni.
Wreszcie siedzieli w siodłach - cały orszak podróżny. Krystyna jechała
na Morwinie, który przedtem był wierzchowcem ojca; było to zwierzę
stare, mądre i pewne. Ragnfrida podała jeszcze mężowi w srebrnym kubku
strzemienne, położyła rękę na kolanie córki i prosiła ją, by pamiętała o wszystkim, co mieli załatwić.
O szarym brzasku wyjechali z dworu. Biała jak mleko mgła unosiła się nad
doliną. Po pewnym czasie stała się przejrzysta i promienie słońca
zaczęły ją przebijać. Jaśniały w białym oparze ociekające rosą, zielone
potrawem łąki, płowe ścierniska, żółte drzewa i czerwone, błyszczące
grona jarzębin. Niebiesko lśniły stoki gór ponad mglistymi oparami,
potem mgła przerzedziła się i strzępy jej błąkały się między wzgórzami,
a orszak jechał doliną w najwspanialszym słońcu - Krystyna z ojcem na
czele.
Do Hamaru przybyli w deszczowy, ponury wieczór. Krystyna siedziała w siodle przed ojcem. Była tak zmęczona, że wszystko zacierało się jej
przed oczyma - jezioro, które jaśniało blado po prawej stronie, i ciemne
drzewa, strząsające na nią wielkie krople, i mroczne grupy domostw,
stojące wzdłuż drogi na bezbarwnych, mokrych łąkach.
Przestała już liczyć dnie; zdawało się jej, że wieczność całą bawi w podróży. Jadąc przez dolinę odwiedzali krewnych i przyjaciół; przebywała
razem z innymi dziećmi na wielkich dworach, bawiła się w obcych domach,
stodołach i na dziedzińcach, i nieraz miała na sobie czerwoną sukienkę z jedwabnymi rękawami. Przy pięknej pogodzie odpoczywali w dzień opodal
drogi. Arne zbierał dla niej laskowe orzechy, a po jedzeniu wolno jej
było spać na skórzanych łubach z odzieżą. W jednym z dworów były w jej
łożu jedwabiem obciągnięte poduszki, innej nocy spali w gospodzie i tam
w jednym z łóżek leżała kobieta; jęcząca i płacząca żałośnie, ilekroć
się Krystyna budziła. Każdą noc jednak spędzała spokojnie za szerokimi,
ciepłymi plecami ojca.
Krystyna obudziła się nagle. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale
dziwny, dźwięczny i dudniący hałas, który posłyszała we śnie, trwał
dalej. Leżała w łóżku, w izbie płonął ogień na palenisku.
Zawołała na ojca; Lavrans podniósł się od ognia i zbliżył ku niej, za
nim jakaś tęga kobieta.
- Gdzie jesteśmy? - spytała, a Lavrans roześmiał się:
- Jesteśmy teraz w Hamarze, to zaś jest Małgorzata, żona szewca
Farteina. Przywitaj się z nią pięknie, ponieważ wczoraj spałaś, gdyśmy
przyjechali. Małgorzata pomoże ci teraz przy ubieraniu.
- Czy to już rano? - rzekła Krystyna. - Myślałam, że to dopiero wieczór.
Ach, lepiej ty mi pomóż - prosiła, a Lavrans oświadczył surowo, aby
raczej podziękowała Małgorzacie za jej pomoc. - Popatrz, co ci chce
podarować.
Była to para czerwonych trzewiczków z jedwabnymi sznurowadłami. Kobieta
uśmiechnęła się widząc uradowaną twarz Krystyny i w łóżku jeszcze
naciągnęła jej koszulę i pończochy, by nie musiała boso zejść na
glinianą polepę.
- Co tu tak dźwięczy? - spytała Krystyna. - Jakby dzwon kościelny albo
kilka dzwonów?
- To nasze dzwony - śmiała się Małgorzata. - Czyś nie słyszała nigdy o naszej wielkiej katedrze w mieście? Zaraz do niej pójdziesz. Tam dzwoni
wielki dzwon. Prócz tego dzwonią jeszcze dzwony w klasztorze i w kościele Świętego Krzyża.
Małgorzata posmarowała jej chleb grubo masłem i wlała miodu do mleka,
żeby było bardziej pożywne, gdyż niewiele czasu pozostawało najedzenie.
Na dworze było jeszcze ciemno i chwycił mróz. Lodowata mgła cięła twarz.
Ślady wydeptane przez ludzi, konie i bydło w ulicznym błocie były twarde
jak lane żelazo. Krystynę bolały nogi w cienkich nowych trzewiczkach; w jakiejś koleinie rozdeptała lód i nogi jej przemokły i zmarzły, Lavrans
wziął ją więc na plecy i niósł.
Natężała w ciemności oczy, lecz miasta prawie nie widziała; rozpoznawała
tylko czerniejące w mrocznej szarości szczyty dachów i drzewa. Potem
przyszli na niewielką, lśniącą od szronu łąkę, po drugiej jej stronie
ujrzała jasnoszary budynek, ogromny jak góra. Wokoło stały wielkie
kamienne domy i w różnych miejscach błyszczało światło otworów w murze.
Dzwony, które zamilkły na chwilę, poczęły znowu dzwonić i dźwięk ich był
tak potężny, że mrowie przebiegło jej po plecach.
Gdy weszli do przedsionka kościoła, zdawało się Krystynie, że wchodzą w głąb góry; wionął ku nim mrok i chłód. Minęli jakieś drzwi i teraz
uderzył w nich stary, zimny zapach kadzideł i woskowych świec. Krystyna
znalazła się w ponurym i ogromnie wysokim pomieszczeniu. W ciemności nie
widziała sklepienia ani ścian, ale w oddali płonęły świece na ołtarzu.
Tam stał ksiądz, a echo jego głosu niby szept i westchnienie błąkało się
w przestrzeni. Ojciec przeżegnał siebie i dziecko święconą wodą, po czym
poszli naprzód; ale chociaż stąpał ostrożnie, ostrogi jego głośno
dźwięczały na kamiennej posadzce. Szli wzdłuż olbrzymich kolumn, między
którymi gubił się wzrok w czarnych jak węgiel czeluściach.
Na przodzie, niedaleko ołtarza, ojciec uklęknął i Krystyna przyklękła
obok niego. Powoli zaczęła coś rozróżniać w ciemności - migotało od
złota i srebra na ołtarzach między kolumnami, a na ołtarzu przed nimi
biły blaskiem świece, tkwiące w pozłacanych świecznikach, i promienie
szły od świętych naczyń i wspaniałego, wielkiego obrazu w głębi.
Krystyna znowu pomyślała o górze - tak chyba musiało wyglądać wnętrze
góry, tyle wspaniałości, tylko jeszcze więcej światła. Zobaczyła znów
twarz karlicy... Ale zaraz podniosła oczy i ujrzała na ścianie, ponad
obrazem, samego Chrystusa, wielkiego i surowego, rozpiętego wysoko na
krzyżu. Strwożyła się: Chrystus nie wyglądał łagodnie i smutno jak w ich
wiejskim, z ciemnych belek zbudowanym kościółku, gdzie z przebitymi
rękami i nogami ciężko zawisnął na ramionach i pochylał zalaną krwią
głowę pod cierniową koroną. Tutaj stał na cokole z sztywno wyciągniętymi
ramionami i podniesioną głową, włosy Jego, okryte złotą koroną,
błyszczały jak miedź, a twarz była wyniosła i surowa.
Usiłowała podążyć za słowami kapłana, który śpiewał i modlił się, lecz
mówił niewyraźnie i spiesznie. W domu była przyzwyczajona odróżniać
każde słowo modlitwy; sira Eirik miał najwyraźniejszy w świecie głos i wytłumaczył jej, co znaczą święte słowa po norwesku, by łatwiej mogła
skierować w kościele swe myśli ku Bogu.
Tutaj nie potrafiła tego, gdyż co chwila odkrywała w ciemności coś
nowego. Wysoko w ścianach były okna, przez które z wolna zaczynało się
sączyć coraz jaśniejsze światło dnia. W pobliżu niej wznosiło się jakieś
dziwne rusztowanie, jakby szubienica z belek, w tyle leżały jasne bloki
kamienia, stały koryta i narzędzia; posłyszała, że ludzie wchodzą i wychodzą, i coś szepcą między sobą. Potem jednak wzrok jej padł znowu na
surowego Chrystusa na ścianie i usiłowała skupić myśli. Od lodowatego
zimna kamiennej posadzki skostniały jej nogi, a kolana bardzo ją bolały.
W końcu była tak zmęczona, że wszystko dokoła niej poczęło wirować.
Wreszcie ojciec podniósł się; nabożeństwo było skończone. Podszedł
kapłan i przywitał się z Lavransem. Podczas gdy rozmawiali, Krystyna
usiadła na stopniu, widziała bowiem, że chłopak z chóru też usiadł. On
ziewnął, wówczas i ona ziewnęła. Gdy spostrzegł, że Krystyna patrzy na
niego, przycisnął język do policzka i wywrócił oczy. Potem wyciągnął
spod kubraka jakiś woreczek i strojąc do niej miny wypróżnił jego
zawartość na stopień. Były tam haczyki do wędek, bryłki ołowiu, skórzane
rzemienie i parę kostek do gry. Krystyna była zdumiona.
Ojciec i ksiądz spojrzeli na dzieci. Ksiądz roześmiał się i kazał
chłopakowi wracać do szkoły. Lavrans zmarszczył czoło i wziął Krystynę
za rękę.
Przewędrowali cały kościół i w końcu weszli do przedsionka. Stamtąd
prowadziły kamienne schody na wieżę zachodnią. Zmęczona Krystyna
zataczała się na stopniach; ksiądz otworzył drzwi pięknej kaplicy, a ojciec kazał, by usiadła na schodach i czekała, aż on się wyspowiada,
potem miała wejść i ucałować relikwiarz świętego Tomasza.
W tej chwili wyszedł z kaplicy stary mnich w płowobrązowym habicie.
Zatrzymał się, uśmiechnął do dziecka i wyciągnąwszy z niszy w murze
kilka worków i kawałków zgrzebnego płótna rozpostarł je na stopniu.
- Usiądź na tym, nie będziesz tak marzła - rzekł i zszedł boso na dół.
Krystyna spała, gdy pan Martein, jak zwał się ów ksiądz, wyszedł i dotknął jej ramienia. Z kościoła słychać było wspaniały śpiew, a we
wnętrzu kaplicy płonęły na ołtarzu świece. Ksiądz wprowadził ją do
środka i dał znak, by uklękła obok ojca, po czym zdjął mały złoty
relikwiarz stojący nad ołtarzem. Szepnął do niej, że wewnątrz mieści się
kawałek krwawej szaty świętego Tomasza z Canterbury12, i pokazał jej postać świętego; Krystyna przycisnęła wargi do jego stóp.
Gdy zeszli na dół, cudowne tony płynęły przez kościół; pan Martein
objaśniał, że organista i chłopcy szkolni tutaj uczą się grać i śpiewać.
Nie mieli jednak czasu słuchać, gdyż ojciec był bardzo głodny: pościł
przed spowiedzią. Teraz mieli iść na posiłek do gospody katedralnej.
Ranne słońce złociło strome brzegi po drugiej stronie jeziora Mjós, a pożółkłe drzewa liściaste stały niby złocisty pył pośród granatowych
borów. Małe, białe, tańczące grzywy piany wieńczyły fale jeziora. Dął
świeży, zimny wiatr i pstre liście wirowały po oszronionej ziemi.
Spomiędzy biskupiego dworu i domu braci krzyżowych wyłonił się orszak
jezdnych. Lavrans ustąpił na bok i skłonił się z ręką na piersi,
kapeluszem prawie dotykając ziemi. Krystyna domyśliła się, że panem w futrzanej szubie musi być sam biskup, i pokłoniła się aż do ziemi.
Biskup zatrzymał konia i oddał ukłon, po czym skinął na Lavransa i chwilę z nim rozmawiał. Lavrans wróciwszy wkrótce do księdza i dziewczynki rzekł:
- Jestem proszony do dworu biskupiego na posiłek. Jak myślicie, panie
Marteinie, czy mógłby ktoś ze służby opactwa odprowadzić dziecko do domu
Farteina i powiedzieć tam moim ludziom, by Halfdan czekał tu na mnie z Guldsveinem podczas nieszporów?
Ksiądz odparł, że to się da zrobić. Wówczas wystąpił bosonogi mnich,
który rozmawiał z Krystyną na schodach wieży, i pokłonił się:
- U nas w gospodzie jest człowiek, który i tak ma coś do załatwienia u szewca, on więc będzie mógł spełnić twoje polecenie, Lavransie synu
Björgulfa. Twoja córka zaś może mu towarzyszyć albo też zostać w klasztorze aż do twego powrotu. Postaram się, aby dostała tam coś do
jedzenia.
Lavrans podziękował i dodał:
- Przykro mi, bracie Edwinie, że będziecie musieli zająć się dzieckiem.
- Brat Edwin zaprasza do siebie wszystkie dzieci, które tylko mu się
nawiną pod rękę - powiedział pan Martein i roześmiał się. - W ten sposób
ma przynajmniej do kogo wygłaszać kazania.
- Pewno, przecież nie ośmieliłbym się kazać przed wami, uczonymi panami
z Hamaru - rzekł mnich z uśmiechem i bez urazy. - Już ja widocznie tylko
do tego się nadaję, by wygłaszać kazania przed dziećmi i chłopami, ale
przecież nie można młócącemu wołowi zawiązywać pyska.
Krystyna spojrzała prosząco na ojca; nic nie było jej milsze niż iść z bratem Edwinem. Lavrans podziękował i gdy tylko odszedł z księdzem za
świtą biskupa, Krystyna ujęła mnicha za rękę i oboje skierowali się ku
klasztorowi, złożonemu z grupy drewnianych zabudowań i jasnego
kamiennego kościoła tuż nad wodą.
Brat Edwin ściskał nieco jej rękę, a gdy patrzyli na siebie, uśmiechali
się oboje. Mnich był wysoki i chudy, lecz bardzo pochylony; głowa jego
przypominała dziecku głowę starego żurawia: mała, o wąskiej, błyszczącej
łysej czaszce nad krzaczastym, białym wieńcem włosów osadzona była na
długiej, cienkiej i pofałdowanej szyi. Nos także miał wielki i ostry jak
dziób. Ale było coś jeszcze w jego podłużnej, wąskiej i pomarszczonej
twarzy, co czyniło dziewczynkę spokojną i wesołą, ilekroć na niego
spojrzała. Stare, wyblakłe, niebieskie oczy były czerwono obrzeżone, a powieki brązowe i cienkie; tysiące fałd szły od nich promieniście,
zwiędłe policzki z czerwoną siecią żyłek były poorane zmarszczkami,
ciągnącymi się do małych ust o wąskich wargach, ale zdawało się, że brat
Edwin stał się taki pomarszczony od ustawicznego uśmiechania się do
ludzi. Krystyna pomyślała, że nie zna nikogo, kto by wyglądał tak
przyjaźnie i wesoło; było tak, jak gdyby nosił w sobie utajoną promienną
radość, o której Krystyna się dowie, gdy tylko mnich zacznie mówić. Szli
wzdłuż sadu, kilka owoców żółtych i czerwonych wisiało jeszcze na
drzewach. Dwóch braci dominikanów w czarno-białych habitach zgarniało w ogrodzie zwiędłą nać bobu.
Klasztor wyglądał jak chłopski dwór, a gospoda, do której mnich
zaprowadził Krystynę, przypominała ubogą izbę chłopską, tylko że stało w niej kilka łóżek. W jednym z nich leżał stary człowiek, przy ogniu zaś
siedziała kobieta i przewijała niemowlę; obok niej stało dwoje starszych
dzieci, chłopiec i dziewczynka.
Oboje, zarówno mężczyzna jak kobieta, uskarżali się, że nie dostali
dotąd śniadania:
- Nic nam nie przynoszą do jedzenia, możemy tu głodować, a ty, bracie
Edwinie, uganiasz po mieście.
- Nie gniewaj się, Steinulfie - rzekł mnich. - Chodź tu i pokłoń się,
Krystynko. Patrz, ta mała, ładna dziewczynka zostanie dziś tutaj i będzie z nami jadła.
Opowiedział Krystynie, że Steinulf wracając z jakiegoś spotkania
zachorował i zezwolono mu leżeć w gospodzie klasztoru zamiast w szpitalu, ponieważ tam mieszka jakaś jego krewna, taka zła, że nie mógł
z nią wytrzymać.
- Już ja miarkuję, że macie dość trzymania mnie tutaj - mówił chłop. -
Gdy stąd odejdziesz, bracie Edwinie, nie będzie nikogo, kto by miał czas
mną się zająć, i na pewno oddadzą mnie znów do szpitala.
- Zanim skończę moją pracę w kościele, będziesz dawno zdrów - rzekł brat
Edwin. - Wtedy twój syn przyjedzie i zabierze cię. - Wziął z ognia
kociołek z ciepłą wodą i kazał Krystynie trzymać go, a sam umył
Steinulfa. Staremu zaraz poprawił się humor, a wnet potem przyszedł
jakiś mnich przynosząc im jadło i picie.
Brat Edwin odmówił modlitwę przed jedzeniem i usiadł w rogu łoża
Steinulfa, by mu pomóc; Krystyna zaś przysiadła się do kobiety i karmiła
jej chłopca, był bowiem taki maleńki, że nie mógł dosięgnąć misy z piwem
i rozlewał trunek, ilekroć zanurzył w nim łyżkę. Kobieta była z Hadelandii, przybyła tutaj z mężem i dziećmi w odwiedziny do brata,
który był zakonnikiem w klasztorze. Ale wędrował właśnie po okolicznych
gminach, utyskiwała więc bardzo, że musi tu teraz siedzieć i tracić
czas.
Brat Edwin dobrotliwie uspokajał kobietę; nie powinna mówić, że traci
czas w biskupim Hamarze, gdzie są wspaniałe kościoły i gdzie mnisi i księża odprawiają msze i śpiewają tam cały dzień, każdy o swej porze - a miasto jest takie piękne, piękniejsze jeszcze niż Oslo; a choć trochę
mniejsze, to jednak tutaj każdy ma swój dom i ogród.
- Szkoda, żeś tego nie widziała; gdym tu przybył na wiosnę, całe miasto
było białe od kwiecia. A gdy potem zakwitły jeszcze jabłonie...
- Cóż mi z tego? - odburknęła kobieta. - Coś mi się widzi, że więcej tu
świątobliwości niż świętości.
Mnich śmiał się i potrząsał głową. Pogrzebał w słomie swego łóżka i wydobył stamtąd wielki worek z jabłkami i gruszkami, które rozdał
dzieciom. Krystyna nigdy nie jadła tak wybornych owoców. Przy każdym
kęsie sok spływał jej kątami ust.
Potem jednak brat Edwin musiał udać się do kościoła i zabrał z sobą
Krystynę. Przeszli podwórze klasztorne i przez małe boczne drzwi dostali
się do prezbiterium.
W kościele jeszcze budowano i w miejscu, gdzie schodziły się nawa
podłużna i poprzeczna, stało rusztowanie. Biskup Ingjald kazał odnowić i upiększyć prezbiterium - opowiadał brat Edwin - jest bardzo bogaty i całego bogactwa używa na zdobienie kościołów w mieście. Jest on
znakomitym biskupem i dobrym człowiekiem. Bracia dominikanie w klasztorze św. Olafa są też poczciwymi ludźmi, prowadzą czysty tryb
życia, są uczciwi i pokorni; jest to ubogi klasztor, ale brata Edwina
przyjęto w nim gościnnie i pozwolono mu zbierać datki w diecezji
hamarskiej, chociaż należy do konwentu franciszkanów w Oslo.
- A teraz chodź ze mną - powiedział i poprowadził Krystynę pod
rusztowanie, sam zaś wszedł na drabinę i poprawił parę dyli. Potem znowu
zszedł na dół, by pomóc dziecku wejść.
Nad sobą ujrzała Krystyna na szarym kamiennym murze dziwne, migające
plamy świetlne, czerwone jak krew i żółte jak piwo, niebieskie, brązowe
i zielone. Chciała się obejrzeć, ale mnich szepnął: - Nie spozieraj za
siebie. - Gdy jednak stanęli już wysoko na rusztowaniu, ostrożnie ją
odwrócił i Krystyna ujrzała zjawisko tak cudne, że aż jej dech zaparło.
Prawie naprzeciw niej, na południowej ścianie nawy głównej, znajdował
się obraz tak błyszczący, jakby zrobiony był z cennych klejnotów. Pstre
plamy świetlne na ścianie pochodziły właśnie od promieni płynących z obrazu; ona sama i mnich stali wśród tego blasku. Ręce jej były
czerwone, jakby unurzane w winie, twarz mnicha złocista, a od jego
ciemnej szaty odbijały ciemno barwy obrazu. Spojrzała na niego, jakby o coś pytała, ale on tylko skinął głową i uśmiechnął się.
Wyglądało to tak, jak gdyby zaglądało się z bardzo daleka do nieba. Poza
kratą z czarnych linii poznała powoli samego Pana Jezusa w drogocennym,
czerwonym okryciu, Pannę Maryję w błękitnej niby niebo szacie, świętych
mężów i dziewice w promiennych, żółtych, zielonych i fioletowych
sukniach. Stali pod łukami i kolumnami jaśniejących domów, a konary i gałęzie wieńczyły cały obraz dziwnym, jasno zarysowanym listowiem.
Mnich pociągnął ją nieco dalej na brzeg rusztowania.
- Stań tutaj - szepnął - wówczas blask z płaszcza samego Chrystusa
padnie na ciebie.
Z kościelnej nawy płynął ku nim słaby zapach kadzidła i zimnych kamieni.
