Krystyna córka Lavransa - Sigrid Undset

Kup ebooka

129.90 zł
102.89 zł (90,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. Wianek

II

Wia­nek

1

Pew­nej nie­dzieli ran­kiem, gdzieś w końcu kwiet­nia, łódź Aasmunda syna Björgulfa okrą­żała cypel Hovedö; dzwo­niły dzwony w kościele klasz­tor­nym i odpo­wia­dał im przez zatokę dźwięk dzwo­nów z mia­sta to sła­biej, to znowu moc­niej, zależ­nie od siły wia­tru.

Wysoko roz­pi­nało się błę­kit­no­białe niebo z jasnymi, postrzę­pio­nymi chmur­kami, pędzo­nymi wia­trem, a blask słońca drżał nie­spo­koj­nie na pomarsz­czo­nej wodzie. Wzdłuż wybrzeży wszystko było wio­śniane, pola nie­mal wolne od śniegu, na krze­wach leżały nie­bie­skie cie­nie i żół­tawy połysk. Lecz wyżej, w jodło­wym lesie, oka­la­ją­cym niby rama dwory na Aker, widać jesz­cze było śnieg, a na dale­kich górach na zacho­dzie z dru­giej strony fiordu poły­ski­wało dużo bia­łych plam.

Kry­styna stała na dzio­bie łodzi z ojcem i Gyridą, żoną Aasmunda. Zapa­trzyła się na mia­sto, gdzie jasne kościoły i kamienne domy wzno­siły się wysoko ponad stło­czo­nymi sza­ro­bru­nat­nymi sadami i gołymi koro­nami drzew. Wiatr igrał w połach jej płasz­cza i wyszar­py­wał włosy spod czepka.

Na Skog wypusz­czono poprzed­niego dnia bydło na pastwi­ska, i znowu poczuła Kry­styna wielką tęsk­notę za Jörund. Jesz­cze wiele wody upły­nie, nim tam, w górach, będą mogli wypu­ścić bydło - tkli­wie i współ­czu­jąco tęsk­niła za wychu­dłymi zimą kro­wami w ciem­nych obo­rach; jesz­cze długo będą musiały cze­kać i mieć cier­pli­wość. Matka, Ulvhilda, która przez te wszyst­kie lata co noc spała w jej ramio­nach, mała Ram­borga - tak bar­dzo tęsk­niła za nimi; tęsk­niła za wszyst­kimi ludźmi w domu, za końmi, psami, za Kor­te­li­nem, który pod­czas jej nie­obec­no­ści miał nale­żeć do Ulvhildy, za soko­łami ojca, które z zakap­tu­rzo­nymi gło­wami sie­działy na żerd­kach; pomy­ślała też o ręka­wi­cach z koń­skiej skóry, które wkła­dano bio­rąc sokoły na rękę, i o lasecz­kach z kości sło­nio­wej, któ­rymi je dra­pano.

Zda­wało jej się, jakoby całe zło tej zimy odsu­nęło się w dal, i wspo­mi­nała swoje rodzinne strony tylko takimi, jakimi były przed­tem. Powie­dziano jej zresztą, że nikt we wsi nie myślał tak źle o niej. Rów­nież sira Eirik nie wie­rzył w to; był gniewny i stro­skany tym, co zro­bił Ben­tein. Ten zaś zdo­łał uciec z Hamaru; mówiono, że zbiegł do Szwe­cji. Nic więc tak okrop­nego, o co się naj­bar­dziej bała, nie leżało mię­dzy nimi a sąsiedz­kim dwo­rem.

Pod­czas podróży bawili w gości­nie w domu Szy­mona; poznała jego matkę i rodzeń­stwo, rycerz Andrzej bawił jesz­cze w Szwe­cji. Nie podo­bało jej się tam, a nie­chęć do ludzi z Dyfrina była tym sil­niej­sza, im bar­dziej Kry­styna zda­wała sobie sprawę, że nie ma ku niej żad­nej uza­sad­nio­nej przy­czyny. Przez całą drogę w tamtą stronę mówiła sobie, że rodzina Szy­mona naprawdę nie ma powodu pysz­nić się i uwa­żać za lep­szą od rodu Lavransa; nikt nie sły­szał ni­gdy o Bir­ke­be­inie Reida­rze Darre, zanim król Sverre dał mu za żonę wdowę po wasalu na Dyfri­nie. Ale też by­naj­mniej nie zadzie­rali nosa i sam Szy­mon pew­nego wie­czora opo­wia­dał o tym swoim przodku: - Tyle tylko mogłem się wywie­dzieć o nim, że wyra­biał grze­bie­nie, wej­dziesz więc w kró­lew­ski ród20, Kry­styno - powie­dział. - Strzeż swego języka, synu - rze­kła matka, ale wszy­scy się roze­śmiali. Tak strasz­li­wie smutno jej było, gdy myślała o ojcu. Śmiał się gło­śno, ile­kroć Szy­mon dał ku temu naj­mniej­szy powód, i prze­czu­cie jej mówiło, że ojciec chęt­nie może śmiałby się wię­cej w swym życiu. Nie mogła jed­nak znieść tego, że ojciec tak bar­dzo lubi Szy­mona.

Przez Wiel­ka­noc wszy­scy bawili na Skog. Zauwa­żyła, że jej stryj był suro­wym gospo­da­rzem dla cze­la­dzi; ten i ów pytał o jej matkę i mówił ze wzru­sze­niem o Lavran­sie - lepiej im się wio­dło, kiedy on tutaj miesz­kał. Matka Aasmunda, maco­cha Lavransa, miała na dwo­rze osobny dom dla sie­bie; nie była jesz­cze zbyt stara, ale cho­ro­wita i słaba. Lavrans rzadko tylko mówił w domu o niej. Raz, kiedy go zapy­tała, czy miał złą maco­chę, ojciec odrzekł: "Nie­wiele ona dla mnie zro­biła dobrego czy złego".

Kry­styna chwy­ciła rękę ojca, on zaś uści­snął jej dłoń.

- Już ty się roz­we­se­lisz, moja córko, u czci­god­nych sióstr. Coś innego będziesz tam miała do roboty jak tęsk­nić za domem.

Pły­nęli tak bli­sko mia­sta, że woń dzieg­ciu i solo­nych ryb nio­sła się od przy­stani aż do nich. Gyrida wymie­niała kościoły, dwory i place poło­żone nad wodą. Kry­styna nie pozna­wała niczego od ostat­niego swego pobytu prócz cięż­kich wież kościoła św. Halvarda. Obje­chali całą zachod­nią część mia­sta i przy­bili do przy­stani obok klasz­toru.

Kry­styna szła mię­dzy ojcem i stry­jem obok nad­brzeż­nych szop, aż weszli na drogę mię­dzy polami. Za nimi szła Gyrida, którą Szy­mon pro­wa­dził za rękę. Służba została z tyłu, by z pomocą paru ludzi z klasz­toru zała­do­wać toboły podróżne na wózek.

Klasz­tor bene­dyk­ty­nek i cały Leiran leżały w obrę­bie mia­sta, ale przy dro­dze tylko tu i ówdzie stały domy. Ponad gło­wami idą­cych skow­ronki wywo­dziły w błę­ki­cie swe trele, na pło­wych, gli­nia­stych zbo­czach żół­ciło się kwie­cie, a wzdłuż pło­tów zie­le­niło się wszystko aż po korzonki traw.

Gdy prze­kro­czyli bramę i weszli na kruż­ga­nek, z kościoła wycho­dziły wła­śnie w ich stronę zakon­nice, a śpiew i muzyka pły­nęły z otwar­tych wrót.

Ze ści­śnię­tym ser­cem patrzyła Kry­styna na owe w czerń ubrane kobiety z bia­łymi welo­nami wokół twa­rzy. Skło­niła się głę­boko, męż­czyźni zaś pochy­lili się przy­ci­ska­jąc kape­lu­sze do piersi. Za zakon­ni­cami szła gro­mada mło­dych dziew­cząt - nie­które z nich były jesz­cze dziećmi - w suk­niach z nie bar­wio­nej suro­wej wełny, prze­pa­sa­nych czarno-bia­łymi sznur­ko­wymi ple­cion­kami, włosy miały takimi samymi sznur­kami mocno ścią­gnięte w war­ko­cze. Kry­styna mimo woli spoj­rzała na dziew­częta z dumną miną, gdyż w onie­śmie­le­niu lękała się, by nie przy­pusz­czały, że wygląda głu­pio i z chłop­ska.

Klasz­tor przy­tła­czał ją nie­mal swą wspa­nia­ło­ścią. Wszyst­kie budynki dokoła wewnętrz­nego dzie­dzińca były z sza­rego kamie­nia. Po stro­nie pół­noc­nej podłużna ściana kościoła prze­wyż­szała znacz­nie resztę domów; dach wzno­sił się w dwóch pozio­mach, a po stro­nie zachod­niej była wieża. Dzie­dzi­niec wyło­żony był kamie­niami, naokoło biegł skle­piony kruż­ga­nek, któ­rego dach pod­pie­rały piękne kolumny. W środku stał kamienny posąg wyobra­ża­jący Mater Mise­ri­cor­diae, jak roz­po­ściera płaszcz nad kilku klę­czą­cymi ludźmi.

Nade­szła sio­stra świecka i popro­siła, by się udali za nią do roz­mów­nicy ksieni. Pani Groa córka Gut­torma, kobieta w pode­szłych latach i oka­zała, byłaby ładna, gdyby nie szpe­cił jej zarost koło ust. Głos miała głę­boki jak męż­czy­zna, zacho­wa­nie ujmu­jące; roz­ma­wiała z Lavran­sem o jego rodzi­cach, któ­rych znała, wypy­ty­wała go o żonę i resztę dzieci. W końcu zwró­ciła się uprzej­mie do Kry­styny:

- Sły­sza­łam o tobie wiele dobrego i wyglą­dasz na mądrą i dobrze wycho­waną dziew­czynę, z pew­no­ścią nie dasz nam powodu do nie­za­do­wo­le­nia. Dowia­duję się, żeś przy­rze­czona za żonę temu oto szla­chet­nemu i zacnemu mężowi, Szy­mo­nowi synowi Andrzeja, i wydaje mi się roz­trop­nym zamy­słem twego ojca i przy­szłego mał­żonka, że pozwo­lili ci zamiesz­kać czas pewien w domu Maryi, byś się nauczyła słu­chać i słu­żyć, zanim się znaj­dziesz na miej­scu, z któ­rego będziesz roz­ka­zy­wać i kie­ro­wać. Chcę przede wszyst­kim, abyś pojęła, że rado­ści szu­kać należy w modli­twie i służ­bie Bożej, by ci się stało przy­zwy­cza­je­niem we wszyst­kich czy­nach i pra­cach pamię­tać o twoim Stwórcy, miło­sier­nej Matce Bożej i wszyst­kich świę­tych; oni to bowiem są dla nas naj­lep­szym wzo­rem siły, pra­wo­ści, wier­no­ści i tych wszyst­kich cnót, które musisz oka­zać, jeśli masz rzą­dzić domem i cze­la­dzią i wycho­wy­wać dzieci. Poza tym nauczysz się też w tym domu, że czło­wiek musi dawać bacze­nie na czas, tu bowiem każda godzina ma swoje prze­zna­cze­nie i należną jej pracę. Wiele dziew­cząt i kobiet zbyt lubi wyle­gi­wać się do póź­nego rana w łożu, a wie­czo­rami prze­sia­dy­wać długo przy stole i zaba­wiać się nie­po­trzebną gada­niną. Wpraw­dzie ty nie wyglą­dasz na taką, w każ­dym jed­nak razie możesz się w ciągu tego roku nauczyć wielu rze­czy, które ci zarówno tutaj, jak i na tam­tym świe­cie przy­spo­rzą powo­dze­nia.

Kry­styna pokło­niła się i uca­ło­wała jej rękę. Po czym pani Groa pole­ciła dziew­czy­nie udać się z nie­zmier­nie otyłą starą zakon­nicą, którą zwała sio­strą Poten­cją, do refek­ta­rza. Męż­czyzn i panią Gyridę zapro­siła na posi­łek do dru­giej izby.

Refek­tarz był piękną salą, miał wyło­żoną pły­tami pod­łogę i ostro­łu­kowe okna ze szkla­nymi szy­bami. Drzwi pro­wa­dziły do dru­giej izby i Kry­styna zoba­czyła, że i tam są okna, gdyż wnę­trze jaśniało słoń­cem.

Sio­stry sie­działy już przy stole i cze­kały na posi­łek - star­sze zakon­nice na wyło­żo­nej podusz­kami kamien­nej ławie pod ścianą z oknami, młod­sze sio­stry i dziew­częta z odkry­tymi gło­wami sie­działy w swych jasnych suk­niach na drew­nia­nej ławie po zewnętrz­nej stro­nie stołu. Także w sąsied­nim pokoju nakryty był stół, prze­zna­czony dla poważ­niej­szych jał­muż­ni­ków21 i sług świec­kich. Wśród nich znaj­do­wało się kilku sta­rych męż­czyzn; ci nie nosili klasz­tor­nych szat, byli jed­nak odziani ciemno i god­nie.

Sio­stra Poten­cja wska­zała Kry­sty­nie miej­sce po zewnętrz­nej stro­nie, po czym sama sta­nęła za sto­łem obok pocze­snego miej­sca ksieni; miej­sce to dziś było puste.

Wszy­scy powstali zarówno w tej izbie, jak i w sąsied­niej, gdy sio­stry odma­wiały modli­twę przed jedze­niem; po czym wystą­piła młoda, piękna zakon­nica i weszła na małą kazal­nicę usta­wioną w przej­ściu mię­dzy salami. I pod­czas gdy dwie sio­stry świec­kie w refek­ta­rzu, a dwie mło­dziut­kie zakon­nice w dru­giej izbie wno­siły jadło i napoje, czy­tała gło­śno i dźwięcz­nie, bez zatrzy­my­wa­nia się i jąka­nia, histo­rię o świę­tej Teo­do­rze i świę­tym Dydy­mie.

Zrazu myślała Kry­styna jedy­nie o tym, by oka­zać przy stole dobre oby­czaje, widziała bowiem, że wszyst­kie sio­stry i dziew­częta zacho­wy­wały się z god­no­ścią i jadły tak wytwor­nie, jak gdyby były na naj­wspa­nial­szej uczcie. Było pod dostat­kiem naj­lep­szych potraw i napo­jów, ale wszyst­kie brały umiar­ko­wa­nie i tylko koniusz­kami pal­ców się­gały do mis; nikt nie wyle­wał sosu na obrus ani na ubra­nie, mięso zaś kra­jały w tak drobne kawałki, że nie walały ust, a jadły tak ostroż­nie, że nic nie było sły­chać.

Kry­styna pociła się z trwogi, że nie potrafi zacho­wać się układ­nie jak inne, czuła się też nie­swojo w swej barw­nej odzieży mię­dzy tymi wszyst­kimi czarno i biało ubra­nymi kobie­tami; zda­wało jej się, że wszy­scy na nią patrzą. Wła­śnie gdy chciała zabrać się do jedze­nia tłu­stego mostku bara­niego i przy­trzy­my­wała dwoma pal­cami kość, a prawą ręką odrzy­nała kawałki mięsa bacząc, by trzy­mać nóż lekko i zgrab­nie, wszystko razem wyśli­znęło się jej z rąk; chleb i mięso poto­czyły się na stół, nóż zaś z brzę­kiem upadł na kamienne płyty.

Nie­zwy­kle gło­śno zabrzmiało to w cichej sali. Kry­styna spą­so­wiała, chciała się schy­lić i pod­nieść nóż, ale już przy­bie­gła bez­sze­lest­nie w san­da­łach jedna z świec­kich sióstr i pozbie­rała wszystko. Kry­styna jed­nak nie mogła już nic wię­cej jeść. Czuła, że zacięła się w palec, i oba­wiała się, że krwią zawala obrus. Sie­działa więc owi­nąw­szy rękę w kraj szaty i mar­twiła się, że poplami piękną nie­bie­ską suk­nię, którą dostała, gdy jechała do Oslo; nie śmiała pod­nieść oczu.

Powoli jed­nak zaczęła przy­słu­chi­wać się temu, co czy­tała zakon­nica: "Gdy księ­ciu nie udało się ugiąć nie­złom­nej dzie­wicy Teo­dory - nie chciała ani bogom zło­żyć ofiary, ani dać się poślu­bić - roz­ka­zał, aby ją zapro­wa­dzono do domu nie­rządu. Jesz­cze po dro­dze przy­po­mniał jej o jej wol­nym pocho­dze­niu i szla­chet­nych rodzi­cach, któ­rzy wydani będą teraz na łup wie­czy­stej hańby, i przy­rzekł, że będzie żyła w pokoju i pozo­sta­nie dzie­wicą, o ile wstąpi w służbę pogań­skiej bogini zwa­nej Dianą.

Teo­dora odparła bez lęku: - Czy­stość jest niby lampa, ale miłość Boga jest pło­mie­niem; gdy­bym poszła w służbę dia­blicy, którą zowie­cie Dianą, czy­stość moja nie wię­cej byłaby warta niż zardze­wiała lampa bez pło­mie­nia ni oliwy. Nazy­wasz mnie wolno uro­dzoną, a prze­cież wszy­scy jeste­śmy nie­wol­ni­kami, odkąd nasi pra­ro­dzice zaprze­dali się dia­błu. Chry­stus odku­pił mnie i winna jestem Mu słu­żyć, nie mogę przeto wią­zać się z jego wro­gami. Obroni On swoją gołę­bicę, ale gdyby nawet dopu­ścił, że zła­mie­cie moje ciało, które jest świą­ty­nią Jego Boskiego ducha, nie będzie mi to poli­czone za hańbę, dopóki nie zezwolę, by Jego wła­sność prze­szła w ręce wro­gów".

Kry­sty­nie serce biło mocno, w pewien bowiem spo­sób przy­po­mi­nało jej to spo­tka­nie z Ben­fe­inem, i ude­rzyła ją myśl, że może to było grze­chem z jej strony: ani przez chwilę nie pomy­ślała wtedy o Bogu, ani Go nie pro­siła o pomoc. Teraz sio­stra Cecy­lia czy­tała o świę­tym Dydy­mie. Był chrze­ści­jań­skim ryce­rzem, dotych­czas jed­nak nikt krom kilku przy­ja­ciół o tym nie wie­dział, gdyż zacho­wy­wał tajem­nicę co do swej wiary. Otóż poszedł on do domu, gdzie zamknięto dzie­wicę, prze­ku­pił kobietę, do któ­rej ów dom nale­żał, i pierw­szy wszedł do Teo­dory. Ucie­kła w kąt jak prze­stra­szony zając, lecz Dydym pozdro­wił ją jako swoją sio­strę i oblu­bie­nicę Pana i oświad­czył, że przy­był, aby ją uwol­nić. Potem roz­ma­wiał z nią przez czas pewien i rzekł: "Czyż brat nie powi­nien oddać życie za cześć swej sio­stry?". W końcu uczy­niła, jak pole­cił, zamie­niła z nim szaty i wło­żyła na sie­bie zbroję Dydyma; on zaś nacią­gnął jej kap­tur na oczy, zapiął wysoko płaszcz i pro­sił, by wyszła z zasło­nię­tym obli­czem jak mło­dzie­niec, który się wsty­dzi, że był w takim miej­scu.

Kry­styna myślała o Arnem i z naj­więk­szym tylko tru­dem powstrzy­my­wała łzy. Załza­wio­nymi oczyma wpa­trzyła się przed sie­bie, pod­czas gdy zakon­nica czy­tała koniec histo­rii: jak Dydym został zapro­wa­dzony przed sąd i jak Teo­dora zbie­gła z gór, rzu­ciła się do nóg sędziego i bła­gała, aby ją stra­cił zamiast niego. Dwoje poboż­nych sprze­czało się, które z nich ma pierw­sze otrzy­mać koronę męczeń­ską; zostali stra­ceni jed­nego dnia. Działo się to 28 kwiet­nia roku 304 po naro­dze­niu Chry­stusa, w Antio­chii, jak to spi­sał święty Ambroży.

Gdy pod­nie­śli się od stołu, sio­stra Poten­cja zbli­żyła się do Kry­styny i pokle­pała ją przy­jaź­nie po policzku. - Pewno tęskno ci za matką, dziecko. - Z oczu Kry­styny poto­czyły się łzy. Zakon­nica udała jed­nak, że tego nie dostrze­gła, i zapro­wa­dziła Kry­stynę do kom­naty, w któ­rej miała zamiesz­kać.

Była to ładna izba ze szkla­nymi szy­bami i z wiel­kim komi­nem w ścia­nie poprzecz­nej, leżąca w jed­nym z kamien­nych domostw koło kruż­ganku. Pod ścianą podłużną stało sześć łóżek, po prze­ciw­nej stro­nie skrzy­nie dziew­cząt.

Kry­styna bar­dzo pra­gnęła spać z któ­rąś z małych dziew­czy­nek, lecz sio­stra Poten­cja zawo­łała grubą, jasną, doro­słą dziew­czynę: - Oto Ingebjörga córka Filip­pusa, z nią będziesz dzie­lić łoże, zapo­znaj­cie się więc. - Po czym ode­szła.

Ingebjörga wzięła Kry­stynę za rękę i zaczęła gadać. Była nie­wy­soka, tęga, o puco­ło­wa­tej twa­rzy, oczy jej wyda­wały się cał­kiem maleń­kie, gdyż miała nazbyt grube policzki. Płeć jed­nak miała deli­katną, białą i różową, a włosy żółte jak złoto i tak kędzie­rzawe, że grube war­ko­cze skrę­cały się jak liny, spod prze­pa­ski na czole zaś wymy­kały się usta­wicz­nie małe kędziorki.

Zaraz zaczęła wypy­ty­wać Kry­stynę o naj­roz­ma­it­sze rze­czy, nie cze­kała jed­nak ni­gdy odpo­wie­dzi, tylko opo­wia­dała o sobie i wyli­czała wszyst­kie gałę­zie swego rodu: byli to sami dzielni i bar­dzo możni ludzie. Ona zaś była zmó­wiona z boga­tym i zacnym czło­wie­kiem, Eina­rem synem Einara na Aga­naes, był on jed­nak za stary i już dwa razy owdo­wiał. Twier­dziła, że to jest jej naj­więk­sze zmar­twie­nie, Kry­styna jed­nak by­naj­mniej nie zauwa­żyła, by się tym zbyt­nio przej­mo­wała. Potem gadały tro­chę o Szy­mo­nie Darre - zdu­mie­wa­jące było, jak Ingebjörga dokład­nie mu się przyj­rzała przez tę krótką chwilę, gdy się mijali w kruż­ganku. Potem znowu chciała obej­rzeć skrzy­nię Kry­styny; naj­pierw jed­nak otwarła wła­sną i poka­zała wszyst­kie swoje suk­nie. Pod­czas gdy grze­bały w skrzy­niach, nade­szła sio­stra Poten­cja i zła­jała je, nie było to bowiem sto­sowne zaję­cie przy nie­dzieli. Z tego powodu poczuła się Kry­styna znowu nie­szczę­śliwa; ni­gdy jesz­cze nie była napo­mi­nana przez kogo­kol­wiek prócz wła­snej matki, czym innym zaś było kar­ce­nie przez obcych.

Ingebjörga nic sobie z tego jed­nak nie robiła. Kiedy wie­czo­rem poło­żyły się razem do łóżka, gadała dopóty, dopóki Kry­styna nie zasnęła. Dwie star­sze sio­stry świec­kie spały w kącie izby; miały one uwa­żać, aby dziew­czyny nie zdej­mo­wały w nocy koszul, reguła bowiem zabra­niała spa­nia nago, i miały dbać o to, by wsta­wały na jutrz­nię. Poza tym jed­nak nie trosz­czyły się zgoła o porzą­dek w sypial­nej kom­na­cie i uda­wały, że nie widzą, gdy dziew­częta nie spały, tylko szep­tały mię­dzy sobą lub spo­ży­wały sma­ko­łyki ukryte w skrzy­niach.

Gdy naza­jutrz rano obu­dzono Kry­stynę, Ingebjörga była już w środku jakie­goś opo­wia­da­nia, tak iż Kry­styna była nie­mal pewna, że tamta prze­ga­dała całą noc.

2

Obcy kupcy, któ­rzy przez lato zatrzy­my­wali się i han­dlo­wali w Oslo, przy­byli do mia­sta na wio­snę około Świę­tego Krzyża, to jest na dzie­sięć dni przed uro­czy­sto­ścią św. Halvarda. W tym cza­sie napły­wały do mia­sta tłumy ludzi z wszyst­kich miej­sco­wo­ści poło­żo­nych mię­dzy jezio­rem Mjös a gra­nicą kraju, tak że w pierw­szych tygo­dniach maja mia­sto roiło się od przy­by­szów. Naj­ko­rzyst­niej też było kupo­wać u obcych, zanim wyprze­dali więk­szą część towa­rów.

Sio­stra Poten­cja zała­twiała zakupy dla klasz­toru i w przed­dzień świę­tego Halvarda przy­rze­kła Kry­sty­nie i Ingebjördze, że je zabie­rze do mia­sta. Koło połu­dnia jed­nak przy­było do klasz­toru kilku jej krew­nych w odwie­dziny, nie mogła więc tego dnia wyjść. Ingebjörga upro­siła ją tedy, by mogły iść same, cho­ciaż sprze­ci­wiało się to regu­łom. Dodano im do towa­rzy­stwa sta­rego chłopa, jał­muż­nika klasz­toru; zwał się on Haakon.

Kry­styna prze­by­wała tu już trzy tygo­dnie i przez cały czas noga jej nie prze­stą­piła dzie­dziń­ców i ogro­dów klasz­tor­nych. Była zdu­miona, jak wio­sen­nie zro­biło się na dwo­rze. Małe gaiki stały bla­do­zie­lone w otwar­tej prze­strzeni, sasanki krze­wiły się gęsto niby dywan mię­dzy jasnymi pniami; ośle­pia­jące chmury - zwia­stuny pogody - żeglo­wały nad wysep­kami fiordu, a powierzch­nia wody leżała świeża, nie­bie­ska i pomarsz­czona od lek­kich wio­sen­nych podmu­chów.

Ingebjörga pod­ska­ki­wała, zry­wała zie­lone pędy drzew, wąchała je i oglą­dała się za ludźmi, któ­rych spo­ty­kali. Haakon zbur­czał ją: czyż to wypada, aby dzie­wica ze szla­chet­nego rodu, jesz­cze do tego w klasz­tor­nej sza­cie, tak się zacho­wy­wała? Dziew­częta musiały wziąć się pod rękę i iść tuż za nim cicho i skrom­nie, ale oczy i usta Ingebjörgi latały dalej - Haakon był nieco głu­chawy. Kry­styna także była już w odzie­niu mło­dych sióstr; miała na sobie jasno­szarą suk­nię i pas z nie far­bo­wa­nej wełny, a na sukni pro­ste gra­na­towe okry­cie z kapuzą, którą zarzu­ciła na głowę tak, że zupeł­nie nie widać było sple­cio­nych taśmą war­ko­czy. Haakon szedł przed nimi z wielką laską zakoń­czoną mosiężną gałką. Był w luź­nej czar­nej sza­cie, na piersi miał Agnus Dei z bla­chy, na kape­lu­szu zaś wize­ru­nek świę­tego Krzysz­tofa, siwe włosy i broda były tak sta­ran­nie wyszczot­ko­wane, że lśniły w słońcu jak sre­bro.

Górna część mia­sta, od potoku pły­ną­cego pod klasz­to­rem aż do bisku­piego dworu, była zazwy­czaj cichą dziel­nicą, nie stały tu ani budy, ani gospody, dwory nale­żały prze­waż­nie do moż­nych oko­licz­nych rodów, a domy zwra­cały ku ulicy ciemne, pozba­wione okien bel­ko­wa­nia. W ten jed­nak dzień także tu, w górze, pły­nęły przez ulice gro­mady ludzi, a służba domowa stała bez­czyn­nie, oparta o płoty, i gawę­dziła z prze­chod­niami.

Kiedy pode­szli do bisku­piego dworu, przed kościo­łem św. Halvarda i klasz­to­rem św. Olafa był już ogromny tłok. Na poro­śnię­tym trawą zbo­czu roz­bito stra­gany i kugla­rze popi­sy­wali się wyuczo­nymi psami każąc im ska­kać przez obrę­cze. Haakon nie pozwo­lił dziew­czę­tom sta­wać i przy­glą­dać się ani wejść do świą­tyni; mówił, że lepiej obej­rzeć ją w jakieś inne wiel­kie święto.

Na otwar­tym placu przed kościo­łem św. Kle­mensa Haakon ujął obie dziew­czyny pod ręce, gdyż tutaj ciżba była naj­więk­sza. Ludzie nad­cho­dzili z przy­stani albo od strony ulic leżą­cych mię­dzy dwo­rami kup­ców. Dziew­częta chciały się dostać na dwór Mykle, gdzie sie­dzieli szewcy. Ingebjörga uznała bowiem, że suk­nie Kry­styny są dobre i ładne, ale obu­wie jej było nie do uży­cia na wypa­dek, gdyby zechciała się wystroić. Gdy zaś Kry­styna ujrzała zagra­niczne trze­wiki, któ­rych Ingebjörga miała kilka par, zda­wało się jej, że nie zazna spo­koju, dopóki sobie nie kupi takich samych.

Dwór Mykle był jed­nym z naj­więk­szych dwo­rów w Oslo, się­gał od przy­stani aż do ulicy Szew­skiej i obej­mo­wał prócz czter­dzie­stu domów dwa wiel­kie dzie­dzińce. Teraz pousta­wiano tam wszę­dzie kramy z płó­cien­nymi dachami; nad nimi wzno­siła się kolumna świę­tego Kry­spina. Pano­wał tu oży­wiony ruch, kobiety z garn­kami i miskami bie­gały od jed­nej kuchni do dru­giej, dzieci plą­tały się pod nogami star­szych, to wypro­wa­dzano ze stajni konie, to wpro­wa­dzano je do niej, przy stra­ga­nach pachołcy wno­sili i wyno­sili cię­żary. Na gan­kach, cią­gną­cych się wzdłuż wyż­szych pię­ter, gdzie odby­wała się sprze­daż naj­lep­szych towa­rów, szewcy i ich cze­lad­nicy wykrzy­ki­wali w stronę sto­ją­cych na dole dziew­cząt, wyma­chu­jąc pstrymi, zło­tem hafto­wa­nymi trze­wi­kami. Ingebjörga zmie­rzała do domu, w któ­rym miesz­kał Dydrek sutare; był on Niem­cem, żonę miał jed­nak z Nor­we­gii i posia­dał domo­stwo we dwo­rze Mykle.

Stary tar­go­wał się wła­śnie z jakimś panem w podróż­nym stroju, z mie­czem przy­pa­sa­nym do boku; Ingebjörga wystą­piła śmiało naprzód, skło­niła się i rze­kła:

- Zacny panie, pozwól­cie, że pierw­sze pomó­wimy z Dydre­kiem, musimy bowiem jesz­cze przed nie­szpo­rami zdą­żyć do naszego klasz­toru. Wam może nie tak pilno?

Pan ukło­nił się i odstą­pił na bok. Dydrek szturch­nął Ingebjörgę łok­ciem pyta­jąc ze śmie­chem, czy tyle tań­czą w klasz­to­rze, że wydep­tała już wszyst­kie trze­wiki kupione w zeszłym roku. Ingebjörga oddała sztur­chańca i rze­kła, że jej trze­wiki są, nie­stety, jesz­cze całe, oby to Bóg odmie­nił, ale ta oto dzie­wica... i pocią­gnęła Kry­stynę. Dydrek i jego pomoc­nik wynie­śli skrzy­nię na ganek i zaczęli wykła­dać przed nimi trze­wiki, jedne pięk­niej­sze od dru­gich. Kry­styna musiała usiąść na skrzyni, a Dydrek przy­mie­rzał jej na próbę prze­różne trze­wiki: białe, brą­zowe, czer­wone, zie­lone, nie­bie­skie, z drew­nia­nymi malo­wa­nymi obca­sami i bez obca­sów, z klam­rami albo jedwa­bi­stymi wstę­gami, z dwu- lub trój­barw­nej skóry. Kry­sty­nie zda­wało się, że na wszyst­kie pra­wie ma ochotę, lecz posły­szaw­szy cenę, prze­ra­ziła się wprost: żadna para nie kosz­to­wała mniej niż krowa u nich w domu. Ojciec dał jej na odjezd­nym sakiewkę z pół fun­tem sre­bra w mone­cie - miało to być wrze­cio­nowe i Kry­sty­nie wyda­wało się wiel­kim mająt­kiem. Zauwa­żyła jed­nak, że Ingebjörga sądzi, iż nic nad­zwy­czaj­nego nie będzie mogła za to kupić.

Ingebjörga musiała rów­nież dla żartu przy­mie­rzać trze­wiki. - To prze­cież nic nie kosz­tuje - mówił Dydrek ze śmie­chem. Kupiła sobie parę zie­lo­nych jak trawa, z czer­wo­nymi obca­sami; kupiła je na kre­dyt, ale Dydrek znał prze­cież dobrze i ją, i jej rodzinę.

Kry­styna domy­śliła się jed­nak, że Dydrek czyni to nie­chęt­nie, a poza tym jest zły, bo ów możny pan w podróż­nym stroju odszedł tym­cza­sem - zbyt długo zaba­wiły przy mie­rze­niu. Wybrała więc parę trze­wi­ków bez obca­sów, z cien­kiej, błysz­czą­cej, nie­bie­skiej skóry, wybi­ja­nych sre­brem i różo­wymi kamie­niami. Nie podo­bały jej się tylko zie­lone obszywki na nich. Wów­czas Dydrek oświad­czył, że może je zmie­nić, i pocią­gnął ją do kąta w tyle spi­chrza. Stała tam szafka z jedwab­nymi wstę­gami i srebr­nymi klam­rami - tych towa­rów nie wolno było wła­ści­wie szew­com sprze­da­wać - wstążki też były za sze­ro­kie, a klamry, przy­naj­mniej wiele z nich, zbyt cięż­kie do obu­wia.

Musiały kupić to i owo z dro­bia­zgów, a gdy jesz­cze wypiły z Dydre­kiem tro­chę słod­kiego wina i opa­ko­wał wresz­cie ich rze­czy w kawa­łek fryzy, zro­biło się dość późno. Sakiewka Kry­styny była teraz o wiele lżej­sza.

Kiedy wyszły znowu na mia­sto, słońce świe­ciło zło­tawo, a ponad zapeł­nia­jącą ulice ciżbą ludzką wiro­wał pył niby jasny dym. Było cie­pło i pięk­nie; ludzie wra­cali z Eike­bergu z pękami mło­dych gałęzi, aby ozdo­bić swe izby na święto. Wtedy to strze­liła Ingebjördze do głowy myśl, żeby iść jesz­cze do Gje­ita­bru; tam, na bło­niach, po dru­giej stro­nie rzeki, bawiono się zazwy­czaj wesoło pod­czas jar­mar­ków, bywali tam kugla­rze i rybałci. Ingebjörga sły­szała nawet, że przy­je­chał cały sta­tek z zamor­skimi zwie­rzę­tami, które poka­zy­wano w budach na wybrzeżu.

Haakon wypił na dwo­rze Mykle sporo nie­miec­kiego piwa, był zatem potulny i w dobrym humo­rze; gdy więc dziew­częta wzięły go pod ręce i pięk­nie pro­siły, zgo­dził się w końcu i wszy­scy troje poszli w kie­runku Eike­bergu.

Na prze­ciw­le­głym brzegu znaj­do­wało się tylko kilka nie­wiel­kich dwo­rów, roz­sy­pa­nych na zie­lo­nych wzgó­rzach mię­dzy rzeką a stro­mym zbo­czem góry. Prze­szli obok klasz­toru fran­cisz­ka­nów i serce Kry­styny ści­snęło się ze wstydu, gdyż przy­po­mniała sobie, że miała więk­szą część sre­bra ofia­ro­wać za spo­kój duszy Arnego. Księ­dzu w klasz­to­rze nie powie­działa o tym, oba­wiała się, że ją będą wypy­ty­wać, myślała, że raczej uda się do braci bosych, o ile brat Edwin już powró­cił, tak chęt­nie ujrza­łaby go znowu. Nie wie­działa jed­nak, w jaki spo­sób naj­sto­sow­niej będzie przed­sta­wić zakon­ni­kowi pod­czas roz­mowy swój zamiar. Teraz nie miała już tyle pie­nię­dzy i nie wie­działa, czy uda się jej zaku­pić mszę; może będzie musiała zado­wo­lić się ufun­do­wa­niem gru­bej wosko­wej świecy.

Nagle usły­szeli ryk prze­ra­że­nia z nie­zli­czo­nych gar­dzieli od strony łąki nad­brzeż­nej. Jak gdyby burza wstrzą­snęła skłę­biona ludzką gro­madą - cały tłum runął w popło­chu w ich stronę z woła­niem i krzy­kiem. Wszyst­kich ogar­nęła dzika groza, a nie­któ­rzy z ucie­ka­ją­cych wrzesz­czeli, że pan­tery wyła­mały się z klatki.

Śpiesz­nie pobie­gli z powro­tem do mostu i usły­szeli woła­nie ludzi, że zawa­liła się jedna z bud i dwie pan­tery ucie­kły; nie­któ­rzy mówili też o wężu. Im bli­żej mostu, tym więk­szy był tłok. Jakaś kobieta tuż przed nimi wypu­ściła dziecko z rąk. Haakon sta­nął przed maleń­stwem chcąc je osło­nić - i wkrótce ujrzały go daleko od sie­bie nio­są­cego dziecko na rękach; rychło znik­nął im zupeł­nie z oczu.

Na wąskim moście ludzie cisnęli się tak gwał­tow­nie, że dziew­częta zostały wypchnięte na łąkę. Widziały, jak ludzie bie­gną na brzeg rzeki; mło­dzi chłopcy rzu­cali się w wodę i pły­nęli, starsi wska­ki­wali do łodzi, które zapeł­niały się w mgnie­niu oka.

Kry­styna usi­ło­wała wołać na Ingebjörgę. Krzyk­nęła, by bie­gły do klasz­toru fran­cisz­ka­nów, z któ­rego już śpie­szyli sza­rzy bra­cia, uspo­ka­ja­jąc i sku­pia­jąc wokół sie­bie tłum. Kry­styna nie bała się tak jak jej towa­rzyszka - nie było prze­cież śladu dzi­kich zwie­rząt, lecz Ingebjörga zupeł­nie postra­dała zmy­sły. I gdy masa ludzka znów zako­ły­sała się i została ode­pchnięta od mostu przez gro­madę męż­czyzn, któ­rzy tym­cza­sem uzbro­ili się w pobli­skich dwo­rach i teraz wypa­dli - część pie­szo, część konno - Ingebjörga omal nie dostała się pod kopyta koni. Wydała prze­raź­liwy krzyk i w ogrom­nych susach pobie­gła w górę do lasu. Kry­styna nie przy­pusz­czała ni­gdy, że tamta potrafi tak biec, mimo woli porów­ny­wała ją w myśli do ści­ga­nej świni; bie­gła jed­nak za nią, aby przy­naj­mniej one nie stra­ciły się z oczu.

Były już głę­boko w lesie, gdy wresz­cie udało się Kry­sty­nie zatrzy­mać Ingebjörgę. Znaj­do­wały się na wąskiej ścieżce, pro­wa­dzą­cej praw­do­po­dob­nie do Tra­ela­borgu. Przez chwilę stały, by zaczerp­nąć tchu. Ingebjörga łka­jąc i zale­wa­jąc się łzami oświad­czyła, że nie odważy się za nic wra­cać sama do mia­sta i klasz­toru.

Kry­sty­nie rów­nież nie wyda­wało się to bez­pieczne wobec nie­po­koju na uli­cach; radziła więc, by sta­rały się zna­leźć jakiś dom, tam wynajmą chłopca, który je odpro­wa­dzi do klasz­toru. Ingebjörga była pewna, że w dole nad brze­giem rzeki bie­gnie gości­niec do Tra­ela­borgu, a przy nim muszą znaj­do­wać się domy. Szły więc dalej ścieżką.

W pod­nie­ce­niu, jakie je ogar­nęło, zda­wało się im, że już uszły spory kawał, gdy wresz­cie ujrzały jakiś dwór sto­jący w szcze­rym polu. Na dzie­dzińcu, przy stole pod jesio­nami, sie­działo kilku męż­czyzn, a jakaś kobieta krę­ciła się i wyno­siła im dzbany. Spode łba i ze zdzi­wie­niem spoj­rzała na dwie dziew­czyny w klasz­tor­nym stroju, a kiedy Kry­styna przed­ło­żyła swą prośbę, wyda­wało się, że żaden z męż­czyzn nie ma ochoty ich odpro­wa­dzić. W końcu wstali dwaj mło­dzi chłopcy i oświad­czyli, że zapro­wa­dzą je do klasz­toru, jeśli Kry­styna da im örtuga22.

Po mowie poznała, że nie są Nor­we­gami, wyglą­dali jed­nak zupeł­nie przy­zwo­icie. Żądana zapłata wyda­wała się jej bez­wstyd­nie wygó­ro­wana, lecz Ingebjörga była wystra­szona, zresztą nie mogły tak późno wra­cać same do klasz­toru, zgo­dziła się przeto.

Nie doszły do leśnej ścieżki, a już mło­dzieńcy zbli­żyli się i zaczęli roz­mowę. Kry­sty­nie nie podo­bało się to wcale, nie chciała jed­nak oka­zać trwogi, odpo­wia­dała zatem spo­koj­nie, mówiła o pan­te­rach i pytała chłop­ców, skąd pocho­dzą, roz­glą­dała się i uda­wała, że każ­dej chwili ocze­kuje ludzi, któ­rzy im towa­rzy­szyli, mówiła tak, jakby ich była cała gro­mada.

Chłopcy z wolna zamil­kli, zresztą mało co rozu­miała z ich mowy.

Po pew­nym cza­sie zauwa­żyła, że nie idą tą drogą, którą przy­szły, ścieżka pro­wa­dziła w zupeł­nie innym kie­runku, bar­dziej na pół­noc, i zda­wało się jej, że uszli już sporo dalej, niż nale­żało. Głę­boko w niej tlił się lęk, któ­rego nie śmiała sobie dokład­nie uświa­do­mić; szcze­gólną jed­nak siłę dawała jej obec­ność Ingebjörgi, tak bar­dzo nie­mą­drej, iż Kry­styna pojęła, że musi pomy­śleć za sie­bie i za nią. Pod okry­ciem wycią­gnęła pota­jem­nie krzyż z reli­kwiami - dar ojca. Ujęła go mocno i modliła się w duszy, by wnet kogoś spo­tkały; poza tym usi­ło­wała zebrać całą odwagę i zacho­wy­wać się tak, jakby nic nie gro­ziło.

Wkrótce zoba­czyła, że ścieżka wyszła na drogę; w tym miej­scu była polanka. Mia­sto i zatoka leżały daleko w dole. Męż­czyźni wypro­wa­dzili je na błędną drogę, świa­do­mie lub też z nie­zna­jo­mo­ści oko­licy; znaj­do­wali się teraz wysoko w górze i daleko na pół­noc od Gje­ita­bru.

Przy­sta­nęła, wycią­gnęła sakiewkę i zaczęła odli­czać pie­nią­dze na rękę.

- Dalej już, dobrzy ludzie, nie trzeba nam waszego towa­rzy­stwa, tutaj znamy drogę - rze­kła. - Dzięki za wasz trud, a oto wasze wyna­gro­dze­nie, jako umó­wi­li­śmy się. Bóg niech będzie z wami, przy­ja­ciele.

Męż­czyźni ski­nęli gło­wami tak naiw­nie, że Kry­styna się uśmiech­nęła. Jeden z nich jed­nak ode­zwał się szcze­rząc brzydko zęby, że droga do mostu jest bar­dzo odludna, nie radzi, by szły nią same.

- Nie ma chyba takich łotrów albo głup­ców, któ­rzy by zacze­pili dwie dziew­czyny w klasz­tor­nych sza­tach - odparła Kry­styna. - Teraz wolimy iść same - i podała im pie­nią­dze.

Chło­pak chwy­cił ją za rękę, przy­ci­snął twarz do jej twa­rzy i powie­dział coś o "cału­sie" i "sakiewce". Kry­styna pojęła, że mówi, iż mogą odejść w spo­koju, jeśli mu da całusa i wore­czek z pie­niędzmi.

Wów­czas przy­po­mniała sobie, jak to twarz Ben­te­ina była bli­sko jej twa­rzy, na chwilę opa­no­wała ją trwoga i poczuła się bez­bronna i słaba, lecz zaci­snęła wargi, wezwała w sercu Boga i Naj­święt­szą Pannę na pomoc - i w tejże chwili wydało się jej, że sły­szy tętent kopyt na dro­dze wio­dą­cej z pół­nocy.

Trza­snęła chłopca sakiewką w twarz i pchnęła go w pierś, aż się zachwiał. Upadł i poto­czył się przez drogę i spory kawał w dół po zbo­czu. Teraz drugi napadł na nią od tyłu, wyrwał jej z rąk sakiewkę i szarp­nął tak sil­nie za łań­cuch, że go prze­rwał. Kry­styna bli­ska była upadku, jed­nak mocno trzy­mała napast­nika i usi­ło­wała wyrwać mu krzyż z rąk. Chciał się wymknąć, hul­taje też posły­szeli, że ktoś jedzie drogą. Ingebjörga krzy­czała co sił i jeźdźcy na ścieżce pocwa­ło­wali pędem w ich stronę. Wynu­rzyli się zza drzew: było ich trzech. Ingebjörga lamen­tu­jąc pobie­gła ku nim, oni zaś zesko­czyli z koni. Kry­styna poznała pana spo­tka­nego w skła­dzie Dydreka. Wycią­gnął miecz, chwy­cił za koł­nierz jed­nego z oprysz­ków i okła­dał go pła­zem. Jego ludzie puścili się za dru­gim, ujęli go i walili, ile tylko wla­zło.

Kry­styna oparła się o skałę. Teraz, gdy nie­bez­pie­czeń­stwo minęło, drżała na całym ciele, naj­sil­niej jed­nak odczu­wała zdu­mie­nie, że jej modli­twa tak prędko została wysłu­chana. Wtem spo­strze­gła Ingebjörgę, która odchy­liła kapuzę, okry­cie luźno zwie­siła na ple­cach i wła­śnie wycią­gała swoje cięż­kie, jasne war­ko­cze na piersi. Widząc to Kry­styna wybuch­nęła gło­śnym śmie­chem. Zachwiała się i musiała chwy­cić się drzewa; czuła się taka słaba, jakby zamiast szpiku miała wodę w kościach, dygo­tała, śmiała się i pła­kała na prze­mian.

Obcy pan zbli­żył się i ostroż­nie poło­żył rękę na jej ramie­niu.

- Więk­szego wyście mieli stra­cha, niż chcie­li­ście oka­zać - rzekł, a głos jego był dźwięczny i miły. - Lecz teraz musi­cie się opa­no­wać, tak dziel­nie zacho­wa­li­ście się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Kry­styna mogła tylko ski­nąć głową. Miał piękne, jasne oczy w ścią­głej twa­rzy i kru­czo­czarne włosy, obcięte dość krótko nad czo­łem i za uszami.

Ingebjörga dopro­wa­dziła tym­cza­sem swe włosy do ładu; teraz zbli­żyła się i dzię­ko­wała obcemu w wyszu­ka­nych sło­wach. Trzy­mał wciąż jesz­cze rękę na ramie­niu Kry­styny roz­ma­wia­jąc z tamtą.

- Tych łotrów - rzekł do swo­ich ludzi, któ­rzy trzy­mali obu chłop­ców (nale­żeli oni, jak się oka­zało, do załogi statku z Ros­to­cku) - weź­miemy z sobą do mia­sta, by ich wsa­dzić do wię­zie­nia. Naj­pierw jed­nak odpro­wa­dzimy dzie­wice do klasz­toru. Wyszu­kaj­cie parę rze­mieni do ich zwią­za­nia.

- Czy dzie­wic, Erlen­dzie? - spy­tał jeden z jego ludzi. Byli to dwaj mło­dzi, silni i sta­ran­nie ubrani chłopcy, roz­ocho­ceni bija­tyką.

Pan zmarsz­czył czoło i chciał ostro odpo­wie­dzieć. Lecz Kry­styna poło­żyła mu dłoń na ręka­wie i z drże­niem pro­siła:

- Zwróć im wol­ność, dobry panie! Nie bar­dzo chcia­ły­by­śmy, ja i moja sio­stra, by się ta rzecz roz­nio­sła.

Obcy spoj­rzał na nią, zagryzł dolną wargę i ski­nął na znak, że poj­muje. Pła­zem mie­cza ude­rzył każ­dego z więź­niów w kark, aż się zato­czyli. - Umy­kaj­cie - rzekł dając każ­demu kop­niaka. Pognali co tchu. Pan zwró­cił się do dziew­cząt i spy­tał, czy chcą jechać konno.

Ingebjörga pozwo­liła się usa­do­wić na sio­dle Erlenda, lecz oka­zało się, że nie umie w nim sie­dzieć; ześli­znęła się natych­miast. Pyta­jąco spoj­rzał na Kry­stynę, ta zaś odparła, że przy­zwy­cza­jona jest do jazdy w męskim sio­dle.

Ujął ją pod kolana i uniósł w górę. Słodki i roz­koszny dreszcz prze­biegł jej ciało - tak ostroż­nie trzy­mał ją z dala od sie­bie, jakby się oba­wiał zbyt­nio zbli­żyć; ludzie w domu ni­gdy nie trosz­czyli się o to, gdy poma­gali jej dosia­dać konia. Czuła się dziw­nie zaszczy­cona.

Rycerz - jak zwała go Ingebjörga, choć nosił tylko srebrne ostrogi - podał jej rękę, a pachoł­ko­wie wsko­czyli na konie. Ingebjörga chciała koniecz­nie obje­chać mia­sto od pół­nocy, pod­nó­żem gór Ryen i Mar­ter­stok, nie jechać uli­cami. Tłu­ma­czyła to tym, że pan Erlend i jego słu­dzy są uzbro­jeni. Rycerz odparł poważ­nie, iż zakaz nosze­nia broni nie jest zbyt surowy, szcze­gól­nie dla podróż­nych, a teraz cała lud­ność mia­sta i tak zajęła się łowami na dzi­kie zwie­rzęta. Wów­czas Ingebjörga powie­działa, że bar­dzo boi się pan­ter. Kry­styna domy­śliła się, że Ingebjörga chce wra­cać naj­bar­dziej okólną i samotną drogą, aby móc jak naj­dłu­żej roz­ma­wiać z Erlen­dem.

- Już po raz drugi dziś wie­czór zatrzy­mu­jemy was, panie - rze­kła Kry­styna, a Erlend odparł poważ­nie:

- To nic, dziś wie­czór jadę tylko do Ger­da­rud, a noc będzie jasna. Kry­sty­nie było przy­jem­nie, że nie żar­to­wał i nie wyśmie­wał się z niej, ale roz­ma­wiał, jakby mu była równa albo nawet wię­cej niż równa. Przy­szedł jej na myśl Szy­mon; poza nim nie spo­tkała dotąd żad­nego męż­czy­zny o dwor­nym obej­ściu. Ten czło­wiek jed­nak był na pewno star­szy od Szy­mona.

Jechali doliną pod górami Ryen, wzdłuż potoku. Ścieżka była wąska, z mło­dych gałą­zek drzew zwi­sały mokre i sil­nie pach­nące pąki, tu, w dole, było nieco ciem­niej. W powie­trzu leżał chłód i liście krze­wów wzdłuż stru­mie­nia były wil­gotne od rosy.

Konie szły stępa, pod­kowy ude­rzały głu­cho o wil­gotną, poro­słą trawą ścieżkę. Kry­styna koły­sała się w sio­dle; poza sobą sły­szała papla­nie Ingebjörgi i głę­boki, spo­kojny głos obcego. Nie mówił wiele i odpo­wia­dał jakby w roz­tar­gnie­niu, zda­wało się jej, że jest w podob­nym nastroju jak ona. Czuła się dziw­nie senna, ale zara­zem bez­pieczna i zado­wo­lona; wszyst­kie wyda­rze­nia dnia były już wszakże poza nią.

Kiedy wyje­chali z lasu na łąki pod Mar­ter­stok, Kry­styna jak gdyby się zbu­dziła. Słońce zaszło, mia­sto i zatoka leżały pod nimi w jasnym, bla­da­wym świe­tle; szczyty wzgórz Aker lśniły jesz­cze ogni­sto­żółtą poświatą pod błę­kit­nym nie­bem. W ciszy wie­czoru nio­sły się z dala głosy, jakby zro­dzone z otchłani wie­czor­nego chłodu, gdzieś na jakiejś dro­dze skrzyp­nęło koło wozu i naszcze­ki­wały psy po dwo­rach z dru­giej strony rzeki. W lesie poza nimi, teraz, gdy słońce zaszło, gło­śno śpie­wały i ćwier­kały ptaki. W powie­trzu snuł się zapach spa­le­ni­zny, daleko na łące żagwiło się czer­wone ogni­sko; od wiel­kiej pło­mien­nej zorzy nawet jasność nocy odbi­jała się ciemno.