Tam, w dole, było mroczno, ale promienie słońca przenikały przez szereg
otworów w południowej ścianie nawy głównej. Krystyna zaczęła pojmować,
że niebiański obraz jest czymś w rodzaju okna, gdyż wypełniał właśnie
taki otwór. Inne otwory były puste lub też zamknięte rogowymi szybami w drewnianej oprawie. Nadleciał ptaszek, usiadł w jednym z otworów,
poćwierkał trochę i odleciał, a z zewnątrz od strony prezbiterium
dobiegał odgłos uderzeń metalu o kamień. Poza tym było zupełnie cicho,
tylko wiatr podmuchiwał, wzdychał między ścianami kościoła i znów się
uspokajał.
- Tak, tak - rzekł brat Edwin i westchnął. - Takich rzeczy nie umieją
robić u nas w kraju, wprawdzie w Nidaros też malują na szkle, ale to nie
to samo. Daleko w południowych krajach, Krystyno, w wielkich katedrach
mają obrazy na szkle tak ogromne jak bramy tego kościoła.
Krystynie przyszły na myśl obrazy w ich wiejskim kościółku. Był tam
ołtarz św. Olafa i św. Tomasza z Canterbury, z wizerunkiem nad mensą i na relikwiarzu, ale te obrazy wydały jej się teraz mdłe i bez blasku.
Zeszli po drabinie i weszli do prezbiterium. Mensa była pusta i naga, na
kamiennej płycie stały małe naczyńka i miseczki z metalu, drzewa i gliny, wokoło leżały rozrzucone dziwaczne małe noże i kawałki żelaza,
pióra i pędzle. Brat Edwin objaśnił, że są to jego narzędzia; zajmuje
się on malowaniem obrazów i rzeźbieniem cyboriów, także owe piękne
obrazy stojące w stallach są jego dziełem. Mają one zdobić skrzydła
ołtarza w kościele braci dominikanów.
Krystyna przyglądała się, jak mieszał i rozcierał barwne proszki w małych kamionkowych miseczkach, i pomagała mu ustawiać obrazy na
sztalugach pod ścianą. Gdy brat Edwin idąc od jednego obrazu do drugiego
nakładał delikatne, czerwone linie na jasne włosy świętych mężów i dziewic, a włosy ich stawały się kręte i faliste, Krystyna szła tuż za
nim, a mnich objaśniał, co malował.
Na jednym obrazie siedział Chrystus na złotym krześle, a święty Mikołaj
i święty Klemens stali obok pod jednym dachem. Po bokach zaś było
przedstawione życie świętego Mikołaja. Z jednej strony siedział jako
niemowlę na kolanach matki i odwracał się od podawanej mu piersi, gdyż
już w kołysce był tak świątobliwy, że w piątki nie chciał ssać mleka
więcej niż raz. Obok był obraz pokazujący, jak podkładał woreczek z pieniędzmi pod drzwi domu, gdzie mieszkały trzy dziewice tak biedne, że
nie mogły dostać mężów. Widziała, jak uzdrowił dziecko rzymskiego
rycerza i jak rycerz odpłynął w łodzi trzymając w ręku kielich z fałszywego złota. Za uzdrowienie dziecka ślubował świętemu Mikołajowi
złoty kielich, który już od tysiąca lat był własnością jego rodziny. Ale
teraz chciał oszukać świętego i dać mu zamiast prawdziwego kielicha
fałszywy. Dlatego to chłopiec z prawdziwym kielichem w ręku wpadł w morze. Lecz święty Mikołaj przeprowadził chłopca pod wodą bez żadnej
szkody i wyniósł na brzeg właśnie w chwili, kiedy ojciec w kościele
świętego składał jako ofiarę fałszywy kielich; wszystko to było na tym
obrazie wymalowane złotem i najbarwniejszymi kolorami.
Na drugim obrazie siedziała Matka Boska z Dzieciątkiem na kolanach,
jedną ręką dotykało Dziecko podbródka Matki, w drugiej trzymało jabłko.
Przy Nich stały święta Sunniva i święta Krystyna. Kołysały się
wdzięcznie w biodrach, twarze ich były ślicznie białe i różowe, włosy
miały złote i złote na nich korony.
Brat Edwin podparł prawy napięstek lewą ręką i wmalował im w korony
liście i róże.
- Zdaje mi się, że ten smok jest za mały - rzekła Krystyna spoglądając
na obraz świętej imienniczki - nie wydaje mi się, aby mógł pożreć
dziewicę.
- Tego, zaprawdę, nie mógłby uczynić - odparł brat Edwin. - Wcale nie
był duży. Smoki i wszystko, co służy diabłu, tak długo jest wielkie,
póki w nas samych gnieździ się strach. Lecz gdy człowiek całą mocą i zapałem szuka Boga, tak że przeniknięty zostaje Boską siłą, wówczas
kurczy się siła diabła, a jego narzędzia stają się małe i bezsilne;
smoki i złe duchy maleją i nie są potężniejsze niż małe koboldy, koty
albo wrony. Widzisz przecie, że cała góra, w której przebywała Sunniva,
jest taka mała, że święta mogłaby ją unieść w pole swej szaty.
- Jak to, czy święta Sunniva i jej orszak nie mieszkały we wnętrzu góry,
w jaskiniach? - spytała Krystyna. - Czy to nieprawda?
Mnich pokiwał głową i znowu się uśmiechnął:
- To jest i nie jest prawda, Krystyno. Tak zdawało się tym ludziom,
którzy znaleźli święte szczątki. I prawdą jest, że tak zdawało się
świętej Sunnivie i świętym mężom, gdyż byli oni pokorni i myśleli tylko
o tym, iż pokusy świata silniejsze są niżeli grzeszni ludzie, przez myśl
zaś im nie przeszło, że oni są silniejsi, bo nie są z ziemią związani.
Gdyby to wiedzieli, mogliby unieść wszystkie góry świata i jak małe
kamienie powrzucać w morze. Nikt i nic nie może nam szkodzić, dziecko,
prócz tego, czego się boimy i co kochamy.
- Ale jeśli człowiek nie boi się ani nie kocha Boga? - spytała
przerażona Krystyna.
Mnich położył rękę na jej złotych włosach, łagodnie odchylił główkę i spojrzał jej w twarz. Oczy miał szeroko otwarte i niebieskie.
- Nie ma człowieka, Krystyno, który by nie kochał i nie bał się Boga,
ale dlatego że serca nasze są podzielone między miłość Boga a strach
diabła i miłość świata oraz ciała, stajemy się nędzni w życiu i śmierci.
Gdyby bowiem człowiek nie czuł tęsknoty za Bogiem i obcowaniem z Nim,
wtedy czułby się dobrze i w piekle, a tylko my nie moglibyśmy pojąć, iż
znalazł tam to, czego serce jego pragnęło. Aniby go ogień nie parzył,
gdyż nie tęskniłby za ochłodą, aniby nie czuł wężowych ukąszeń, gdyż
obca by mu była tęsknota za ukojeniem.
Krystyna spojrzała w jego twarz; nie rozumiała nic z tego, co mówił.
Brat Edwin ciągnął dalej:
- Bóg w swym miłosierdziu widział, jak rozdarte są nasze serca, i zstąpił ku nam, i zamieszkał między nami, by samemu poczuć w żywym ciele
pokusę diabła, kiedy ten wabi nas potęgą i świetnością, i groźbami
świata, w rzeczywistości jednak daje nam razy, szyderstwo i rany od
gwoździ na rękach i nogach. Tak więc wskazał nam drogę i objawił swoją
miłość.
Spojrzał na zastygłą w powadze twarz dziewczynki, roześmiał się i mówił
dalej innym zupełnie głosem:
- A wiesz, kto pierwszy się dowiedział, że Bóg się nam urodził? Kogut.
Ujrzał on gwiazdę, a że wtedy wszystkie zwierzęta znały łacinę, zawołał:
"Christus natus est!".
Ostatnie słowa zapiał zupełnie jak kogut, tak że Krystyna roześmiała się
w głos. I dobrze było móc się tak śmiać, gdyż uprzednio cała ta dziwna
mowa brata Edwina ciążyła jej swoją uroczystością.
Mnich śmiał się również.
- Tak jest. Gdy zaś to wół posłyszał, począł ryczeć: "Ubi, ubi, ubi?"
Koza zaś zabeczała i rzekła: "Betleem, Betleem, Betleem". A owca poczuła
taką tęsknotę, by ujrzeć naszą Bogarodzicę i Jej Syna, że zaraz
zabeczała: "Eamus, eamus!" Zaś nowo narodzone cielątko, leżące na
podściółce, podniosło się i stanęło na własnych nogach. "Volo, volo,
volo" - powiedziało.
Pewnie jeszcze nigdy o tym nie słyszałaś? Naturalnie, nie dziwię się
temu. Wiem, że dzielnym i uczonym księdzem jest ów sira Eirik, którego
tam macie u siebie, ale tego pewnie on sam nie wie, tego uczą tylko w Paryżu.
- A wy byliście w Paryżu? - spytała Krystyna.
- Bóg niech cię błogosławi, Krystynko, byłem w Paryżu i dużo wędrowałem
po świecie, i wiedz, że diabła się boję, ale świat kocham i pożądam go
jak głupiec. Lecz z całej mocy trzymam się krzyża - człek musi się go
uczepić oburącz jak kociak deski w wodzie.
A ty, Krystyno, co powiedziałabyś na to, by ofiarować te twoje piękne
włosy i służyć Najświętszej Pannie jak te oblubienice, które tu
wyrysowałem?
- Nie ma innych dzieci u nas w domu - odrzekła Krystyna. - Pewnie więc
wydadzą mnie za mąż. Matka ma już przygotowane skrzynie i wory z moją
wyprawą.
- Tak, tak - mówił brat Edwin głaszcząc ją po czole. - Tak teraz ludzie
robią ze swymi dziećmi. Naszemu Panu Bogu poświęcają córki, które kuleją
lub niedowidzą, są brzydkie i ułomne, albo też oddają Mu te dzieci,
których dał im za dużo według ich mniemania. A potem dziwią się, że nie
sami święci młodzieńcy i dziewice mieszkają w klasztorach.
Brat Edwin wziął ją z sobą do zakrystii i pokazał jej ułożone na półce
księgi klasztorne, były w nich cudowne obrazki. Lecz gdy wszedł jeden z mnichów, brat Edwin rzekł, że szuka tylko oślego łba, by go odrysować.
Potem sam nad sobą pokiwał głową:
- Widziałaś moją obawę, Krystyno, ale oni tu w klasztorze tak strasznie
się lękają o swe księgi. Gdybym miał prawdziwą wiarę i prawdziwą miłość,
nie stałbym tak tutaj i nie okłamywał brata Aasulfa. Tak, wtedy mógłbym
wziąć te oto skórzane rękawice i powiesić je na promieniu słonecznym.
Poszła z mnichem znowu do gospody i dostała coś do jedzenia, poza tym
przesiedziała dzień cały w kościele, przypatrywała się jego pracy i gawędziła z nim. I dopiero gdy przyszedł Lavrans, przypomnieli sobie o wiadomości, którą mieli przesłać do szewca.
Te dni w Hamarze zapamiętała Krystyna lepiej aniżeli wszystko inne, co
się jej przytrafiło w długiej podróży. Wprawdzie Oslo było miastem
większym od Hamaru, ale ponieważ już widziała jedno miasto handlowe,
Oslo nie wydało się jej niczym osobliwym. Na Skog nie podobało się jej
tak jak na Jörund, choć zabudowania były piękniejsze; rada była, że nie
musi tam mieszkać. Dwór leżał na wzgórzu, w dole był fiord Botn, szary i smutny, z czarnymi lasami na przeciwległym brzegu, a poza domami niebo
schodziło w dół aż ku wierzchołkom drzew. Nie było tu wysokich szczytów
górskich, które by tak jak w domu unosiły nad człowiekiem niebo, czyniły
je bliskim i tak ograniczały widok, że świat nie był ani za duży, ani za
mały.
W podróży powrotnej było zimno; rozpoczęli ją na krótko przed adwentem,
ale gdy ujechali kawałek w górę doliny, spadł już śnieg. Musieli zatem
wypożyczyć sanie i jechać nimi znaczną część drogi.
Ze sprzedażą dworu zaś rzecz się tak ułożyła, że Lavrans przekazał dwór
Skog swemu bratu Aasmundowi z prawem odkupu dla siebie i swoich
potomków.
3
Na wiosnę po powrocie Krystyny z podróży powiła Ragnfrida córeczkę.
Oboje rodzice bardzo życzyli sobie syna, ale wnet się pocieszyli i pokochali tkliwie małą Ulvhildę. Było to dziecko piękne i zdrowe, miłe,
wesołe i ciche. Ragnfrida tak bardzo kochała tę córeczkę, że jeszcze w drugim roku sama ją karmiła i za radą siry Eirika nie przestrzegała z przesadną skrupulatnością postów i praktyk religijnych, dopóki dawała
pierś dziecku. Dzięki temu, a także wskutek wielkiej radości, jaką miała
z Ulvhildy, rozkwitła tak, iż nigdy przez wszystkie lata ich małżeństwa
nie widział jej Lavrans tak wesołej, ładnej i przystępnej.
Krystyna także czuła, że wielkie szczęście spadło na nich dzięki tej
małej, delikatnej siostrzyczce. Wprawdzie nigdy do tej pory nie myślała
o tym, że życie na ich dworze płynęło tak cicho wskutek ponurego
usposobienia matki. Sądziła, że tak być musi, iż matka ją karci i upomina, ojciec zaś bawi się z nią i żartuje. Teraz matka była dla niej
o wiele łagodniejsza, pieściła ją też częściej, dlatego Krystyna prawie
nie zauważyła, że matka mniej ma czasu, by się nią zająć. Podobnie jak
wszyscy kochała Ulvhildę i cieszyła się, gdy pozwolono jej nosić albo
kołysać dziecko; potem zaś, gdy Ulvhilda zaczęła chodzić na czworakach i mówić, a Krystyna mogła się z nią bawić, było jeszcze weselej.
Tak przeszły trzy dobre lata na Jörund. I w innych sprawach mieli
szczęście. Lavrans dobudował i ulepszył niejedno na dworze, gdy tu
bowiem przybyli, budynki i stajnie były małe i stare. Gjeslingowie przez
okres kilku pokoleń puszczali dwór w dzierżawę.
Potem, w trzy lata po urodzeniu się Ulvhildy, około białej niedzieli
bawili u nich w gościnie Trond syn Ivara ze swą żoną Gudridą i trzema
małymi synkami. Pewnego ranka dorośli siedzieli na ganku i rozmawiali,
dzieci zaś bawiły się na dziedzińcu. Lavrans rozpoczął budowę nowego
domu i dzieci wspinały się po leżących belkach. Jeden z chłopców uderzył
Ulvhildę, która się rozpłakała. Trond zszedł na dół, złajał syna, a Ulvhildę wziął na ręce. Była ona najpiękniejszym i najbardziej uroczym
dzieckiem na świecie i wuj kochał ją bardzo, choć na ogół nie lubił
dzieci.
W tej chwili od strony obory nadszedł pachołek ciągnący za sobą na
postronku wielkiego czarnego byka. Dzikie i niesforne zwierzę wyrwało mu
się z rąk. Trond uskoczył na stos belek, większe dzieci pognał przed
sobą, Ulvhildę trzymał na ramieniu, a drugą rękę podał najmłodszemu
synowi. Nagle jedna z belek wyśliznęła mu się spod nóg. Upuścił
Ulvhildę, belka zaś osunęła się za dzieckiem i zatrzymała na jego
plecach.
Lavrans błyskawicznie skoczył na podwórze, podbiegł i chciał podnieść
belkę. Zwierzę rzuciło się na niego. Chwycił byka za rogi, ale ten
powalił go na ziemię. Wówczas Lavrans złapał bestię za nozdrza, wstał i trzymał z całych sił, aż Trond się opamiętał, a ludzie, którzy tymczasem
nadbiegli, ujęli byka.
Ragnfrida klęcząc usiłowała podnieść belkę; Lavrans mógł ją uchylić na
tyle, że matce udało się wyciągnąć dziecko i wziąć na kolana. Małe
stworzenie jęczało przeraźliwie, gdy je dotknięto, matka łkała głośno:
- Żyje, Bogu niech będą dzięki, żyje!
Było cudem, że dziecko nie zostało całkiem zmiażdżone; belka upadła tak,
że jeden jej koniec zatrzymał się na kamieniu w trawie. Gdy Lavrans
znowu się podniósł, krew sączyła mu się z kątów ust, a suknie były
rozdarte na piersi rogami byka.
Nadbiegła Tordis ze skórą w ręku i wraz z Ragnfrida ostrożnie ułożyła
dziecko; widoczne było, że odczuwa ono za najlżejszym dotknięciem
nieznośne bóle. Matka i Tordis zaniosły dziewczynkę do zimowej izby.
Krystyna, blada i struchlała, stała na stosie belek. Mali chłopcy z płaczem przygarnęli się do niej. Wszyscy dworscy wybiegli teraz na
dziedziniec, kobiety płakały i zawodziły. Lavrans kazał natychmiast
osiodłać Guldsveina i jeszcze jednego konia, ale gdy Arne przyprowadził
mu wierzchowca, którego miał dosiąść, zatoczył się i upadł. Polecił więc
Arnemu, by sprowadził księdza, Halfdan zaś miał jechać do pewnej
znachorki mieszkającej nad rzeką. Krystyna widziała bladą z boleści
twarz ojca, widziała, że krwawił, a jego szata cała była pokryta
rudawymi plamami. Nagle wyprostował się, wyrwał topór jednemu z ludzi,
podszedł do byka, którego wciąż jeszcze trzymano, rąbnął zwierzę toporem
między rogi tak, że upadło na kolana, ale Lavrans rąbał dalej, aż
trysnęła krew i mózg. Potem złapał go atak kaszlu i upadł na wznak.
Trond i jeszcze jeden człowiek wnieśli go do domu.
Krystyna myślała, że ojciec umarł, krzyknęła przeraźliwie i pobiegła za
nimi.
Wewnątrz, w zimowej izbie, ułożono Ulvhildę na łożu rodziców: wszystkie
poduszki wyrzucono na podłogę, by dziecko mogło leżeć zupełnie płasko.
Wyglądało, jak gdyby już leżało na marach. Ale jęczało głośno i bezustannie, a matka pochylona nad nim uspokajała je i głaskała szalejąc
z żalu, że nie może pomóc.
Lavrans leżał na drugim łożu. Teraz wstał, by pocieszyć żonę, i zatoczył
się po izbie. Ale ona zerwała się i krzyknęła:
- Nie dotykaj mnie, nie dotykaj mnie! Jezu, Jezu, warta jestem, byś mnie
zabił na miejscu - nie ma końca nieszczęściom, które ja ci przynoszę...
- Czyżeś ty... Przecież nie jesteś temu winna - rzekł Lavrans i położył
jej rękę na ramieniu. Wzdrygnęła się pod tym dotknięciem, jej jasnoszare
oczy płonęły w chudej, ogorzałej twarzy.
- Ona myśli z pewnością, żem ja winien - rzekł szorstko Trond syn Ivara.
Siostra spojrzała nań z nienawiścią i odparła:
- Trond wie, co mam na myśli.
Krystyna podbiegła do rodziców, lecz oboje odepchnęli ją od siebie,
Tordis zaś, która nadeszła z kociołkiem gorącej wody, dotknęła lekko jej
pleców i powiedziała:
- Idź do naszej izby, Krystyno, tutaj tylko zawadzasz.
Chciała opatrzyć Lavransa siedzącego na stopniu łoża, lecz rzekł, że to
niepotrzebne.
- Ale czy nie moglibyście ulżyć nieco bólom Ulvhildy? Niechaj nam Bóg
pomoże, przecież ona jęczy, że głaz by się wzruszył.
- Nie śmiemy jej tknąć, zanim nadejdzie ksiądz albo znachorka Ingegjerda
- rzekła Tordis.
W tej chwili wbiegł Arne i doniósł, że siry Eirika nie zastał w domu.
Ragnfrida stała i łamała ręce.
- Wypraw posłańca po panią Aashildę, na Haugen - rzekła. - Niech już
będzie, co chce, byleby ratować Ulvhildę.
Nikt nie zwracał uwagi na Krystynę. Usadowiła się na ławie, stojącej u wezgłowia łoża, podciągnęła kolana i oparła na nich głowę.
Miała wrażenie, że jakieś twarde dłonie ściskają jej serce. Posyłano po
panią Aashildę! Matka nigdy nie wzywała pani Aashildy, nawet wówczas,
gdy przy urodzeniu Ulvhildy była bliska śmierci, nawet wówczas, kiedy to
Krystyna zapadła na ciężką chorobę. - "To czarownica" - mówili ludzie.
Biskup w Oslo i kapituła odprawiali sąd nad nią, zasądziliby ją albo
spalili, gdyby nie to, że pochodziła z wysokiego rodu, podobno była
nawet siostrą samej królowej Ingebjörgi. Ludzie mówili, że otruła swego
pierwszego męża, a pana Björna, którego teraz miała, zaczarowała; jest
tak młody, że mógłby być jej synem. Miała dzieci, ale te nie troszczyły
się nigdy o matkę; i tych dwoje ludzi ze szlachetnego rodu, Aashilda i Björn, żyło po stracie całego majątku w małym dworze w Dovre, do którego
prowadzenia wystarczyłby jeden człowiek. Nikt ze znacznych rodów w dolinie nie zadawał się z nimi, ale ludzie potajemnie szukali u nich
rady, ba, biedniejsi otwarcie szli do Aashildy ze swymi troskami i kłopotami; mówili, że jest życzliwa, ale bali się jej.
Krystyna uważała, że matka, która ciągle się modli, powinna raczej
wezwać na pomoc Boga i Matkę Boską. Sama próbowała się modlić -
zwłaszcza do świętego Olafa, wiedziała bowiem, że jest dobry i pomógł
już wielu ludziom w chorobie albo na rany, albo i na złamanie nogi. Ale
nie mogła zebrać myśli.
Rodzice zostali sami w izbie. Lavrans położył się znowu do łoża,
Ragnfrida siedziała pochylona nad chorym dzieckiem, od czasu do czasu
ocierała mu czoło i ręce wilgotną chustką i zwilżała winem wargi.
Minął długi czas. Tordis zaglądała parokrotnie do izby chcąc pomóc, lecz
Ragnfrida odsyłała ją za każdym razem. Krystyna płakała bezgłośnie i modliła się w duchu, ale ciągle myślała o czarownicy i w napięciu
oczekiwała jej pojawienia się.
Nagle w ciszy zabrzmiały słowa Ragnfridy:
- Czy śpisz, Lavransie?
- Nie - odrzekł mąż. - Czuwam nad Ulvhildą. Bóg pomoże swemu niewinnemu
jagnięciu, żono, o tym nie wolno nam wątpić. Ale czas upływa powoli, gdy
się tak leży i tylko czeka.
- Bóg nienawidzi mnie - rzekła zrozpaczona Ragnfrida - za moje grzechy.
Wierzę w to, że dzieciom moim dobrze się wiedzie tam, gdzie są, a teraz
przyszła też godzina Ulvhildy. Lecz mnie Bóg odtrącił, gdyż serce moje
jest wężowiskiem grzechu i nędzy.
Nagle ktoś otworzył drzwi. Wszedł sira Eirik, wyprostował wyniosłą
postać i pozdrowił ich jasnym, głębokim głosem: - Bóg niechaj będzie z wami w tym domu.
Postawił szkatułkę z lekami na stopniu łoża, podszedł do ognia i ciepłą
wodą polał sobie ręce. Potem wyciągnął z fałdów szaty krzyż i przeżegnał
nim wszystkie cztery kąty izby, mrucząc coś po łacinie. Po czym otworzył
dymnik, by wpuścić światło do izby, podszedł do łoża i obejrzał
Ulvhildę.
Krystyna strwożyła się, że mógłby ją znaleźć i wypędzić - mało co
uchodziło oczom siry Eirika. Ale nie dostrzegł jej. Wyjął ze szkatułki
flaszeczkę, ulał troszkę płynu na płatek delikatnej wełny i położył go
na ustach i nosie Ulvhildy.
- Zaraz będzie mniej cierpieć - rzekł. Podszedł do Lavransa i zbadał go
każąc sobie opowiedzieć, w jaki sposób wydarzyło się nieszczęście.
Lavrans miał dwa żebra złamane i uszkodzone płuco, ksiądz sądził jednak,
że zranienie nie jest niebezpieczne.
- Ale Ulvhilda? - spytał stroskany ojciec.
- Powiem ci, gdy będę mógł ją obejrzeć - odrzekł ksiądz. - Musisz teraz
położyć się w izbie spichrza, aby ci, którzy ją pielęgnują, mieli więcej
spokoju. - Zarzucił sobie ramię Lavransa na szyję, podniósł go i wyniósł
z izby. Krystyna najchętniej wyszłaby za ojcem, ale nie śmiała się
ruszyć.
Wróciwszy sira Eirik nie odezwał się do Ragnfridy, tylko rozciął
sukienkę Ulvhildy, która teraz ciszej jęczała i wyglądała na pogrążoną w lekkim śnie. Ostrożnie badał ciało i kończyny dziecka.
- Czy tak źle z moim dzieckiem, Eiriku, że nie masz żadnej rady i nic
nie mówisz? - spytała ściszonym głosem Ragnfrida.
Ksiądz odparł cicho:
- Wygląda, jak gdyby miała całe plecy ciężko okaleczone, Ragnfrido. Nie
znam tu lepszej rady, jak pozostawić wszystko Bogu i świętemu Olafowi,
ja niewiele mogę tu zrobić.
Matka rzekła porywczo:
- Módlmy się zatem. Wiesz dobrze, że Lavrans i ja damy wszystko, o co
poprosisz. Nie będziemy niczego żałować, jeśli potrafisz wymóc u Boga,
by Ulvhilda pozostała przy życiu.
- To byłby cud, gdyby wyżyła i wróciła zupełnie do zdrowia.
- A czyż ty nie o cudach prawisz cały dzień? Czy myślisz, że na moim
dziecku nie mógłby się ziścić cud? - rzekła jak poprzednio.
- To prawda - odparł kapłan - cuda się dzieją, ale Bóg nie wszystkich
ludzi wysłuchuje; nie znamy Jego świętych postanowień. A czy nie wydaje
ci się gorszym złem, by ta piękna dzieweczka żyła dalej jako ułomna lub
kaleka?
Ragnfrida zaprzeczyła ruchem głowy i zawołała stłumionym głosem:
- Straciłam już tyle dzieci, księże, nie mogę jeszcze tego stracić!
- Zrobię, co będę mógł - odrzekł - i będę się modlić z wszystkich sił.
Lecz ty, Ragnfrido, musisz spróbować wziąć na siebie krzyż, który ci Bóg
nałożył.
Matka jęknęła:
- Żadnego z dzieci tak nie kochałam - jeśli i ono zostanie mi zabrane,
serce mi pęknie.
- Niech cię Bóg wspiera, Ragnfrido córko Ivara - rzekł sira Eirik i potrząsnął głową. - Modlitwą i postami zamierzasz wymóc, co chcesz, na
Bogu; czy dziwisz się tedy, że one ci nic nie pomogły?
Ragnfrida z przekorą popatrzyła na księdza i powiedziała:
- Posłałam po panią Aashildę.
- Tak, ty ją znasz, ja nie - rzekł ksiądz.
- Nie mogę żyć bez Ulvhildy - mówiła Ragnfrida z zawziętością. - Jeśli
Bóg mi nie chce pomóc, poszukam rady u pani Aashildy albo samemu diabłu
się zaprzedam!
Zdawało się, że kapłan chce jej ostro odpowiedzieć, potem jednak
powściągnął się. Schylił się i dotknął kończyn maleństwa.
- Ma zimne nóżki i rączki - rzekł. - Musimy włożyć do łoża parę kamionek
z ciepłą wodą, a potem nie dotykajcie jej więcej, póki nie przybędzie
pani Aashilda.
Krystyna usunęła się cicho na ławę i udawała, że śpi. Serce jej biło z trwogi, niewiele rozumiała z rozmowy matki z sirą Eirikiem, ale
przeraziła się okropnie i pojęła, że rozmowa ta nie była przeznaczona
dla jej uszu.
Matka podniosła się, by przynieść kamionki, łkanie nią wstrząsało:
- Módl się za nas, siro Eiriku... mimo wszystko.
Po chwili wróciła z Tordis. Ksiądz wraz z kobietami zakrzątnął się koło
Ulvhildy, przy czym znaleziono Krystynę i kazano jej wyjść.
Gdy stanęła na dziedzińcu, oślepiło ją światło. Dopóki siedziała w wielkiej izbie zimowej, zdawało się jej, że większa część dnia już
minęła, tymczasem domy były jasnoszare, a trawa lśniła niby jedwab w białym słońcu południa. Za złocistą siatką olszyny połyskiwała rzeka,
jej jednostajny, rześki szmer napełniał powietrze. Tutaj bowiem, koło
Jörund, płynęła wartko płaskim korytem, pełnym wielkich kamieni. Ściany
gór wznosiły się w błękitnym oparze, a potoki wezbrane topniejącym
śniegiem spadały w dolinę. Słodka, mocna wiosna wyciskała jej z oczu łzy
żalu nad bezradnością, którą czuła wokół siebie.
Na dziedzińcu nie było żywej duszy, ale w izbie czeladnej słyszała głosy
ludzi. Miejsce, w którym ojciec zabił byka, posypane było świeżą ziemią.
Nie wiedziała, co z sobą począć, wsunęła się więc poza ścianę nowej
budowy, wysokiej dopiero na kilka belek. Tutaj leżały zabawki jej i Ulvhildy; zniosła je wszystkie do otworu między najniższą belką a podmurowaniem. W ostatnich czasach Ulvhilda chciała mieć wszystkie
zabawki siostry i nieraz Krystyna gniewała się z tego powodu. Pomyślała,
że gdy siostrzyczka wyzdrowieje, da jej wszystko, co posiada. Ta myśl
nieco ją pocieszyła.
Przypomniała sobie mnicha w Hamarze; on był pewny, że cud może się stać
z każdym człowiekiem. Ale sira Eirik nie wierzył w to tak mocno, a rodzice także nie wierzyli, ona zaś przywykła największą wagę
przypisywać ich zdaniu. Jakiś straszliwy ucisk spadł na nią, gdy po raz
pierwszy przeczuła, że ludzie o tylu rzeczach mogą myśleć inaczej - i to
nie tylko źli bezbożnicy z jednej, a dobrzy z drugiej strony, ale
również ludzie dobrzy, jak brat Edwin i sira Eirik, matka i ojciec;
poczuła nagle, że i oni o wielu rzeczach myślą inaczej.
Późnym wieczorem Tordis znalazła Krystynę śpiącą w jakimś kącie i zabrała ją do siebie; dziecko od rana nic nie jadło. Tordis czuwała w nocy razem z Ragnfridą przy Ulvhildzie, Krystyna zaś spała z Jonem,
mężem Tordis, i jej dwoma małymi synami, Eivindem i Ormem, w jednym
łożu. Zapach ich ciał, chrapanie mężczyzny i miarowy oddech chłopców
sprawiły, że Krystyna cichutko płakała. Jeszcze poprzedniego wieczora
ułożyła się, jak co noc, z rodzicami i małą Ulvhildą do snu... Myślała o gnieździe, które ktoś zburzył i zniszczył, ją zaś wyrzucono z zacisznego
schronu i pozbawiono opieki grzejących ją skrzydeł. I tak płaczącą
ukołysał sen, samotną i nieszczęśliwą między obcymi ludźmi.
Nazajutrz, gdy się obudziła, dowiedziała się, że wuj i jego orszak w gniewie opuścili dwór; Trond nazwał swą siostrę szaloną i obłąkaną
kobietą, a szwagra niedołęgą i głupcem, który nigdy nie umiał poskromić
żony. Krystyna poczerwieniała ze złości, ale zarazem zawstydziła się.
Pojęła, że nieprzyzwoicie było ze strony matki wyganiać z dworu swych
najbliższych krewnych. I po raz pierwszy wówczas zrodziła się w niej
myśl, że w matce jest coś takiego, czego nie powinno być, i że różni się
ona od innych kobiet.
Gdy tak stała zamyślona, podeszła do niej jedna z dziewek i poprosiła,
by udała się do ojca na poddasze. Kiedy jednak Krystyna tam weszła,
zapomniała zajrzeć do ojca, gdyż naprzeciw otwartych drzwi siedziała - z twarzą w pełnym świetle - mała kobieta. I Krystyna domyśliła się, że to
musi być czarownica, chociaż spodziewała się, że będzie ona wyglądała
inaczej.
Wydawała się drobna i mała jak dziecko, siedziała bowiem w wielkim karle
z oparciem, wniesionym dla niej na górę. Przed nią stał stół nakryty
najcieńszym, przejrzystym płótnem matki. Słonina i drób podane były na
srebrnych półmiskach, wino w dzbanie z delikatnego drzewa, postawiono
przed nią srebrny kubek ojca. Skończyła właśnie jeść i miała sobie
wytrzeć małe, wąskie ręce najlepszym ręcznikiem matki. Ragnfridą stała
przed nią i podawała jej wodę w mosiężnej misie. Pani Aashilda opuściła
ręcznik na kolana, uśmiechnęła się do dziecka i rzekła jasnym,
dźwięcznym głosem:
- Pójdź do mnie! Piękne są twoje dzieci, Ragnfrido - zwróciła się do
matki.
Twarz jej była cała pomarszczona, ale biała i różowa jak twarz dziecka;
zdawało się, że skóra w dotknięciu musi być delikatna i miękka. Usta
miała czerwone i świeże jak młoda kobieta, a jej wielkie, żółtawe oczy
gorzały blaskiem. Cienka biała chustka, spięta pod brodą złotą klamrą,
okalała jej twarz; welon z miękkiej granatowej wełny opadał jej na
ramiona i jeszcze niżej na ciemną, dobrze leżącą suknię. Była smukła jak
świeca i Krystyna raczej poczuła, aniżeli pomyślała, że nigdy dotąd nie
widziała tak pięknej i dwornej kobiety, jak ta stara czarownica, z którą
nikt z wielkich rodów w dolinie nie chciał się zadawać.
Pani Aashilda trzymała rękę Krystyny w swojej miękkiej dłoni i mówiła do
niej przyjaźnie i żartobliwie, lecz Krystyna nie mogła ani głoski z siebie wydobyć. Przeto pani Aashilda zapytała śmiejąc się cicho:
- Jak sądzicie, czy ona się mnie boi?
- Nie, nie! - krzyknęła omal Krystyna. Wtedy pani Aashilda roześmiała
się głośno i rzekła do matki:
- Mądre ma oczy ta twoja córka i dobre, silne ręce; jak widzę, nie jest
też zwyczajna próżnowania. Będziesz potrzebowała kogoś, kto pomógłby ci
pielęgnować Ulvhildę, gdy mnie tu nie będzie. Pozwól zatem Krystynie
pomagać mi, póki jestem we dworze, ma już przecież jedenaście lat.
Z tymi słowy pani Aashilda odeszła, a Krystyna chciała pójść za nią.
Lecz Lavrans zawołał ją z łoża. Położono go płasko na plecach, z poduszkami wepchniętymi pod zgięte kolana; pani Aashilda zarządziła, by
tak leżał, wówczas rana w płucach prędzej się zagoi.
- To już wkrótce zdrowi będziecie? - spytała Krystyna.
Lavrans spojrzał na nią - nigdy dotychczas nie mówiła mu Krystyna "wy".
Potem odrzekł poważnie:
- Mnie nie grozi niebezpieczeństwo; gorsza sprawa z twoją siostrą.
- Tak - westchnęła Krystyna.
Chwilę jeszcze stała przed łożem. Ojciec nie odezwał się więcej, a Krystyna nie wiedziała, co rzec. A gdy Lavrans po chwili polecił, żeby
zeszła na dół do matki i pani Aashildy, szybko wyszła i pobiegła przez
dziedziniec do izby zimowej.
4
Większą część lata spędziła pani Aashilda na Jörund, toteż na dwór
nieraz przybywali ludzie pytać ją o radę. Krystyna słyszała, jak sira
Eirik mówi o tym z oburzeniem, i zdawało jej się, że rodzicom również
jest to nie w smak. Ale starała się nie myśleć o tych sprawach, nie
zastanawiała się także nigdy nad tym, co sama sądzi o pani Aashildzie,
tylko ustawicznie była przy niej, niestrudzona w słuchaniu i przyglądaniu się jej.
Ulyhilda wciąż jeszcze leżała na wznak w wielkim łożu. Jej mała
twarzyczka była biała aż po wargi, a pod oczami wystąpiły ciemne kręgi.
Piękne, jasne, od dawna już nie myte włosy czuć było potem; stały się
one spłowiałe, gładkie, bez połysku, przypominały zwietrzałe siano.
Miała zmęczoną i cierpiącą twarzyczkę i uśmiechała się słabo i boleśnie,
kiedy Krystyna przysiadała się do niej i gawędziła z nią albo też
pokazywała jej piękne podarunki, którymi obdarzali chorą rodzice oraz
wszyscy krewni i przyjaciele z najdalszych stron. Były tam lalki, ptaki,
zwierzęta, mała szachownica, ozdoby, czepki z aksamitu i kolorowe
wstęgi. Krystyna wszystko razem spakowała do skrzyneczki, a Ulyhilda
spozierała na te wspaniałości poważnym wzrokiem i z wolna wypuszczała je
ze zmęczonych rąk.
Ale ilekroć zbliżała się ku niej pani Aashilda, twarz dziewczynki
rozjaśniała się radością. Łapczywie wypijała orzeźwiające i usypiające
napoje, które dla niej pani Aashilda przygotowywała, nie skarżyła się,
kiedy jej dotykała, i leżała szczęśliwa nasłuchując, gdy pani Aashilda
grała na harfie Lavransa i śpiewała; umiała śpiewać wiele pieśni,
których ludzie z doliny nie znali.
Nieraz, gdy Ulyhilda usnęła, Aashilda śpiewała Krystynie. Opowiadała
czasem o swojej młodości, którą spędziła na południu z królem Magnusem,
królem Eirikiem i ich małżonkami.
Pewnego razu, kiedy siedziały razem i pani Aashilda opowiadała, wyrwało
się mimo woli Krystynie:
- To dziwne, że możecie zawsze być taką wesołą, wy, coście przywykli... -
urwała i zaczerwieniła się.
Pani Aashilda popatrzyła z uśmiechem na dziecko.
- Masz pewnie na myśli, żem teraz odsunięta od tego wszystkiego? -
Zaśmiała się cicho, potem rzekła: - Przeżyłam i ja piękne czasy,
Krystyno, i nie jestem na tyle głupia, aby się skarżyć, że teraz muszę
się zadowolić rozwodnionym albo kwaśnym mlekiem, ponieważ wypiłam już
piwo i wino. Dobre dni mogą długo trwać, gdy człowiek rozważnie i ostrożnie obchodzi się z sobą i tym, co do niego należy; o tym wiedzą
wszyscy rozumni ludzie i dlatego, jak mniemam, muszą oni zadowolić się
tylko dobrymi dniami, gdyż najlepsze dni są drogie. Nazywają głupcem
tego, kto marnotrawi ojcowską spuściznę, by użyć w młodych latach. O tym
niechaj każdy sądzi wedle swego rozumu. Ja jednak tego dopiero zowie
prawdziwym głupcem i półgłówkiem, kto żałuje potem swego postępku. A dwukrotnym głupcem i osłem nad osłami jest ten, kto sądzi, że ujrzy koło
siebie towarzyszy swych biesiad, gdy już zaprzepaścił całe dziedzictwo.
- Czy Ulvhilda życzy sobie czegoś? - spytała łagodnie Ragnfridy; ta
bowiem poruszyła się niespokojnie nad łożem dziecka.
- Nie, śpi mocno - odrzekła matka i podeszła do ogniska ku Aashildzie i Krystynie. Stanęła z ręką opartą na żerdzi dymnika i popatrzyła w twarz
pani Aashildzie.
- Tego Krystyna nie rozumie - powiedziała.
- To prawda - odparła pani Aashilda - ale także modlitw uczono ją, zanim
je pojęła. Wtedy gdy potrzeba modlitwy albo rady, nie mamy już zwykle
ochoty do nauki lub zastanawiania się.
Ragnfrida ściągnęła ciemne brwi. Jej jasne, głęboko osadzone oczy
wyglądały jak jeziora leżące pod czarnym, lesistym zboczem - tak zawsze
myślała Krystyna, gdy była maleńka, a może słyszała, że ktoś tak mówił.
Pani Aashilda spozierała w jej stronę na pół uśmiechnięta. Ragnfrida
przysiadła na obrzeżeniu paleniska i gałęzią rozgarniała żar.
- Lecz ten, kto wymienił swoje dziedzictwo na najnędzniejsze rzeczy, a potem ujrzał skarb, za posiadanie którego dałby życie... Czy nie zdaje się
wam, że takiego człowieka musi dręczyć własna głupota?
- Tam, gdzie jest kupno, może być i strata, Ragnfrido - rzekła pani
Aashilda. - A ten, kto chce dać życie, musi się na to ważyć i baczyć, co
zyskać może.
Ragnfrida wyciągnęła palącą się gałąź z żaru, zdmuchnęła ogień i osłoniła ręką jarzący się koniec tak, że krwawo przeświecał między jej
palcami.
- Ach, to są słowa, słowa, i tylko słowa.
- Niewiele też jest rzeczy, Ragnfrido, wartych, by je tak drogo okupić.
By je okupić życiem.
- Są jednak - powiedziała matka gwałtownie. - Mój mąż... - szepnęła prawie
niedosłyszalnie.
- Ragnfrido - rzekła pani Aashilda stłumionym głosem. - Tak sądziła
niejedna dziewica, która pragnęła przykuć do siebie mężczyznę i dlatego
poświęcała swą dziewiczość. Ale czyż nie czytałaś o młodzieńcach i dziewicach, którzy ofiarowali Bogu wszystko, co posiadali, i szli do
klasztoru albo nago na pustynię, a potem żałowali tego? Tych zowią w świętych księgach głupimi. A chyba grzechem byłoby mniemać, że Bóg
oszukał ich, gdy tak czynili.
Ragnfrida długi czas siedziała w milczeniu. Więc pani Aashilda odezwała
się:
- Pójdź teraz, Krystyno, już czas, byśmy wyszły zbierać rosę, którą mamy
jutro obmyć Ulvhildę.
Dziedziniec wydawał się w świetle księżyca to biały, to znów czarny.
Ragnfrida poszła za nimi przez pastwisko aż do furty wiodącej do ogrodu
warzywnego. I Krystyna, strząsając rosę z wielkich, lodowatych liści
kapusty i przywrotnika do srebrnego kubka ojcowskiego, widziała, jak
matka, czarna i chuda, opiera się o furtkę.
Pani Aashilda w milczeniu szła obok Krystyny. Poszła z nią tylko
dlatego, by jej strzec, nie było bowiem bezpiecznie w taką noc puszczać
dziecka samego w pole. Ale rosa miała większą moc, gdy ją zbierała
niewinna dziewica.
Gdy powróciły do furty, matki już nie było. Krystyna trzęsła się z zimna, gdy wręczała pani Aashildzie lodowaty kubek.