Jechali już mię­dzy polami klasz­toru, gdy obcy znowu do niej prze­mó­wił. Zapy­tał, czy nie uważa za słuszne, aby pod­je­chał z nimi pod furtę i pro­sił o pozwo­le­nie widze­nia się z panią Groą, by jej wytłu­ma­czyć, jak się wszystko odbyło. Ale Ingebjörga wolała wśli­znąć się po cichu przez kościół, może wów­czas uda im się wejść nie­po­strze­że­nie do klasz­toru i nikt nie zwróci uwagi na ich długą nie­obec­ność; może sio­stra Poten­cja zapo­mniała o nich z powodu odwie­dzin.

Kry­styna nie zdzi­wiła się nawet, że na placu przed zachod­nią bramą kościoła jest tak cicho. Zwy­kle wie­czo­rami pano­wał tu oży­wiony ruch, bo ludzie z sąsiedz­twa odwie­dzali kościół klasz­torny; tutaj stało też sporo domostw, w któ­rych miesz­kali słu­dzy świeccy i jał­muż­nicy klasz­toru. W tym miej­scu poże­gnały Erlenda. Kry­styna stała i gła­skała konia; był czarny, miał zgrabną głowę i łagodne oczy - wydał się jej podobny do Mor­wina, na któ­rym jesz­cze dziec­kiem jeź­dziła zawsze w domu.

- Jak zowie się wasz koń, panie? - spy­tała, gdy rumak odwró­cił od niej głowę i obwą­chi­wał pierś swego pana.

- Bajard - odrzekł patrząc na nią przez szyję konia. - Pyta­cie o imię konia, nie zaś o moje?

- Rada bym znać wasze imię - odpo­wie­działa skło­niw­szy się lekko.

- Nazy­wam się Erlend syn Miko­łaja.

- Więc dzięki wam, Erlen­dzie synu Miko­łaja, za waszą dobrą usługę dzi­siej­szego wie­czora - rze­kła Kry­styna poda­jąc mu rękę. Nagle spło­niła się i na wpół wysu­nęła dłoń z jego dłoni.

- Czy pani Aashilda córka Gau­tego z Dovre jest waszą krewną? - spy­tała.

Zdu­miona ujrzała, że i jemu łuna krwi oblała twarz, wypu­ścił szybko jej rękę i odrzekł:

- To moja ciotka. Ja zaś jestem Erlen­dem synem Miko­łaja na Husaby. - Spoj­rzał na nią tak dziw­nie, że zmie­szała się jesz­cze bar­dziej, lecz opa­no­wała się i rze­kła:

- Win­nam wam podzię­ko­wać lep­szymi sło­wami, Erlen­dzie synu Miko­łaja, lecz nie wiem, co bym wam rzec mogła.

Skło­nił się przed nią i zda­wało się jej, że musi go już poże­gnać, choć chęt­nie mówi­łaby z nim dłu­żej. W drzwiach kościoła obej­rzała się, a widząc, że Erlend stoi jesz­cze przy koniu, ski­nęła mu ręką.

W klasz­to­rze pano­wało wiel­kie zanie­po­ko­je­nie i krzą­ta­nina. Haakon posłał jezd­nego z wia­do­mo­ścią, sam zaś cho­dził po mie­ście i szu­kał dziew­cząt wraz z przy­sła­nymi mu do pomocy ludźmi. Zakon­nice sły­szały, że dzi­kie bestie uśmier­ciły i pożarły dwoje dzieci w mie­ście. Było to oczy­wi­ście kłam­stwo, pan­terę zaś - jedna bowiem tylko była - ujęło jesz­cze przed nie­szpo­rami kilku słu­żą­cych z kró­lew­skiego dworu.

Kry­styna stała cicha z pochy­loną głową, gdy ksieni i sio­stra Poten­cja wyła­do­wy­wały na nie swój gniew. Była jakby pogrą­żona w wewnętrz­nym śnie. Ingebjörga szlo­chała i pró­bo­wała się uspra­wie­dli­wić: wszak otrzy­mały zezwo­le­nie, że mogą wyjść za wie­dzą sio­stry Poten­cji i w odpo­wied­nim towa­rzy­stwie, a za to, co się potem wyda­rzyło, naprawdę nie pono­szą winy.

Lecz pani Groa pole­ciła im pozo­stać w kościele, aż pół­noc wydzwoni, skie­ro­wać myśli ku spra­wom Boskim i dzię­ko­wać Bogu, który oca­lił im życie i cześć. - Sam Bóg odsło­nił wam jasno prawdę o świe­cie - powie­działa - dzi­kie zwie­rzęta i sługi sza­tana na każ­dym kroku czy­hają na Jego dzieci i nie ma na to ratunku; tylko w modli­twie i bła­ga­niu trzeba szu­kać opar­cia.

Dała każ­dej pło­nącą świecę do ręki i przy­ka­zała, aby poszły z sio­strą Cecy­lią córką Baarda, która nie­raz całe noce spę­dzała w kościele na modli­twie.

Kry­styna posta­wiła świecę na ołta­rzu świę­tego Waw­rzyńca i przy­klę­kła na stop­niu. Utkwiła nie­ru­chomo wzrok w pło­mie­niu świec, odma­wia­jąc cicho Ojcze nasz i Ave Maria. Powoli zaczęło się jej zda­wać, że obej­muje ją blask świec i wyłą­cza wszystko, co leży poza nią i świa­tłem. Czuła, że serce jej roz­wiera się, prze­peł­nione podzięką, uwiel­bie­niem i miło­ścią ku Bogu i Jego łaska­wej Matce - czuła się im bli­ska. Wie­działa zawsze, że patrzą na nią z góry; ale tej nocy po raz pierw­szy czuła, że tak jest w isto­cie. Ujrzała świat, jakby w widze­niu jakimś: ciemna prze­strzeń, w którą pada sło­neczna smuga, pyłki wirują usta­wicz­nie pomię­dzy ciem­no­ścią a świa­tłem, i poczuła, że wresz­cie ona sama dostała się w krąg jasno­ści.

Wyda­wało się jej, że chęt­nie pozo­sta­łaby jak naj­dłu­żej w tym ciszą i ciem­no­ścią nocy owia­nym kościele: owych kilka plam świetl­nych, niby gwiazdy złote nocą, słod­kawy, stary zapach kadzi­deł i cie­pła woń palą­cego się wosku - i ona sama wtu­lona we wła­sną gwiazdę.

I zdało się jej, że koń­czy się jakieś szczę­ście, gdy przy­su­nęła się sio­stra Cecy­lia i dotknęła jej ramie­nia. Trzy kobiety pokło­niły się przed ołta­rzem i przez małą połu­dniową furtę wyszły na klasz­torny dzie­dzi­niec.

Ingebjörga była taka śpiąca, że poło­żyła się nic nie mówiąc. Ucie­szyło to Kry­stynę - tak bar­dzo pra­gnęła być sama ze swymi dobrymi myślami. I było jej przy­jem­nie, że w nocy muszą mieć na sobie koszule: Ingebjörga była gruba i mocno się pociła.

Długo leżała bez­sen­nie, ale ów prąd sło­dy­czy, który ją uniósł, gdy klę­czała w kościele, nie wra­cał. Prze­ni­kało ją jed­nak jesz­cze jego cie­pło, z serca dzię­ko­wała Bogu i czuła się silna, kiedy modliła się za rodzi­ców, rodzeń­stwo i za duszę Arnego syna Gyrda.

Myślała o ojcu. Tak bar­dzo tęsk­niła za nim i za wszyst­kim, co ich łączyło, zanim Szy­mon Darre wszedł w ich życie. Jakaś nowa tkli­wość ku niemu ogar­nęła ją. Tego wie­czora w jej miło­ści do ojca była jakby zapo­wiedź macie­rzyń­skiego uko­cha­nia i tro­ski; nie­ja­sno prze­czu­wała, że wiele jest rze­czy w życiu, które nie stały się jego udzia­łem. Przy­po­mniała sobie mały drew­niany kośció­łek w Ger­da­rud; tam na Wiel­ka­noc widziała groby trzech bra­cisz­ków i babki, matki ojca, Kry­styny córki Sigurda, która umarła dając mu życie.

Co Erlend syn Miko­łaja ma do roboty w Ger­da­rud, tego nie mogła pojąć.

Nie uświa­da­miała sobie, że w ten wie­czór dużo o nim myślała. Ale przez cały czas wspo­mnie­nie jego szczu­płej sma­głej twa­rzy i spo­koj­nego głosu trwało gdzieś w mroku, poza bla­skiem świec, ponad jej myślami.

Gdy się naza­jutrz rano obu­dziła, słońce świe­ciło już w sypialni i Ingebjörga opo­wia­dała, że pani Groa zabro­niła sio­strom budzić je na jutrz­nię. Teraz miały iść do kuchni i przy­nieść sobie coś do jedze­nia. Kry­sty­nie aż cie­pło się zro­biło z rado­ści, że ksieni taka łaskawa; odczu­wała to tak, jak gdyby cały świat był dobry dla niej.

3

Brac­two chłop­skie z Aker miało za swą patronkę świętą Mał­go­rzatę i doroczną uro­czy­stość roz­po­czy­nało 20 lipca, w dzień świę­tej. Bra­cia i sio­stry gro­ma­dzili się wtedy razem z dziećmi i cze­la­dzią w kościele w Aker i wysłu­chi­wali mszy przy ołta­rzu świę­tej Mał­go­rzaty; po czym cią­gnęli do hali brac­twa, leżą­cej przy szpi­talu Hofvin, i tutaj świę­to­wano zazwy­czaj pięć dni.

Ponie­waż jed­nak kościół w Aker zarówno jak szpi­tal Hofvin nale­żały do klasz­toru zakon­nic, prócz tego zaś wielu chło­pów z Aker było dzier­żaw­cami klasz­toru, przeto przy­jął się zwy­czaj, że ksieni i kilka star­szych sióstr, aby oka­zać sza­cu­nek brac­twu, brało udział w obcho­dzie w pierw­szym dniu święta. Rów­nież wycho­wanki klasz­toru, oddane tylko na naukę i nie mające póź­niej skła­dać ślu­bów, mogły pójść i wie­czo­rem potań­czyć; na to święto wolno im było zamiast odzieży klasz­tor­nej wło­żyć wła­sne suk­nie.

Dla­tego też wielki ruch pano­wał w wigi­lię świę­tej Mał­go­rzaty w izbie wycho­wa­nek; dziew­częta, któ­rym pozwo­lono iść na zabawę, grze­bały w swych skrzy­niach i mie­rzyły naj­lep­sze szaty, inne zaś cho­dziły nieco zgnę­bione i przy­glą­dały się. Nie­które posta­wiły na kominku gar­nuszki i goto­wały wodę, która miała czy­nić płeć białą i miękką, inne warzyły znów jakiś płyn, któ­rym nacie­rały sobie włosy; gdy dzie­liły je potem w pasma i zwi­jały dokoła skó­rza­nych rze­my­ków, włosy skrę­cały się w piękne pukle.

Ingebjörga powy­cią­gała wszyst­kie swoje suk­nie, nie mogła się jed­nak zde­cy­do­wać, którą z nich wło­żyć; w każ­dym razie nie tę naj­lep­szą zie­loną z aksa­mitu, ta była zbyt ładna i za kosz­towna na chłop­skie święto. Ale mała, szczu­pła sio­stra, która nie mogła iść na zabawę - zwała się Helga i jesz­cze dziec­kiem prze­zna­czyli ją rodzice do klasz­toru - odcią­gnęła Kry­stynę na bok i szep­nęła, że z pew­no­ścią Ingebjörga włoży mimo wszystko swą zie­loną suk­nię i czer­woną jedwabną koszulę.

- Zawsze byłaś mi życz­liwa, Kry­styno - dodała Helga. - Nie wypada mi mie­szać się w takie sprawy, ale teraz powiem ci o tym. Ów rycerz, który was odpro­wa­dził owego wie­czora na wio­snę... Sły­sza­łam i widzia­łam, że Ingebjörga mówiła z nim potem. Roz­ma­wiali z sobą w kościele i cze­kał na nią na ścieżce mię­dzy opłot­kami, gdy szła do domu jał­muż­nie. Rycerz pytał o cie­bie i Ingebjörga przy­rze­kła mu, że weź­mie cię z sobą. Zało­ży­ła­bym się, żeś do tej pory nic o tym nie sły­szała.

- W isto­cie, Ingebjörga nie wspo­mniała mi o tym - odparła Kry­styna. Ścią­gnęła usta, by Helga nie doj­rzała uśmie­chu, który jej wykwitł na war­gach. Hm, taka więc jest Ingebjörga. - Zapewne wie ona dobrze, że ja nie należę do dziew­cząt, które latają za węgły domów i płoty na spo­tka­nie z obcym męż­czy­zną - rze­kła dum­nie.

- Mogła­bym sobie zaosz­czę­dzić mówie­nia ci tych nowi­nek, o któ­rych przy­stoj­niej byłoby nie wspo­mi­nać - odpo­wie­działa ura­żona Helga i roze­szły się.

Lecz przez cały wie­czór Kry­styna nie mogła sobie zna­leźć miej­sca i usi­ło­wała stłu­mić uśmiech, gdy ktoś patrzył na nią.

Na drugi dzień rano Ingebjörga ocią­gała się tak bar­dzo z ubie­ra­niem i tak długo cho­dziła w samej koszuli, że Kry­styna zro­zu­miała, iż tamta czeka, póki ona nie będzie gotowa.

Nie ode­zwała się sło­wem, tylko ze śmie­chem pode­szła do skrzyni i wycią­gnęła żółtą jedwabną koszulę. Pierw­szy raz wdziała ją dzi­siaj i gdy spły­nęła wzdłuż ciała, Kry­styna poczuła miły chłód i mięk­kość. Wkoło szyi i nad pier­sią, jak daleko się­gało wycię­cie sukni, koszula była pięk­nie wyszyta sre­brem oraz nie­bie­skim i brą­zo­wym jedwa­biem; tak samo były ozdo­bione rękawy. Kry­styna nacią­gnęła płó­cienne poń­czo­chy i zwią­zała mocno małe pur­pu­rowo-nie­bie­skie trze­wiczki, które owego nie­szczę­snego dnia Haakon szczę­śli­wie przy­niósł do domu. Ingebjörga wciąż patrzyła na nią, Kry­styna rze­kła więc ze śmie­chem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Lag­man - sędzia; lag­man pro­win­cji (jak ów Lau­ren­cjusz) prze­wod­ni­czył na zjaz­dach ludo­wych (thin­gach). [wróć]

2. Fol­kun­go­wie - dyna­stia szwedzka, panu­jąca w XIII i XIV w. [wróć]

3. Dziś Tron­dheim. [wróć]

4. Według ówcze­snego zwy­czaju pod­czas wigi­lii poprze­dza­ją­cych święta kościelne wierni pozo­sta­wali przez całą noc w pobliżu kościoła. Czas pomię­dzy poszcze­gól­nymi nabo­żeń­stwami spę­dzano na tań­cach i innych roz­ryw­kach. [wróć]

5. Spi­chrze były pię­trowe, przy czym izba na pię­trze słu­żyła do prze­cho­wy­wa­nia ubrań i broni, a latem jako sypial­nia lub izba gościnna; posia­dała ona zazwy­czaj ganek. [wróć]

6. Sira - ksiądz. [wróć]

7. Biała nie­dziela - nie­dziela prze­wod­nia. [wróć]

8. Wod­nik; w bar­dziej zna­nej nam mito­lo­gii nie­miec­kiej wystę­puje on pod mia­nem niksa (Nix). [wróć]

9. Grube sukno domo­wej roboty. [wróć]

10. Św. Ewe­lina ze Skövde - znana w hagio­gra­fii jako św. Helena Szwedzka; piel­grzy­mo­wała do Ziemi Świę­tej; łączyła wielką poboż­ność z gor­li­wo­ścią w pracy cha­ry­ta­tyw­nej. Zgi­nęła z rąk wła­snych krew­nych ok. 1160 r. [wróć]

11. Dziś: Ron­dane. [wróć]

12. Tomasz Bec­ket (1118-1170) zamor­do­wany przez króla Hen­ryka II w kate­drze w Can­ter­bury, kano­ni­zo­wany w 1173 r. [wróć]

13. Sverre pano­wał od (ok.) 1180 do 1202 r.; sta­rał się o wzmoc­nie­nie wła­dzy kró­lew­skiej przez ogra­ni­cze­nie praw moż­no­wład­ców i kleru. [wróć]

14. Żona Haakona Sta­rego; jej ojciec poróż­niw­szy się z zię­ciem usi­ło­wał strą­cić go z tronu i zdo­być koronę Nor­we­gii. [wróć]

15. Król Inge - praw­do­po­dob­nie cho­dzi o Ingego syna Baarda, który pano­wał w latach 1204-1217. [wróć]

16. Tań­czono wów­czas w koro­wo­dzie, który two­rzył zwy­kle zamknięte koło lub w braku miej­sca wił się w wężo­wych skrę­tach. [wróć]

17. W 1028 r. pod­czas buntu pogan w Nor­we­gii i najazdu Duń­czy­ków pod wodzą Kanuta Wiel­kiego. [wróć]

18. Syn Księ­dza - zło­śliwe prze­zwi­sko stwo­rzone w spo­sób ana­lo­giczny do takich nazwisk-przy­dom­ków jak: syno­wie Lag­mana (sędziego), syn Biskupa, w któ­rych na miej­scu imie­nia wła­snego pod­sta­wia się tytuł ojca lub przodka. [wróć]

19. Bir­ke­be­ino­wie - powstała w 1174 r. par­tia wal­cząca o umoc­nie­nie wła­dzy kró­lew­skiej kosz­tem moż­no­wład­ców i ducho­wień­stwa; oni to osa­dzili na tro­nie Sver­rego i popie­rali go pod­czas walk z kle­ry­kalną par­tią Bagle­rów. [wróć]

20. Alu­zja do niskiego pocho­dze­nia Sver­rego, któ­rego poto­mek, Haakon V, pano­wał pod­ów­czas w Nor­we­gii. [wróć]

21. Osoby pozo­sta­jące pod opieką klasz­toru, który na ich utrzy­ma­nie czer­pie z docho­dów, jakie przy­no­szą nale­żące do niego pre­bendy. [wróć]

22. Örtug - 1/3 öre. 1 marka srebrna rów­nała się 8 öre po 3 örtugi, 1 örtug rów­nał się 10 gro­szom. [wróć]

I. Dwór Jörund

I

Dwór Jörund

1

Przy podziale spu­ści­zny po Iva­rze Gje­slingu Młod­szym na Sundbu w roku 1306 jego posia­dło­ści w Sil przy­pa­dły córce Ragn­fri­dzie i jej mał­żon­kowi Lavran­sowi synowi Björgulfa. Żyli oni dotych­czas na dwo­rze Lavransa Kog w Folio, nie­da­leko Oslo, teraz jed­nak prze­nie­śli się na dwór Jorund w dolinę Gud­brand.

Lavrans pocho­dził z rodu zwa­nego u nas synami Lag­mana1. Przy­byli oni ze Szwe­cji z owym Lau­ren­cju­szem, lag­ma­nem Wschod­niej Gotlan­dii, który upro­wa­dził z klasz­toru Vreta sio­strę jarla Bjelbo, dzie­wicę Bengtę, i razem z nią schro­nił się do Nor­we­gii. Pan Lau­ren­cjusz pozo­stał przy królu Haako­nie Sta­rym. Król cenił go wielce i poda­ro­wał mu dwór Skog. Lecz po ośmio­let­nim poby­cie w naszym kraju zmarł zło­żony cho­robą, a wdowa po nim, córka Fol­kun­gów2, zwana w Nor­we­gii kró­lewną, wró­ciła do swej ojczy­zny i pojed­nała się z krew­nymi. Potem wyszła bogato za mąż w tam­tym kraju. Ona i pan Lau­ren­cjusz nie mieli z sobą dzieci, tak więc dwór Skog odzie­dzi­czył Ketil, brat Lau­ren­cjusza; był on dzia­dem Lavransa syna Björgulfa.

Lavrans oże­nił się młodo; gdy przy­był do Sil, miał dopiero dwa­dzie­ścia osiem lat i był o trzy lata młod­szy od żony. Jako dora­sta­jący mło­dzie­niec prze­by­wał w orszaku króla i ode­brał sta­ranne wycho­wa­nie; ale po ożenku zasie­dział się na swym dwo­rze, gdyż Ragn­frida była po tro­chu dzi­waczką i melan­cho­liczką i nie czuła się dobrze mię­dzy ludźmi z połu­dnia kraju. Od czasu gdy nie­szczę­śli­wie utra­ciła trzech synów jesz­cze w kolebce, zaczęła zupeł­nie stro­nić od ludzi. Wiele też prze­ma­wiało za tym, by Ragn­frida żyła w bli­sko­ści swych krew­nych, i dla­tego prze­niósł się Lavrans do doliny Gud­brand. Gdy przy­byli tam, mieli jedno dziecko, małą dziew­czynkę; na imię jej było Kry­styna.

Po osie­dle­niu się na dwo­rze Jörund żyli dalej tak samo spo­koj­nie jak przed­tem i naj­chęt­niej samot­nie; nie wyglą­dało na to, by Ragn­fri­dzie zale­żało wiele na jej krew­nych, odwie­dzała ich bowiem tylko wtedy, gdy wyma­gała tego przy­zwo­itość. Działo się tak po czę­ści dla­tego, że Lavrans i Ragn­frida byli ludźmi bar­dzo poboż­nymi, gor­li­wie uczęsz­czali do kościoła i chęt­nie gościli u sie­bie sługi Boże, jako też ludzi, któ­rzy podró­żo­wali w spra­wach kościel­nych, oraz pąt­ni­ków, któ­rzy wędro­wali w górę doliny, do Nida­ros3. Także pro­bosz­czowi swej para­fii, który był ich naj­bliż­szym sąsia­dem i miesz­kał na dwo­rze Romund, oka­zy­wali wielki sza­cu­nek. Inni miesz­kańcy doliny sądzili jed­nak, że dzie­się­ciny, ofiary i datki skła­dane Kościo­łowi zbyt są wyso­kie i że nie­ko­niecz­nie muszą oni tak ści­śle trzy­mać się postów i modlitw ani też bez wyraź­nej potrzeby spro­wa­dzać do domu księży i zakon­ni­ków.

Poza tym sza­no­wano i kochano miesz­kań­ców Jörund, zwłasz­cza Lavransa, który był znany ze swej siły i odwagi, a także jako czło­wiek miłu­jący pokój, cichy i prawy, dzia­ła­jący zawsze z roz­wagą, dworny w obej­ściu; był on nade wszystko dziel­nym gospo­da­rzem i świet­nym myśli­wym, palił się do łowów na wilka, niedź­wie­dzia i innego gru­bego zwie­rza. W ciągu kilku lat sku­pił w swych rękach wiele ziem, ale zawsze był dobry dla swych dzier­żaw­ców i chęt­nie im poma­gał.

Ragn­fridę tak rzadko widy­wano mię­dzy ludźmi, że wkrótce prze­stano mówić o niej. Po jej powro­cie w dolinę wielu z początku się dzi­wiło, bo pamię­tano ją z cza­sów, gdy prze­by­wała w domu na Sundbu. Ładna nie była ni­gdy, ale wyglą­dała wtedy wesoło i pogod­nie; obec­nie stra­ciła zupeł­nie wdzięk, można było śmiało sądzić, że jest nie o trzy, ale o dzie­sięć lat star­sza od męża. Ludzie uwa­żali też, iż zbyt­nio bie­rze sobie do serca owo nie­szczę­ście z dziećmi; poza tym prze­cież powo­dziło się jej pod każ­dym wzglę­dem lepiej niż innym kobie­tom: miała wiel­kie dostatki, powa­ża­nie i - jak się zda­wało - dobrze żyła z mężem. Lavrans nie zada­wał się z innymi kobie­tami i radził się jej w każ­dej spra­wie. Nie była rów­nież tak stara, by nie mogła mieć jesz­cze wielu dzieci, jeśliby tylko Bóg pozwo­lił.

Nie­ła­two było wła­ści­cie­lom Jörund dostać do służby mło­dych ludzi wła­śnie wsku­tek ponu­rego uspo­so­bie­nia pani domu, a rów­nież dla­tego, że tak surowo prze­strze­gano tam wszyst­kich postów. Poza tym służba miała się tam dobrze i nie­czę­sto zda­rzało się, aby ktoś został skar­cony lub uka­rany; zarówno Lavrans, jak i Ragn­frida przo­do­wali w każ­dej robo­cie. Zresztą gospo­darz był na swój spo­sób wesoły i chęt­nie brał udział w tań­cach albo śpie­wał wraz z innymi, gdy mło­dzież pod­czas nocy wigi­lij­nych4 zaba­wiała się na kościel­nym wzgó­rzu. Prze­waż­nie jed­nak szu­kali służby na Jörund ludzie starsi; bar­dzo im się tam podo­bało i pozo­sta­wali długo.

Gdy Kry­styna skoń­czyła sie­dem lat, zda­rzyło się pew­nego razu, że miała towa­rzy­szyć ojcu na hale.

Był piękny ranek póź­nego lata. Kry­styna stała w gór­nej izbie spi­chrza5, w któ­rej sypiali latem; widziała, że na dwo­rze świeci słońce, i sły­szała, jak ojciec roz­ma­wia z ludźmi na dzie­dzińcu. Cie­szyła się tak strasz­nie, że nie mogła spo­koj­nie ustać na miej­scu, kiedy matka ją ubie­rała, lecz cały czas krę­ciła się i pod­ska­ki­wała. Ni­gdy jesz­cze nie była w górach, prze­jeż­dżała tylko wąwo­zem Rost do Vaage, kiedy zabie­rano ją w odwie­dziny do krew­nych matki na Sundbu, bywała także z matką i dwor­ską cze­la­dzią w naj­bliż­szych lasach, gdy wybie­rali się na jagody, które Ragn­frida doda­wała do piwa. Ragn­frida przy­rzą­dzała rów­nież kwa­skowe powi­dła z brusz­nic i żura­win. Pod­czas wiel­kiego postu jadła je z chle­bem zamiast masła.