Pobiegła w mokrych trzewikach ku schodom na poddasze, na którym sypiała
z ojcem. Już stawiała nogę na pierwszym stopniu, gdy z cienia ganku
wysunęła się Ragnfrida. W ręku trzymała czarę z gorącym napojem.
- Zagrzałam ci trochę piwa, córko - rzekła matka.
Krystyna radośnie podziękowała i podniosła czarkę do ust. Nagle
Ragnfrida spytała:
- Krystyno... te modlitwy i wszystko, czego cię uczy pani Aashilda... nie ma
w tym chyba grzechu albo czegoś bezbożnego?
- Nie sądzę - odparła Krystyna. - Ciągle powtarza się w nich imię
Jezusa, Najświętszej Maryi Panny i świętych.
- Czegóż to cię nauczyła? - spytała znowu matka.
- O ziołach, i jak zarzekać cieknącą krew i brodawki, i nagniotki, i chorobę oczu, i mole w sukniach, i myszy w spiżarni. I które zioła musi
się zbierać w słonecznym świetle, a które mają największą moc zebrane
podczas deszczu. Ale modlitw nie wolno mi nikomu powtórzyć, gdyż stracą
swoją moc - dodała szybko.
Matka wzięła próżną czarkę i postawiła ją na schodach. I nagle chwyciła
córkę w ramiona, przycisnęła mocno do siebie i całowała ją. Krystyna
czuła, że twarz matki jest gorąca i mokra.
- Oby cię Bóg i nasza Bogarodzica strzegli i uchowali przed wszelkim
złem! Teraz twój ojciec i ja mamy już tylko ciebie, jedyną, której nie
dotknął jeszcze nasz zły los. Droga ty moja - nie zapomnij nigdy, że
jesteś największą radością twego ojca.
Ragnfrida wróciła do zimowej izby, rozebrała się i położyła obok
Ulvhildy. Otoczyła ją ramieniem, a twarz swą przysunęła tak blisko do
twarzy dziecka, że czuła ciepło jego ciałka i ostry zapach potu
wilgotnych włosów. Ulvhilda spała głęboko i spokojnie, jak zwykle po
wieczornym trunku pani Aashildy. Pachniało oszałamiająco rozsypaną pod
prześcieradłem macierzanką. Mimo to Ragnfrida długo leżała bezsennie,
wpatrzona w małą jasną plamkę na pułapie, w miejscu gdzie zaglądał
księżyc przez rogową szybkę dymnika.
W drugim łożu leżała pani Aashilda, lecz Ragnfrida nie wiedziała nigdy,
czy ona śpi, czy też czuwa. Ani razu nie wspomniała o znajomości, jaka
łączyła je w dawnych czasach - i to napełniło Ragnfridę przerażeniem. I nigdy jeszcze nie była tak boleśnie stroskana i pełna serdecznego lęku
jak teraz, chociaż już wiedziała, że Lavrans wróci do pełni sił, a Ulvhilda będzie żyła.
Widoczne było, że pani Aashilda znajduje przyjemność w rozmowie z Krystyną i z każdym dniem, który mijał, dziecko zaprzyjaźniało się z nią
coraz bardziej.
Pewnego dnia wyjechały, by szukać ziół, i usiadły na zboczu góry, na
małej zielonej łączce pod usypiskiem. Mogły stąd widzieć dziedziniec
dworu Formo i rozpoznać czerwony kaftan Arnego syna Gyrda, który
wyjechał wraz z nimi, i gdy one szukały ziół na górze, pilnował ich
koni.
Wówczas to opowiedziała Krystyna pani Aashildzie o swym spotkaniu z karlicą. Długie lata nie pamiętała o tym wydarzeniu, ale teraz przyszło
jej ono na myśl. I gdy mówiła, stało się jej dziwnie jasne, że między
panią Aashilda a karlicą jest jakieś podobieństwo - chociaż przez cały
czas zdawała sobie dobrze sprawę, że właściwie nie są wcale podobne.
Gdy skończyła, pani Aashilda siedziała chwilę w milczeniu i patrzyła w dolinę; wreszcie powiedziała:
- Mądrze zrobiłaś, żeś uciekła, bo wówczas byłaś jeszcze maleńka. Ale
czy słyszałaś o ludziach, którzy brali złoto ofiarowane im przez karłów,
a potem zaczarowywali gnoma w kamień?
- Słyszałam takie gadki - rzekła Krystyna - ale nie ośmieliłabym się
nigdy tego uczynić. I nie wydaje mi się to piękne.
- Dobrze, gdy ktoś nie śmie zrobić tego, czego nie uważa za piękne -
rzekła pani Aashilda ze śmiechem. - Ale co innego, gdy komuś rzecz jakaś
wydaje się niepiękna, ponieważ nie ma odwagi jej uczynić. Urosłaś bardzo
tego lata - dodała niespodziewanie. - Wiesz chyba sama dobrze, że
wyrastasz na piękną dziewczynę.
- Tak - odrzekła Krystyna. - Mówią, żem podobna do ojca.
Pani Aashilda śmiała się cicho:
- Tak jest - i byłoby najlepiej dla ciebie, gdybyś ciałem i duszą wdała
się w Lavransa. Byłby to jednak grzech, gdyby cię wydano za mąż tu, w dolinie. Nie trzeba lekceważyć chłopskich zwyczajów i obyczajów, ale
tutejsi chłopi mają się za tak dzielnych, iż sądzą, że jak Norwegia
długa i szeroka nikt się z nimi równać nie może. Dziwią się zapewne
okropnie, że mogę żyć i że mi się dobrze wiedzie, chociaż zamknęli drzwi
swoje przede mną. Są leniwi i butni i nie chcą się uczyć nowych
obyczajów, dlatego wciąż jeszcze zwalają całą winę na ów dawny spór z królestwem za czasów Syerrego13. To jest kłamstwo, twój przodek
pojednał się z królem Sverrem i przyjmował dary od niego, ale gdyby twój
wuj chciał wejść do świty naszego króla, musiałby się zewnętrznie i wewnętrznie odpowiednio przygotować, a na to jest Trond za leniwy. Ale
ty, Krystyno, powinnaś być poślubiona człowiekowi, który posiada
rycerskie zwyczaje i ogładę.
Krystyna siedziała i patrzyła na czerwone plecy Arnego na dziedzińcu
Formo. Ilekroć pani Aashilda opowiadała o świecie, w którym żyła
przedtem, Krystyna wyobrażała sobie zawsze - nieświadoma zresztą tego
nawet - rycerzy i hrabiów podobnych do Arnego. Dawniej, gdy była całkiem
mała, widziała ich zawsze w postaci ojca.
- Mój siostrzeniec, Erlend syn Mikołaja na Husaby, byłby stosownym
małżonkiem dla ciebie - pięknie wyrósł ten chłopak. Siostra moja
Magnhilda odwiedziła mnie zeszłego roku, gdy przejeżdżała doliną razem z synem. Tak, tak, jego ty dostać nie możesz, ale chętnie rozpostarłabym
nad wami zasłonę w waszym ślubnym łożu... Włosy jego są tak czarne, jak
twoje są jasne, i ma cudne oczy. Ale o ile znam mojego szwagra, już on
pewnie rozejrzał się za lepszym ożenkiem dla Erlenda.
- To ja nie jestem dobrym ożenkiem? - spytała zdumiona Krystyna. Nigdy
przez myśl jej nie przeszło obrazić się o coś, co mówiła pani Aashilda,
lecz czuła się upokorzona i przygnębiona, że ta kobieta góruje czymś nad
jej rodem.
- Ależ tak, dobrym - odpowiedziała tamta. - Lecz mimo to nie wolno ci
nawet myśleć o tym, byś mogła wejść w mój ród. Twój praszczur tu, w Norwegii, był wywołańcem i pochodził z obczyzny, a Gjeslingowie
zasiedzieli się po swych dworach i zmurszeli już od tak dawna, że
wkrótce nikt poza tą doliną nie będzie o nich pamiętał. Lecz ja i moja
siostra miałyśmy za mężów siostrzeńców królowej Małgorzaty córki
Skulego14.
Krystyna nawet nie pomyślała o tym, że to nie jej przodek, lecz jego
brat przybył do Norwegii jako wywołaniec. Siedziała zapatrzona w ciemne
zbocza gór po drugiej stronie doliny i przypominała sobie ów dzień przed
laty, kiedy to była wysoko na hali i widziała, ile gór leży między jej
doliną a światem. Wtem odezwała się pani Aashilda, że muszą wracać, i kazała jej przywołać Arnego. Krystyna przyłożyła ręce do ust, pohukiwała
i dawała znaki chustką, aż spostrzegła, że czerwona plama na dziedzińcu
w dole poruszyła się i odpowiedziała.
W jakiś czas potem pani Aashilda wróciła na swój dwór, ale jesienią i z początkiem zimy przyjeżdżała niejednokrotnie na Jörund i pozostawała
parę dni przy Ulvhildzie. Małą wyjmowano teraz na dzień z łoża i próbowano stawiać na nogi, lecz wciąż jeszcze uginały się one pod nią.
Drżała, była blada i zmęczona; gorset, który pani Aashilda sporządziła
dla niej z końskiej skóry i cieniutkich gałązek wierzbowych, ciążył jej
bardzo i dziecko najchętniej spoczywało cicho na kolanach matki.
Ragnfrida trzymała zawsze małą w ramionach, tak że Tordis musiała teraz
prowadzić całe gospodarstwo, a Krystyna na zlecenie matki była stale
przy niej, by się uczyć i pomagać.
Krystyna od jednego spotkania do drugiego tęskniła za panią Aashilda.
Zdarzało się, że tamta rozmawiała z nią wiele, lecz kiedy indziej
dziewczynka daremnie wyczekiwała na jakieś słowo prócz pozdrowienia,
kiedy tamta przyjeżdżała i odjeżdżała. Aashilda siedziała wówczas i rozmawiała tylko z dorosłymi. Tak było zawsze, ilekroć towarzyszył jej
mąż, gdyż zdarzało się teraz, że i Björn syn Gunnara przyjeżdżał z nią
na Jorund. Pewnego dnia Lavrans udał się do Haugen, chcąc wręczyć pani
Aashildzie podarunek za leczenie Ulvhildy; była to najlepsza spośród
wszystkich, jakie posiadali, srebrna konew wraz z podstawą. Spędził tam
noc i odtąd bardzo chwalił ten dwór. Jest ładny, dobrze utrzymany i wcale nie taki mały, jak mówili ludzie, opowiadał. Wewnątrz i w zabudowaniach znać dobrobyt, a zwyczaje domowe są dworne jak u możnych
ludzi z południa kraju. Co sądzi o Björnie, tego Lavrans nie mówił, ale
przyjmował go dobrze, ilekroć tamten przybywał z żoną na Jorund.
Natomiast niezmiernie polubił panią Aashildę i był zdania, że to, co o niej opowiadano, to przeważnie wierutne kłamstwa. Utrzymywał, że przed
dwudziestu laty na pewno nie potrzebowała czarodziejskich sztuk, by
przywiązać do siebie mężczyznę, gdyż jeszcze teraz, bliska
sześćdziesiątki, wygląda tak młodo i ma najmilsze, najbardziej ujmujące
obejście.
Krystyna wyczuwała, że matka niechętnie patrzy na to wszystko. Bądź co
bądź Ragnfrida nigdy nie mówiła o pani Aashildzie, ale kiedyś porównała
Björna do żółtej, zgniecionej trawy, którą można znaleźć pod kamieniami,
i Krystynie to porównanie wydało się trafne. Björn wyglądał dziwnie
wyblakło, był dość otyły, blady i rozlany, choć niedużo starszy od
Lavransa; widać było po nim jednak, że niegdyś był pięknym mężczyzną.
Krystyna nigdy nie zamieniła z nim słowa; mówił mało i najchętniej
siedział na jednym miejscu, od chwili gdy wszedł do izby, dopóki nie
udał się na spoczynek. Pił niezmiernie wiele, choć nie znać było tego po
nim, nic prawie nie jadł i od czasu do czasu, osłupiały i zamyślony,
wlepiał w kogoś w izbie swe dziwne, wyblakłe oczy.
Krewni z Sundbu nie pokazywali się od czasu nieszczęścia, ale Lavrans
był parę razy w Vaage. Natomiast sira Eirik nieraz przebywał na Jörund;
spotykał się tu z panią Aashilda i zostali dobrymi przyjaciółmi. Ludzie
uważali to za piękny rys księdza, ponieważ on sam był również dobrym
lekarzem. Tu tkwił także jeden z powodów, dlaczego ludzie z wielkich
dworów nie udawali się po radę do pani Aashildy, uważali bowiem, że
ksiądz jest dostatecznie dobry, a nie wiedzieli, jak się mają zachować
wobec dwojga ludzi, jak Björn i Aashilda, którzy właściwie zostali
usunięci z ich własnego kręgu. Sira Eirik nieraz mawiał, że jeśli o niego idzie, nie wchodzą sobie bynajmniej w drogę, a co do czarów, nie
on jest jej spowiednikiem; może być, że pani Aashilda wie więcej, niż
dla zbawienia duszy jest potrzebne, nie wolno jednak zapominać, że
nieświadomi ludzie chętnie mówią o czarach, gdy jakaś kobieta mądrzejsza
jest od ciemnego pospólstwa. Pani Aashilda ze swej strony chwaliła
księdza bardzo i pilnie uczęszczała do kościoła, ilekroć się zdarzało,
że podczas święta bawiła na Jörund.
W tym roku smutne były święta Bożego Narodzenia. Ulvhilda nie mogła
jeszcze ustać na nogach, poza tym zaś z Sundbu nie przychodziły żadne
wieści i nikt stamtąd się nie pokazywał. Krystyna zauważyła, że w gminie
mówiono o tym i ojciec bierze sobie to bardzo do serca. Natomiast
Ragnfrida pozostała obojętna i Krystyna miała jej to za złe.
Pewnego wieczora jednak zajechał w wielkich saniach sira Sigurd, kapelan
Tronda Gjeslinga, i zaczął od zaproszenia wszystkich do Sundbu.
Sira Sigurd nie był lubiany w okolicznych gminach, on to bowiem
zarządzał posiadłościami Tronda, w każdym razie jemu przypisywano winę,
gdy Trond postępował surowo i niesprawiedliwie. Trudno zaś było
zaprzeczyć, że Trond gnębił trochę swych chłopów. Jako ksiądz, Sigurd
był niezwykle wprawny w pisaniu i rachowaniu, nadto był uczonym w prawie
i biegłym lekarzem, chociaż nie tak biegłym, jak sam o sobie mniemał. Z jego zachowania się nikt jednak nie mógł wnosić, że ma przed sobą
mądrego człowieka: nieraz mówił głupstwa. Ragnfrida i Lavrans nie
cierpieli go, ale ludzie z Sundbu cenili bardzo swego kapelana i zarówno
oni, jak i on sam byli dotknięci, że nie wezwano go do Ulvhildy.
W dodatku tak się nieszczęśliwie złożyło, że gdy sira Sigurd przybył na
Jörund, byli tam już obecni Aashilda i pan Bj?örn, nadto sira Eirik,
Gyrd i Inga z Finsbrekken, rodzice Arnego, stary Jon z Lopt i brat
Aasgaut, dominikanin z Hamaru.
Podczas gdy Ragnfrida kazała nakryć dla nowych gości stoły, a Lavrans
przeglądał listy przywiezione przez księdza, ten chciał obejrzeć
Ulvhildę. Ułożono ją już na nocny spoczynek, ale sira Sigurd obudził
małą, obmacał jej plecy i kończyny i wypytywał ją, najpierw przyjaźnie,
potem niecierpliwie, gdyż się go bała. Sigurd był małym człowieczkiem,
prawie karłem, miał jednak ogromną, płomieniście czerwoną twarz. Gdy
chciał Ulvhildę podnieść i postawić na podłodze, aby wypróbować, czy się
utrzyma na nogach, zaczęła krzyczeć. Wtedy pani Aashilda podeszła do
łoża i przykryła dziewczynkę skórami, tłumacząc, że dziecko jest tak
śpiące, iż nie mogłoby ustać na nogach, nawet gdyby było zdrowe.
Kapłan przerwał jej gwałtownie: on również uważany jest za dobrego
lekarza; lecz pani Aashilda ujęła go za rękę, poprowadziła na poczesne
miejsce za stołem i zaczęła opowiadać, jak leczyła Ulvhildę, wypytując
go przy tym o zdanie. Udobruchał się więc, pił i zajadał smakołyki
Ragnfridy.
Ale gdy piwo i wino uderzyło mu do głowy, popadł sira Sigurd znowu w zły
humor, stał się swarliwy i zaczepny; wiedział dobrze, że nikt z obecnych
w izbie nie może go ścierpieć. Naprzód zwrócił się do Gyrda; był on
pełnomocnikiem biskupa z Hamaru na Vaage i Sil, i wiele było spornych
spraw między biskupem a Trondem synem Wara. Gyrd nie mówił wiele, lecz
Inga była kobietą popędliwą; w dodatku wmieszał się jeszcze do rozmowy
brat Aasgaut i rzekł:
- Nie wolno ci zapominać, siro Sigurdzie, że nasz czcigodny ojciec
Ingjald jest również twoim pasterzem. My w Hamarze wiemy o tobie
niejedno. Mieszasz się we wszelkie sprawy na Sundbu i nie myślisz wcale
o tym, żeś poświęcony innemu zawodowi i że nie tobie być szpiegiem
Tronda i pomocnikiem we wszystkich niesłusznych poczynaniach, przez co
duszę jego wiedziesz w nieszczęście i działasz na szkodę Kościoła. Czyś
nigdy nie słyszał, co się dzieje z nieposłusznymi i niewiernymi księżmi,
którzy sprzeciwiają się swoim ojcom duchownym i przełożonym? Czy nie
wiesz, jak to razu pewnego aniołowie zaprowadzili świętego Tomasza z Canterbury do wrót piekła i pozwolili mu tam zajrzeć? Zdziwił się
bardzo, że nie ujrzał tam ani jednego z tych księży, którzy mu się tak
sprzeciwiali jak ty twojemu biskupowi. Właśnie chciał chwalić
miłosierdzie Boga, ponieważ święty ów człowiek każdemu grzesznikowi
życzył zbawienia, kiedy anioł poprosił diabła, by podniósł trochę ogon.
Wówczas z potężnym hukiem i obrzydłym smrodem siarkowym wyjechali
stamtąd wszyscy ci księża i uczeni, którzy szkodzili Kościołowi.
Dowiedział się tedy święty, gdzie się to oni dostali.
- Łżesz, mnichu - rzekł ksiądz. - Ja też znam tę gadkę, ale nie księża
to byli, lecz żebrzący mnisi, którzy jak osy z gniazda wypadli z diabelskiego zadu.
Stary Jon śmiał się najgłośniej z wszystkich i wołał:
- Pewno i jedni, i drudzy tam byli!
- W takim razie diabeł musi mieć potężny ogon - rzekł Björn syn Gunnara,
a pani Aashilda uśmiechnęła się i rzekła:
- Owszem, czyś nie słyszał, że wszystko złe ciągnie za sobą długi ogon?
- Cicho bądź, Aashildo! - zawołał sira Sigurd. - Nie mów o długim
ogonie, ciągnionym przez zło. Siedzisz tu, jak gdybyś tu była
gospodynią, a nie Ragnfrida. Ale dziwne jest, że nie umiesz wyleczyć jej
dziecka... Czy już nie posiadasz owej cudownej wody, którą swego czasu
kupczyłaś? Tej wody, co to miała moc poćwiartowaną owcę w kotle uczynić
znów całą, a kobietę w ślubnym łożu dziewicą? Słyszałem ja o owym weselu
tu, w dolinie, na którym ty zgotowałaś kąpiel uwiedzionej narzeczonej...
Sira Eirik zerwał się, chwycił Sigurda za ramiona i rzucił go przez
stół, tak że konwie i dzbany przewróciły się, a potrawy i napoje
spłynęły po obrusach i deskach. Sira Sigurd leżał na podłodze w podartych szatach. Eirik przeskoczył stół i chciał się znowu rzucić na
niego, rykiem głusząc ogólny hałas:
- Stul swój smrodliwy pysk, ty diabelski klecho!
Lavrans usiłował ich rozłączyć. Ragnfrida, blada jak śmierć, stała na
swym miejscu i zaciskała ręce. Podbiegła pani Aashilda i pomogła wstać
sirze Sigurd owi, otarła mu krew z twarzy i dała kubek miodu do wypicia
mówiąc:
- Nie powinniście być tak surowym, siro Eiriku, byście nie mogli
ścierpieć przy wieczerzy i piciu jakowegoś żartu. Usiądźcie wszyscy na
swych miejscach, a posłyszycie o owym weselu. Nie odbywało się ono w tej
dolinie ani też nie znałam owej wody; gdybym ją umiała warzyć, nie
siedzielibyśmy tu w górach na maleńkim dworze. Mogłabym teraz być bogatą
panią i mieć gdzieś posiadłość między wielkimi gminami w bliskości
miasta, klasztorów, biskupów i kapituły - dodała z uśmiechem w stronę
trzech duchownych. - Ale w dawnych czasach posiadał ktoś tę sztukę.
Rzecz sama zaś zdarzyła się za czasów króla Ingego15, a narzeczonym był Piotr syn Lodina z Brattelandii. Która jednak z jego
trzech żon była ową narzeczoną, tego nie powiem, gdyż żyją jeszcze
potomkowie wszystkich trzech. Owóż ta narzeczona miała pewno powód
życzyć sobie tej wody; w istocie udało jej się ją zdobyć i przygotowała
sobie kąpiel na dole w warzelni piwa. Ale zanim jeszcze zdążyła się
wykąpać, weszła tam kobieta, która miała zostać jej teściową. Była
zmęczona i brudna po długiej podróży na weselny dwór, więc rozebrała się
i weszła do wanny. Była to stara kobieta, która już dziewięcioro dzieci
miała z Lodinem. Ale tej nocy zarówno Lodin, jak i Piotr innych zaznali
uciech, niż oczekiwali.