Matka upięła dłu­gie, jasne włosy Kry­styny i wsu­nęła je pod stary nie­bie­ski cze­pek, potem uca­ło­wała dziecko w poli­czek i Kry­styna zbie­gła do ojca. Lavrans sie­dział już w sio­dle; usa­do­wił ją za sobą, uło­żyw­szy swoje okry­cie niby poduszkę na zadzie konia. Tam miała sie­dzieć i trzy­mać się ojca za pas. Po czym poże­gnali matkę gło­śnym okrzy­kiem. Ragn­frida zbie­gła z ganku nio­sąc okry­cie dla Kry­styny; dała je Lavran­sowi i pro­siła, żeby tylko dobrze baczył na dziecko.

Słońce świe­ciło, ale ponie­waż w nocy spadł ulewny deszcz, wez­brały wszyst­kie potoki i z szu­mem toczyły się z gór, a strzępy mgły błą­kały się po sto­kach. Nad szczy­tami uno­siły się w nie­bie­skiej prze­strzeni białe chmury, zwia­stuny pogody; Lavrans i jego ludzie prze­po­wia­dali, że dzień będzie upalny, gdy tylko słońce wzej­dzie wyżej. Lavrans miał z sobą czte­rech mężów, i wszy­scy, cho­ciaż było ich tylu i jechali nie­da­leko, byli dobrze uzbro­jeni, po górach bowiem włó­czyli się w tym cza­sie roz­ma­ici ludzie; mało jed­nak było praw­do­po­dobne, aby się z nimi spo­tkano. Kry­styna lubiła bar­dzo wszyst­kich tych ludzi ojca; trzej z nich byli w star­szym wieku, ale czwarty, Arne syn Gyrda z Fins­brek­ken, był dora­sta­ją­cym chłop­cem i naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Kry­styny; jechał naj­bli­żej niej i Lavransa i musiał opo­wia­dać jej o wszyst­kim, co spo­ty­kali po dro­dze.

Jechali mię­dzy zabu­do­wa­niami dworu Romund i wymie­nili pozdro­wie­nia z sirą6 Eiri­kiem. Stał przed drzwiami i łajał córkę, która mu pro­wa­dziła dom, gdyż pozo­sta­wiła oneg­daj na dwo­rze zwój świeżo far­bo­wa­nej przę­dzy; deszcz znisz­czył ją zupeł­nie.

Na wzgó­rzu przy ple­ba­nii stał kościół - nie­wielki, lecz pięk­nie zbu­do­wany i sta­ran­nie utrzy­many, ściany jego były świeżo smo­ło­wane. Pod krzy­żem przy wro­tach cmen­tar­nych Lavrans i jego ludzie zdjęli kape­lu­sze i pochy­lili głowy, po czym ojciec obró­cił się w sio­dle i oboje z Kry­styną dawali znaki matce, którą doj­rzeli na łące przed dwo­rem. Odpo­wie­działa im powie­wa­jąc chustką.

Tutaj to, na kościel­nym wzgó­rzu i na cmen­ta­rzu, Kry­styna bawiła się co dnia; lecz dzi­siaj, gdy miała z ojcem odbyć tak daleką drogę, dobrze znany widok domu i doliny wydał się dziecku czymś nowym i nie­zwy­kłym.

Grupy zabu­do­wań w dole na Jörund sta­wały się coraz mniej­sze i bar­dziej szare; rzeka wiła się lśniąc, a przed Kry­styną roz­cią­gała się dolina z wiel­kimi, zie­lo­nymi płasz­czy­znami, z bagni­skami na dnie i dwo­rami roz­rzu­co­nymi wśród pól i łąk na sto­kach, aż po szare, strome ściany gór.

Daleko w doli­nie, tam gdzie góry zbie­gały się i zamy­kały widok, leżał dwór Lopt. Miesz­kali w nim Sigurd i Jon, dwaj sta­rzy ludzie z bia­łymi bro­dami; ile­kroć prze­by­wali na Jörund, bawili się z nią i żar­to­wali. Jona lubiła bar­dzo, gdyż stru­gał piękne zwie­rzęta z drzewa, a kie­dyś poda­ro­wał jej złoty pier­ścień. A gdy ostat­nio w białą nie­dzielę7 bawił u nich, przy­niósł dla niej ryce­rza tak cud­nie rzeź­bio­nego i wspa­niale malo­wa­nego, iż zdało się Kry­sty­nie, że ni­gdy dotąd nie dostała pięk­niej­szego poda­runku. Każ­dej nocy zabie­rała ryce­rza z sobą do łoża, ale rano, kiedy się budziła, stał on na stop­niu przed łożem, w któ­rym sypiała wraz z rodzi­cami. Ojciec mówił, że rycerz wyska­kuje, skoro pierw­szy kur zapieje, lecz Kry­styna wie­działa dobrze, iż matka wyj­muje go z łoża, sły­szała bowiem, jak Ragn­frida mówiła, że rycerz jest twardy i dziecko mogłoby się ska­le­czyć, gdyby się w nocy na nim poło­żyło. Sigurda z Lopt Kry­styna bała się bar­dzo i nie lubiła, jak ją brał na kolana, bo dro­czył się z nią, że kiedy doro­śnie, będzie spał w jej ramio­nach. Prze­żył już dwie żony i sam mówił, że prze­żyje rów­nież trze­cią, a Kry­styna będzie może czwartą. Kiedy zaczy­nała pła­kać, Lavrans śmiał się i uspo­ka­jał ją mówiąc, że nie sądzi, by Mar­git tak prędko wyzio­nęła ducha; gdyby jed­nak tak się stało i Sigurd sta­rał się o rękę jego córki, wów­czas może być pewna, że powie mu sta­now­czo "nie".

Mniej wię­cej na strze­le­nie z łuku na pół­noc od kościoła leżał przy dro­dze wielki głaz, a wkoło niego rósł gaj brzo­zowy i osi­kowy. Tam zwy­kle bawili się w kościół. Tomasz, naj­młod­szy wnuk siry Eirika, odpra­wiał mszę i podob­nie jak dzia­dek kro­pił wodą świę­coną i chrzcił, gdy w zagłę­bie­niach kamie­nia zebrało się nieco desz­czówki. Ale zeszłej jesieni źle się to skoń­czyło. Naj­pierw Tomasz dał ślub jej i Arnemu, który nie był jesz­cze tak doro­sły, by nie móc bawić się z dziećmi, gdy miał na to czas. Potem Arne zła­pał uga­nia­jące w pobliżu pro­się i zaniósł je do chrztu. Tomasz nama­ścił je mułem, zanu­rzył w wyżło­bie­niu kamie­nia, gdzie stała woda, i naśla­do­wał dziadka odpra­wia­jąc po łaci­nie mszę i gnie­wa­jąc się, że za mało dali na ofiarę; dzieci śmiały się, sły­szały bowiem, jak starsi mówili, że Eirik jest nie­zmier­nie chciwy. Im bar­dziej się śmiały, tym gor­sze rze­czy wymy­ślał Tomasz; powie­dział, że dziecko to zostało poczęte w okre­sie wiel­kiego postu, a więc za ten grzech rodzice muszą wobec kapłana i Kościoła oczy­ścić się pokutą. Wtedy doro­ślejsi chłopcy wybuch­nęli grzmią­cym śmie­chem. Kry­styna jed­nak stała zawsty­dzona i bli­ska pła­czu, z pro­sięciem na rękach. Nie­szczę­ście chciało, że pod­czas tej zabawy Eirik wra­cał konno do domu z jakiejś podróży dusz­pa­ster­skiej. Gdy spo­strzegł, co dzieci wypra­wiają, zesko­czył z konia, a święte naczy­nia podał tak gwał­tow­nie naj­star­szemu wnu­kowi, Ben­te­inowi, że ten omal nie upu­ścił na zie­mię srebr­nej gołę­bicy z Cia­łem Pań­skim. Kapłan wpadł w gro­madę dzieci i bił te, które mu pod rękę wpa­dły. Kry­styna wypu­ściła pro­siaka, ten zaś kwi­cząc ucie­kał drogą, wlo­kąc za sobą chustkę, którą go w cza­sie chrztu nakryto, i kwi­czał tak, że konie księ­dza sta­nęły dęba. Sira Eirik bił ją, aż upa­dła, a wów­czas jesz­cze ją kop­nął, wsku­tek czego długi czas potem bolało ją bio­dro. Gdy Lavrans się o tym dowie­dział, osą­dził, że Eirik był zbyt surowy dla Kry­styny, prze­cież to małe dziecko. Oświad­czył, że chce mówić z księ­dzem, ale Ragn­frida pro­siła go, aby tego zanie­chał, dziecko bowiem zostało słusz­nie uka­rane za udział w tak grzesz­nej zaba­wie. Nie wspo­mniał tedy Lavrans wię­cej o tej spra­wie, lecz Arnemu dostało się tyle kijów, co ni­gdy w życiu.

Dla­tego gdy teraz prze­jeż­dżali obok głazu, Arne pocią­gnął Kry­stynę za rękaw. Nie śmiał nic powie­dzieć z obawy przed Lavran­sem, więc tylko stroił miny, uśmie­chał się i ude­rzał po zadku; Kry­styna zawsty­dzona spu­ściła oczy.

Droga weszła w gęsty las. Jechali wzdłuż skal­nych zbo­czy; dolina sta­wała się coraz węż­sza i ciem­niej­sza, a szum rzeki docho­dził gło­śniej i wyraź­niej. Kiedy od czasu do czasu uka­zy­wała się przed nimi część jej łoży­ska, widzieli, jak toczy spie­nione, zie­lo­no­sine wody mię­dzy stromo opa­da­ją­cymi urwi­skami. Stoki gór po obu stro­nach doliny czer­niły się lasem; ponuro i nie­sa­mo­wi­cie było w wąskim paro­wie, ostry wiew szedł ku nim. Skie­ro­wali się w stronę ścieżki i wkrótce ujrzeli most, przez który szła droga w dół doliny. W jaskini poni­żej ścieżki miesz­kał nök8; Arne chciał opo­wie­dzieć o nim Kry­sty­nie, ale Lavrans surowo zabro­nił mu gadać w lesie o podob­nych rze­czach. Gdy zaś doje­chali do mostu, zesko­czył z konia i popro­wa­dził go za uzdę, dru­gim ramie­niem obej­mu­jąc dziecko wpół.

Po dru­giej stro­nie rzeki wąska ście­żyna pro­wa­dziła stromo pod górę. Męż­czyźni zsie­dli z koni i szli pie­szo, ojciec zaś usa­do­wił Kry­stynę w sio­dle, tak że mogła trzy­mać się łęku i sama jechać na Guld­sve­inie.

W miarę jak wjeż­dżali coraz wyżej, wynu­rzały się spo­nad sto­ków gór nie­znane szare i nie­bie­skie szczyty z bia­łymi pasmami śniegu. Kry­styna mogła już dostrzec pośród drzew dwory leżące na pół­noc od wąwozu. Arne wska­zy­wał je i wymie­niał ich nazwy.

Wysoko w lesie dotarli do małego samot­nego osie­dla. Zatrzy­mali się przy pło­cie, Lavrans zawo­łał gło­śno, a echo, zwie­lo­krot­nione przez góry, błą­kało się tu i tam. Dwóch ludzi nad­bie­gło spo­mię­dzy maleń­kich pól: syno­wie tych, do któ­rych nale­żało gór­skie osie­dle. Byli oni dobrymi smo­la­rzami i Lavrans chciał nająć ich do wypa­la­nia dzieg­ciu. Matka szła za nimi z wielką misą mleka, gdyż dzień zro­bił się tym­cza­sem upalny, jak to ludzie Lavransa prze­wi­dy­wali.

- Widzia­łam, że wzią­łeś z sobą swoją małą córeczkę - rze­kła po przy­wi­ta­niu - i chcia­łam ją koniecz­nie zoba­czyć. Musisz jej zdjąć cze­pek; sły­sza­łam, że ma takie piękne włosy.

Lavrans uczy­nił, o co go kobieta pro­siła, i włosy Kry­styny spa­dły jej na plecy aż po sio­dło. Były one gęste i złote jak doj­rzała psze­nica. Isrida, tak zwała się kobieta, zanu­rzyła w nich ręce.

- Tak, teraz widzę, że w tym, co mówią o two­jej pięk­nej córce, nie ma prze­sady. To istna lilia i wygląda na córkę ryce­rza. Oczy ma łagodne - podobna jest do cie­bie, nie do Gje­slin­gów. Oby Bóg dał ci z niej wiele rado­ści, Lavran­sie synu Björgulfa! A na Guld­sve­inie jeź­dzisz tak dziar­sko jak dwo­rza­nin - żar­to­wała pod­trzy­mu­jąc misę, z któ­rej Kry­styna piła.

Dziecko pokra­śniało z rado­ści, bo dobrze wie­działo, że ojciec daleko i sze­roko sły­nął jako naj­pięk­niej­szy męż­czy­zna. W isto­cie wyglą­dał na ryce­rza, gdy tak stał mię­dzy swo­imi ludźmi, cho­ciaż odziany był raczej po chłop­sku, jak zwykł cho­dzić co dnia w domu. Nosił dość luźną i krótką bluzę z far­bo­wa­nej na zie­lono fryzy9, roz­piętą na szyi, tak że widać było koszulę; jego poń­czo­chy i obu­wie były z nie bar­wio­nej skóry, głowę okry­wał mu sta­ro­modny kape­lusz fil­cowy z sze­ro­kimi skrzy­dłami. Z klej­no­tów miał jedy­nie gładką srebrną klamrę w pasie i małą zapinkę u koszuli; na szyi jego wid­niał złoty łań­cuch, który Lavrans nosił zawsze, na nim zaś wisiał złoty krzyż wysa­dzany gór­skimi krysz­ta­łami. Krzyż ten można było otwo­rzyć, wewnątrz znaj­do­wał się skra­wek śmier­tel­nej koszuli i pasmo wło­sów świę­tej Ewe­liny ze Sköyde10; od jed­nej z jej córek wywo­dzili swój ród syno­wie Lag­mana. Gdy Lavrans uda­wał się do lasu albo do roboty, cho­wał zwy­kle krzyż na gołą pierś pod koszulę, by go nie zgu­bić. Nie­je­den rycerz lub dwo­rza­nin w odświęt­nej sza­cie nie wyglą­dał na czło­wieka tak dostoj­nego rodu, jak on w swej pro­stej domo­wej odzieży. Był słusz­nej postawy, sze­roki w barach, wąski w bio­drach; mała głowa osa­dzona była pięk­nie na szyi. Miał regu­larne, nieco wydłu­żone rysy twa­rzy, nie za pełne policzki, pięk­nie zaokrą­glony pod­bró­dek i foremne usta. Cera jego była jasna i świeża, oczy szare, włosy gęste, gład­kie, jedwa­bi­ste i złote.

Roz­ma­wiał z Isridą o jej spra­wach, wypy­ty­wał rów­nież o Tor­dis, krewną Isridy, która tego lata była pasterką na hali nale­żą­cej do Jörund. Nie­dawno powiła ona dziecko i Isrida cze­kała tylko na spo­sob­ność, aby mieć pewne towa­rzy­stwo w wędrówce przez las, chciała bowiem zanieść chłopca do chrztu. Lavrans pod­dał jej myśl, żeby udała się z nimi na halę. Powrócą naza­jutrz wie­czo­rem; będzie się czuła dobrze i bez­piecz­nie, gdy z nią i małym poga­ni­nem będzie tylu mężów.

Isrida podzię­ko­wała: - Po praw­dzie, to cze­ka­łam, że się z tym zaofia­ru­jesz. My, biedni ludzie z gór, wiemy dobrze, że ile­kroć przyj­dziesz tutaj, zawsze świad­czysz nam przy­ja­ciel­skie usługi. - Pobie­gła do domu po zawi­niątko i okry­cie.

Lavrans rze­czy­wi­ście dobrze się czuł mię­dzy tymi bied­nymi ludźmi, miesz­ka­ją­cymi wysoko w górach, na kar­czo­wi­skach i w osie­dlach na pogra­ni­czu gminy; wśród nich był zawsze wesół i skory do żar­tów. Mówił z nimi o leśnych zwie­rzę­tach i renach żyją­cych na gór­skich halach, i o stra­chach uka­zu­ją­cych się w takich miej­scach. Poma­gał im radą i czy­nem, oglą­dał im chore bydło, sta­wał z nimi do kowa­dła i do cie­siel­skiej roboty, ba, jako czło­wiek nie­zwy­kłej siły poma­gał przy wydo­by­wa­niu naj­więk­szych kamieni lub korzeni. Dla­tego ci ludzie witali zawsze z wielką rado­ścią Lavransa syna Björgulfa i jego wiel­kiego czer­wo­nego ogiera Guld­sve­ina. Guld­svein był pięk­nym zwie­rzę­ciem z błysz­czącą sier­ścią, białą grzywą, bia­łym ogo­nem i jasnymi oczami - był silny i tak ogromny, że mówiono o nim w doli­nach, ale wobec Lavransa był zawsze potulny jak jagniątko i pan jego zwykł mawiać, że kocha swego rumaka jak młod­szego brata.

Lavrans zamie­rzał przede wszyst­kim obej­rzeć stos na Heim­bergu. W suro­wych cza­sach nie­po­koju, przed stu albo i wię­cej laty, wznie­śli chłopi w kilku miej­scach na oka­la­ją­cych doliny górach sza­łasy straż­ni­cze i stosy drzewa, podobne do ogni ostrze­gaw­czych wzdłuż wybrzeży. Ale te znaki w górach nie pozo­sta­wały pod nad­zo­rem obrony kraju. Utrzy­my­wały je brac­twa chłop­skie i człon­ko­wie bractw doglą­dali ich na zmianę.

Gdy przy­byli na polanę, Lavrans puścił wszyst­kie konie prócz jucz­nego wolno na pastwi­sko, po czym ludzie zaczęli się piąć stromą ścieżką w górę. Wkrótce las począł rzed­nąć. Olbrzy­mie sosny, mar­twe i białe jak szkie­lety, stały na mocza­rach i Kry­styna ujrzała nagie, szare tur­nie ster­czące w niebo. Wspi­nali się po stro­mych usy­pi­skach, cza­sem potok prze­ci­nał ścieżkę, tak że ojciec musiał prze­no­sić Kry­stynę. Silny, świeży wiatr wiał tu w górze, a krzaczki czer­niły się od jagód, ale Lavrans nie pozwa­lał zatrzy­my­wać się i zbie­rać ich. Arne to biegł z przodu, to znowu pozo­sta­wał daleko w tyle; zry­wał gałązki z jago­dami dla Kry­styny i opo­wia­dał, do kogo należą hale leżące w dole wśród lasu - całe zbo­cze Hövring pokryte było wów­czas lasami.

Teraz znaj­do­wali się pod ostat­nim, nagim stoż­kiem skal­nym i ujrzeli potężny stos belek ster­czący w błę­kit i chatkę straż­ni­czą przy­cup­niętą pod skalną ścianą.

Gdy weszli na grzbiet góry, powiał im naprze­ciw wicher i zaplą­tał się w ich suk­nie; Kry­sty­nie zda­wało się, że jest on żywym stwo­rze­niem, które mieszka tu w górze, wycho­dzi im na spo­tka­nie i wita ich. Wicher dął i swa­wo­lił, gdy szła z Arnem przez mchem poro­śniętą płasz­czy­znę. Dzieci usia­dły na wysta­ją­cym omsza­łym zrę­bie skal­nym i Kry­styna patrzyła wokoło sze­roko roz­war­tymi oczyma - ni­gdy nie myślała, że świat jest taki wielki i roz­le­gły.

Jak okiem się­gnąć, leżały pod nią kosmate od lasów stoki gór; dolina wyglą­dała jak niecka mię­dzy potęż­nymi wier­chami, a boczne doliny były jesz­cze mniej­sze i, cho­ciaż liczne, nik­nęły nie­mal mię­dzy grzbie­tami. Wszę­dzie wzno­siły się szare, ska­li­ste, pło­nące zło­ta­wym poro­stem tur­nie, a daleko na hory­zon­cie dźwi­gały się spo­nad osłony lasów nie­bie­skie szczyty z bia­łymi pła­tami śniegu, sto­pione w jedno z sza­ro­nie­bie­skimi, poły­skli­wymi chmu­rami. Ale w pobliżu na pół­noc­nym wscho­dzie - zaraz za halami i lasem - cią­gnęły się potężne ska­li­ste pasma bie­le­jące świeżo spa­dłym śnie­giem. Kry­styna poznała Góry Dzi­cze11, o któ­rych już sły­szała; w isto­cie podobne były do stada ogrom­nych dzi­ków idą­cych w stronę gór, a odwró­co­nych zadami ku doli­nie. Arne mówił, że trzeba pół dnia jazdy kon­nej, żeby do nich dotrzeć.

Kry­styna sądziła, że gdy tylko wyj­dzie na szczyt naj­bliż­szych gór, zoba­czy leżącą z dru­giej strony inną gminę, podobną do jej wła­snej, z dwo­rami i trzo­dami, i miała dziwne uczu­cie, gdy ujrzała, jak daleko od sie­bie leżą ludz­kie osie­dla. Widziała drob­niut­kie, żółte i zie­lone plamy nisko w doli­nie i śmiesz­nie maleń­kie poręby z sza­rymi kost­kami domów wśród gór­skich lasów; poczęła je liczyć, ale gdy doszła do trzech tuzi­nów, nie mogła już ich roz­róż­nić mię­dzy sobą. A mimo to ludz­kie sadyby ginęły bez śladu w tej pusz­czy.

Wie­działa, że w dzi­kim lesie panuje wilk i niedź­wiedź i że pod każ­dym kamie­niem kryją się gnomy, koboldy i rusałki, i prze­ra­ziła się, gdyż nikt nie znał ich liczby, ale musiało ich być wiele, o wiele wię­cej niż ludzi ochrzczo­nych. Zawo­łała gło­śno ojca, ale nie dosły­szał jej w wichu­rze - wta­czał wła­śnie ze swymi ludźmi na szczyt wiel­kie głazy, które miały słu­żyć do umoc­nie­nia belek stosu.

Isrida pode­szła do dzieci i poka­zała Kry­sty­nie góry Vaage na zacho­dzie, Arne zaś wska­zał jej Góry Szare, gdzie miesz­kańcy chwy­tali reny w wil­cze paści, a sokol­nicy kró­lew­scy żyli w kamien­nych cha­tach. Arne sam zamie­rzał w przy­szło­ści poświę­cić się tej pracy; wów­czas także nauczy się ukła­dać sokoły do polo­wa­nia. Pod­niósł ramię, jak gdyby wyrzu­cał sokoła w powie­trze.

Isrida potrzą­snęła głową:

- To roz­pustne życie, Arne synu Gyrda; wielki ból spra­wił­byś matce, gdy­byś został łowcą soko­łów. Każdy, kto tam prze­bywa, musi się zetknąć ze złymi ludźmi i z czymś, co jesz­cze jest gor­sze.

Lavrans zbli­żył się do nich i posły­szał ostat­nie słowa.

- Tak - rzekł - tam w górze jest nie­jedna zamiesz­kana sadyba, która nie płaci podat­ków ani dzie­się­cin.

- Wła­śnie, wszak nie­jedno widzia­łeś, Lavran­sie - Isrida pró­bo­wała wydo­być z niego coś wię­cej. - Prze­cież nie­raz zapusz­czasz się głę­boko w góry.

- Tak, tak - mówił Lavrans powoli - ale zdaje mi się, że nie należy mówić o tych rze­czach. Ludziom, któ­rzy w doli­nie nie zaznali pokoju, należy go uży­czyć przy­naj­mniej w górach, gdzie może go odnajdą. Widzia­łem wszak żyt­nie pola i piękne łąki w oko­li­cach, o któ­rych nie­liczni tylko wie­dzą, że są tam uprawne doliny - i widzia­łem stada wołów i cie­ląt, ale nie wiem, czy nale­żały one do ludzi, czy do innych istot.

- Tak, tak - powie­działa Isrida. - Wini się niedź­wie­dzia i wilka, gdy ginie bydło z pastwisk, ale w górach są gorsi rabu­sie od nich.

- Gorsi, powia­dasz? - spy­tał Lavrans w zamy­śle­niu prze­su­wa­jąc rękę po czepku córki. - Tam w górach, na połu­dnie od Dzi­czego Pasma, widzia­łem kie­dyś trzech małych chłop­ców, naj­star­szy był w wieku Kry­styny - mieli jasne włosy i futrzane kubraki. Wyszcze­rzyli ku mnie zęby jak młode wil­częta, potem ucie­kli i pocho­wali się. Nie dzi­wię się zgoła, że na bied­nego człeka, który jest ich ojcem, spad­nie cza­sem pokusa ukraść jedną albo i dwie krowy.

- Wilk i niedź­wiedź też mają młode - odparła ze zło­ścią Isrida. - A tych wcale nie oszczę­dzasz, Lavran­sie, ani też ich mło­dych, choć nie uczyły się prawa ani wiary chrze­ści­jań­skiej jak ci zbrod­nia­rze, któ­rym tak dobrze życzysz.

- Przy­chylny im nie jestem, lecz im źle nie życzę - rzekł Lavrans i uśmiech­nął się. - Ale chodź­cie teraz, zaha­czymy, co też przy­go­to­wała dla nas Ragn­frida. - Wziął Kry­stynę za rękę i popro­wa­dził z sobą. Pochy­lił się nad nią i szep­nął cicho: - Myśla­łem o two­ich trzech bra­cisz­kach, Kry­stynko.

Zaj­rzeli do chaty straż­ni­czej; było w niej duszno i cuch­nęło zgni­li­zną. Kry­sty­nie pozwo­lono chwilę się rozej­rzeć, były tam tylko ławy z ziemi wzdłuż ścian, pale­ni­sko w środku, poza tym beczki z dzieg­ciem, parę smol­nych szczap i wią­zek kory brzo­zo­wej. Lavrans osą­dził, że lepiej będzie jeść na dwo­rze; tro­chę niżej zna­leźli na brzo­zo­wym zbo­czu piękną, zie­loną łączkę.

Zdjęli cię­żary z jucz­nego zwie­rzę­cia i roz­ło­żyli się na tra­wie. Oka­zało się, że Ragn­frida dała im na drogę wiele dobrego jadła; był tam smaczny chleb i deli­katne placki, masło i ser, sło­nina i suszone na powie­trzu mięso renów, tłu­sty goto­wany mostek krowi, dwie wiel­kie łagwie z nie­miec­kim piwem i mała baryłka miodu. Prędko też zabrano się do kra­ja­nia i dzie­le­nia mięsa; tym­cza­sem Hal­fdan, naj­star­szy z ludzi Lavransa, roz­pa­lał ogni­sko - bar­dziej swoj­sko było w lesie przy ogniu.

Isrida i Arne zno­sili zioła i kar­ło­wate brzózki i rzu­cali w ogień. Trzesz­czało, gdy żar pochła­niał świeżą zie­leń gałęzi, a małe, białe, spa­lone płatki wiro­wały nad czer­woną grzywą pło­mie­nia. Tłu­sty, ciemny dym prze­sła­niał jasne niebo. Kry­styna sie­działa i patrzyła w pło­mie­nie; zda­wało jej się, że ogień się weseli, iż jest tutaj wolny i roz­igrany. To zupeł­nie co innego niż waro­wać w domu na pale­ni­sku, tru­dzić się goto­wa­niem i oświe­tlać izbę.

Sie­działa oparta ramie­niem o kolano ojca; dawał jej naj­lep­sze kąski i nama­wiał, aby piła piwo i miód.

- Będzie tak oszo­ło­miona, że nie zej­dzie w dół na halę - rzekł Hal­fdan ze śmie­chem, lecz Lavrans prze­su­nął ręką po jej krą­głej twa­rzyczce.

- Jest nas dość, by ją znieść na dół, a piwo dobrze jej zrobi. Ty też pij, Arne - wy oboje rośnie­cie jesz­cze, wam dary Boże na poży­tek wyjdą, nie na szkodę. Ten tru­nek daje słodką, czer­woną krew, nie lubi sza­leń­stwa i nie­roz­sądku.

Także ludzie Lavransa pili dużo i chęt­nie, Isrida rów­nież nie gar­dziła trun­kiem, wkrótce ich głosy oraz trzesz­cze­nie i szum ognia brzmiały w uszach Kry­styny jak odle­gły hałas, powoli zaczy­nała jej cią­żyć głowa. Sły­szała jesz­cze, jak wypy­ty­wali Lavransa i nakła­niali go, by opo­wia­dał, jakie to dziwy widział pod­czas swych łowów. Ale nie­wiele chciał mówić, i to dawało jej uczu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­koju; była przy tym bar­dzo syta.

Ojciec trzy­mał w ręku bochen mięk­kiego jęcz­mien­nego chleba; odry­wał z niego i kształ­to­wał w pal­cach małe kawałki, aż przy­bie­rały postać koni, odrzy­nał kęski mięsa i sadzał je na chle­bo­wych koni­kach, po czym prze­su­wał je po swo­ich udach wprost do ust Kry­styny. Ale wkrótce była tak zmę­czona, że nie mogła ani otwo­rzyć ust, ani żuć; prze­wró­ciła się na zie­mię i zasnęła.

Gdy się obu­dziła, leżała w gorącu i ciem­no­ści na ramie­niu ojca, otu­lona razem z nim jego płasz­czem. Kry­styna usia­dła, otarła pot z twa­rzy i zdjęła cze­pek, by na powie­trzu osu­szyć zwil­głe włosy.

Musiało być już późno, gdyż świa­tło słońca było żółte, a cie­nie wydłu­żyły się i padały w kie­runku połu­dnio­wego wschodu.

Wiatr ustał zupeł­nie, tylko muchy i komary bzy­kały i brzę­czały nad gro­madą śpią­cych ludzi. Kry­styna sie­działa cichutko jak mysz, dra­pała pokłute przez komary ręce i roz­glą­dała się wkoło. Skalny szczyt nad nimi poły­ski­wał w palą­cym słońcu bia­łym mchem i żół­ta­wym poro­stem, a stos wia­tro­ło­mów wzno­sił się ku niebu niby szkie­let dzi­wacz­nego zwie­rzę­cia.

Powoli ogar­nął ją lęk - tak dziw­nie było patrzeć na tych wszyst­kich ludzi uśpio­nych w jasny dzień. Gdy w domu budziła się nocą, leżała w cie­płym i bez­piecz­nym łożu, mając po jed­nej stro­nie matkę, po dru­giej kawał płótna roz­cią­gnięty na bel­kach ściany. Wie­działa wów­czas, że dym­nik i drzwi są zamknięte przed nocą i nie­po­godą i że głosy, jakie wyda­wali śpiący, pocho­dzą od ludzi leżą­cych w bez­pie­czeń­stwie i cie­ple mię­dzy skó­rami i podusz­kami. Ale te powy­krzy­wiane ciała, leżące na zbo­czu koło małej, biało-czar­nej gar­ści popiołu, wyglą­dały jak mar­twe; nie­które leżały na brzu­chach, inne na ple­cach pod­cią­gnąw­szy kolana, a głosy, jakie wyda­wały, prze­ra­żały Kry­stynę. Ojciec chra­pał ciężko, ale gdy Hal­fdan oddy­chał, świ­stało coś i jęczało w jego nosie. Arne leżał na boku z twa­rzą ukrytą w ramie­niu, jego błysz­czące, jasno­kasz­ta­nowe włosy roz­rzu­cone były na wrzo­sach. Leżał tak cicho, że Kry­styna zanie­po­ko­iła się, czy nie umarł. Pochy­liła się nad nim i dotknęła go - wów­czas we śnie obró­cił się nieco.

Kry­styna pomy­ślała, że może prze­spała już dzień i noc i obu­dziła się następ­nego dnia; zlę­kła się tak okrop­nie, że zaczęła potrzą­sać ojcem, on jed­nak spał i chra­pał dalej. Kry­sty­nie także cią­żyła głowa, ale bała się znowu zasnąć. Pod­peł­zła więc do ognia i gałę­zią roz­gar­nęła popiół; tliło się jesz­cze tro­chę. Przy­cią­gnęła do sie­bie zioła i gałązki i kła­dła je na ogień, nie śmiała jed­nak wyjść poza krąg śpią­cych ludzi, by szu­kać więk­szych gałęzi.

Nagle tuż obok zagrzmiała i zadud­niła zie­mia. Serce Kry­styny prze­stało bić i zimny pot oblał ją z prze­ra­że­nia. Potem ujrzała mię­dzy krze­wami wiel­kie czer­wone ciel­sko i Guld­svein łamiąc kar­ło­wate brzózki sta­nął nie­da­leko patrząc na nią jasnymi, przej­rzy­stymi oczami. Rado­śnie pod­sko­czyła i pobie­gła w stronę rumaka. Był tu także kasz­ta­nek Arnego oraz juczny koń. Poczuła się bez­pieczna i pewna, pokle­pała wszyst­kie trzy po lędź­wiach, Guld­svein pochy­lił łeb tak, że mogła pogła­skać go po pysku i pocią­gnąć za bia­ło­żółtą grzywę, on zaś obwą­chi­wał jej ręce.

Konie pasąc się scho­dziły zbo­czem w dół i Kry­styna poszła z nimi, ufna, że żadne nie­bez­pie­czeń­stwo nie grozi jej w pobliżu Guld­sve­ina; kie­dyś poko­nał on już niedź­wie­dzia. Jagody rosły tu gęsto, a Kry­styna była spra­gniona i czuła nie­smak w ustach; na piwo nie miała ochoty, ale słod­kie, soczy­ste jagody były dobre jak wino. Nieco dalej na piar­gach ujrzała rów­nież maliny, chwy­ciła więc Guld­sve­ina za grzywę i popro­siła go pięk­nie, aby z nią tam poszedł; ogier cier­pli­wie szedł za dziew­czynką. A kiedy scho­dziła coraz dalej zbo­czem, szedł za jej gło­sem. Dwa inne konie podą­żały za Guld­sve­inem.

Gdzieś w pobliżu usły­szała bul­got i szmer potoku, poszła więc za tym dźwię­kiem, aż zna­la­zła wodę. Poło­żyła się na wiel­kiej kamien­nej pły­cie i obmyła sobie pokłute przez komary ręce i twarz. Pod kamie­niem stała woda czarna, nie­ru­choma i cicha, gdyż z dru­giej strony tuż za kilku małymi brzóz­kami i wierz­bami wzno­siła się stroma krze­sa­nica. Woda two­rzyła w tym miej­scu dosko­nałe zwier­cia­dło i Kry­styna nachy­liła się ku niej, bo chciała zoba­czyć, czy to prawda, co mówiła Isrida o jej podo­bień­stwie do ojca.

Uśmiech­nęła się i nachy­liła tak bli­sko, że jej włosy zetknęły się z wło­sami oka­la­ją­cymi wiel­ko­oką, dzie­cinną twa­rzyczkę, którą ujrzała w potoku.

Wkoło rosło mnó­stwo deli­kat­nego, różo­wego kwie­cia, zwa­nego bal­dria­nem; tutaj, nad gór­skim poto­kiem, było ono dużo pięk­niej­sze i czer­wień­sze niż w dole nad rzeką. Kry­styna rwała kwiaty i wią­zała je źdźbłami trawy, aż uwiła piękny różowy, gruby wia­nek. Wło­żyła go na głowę i pobie­gła z powro­tem do wod­nego zwier­cia­dła, by zoba­czyć, jak będzie wyglą­dała teraz, przy­stro­jona niby doro­sła dziew­czyna idąca na tańce.

Pochy­liła się nad wodą i ujrzała swe wła­sne ciemne obli­cze wynu­rza­jące się z dna i coraz wyraź­niej­sze, im bar­dziej się ku niemu zbli­żała. Wtem ujrzała w wod­nym zwier­cia­dle jakie­goś czło­wieka sto­ją­cego po dru­giej stro­nie mię­dzy brzo­zami i nachy­la­ją­cego się ku niej. Szybko wypro­sto­wała się i klę­cząc spoj­rzała w tę stronę... Zrazu zda­wało się jej, że to tylko skała i drzewa gęsto sku­pione u stóp urwi­ska. Nagle zauwa­żyła jed­nak twarz wyglą­da­jącą spoza liści... Tam, po dru­giej stro­nie, stała jakaś kobieta o bia­łej twa­rzy i wiją­cych się, jasnych jak len wło­sach; jej wiel­kie, jasno­szare oczy i roz­sze­rzone bla­do­ró­żowe noz­drza przy­po­mi­nały Guld­sve­ina. Była ubrana w coś liścia­stego i poły­skli­wego, a gałę­zie i konary zasła­niały ją aż po pełną pierś, obwie­szoną gęsto łań­cu­chami i klam­rami.

Osłu­piała Kry­styna wpa­trzyła się w zjawę. Kobieta pod­nio­sła rękę i poka­zała jej wie­niec ze zło­tych kwiat­ków; dawała nim znaki.

Poza sobą usły­szała Kry­styna gło­śne, prze­ra­żone rże­nie. Spoj­rzała w tył. Ogier sta­nął dęba, zarżał prze­raź­li­wie, odwró­cił się i począł sadzić zbo­czem w górę, aż zie­mia huczała. Oba konie pognały za nim przez usy­pi­sko sta­cza­jąc z łosko­tem kamie­nie, dep­cząc i łamiąc korze­nie i gałę­zie.

Wtedy Kry­styna krzyk­nęła gło­śno: - Ojcze, ojcze! - Pobie­gła za końmi nie śmiąc spoj­rzeć za sie­bie, pięła się po piar­gach w górę, dep­tała po kraju swej sukni, osu­wała się w dół, znowu pięła się w górę poma­ga­jąc sobie skrwa­wio­nymi rękami, czoł­gała się na zra­nio­nych, potłu­czo­nych kola­nach, krzy­czała i wołała gło­śno ojca i Guld­sve­ina. Pot wystą­pił jej na czoło, zale­wał oczy, a serce biło mło­tem w piersi. Łka­nie prze­ra­że­nia ści­skało krtań.

- Ojcze, ojcze!

Posły­szała gdzieś w górze nad sobą jego głos. Ujrzała, jak wiel­kimi susami zbie­gał w dół po jasnym, zala­nym słoń­cem usy­pi­sku; kar­ło­wate brzózki i osiki stały cicho na zbo­czu i listki ich drżały srebr­nym lśnie­niem, ale ojciec biegł szybko i wołał ją po imie­niu, i Kry­styna upa­dła czu­jąc, że jest ura­to­wana.

- Maryjo Naj­święt­sza! - Lavrans przy­klęk­nął przy córce i pocią­gnął ją ku sobie. Był blady i miał dziwny rys koło ust, który jesz­cze bar­dziej prze­stra­szył Kry­stynę, jak gdyby teraz dopiero, widząc twarz ojca, pojęła, w jak wiel­kim była nie­bez­pie­czeń­stwie.

- Dziecko, dziecko - wziął jej pokrwa­wione ręce, oglą­dał je, ujrzał wie­niec na jej gło­wie i dotknął go. - Co to jest, skąd się tu wzię­łaś, Kry­stynko?

- Szłam za Guld­sve­inem - łkała tuląc się do niego. - Zlę­kłam się, boście wszy­scy spali, ale przy­szedł Guld­svein. A potem stał ktoś nad rzeką i dawał mi znaki.

- Kto taki... czy męż­czy­zna?

- Nie, jakaś kobieta... Ski­nęła wian­kiem ze złota... Myślę, ojcze, że to była kar­lica.

- Jezu Chry­ste! - szep­nął Lavrans i prze­że­gnał zna­kiem krzyża córkę i sie­bie.

Pomógł jej piąć się pod górę, aż doszli do tra­wia­stego zbo­cza. Tu wziął ją na ręce i niósł. Zawi­sła mu na szyi i pła­kała gło­śno, cho­ciaż ją uspo­ka­jał.

Wkrótce spo­tkali pozo­sta­łych. Isrida zała­mała ręce posły­szaw­szy, co zaszło.

- Tak, to na pewno była rusałka - chciała tę piękną dziew­czynkę zwa­bić do wnę­trza gór.

- Milcz! - roz­ka­zał szorstko Lavrans. - Nie powin­ni­śmy byli w lesie tak mówić: nie wia­domo, kto tu może pod kamie­niem sie­dzieć i sły­szeć każde słowo.

Wycią­gnął spod koszuli złoty łań­cuch z krzy­żem zawie­ra­ją­cym reli­kwie, powie­sił go na szyi Kry­styny i wsu­nął pod suk­nię na gołe ciało.

- Niech mi się nikt nie waży pary z gęby puścić - powie­dział. - Ragn­frida nie powinna się ni­gdy dowie­dzieć, w jak wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie było dziecko.

Schwy­tali konie, które roz­bie­gły się po lesie, i szybko zeszli na polanę, gdzie pasły się pozo­stałe. Potem dosie­dli ich i poje­chali na halę. Droga nie była daleka.

Gdy tam przy­byli, słońce już zacho­dziło. Bydło znaj­do­wało się w zagro­dzie, a Tor­dis i paste­rze zajęci byli udo­jem. W cha­cie nawa­rzono kaszy dla Lavransa i jego ludzi, miesz­kańcy hali bowiem widzieli ich w ciągu dnia przy cha­cie straż­nika i ocze­ki­wali przy­by­szów.

Kry­styna dopiero tutaj się uspo­ko­iła. Sie­działa na kola­nach ojca i jedną łyżką jedli kaszę ze śmie­taną.

Lavrans chciał udać się naza­jutrz nad jezioro leżące głę­biej w górach. Hodo­wał tam w kilku sza­ła­sach byki. Kry­styna miała mu towa­rzy­szyć, lecz teraz zde­cy­do­wał, że pozo­sta­nie na hali.

- Musi­cie dobrze baczyć, Isrido, i ty, Tor­dis, aby drzwi i dym­nik były szczel­nie zamknięte aż do naszego powrotu, zarówno przez wzgląd na Kry­stynę, jak i na nie ochrzczone dziecko w koły­sce.

Tor­dis ze stra­chu stała się tak bojaź­liwa, że nie chciała pozo­stać na­dal z maleń­stwem na hali, poza tym od czasu, gdy je powiła, nie była jesz­cze w kościele; naj­chęt­niej zeszłaby na stałe w dolinę. Lavrans rozu­miał ją. Zaraz na drugi dzień może zejść z nimi, powie­dział, a na jej miej­sce pośle star­szą wdowę słu­żącą na Jörund.

Tor­dis pode­słała pod owcze skóry na ławie słodką, świeżą trawę; pach­niała ona mocno i mile i Kry­styna zasy­piała już pra­wie, gdy ojciec odma­wiał nad nią Ojcze nasz i Ave Maria.

- No, dużo wody upły­nie, zanim cię znowu wezmę w góry - rzekł Lavrans kle­piąc ją z lekka po policzku.

Kry­styna wytrzeź­wiała nagle i spy­tała:

- Ale jesie­nią pojadę z tobą na połu­dnie, ojcze, jak mi obie­ca­łeś?

- To się jesz­cze zoba­czy - rzekł Lavrans i za chwilę Kry­styna zasnęła słod­kim snem mię­dzy owczymi skó­rami.

2

Każ­dego roku Lavrans syn Björgulfa zwykł był jeź­dzić na połu­dnie, by rozej­rzeć się na swym dwo­rze w Folio. Te podróże ojca odgra­dzały w pamięci Kry­styny poszcze­gólne lata od sie­bie; dłu­gie tygo­dnie jego nie­obec­no­ści w domu, wielka radość, kiedy wra­cał z pięk­nymi poda­run­kami: zagra­nicz­nymi mate­ria­łami, prze­zna­czo­nymi do jej wypra­wo­wej skrzyni, figami, rodzyn­kami, pier­ni­kami z Oslo. Zawsze miał jej wów­czas tyle do opo­wia­da­nia.

Ale tego roku Kry­styna zauwa­żyła, że z podróżą ojca łączy się coś nie­zwy­kłego. Podróż ta odwle­kała się coraz bar­dziej; przy­jeż­dżali starcy z dworu Lopt i sie­dzieli z rodzi­cami Kry­styny pochy­leni nad sto­łem, mówili o dzie­dzi­cze­niu i pra­wie spad­ko­wym, o pra­wie odkupu i trud­no­ściach zwią­za­nych z zarzą­dza­niem posia­dło­ścią z tak daleka, o sie­dzi­bie bisku­piej i dwo­rze kró­lew­skim w Oslo, które odcią­gały siły robo­cze oko­licz­nym dwo­rom. Nie mieli zupeł­nie czasu bawić się z dziew­czynką i odsy­łali ją do kuchni, mię­dzy dziewki. Wuj jej, Trond syn Wara z Sundbu, przy­jeż­dżał czę­ściej niż zazwy­czaj; ni­gdy się jed­nak z Kry­styną nie bawił ani nie żar­to­wał.

Powoli zaczęła poj­mo­wać, o co cho­dziło. Ojciec od czasu, gdy prze­pro­wa­dzili się do Sil, sta­rał się sku­pić wiele ziemi w swych rękach. Teraz zaś rycerz Andrzej syn God­munda pod­dał mu myśl zamiany dworu Formo, dzie­dzic­twa swej matki, na dwór Skog. Panu Andrze­jowi, odkąd nale­żał do świty kró­lew­skiej i rzadko prze­by­wał w doli­nie, wygod­niej byłoby miesz­kać w Skog. Lavrans nie­chęt­nie roz­stałby się ze swoim dzie­dzic­twem - dwór Skog otrzy­mał jego ród jako dar kró­lew­ski - lecz zamiana była dla niego z wielu wzglę­dów korzystna. Ale Skog nabyłby chęt­nie także brat Lavransa, Aasmund syn Björgulfa, który miesz­kał obec­nie w Hade­lan­dii, gdzie przez oże­nek został wła­ści­cie­lem dworu. Nie było więc pewne, czy Aasmund zrzek­nie się praw przy­słu­gu­ją­cych mu z tytułu dzie­dzic­twa.

Jed­nak pew­nego dnia Lavrans powie­dział Ragn­fri­dzie, że tego roku weź­mie z sobą na Skog Kry­stynę; niech­że zoba­czy dwór, na któ­rym się uro­dziła i który był domem jej przod­ków, zanim przej­dzie on w obce ręce. Ragn­frida uwa­żała to życze­nie za zro­zu­miałe, cho­ciaż oba­wiała się posłać małe dziecko w tak daleką drogę, a sama nie mogła mu towa­rzy­szyć.

Po uka­za­niu się rusałki Kry­styna stała się zrazu taka lękliwa, że naj­chęt­niej prze­by­wała w domu z matką; bała się nawet tych ludzi, któ­rzy wtedy byli z nią w górach i wie­dzieli, co się jej przy­da­rzyło. Rada była, że ojciec zaka­zał wspo­mi­nać o zja­wie.

Ale gdy minął pewien czas, poczuła ochotę mówie­nia o tym. W duchu opo­wia­dała komuś - sama nie wie­działa, komu, a dziwne było, że im wię­cej czasu upły­wało od owego dnia, tym lepiej zda­wała się przy­po­mi­nać sobie wszystko i tym wyraź­niej­sze sta­wało się wspo­mnie­nie jasno­wło­snej kobiety.

Ale naj­oso­bliw­sze było to, że ile­kroć myślała o kar­licy, zawsze tęsk­niła bar­dzo za podróżą do Skog i oba­wiała się coraz bar­dziej, że ojciec nie weź­mie jej z sobą.

Wresz­cie, prze­bu­dziw­szy się pew­nego dnia, ujrzała starą Gun­hildę i matkę, sie­dzące na progu i prze­glą­da­jące wie­wiór­cze skórki Lavransa. Gun­hilda była wdową, wędro­wała po dwo­rach i szyła futrzane pod­bi­cia pod szuby i inną odzież. Kry­styna domy­śliła się z ich roz­mowy, że ma dostać nowe okry­cie, pod­bite wie­wiór­kami, a ozdo­bione kunami. Zro­zu­miała wtedy, że ma jechać z ojcem, pod­sko­czyła w łożu i krzy­czała z rado­ści.

Matka pode­szła do niej i pogła­skała ją po twa­rzy:

- Bar­dzo się z tego cie­szysz, moja córko, że tak daleko ode mnie odjeż­dżasz?

To samo powie­działa Ragn­frida owego dnia, gdy mieli wyjeż­dżać z dworu. Wstali bar­dzo wcze­śnie. Kiedy Kry­styna wyj­rzała przez drzwi, na dwo­rze było jesz­cze ciemno i gęsta mgła leżała mię­dzy domami. Wokół świa­teł i przed otwar­tymi drzwiami domostw falo­wał szary dym. Ludzie uwi­jali się mię­dzy staj­niami i sto­do­łami, z kuchni wybie­gały kobiety z dymią­cymi misami, peł­nymi kaszy, oraz niec­kami z goto­wa­nym mię­si­wem i sło­niną. Jadący mieli dobrze i obfi­cie pod­jeść sobie przed wyjaz­dem.

W domu otwie­rano skó­rzane toboły z podróż­nym dobyt­kiem i wkła­dano zapo­mniane rze­czy. Ragn­frida przy­po­mi­nała mężowi o wszyst­kim, co miał dla niej pod­czas podróży zała­twić; mówiła o krew­nych i zna­jo­mych, któ­rzy miesz­kali po dro­dze; tego miał pozdro­wić, o tam­tego znów nie zapo­mnieć spy­tać.

Kry­styna wybie­gała i wbie­gała do domu, wszyst­kich we dwo­rze żegnała wiele razy i nie mogła zna­leźć spo­koju.

- Tak bar­dzo się cie­szysz, Kry­stynko, że tak daleko i na tak długo ode mnie odjeż­dżasz? - zapy­tała matka.

Kry­sty­nie zro­biło się nie­swojo i ciężko, wola­łaby, żeby matka tego nie powie­działa. Ale odrze­kła, jak umiała naj­le­piej:

- Nie, droga matko, lecz cie­szę się, że wolno mi towa­rzy­szyć ojcu.

- Tak, tak, widzę, że się cie­szysz - rze­kła Ragn­frida z wes­tchnie­niem. Uca­ło­wała dziew­czynkę i popra­wiła jesz­cze coś przy jej sukni.

Wresz­cie sie­dzieli w sio­dłach - cały orszak podróżny. Kry­styna jechała na Mor­wi­nie, który przed­tem był wierz­chow­cem ojca; było to zwie­rzę stare, mądre i pewne. Ragn­frida podała jesz­cze mężowi w srebr­nym kubku strze­mienne, poło­żyła rękę na kola­nie córki i pro­siła ją, by pamię­tała o wszyst­kim, co mieli zała­twić.

O sza­rym brza­sku wyje­chali z dworu. Biała jak mleko mgła uno­siła się nad doliną. Po pew­nym cza­sie stała się przej­rzy­sta i pro­mie­nie słońca zaczęły ją prze­bi­jać. Jaśniały w bia­łym opa­rze ocie­ka­jące rosą, zie­lone potra­wem łąki, płowe ścier­ni­ska, żółte drzewa i czer­wone, błysz­czące grona jarzę­bin. Nie­bie­sko lśniły stoki gór ponad mgli­stymi opa­rami, potem mgła prze­rze­dziła się i strzępy jej błą­kały się mię­dzy wzgó­rzami, a orszak jechał doliną w naj­wspa­nial­szym słońcu - Kry­styna z ojcem na czele.

Do Hamaru przy­byli w desz­czowy, ponury wie­czór. Kry­styna sie­działa w sio­dle przed ojcem. Była tak zmę­czona, że wszystko zacie­rało się jej przed oczyma - jezioro, które jaśniało blado po pra­wej stro­nie, i ciemne drzewa, strzą­sa­jące na nią wiel­kie kro­ple, i mroczne grupy domostw, sto­jące wzdłuż drogi na bez­barw­nych, mokrych łąkach.

Prze­stała już liczyć dnie; zda­wało się jej, że wiecz­ność całą bawi w podróży. Jadąc przez dolinę odwie­dzali krew­nych i przy­ja­ciół; prze­by­wała razem z innymi dziećmi na wiel­kich dwo­rach, bawiła się w obcych domach, sto­do­łach i na dzie­dziń­cach, i nie­raz miała na sobie czer­woną sukienkę z jedwab­nymi ręka­wami. Przy pięk­nej pogo­dzie odpo­czy­wali w dzień opo­dal drogi. Arne zbie­rał dla niej laskowe orze­chy, a po jedze­niu wolno jej było spać na skó­rza­nych łubach z odzieżą. W jed­nym z dwo­rów były w jej łożu jedwa­biem obcią­gnięte poduszki, innej nocy spali w gospo­dzie i tam w jed­nym z łóżek leżała kobieta; jęcząca i pła­cząca żało­śnie, ile­kroć się Kry­styna budziła. Każdą noc jed­nak spę­dzała spo­koj­nie za sze­ro­kimi, cie­płymi ple­cami ojca.

Kry­styna obu­dziła się nagle. Nie wie­działa, gdzie się znaj­duje, ale dziwny, dźwięczny i dud­niący hałas, który posły­szała we śnie, trwał dalej. Leżała w łóżku, w izbie pło­nął ogień na pale­ni­sku.