Ludzie w izbie roześmiali się w głos, a Gyrd i Jon prosili, by pani
Aashilda więcej takich historii opowiedziała. Ale ona oświadczyła:
- Tu siedzą dwaj kapłani i braciszek Aasgaut, młodzi chłopcy i dziewczęta; przestańmy lepiej, zanim mowy staną się nieprzyzwoite i sprośne; pamiętajmy, że jest dzień świąteczny.
Mężczyźni podnieśli głośny sprzeciw, ale kobiety przytaknęły pani
Aashildzie. Nikt nie zauważył, że Ragnfrida opuściła izbę. Wkrótce i Krystyna, która siedziała na szarym końcu pomiędzy dziewkami, musiała
iść na spoczynek. Miała spać w izbie Tordis, gdyż było wielu gości we
dworze.
Mróz był siarczysty, zorza polarna płonęła i migotała ponad czołami gór
na północy. Śnieg skrzypiał głośno pod nogami Krystyny, gdy pędziła
przez dziedziniec dygocąc z zimna, z rękami zaciśniętymi na piersiach.
Nagle spostrzegła w cieniu starego domu jakąś postać, która w wielkim
podnieceniu chodziła tam i z powrotem po śniegu, załamując ręce i głośno
jęcząc. Krystyna poznała matkę, podbiegła do niej przerażona i spytała,
czy nie jest chora.
- Nie, nie - odparła gwałtownie Ragnfrida. - Musiałam tylko wyjść z izby. Idź, połóż się, dziecko.
Krystyna odwróciła się. Wówczas matka zawołała cicho:
- Idź do izby i połóż się obok ojca i Ulvhildy, weź ją w ramiona, by jej
przez nieuwagę nie przygniótł; ojciec śpi tak ciężko, gdy jest pijany.
Ja będę tej nocy spać w starym domu.
- Jezu - rzekła Krystyna - zamarzniecie, matko, śpiąc tu na górze -
jeszcze do tego sama. A co powie ojciec, gdy nie wejdziecie dziś w nocy
do łoża?
- Nie zauważy tego - odparła matka - spał już niemal, gdym odchodziła, a jutro zbudzi się późno. Idź i zrób, jak powiedziałam.
- Będzie wam okropnie zimno - rzekła Krystyna wzdrygając się, lecz matka
odprawiła ją nieco już łagodniej, a sama zamknęła się w domu.
Wewnątrz było tak samo zimno jak na dworze i ciemniuteńko. Ragnfrida po
omacku doszła do łoża, zerwała chustkę z głowy, zdjęła buty i wsunęła
się między skóry. Zdrętwiała między nimi; miała wrażenie, że się zapada
w lodowiec. Schowała głowę pod skóry, skuliła nogi, a ręce położyła na
piersiach, i tak leżała i płakała, chwilami cichutko zalewając się
łzami, to znowu krzycząc głośno i zgrzytając zębami. Wreszcie ogrzała na
tyle łoże dokoła siebie, że poczuła się senna, i wciąż płacząc usnęła.
5
Tego roku, kiedy Krystyna ukończyła piętnaście lat, zmówili się Lavrans
syn Björgulfa i rycerz Andrzej syn Gudmunda z Dyfrina, że się spotkają
na zjeździe okręgu Holledis. Przy sposobności uradzono, że Szymon, drugi
syn Andrzeja, zaręczy się z Krystyną córką Lavransa i otrzyma Formo,
spadek po matce pana Andrzeja. Mężczyźni uderzeniem dłoni
przypieczętowali sprawę, jednak żadnego dokumentu nie spisano, gdyż pan
Andrzej musiał przedtem jeszcze uporządkować dziedzictwo reszty swych
dzieci. Nie było też zwykłego poczęstunku zrękowinowego, ale rycerz
Andrzej i Szymon przybyli do Jörund, aby zobaczyć narzeczoną, i Lavrans
wydał dla nich wielką ucztę.
Lavrans wykończył tymczasem nowy dom mieszkalny z piętrem i murowanymi
paleniskami w izbie i na poddaszu, wyporządził go pięknie i ozdobił
bogato struganymi w drzewie rzeźbami i wszystkim innym. Przebudował też
stare domostwo, a nadto ponaprawiał inne zabudowania, tak że mieszkał
teraz, jak przystało na rycerza. Żył też w wielkim dostatku, gdyż
przedsięwzięcia jego dawały pomyślne wyniki, a był gospodarzem
roztropnym i zapobiegliwym. Słynął zwłaszcza z hodowli najwspanialszych
koni i najpiękniejszego bydła. A gdy dopiął tego, że córka jego miała
poślubić syna dyfrińskiego rodu i zostać panią na Formo, zdawało się
ludziom, że wprowadził w czyn swój zamysł, by być pierwszym mężem w dolinie. W istocie i on, i Ragnfrida byli bardzo zadowoleni, tak samo
pan Andrzej i Szymon.
Krystyna była trochę zawiedziona, ujrzawszy po raz pierwszy Szymona syna
Andrzeja; słyszała bowiem tyle o jego piękności i dwornym obejściu, że
spodziewała się Bóg wie czego.
Wprawdzie Szymon wyglądał dobrze, lecz był trochę za otyły na swoich
dwadzieścia lat. Szyję miał krótką, a twarz tak okrągłą i błyszczącą jak
księżyc, włosy piękne, kasztanowe, kędzierzawe, oczy jasne i szare, ale
trochę jakby nazbyt wciśnięte w głąb przez grube powieki; nos był za
mały, usta również małe i nieco ściągnięte, lecz niebrzydkie. Mimo
otyłości był lekki w ruchach, zgrabny i zwinny, zaprawiony do wszelkich
ćwiczeń cielesnych. Mówił nieco zbyt głośno i szybko, lecz Lavrans był
zdania, że w rozmowie ze starszymi Szymon wykazuje zdrowy rozum i sporo
wiadomości.
Ragnfrida wkrótce polubiła go bardzo, a Ulvhilda od razu gorąco
pokochała. On również okazywał chorej dziewczynce serdeczną miłość i przyjaźń. I gdy Krystyna przyzwyczaiła się trochę do jego okrągłej
twarzy i sposobu mówienia, była bardzo zadowolona z narzeczonego i rada
z wyboru ojca.
Panią Aashildę zaproszono na ucztę. Odkąd rodzina na Jörund ją przyjęła,
zaczęły także inne wielkie rody w pobliskich gminach przypominać sobie o jej pochodzeniu i mniej wierzyć w rozsiewane pogłoski, tak że pani
Aashilda dużo teraz bywała między ludźmi.
Kiedy zobaczyła Szymona, rzekła:
- Będziecie dobrym małżeństwem, Krystyno. Szymon będzie miał w świecie
powodzenie, unikniesz wielu trosk i w pożyciu będzie on dobrym mężem.
Ale jest trochę za tęgi i zbyt wesoły. Gdyby tutaj w Norwegii jeszcze
teraz było tak, jak za dawnych czasów i jak jest dotychczas w innych
krajach, że ludzie nie patrzą surowiej na grzesznika niż sam Bóg,
wtenczas powiedziałabym, żebyś wybrała sobie przyjaciela, który byłby
szczupły i zadumany, takiego, z którym mogłabyś przesiadywać i gawędzić.
Wtedy wiedziałabym, że z nikim nie będzie ci się lepiej wiodło jak z Szymonem.
Krystyna zaczerwieniła się, choć niezupełnie pojęła, co ma na myśli pani
Aashilda. Ale gdy czas mijał, a jej skrzynie napełniały się i mówiono o jej weselu i o tym, co miała wnieść z sobą do swego nowego domu, zaczęła
tęsknić za tym, by sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta i by Szymon
przyjechał znowu na północ; w końcu myślała o nim wiele i cieszyła się
na spotkanie z nim.
Krystyna była teraz zupełnie dorosła i piękna. Podobna była do ojca,
wysoka, o smukłej kibici, giętka i delikatna, ale mimo to pełna. Twarz
miała nieco zaokrągloną i krótką, czoło niskie, szerokie i mlecznobiałe,
oczy wielkie, szare i łagodne pod pięknie zarysowanymi brwiami. Usta,
trochę za duże, były świeże, czerwone i pełne, podbródek krągły jak
jabłko i foremny. Wspaniałe, gęste i długie włosy miały odcień raczej
brązowy niż złoty i były zupełnie proste.
Lavrans lubił nade wszystko, gdy sira Eirik chwalił Krystynę; kapłan
znał dziewczynę od dziecka, uczył ją czytać i pisać, i kochał ją bardzo.
Ale niechętnie słuchał Lavrans, gdy ksiądz porównywał jego córkę do
nieskazitelnej młodej klaczy o jedwabistej sierści.
Wszyscy jednak byli zdania, że gdyby nie owo nieszczęście, Ulvhilda
byłaby jeszcze piękniejsza od siostry. Miała ona najmilszą i najsłodszą
twarzyczkę, białą i różową niby lilie i róże, a jej miękkie jak jedwab,
jasnoblond włosy wiły się w falistych puklach koło delikatnej szyi i wąskich ramion. Miała oczy Gjeslingów; tkwiły głęboko pod prostymi,
czarnymi łukami brwi, przejrzyste jak woda i szaroniebieskie, spojrzenie
ich jednak było łagodne, nie ostre. Głos dziewczynki brzmiał tak czysto
i mile, że rozkoszą było słuchać, gdy mówiła czy też śpiewała; była
bardzo pojętna w nauce i sztuce gry na harfie i w szachy, nie miała
jednak ochoty do fizycznej pracy, gdyż rychło odczuwała bóle w krzyżach.
Nie zanosiło się na to, by dziecko miało kiedykolwiek odzyskać pełne
zdrowie. Nieco lepiej było jej od czasu, gdy rodzice udali się z nią do
Nidaros, do świętego Olafa. Lavrans i Ragnfrida odbyli całą pielgrzymkę
pieszo, bez pomocy pachołka lub dziewki; dziecko nieśli na noszach
między sobą. Po pielgrzymce Ulvhilda poczuła się zdrowsza i mogła
chodzić o kulach. Nie spodziewano się jednak, by wyzdrowiała na tyle,
żeby móc wyjść za mąż, dlatego miano ją we właściwym czasie oddać do
klasztoru wraz ze wszystkim, co przypadało jej w udziale.
Nigdy nie mówiono o tym i Ulvhilda sama nie spostrzegła, jak bardzo
różni się od innych dzieci. Radowała się wielce kosztownymi rzeczami i ładnymi sukniami, a rodzice nie mieli serca odmówić jej czegokolwiek;
Ragnfrida wciąż przykrawała i szyła dla niej, i stroiła ją jak
królewskie dziecię. Pewnego razu, gdy doliną ciągnęli kupcy i na noc
zatrzymali się w Laugarbru, pozwolono Ulvhildzie obejrzeć ich towary;
mieli oni sztukę jedwabiu bursztynowego koloru i Ulvhilda chciała
koniecznie mieć taką koszulę. Lavrans zwykle nie kupował niczego u wędrownych kramarzy, którzy w niedozwolony sposób kupczyli po dolinach
towarami, ale tym razem zakupił całą sztukę. Z tego dał Krystynie na
ślubną koszulę, którą sobie szyła tego lata. Dotychczas nie miała innych
koszul oprócz wełnianych i jednej płóciennej pod odświętną suknię. Lecz
Ulvhilda dostała jedwabną koszulkę od wielkiego święta, prócz tego zaś
na niedzielę płócienną, której górna część była z jedwabiu.
Lavrans syn Björgulfa posiadał teraz także Laugarbru; rządzili tam
Tordis i Jon. U nich to przebywała najmłodsza córka Lavransa i Ragnfridy, Ramborga, karmiona przez Tordis. Ragnfrida zaraz po urodzeniu
córeczki nie chciała jej widzieć twierdząc, że przynosi swym dzieciom
nieszczęście. Kochała jednak maleństwo i przesyłała zawsze jej i Tordis
podarunki; potem chodziła też często na Laugarbru i zajmowała się
Ramborga. Najchętniej jednak przychodziła, kiedy dziecko spało, i wtedy
siadała przy niej. Lavrans i dwie starsze córki często bywali na
Laugarbru i bawili się z małą; była ona silnym i zdrowym dzieckiem, ale
nie tak ładnym jak siostry.
Było to ostatnie lato, które Arne syn Gyrda spędzał na Jörund. Biskup
obiecał Gyrdowi, że udzieli chłopcu poparcia, w jesieni zatem Arne miał
udać się do Hamaru.
Krystyna wiedziała dobrze, że Arne bardzo ją lubi, była jednak jeszcze
pod wieloma względami zbyt dziecinna, by wiele o tym myśleć, i odnosiła
się do niego zawsze tak samo jak w dzieciństwie. Chętnie przebywała w jego towarzystwie i zawsze podawała mu rękę16, gdy tańczyli w domu
albo na kościelnym wzgórzu. Wydawało jej się co najmniej śmieszne, że
matka patrzy na to niechętnie. Nigdy jednak nie wspominała przed Arnem o Szymonie lub o swoim małżeństwie, gdyż spostrzegła, że stawał się
smutny, kiedy o tym mówiono.
Arne był bardzo zręczny, chciał więc sporządzić dla Krystyny na pamiątkę
stolik do szycia. Wystrugał pięknie półeczkę i stolik i teraz w kuźni
dorabiał zamek i okucia. Pewnego pięknego wieczora u schyłku lata
wybrała się Krystyna do niego. Zabrała z sobą kabat ojca, który miała
wyłatać, usiadła na kamiennym progu i rozmawiała z chłopakiem, zajętym w kuźni. Ulvhilda utykała o kuli wkoło niej i zbierała maliny na kamiennym
wale.
Po chwili Arne stanął w drzwiach kuźni, aby się ochłodzić. Chciał usiąść
obok Krystyny, ale ona odsunęła się nieco i prosiła, by uważał i nie
zawalał roboty leżącej na jej kolanach.
- Więc do tego już doszło - rzekł Arne - że nie pozwalasz mi usiąść obok
siebie? Obawiasz się pewno, że chłopski syn mógłby cię zabrudzić?
Krystyna, zdumiona, spojrzała na niego, po czym rzekła:
- Wiesz przecie dobrze, co myślałam. Zdejm skórzany fartuch, obmyj ręce
z sadzy, usiądź tu przy mnie i odpocznij - i zrobiła mu miejsce.
Arne jednak położył się na trawie przed nią. Wtedy powiedziała:
- Nie bądź taki zły, Arne. Czy może myślisz, że chciałam się okazać
niewdzięczna za piękny dar albo że kiedykolwiek mogłabym zapomnieć, iż
tutaj, w domu, byłeś moim najlepszym przyjacielem?
- Czy byłem nim naprawdę? - zapytał.
- Wszak wiesz o tym dobrze - powiedziała Krystyna. - I nigdy cię nie
zapomnę. Ale teraz masz wyjechać w świat, może dojdziesz do dobrobytu i godności szybciej, niż myślisz, i zapomnisz mnie wcześniej niźli ja
ciebie.
- Ty nigdy mnie nie zapomnisz? - rzekł Arne i uśmiechnął się. - To ja
mam ciebie zapomnieć pierwszy niż ty mnie? O, jakie dziecko z ciebie,
Krystyno.
- Ty też nie jesteś stary - odpowiedziała.
- Mam tyle lat co Szymon Darre - rzekł znowu. - I nosimy hełm i tarczę
na równi z ludźmi z Dyfrina, tylko że moim rodzicom nie poszczęściło
się.
Otarł ręce trawą, objął nogę Krystyny w kostce i przytulił twarz do jej
stopy, wyzierającej spod rąbka sukni. Chciała usunąć nogę, lecz Arne
rzekł:
- Matka twoja jest na Laugarbru, a ojciec wyjechał ze dworu - i siedzimy
tak, że nikt z domów nie może nas widzieć. Ten jeden jedyny raz pozwól
mi powiedzieć, co czuję w sercu.
Krystyna odparła:
- Przecież oboje, zarówno ty jak i ja, wiedzieliśmy przez cały czas, że
miłość między nami byłaby beznadziejna.
- Czy wolno mi położyć głowę na twoim łonie? - spytał Arne, a gdy nie
odpowiadała, zrobił to i ramieniem objął ją wpół. Drugą ręką ujął jej
warkocze.
- Czy miło ci będzie - spytał po chwili - gdy Szymon tak położy się na
twym łonie i będzie bawił się twoim włosami?
Krystyna nie odpowiedziała. Miała wrażenie, jakby nagle jakiś ciężar ją
przygniótł... głowa Arnego na jej łonie i jego słowa... Zdawało jej się, że
uchylają się wrota w jakąś przestrzeń, na jakieś ciemne drogi,
prowadzące w jeszcze większą ciemność; ze ściśniętym sercem i smutna
wahała się i nie chciała zajrzeć poza nie.
- Czegoś takiego w małżeństwie się nie robi - powiedziała nagle z ulgą.
Usiłowała uprzytomnić sobie, jak by spoglądała ku niej okrągła, gruba
twarz Szymona oczyma takimi jak oczy Arnego w tej chwili, przywołała
jego głos i roześmiała się.
- Szymon zapewne nigdy nie położy się tak, by bawić się moimi
trzewikami.
- Nie, on będzie mógł bawić się z tobą we własnym łożu - odrzekł Arne.
Słuchając jego głosu poczuła się nagle słaba i bezsilna. Próbowała
usunąć głowę chłopca ze swych kolan, on jednak wtulił ją mocniej jeszcze
i mówił cicho:
- Ale ja pieściłbym twoje trzewiczki i twoje włosy, i twoje palce,
Krystyno, i cały dzień byłbym przy tobie, nawet gdybyś była mi
poślubiona i każdą noc spała w moich ramionach.
Usiadł, objął jej plecy i popatrzył w oczy.
- Nieładnie z twojej strony, że tak do mnie mówisz - rzekła Krystyna
cicho i nieśmiało.
- Nie - odparł Arne. Podniósł się i stanął przed nią. - Ale powiedz mi
jedno: czy nie wolałabyś raczej, abym to ja był?
- Ach, najbardziej wolałabym... - urwała. - Najbardziej wolałabym nie mieć
męża... Jeszcze nie teraz.
Arne nie poruszył się, lecz rzekł:
- Chciałabyś raczej iść do klasztoru, jak przeznaczone jest Ulvhildzie,
i całe życie pozostać dziewicą?
Krystyna oparła splecione ręce na łonie. Coś w niej zadrgało cudownie i słodko - w nagłym wstrząsie zdawała się pojmować, jak straszliwie szkoda
jest małej siostry, oczy jej pełne były łez i żalu nad Ulvhildą.
- Krystyno - rzekł Arne cicho.
W tej chwili Ulvhilda krzyknęła głośno. Kula jej utkwiła między
kamieniami i dziewczynka upadła. Arne i Krystyna pobiegli do niej. Arne
podniósł ją i złożył w ramionach siostry. Uderzyła się w wargi i silnie
krwawiła.
Krystyna usiadła z nią w drzwiach kuźni, a Arne przyniósł drewnianą
miseczkę z wodą. We dwoje obmyli twarz Ulvhildy. Mała zdarła sobie też
skórę na kolanach. Krystyna pochyliła się pieszczotliwie nad wątłymi,
chudymi nożynami.
Skargi Ulvhildy wnet umilkły, płakała tylko cicho i boleśnie, jak dzieci
nawykłe do cierpienia. Krystyna przytuliła jej głowę do piersi i kołysała ją cicho.
W kościele św. Olafa zaczął dzwonić dzwon na nieszpory.
Arne nalegał na Krystynę, ale ona siedziała pochylona nad siostrą, jak
gdyby nic nie słyszała i nie widziała, aż się przeląkł i spytał, czy
sądzi, że to coś niebezpiecznego. Krystyna potrząsnęła głową nie patrząc
na niego.
Zaraz potem wstała i poniosła Ulvhildę do dworu. Arne kroczył za nią
cichy i zmieszany. Krystyna szła jakby prześwietlona blaskiem, twarz jej
była zupełnie nieruchoma. Dzwon wciąż rozbrzmiewał ponad łąkami i doliną; dzwonienie brzmiało jeszcze wtedy, gdy weszła do domu.
Położyła Ulvhildę do łoża, w którym spały obie, odkąd Krystyna była zbyt
dorosła, by spać z rodzicami; zdjęła trzewiki i położyła się obok
siostry, i tak leżała zasłuchana w dźwięk dzwonu jeszcze długo potem,
kiedy już umilkł i dziecko usnęło.
Kiedy dzwon zaczął dzwonić, a ona trzymała w dłoniach zakrwawioną twarz
Ulvhildy, naszło na nią coś jakby objawienie. Jeśliby ona zamiast
siostry poszła do klasztoru, jeśliby ona poświęciła się służbie Boga i Najświętszej Panny, może wtedy Bóg przywróciłby dziecku zdrowie.
Przyszły jej na myśl słowa brata Edwina, że w dzisiejszych czasach
rodzice poświęcają Bogu jedynie dzieci ułomne i chrome albo też te,
które nie mogą być dobrze wydane za mąż. Wiedziała, że jej rodzice są
pobożnymi ludźmi, nigdy jednak nie było wątpliwości co do tego, że ona
ma wyjść za mąż; a gdy zrozumieli, że Ulvhilda całe życie będzie chora,
postanowili od razu oddać ją do klasztoru.