Zawo­łała na ojca; Lavrans pod­niósł się od ognia i zbli­żył ku niej, za nim jakaś tęga kobieta.

- Gdzie jeste­śmy? - spy­tała, a Lavrans roze­śmiał się:

- Jeste­śmy teraz w Hama­rze, to zaś jest Mał­go­rzata, żona szewca Far­te­ina. Przy­wi­taj się z nią pięk­nie, ponie­waż wczo­raj spa­łaś, gdy­śmy przy­je­chali. Mał­go­rzata pomoże ci teraz przy ubie­ra­niu.

- Czy to już rano? - rze­kła Kry­styna. - Myśla­łam, że to dopiero wie­czór. Ach, lepiej ty mi pomóż - pro­siła, a Lavrans oświad­czył surowo, aby raczej podzię­ko­wała Mał­go­rza­cie za jej pomoc. - Popatrz, co ci chce poda­ro­wać.

Była to para czer­wo­nych trze­wicz­ków z jedwab­nymi sznu­ro­wa­dłami. Kobieta uśmiech­nęła się widząc ura­do­waną twarz Kry­styny i w łóżku jesz­cze nacią­gnęła jej koszulę i poń­czo­chy, by nie musiała boso zejść na gli­nianą polepę.

- Co tu tak dźwię­czy? - spy­tała Kry­styna. - Jakby dzwon kościelny albo kilka dzwo­nów?

- To nasze dzwony - śmiała się Mał­go­rzata. - Czyś nie sły­szała ni­gdy o naszej wiel­kiej kate­drze w mie­ście? Zaraz do niej pój­dziesz. Tam dzwoni wielki dzwon. Prócz tego dzwo­nią jesz­cze dzwony w klasz­to­rze i w kościele Świę­tego Krzyża.

Mał­go­rzata posma­ro­wała jej chleb grubo masłem i wlała miodu do mleka, żeby było bar­dziej pożywne, gdyż nie­wiele czasu pozo­sta­wało naje­dze­nie.

Na dwo­rze było jesz­cze ciemno i chwy­cił mróz. Lodo­wata mgła cięła twarz. Ślady wydep­tane przez ludzi, konie i bydło w ulicz­nym bło­cie były twarde jak lane żelazo. Kry­stynę bolały nogi w cien­kich nowych trze­wicz­kach; w jakiejś kole­inie roz­dep­tała lód i nogi jej prze­mo­kły i zmar­zły, Lavrans wziął ją więc na plecy i niósł.

Natę­żała w ciem­no­ści oczy, lecz mia­sta pra­wie nie widziała; roz­po­zna­wała tylko czer­nie­jące w mrocz­nej sza­ro­ści szczyty dachów i drzewa. Potem przy­szli na nie­wielką, lśniącą od szronu łąkę, po dru­giej jej stro­nie ujrzała jasno­szary budy­nek, ogromny jak góra. Wokoło stały wiel­kie kamienne domy i w róż­nych miej­scach błysz­czało świa­tło otwo­rów w murze. Dzwony, które zamil­kły na chwilę, poczęły znowu dzwo­nić i dźwięk ich był tak potężny, że mro­wie prze­bie­gło jej po ple­cach.

Gdy weszli do przed­sionka kościoła, zda­wało się Kry­sty­nie, że wcho­dzą w głąb góry; wio­nął ku nim mrok i chłód. Minęli jakieś drzwi i teraz ude­rzył w nich stary, zimny zapach kadzi­deł i wosko­wych świec. Kry­styna zna­la­zła się w ponu­rym i ogrom­nie wyso­kim pomiesz­cze­niu. W ciem­no­ści nie widziała skle­pie­nia ani ścian, ale w oddali pło­nęły świece na ołta­rzu. Tam stał ksiądz, a echo jego głosu niby szept i wes­tchnie­nie błą­kało się w prze­strzeni. Ojciec prze­że­gnał sie­bie i dziecko świę­coną wodą, po czym poszli naprzód; ale cho­ciaż stą­pał ostroż­nie, ostrogi jego gło­śno dźwię­czały na kamien­nej posadzce. Szli wzdłuż olbrzy­mich kolumn, mię­dzy któ­rymi gubił się wzrok w czar­nych jak węgiel cze­lu­ściach.

Na przo­dzie, nie­da­leko ołta­rza, ojciec uklęk­nął i Kry­styna przy­klę­kła obok niego. Powoli zaczęła coś roz­róż­niać w ciem­no­ści - migo­tało od złota i sre­bra na ołta­rzach mię­dzy kolum­nami, a na ołta­rzu przed nimi biły bla­skiem świece, tkwiące w pozła­ca­nych świecz­ni­kach, i pro­mie­nie szły od świę­tych naczyń i wspa­nia­łego, wiel­kiego obrazu w głębi. Kry­styna znowu pomy­ślała o górze - tak chyba musiało wyglą­dać wnę­trze góry, tyle wspa­nia­ło­ści, tylko jesz­cze wię­cej świa­tła. Zoba­czyła znów twarz kar­licy... Ale zaraz pod­nio­sła oczy i ujrzała na ścia­nie, ponad obra­zem, samego Chry­stusa, wiel­kiego i suro­wego, roz­pię­tego wysoko na krzyżu. Str­wo­żyła się: Chry­stus nie wyglą­dał łagod­nie i smutno jak w ich wiej­skim, z ciem­nych belek zbu­do­wa­nym kościółku, gdzie z prze­bi­tymi rękami i nogami ciężko zawi­snął na ramio­nach i pochy­lał zalaną krwią głowę pod cier­niową koroną. Tutaj stał na cokole z sztywno wycią­gnię­tymi ramio­nami i pod­nie­sioną głową, włosy Jego, okryte złotą koroną, błysz­czały jak miedź, a twarz była wynio­sła i surowa.

Usi­ło­wała podą­żyć za sło­wami kapłana, który śpie­wał i modlił się, lecz mówił nie­wy­raź­nie i spiesz­nie. W domu była przy­zwy­cza­jona odróż­niać każde słowo modli­twy; sira Eirik miał naj­wy­raź­niej­szy w świe­cie głos i wytłu­ma­czył jej, co zna­czą święte słowa po nor­we­sku, by łatwiej mogła skie­ro­wać w kościele swe myśli ku Bogu.

Tutaj nie potra­fiła tego, gdyż co chwila odkry­wała w ciem­no­ści coś nowego. Wysoko w ścia­nach były okna, przez które z wolna zaczy­nało się sączyć coraz jaśniej­sze świa­tło dnia. W pobliżu niej wzno­siło się jakieś dziwne rusz­to­wa­nie, jakby szu­bie­nica z belek, w tyle leżały jasne bloki kamie­nia, stały koryta i narzę­dzia; posły­szała, że ludzie wcho­dzą i wycho­dzą, i coś szepcą mię­dzy sobą. Potem jed­nak wzrok jej padł znowu na suro­wego Chry­stusa na ścia­nie i usi­ło­wała sku­pić myśli. Od lodo­wa­tego zimna kamien­nej posadzki skost­niały jej nogi, a kolana bar­dzo ją bolały. W końcu była tak zmę­czona, że wszystko dokoła niej poczęło wiro­wać.

Wresz­cie ojciec pod­niósł się; nabo­żeń­stwo było skoń­czone. Pod­szedł kapłan i przy­wi­tał się z Lavran­sem. Pod­czas gdy roz­ma­wiali, Kry­styna usia­dła na stop­niu, widziała bowiem, że chło­pak z chóru też usiadł. On ziew­nął, wów­czas i ona ziew­nęła. Gdy spo­strzegł, że Kry­styna patrzy na niego, przy­ci­snął język do policzka i wywró­cił oczy. Potem wycią­gnął spod kubraka jakiś wore­czek i stro­jąc do niej miny wypróż­nił jego zawar­tość na sto­pień. Były tam haczyki do wędek, bryłki oło­wiu, skó­rzane rze­mie­nie i parę kostek do gry. Kry­styna była zdu­miona.

Ojciec i ksiądz spoj­rzeli na dzieci. Ksiądz roze­śmiał się i kazał chło­pa­kowi wra­cać do szkoły. Lavrans zmarsz­czył czoło i wziął Kry­stynę za rękę.

Prze­wę­dro­wali cały kościół i w końcu weszli do przed­sionka. Stam­tąd pro­wa­dziły kamienne schody na wieżę zachod­nią. Zmę­czona Kry­styna zata­czała się na stop­niach; ksiądz otwo­rzył drzwi pięk­nej kaplicy, a ojciec kazał, by usia­dła na scho­dach i cze­kała, aż on się wyspo­wiada, potem miała wejść i uca­ło­wać reli­kwiarz świę­tego Toma­sza.

W tej chwili wyszedł z kaplicy stary mnich w pło­wo­brą­zo­wym habi­cie. Zatrzy­mał się, uśmiech­nął do dziecka i wycią­gnąw­szy z niszy w murze kilka wor­ków i kawał­ków zgrzeb­nego płótna roz­po­starł je na stop­niu.

- Usiądź na tym, nie będziesz tak mar­zła - rzekł i zszedł boso na dół.

Kry­styna spała, gdy pan Mar­tein, jak zwał się ów ksiądz, wyszedł i dotknął jej ramie­nia. Z kościoła sły­chać było wspa­niały śpiew, a we wnę­trzu kaplicy pło­nęły na ołta­rzu świece. Ksiądz wpro­wa­dził ją do środka i dał znak, by uklę­kła obok ojca, po czym zdjął mały złoty reli­kwiarz sto­jący nad ołta­rzem. Szep­nął do niej, że wewnątrz mie­ści się kawa­łek krwa­wej szaty świę­tego Toma­sza z Can­ter­bury12, i poka­zał jej postać świę­tego; Kry­styna przy­ci­snęła wargi do jego stóp.

Gdy zeszli na dół, cudowne tony pły­nęły przez kościół; pan Mar­tein obja­śniał, że orga­ni­sta i chłopcy szkolni tutaj uczą się grać i śpie­wać. Nie mieli jed­nak czasu słu­chać, gdyż ojciec był bar­dzo głodny: pościł przed spo­wie­dzią. Teraz mieli iść na posi­łek do gospody kate­dral­nej.

Ranne słońce zło­ciło strome brzegi po dru­giej stro­nie jeziora Mjós, a pożół­kłe drzewa liścia­ste stały niby zło­ci­sty pył pośród gra­na­to­wych borów. Małe, białe, tań­czące grzywy piany wień­czyły fale jeziora. Dął świeży, zimny wiatr i pstre liście wiro­wały po oszro­nio­nej ziemi.

Spo­mię­dzy bisku­piego dworu i domu braci krzy­żo­wych wyło­nił się orszak jezd­nych. Lavrans ustą­pił na bok i skło­nił się z ręką na piersi, kape­lu­szem pra­wie doty­ka­jąc ziemi. Kry­styna domy­śliła się, że panem w futrza­nej szu­bie musi być sam biskup, i pokło­niła się aż do ziemi.

Biskup zatrzy­mał konia i oddał ukłon, po czym ski­nął na Lavransa i chwilę z nim roz­ma­wiał. Lavrans wró­ciw­szy wkrótce do księ­dza i dziew­czynki rzekł:

- Jestem pro­szony do dworu bisku­piego na posi­łek. Jak myśli­cie, panie Mar­te­inie, czy mógłby ktoś ze służby opac­twa odpro­wa­dzić dziecko do domu Far­te­ina i powie­dzieć tam moim ludziom, by Hal­fdan cze­kał tu na mnie z Guld­sve­inem pod­czas nie­szpo­rów?

Ksiądz odparł, że to się da zro­bić. Wów­czas wystą­pił boso­nogi mnich, który roz­ma­wiał z Kry­styną na scho­dach wieży, i pokło­nił się:

- U nas w gospo­dzie jest czło­wiek, który i tak ma coś do zała­twie­nia u szewca, on więc będzie mógł speł­nić twoje pole­ce­nie, Lavran­sie synu Björgulfa. Twoja córka zaś może mu towa­rzy­szyć albo też zostać w klasz­to­rze aż do twego powrotu. Posta­ram się, aby dostała tam coś do jedze­nia.

Lavrans podzię­ko­wał i dodał:

- Przy­kro mi, bra­cie Edwi­nie, że będzie­cie musieli zająć się dziec­kiem.

- Brat Edwin zapra­sza do sie­bie wszyst­kie dzieci, które tylko mu się nawiną pod rękę - powie­dział pan Mar­tein i roze­śmiał się. - W ten spo­sób ma przy­naj­mniej do kogo wygła­szać kaza­nia.

- Pewno, prze­cież nie ośmie­lił­bym się kazać przed wami, uczo­nymi panami z Hamaru - rzekł mnich z uśmie­chem i bez urazy. - Już ja widocz­nie tylko do tego się nadaję, by wygła­szać kaza­nia przed dziećmi i chło­pami, ale prze­cież nie można młó­cą­cemu wołowi zawią­zy­wać pyska.

Kry­styna spoj­rzała pro­sząco na ojca; nic nie było jej mil­sze niż iść z bra­tem Edwi­nem. Lavrans podzię­ko­wał i gdy tylko odszedł z księ­dzem za świtą biskupa, Kry­styna ujęła mni­cha za rękę i oboje skie­ro­wali się ku klasz­to­rowi, zło­żo­nemu z grupy drew­nia­nych zabu­do­wań i jasnego kamien­nego kościoła tuż nad wodą.

Brat Edwin ści­skał nieco jej rękę, a gdy patrzyli na sie­bie, uśmie­chali się oboje. Mnich był wysoki i chudy, lecz bar­dzo pochy­lony; głowa jego przy­po­mi­nała dziecku głowę sta­rego żura­wia: mała, o wąskiej, błysz­czą­cej łysej czaszce nad krza­cza­stym, bia­łym wień­cem wło­sów osa­dzona była na dłu­giej, cien­kiej i pofał­do­wa­nej szyi. Nos także miał wielki i ostry jak dziób. Ale było coś jesz­cze w jego podłuż­nej, wąskiej i pomarsz­czo­nej twa­rzy, co czy­niło dziew­czynkę spo­kojną i wesołą, ile­kroć na niego spoj­rzała. Stare, wybla­kłe, nie­bie­skie oczy były czer­wono obrze­żone, a powieki brą­zowe i cien­kie; tysiące fałd szły od nich pro­mie­ni­ście, zwię­dłe policzki z czer­woną sie­cią żyłek były poorane zmarszcz­kami, cią­gną­cymi się do małych ust o wąskich war­gach, ale zda­wało się, że brat Edwin stał się taki pomarsz­czony od usta­wicz­nego uśmie­cha­nia się do ludzi. Kry­styna pomy­ślała, że nie zna nikogo, kto by wyglą­dał tak przy­jaź­nie i wesoło; było tak, jak gdyby nosił w sobie uta­joną pro­mienną radość, o któ­rej Kry­styna się dowie, gdy tylko mnich zacznie mówić. Szli wzdłuż sadu, kilka owo­ców żół­tych i czer­wo­nych wisiało jesz­cze na drze­wach. Dwóch braci domi­ni­ka­nów w czarno-bia­łych habi­tach zgar­niało w ogro­dzie zwię­dłą nać bobu.

Klasz­tor wyglą­dał jak chłop­ski dwór, a gospoda, do któ­rej mnich zapro­wa­dził Kry­stynę, przy­po­mi­nała ubogą izbę chłop­ską, tylko że stało w niej kilka łóżek. W jed­nym z nich leżał stary czło­wiek, przy ogniu zaś sie­działa kobieta i prze­wi­jała nie­mowlę; obok niej stało dwoje star­szych dzieci, chło­piec i dziew­czynka.

Oboje, zarówno męż­czy­zna jak kobieta, uskar­żali się, że nie dostali dotąd śnia­da­nia:

- Nic nam nie przy­no­szą do jedze­nia, możemy tu gło­do­wać, a ty, bra­cie Edwi­nie, uga­niasz po mie­ście.

- Nie gnie­waj się, Ste­inul­fie - rzekł mnich. - Chodź tu i pokłoń się, Kry­stynko. Patrz, ta mała, ładna dziew­czynka zosta­nie dziś tutaj i będzie z nami jadła.

Opo­wie­dział Kry­sty­nie, że Ste­inulf wra­ca­jąc z jakie­goś spo­tka­nia zacho­ro­wał i zezwo­lono mu leżeć w gospo­dzie klasz­toru zamiast w szpi­talu, ponie­waż tam mieszka jakaś jego krewna, taka zła, że nie mógł z nią wytrzy­mać.

- Już ja miar­kuję, że macie dość trzy­ma­nia mnie tutaj - mówił chłop. - Gdy stąd odej­dziesz, bra­cie Edwi­nie, nie będzie nikogo, kto by miał czas mną się zająć, i na pewno odda­dzą mnie znów do szpi­tala.

- Zanim skoń­czę moją pracę w kościele, będziesz dawno zdrów - rzekł brat Edwin. - Wtedy twój syn przy­je­dzie i zabie­rze cię. - Wziął z ognia kocio­łek z cie­płą wodą i kazał Kry­sty­nie trzy­mać go, a sam umył Ste­inulfa. Sta­remu zaraz popra­wił się humor, a wnet potem przy­szedł jakiś mnich przy­no­sząc im jadło i picie.

Brat Edwin odmó­wił modli­twę przed jedze­niem i usiadł w rogu łoża Ste­inulfa, by mu pomóc; Kry­styna zaś przy­sia­dła się do kobiety i kar­miła jej chłopca, był bowiem taki maleńki, że nie mógł dosię­gnąć misy z piwem i roz­le­wał tru­nek, ile­kroć zanu­rzył w nim łyżkę. Kobieta była z Hade­lan­dii, przy­była tutaj z mężem i dziećmi w odwie­dziny do brata, który był zakon­ni­kiem w klasz­to­rze. Ale wędro­wał wła­śnie po oko­licz­nych gmi­nach, uty­ski­wała więc bar­dzo, że musi tu teraz sie­dzieć i tra­cić czas.

Brat Edwin dobro­tli­wie uspo­ka­jał kobietę; nie powinna mówić, że traci czas w bisku­pim Hama­rze, gdzie są wspa­niałe kościoły i gdzie mnisi i księża odpra­wiają msze i śpie­wają tam cały dzień, każdy o swej porze - a mia­sto jest takie piękne, pięk­niej­sze jesz­cze niż Oslo; a choć tro­chę mniej­sze, to jed­nak tutaj każdy ma swój dom i ogród.

- Szkoda, żeś tego nie widziała; gdym tu przy­był na wio­snę, całe mia­sto było białe od kwie­cia. A gdy potem zakwi­tły jesz­cze jabło­nie...

- Cóż mi z tego? - odburk­nęła kobieta. - Coś mi się widzi, że wię­cej tu świą­to­bli­wo­ści niż świę­to­ści.

Mnich śmiał się i potrzą­sał głową. Pogrze­bał w sło­mie swego łóżka i wydo­był stam­tąd wielki worek z jabł­kami i grusz­kami, które roz­dał dzie­ciom. Kry­styna ni­gdy nie jadła tak wybor­nych owo­ców. Przy każ­dym kęsie sok spły­wał jej kątami ust.

Potem jed­nak brat Edwin musiał udać się do kościoła i zabrał z sobą Kry­stynę. Prze­szli podwó­rze klasz­torne i przez małe boczne drzwi dostali się do pre­zbi­te­rium.

W kościele jesz­cze budo­wano i w miej­scu, gdzie scho­dziły się nawa podłużna i poprzeczna, stało rusz­to­wa­nie. Biskup Ingjald kazał odno­wić i upięk­szyć pre­zbi­te­rium - opo­wia­dał brat Edwin - jest bar­dzo bogaty i całego bogac­twa używa na zdo­bie­nie kościo­łów w mie­ście. Jest on zna­ko­mi­tym bisku­pem i dobrym czło­wie­kiem. Bra­cia domi­ni­ka­nie w klasz­to­rze św. Olafa są też poczci­wymi ludźmi, pro­wa­dzą czy­sty tryb życia, są uczciwi i pokorni; jest to ubogi klasz­tor, ale brata Edwina przy­jęto w nim gościn­nie i pozwo­lono mu zbie­rać datki w die­ce­zji hamar­skiej, cho­ciaż należy do kon­wentu fran­cisz­ka­nów w Oslo.

- A teraz chodź ze mną - powie­dział i popro­wa­dził Kry­stynę pod rusz­to­wa­nie, sam zaś wszedł na dra­binę i popra­wił parę dyli. Potem znowu zszedł na dół, by pomóc dziecku wejść.

Nad sobą ujrzała Kry­styna na sza­rym kamien­nym murze dziwne, miga­jące plamy świetlne, czer­wone jak krew i żółte jak piwo, nie­bie­skie, brą­zowe i zie­lone. Chciała się obej­rzeć, ale mnich szep­nął: - Nie spo­zie­raj za sie­bie. - Gdy jed­nak sta­nęli już wysoko na rusz­to­wa­niu, ostroż­nie ją odwró­cił i Kry­styna ujrzała zja­wi­sko tak cudne, że aż jej dech zaparło.

Pra­wie naprze­ciw niej, na połu­dnio­wej ścia­nie nawy głów­nej, znaj­do­wał się obraz tak błysz­czący, jakby zro­biony był z cen­nych klej­no­tów. Pstre plamy świetlne na ścia­nie pocho­dziły wła­śnie od pro­mieni pły­ną­cych z obrazu; ona sama i mnich stali wśród tego bla­sku. Ręce jej były czer­wone, jakby unu­rzane w winie, twarz mni­cha zło­ci­sta, a od jego ciem­nej szaty odbi­jały ciemno barwy obrazu. Spoj­rzała na niego, jakby o coś pytała, ale on tylko ski­nął głową i uśmiech­nął się.

Wyglą­dało to tak, jak gdyby zaglą­dało się z bar­dzo daleka do nieba. Poza kratą z czar­nych linii poznała powoli samego Pana Jezusa w dro­go­cen­nym, czer­wo­nym okry­ciu, Pannę Maryję w błę­kit­nej niby niebo sza­cie, świę­tych mężów i dzie­wice w pro­mien­nych, żół­tych, zie­lo­nych i fio­le­to­wych suk­niach. Stali pod łukami i kolum­nami jaśnie­ją­cych domów, a konary i gałę­zie wień­czyły cały obraz dziw­nym, jasno zary­so­wa­nym listo­wiem.

Mnich pocią­gnął ją nieco dalej na brzeg rusz­to­wa­nia.

- Stań tutaj - szep­nął - wów­czas blask z płasz­cza samego Chry­stusa pad­nie na cie­bie.

Z kościel­nej nawy pły­nął ku nim słaby zapach kadzi­dła i zim­nych kamieni. Tam, w dole, było mroczno, ale pro­mie­nie słońca prze­ni­kały przez sze­reg otwo­rów w połu­dnio­wej ścia­nie nawy głów­nej. Kry­styna zaczęła poj­mo­wać, że nie­biań­ski obraz jest czymś w rodzaju okna, gdyż wypeł­niał wła­śnie taki otwór. Inne otwory były puste lub też zamknięte rogo­wymi szy­bami w drew­nia­nej opra­wie. Nad­le­ciał pta­szek, usiadł w jed­nym z otwo­rów, poćwier­kał tro­chę i odle­ciał, a z zewnątrz od strony pre­zbi­te­rium dobie­gał odgłos ude­rzeń metalu o kamień. Poza tym było zupeł­nie cicho, tylko wiatr podmu­chi­wał, wzdy­chał mię­dzy ścia­nami kościoła i znów się uspo­ka­jał.

- Tak, tak - rzekł brat Edwin i wes­tchnął. - Takich rze­czy nie umieją robić u nas w kraju, wpraw­dzie w Nida­ros też malują na szkle, ale to nie to samo. Daleko w połu­dnio­wych kra­jach, Kry­styno, w wiel­kich kate­drach mają obrazy na szkle tak ogromne jak bramy tego kościoła.

Kry­sty­nie przy­szły na myśl obrazy w ich wiej­skim kościółku. Był tam ołtarz św. Olafa i św. Toma­sza z Can­ter­bury, z wize­run­kiem nad mensą i na reli­kwia­rzu, ale te obrazy wydały jej się teraz mdłe i bez bla­sku.

Zeszli po dra­bi­nie i weszli do pre­zbi­te­rium. Mensa była pusta i naga, na kamien­nej pły­cie stały małe naczyńka i miseczki z metalu, drzewa i gliny, wokoło leżały roz­rzu­cone dzi­waczne małe noże i kawałki żelaza, pióra i pędzle. Brat Edwin obja­śnił, że są to jego narzę­dzia; zaj­muje się on malo­wa­niem obra­zów i rzeź­bie­niem cybo­riów, także owe piękne obrazy sto­jące w stal­lach są jego dzie­łem. Mają one zdo­bić skrzy­dła ołta­rza w kościele braci domi­ni­ka­nów.

Kry­styna przy­glą­dała się, jak mie­szał i roz­cie­rał barwne proszki w małych kamion­ko­wych misecz­kach, i poma­gała mu usta­wiać obrazy na szta­lu­gach pod ścianą. Gdy brat Edwin idąc od jed­nego obrazu do dru­giego nakła­dał deli­katne, czer­wone linie na jasne włosy świę­tych mężów i dzie­wic, a włosy ich sta­wały się kręte i fali­ste, Kry­styna szła tuż za nim, a mnich obja­śniał, co malo­wał.

Na jed­nym obra­zie sie­dział Chry­stus na zło­tym krze­śle, a święty Miko­łaj i święty Kle­mens stali obok pod jed­nym dachem. Po bokach zaś było przed­sta­wione życie świę­tego Miko­łaja. Z jed­nej strony sie­dział jako nie­mowlę na kola­nach matki i odwra­cał się od poda­wa­nej mu piersi, gdyż już w koły­sce był tak świą­to­bliwy, że w piątki nie chciał ssać mleka wię­cej niż raz. Obok był obraz poka­zu­jący, jak pod­kła­dał wore­czek z pie­niędzmi pod drzwi domu, gdzie miesz­kały trzy dzie­wice tak biedne, że nie mogły dostać mężów. Widziała, jak uzdro­wił dziecko rzym­skiego ryce­rza i jak rycerz odpły­nął w łodzi trzy­ma­jąc w ręku kie­lich z fał­szy­wego złota. Za uzdro­wie­nie dziecka ślu­bo­wał świę­temu Miko­łajowi złoty kie­lich, który już od tysiąca lat był wła­sno­ścią jego rodziny. Ale teraz chciał oszu­kać świę­tego i dać mu zamiast praw­dzi­wego kie­licha fał­szywy. Dla­tego to chło­piec z praw­dzi­wym kie­lichem w ręku wpadł w morze. Lecz święty Miko­łaj prze­pro­wa­dził chłopca pod wodą bez żad­nej szkody i wyniósł na brzeg wła­śnie w chwili, kiedy ojciec w kościele świę­tego skła­dał jako ofiarę fał­szywy kie­lich; wszystko to było na tym obra­zie wyma­lo­wane zło­tem i naj­barw­niej­szymi kolo­rami.

Na dru­gim obra­zie sie­działa Matka Boska z Dzie­ciąt­kiem na kola­nach, jedną ręką doty­kało Dziecko pod­bródka Matki, w dru­giej trzy­mało jabłko. Przy Nich stały święta Sun­niva i święta Kry­styna. Koły­sały się wdzięcz­nie w bio­drach, twa­rze ich były ślicz­nie białe i różowe, włosy miały złote i złote na nich korony.

Brat Edwin pod­parł prawy napię­stek lewą ręką i wma­lo­wał im w korony liście i róże.

- Zdaje mi się, że ten smok jest za mały - rze­kła Kry­styna spo­glą­da­jąc na obraz świę­tej imien­niczki - nie wydaje mi się, aby mógł pożreć dzie­wicę.

- Tego, zaprawdę, nie mógłby uczy­nić - odparł brat Edwin. - Wcale nie był duży. Smoki i wszystko, co służy dia­błu, tak długo jest wiel­kie, póki w nas samych gnieź­dzi się strach. Lecz gdy czło­wiek całą mocą i zapa­łem szuka Boga, tak że prze­nik­nięty zostaje Boską siłą, wów­czas kur­czy się siła dia­bła, a jego narzę­dzia stają się małe i bez­silne; smoki i złe duchy maleją i nie są potęż­niej­sze niż małe koboldy, koty albo wrony. Widzisz prze­cie, że cała góra, w któ­rej prze­by­wała Sun­niva, jest taka mała, że święta mogłaby ją unieść w pole swej szaty.

- Jak to, czy święta Sun­niva i jej orszak nie miesz­kały we wnę­trzu góry, w jaski­niach? - spy­tała Kry­styna. - Czy to nie­prawda?

Mnich poki­wał głową i znowu się uśmiech­nął:

- To jest i nie jest prawda, Kry­styno. Tak zda­wało się tym ludziom, któ­rzy zna­leźli święte szczątki. I prawdą jest, że tak zda­wało się świę­tej Sun­ni­vie i świę­tym mężom, gdyż byli oni pokorni i myśleli tylko o tym, iż pokusy świata sil­niej­sze są niżeli grzeszni ludzie, przez myśl zaś im nie prze­szło, że oni są sil­niejsi, bo nie są z zie­mią zwią­zani. Gdyby to wie­dzieli, mogliby unieść wszyst­kie góry świata i jak małe kamie­nie powrzu­cać w morze. Nikt i nic nie może nam szko­dzić, dziecko, prócz tego, czego się boimy i co kochamy.

- Ale jeśli czło­wiek nie boi się ani nie kocha Boga? - spy­tała prze­ra­żona Kry­styna.

Mnich poło­żył rękę na jej zło­tych wło­sach, łagod­nie odchy­lił główkę i spoj­rzał jej w twarz. Oczy miał sze­roko otwarte i nie­bie­skie.

- Nie ma czło­wieka, Kry­styno, który by nie kochał i nie bał się Boga, ale dla­tego że serca nasze są podzie­lone mię­dzy miłość Boga a strach dia­bła i miłość świata oraz ciała, sta­jemy się nędzni w życiu i śmierci. Gdyby bowiem czło­wiek nie czuł tęsk­noty za Bogiem i obco­wa­niem z Nim, wtedy czułby się dobrze i w pie­kle, a tylko my nie mogli­by­śmy pojąć, iż zna­lazł tam to, czego serce jego pra­gnęło. Aniby go ogień nie parzył, gdyż nie tęsk­niłby za ochłodą, aniby nie czuł wężo­wych uką­szeń, gdyż obca by mu była tęsk­nota za uko­je­niem.

Kry­styna spoj­rzała w jego twarz; nie rozu­miała nic z tego, co mówił. Brat Edwin cią­gnął dalej:

- Bóg w swym miło­sier­dziu widział, jak roz­darte są nasze serca, i zstą­pił ku nam, i zamiesz­kał mię­dzy nami, by samemu poczuć w żywym ciele pokusę dia­bła, kiedy ten wabi nas potęgą i świet­no­ścią, i groź­bami świata, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak daje nam razy, szy­der­stwo i rany od gwoź­dzi na rękach i nogach. Tak więc wska­zał nam drogę i obja­wił swoją miłość.

Spoj­rzał na zasty­głą w powa­dze twarz dziew­czynki, roze­śmiał się i mówił dalej innym zupeł­nie gło­sem:

- A wiesz, kto pierw­szy się dowie­dział, że Bóg się nam uro­dził? Kogut. Ujrzał on gwiazdę, a że wtedy wszyst­kie zwie­rzęta znały łacinę, zawo­łał: "Chri­stus natus est!".

Ostat­nie słowa zapiał zupeł­nie jak kogut, tak że Kry­styna roze­śmiała się w głos. I dobrze było móc się tak śmiać, gdyż uprzed­nio cała ta dziwna mowa brata Edwina cią­żyła jej swoją uro­czy­sto­ścią.

Mnich śmiał się rów­nież.

- Tak jest. Gdy zaś to wół posły­szał, począł ryczeć: "Ubi, ubi, ubi?" Koza zaś zabe­czała i rze­kła: "Betleem, Betleem, Betleem". A owca poczuła taką tęsk­notę, by ujrzeć naszą Boga­ro­dzicę i Jej Syna, że zaraz zabe­czała: "Eamus, eamus!" Zaś nowo naro­dzone cie­lątko, leżące na pod­ściółce, pod­nio­sło się i sta­nęło na wła­snych nogach. "Volo, volo, volo" - powie­działo.

Pew­nie jesz­cze ni­gdy o tym nie sły­sza­łaś? Natu­ral­nie, nie dzi­wię się temu. Wiem, że dziel­nym i uczo­nym księ­dzem jest ów sira Eirik, któ­rego tam macie u sie­bie, ale tego pew­nie on sam nie wie, tego uczą tylko w Paryżu.

- A wy byli­ście w Paryżu? - spy­tała Kry­styna.

- Bóg niech cię bło­go­sławi, Kry­stynko, byłem w Paryżu i dużo wędro­wa­łem po świe­cie, i wiedz, że dia­bła się boję, ale świat kocham i pożą­dam go jak głu­piec. Lecz z całej mocy trzy­mam się krzyża - człek musi się go ucze­pić obu­rącz jak kociak deski w wodzie.

A ty, Kry­styno, co powie­dzia­ła­byś na to, by ofia­ro­wać te twoje piękne włosy i słu­żyć Naj­święt­szej Pan­nie jak te oblu­bie­nice, które tu wyry­so­wa­łem?

- Nie ma innych dzieci u nas w domu - odrze­kła Kry­styna. - Pew­nie więc wyda­dzą mnie za mąż. Matka ma już przy­go­to­wane skrzy­nie i wory z moją wyprawą.

- Tak, tak - mówił brat Edwin głasz­cząc ją po czole. - Tak teraz ludzie robią ze swymi dziećmi. Naszemu Panu Bogu poświę­cają córki, które kuleją lub nie­do­wi­dzą, są brzyd­kie i ułomne, albo też oddają Mu te dzieci, któ­rych dał im za dużo według ich mnie­ma­nia. A potem dzi­wią się, że nie sami święci mło­dzieńcy i dzie­wice miesz­kają w klasz­to­rach.

Brat Edwin wziął ją z sobą do zakry­stii i poka­zał jej uło­żone na półce księgi klasz­torne, były w nich cudowne obrazki. Lecz gdy wszedł jeden z mni­chów, brat Edwin rzekł, że szuka tylko oślego łba, by go odry­so­wać. Potem sam nad sobą poki­wał głową:

- Widzia­łaś moją obawę, Kry­styno, ale oni tu w klasz­to­rze tak strasz­nie się lękają o swe księgi. Gdy­bym miał praw­dziwą wiarę i praw­dziwą miłość, nie stał­bym tak tutaj i nie okła­my­wał brata Aasulfa. Tak, wtedy mógł­bym wziąć te oto skó­rzane ręka­wice i powie­sić je na pro­mie­niu sło­necz­nym.

Poszła z mni­chem znowu do gospody i dostała coś do jedze­nia, poza tym prze­sie­działa dzień cały w kościele, przy­pa­try­wała się jego pracy i gawę­dziła z nim. I dopiero gdy przy­szedł Lavrans, przy­po­mnieli sobie o wia­do­mo­ści, którą mieli prze­słać do szewca.

Te dni w Hama­rze zapa­mię­tała Kry­styna lepiej ani­żeli wszystko inne, co się jej przy­tra­fiło w dłu­giej podróży. Wpraw­dzie Oslo było mia­stem więk­szym od Hamaru, ale ponie­waż już widziała jedno mia­sto han­dlowe, Oslo nie wydało się jej niczym oso­bli­wym. Na Skog nie podo­bało się jej tak jak na Jörund, choć zabu­do­wa­nia były pięk­niej­sze; rada była, że nie musi tam miesz­kać. Dwór leżał na wzgó­rzu, w dole był fiord Botn, szary i smutny, z czar­nymi lasami na prze­ciw­le­głym brzegu, a poza domami niebo scho­dziło w dół aż ku wierz­choł­kom drzew. Nie było tu wyso­kich szczy­tów gór­skich, które by tak jak w domu uno­siły nad czło­wie­kiem niebo, czy­niły je bli­skim i tak ogra­ni­czały widok, że świat nie był ani za duży, ani za mały.

W podróży powrot­nej było zimno; roz­po­częli ją na krótko przed adwen­tem, ale gdy uje­chali kawa­łek w górę doliny, spadł już śnieg. Musieli zatem wypo­ży­czyć sanie i jechać nimi znaczną część drogi.

Ze sprze­dażą dworu zaś rzecz się tak uło­żyła, że Lavrans prze­ka­zał dwór Skog swemu bratu Aasmun­dowi z pra­wem odkupu dla sie­bie i swo­ich potom­ków.

3

Na wio­snę po powro­cie Kry­styny z podróży powiła Ragn­frida córeczkę. Oboje rodzice bar­dzo życzyli sobie syna, ale wnet się pocie­szyli i poko­chali tkli­wie małą Ulvhildę. Było to dziecko piękne i zdrowe, miłe, wesołe i ciche. Ragn­frida tak bar­dzo kochała tę córeczkę, że jesz­cze w dru­gim roku sama ją kar­miła i za radą siry Eirika nie prze­strze­gała z prze­sadną skru­pu­lat­no­ścią postów i prak­tyk reli­gij­nych, dopóki dawała pierś dziecku. Dzięki temu, a także wsku­tek wiel­kiej rado­ści, jaką miała z Ulvhildy, roz­kwi­tła tak, iż ni­gdy przez wszyst­kie lata ich mał­żeń­stwa nie widział jej Lavrans tak weso­łej, ład­nej i przy­stęp­nej.

Kry­styna także czuła, że wiel­kie szczę­ście spa­dło na nich dzięki tej małej, deli­kat­nej sio­strzyczce. Wpraw­dzie ni­gdy do tej pory nie myślała o tym, że życie na ich dwo­rze pły­nęło tak cicho wsku­tek ponu­rego uspo­so­bie­nia matki. Sądziła, że tak być musi, iż matka ją karci i upo­mina, ojciec zaś bawi się z nią i żar­tuje. Teraz matka była dla niej o wiele łagod­niej­sza, pie­ściła ją też czę­ściej, dla­tego Kry­styna pra­wie nie zauwa­żyła, że matka mniej ma czasu, by się nią zająć. Podob­nie jak wszy­scy kochała Ulvhildę i cie­szyła się, gdy pozwo­lono jej nosić albo koły­sać dziecko; potem zaś, gdy Ulvhilda zaczęła cho­dzić na czwo­ra­kach i mówić, a Kry­styna mogła się z nią bawić, było jesz­cze wese­lej.

Tak prze­szły trzy dobre lata na Jörund. I w innych spra­wach mieli szczę­ście. Lavrans dobu­do­wał i ulep­szył nie­jedno na dwo­rze, gdy tu bowiem przy­byli, budynki i staj­nie były małe i stare. Gje­slin­go­wie przez okres kilku poko­leń pusz­czali dwór w dzier­żawę.

Potem, w trzy lata po uro­dze­niu się Ulvhildy, około bia­łej nie­dzieli bawili u nich w gości­nie Trond syn Ivara ze swą żoną Gudridą i trzema małymi syn­kami. Pew­nego ranka doro­śli sie­dzieli na ganku i roz­ma­wiali, dzieci zaś bawiły się na dzie­dzińcu. Lavrans roz­po­czął budowę nowego domu i dzieci wspi­nały się po leżą­cych bel­kach. Jeden z chłop­ców ude­rzył Ulvhildę, która się roz­pła­kała. Trond zszedł na dół, zła­jał syna, a Ulvhildę wziął na ręce. Była ona naj­pięk­niej­szym i naj­bar­dziej uro­czym dziec­kiem na świe­cie i wuj kochał ją bar­dzo, choć na ogół nie lubił dzieci.

W tej chwili od strony obory nad­szedł pacho­łek cią­gnący za sobą na postronku wiel­kiego czar­nego byka. Dzi­kie i nie­sforne zwie­rzę wyrwało mu się z rąk. Trond usko­czył na stos belek, więk­sze dzieci pognał przed sobą, Ulvhildę trzy­mał na ramie­niu, a drugą rękę podał naj­młod­szemu synowi. Nagle jedna z belek wyśli­znęła mu się spod nóg. Upu­ścił Ulvhildę, belka zaś osu­nęła się za dziec­kiem i zatrzy­mała na jego ple­cach.

Lavrans bły­ska­wicz­nie sko­czył na podwó­rze, pod­biegł i chciał pod­nieść belkę. Zwie­rzę rzu­ciło się na niego. Chwy­cił byka za rogi, ale ten powa­lił go na zie­mię. Wów­czas Lavrans zła­pał bestię za noz­drza, wstał i trzy­mał z całych sił, aż Trond się opa­mię­tał, a ludzie, któ­rzy tym­cza­sem nad­bie­gli, ujęli byka.

Ragn­frida klę­cząc usi­ło­wała pod­nieść belkę; Lavrans mógł ją uchy­lić na tyle, że matce udało się wycią­gnąć dziecko i wziąć na kolana. Małe stwo­rze­nie jęczało prze­raź­li­wie, gdy je dotknięto, matka łkała gło­śno:

- Żyje, Bogu niech będą dzięki, żyje!

Było cudem, że dziecko nie zostało cał­kiem zmiaż­dżone; belka upa­dła tak, że jeden jej koniec zatrzy­mał się na kamie­niu w tra­wie. Gdy Lavrans znowu się pod­niósł, krew sączyła mu się z kątów ust, a suk­nie były roz­darte na piersi rogami byka.

Nad­bie­gła Tor­dis ze skórą w ręku i wraz z Ragn­frida ostroż­nie uło­żyła dziecko; widoczne było, że odczuwa ono za naj­lżej­szym dotknię­ciem nie­zno­śne bóle. Matka i Tor­dis zanio­sły dziew­czynkę do zimo­wej izby.

Kry­styna, blada i stru­chlała, stała na sto­sie belek. Mali chłopcy z pła­czem przy­gar­nęli się do niej. Wszy­scy dwor­scy wybie­gli teraz na dzie­dzi­niec, kobiety pła­kały i zawo­dziły. Lavrans kazał natych­miast osio­dłać Guld­sve­ina i jesz­cze jed­nego konia, ale gdy Arne przy­pro­wa­dził mu wierz­chowca, któ­rego miał dosiąść, zato­czył się i upadł. Pole­cił więc Arnemu, by spro­wa­dził księ­dza, Hal­fdan zaś miał jechać do pew­nej zna­chorki miesz­ka­ją­cej nad rzeką. Kry­styna widziała bladą z bole­ści twarz ojca, widziała, że krwa­wił, a jego szata cała była pokryta ruda­wymi pla­mami. Nagle wypro­sto­wał się, wyrwał topór jed­nemu z ludzi, pod­szedł do byka, któ­rego wciąż jesz­cze trzy­mano, rąb­nął zwie­rzę topo­rem mię­dzy rogi tak, że upa­dło na kolana, ale Lavrans rąbał dalej, aż try­snęła krew i mózg. Potem zła­pał go atak kaszlu i upadł na wznak. Trond i jesz­cze jeden czło­wiek wnie­śli go do domu.

Kry­styna myślała, że ojciec umarł, krzyk­nęła prze­raź­li­wie i pobie­gła za nimi.

Wewnątrz, w zimo­wej izbie, uło­żono Ulvhildę na łożu rodzi­ców: wszyst­kie poduszki wyrzu­cono na pod­łogę, by dziecko mogło leżeć zupeł­nie pła­sko. Wyglą­dało, jak gdyby już leżało na marach. Ale jęczało gło­śno i bez­u­stan­nie, a matka pochy­lona nad nim uspo­ka­jała je i gła­skała sza­le­jąc z żalu, że nie może pomóc.

Lavrans leżał na dru­gim łożu. Teraz wstał, by pocie­szyć żonę, i zato­czył się po izbie. Ale ona zerwała się i krzyk­nęła:

- Nie doty­kaj mnie, nie doty­kaj mnie! Jezu, Jezu, warta jestem, byś mnie zabił na miej­scu - nie ma końca nie­szczę­ściom, które ja ci przy­no­szę...

- Czy­żeś ty... Prze­cież nie jesteś temu winna - rzekł Lavrans i poło­żył jej rękę na ramie­niu. Wzdry­gnęła się pod tym dotknię­ciem, jej jasno­szare oczy pło­nęły w chu­dej, ogo­rza­łej twa­rzy.

- Ona myśli z pew­no­ścią, żem ja winien - rzekł szorstko Trond syn Ivara.

Sio­stra spoj­rzała nań z nie­na­wi­ścią i odparła:

- Trond wie, co mam na myśli.

Kry­styna pod­bie­gła do rodzi­ców, lecz oboje ode­pchnęli ją od sie­bie, Tor­dis zaś, która nade­szła z kocioł­kiem gorą­cej wody, dotknęła lekko jej ple­ców i powie­działa:

- Idź do naszej izby, Kry­styno, tutaj tylko zawa­dzasz.

Chciała opa­trzyć Lavransa sie­dzą­cego na stop­niu łoża, lecz rzekł, że to nie­po­trzebne.

- Ale czy nie mogli­by­ście ulżyć nieco bólom Ulvhildy? Nie­chaj nam Bóg pomoże, prze­cież ona jęczy, że głaz by się wzru­szył.

- Nie śmiemy jej tknąć, zanim nadej­dzie ksiądz albo zna­chorka Inge­gjerda - rze­kła Tor­dis.

W tej chwili wbiegł Arne i doniósł, że siry Eirika nie zastał w domu. Ragn­frida stała i łamała ręce.

- Wypraw posłańca po panią Aashildę, na Hau­gen - rze­kła. - Niech już będzie, co chce, byleby rato­wać Ulvhildę.

Nikt nie zwra­cał uwagi na Kry­stynę. Usa­do­wiła się na ławie, sto­ją­cej u wez­gło­wia łoża, pod­cią­gnęła kolana i oparła na nich głowę.

Miała wra­że­nie, że jakieś twarde dło­nie ści­skają jej serce. Posy­łano po panią Aashildę! Matka ni­gdy nie wzy­wała pani Aashildy, nawet wów­czas, gdy przy uro­dze­niu Ulvhildy była bli­ska śmierci, nawet wów­czas, kiedy to Kry­styna zapa­dła na ciężką cho­robę. - "To cza­row­nica" - mówili ludzie. Biskup w Oslo i kapi­tuła odpra­wiali sąd nad nią, zasą­dzi­liby ją albo spa­lili, gdyby nie to, że pocho­dziła z wyso­kiego rodu, podobno była nawet sio­strą samej kró­lo­wej Ingebjörgi. Ludzie mówili, że otruła swego pierw­szego męża, a pana Björna, któ­rego teraz miała, zacza­ro­wała; jest tak młody, że mógłby być jej synem. Miała dzieci, ale te nie trosz­czyły się ni­gdy o matkę; i tych dwoje ludzi ze szla­chet­nego rodu, Aashilda i Björn, żyło po stra­cie całego majątku w małym dwo­rze w Dovre, do któ­rego pro­wa­dze­nia wystar­czyłby jeden czło­wiek. Nikt ze znacz­nych rodów w doli­nie nie zada­wał się z nimi, ale ludzie pota­jem­nie szu­kali u nich rady, ba, bied­niejsi otwar­cie szli do Aashildy ze swymi tro­skami i kło­po­tami; mówili, że jest życz­liwa, ale bali się jej.

Kry­styna uwa­żała, że matka, która cią­gle się modli, powinna raczej wezwać na pomoc Boga i Matkę Boską. Sama pró­bo­wała się modlić - zwłasz­cza do świę­tego Olafa, wie­działa bowiem, że jest dobry i pomógł już wielu ludziom w cho­ro­bie albo na rany, albo i na zła­ma­nie nogi. Ale nie mogła zebrać myśli.

Rodzice zostali sami w izbie. Lavrans poło­żył się znowu do łoża, Ragn­frida sie­działa pochy­lona nad cho­rym dziec­kiem, od czasu do czasu ocie­rała mu czoło i ręce wil­gotną chustką i zwil­żała winem wargi.

Minął długi czas. Tor­dis zaglą­dała paro­krot­nie do izby chcąc pomóc, lecz Ragn­frida odsy­łała ją za każ­dym razem. Kry­styna pła­kała bez­gło­śnie i modliła się w duchu, ale cią­gle myślała o cza­row­nicy i w napię­ciu ocze­ki­wała jej poja­wie­nia się.

Nagle w ciszy zabrzmiały słowa Ragn­fridy:

- Czy śpisz, Lavran­sie?

- Nie - odrzekł mąż. - Czu­wam nad Ulvhildą. Bóg pomoże swemu nie­win­nemu jagnię­ciu, żono, o tym nie wolno nam wąt­pić. Ale czas upływa powoli, gdy się tak leży i tylko czeka.

- Bóg nie­na­wi­dzi mnie - rze­kła zroz­pa­czona Ragn­frida - za moje grze­chy. Wie­rzę w to, że dzie­ciom moim dobrze się wie­dzie tam, gdzie są, a teraz przy­szła też godzina Ulvhildy. Lecz mnie Bóg odtrą­cił, gdyż serce moje jest wężo­wi­skiem grze­chu i nędzy.

Nagle ktoś otwo­rzył drzwi. Wszedł sira Eirik, wypro­sto­wał wynio­słą postać i pozdro­wił ich jasnym, głę­bo­kim gło­sem: - Bóg nie­chaj będzie z wami w tym domu.

Posta­wił szka­tułkę z lekami na stop­niu łoża, pod­szedł do ognia i cie­płą wodą polał sobie ręce. Potem wycią­gnął z fał­dów szaty krzyż i prze­że­gnał nim wszyst­kie cztery kąty izby, mru­cząc coś po łaci­nie. Po czym otwo­rzył dym­nik, by wpu­ścić świa­tło do izby, pod­szedł do łoża i obej­rzał Ulvhildę.

Kry­styna str­wo­żyła się, że mógłby ją zna­leźć i wypę­dzić - mało co ucho­dziło oczom siry Eirika. Ale nie dostrzegł jej. Wyjął ze szka­tułki fla­szeczkę, ulał troszkę płynu na pła­tek deli­kat­nej wełny i poło­żył go na ustach i nosie Ulvhildy.

- Zaraz będzie mniej cier­pieć - rzekł. Pod­szedł do Lavransa i zba­dał go każąc sobie opo­wie­dzieć, w jaki spo­sób wyda­rzyło się nie­szczę­ście. Lavrans miał dwa żebra zła­mane i uszko­dzone płuco, ksiądz sądził jed­nak, że zra­nie­nie nie jest nie­bez­pieczne.

- Ale Ulvhilda? - spy­tał stro­skany ojciec.

- Powiem ci, gdy będę mógł ją obej­rzeć - odrzekł ksiądz. - Musisz teraz poło­żyć się w izbie spi­chrza, aby ci, któ­rzy ją pie­lę­gnują, mieli wię­cej spo­koju. - Zarzu­cił sobie ramię Lavransa na szyję, pod­niósł go i wyniósł z izby. Kry­styna naj­chęt­niej wyszłaby za ojcem, ale nie śmiała się ruszyć.

Wró­ciw­szy sira Eirik nie ode­zwał się do Ragn­fridy, tylko roz­ciął sukienkę Ulvhildy, która teraz ciszej jęczała i wyglą­dała na pogrą­żoną w lek­kim śnie. Ostroż­nie badał ciało i koń­czyny dziecka.

- Czy tak źle z moim dziec­kiem, Eiriku, że nie masz żad­nej rady i nic nie mówisz? - spy­tała ści­szo­nym gło­sem Ragn­frida.

Ksiądz odparł cicho:

- Wygląda, jak gdyby miała całe plecy ciężko oka­le­czone, Ragn­frido. Nie znam tu lep­szej rady, jak pozo­sta­wić wszystko Bogu i świę­temu Ola­fowi, ja nie­wiele mogę tu zro­bić.

Matka rze­kła poryw­czo:

- Módlmy się zatem. Wiesz dobrze, że Lavrans i ja damy wszystko, o co popro­sisz. Nie będziemy niczego żało­wać, jeśli potra­fisz wymóc u Boga, by Ulvhilda pozo­stała przy życiu.

- To byłby cud, gdyby wyżyła i wró­ciła zupeł­nie do zdro­wia.

- A czyż ty nie o cudach pra­wisz cały dzień? Czy myślisz, że na moim dziecku nie mógłby się ziścić cud? - rze­kła jak poprzed­nio.

- To prawda - odparł kapłan - cuda się dzieją, ale Bóg nie wszyst­kich ludzi wysłu­chuje; nie znamy Jego świę­tych posta­no­wień. A czy nie wydaje ci się gor­szym złem, by ta piękna dzie­weczka żyła dalej jako ułomna lub kaleka?

Ragn­frida zaprze­czyła ruchem głowy i zawo­łała stłu­mio­nym gło­sem:

- Stra­ci­łam już tyle dzieci, księże, nie mogę jesz­cze tego stra­cić!

- Zro­bię, co będę mógł - odrzekł - i będę się modlić z wszyst­kich sił. Lecz ty, Ragn­frido, musisz spró­bo­wać wziąć na sie­bie krzyż, który ci Bóg nało­żył.