Ale Krystyna nie chciała... opierała się myśli, że Bóg uczyni cud z Ulvhildą, gdy ona zostanie mniszką. Uczepiła się słów siry Eirika, że
teraz nie dzieją się już cuda. Chociaż czuła w ten wieczór, że jest tak,
jak mówił brat Edwin: jeśli człowiek posiada dość wiary, to wiara ta
zdziała cuda. Lecz ona nie chciała mieć tej wiary, nie kochała na tyle
Chrystusa i Jego Matki, i świętych, nie chciała ich nawet kochać.
Kochała świat i za światem tęskniła.
Krystyna przycisnęła usta do jedwabistych włosów Ulvhildy. Dziecko spało
mocno i starsza siostra uniosła się niespokojnie, lecz wnet położyła się
z powrotem. Serce jej krwawiło ze wstydu i bólu, bo dobrze wiedziała, że
nie chce wierzyć w cuda, ponieważ nie chce poświęcić swojego skarbu
piękności, miłości i zdrowia.
Potem usiłowała się pocieszyć myślą, że przecież rodzice nie pozwolą jej
tego uczynić. Oni też nie wierzą, że to mogłoby pomóc. Była już wszakże
przyrzeczona i rodzice, którzy tak bardzo polubili Szymona, nie będą
chcieli go stracić. Poczuła się obrażona, że oni uważają owego zięcia za
takie cudo, i nagle pomyślała z odrazą o okrągłej, czerwonej twarzy
Szymona, o jego małych śmiejących się oczach, o jego podrygującym
chodzie - niespodziewanie odkryła, że skacze jak piłka - pomyślała o jego żartobliwym sposobie mówienia, który sprawiał, że czuła się zawsze
głupio i z chłopska. Nie była to znowu taka wspaniałość dostać go za
męża, i do tego jeszcze musieć się przeprowadzić na Formo. A przecież
wolała już raczej wyjść za niego aniżeli poświęcić się klasztornemu
życiu. Tam, poza górami, był świat i był królewski dwór, byli rycerze i hrabiowie, o których opowiadała pani Aashilda, i ów piękny człowiek ze
smutnymi oczyma, który miał zawsze iść za nią i nie odstąpić jej na
krok. Przypomniała sobie Arnego, jak w pewien letni dzień leżał i spał z rozrzuconymi na wrzosach kasztanowatymi, błyszczącymi włosami - wtedy
kochała go jak brata. Nie było pięknie z jego strony tak do niej dziś
przemawiać; wszak dobrze wiedział, że nigdy jej nie dostanie.
Z Laugarbru przybył goniec z wiadomością, że matka zostanie tam na noc.
Krystyna wstała, aby się rozebrać i ułożyć do snu. Zaczęła rozwiązywać
suknię, ale potem obuła się znowu, wzięła okrycie i wyszła na dwór.
Nocne niebiosa, jasne i zielonawe, rozpinały się ponad pasmami gór. Było
tuż przed wschodem księżyca i w miejscu, gdzie miał wynurzyć się spoza
gór, ciągnęło kilka małych chmurek, od dołu srebrno obrzeżonych; niebo
stawało się coraz jaśniejsze niby metal, na który spada rosa.
Krystyna biegła między opłotkami, potem drogą na kościelne wzgórze,
kościół jednak stał czarny i zamknięty. Podeszła do krzyża, wystawionego
obok na pamiątkę, że w tym miejscu odpoczywał święty Olaf uciekający
przed wrogami17.
Uklękła na kamieniu i oparła złożone ręce na podnóżku krzyża.
- Krzyżu święty, podporo najsilniejsza, pniu najwdzięczniejszy, pomoście
chorych do miłych brzegów zdrowia.
Słowa modlitwy sprawiły, że tęsknota rozpierzchła się, jak pierzchają
koła na wodzie, myśli, które ją niepokoiły, wygładziły się, umysł stał
się cichszy i łagodniejszy; na miejsce trosk wstąpił w nią ukojny,
nieokreślony smutek.
Pozostała na klęczkach i nasłuchiwała głosów nocy. Wiatr wzdychał
dziwacznie, poza drzewami z drugiej strony kościoła szumiała rzeka, a strumyk płynął wartko tuż obok w poprzek drogi, i wszędzie, blisko i daleko, rozpoznawała w ciemności wzrokiem i słuchem strużki płynącej i cieknącej wody. Rzeka błyszczała daleko w dolinie. Księżyc wyśliznął się
spoza zrębu gór, zalśniły zroszone liście i kamienie, słabo i ciemno
rozbłysnęło świeżo smołowane belkowanie dzwonnicy stojącej przy
częstokole kościoła. Potem księżyc znowu się ukrył za wystającym
grzbietem góry. Teraz było na niebie wiele białych, nasyconych światłem
chmur.
Posłyszała powolne stąpanie konia w górze na drodze, jakieś głosy męskie
mówiły jednostajnie i cicho. Tu, u siebie, gdzie znała każdego
człowieka, nie obawiała się nikogo; poczuła się pewniejsza.
Psy ojca pognały ku niej, zawróciły i pobiegły z powrotem między drzewa,
potem znów popędziły w jej stronę, a ojciec, wyszedłszy spomiędzy brzóz,
powitał ją głośnym pozdrowieniem. Prowadził za uzdę Guldsveina, do
siodła przytroczony był pęk ubitych ptaków, a na lewej ręce niósł
Lavrans sokoła w kapturze na głowie. Szedł z nim wysoki, pochylony
człowiek w mniszym habicie i zanim jeszcze Krystyna ujrzała jego twarz,
wiedziała, że to brat Edwin. Poszła tedy na jego spotkanie wcale nie
zdziwiona, jak gdyby jej się to śniło; uśmiechnęła się tylko, kiedy
Lavrans spytał, czy poznaje gościa.
Lavrans spotkał go w górze przy moście na Rost i nakłonił, by z nim
powrócił i przenocował we dworze. Lecz brat Edwin chciał koniecznie
nocować w stajni. - Jestem taki zawszony - powiedział - nie możecie mnie
położyć w waszym czystym łożu.
I jakkolwiek Lavrans prosił i nalegał, mnich nie odstąpił od swego;
zrazu chciał nawet, by mu wyniesiono jedzenie na dziedziniec. Wreszcie
udał się jednak z nimi do izby. Krystyna przyłożyła drew do paleniska w kącie i postawiła na stole świecę, podczas gdy jedna ze sług wniosła
jedzenie i picie.
Mnich zasiadł na żebraczej ławie koło drzwi, jadł tylko zimną kaszę i pił wodę. A gdy Lavrans zaofiarował się, że każe przygotować mu kąpiel i wyprać odzież, nie chciał tego przyjąć.
Brat Edwin tarł się i drapał, a cała jego chuda, stara twarz była
roześmiana.
- Nie, nie - rzekł - to lepiej kąsa moją dumną skórę niż biczowanie i słowa gwardiana. To lato spędziłem w górach pod jakąś skałą. Pozwolono
mi wyjść na pustynię, by modlić się i pościć, siedziałem tedy tam w górze i zdawało mi się, że jestem jakimś świętym pustelnikiem. Biedacy z doliny Setny przynosili mi na górę żywność i sądzili, że mają przed sobą
prawdziwie pobożnego i czystego mnicha. "Bracie Edwinie - mawiali -
gdyby wielu było takich mnichów jak ty, wnet bylibyśmy lepsi, ale gdy
widzimy, jak się księża, biskupi i mnisi żrą i kłócą między sobą jak
prosiaki nad korytem...". Mówiłem im wprawdzie, że to niechrześcijańskie
gadanie, ale słuchałem tego chętnie i śpiewałem, i modliłem się, aż echa
brzmiały w górach. Nic więc nie szkodzi, że teraz czuję, jak wszy żrą
się i tarmoszą po mojej skórze, i słyszę, jak dobre gospodynie, chcące
zachować ład i czystość w izbach, krzyczą, że ten parszywy mnich może
przespać się latem w stodole. Idę na północ, do Nidaros, na uroczystość
świętego Olafa, i dobra to będzie dla mnie nauka, gdy zobaczę, że
ludziom wcale tak bardzo na tym nie zależy, aby się ze mną stykać.
Ulvhilda zbudziła się. Lavrans podszedł ku niej, wziął ją w ramiona i otulił swym okryciem:
- Oto dziecko, o którym wam opowiadałem, drogi ojcze. Połóżcie na nie
ręce i módlcie się do Boga za tę małą dziewczynkę, tak jak się
modliliście za chłopca z Meldal, o którym nam mówiono, że wrócił do
zdrowia.
Mnich delikatnie ujął Ulvhildę za podbródek i spojrzał jej w twarz.
Potem podniósł jej rączkę i ucałował.
- Raczej wy się módlcie, twoja żona i ty, Lavransie synu Björgulfa,
byście się oparli pokusie i nie usiłowali krzyżować zamiarów Boga co do
tego dziecka. Nasz Pan Jezus sam postawił jej nóżki na owej ścieżce, po
której krocząc dziecko może najpewniej wejść w dom pokoju - widzę to po
twych oczach, szczęśliwa Ulvhildo, że orędownicy twoi nie z tego są
świata.
- Chłopiec z Meldal ozdrowiał, jak słyszałem - szepnął Lavrans.
- Był on jedynym synem ubogiej wdowy i gdyby go straciła, nie miałby jej
kto odziewać i żywić, chyba gmina. A przecież kobieta modliła się
jedynie o nieustraszoną wiarę, że Bóg tak uczyni z chłopcem, jak będzie
uważał za słuszne. I nic innego tam nie zdziałałem, tylko o to samo
modliłem się wraz z matką.
- Niełatwo jest Ragnfridzie i mnie tym się zadowolić - rzekł Lavrans. -
Zwłaszcza że dziecko jest takie piękne i miłe.
- A widziałeś owo dziecko w dole na Lidstad? - spytał mnich. - Czy
chciałbyś raczej, by twoja córka tak wyglądała?
Lavrans wzdrygnął się i przytulił małą do siebie.
- Czy nie sądzisz - ozwał się znowu brat Edwin - że w oczach Boga
jesteśmy wszyscy jak dzieci, których On musi żałować, tak bardzo
zniekształceni jesteśmy grzechami. A przecież nie myślimy, by nam
najgorzej było na świecie.
Zbliżył się do obrazu Matki Boskiej na ścianie i wszyscy uklękli, gdy
odmawiał pacierz wieczorny. Uważali, że dobrze ich brat Edwin pocieszył.
Ale kiedy wyszedł z izby wyszukać sobie jakieś legowisko do spania,
Astrida, najstarsza ze sług, zamiotła starannie izbę w miejscu, gdzie
mnich stał, i zmieciony kurz prędko wrzuciła do ognia.
Nazajutrz Krystyna wstała raniutko, zaczerpnęła kaszy gotowanej na mleku
do czary z pięknie opalonej karpiny, wzięła placek pszenny - wiedziała
bowiem, że mnich nie tyka nigdy mięsa - i wyniosła mu jedzenie. Wszyscy
we dworze spali jeszcze.
Brat Edwin stał koło stajni z kijem i sakwą, gotów do drogi; z uśmiechem
podziękował Krystynie za jej trud, siadł na trawie i spożywał kaszę, a Krystyna siedziała u jego nóg.
Jej mały, biały piesek przybiegł do niej w podskokach, aż zadzwoniły
dzwoneczki na obroży. Wzięła go na kolana, a brat Edwin prztykał palcami
przed jego mordką, rzucał mu małe kęsy placka i chwalił go bardzo.
- To jest odmiana, którą królowa Eufemia wprowadziła do kraju - rzekł. -
Dostojnie jest tu u was na Jörund, pod każdym względem.
Krystyna pokraśniała z radości; wiedziała dobrze, że pies uchodzi za
osobliwość, i dumna była z jego posiadania. Poza nią nie było nikogo w dolinie, kto by miał takiego pieska. Lecz nie wiedziała, że jest tej
samej rasy co ulubieńcy królowej.
- Przysłał mi go Szymon syn Andrzeja - rzekła i przycisnęła pieska do
siebie, on zaś lizał jej twarz. - Nazywa się Kortelin.
Miała zamiar mówić z mnichem o swoich niepokojach i prosić go o radę.
Teraz jednak odeszła ją ochota do zajmowania się myślami z poprzedniego
wieczora. Wszak brat Edwin sądził, że Bóg pokieruje jak najlepiej losem
Ulvhildy. Poza tym Szymon ładnie postąpił przesyłając jej tak piękny
podarunek jeszcze przed zrękowinami. O Arnem zaś nie chciała myśleć -
zdawało się jej, że nie postąpił względem niej właściwie.
Brat Edwin wziął kij i sakwę i prosił Krystynę, by pozdrowiła ludzi
śpiących jeszcze w izbie; nie chciał czekać, aż wstaną, wolał iść,
dopóki jest chłodno. Odprowadziła go poza kościół i kawałek przez las.
Kiedy się rozstawali, pożegnał ją życzeniem pokoju Bożego i błogosławieństwem.
- Ostawcie mi jakieś słowo, tak jakeście zostawili Ulvhildzie, drogi
ojcze - prosiła Krystyna. Stała i trzymała jego rękę.
Mnich przesuwał nagą, wykrzywioną przez artretyzm stopę po trawie:
- Chcę ci tedy rzec, córko, byś dobrze baczyła, jak Bóg wszystko tu w dolinie obrócił dla dobra ludzi. Niewielkie tu padają deszcze, ale dał
On wam wodę z gór, byście ją kierowali na wasze pola, a rosa co noc
odświeża łąki i rolę. Dziękuj Bogu za dobre dary, które ci dał, i nie
skarż się, jeżeli sądzisz, że ci czegoś brak. Masz piękne, jasne włosy,
nie martw się tym, że nie są kędzierzawe. Czyś nie słyszała o owej
kobiecie, która płakała, bo miała tylko mały kawałek słoniny dla swych
siedmiorga głodnych dzieci na ucztę wigilijną? Święty Olaf przejeżdżał
właśnie tamtędy; położył rękę na misie i prosił Boga, by nakarmił biedne
robaki. Ale gdy wdowa ujrzała, że na stole leży ubity wieprzak, zaczęła
płakać, bo nie posiadała dość garnków i mis.
Krystyna pobiegła do domu, a Kortelin plątał się koło jej nóg, chwytał
poszczekując rąbek jej sukni i dzwonił wszystkimi srebrnymi
dzwoneczkami.
6
Ostatnie dni przed wyjazdem do Hamaru spędził Arne na Finsbrekken; matka
i siostry szyły dlań odzież.
W przeddzień wyjazdu przybył na Jörund, by się pożegnać. Przy tym zdołał
szepnąć Krystynie, czy nie chciałaby spotkać się z nim nazajutrz na
drodze biegnącej na południe do Laugarbru.
- Tak bardzo chciałbym, byśmy się jeszcze na ostatek mogli widzieć sami
- prosił. - Czy wydaje ci się, że proszę o zbyt wiele? Wyrośliśmy
przecież jak rodzeństwo - nalegał, bo Krystyna ociągała się z odpowiedzią.
Przyrzekła więc, że przyjdzie, jeśli będzie mogła wyjść z domu.
Nazajutrz rano spadł śnieg, ale w ciągu dnia zaczął kropić deszcz i wnet
łąki rozmokły i roztajały. Strzępy mgły błąkały się po pasmach gór, od
czasu do czasu opadały i skupiały się w wielkie, białe kłęby u ich stóp,
wtedy pogoda znów się pogarszała.
Nadszedł sira Eirik, by pomóc Lavransowi przy układaniu listów. Poszli
na dół do kuchni, tam bowiem było milej w taką pluchę niż w wielkiej
izbie, gdzie od płonącego ognia szedł dym. Matka była na Laugarbru u Ramborgi, która przeszła w jesieni gorączkę, a teraz była na drodze do
wyzdrowienia.
Nietrudno więc było Krystynie wyjść niepostrzeżenie z dworu; nie śmiała
jednak wziąć konia, lecz szła pieszo. Stopiony śnieg i zwiędłe liście
zamieniły drogę w trzęsawisko; pachniało smętnie wilgocią, zimnem i butwieniem, od czasu do czasu silne uderzenie wiatru biło deszczem w twarz. Naciągnęła czepek głęboko na głowę, oburącz przytrzymywała
okrycie i szybko szła naprzód. Była nieco strwożona; rzeka szumiała
dziwnie stłumionym dźwiękiem w ciężkim powietrzu, a czarne, poszarpane
chmury pędziły ponad górskimi grzbietami. Co jakiś czas przystawała i nasłuchiwała, czy Arne jedzie.
Po chwili posłyszała tętent kopyt na rozmiękłej drodze i zatrzymała się;
była teraz w miejscu dość odludnym, pomyślała zatem, że tu mogą się bez
przeszkód pożegnać. Wkrótce ujrzała za sobą jeźdźca. Arne zeskoczył z konia i podszedł ku niej prowadząc go za uzdę.
- Pięknie z twojej strony, żeś przyszła w taką niepogodę - rzekł.
- Gorzej dla ciebie, który musisz jechać w tak daleką drogę - odparła. -
Dlaczego wyruszasz tak późno?
- Jon chciał, żebym tę noc spędził u nich na Lopt. Sądziłem, że będzie
ci dogodniej przyjść tu wieczorem.
Chwilę stali w milczeniu. Krystynie zdawało się, że po raz pierwszy
widzi, jak piękny jest Arne. Miał na głowie stalowy hełm, pod nim zaś
brązowy kveif, rodzaj wełnianej kapuzy, okalającej ściśle twarz i spadającej na ramiona. W tym obramieniu jasno rysowała się jego ściągła
i ładna twarz. Ubrany był w stary skórzany kabat, pełen rdzawych plam i rysów od kolczugi, którą na nim noszono - Arne otrzymał go od swego ojca
- ale zgrabnie opinający jego smukłą, giętką i krzepką postać. U boku
miał miecz, a w ręce oszczep - inna broń wisiała przy siodle. Był teraz
dorosłym mężczyzną i wyglądał okazale.
Położyła mu rękę na ramieniu i rzekła:
- Pamiętasz, Arne, jak mnie pytałeś, czy sądzę, że jesteś tak dzielny
jak Szymon syn Andrzeja? Otóż chcę ci powiedzieć, zanim się rozstaniemy,
że górujesz nad nim o tyle pięknością i zachowaniem, o ile on dzięki
swemu urodzeniu i bogactwu bardziej jest ceniony przez ludzi, którzy
przywiązują wagę do takich spraw.
- Dlaczego mi to mówisz? - spytał Arne bez tchu.
- Bo brat Edwin powiedział, że powinniśmy dziękować Bogu za Jego dary, a nie być jak owa kobieta, która płakała, ponieważ nie miała dość mis,
kiedy święty Olaf pomnożył jej zapasy. Nie powinieneś więc smucić się
tym, że Bóg nie dał ci tyle bogactw, ile innych darów.
- Czy tylko to masz na myśli? - spytał Arne. A gdy milczała, rzekł: -
Chciałbym wiedzieć, czyś nie myślała, że raczej mnie wolałabyś poślubić
niż tamtego.
- Wolałabym, oczywiście - szepnęła. - Ciebie znam lepiej.
Arne uniósł ją w górę tak, że nogami nie dotykała ziemi. Długo całował
jej twarz, potem jednak postawił ją z powrotem:
- Bóg niech będzie z nami, Krystyno, jakie z ciebie dziecko.
Stała ze zwieszoną głową, ale dłonie trzymała na jego ramionach. Chwycił
ją ze przeguby rąk i ścisnął:
- Teraz dopiero widzę, iż nie wiesz, jak krwawi mi serce, że mam ciebie
stracić, Krystyno. Wszak wyrośliśmy jak dwa jabłka na jednej gałęzi i pokochałem cię, zanim pojąłem, że jednego dnia przyjdzie ktoś obcy i oderwie cię ode mnie. Jak prawdą jest, że Bóg dla nas wszystkich śmierć
poniósł, tak wierzę, że już nigdy od tego dnia nie będę mógł być wesoły.
Krystyna płakała gorzko; uniósł jej głowę i całował.
- Nie mów tak, mój Arne - prosiła go i głaskała.
- Krystyno - rzekł cicho, biorąc ją znowu w ramiona. - Czy nie
wyobrażasz sobie, że mogłabyś twego ojca - Lavrans jest tak dobrym
człowiekiem i nie zmusi cię wbrew twej woli - uprosić, by ci pozwolił
czekać parę lat? Nikt nie wie, czy szczęście nie będzie mi sprzyjać.
Oboje jesteśmy jeszcze tacy młodzi.
- Przecież muszę uczynić tak, jak sobie życzą w domu - rzekła płacząc.
Arnemu teraz także popłynęły łzy.
- Nie wiesz, Krystyno, jak bardzo cię kocham - ukrył twarz na jej
ramieniu. - Gdybyś wiedziała i gdybyś kochała mnie, poszłabyś do
Lavransa i serdecznie go poprosiła.
- Nie mogę - łkała dziewczyna - nigdy nie pokocham jakiegoś mężczyzny
tak, bym się dla niego przeciwstawiła woli rodziców. - Doszukała się
dłońmi jego twarzy pod kveifem i ciężkim, żelaznym hełmem. - Nie płacz
tak, Arne, mój najmilszy przyjacielu.
- Weź to sobie - rzekł po chwili dając jej małą klamrę splecioną ze
srebrnych nitek - i myśl czasami o mnie, bo ja nigdy nie zapomnę ciebie
i mojego smutku.
Było prawie zupełnie ciemno, kiedy Krystyna i Arne się żegnali. Gdy
wreszcie odjechał, stała jeszcze i patrzyła za nim. Żółty blask bił ze
szczeliny między chmurami i światło odbijało się we wgłębieniach, które
ich nogi pozostawiły na błotnistej drodze; było zimno i smutno.
Wyciągnęła chustkę ukrytą na piersiach, otarła zapłakaną twarz,
zawróciła i poszła w kierunku domu. Była przemoczona i zziębnięta, szła
więc szybko.
Po chwili usłyszała, że ktoś idzie za nią. Zlękła się trochę.
Ostatecznie obcy mogli błąkać się po gościńcu nawet w taki wieczór jak
dzisiejszy, a ona miała przed sobą jeszcze spory kawał odludnej drogi;
po jednej stronie wznosiło się spadziste, czarne urwisko, po drugiej
pokryte sosnowym lasem zbocze opadało stromo aż do ołowianoszarej rzeki
w dole. Ucieszyła się zatem, kiedy idący za nią zawołał ją po imieniu;
zatrzymała się i czekała.
Był to długi, chudy człowiek w ciemnej szacie z jaśniejszymi rękawami.
Gdy się zbliżył, ujrzała, że był ubrany po duchownemu i na plecach niósł
pustą sakwę. Poznała Benteina syna Księdza18, jak go zwano: był
synem córki siry Eirika. Natychmiast zauważyła, że jest pijany.
- Tak, tak, jeden odchodzi, drugi przychodzi - rzekł ze śmiechem, gdy
się przywitali. - Właśnie spotkałem Arnego z Brekken i widzę, że
płaczesz. Teraz więc możesz się uśmiechnąć, bo ja wróciłem, wszak i my
byliśmy przyjaciółmi od lat dziecinnych, prawda?
- Zła to zamiana dostać ciebie zamiast niego - rzekła szorstko Krystyna.
Nigdy nie mogła ścierpieć Benteina. - Obawiam się, że niejeden tak
pomyśli. I twój dziad też rad był, że tak dobrze dawałeś sobie radę tam,
w Oslo.
- Ach, tak - rzekł Bentein i parsknął śmiechem. - Dobrzem sobie radził,
mówisz? Tak się tam miałem, Krystyno, jak świnia w pszennym polu i taki
też był koniec, wypędzono mnie z wielkim wrzaskiem. Tak, tak. Mój dziad
niewielką ma pociechę ze swego potomka. Ale cóż ty tak gnasz?
- Zimno mi - rzekła krótko Krystyna.
- A cóż dopiero mnie - powiedział ksiądz. - Nie mam na sobie nic więcej
niż to, co widzisz, płaszcz musiałem sprzedać w Lillehammer na jedzenie
i picie. Ty jednak powinnaś mieć dość ciepła w ciele po pożegnaniu z Arnem... Sądzę, że mogłabyś mnie wziąć pod twoje futro. - Chwycił jej
okrycie, wsunął się pod nie i ramieniem objął ją wpół.
Krystyna była tak oszołomiona jego bezczelnością, że trwało chwilę, nim
ją sobie w pełni uprzytomniła; chciała się wyrwać, ale przytrzymywał
mocno jej okrycie, poza tym było ono spięte mocną srebrną klamrą.
Bentein znów ją objął, chciał ją pocałować i zbliżył usta do jej
podbródka. Próbowała go uderzyć, ale trzymał ją mocno.
- Zdaje mi się, żeś stracił rozum - syknęła broniąc się - jeśli
ośmielisz się mnie tknąć, jakbym była jakąś... to jutro gorzko będziesz
tego żałował, ty łotrze!
- Och, jutro nie będziesz już taka głupia! - rzekł Bentein. Podstawił
jej nogę tak, że upadła w błoto, a ręką zacisnął jej usta, chociaż
bynajmniej nie chciała krzyczeć.
Dopiero teraz pojęła, na co się ważył, ale opanowała ją taka dzika i nieposkromiona wściekłość, że prawie nie czuła strachu; warczała jak
walczące zwierzę i broniła się przed mężczyzną, który gniótł ją do ziemi
tak, że lodowata woda i roztopiony śnieg przenikały przez suknię aż do
rozpalonej skóry.
- Jutro będziesz już na tyle mądra, by milczeć - rzekł Bentein - a gdy
się już nie da ukryć, zwalisz winę na Arnego, w to ludzie prędzej
uwierzą.
Wpakował jej palec w usta. Ugryzła z całej siły, Bentein wrzasnął i puścił ją. Błyskawicznie oswobodziła Krystyna jedną rękę uderzając go w twarz i z całej siły wcisnęła mu kciuk w gałkę oczną; ryknął z bólu i podniósł się na kolana. Zwinnie jak kot wyśliznęła się spod niego,
pchnęła go tak, że upadł na wznak, potem rzuciła się do ucieczki, a błoto pryskało w górę przy każdym jej kroku.
Biegła i biegła nie oglądając się. Słyszała, że Bentein goni za nią, i pędziła, aż serce waliło w piersiach. Jęczała cichutko i rozglądała się
- czyż nigdy nie dobiegnie do Laugarbru? Wreszcie znalazła się w miejscu, gdzie droga wychodziła na pole; ujrzała domy stojące obok
siebie na zboczu i w tejże chwili pojęła, że nie może biec tam, gdzie
jest matka - w takim stanie, zawalana gliną i zwiędłymi liśćmi, w podartej sukni.
Poczuła, że Bentein się zbliża; schyliła się i podniosła dwa wielkie
kamienie. Gdy był już dość blisko, rzuciła je; jeden trafił go i Bentein
się zachwiał. Znów poczęła biec i zatrzymała się dopiero na moście.
Stała drżąca trzymając się mocno poręczy. Pociemniało jej przed oczami i miała wrażenie, że padnie bez przytomności; pomyślała jednak, że Bentein
mógłby nadejść i znaleźć ją. Wstrząsana dreszczami wstydu i rozgoryczenia szła dalej, ale tylko z trudem trzymała się na nogach i czuła, że jej podrapana paznokciami twarz płonie, a grzbiet i ramiona ma
zupełnie potłuczone. Wtedy dopiero przyszły łzy gorące jak ogień.
Życzyła sobie, żeby rzucony przez nią kamień zabił Benteina; chciała
wrócić i skończyć z nim, szukała noża, spostrzegła jednak, że go
zgubiła.
Potem pomyślała, że w domu nie może się tak pokazać. Wpadło jej na myśl,
by iść na Romund. Chciała się poskarżyć sirze Eirikowi.
Lecz ksiądz nie wrócił jeszcze z Jörund. W kuchni zastała Gunhildę,
matkę Benteina; kobieta była sama i Krystyna opowiedziała, jak się z nią
obszedł jej syn. Nie wspomniała jednak, że wyszła z domu, aby się
spotkać z Arnem. Pozostawiła Gunhildę w mniemaniu, że wraca z Laugarbru.
Gunhilda niewiele mówiła, płakała tylko, piorąc i naprawiając odzież
Krystyny. A młoda była tak wzburzona, że nie dostrzegła spojrzeń, które
Gunhilda ukradkiem na nią rzucała.
Gdy Krystyna miała odejść, Gunhilda wzięła okrycie i wyszła z nią na
dwór, ale skierowała się ku stajni. Krystyna spytała, dokąd się udaje.
- Pojadę zobaczyć, co się dzieje z moim synem - odrzekła kobieta. - Czyś
go zabiła kamieniem, czy też żyje jeszcze.
Wydało się Krystynie, że nic na to odpowiedzieć nie może, Gunhilda ma
się tylko postarać, żeby Bentein jak najszybciej znów odjechał i więcej
się jej na oczy nie pokazał. - Inaczej powiem o wszystkim Lavransowi, a wtedy zobaczysz.
Rzeczywiście w niecały tydzień później Bentein udał się na południe;
miał z sobą listy siry Eirika do biskupa Hamaru z prośbą, by biskup
znalazł mu jakieś stanowisko albo też zajął się nim w inny sposób.
7
Pewnego dnia po świętach Bożego Narodzenia przyjechał nieoczekiwanie na
Jörund Szymon syn Andrzeja. Usprawiedliwiał się, że przybył nieproszony
i sam, bez krewnych, ale pan Andrzej bawił z polecenia króla w Szwecji,
on zaś przebywał pewien czas w Dyfrinie, tam jednak były tylko jego małe
siostry i matka, która leżała chora, a że czas się dłużył, przyszła mu
ochota przybyć na Jörund.
Ragnfrida i Lavrans dziękowali mu bardzo, że odbył tak daleką podróż w czasie najsroższej zimy. Im częściej widywali Szymona, tym był im
milszy. Wiedział on dokładnie o wszystkim, co omówione zostało między
Lavransem i Andrzejem, postanowiono więc, że o ile pan Andrzej zdąży na
czas, zrękowiny z Krystyną odbędą się jeszcze przed postem, jeśli zaś
nie, zaraz po Wielkanocy.
Krystyna była cicha i nieśmiała; ilekroć znajdowała się sama ze swym
przyszłym mężem, nie bardzo wiedziała, o czym z nim rozmawiać. Pewnego
wieczora, gdy wszyscy jedli i przepijali do siebie, poprosił ją, by z nim wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. Wtedy to, kiedy stali na ganku
przed górną izbą, objął ją wpół i pocałował. Potem czynił tak nieraz,
gdy byli sami. Nie sprawiało jej to przyjemności, ale pozwalała mu tak
czynić, odkąd wiedziała, że ich zrękowiny są nieodwołalne. Teraz myślała
o swoim weselu jak o czymś, co było nieuniknione, a nie o czymś, czego
pragnęła. A przecież lubiła Szymona, zwłaszcza kiedy mówił z innymi, jej
zaś nie tykał ani się do niej nie odzywał.
Całą jesień była bardzo nieszczęśliwa. Nie pomagało, gdy powtarzała
sobie, że przecież Bentein nic złego jej nie uczynił; mimo to czuła się
załamana.
Już nic nie mogło być jak przedtem, odkąd jakiś mężczyzna ośmielił się
żądać od niej czegoś podobnego. Nocami leżała bezsennie, płonąc ze
wstydu, i daremnie starała się nie myśleć o tym. Czuła znowu ciało
Benteina na swoim jak wówczas, gdy walczyła z nim, czuła jego gorący,
cuchnący piwem oddech - przypomniała sobie z przejmującym dreszczem jego
słowa, że na wypadek, gdyby rzecz się ukryć nie dała, trzeba będzie
zwalić winę na Arnego. Przed jej oczami wirowały obrazy, musiała myśleć
o tym, co mogłoby się stać na skutek tego nieszczęścia... Gdyby ludzie
dowiedzieli się o jej spotkaniu z Arnem... gdyby ojciec i matka mogli tak
o Arnem pomyśleć... a Arne sam! Widziała go jak wtedy, w ów ostatni
wieczór, i czuła, że łamie się przed nim, tylko dlatego, że mogłoby się
tak wydarzyć, iż pociągnęłaby go za sobą w ból i sromotę! Miewała teraz
tak ohydne sny. Słowa takie jak cielesna żądza i pokusa znała do tej
pory jedynie z kościoła i historii świętej, ale nie mówiły jej one
niczego. Teraz stało się dla niej oczywiste, że ona sama i wszyscy
ludzie posiadają grzeszne i pożądliwe ciało, wiążące duszę, skuwające ją
w twarde okowy.
Potem wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby wówczas zabiła albo
oślepiła Benteina. Jedyną ulgą dla niej było pławić się w marzeniach o pomście na tym obrzydłym, ciemnym człowieku, który stał się zmorą jej
myśli. Ale nie na długo to pomagało; w nocy leżała obok Ulvhildy i płakała gorzko, że wbrew jej woli chciano jej zadać taki gwałt. Bentein
osiągnął to, że dziewiczość jej serca została złamana.
W pierwszy dzień po Objawieniu wszystkie kobiety na Jörund zajęte były w kuchni. Ragnfrida i Krystyna pracowały tam także przez większą część
dnia. Późnym wieczorem, gdy niektóre z kobiet sprzątały po pieczeniu,
inne zaś przygotowywały wieczerzę, wpadła jedna z dojarek zawodząc i załamując ręce:
- Jezu, Jezu, czy słyszał kto kiedy o takim nieszczęściu? Arnego nie
żywego wiozą na saniach do domu... Bóg niechaj wesprze Gyrda i Ingę w tej
boleści.
Wszedł człowiek mieszkający nieco niżej w chacie przy drodze, z nim zaś
Halfdan. Obaj spotkali orszak pogrzebowy.
Kobiety obstąpiły ich kręgiem. Krystyna stała z boku, blada i struchlała. Halfdan, stajenny Lavransa, który znał Arnego od czasów
chłopięcych, z płaczem opowiadał:
- To Bentein syn Księdza zabił Arnego. W noworoczny wieczór ludzie
biskupa siedzieli w izbie jezdnych i pili, kiedy nadszedł Bentein; był
on pisarzem u kapelana prebend Bożego Ciała. Ludzie zrazu nie chcieli go
wpuścić, wówczas przypomniał Arnemu, że są z tej samej gminy. Arne
zezwolił mu usiąść obok siebie i pili razem. Potem jednak wybuchła
między nimi kłótnia. Arne tak gwałtownie się uniósł, że Bentein chwycił
nóż ze stołu i pchnął nim Arnego kilka razy w szyję i w pierś. Arne
skonał prawie natychmiast.
Biskup wziął sobie to nieszczęście bardzo do serca; sam zajął się
zwłokami i polecił swoim ludziom odwieźć je do domu. Benteina kazał skuć
w kajdany i wyklął go z Kościoła; jeżeli zbrodniarz dotąd jeszcze nie
wisi, na pewno zostanie powieszony.
Halfdan musiał to powtarzać każdemu nowo wchodzącemu. Lavrans i Szymon
także weszli do kuchni, zauważywszy na dziedzińcu niepokój i podniecenie. Lavrans był ogromnie wzburzony; rozkazał osiodłać swego
konia, chciał bowiem natychmiast jechać do Brekken. Gdy wychodził, wzrok
jego padł na białą twarz Krystyny.
- Może chcesz jechać ze mną? - spytał. Krystyna zawahała się i wzdrygnęła, ale potem skinęła głową, nie mogąc słowa z siebie wydobyć.
- Czy nie za zimno dla niej? - rzekła Ragnfrida. - Wszak jutro będzie
nocna stróża, więc i tak wszyscy się tam wybierzemy.
Lavrans spojrzał na żonę, dostrzegł też oblicze Szymona. Podszedł ku
Krystynie i ujął ją za ręce.
- Nie zapominaj o tym, że wychowywali się razem - rzekł. - Może zechce
pomóc Indze w złożeniu zwłok na marach.
I choć serce Krystyny ściskała rozpacz i trwoga, jednak poczuła gorącą
wdzięczność dla ojca za te słowa.
Ragnfrida życzyła sobie, by naprzód wieczerzali, jeżeli Krystyna ma z nimi jechać. Chciała im także dać dary dla Ingi: nowe płócienne
prześcieradło, woskowe świece i świeżo upieczony chleb. Mieli też
powiedzieć Indze, że sama przyjdzie i pomoże w obrzędzie pogrzebowym.
Mało jedzono, ale za to wiele rozmawiano w izbie, a tymczasem wieczerza
stygła na stole. Jeden przypominał drugiemu o dopustach, jakie Bóg zsyła
na Gyrda i Ingę. Dwór ich zniszczyły lawiny i powodzie, a wszystkie
starsze dzieci poumierały, tak że rodzeństwo Arnego było jeszcze
maleńkie. Teraz szczęściło się im od kilku lat, odkąd biskup osadził na
Finsbrekken Gyrda jako swego pełnomocnika, a dzieci, które się uchowały,
wyrastały pięknie i obiecująco. Lecz matka lubiła Arnego nad wszystkie.
Żałowano też siry Eirika, który był szanowany i lubiany. Ludzie w gminie
byli dumni z niego, był uczony i dzielny, i przez cały czas, jak tu był
proboszczem, nie opuścił ani jednego święta, ani jednej mszy, ani jednej
kościelnej powinności, do której był zobowiązany. W młodości był
żołnierzem Alfa Tornbergu, nieszczęście jednak chciało, że zabił
jakiegoś człowieka dostojnego rodu, po czym schronił się do biskupa w Oslo; ten zaś widząc, jak wielkie zdolności do nauki posiada Eirik,
przyjął go do szkoły dla duchownych. I gdyby nie to, że jeszcze ciągle
miał wrogów z powodu dawnego zabójstwa, na pewno nie siedziałby wiecznie
w tym małym kościółku. Bądź co bądź był ogromnie zachłanny na pieniądze,
i to zarówno gdy chodziło o jego kiesę, jak i o kościół. W istocie
kościół wyposażony był teraz we wszelkie paramenty i księgi. Potomstwo
księdza zaś nie było udane i sprowadzało nań tylko zmartwienia i troski.
Po wiejskich gminach ludzie uważali za nierozsądne, by księża żyli jak
mnisi, potrzebowali przecież na swych dworach pomocy kobiecej, żeby mógł
ich kto zaopatrywać na długie i trudne podróże, jakie musieli odbywać w każdą pogodę po swej parafii. Ludzie pamiętali dobrze nie takie dawne
czasy, kiedy w Norwegii księża byli żonaci. Toteż nikt nie uważał za
zbyt ciężką przewinę, że sira Eirik miał troje dzieci z gospodynią,
która służyła u niego za młodu. Tego wieczora jednak mówili, że wygląda
na to, jakby Bóg chciał ukarać Eirika za życie w nierządzie, dlatego
tyle utrapień ma z dziećmi i wnukami. Niektórzy zaś mniemali, że tkwi w tym słuszna myśl, iż ksiądz nie powinien mieć żony ni dzieci - teraz
bowiem wynikną na pewno swary i wrogość między kapłanem a ludźmi z Finsbrekken; dotychczas żyli z sobą w największej przyjaźni.
Szymon syn Andrzeja wiedział niejedno o prowadzeniu się Benteina w Oslo
i opowiadał o nim. Bentein został pisarzem u proboszcza kościoła
Mariackiego i uchodził za zgrabnego chłopca. Kobiety były mu przychylne,
miał te osobliwe oczy, poza tym usta mu się nie zamykały. Niektóre miały
go za pięknego mężczyznę - przeważnie te, które uważały się za zdradzane
przez mężów, a także młode dziewczęta, lubiące, aby mężczyźni byli wobec
nich śmiali i swobodni. Szymon śmiał się - wszak rozumieją, prawda? Otóż
Bentein był bardzo chytry, nigdy zbytnio nie zbliżał się do tych kobiet,
obcował z nimi tylko na gębę. Wskutek tego mówiono o nim, że jest
skromnisiem. Stało się jednak tak, że król Haakon, będąc sam panem
bardzo pobożnym i surowych obyczajów, chciał także swoich ludzi utrzymać
w karbach i należytej karności, przynajmniej młodych; nad starszymi nie
miał mocy. I zdarzyło się, że ksiądz z orszaku króla dowiedział się o wszystkich gałgaństwach, które młodzi chłopcy w tajemnicy wymyślali i wyprawiali - o pijatykach, hazardowej grze, hulankach i tym podobnych
sprawkach - i wartogłowy musiały spowiadać się i pokutować; dostali
ostre upomnienie, nawet dwóch czy trzech wypędzono. Wtedy to wyszło na
jaw, że właśnie ów lis Bentein był tym, który po kryjomu uczęszczał do
szynku i gorszych jeszcze domów; on to spowiadał dziewki i udzielał im
absolucji.
Krystyna siedziała obok matki i usiłowała jeść, by nikt nie dostrzegł,
co się z nią dzieje, lecz ręka jej drżała tak, że za każdym łykiem
rozlewała z łyżki trochę zupy, a język zupełnie zesztywniał, nie mogła
przełknąć ani kęsa chleba. Gdy jednak Szymon zaczął opowiadać o Benteinie, musiała przestać udawać, że je; trzymała się mocno rękami
ławy, strach i przerażenie ogarnęły ją do tego stopnia, że dostała
zawrotu głowy. On to przecież ją właśnie... Bentein i Arne, Bentein i Arne... Chora z niecierpliwości czekała, rychło skończą jeść. Tęskniła za
tym, by ujrzeć Arnego, jego piękną głowę, by móc uklęknąć i opłakiwać
go, i zapomnieć o wszystkim innym.
Matka ucałowała ją i pomogła nałożyć ciepłe okrycie. Krystyna nie była w tym czasie przyzwyczajona do pieszczot matki; poczuła ulgę, przez chwilę
oparła głowę na ramieniu Ragnfridy, jednakże płakać nie mogła.
Gdy wyszła na dziedziniec, ujrzała, że jeszcze inni mają jechać z nimi:
Halfdan, Jon z Laugarbru, Szymon i jego pachołek. Sprawiło jej
niesłychany ból, że ci dwaj obcy będą przy tym.
Tego wieczora było bardzo zimno i śnieg skrzypiał pod nogami; gwiazdy
migotały gęsto niby szron na czarnym niebie. Ujechawszy kawałek
posłyszeli krzyki, nawoływania i szalony tętent kopyt od południa; nieco
wyżej dopędziła ich cała gromada i pognała mimo nich, aż zadźwięczały
metalowe części uprzęży i uderzył ku nim zapach spotniałych,
oszronionych koni. Halfdan krzyknął w stronę dzikiego zastępu - byli to
młodzi ludzie z dworów na południu doliny, którzy święcili jeszcze Boże
Narodzenie i wyjechali wypróbować konie. Niektórzy, spici na umór,
pocwałowali z rykiem, uderzając w tarcze. Niektórzy pojęli słowa
Halfdana, opuścili gromadę, uciszyli się i przyłączyli do orszaku
Lavransa szepcząc z ludźmi w tylnym szeregu.
Jechali dalej, aż ujrzeli Finsbrekken na wzgórzu po drugiej stronie
potoku Sil. Jasno było między domami - w środku dziedzińca ludzie
zatknęli w świeży kopiec smolne pochodnie i czerwony blask pełgał po
białym zboczu, a ciemne belkowanie domów wyglądało jakby pomazane świeżą
krwią. Mała siostrzyczka Arnego stała na dworze i tupała nóżkami, ręce
skrzyżowała pod okryciem. Krystyna ucałowała zapłakane, zmarznięte
dziecko. Serce jej ciążyło jak kamień i zdawało jej się, że nogi ma z ołowiu, gdy wchodziła po schodach na piętro, gdzie go złożono na marach.
Śpiew i blask wielu płonących świec uderzyły ją w drzwiach. W środku
izby położono na kozłach dyle i na nich ustawiono nakrytą całunem
trumnę, w której ludzie biskupa przywieźli go do domu. U wezgłowia stał
młody ksiądz z księgą w ręku i śpiewał; naokoło klęczeli ludzie z twarzami ukrytymi w grubych płaszczach.
Lavrans zapalił świecę od jednej z tych, które się już paliły, umocował
ją na desce i przyklęknął. Krystyna chciała też tak uczynić, ale nie
mogła postawić świecy; wówczas Szymon wziął świecę i pomógł jej. Dopóki
ksiądz czytał, wszyscy klęczeli i powtarzali jego słowa; gęste kłęby
pary unosiły się koło ich ust. Tu na górze było lodowate zimno.
Gdy ksiądz zamknął księgę i ludzie podnieśli się - sporo ich już się
zebrało - Lavrans podszedł do Ingi. Wpatrzyła się w Krystynę i zdawała
się nie słuchać słów Lavransa, stała bez ruchu i trzymała ofiarowane jej
przez niego dary tak, jak gdyby nie czuła, że ma coś w ręce.
- Toś ty także przyszła, Krystyno? - powiedziała dziwnym wymuszonym
głosem. - Pewno chciałabyś wiedzieć, jak mój syn do mnie wrócił?
Odstawiła parę świec na bok, chwyciła Krystynę drżącą ręką za ramię, a drugą ściągnęła całun z oblicza zmarłego.
Było żółte jak glina, nieco uchylone wargi koloru ołowiu odsłaniały,
jakby w drwiącym uśmiechu, proste, wąskie i białe zęby. Pod długimi
rzęsami widniały zgaszone śmiercią oczy, a na policzkach kilka
sino-czarnych plam, nie wiadomo, czy znaki uderzeń, czy plamy
pośmiertne.
- Może chcesz go pocałować? - spytała Inga jak poprzednio i Krystyna
posłusznie nachyliła się i przycisnęła usta do twarzy zmarłego. Była ona
wilgotna, jakby zroszona, i zdawało się Krystynie, że czuje trupi
zapach; w gorącu świec ciało zaczynało powoli tajać.
Krystyna klęczała nadal z rękami na trumnie, gdyż nie miała sił powstać.
Inga uchyliła jeszcze bardziej całun, tak że można było widzieć szerokie
cięcie zadane nożem ponad obojczykiem. Potem zwróciła się do ludzi i rzekła drżącym głosem:
- Wierutne widać kłamstwo, że rana zmarłego krwawi, gdy go dotknie ten,
kto jest winien jego śmierci. Mój syn jest teraz zimniejszy i mniej
piękny aniżeli wówczas, gdy po raz ostatni spotkałaś się z nim tam, w dole, na gościńcu. Niechętnie go teraz całujesz, jak widzę; ale
słyszałam, żeś przedtem nie gardziła jego ustami.
- Ingo - rzekł Lavrans występując naprzód - czyś niespełna zmysłów, czy
mówisz w szaleństwie?
- Tak, wy tam, na Jörund, jesteście takimi dzielnymi i dostojnymi ludźmi
- tyś był zbyt możny, Lavransie synu Björgulfa, aby mój syn choćby w myśli ośmielił się starać, jak przystoi, o rękę Krystyny. Ona sama pewno
też uważała, że jest na to za dobra. Ale na to nie była za dobra, by
latać za nim po nocy na gościńcu i bawić się z nim w krzakach w ten
wieczór, kiedy miał odjeżdżać... Spytaj sam, to zobaczymy, czy się odważy
zaprzeczyć, czemu Arne leży tu nieżywy. Ona sprawiła to swoją rozpustą.
Lavrans nie pytał; zwrócił się do Gyrda.
- Musisz uspokoić żonę, ona oszalała.
Lecz Krystyna uniosła białą twarz i w rozpaczy rozejrzała się wkoło.
- Spotkałam się z Arnem w ten ostatni wieczór, gdyż prosił mnie o to.
Ale nie zaszło między nami nic zdrożnego. - Zdawało się, że skupia się i teraz dopiero zaczyna rozumieć. Zawołała głośno: - Nie wiem, co masz na
myśli, Ingo. Oczerniasz wszak Arnego, który tu leży... Nigdy nie usiłował
on mnie skusić ani zwabić.
Lecz Inga wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Nie, Arne nie! Ale ksiądz Bentein - ten nie pozwolił na to, byś z nim
igrała. Zapytaj Gunhildy, Lavransie, która zmywała błoto z pleców twojej
córki, i zapytaj każdego, kto w noworoczny wieczór siedział w izbie
jezdnych biskupa, kiedy to Bentein wyszydzał Arnego, ponieważ puścił ją
i głupca z siebie zrobił. Benteina jednak wzięła pod swoje futro i poszła z nim w stronę domu, i chciała tak samo się pobawić.
Lavrans chwycił ją za ramię i położył jej rękę na ustach.
- Wyprowadź ją, Gyrdzie. Hańbą jest, że to mówisz nad zwłokami tego
dobrego chłopca. Ale gdyby nawet wszystkie twoje dzieci leżały tu na
marach, to przecież nie zniosę tego, byś oczerniała moje! Ty, Gyrdzie,
odpowiesz mi za to, co mówi ta szalona.
Gyrd wziął żonę i chciał ją wyprowadzić, zwrócił się jednak do Lavransa:
- To prawda, że Arne i Bentein mówili o Krystynie wtedy, gdy mój syn
stracił życie. Zrozumiałe jest, żeś ty nic o tym nie słyszał, ale
jesienią opowiadano tu, w dolinie...
Szymon uderzył mieczem w najbliżej stojącą skrzynię:
- Nie, zacni ludzie, musicie wreszcie o czymś innym gadać przy zwłokach,
nie o mojej narzeczonej. Księże, czyż nie możecie utrzymać tych ludzi w ryzach, by się tu wszystko odbyło, jak nakazuje zwyczaj?
Ksiądz - Krystyna zobaczyła teraz, że był nim najmłodszy syn dziedzica
na Uldsvolden, który na Boże Narodzenie przybył do domu - otworzył
księgę i stanął przy katafalku. Lecz Lavrans zawołał, że ci, którzy
mówili źle o jego córce, muszą odwołać swoje słowa, kimkolwiek są, a Inga krzyknęła:
- Tak, zabij mnie, Lavransie, ty, któryś mi zabrał całą moją radość i pociechę, i wypraw jej wesele z tym rycerskim synem, ale ludzie dobrze
wiedzą, że była ona nałożnicą Benteina wtedy na gościńcu. Masz - rzuciła
Krystynie przez trumnę prześcieradło wręczone jej przez Lavransa. - Nie
potrzebuję płótna Ragnfridy, by pogrzebać Arnego w ziemi! Zrób sobie z niego czepek małżeński albo schowaj je sobie, byś miała w co owinąć
twojego bękarta - i idź stąd, idź do Gunhildy i pomóż jej płakać nad
powieszonym chłopcem.
Lavrans, Gyrd i ksiądz chwycili Ingę. Szymon chciał podnieść Krystynę,
która wciąż jeszcze klęczała przy zwłokach. Nagle odsunęła gwałtownie
jego ramię, uniosła się na kolanach i głośno zawołała:
- Boże, Zbawco mój, pomóż mi, to nieprawda!
Wyciągnęła rękę i trzymała ją nad płomieniem najbliżej stojącej świecy.
Naprzód zdawało się, że płomień kurczy się i ugina... Krystyna uczuła oczy
wszystkich zwrócone na siebie - miała wrażenie, że to trwa bardzo długo.
Naraz poczuła palący ból w dłoni i z przeraźliwym krzykiem runęła na
wznak na ziemię.
Wydawało jej się, że popadła w omdlenie, czuła jednak, że Szymon i ksiądz ją podnoszą. Inga coś krzyczała. Ujrzała przerażoną twarz ojca i posłyszała, jak ksiądz woła, że tej próby nie należy liczyć: nie wolno
Boga w ten sposób wzywać na świadka. Potem Szymon zniósł ją po schodach.
Pachołek jego pobiegł do stajni i wkrótce Krystyna, jeszcze na pół
przytomna, siedziała przed Szymonem w siodle, otulona jego okryciem.
Dojeżdżali już prawie na Jörund, kiedy Lavrans ich dognał. Reszta
orszaku pędziła za nimi.
- Nie mów nic matce - rzekł Szymon zsadzając ją z konia przed drzwiami
domu. -Już dosyć szalonego gadania słyszeliśmy tego wieczoru; nie
dziwota, żeś w końcu i ty straciła rozum.
Ragnfrida nie spała jeszcze, kiedy wrócili, i pytała, co się działo
podczas czuwania. Szymon zabrał głos i opowiadał za wszystkich. Owszem,
świeciło się wiele świec i było wielu ludzi. Tak jest, był jakiś ksiądz
- Tormod z Uldsvolden; o sirze Eiriku słyszał, że zaraz z wieczora udał
się do Hamaru, w ten sposób można było ominąć trudności z obrzędem
pogrzebowym.
- Musimy coś dać, aby odprawić mszę za chłopca - rzekła Ragnfrida. - Bóg
niech będzie łaskaw Indze, ciężko została doświadczona ta zacna, dzielna
kobieta.
Lavrans wpadł w ton poddany przez Szymona; wnet potem Szymon rzekł, że
czas, by już wszyscy udali się na spoczynek, gdyż Krystyna jest zmęczona
i smutna.
Gdy tylko Ragnfrida zasnęła, Lavrans narzucił na siebie jakąś szatę,
podszedł do łoża córek i usiadł na nim. W ciemności odszukał rękę
Krystyny i rzekł bardzo łagodnie:
- Teraz powiedz mi, dziecko, co z gadania Ingi jest prawdą, a co
kłamstwem.
Łkając opowiedziała Krystyna o wszystkim, co się zdarzyło tego wieczoru,
kiedy Arne odjeżdżał do Hamaru. Lavrans niewiele się odzywał. Krystyna
przysunęła się więc bliżej do niego, zarzuciła mu ramiona na szyję i cicho zawodziła:
- Pomimo wszystko winna jestem śmierci Arnego. To prawda, co mówiła
Inga.
- Wszak Arne sam prosił, byś się z nim spotkała - rzekł Lavrans i naciągnął derkę na nagie ramiona córki. - Nierozsądnie było z mojej
strony, żem pozwolił wam tak wiele razem przebywać, lecz sądziłem, że
chłopak był roztropniejszy. Nie chcę was oskarżać, rozumiem dobrze, że
ciężko ci to dźwigać. Chociaż nigdy nie przypuszczałem, że któraś z moich córek popadnie w niesławę tu, w dolinie... Naprawdę, ciężko będzie
twojej matce, gdy się o tym dowie. Żeś jednak poszła z tym do Gunhildy,
nie do mnie, to było tak niemądre, że nie pojmuję, jak mogłaś się tak
głupio zachować.
- Nie mogę tu pozostać - rzekła z płaczem Krystyna - nie będę śmiała
odtąd żadnemu człowiekowi spojrzeć w oczy. A potem to całe zmartwienie,
które mają przeze mnie ludzie na Finsbrekken i Romund.
- Tak jest - rzekł Lavrans - już oni będą musieli dbać o to, Gyrd, a także sira Eirik, by pogrzebać te łgarstwa o tobie i Arnem. Zresztą
Szymon syn Andrzeja najlepiej potrafi cię obronić - mówił głaskając ją w ciemności. - Czy nie uważasz, że postąpił w tej sprawie rozumnie i pięknie?
- Ojcze - Krystyna przytuliła się do niego i prosiła serdecznie i trwożnie - poślij mnie do klasztoru, ojcze. Błagam, wysłuchaj mnie... Już
dawno myślałam o tym; być może, Ulvhilda wyzdrowieje, gdy ja pójdę
zamiast niej. Czy przypominasz sobie trzewiki z perłami, które tego lata
wyszywałam dla niej? Poraniłam sobie przy tym ręce tak mocno na ostrych
złotych nitkach, że krwawiły... siedziałam i szyłam, gdyż ciągle myślałam,
że to źle z mojej strony, że nie dość kocham siostrę, by sama zostać
zakonnicą i pomóc jej w ten sposób... Arne pytał mnie kiedyś o to. Gdybym
wówczas powiedziała "tak", nie doszłoby do tego wszystkiego.
Lavrans potrząsnął głową.
- Teraz połóż się - rozkazał. - Sama nie wiesz, co mówisz, biedne
dziecko. Staraj się zasnąć.
Lecz Krystyna leżała bezsennie i czuła ból w oparzonej ręce, a gorycz i rozpacz nad własnym losem szalały w jej sercu. Gdyby była
najgrzeszniejszą kobietą, nie mogłoby spotkać jej nic gorszego; na pewno
wszyscy w to uwierzą - nie, nie może, nie może dłużej pozostać w dolinie. Przerażenie za przerażeniem wzbierało w niej; gdy się matka
dowie... krew jest między nimi a kapłanem ich parafii, nieprzyjaźń między
wszystkimi dokoła, którzy, jak długo żyła, byli jej przyjaciółmi.
Najgorszy, najdokuczliwszy lęk ogarnął ją jednak na myśl o Szymonie i o tym, jak ją zabrał i uprowadził stamtąd, jak się za nią ujął i rozporządził nią, jak gdyby już była jego własnością. Ojciec i matka
pozwalali mu tak się zachowywać, jakby należała już raczej do niego niż
do nich.
Potem stanęła jej przed oczyma twarz Arnego, zimna i okropna.
Przypomniała sobie, że gdy ostatnio opuszczała kościół, zobaczyła
otwarty grób, czekający na nieboszczyka. Rozbite grudki ziemi leżały na
śniegu, twarde, zimne i szare jak żelazo... Tam oto zaprowadziła Arnego.
Nagle przypomniał jej się pewien letni wieczór sprzed wielu lat. Stała
na ganku w Finsbrekken przed tą samą izbą, w której teraz przeznaczenie
powaliło ją na ziemię. Arne z paroma jeszcze chłopcami bawił się piłką
na dziedzińcu i piłka poleciała aż na ganek. Ukryła ją za plecami i nie
chciała oddać, gdy Arne przybiegł po nią; chciał zabrać piłkę siłą -
mocowali się na ganku i w spichlerzu pomiędzy skrzyniami; wiszące
skórzane wory z odzieżą biły ich po głowach, gdy uderzali o nie podczas
walki. Śmiali się i hałasowali.
I zdało się jej, iż dopiero teraz pojęła jasno, że Arne nie żyje i że
nigdy nie ujrzy jego pięknej, silnej twarzy i nie poczuje ciepła jego
rąk. Dziecinna i bez serca, nigdy nie pomyślała o tym, jak straszna była
dla niego jej utrata. Płakała z rozpaczy, pewna, że zasłużyła na swoje
nieszczęście. Potem jednak pomyślała znowu o wszystkim, co ją czeka, i płakała, gdyż to, co jeszcze miało spaść na nią, wydawało jej się zbyt
ciężką karą.
Szymon pierwszy opowiedział Ragnfridzie, co się wydarzyło poprzedniego
wieczora podczas nocnego czuwania w Brekken. Nie dodał nic więcej, niż
było konieczne. Ale Krystyna, udręczona smutkiem i bezsenną nocą,
poczuła do niego niezrozumiałą zupełnie urazę, ponieważ mówił o tym w ten sposób, jak gdyby nic okropnego się nie stało. Poza tym wielką
niechęć budziło w niej to, że rodzice pozwalali Szymonowi zachowywać się
tak, jakby był panem domu.
- Ty przecież nie wierzysz w nic z tego, Szymonie? - spytała z obawą
Ragnfrida.
- Nie - odrzekł Szymon. - I nie sądzę, by ktokolwiek w to uwierzył.
Wszak każdy tutaj zna was i dziewczynę, i tego Benteina. Ale tu, w tej
odległej dolinie, niewiele się dzieje, o czym by można mówić, toteż
prawdopodobnie ludzie nie dadzą sobie wyrwać tego tłustego kąska. My
jednak pokażemy im, że dobre imię Krystyny jest za delikatną strawą dla
tej zgrai chłopów. Tylko źle się stało, że tak łatwo przestraszyła się
brutalności Benteina i nie poszła od razu do was albo do siry Eirika;
sądzę, że ten dziwkarski ksiądz zaraz by zapewnił, że nic więcej tam nie
było, tylko niewinny żart, gdybyś ty, Lavransie, z nim pogadał.
Rodzice oświadczyli, że Szymon ma słuszność. Krystyna jednak poczęła
krzyczeć i tupać nogą:
- Powalił mnie przecież na ziemię, sama nie wiem, co robił ze mną, byłam
nieprzytomna, nie pamiętam nic. Wszystko, co wiem, to to, że łatwo mogło
być tak, jak powiada Inga. Od tego czasu ani dnia nie byłam radosna i wesoła.
Ragnfrida krzyknęła i załamała ręce. Lavrans zerwał się, nawet Szymon
zmienił się na twarzy; spojrzał bystro na Krystynę, podszedł do niej i podniósł jej podbródek. Potem uśmiechnął się:
- Niech Bóg ma cię w swojej opiece, Krystyno, już byś ty pamiętała,
gdyby on ci co złego uczynił. Nic dziwnego, żeś smutna i że ci markotno
od tego nieszczęsnego wieczora, kiedy się tak strasznie przelękłaś. Ona
- zwrócił się ku innym - która do tej pory przywykła jedynie do dobroci
i życzliwości. Toć przecie każdy człowiek dobrej woli i nieprzewrotny
może widzieć po jej oczach, że jest dziewicą.
Krystyna popatrzyła w małe, nieustraszone oczy narzeczonego. Wyciągnęła
ręce, chciała go uścisnąć. Wtedy odezwał się znowu:
- Nie myślże, Krystyno, że nie potrafisz zapomnieć o tym. Nie mam
zamiaru tak się zasiedzieć z tobą na Formo, żebyś nigdy nie wyszła poza
tę dolinę. Niczyj włos ani myśli nie mają tej samej barwy w deszczu co
przy pogodzie - mawiał stary król Sverre, gdy zarzucano
Birkebeinom19, że w szczęściu zanadto chleb ich rozpiera.
Lavrans i Ragnfrida uśmiechnęli się: radzi słuchali młodego człowieka,
mówiącego mądrze niby stary biskup. Szymon ciągnął dalej:
- Nie wypada, bym ciebie, który masz zostać moim świekrem, pouczał, ale
jednak to przynajmniej ośmielę się powiedzieć, że my, jak i moje
rodzeństwo, surowiej byliśmy chowani; nie wolno nam było tak jak
Krystynie swobodnie zadawać się z czeladzią. Matka moja zwykle mówiła,
że kto bawi się z dziećmi służby, tego w końcu obłażą wszy - i trochę
prawdy jest w tych słowach.
Lavrans i Ragnfrida zamilkli. Krystyna odwróciła się, a chęć uściskania
Szymona Darre, jaką czuła przed chwilą, odeszła ją zupełnie.
W południe Lavrans i Szymon wzięli narty i wyszli, by obejrzeć ustawione
w lesie paści. Pogoda była teraz piękna, niemroźna i słońce świeciło.
Obaj mężczyźni czuli się dobrze z dala od smutku i płaczu w domu i szli
coraz wyżej aż poza górną granicę drzew.
Odpoczęli w słońcu pod skałą, jedli i pili, potem Lavrans opowiadał
trochę o Arnem - obiecywał sobie wiele po tym chłopcu. Szymon wtórował
mu, chwalił zmarłego i powiedział, że nie wydaje mu się bynajmniej
dziwne, że Krystyna smuci się po towarzyszu młodości. Wtedy Lavrans
rzekł, że nie powinno się nalegać na nią, tylko dać jej nieco czasu, by
wróciła do spokoju, zanim odprawią zrękowiny. Wspomniał o tym, że
chętnie poszłaby na jakiś czas do klasztoru.
Szymon podniósł się i gwizdnął przez zęby.
- Nie wydaje ci się to słuszne? - zapytał Lavrans.
- Owszem, owszem - rzekł tamten prędko. - To w istocie najlepsza rada,
drogi teściu. Oddaj ją na rok do sióstr w Oslo, niechże pozna, jak
ludzie w świecie mówią o sobie nawzajem. Znam ja parę dziewic, które tam
są - rzekł ze śmiechem. - Te na pewno nie umierałyby z rozpaczy o to, że
dwóch szaleńców na śmierć się przez nie pobiło. Nie życzyłbym sobie
takiej właśnie za żonę, ale nie sądzę, żeby było ze szkodą dla Krystyny,
gdy pozna nowych ludzi.
Lavrans spakował resztę żywności i rzekł nie podnosząc oczu:
- Kochasz Krystynę, zdaje mi się.
Szymon roześmiał się i nie patrząc na Lavransa rzekł:
- Możesz wierzyć, że jest mi droga... I ty także - dodał szybko i krótko.
Wstał i wziął narty. - Nie spotkałem żadnej, którą bym chętniej pojął za
żonę.
Niedługo przed Wielkanocą, kiedy trzymała się jeszcze sanna w dolinie i na jeziorze Mjös, udała się Krystyna po raz wtóry na południe. Szymon
przybył na Jörund, by odprowadzić ją do klasztoru, wybrała się więc w podróż z ojcem i narzeczonym; jechała w saniach, otulona w futra, a za
nimi jechali pachołkowie i sanie wiozące skrzynie z jej odzieżą i darami, z żywnością i futrami dla ksieni i sióstr.