Matka jęk­nęła:

- Żad­nego z dzieci tak nie kocha­łam - jeśli i ono zosta­nie mi zabrane, serce mi pęk­nie.

- Niech cię Bóg wspiera, Ragn­frido córko Ivara - rzekł sira Eirik i potrzą­snął głową. - Modli­twą i postami zamie­rzasz wymóc, co chcesz, na Bogu; czy dzi­wisz się tedy, że one ci nic nie pomo­gły?

Ragn­frida z prze­korą popa­trzyła na księ­dza i powie­działa:

- Posła­łam po panią Aashildę.

- Tak, ty ją znasz, ja nie - rzekł ksiądz.

- Nie mogę żyć bez Ulvhildy - mówiła Ragn­frida z zawzię­to­ścią. - Jeśli Bóg mi nie chce pomóc, poszu­kam rady u pani Aashildy albo samemu dia­błu się zaprze­dam!

Zda­wało się, że kapłan chce jej ostro odpo­wie­dzieć, potem jed­nak powścią­gnął się. Schy­lił się i dotknął koń­czyn maleń­stwa.

- Ma zimne nóżki i rączki - rzekł. - Musimy wło­żyć do łoża parę kamio­nek z cie­płą wodą, a potem nie doty­kaj­cie jej wię­cej, póki nie przy­bę­dzie pani Aashilda.

Kry­styna usu­nęła się cicho na ławę i uda­wała, że śpi. Serce jej biło z trwogi, nie­wiele rozu­miała z roz­mowy matki z sirą Eiri­kiem, ale prze­ra­ziła się okrop­nie i pojęła, że roz­mowa ta nie była prze­zna­czona dla jej uszu.

Matka pod­nio­sła się, by przy­nieść kamionki, łka­nie nią wstrzą­sało:

- Módl się za nas, siro Eiriku... mimo wszystko.

Po chwili wró­ciła z Tor­dis. Ksiądz wraz z kobie­tami zakrząt­nął się koło Ulvhildy, przy czym zna­le­ziono Kry­stynę i kazano jej wyjść.

Gdy sta­nęła na dzie­dzińcu, ośle­piło ją świa­tło. Dopóki sie­działa w wiel­kiej izbie zimo­wej, zda­wało się jej, że więk­sza część dnia już minęła, tym­cza­sem domy były jasno­szare, a trawa lśniła niby jedwab w bia­łym słońcu połu­dnia. Za zło­ci­stą siatką olszyny poły­ski­wała rzeka, jej jed­no­stajny, rześki szmer napeł­niał powie­trze. Tutaj bowiem, koło Jörund, pły­nęła wartko pła­skim kory­tem, peł­nym wiel­kich kamieni. Ściany gór wzno­siły się w błę­kit­nym opa­rze, a potoki wez­brane top­nie­ją­cym śnie­giem spa­dały w dolinę. Słodka, mocna wio­sna wyci­skała jej z oczu łzy żalu nad bez­rad­no­ścią, którą czuła wokół sie­bie.

Na dzie­dzińcu nie było żywej duszy, ale w izbie cze­lad­nej sły­szała głosy ludzi. Miej­sce, w któ­rym ojciec zabił byka, posy­pane było świeżą zie­mią. Nie wie­działa, co z sobą począć, wsu­nęła się więc poza ścianę nowej budowy, wyso­kiej dopiero na kilka belek. Tutaj leżały zabawki jej i Ulvhildy; znio­sła je wszyst­kie do otworu mię­dzy naj­niż­szą belką a pod­mu­ro­wa­niem. W ostat­nich cza­sach Ulvhilda chciała mieć wszyst­kie zabawki sio­stry i nie­raz Kry­styna gnie­wała się z tego powodu. Pomy­ślała, że gdy sio­strzyczka wyzdro­wieje, da jej wszystko, co posiada. Ta myśl nieco ją pocie­szyła.

Przy­po­mniała sobie mni­cha w Hama­rze; on był pewny, że cud może się stać z każ­dym czło­wie­kiem. Ale sira Eirik nie wie­rzył w to tak mocno, a rodzice także nie wie­rzyli, ona zaś przy­wy­kła naj­więk­szą wagę przy­pi­sy­wać ich zda­niu. Jakiś strasz­liwy ucisk spadł na nią, gdy po raz pierw­szy prze­czuła, że ludzie o tylu rze­czach mogą myśleć ina­czej - i to nie tylko źli bez­boż­nicy z jed­nej, a dobrzy z dru­giej strony, ale rów­nież ludzie dobrzy, jak brat Edwin i sira Eirik, matka i ojciec; poczuła nagle, że i oni o wielu rze­czach myślą ina­czej.

Póź­nym wie­czo­rem Tor­dis zna­la­zła Kry­stynę śpiącą w jakimś kącie i zabrała ją do sie­bie; dziecko od rana nic nie jadło. Tor­dis czu­wała w nocy razem z Ragn­fridą przy Ulvhil­dzie, Kry­styna zaś spała z Jonem, mężem Tor­dis, i jej dwoma małymi synami, Eivin­dem i Ormem, w jed­nym łożu. Zapach ich ciał, chra­pa­nie męż­czy­zny i mia­rowy oddech chłop­ców spra­wiły, że Kry­styna cichutko pła­kała. Jesz­cze poprzed­niego wie­czora uło­żyła się, jak co noc, z rodzi­cami i małą Ulvhildą do snu... Myślała o gnieź­dzie, które ktoś zbu­rzył i znisz­czył, ją zaś wyrzu­cono z zacisz­nego schronu i pozba­wiono opieki grze­ją­cych ją skrzy­deł. I tak pła­czącą uko­ły­sał sen, samotną i nie­szczę­śliwą mię­dzy obcymi ludźmi.

Naza­jutrz, gdy się obu­dziła, dowie­działa się, że wuj i jego orszak w gnie­wie opu­ścili dwór; Trond nazwał swą sio­strę sza­loną i obłą­kaną kobietą, a szwa­gra nie­do­łęgą i głup­cem, który ni­gdy nie umiał poskro­mić żony. Kry­styna poczer­wie­niała ze zło­ści, ale zara­zem zawsty­dziła się. Pojęła, że nie­przy­zwo­icie było ze strony matki wyga­niać z dworu swych naj­bliż­szych krew­nych. I po raz pierw­szy wów­czas zro­dziła się w niej myśl, że w matce jest coś takiego, czego nie powinno być, i że różni się ona od innych kobiet.

Gdy tak stała zamy­ślona, pode­szła do niej jedna z dzie­wek i popro­siła, by udała się do ojca na pod­da­sze. Kiedy jed­nak Kry­styna tam weszła, zapo­mniała zaj­rzeć do ojca, gdyż naprze­ciw otwar­tych drzwi sie­działa - z twa­rzą w peł­nym świe­tle - mała kobieta. I Kry­styna domy­śliła się, że to musi być cza­row­nica, cho­ciaż spo­dzie­wała się, że będzie ona wyglą­dała ina­czej.

Wyda­wała się drobna i mała jak dziecko, sie­działa bowiem w wiel­kim karle z opar­ciem, wnie­sio­nym dla niej na górę. Przed nią stał stół nakryty naj­cień­szym, przej­rzy­stym płót­nem matki. Sło­nina i drób podane były na srebr­nych pół­mi­skach, wino w dzba­nie z deli­kat­nego drzewa, posta­wiono przed nią srebrny kubek ojca. Skoń­czyła wła­śnie jeść i miała sobie wytrzeć małe, wąskie ręce naj­lep­szym ręcz­ni­kiem matki. Ragn­fridą stała przed nią i poda­wała jej wodę w mosięż­nej misie. Pani Aashilda opu­ściła ręcz­nik na kolana, uśmiech­nęła się do dziecka i rze­kła jasnym, dźwięcz­nym gło­sem:

- Pójdź do mnie! Piękne są twoje dzieci, Ragn­frido - zwró­ciła się do matki.

Twarz jej była cała pomarsz­czona, ale biała i różowa jak twarz dziecka; zda­wało się, że skóra w dotknię­ciu musi być deli­katna i miękka. Usta miała czer­wone i świeże jak młoda kobieta, a jej wiel­kie, żół­tawe oczy gorzały bla­skiem. Cienka biała chustka, spięta pod brodą złotą klamrą, oka­lała jej twarz; welon z mięk­kiej gra­na­to­wej wełny opa­dał jej na ramiona i jesz­cze niżej na ciemną, dobrze leżącą suk­nię. Była smu­kła jak świeca i Kry­styna raczej poczuła, ani­żeli pomy­ślała, że ni­gdy dotąd nie widziała tak pięk­nej i dwor­nej kobiety, jak ta stara cza­row­nica, z którą nikt z wiel­kich rodów w doli­nie nie chciał się zada­wać.

Pani Aashilda trzy­mała rękę Kry­styny w swo­jej mięk­kiej dłoni i mówiła do niej przy­jaź­nie i żar­to­bli­wie, lecz Kry­styna nie mogła ani gło­ski z sie­bie wydo­być. Przeto pani Aashilda zapy­tała śmie­jąc się cicho:

- Jak sądzi­cie, czy ona się mnie boi?

- Nie, nie! - krzyk­nęła omal Kry­styna. Wtedy pani Aashilda roze­śmiała się gło­śno i rze­kła do matki:

- Mądre ma oczy ta twoja córka i dobre, silne ręce; jak widzę, nie jest też zwy­czajna próż­no­wa­nia. Będziesz potrze­bo­wała kogoś, kto pomógłby ci pie­lę­gno­wać Ulvhildę, gdy mnie tu nie będzie. Pozwól zatem Kry­sty­nie poma­gać mi, póki jestem we dwo­rze, ma już prze­cież jede­na­ście lat.

Z tymi słowy pani Aashilda ode­szła, a Kry­styna chciała pójść za nią. Lecz Lavrans zawo­łał ją z łoża. Poło­żono go pła­sko na ple­cach, z podusz­kami wepchnię­tymi pod zgięte kolana; pani Aashilda zarzą­dziła, by tak leżał, wów­czas rana w płu­cach prę­dzej się zagoi.

- To już wkrótce zdrowi będzie­cie? - spy­tała Kry­styna.

Lavrans spoj­rzał na nią - ni­gdy dotych­czas nie mówiła mu Kry­styna "wy". Potem odrzekł poważ­nie:

- Mnie nie grozi nie­bez­pie­czeń­stwo; gor­sza sprawa z twoją sio­strą.

- Tak - wes­tchnęła Kry­styna.

Chwilę jesz­cze stała przed łożem. Ojciec nie ode­zwał się wię­cej, a Kry­styna nie wie­działa, co rzec. A gdy Lavrans po chwili pole­cił, żeby zeszła na dół do matki i pani Aashildy, szybko wyszła i pobie­gła przez dzie­dzi­niec do izby zimo­wej.

4

Więk­szą część lata spę­dziła pani Aashilda na Jörund, toteż na dwór nie­raz przy­by­wali ludzie pytać ją o radę. Kry­styna sły­szała, jak sira Eirik mówi o tym z obu­rze­niem, i zda­wało jej się, że rodzi­com rów­nież jest to nie w smak. Ale sta­rała się nie myśleć o tych spra­wach, nie zasta­na­wiała się także ni­gdy nad tym, co sama sądzi o pani Aashil­dzie, tylko usta­wicz­nie była przy niej, nie­stru­dzona w słu­cha­niu i przy­glą­da­niu się jej.

Uly­hilda wciąż jesz­cze leżała na wznak w wiel­kim łożu. Jej mała twa­rzyczka była biała aż po wargi, a pod oczami wystą­piły ciemne kręgi. Piękne, jasne, od dawna już nie myte włosy czuć było potem; stały się one spło­wiałe, gład­kie, bez poły­sku, przy­po­mi­nały zwie­trzałe siano. Miała zmę­czoną i cier­piącą twa­rzyczkę i uśmie­chała się słabo i bole­śnie, kiedy Kry­styna przy­sia­dała się do niej i gawę­dziła z nią albo też poka­zy­wała jej piękne poda­runki, któ­rymi obda­rzali chorą rodzice oraz wszy­scy krewni i przy­ja­ciele z naj­dal­szych stron. Były tam lalki, ptaki, zwie­rzęta, mała sza­chow­nica, ozdoby, czepki z aksa­mitu i kolo­rowe wstęgi. Kry­styna wszystko razem spa­ko­wała do skrzy­neczki, a Uly­hilda spo­zie­rała na te wspa­nia­ło­ści poważ­nym wzro­kiem i z wolna wypusz­czała je ze zmę­czo­nych rąk.

Ale ile­kroć zbli­żała się ku niej pani Aashilda, twarz dziew­czynki roz­ja­śniała się rado­ścią. Łap­czy­wie wypi­jała orzeź­wia­jące i usy­pia­jące napoje, które dla niej pani Aashilda przy­go­to­wy­wała, nie skar­żyła się, kiedy jej doty­kała, i leżała szczę­śliwa nasłu­chu­jąc, gdy pani Aashilda grała na har­fie Lavransa i śpie­wała; umiała śpie­wać wiele pie­śni, któ­rych ludzie z doliny nie znali.

Nie­raz, gdy Uly­hilda usnęła, Aashilda śpie­wała Kry­sty­nie. Opo­wia­dała cza­sem o swo­jej mło­do­ści, którą spę­dziła na połu­dniu z kró­lem Magnu­sem, kró­lem Eiri­kiem i ich mał­żon­kami.

Pew­nego razu, kiedy sie­działy razem i pani Aashilda opo­wia­dała, wyrwało się mimo woli Kry­sty­nie:

- To dziwne, że może­cie zawsze być taką wesołą, wy, coście przy­wy­kli... - urwała i zaczer­wie­niła się.

Pani Aashilda popa­trzyła z uśmie­chem na dziecko.

- Masz pew­nie na myśli, żem teraz odsu­nięta od tego wszyst­kiego? - Zaśmiała się cicho, potem rze­kła: - Prze­ży­łam i ja piękne czasy, Kry­styno, i nie jestem na tyle głu­pia, aby się skar­żyć, że teraz muszę się zado­wo­lić roz­wod­nio­nym albo kwa­śnym mle­kiem, ponie­waż wypi­łam już piwo i wino. Dobre dni mogą długo trwać, gdy czło­wiek roz­waż­nie i ostroż­nie obcho­dzi się z sobą i tym, co do niego należy; o tym wie­dzą wszy­scy rozumni ludzie i dla­tego, jak mnie­mam, muszą oni zado­wo­lić się tylko dobrymi dniami, gdyż naj­lep­sze dni są dro­gie. Nazy­wają głup­cem tego, kto mar­no­trawi ojcow­ską spu­ści­znę, by użyć w mło­dych latach. O tym nie­chaj każdy sądzi wedle swego rozumu. Ja jed­nak tego dopiero zowie praw­dzi­wym głup­cem i pół­głów­kiem, kto żałuje potem swego postępku. A dwu­krot­nym głup­cem i osłem nad osłami jest ten, kto sądzi, że ujrzy koło sie­bie towa­rzy­szy swych bie­siad, gdy już zaprze­pa­ścił całe dzie­dzic­two.

- Czy Ulvhilda życzy sobie cze­goś? - spy­tała łagod­nie Ragn­fridy; ta bowiem poru­szyła się nie­spo­koj­nie nad łożem dziecka.

- Nie, śpi mocno - odrze­kła matka i pode­szła do ogni­ska ku Aashil­dzie i Kry­sty­nie. Sta­nęła z ręką opartą na żer­dzi dym­nika i popa­trzyła w twarz pani Aashil­dzie.

- Tego Kry­styna nie rozu­mie - powie­działa.

- To prawda - odparła pani Aashilda - ale także modlitw uczono ją, zanim je pojęła. Wtedy gdy potrzeba modli­twy albo rady, nie mamy już zwy­kle ochoty do nauki lub zasta­na­wia­nia się.

Ragn­frida ścią­gnęła ciemne brwi. Jej jasne, głę­boko osa­dzone oczy wyglą­dały jak jeziora leżące pod czar­nym, lesi­stym zbo­czem - tak zawsze myślała Kry­styna, gdy była maleńka, a może sły­szała, że ktoś tak mówił. Pani Aashilda spo­zie­rała w jej stronę na pół uśmiech­nięta. Ragn­frida przy­sia­dła na obrze­że­niu pale­ni­ska i gałę­zią roz­gar­niała żar.

- Lecz ten, kto wymie­nił swoje dzie­dzic­two na naj­nędz­niej­sze rze­czy, a potem ujrzał skarb, za posia­da­nie któ­rego dałby życie... Czy nie zdaje się wam, że takiego czło­wieka musi drę­czyć wła­sna głu­pota?

- Tam, gdzie jest kupno, może być i strata, Ragn­frido - rze­kła pani Aashilda. - A ten, kto chce dać życie, musi się na to ważyć i baczyć, co zyskać może.

Ragn­frida wycią­gnęła palącą się gałąź z żaru, zdmuch­nęła ogień i osło­niła ręką jarzący się koniec tak, że krwawo prze­świe­cał mię­dzy jej pal­cami.

- Ach, to są słowa, słowa, i tylko słowa.

- Nie­wiele też jest rze­czy, Ragn­frido, war­tych, by je tak drogo oku­pić. By je oku­pić życiem.

- Są jed­nak - powie­działa matka gwał­tow­nie. - Mój mąż... - szep­nęła pra­wie nie­do­sły­szal­nie.

- Ragn­frido - rze­kła pani Aashilda stłu­mio­nym gło­sem. - Tak sądziła nie­jedna dzie­wica, która pra­gnęła przy­kuć do sie­bie męż­czy­znę i dla­tego poświę­cała swą dzie­wi­czość. Ale czyż nie czy­ta­łaś o mło­dzień­cach i dzie­wicach, któ­rzy ofia­ro­wali Bogu wszystko, co posia­dali, i szli do klasz­toru albo nago na pusty­nię, a potem żało­wali tego? Tych zowią w świę­tych księ­gach głu­pimi. A chyba grze­chem byłoby mnie­mać, że Bóg oszu­kał ich, gdy tak czy­nili.

Ragn­frida długi czas sie­działa w mil­cze­niu. Więc pani Aashilda ode­zwała się:

- Pójdź teraz, Kry­styno, już czas, byśmy wyszły zbie­rać rosę, którą mamy jutro obmyć Ulvhildę.

Dzie­dzi­niec wyda­wał się w świe­tle księ­życa to biały, to znów czarny. Ragn­frida poszła za nimi przez pastwi­sko aż do furty wio­dą­cej do ogrodu warzyw­nego. I Kry­styna, strzą­sa­jąc rosę z wiel­kich, lodo­wa­tych liści kapu­sty i przy­wrot­nika do srebr­nego kubka ojcow­skiego, widziała, jak matka, czarna i chuda, opiera się o furtkę.

Pani Aashilda w mil­cze­niu szła obok Kry­styny. Poszła z nią tylko dla­tego, by jej strzec, nie było bowiem bez­piecz­nie w taką noc pusz­czać dziecka samego w pole. Ale rosa miała więk­szą moc, gdy ją zbie­rała nie­winna dzie­wica.

Gdy powró­ciły do furty, matki już nie było. Kry­styna trzę­sła się z zimna, gdy wrę­czała pani Aashil­dzie lodo­waty kubek.

Pobie­gła w mokrych trze­wi­kach ku scho­dom na pod­da­sze, na któ­rym sypiała z ojcem. Już sta­wiała nogę na pierw­szym stop­niu, gdy z cie­nia ganku wysu­nęła się Ragn­frida. W ręku trzy­mała czarę z gorą­cym napo­jem.

- Zagrza­łam ci tro­chę piwa, córko - rze­kła matka.

Kry­styna rado­śnie podzię­ko­wała i pod­nio­sła czarkę do ust. Nagle Ragn­frida spy­tała:

- Kry­styno... te modli­twy i wszystko, czego cię uczy pani Aashilda... nie ma w tym chyba grze­chu albo cze­goś bez­boż­nego?

- Nie sądzę - odparła Kry­styna. - Cią­gle powta­rza się w nich imię Jezusa, Naj­święt­szej Maryi Panny i świę­tych.

- Cze­góż to cię nauczyła? - spy­tała znowu matka.

- O zio­łach, i jak zarze­kać ciek­nącą krew i bro­dawki, i nagniotki, i cho­robę oczu, i mole w suk­niach, i myszy w spi­żarni. I które zioła musi się zbie­rać w sło­necz­nym świe­tle, a które mają naj­więk­szą moc zebrane pod­czas desz­czu. Ale modlitw nie wolno mi nikomu powtó­rzyć, gdyż stracą swoją moc - dodała szybko.

Matka wzięła próżną czarkę i posta­wiła ją na scho­dach. I nagle chwy­ciła córkę w ramiona, przy­ci­snęła mocno do sie­bie i cało­wała ją. Kry­styna czuła, że twarz matki jest gorąca i mokra.

- Oby cię Bóg i nasza Boga­ro­dzica strze­gli i ucho­wali przed wszel­kim złem! Teraz twój ojciec i ja mamy już tylko cie­bie, jedyną, któ­rej nie dotknął jesz­cze nasz zły los. Droga ty moja - nie zapo­mnij ni­gdy, że jesteś naj­więk­szą rado­ścią twego ojca.

Ragn­frida wró­ciła do zimo­wej izby, roze­brała się i poło­żyła obok Ulvhildy. Oto­czyła ją ramie­niem, a twarz swą przy­su­nęła tak bli­sko do twa­rzy dziecka, że czuła cie­pło jego ciałka i ostry zapach potu wil­got­nych wło­sów. Ulvhilda spała głę­boko i spo­koj­nie, jak zwy­kle po wie­czor­nym trunku pani Aashildy. Pach­niało osza­ła­mia­jąco roz­sy­paną pod prze­ście­ra­dłem macie­rzanką. Mimo to Ragn­frida długo leżała bez­sen­nie, wpa­trzona w małą jasną plamkę na puła­pie, w miej­scu gdzie zaglą­dał księ­życ przez rogową szybkę dym­nika.

W dru­gim łożu leżała pani Aashilda, lecz Ragn­frida nie wie­działa ni­gdy, czy ona śpi, czy też czuwa. Ani razu nie wspo­mniała o zna­jo­mo­ści, jaka łączyła je w daw­nych cza­sach - i to napeł­niło Ragn­fridę prze­ra­że­niem. I ni­gdy jesz­cze nie była tak bole­śnie stro­skana i pełna ser­decz­nego lęku jak teraz, cho­ciaż już wie­działa, że Lavrans wróci do pełni sił, a Ulvhilda będzie żyła.

Widoczne było, że pani Aashilda znaj­duje przy­jem­ność w roz­mo­wie z Kry­styną i z każ­dym dniem, który mijał, dziecko zaprzy­jaź­niało się z nią coraz bar­dziej.

Pew­nego dnia wyje­chały, by szu­kać ziół, i usia­dły na zbo­czu góry, na małej zie­lo­nej łączce pod usy­pi­skiem. Mogły stąd widzieć dzie­dzi­niec dworu Formo i roz­po­znać czer­wony kaftan Arnego syna Gyrda, który wyje­chał wraz z nimi, i gdy one szu­kały ziół na górze, pil­no­wał ich koni.

Wów­czas to opo­wie­działa Kry­styna pani Aashil­dzie o swym spo­tka­niu z kar­licą. Dłu­gie lata nie pamię­tała o tym wyda­rze­niu, ale teraz przy­szło jej ono na myśl. I gdy mówiła, stało się jej dziw­nie jasne, że mię­dzy panią Aashilda a kar­licą jest jakieś podo­bień­stwo - cho­ciaż przez cały czas zda­wała sobie dobrze sprawę, że wła­ści­wie nie są wcale podobne.

Gdy skoń­czyła, pani Aashilda sie­działa chwilę w mil­cze­niu i patrzyła w dolinę; wresz­cie powie­działa:

- Mądrze zro­bi­łaś, żeś ucie­kła, bo wów­czas byłaś jesz­cze maleńka. Ale czy sły­sza­łaś o ludziach, któ­rzy brali złoto ofia­ro­wane im przez kar­łów, a potem zacza­ro­wy­wali gnoma w kamień?

- Sły­sza­łam takie gadki - rze­kła Kry­styna - ale nie ośmie­li­ła­bym się ni­gdy tego uczy­nić. I nie wydaje mi się to piękne.

- Dobrze, gdy ktoś nie śmie zro­bić tego, czego nie uważa za piękne - rze­kła pani Aashilda ze śmie­chem. - Ale co innego, gdy komuś rzecz jakaś wydaje się nie­piękna, ponie­waż nie ma odwagi jej uczy­nić. Uro­słaś bar­dzo tego lata - dodała nie­spo­dzie­wa­nie. - Wiesz chyba sama dobrze, że wyra­stasz na piękną dziew­czynę.

- Tak - odrze­kła Kry­styna. - Mówią, żem podobna do ojca.

Pani Aashilda śmiała się cicho:

- Tak jest - i byłoby naj­le­piej dla cie­bie, gdy­byś cia­łem i duszą wdała się w Lavransa. Byłby to jed­nak grzech, gdyby cię wydano za mąż tu, w doli­nie. Nie trzeba lek­ce­wa­żyć chłop­skich zwy­cza­jów i oby­cza­jów, ale tutejsi chłopi mają się za tak dziel­nych, iż sądzą, że jak Nor­we­gia długa i sze­roka nikt się z nimi rów­nać nie może. Dzi­wią się zapewne okrop­nie, że mogę żyć i że mi się dobrze wie­dzie, cho­ciaż zamknęli drzwi swoje przede mną. Są leniwi i butni i nie chcą się uczyć nowych oby­cza­jów, dla­tego wciąż jesz­cze zwa­lają całą winę na ów dawny spór z kró­le­stwem za cza­sów Syer­rego13. To jest kłam­stwo, twój przo­dek pojed­nał się z kró­lem Sver­rem i przyj­mo­wał dary od niego, ale gdyby twój wuj chciał wejść do świty naszego króla, musiałby się zewnętrz­nie i wewnętrz­nie odpo­wied­nio przy­go­to­wać, a na to jest Trond za leniwy. Ale ty, Kry­styno, powin­naś być poślu­biona czło­wie­kowi, który posiada rycer­skie zwy­czaje i ogładę.

Kry­styna sie­działa i patrzyła na czer­wone plecy Arnego na dzie­dzińcu Formo. Ile­kroć pani Aashilda opo­wia­dała o świe­cie, w któ­rym żyła przed­tem, Kry­styna wyobra­żała sobie zawsze - nie­świa­doma zresztą tego nawet - ryce­rzy i hra­biów podob­nych do Arnego. Daw­niej, gdy była cał­kiem mała, widziała ich zawsze w postaci ojca.

- Mój sio­strze­niec, Erlend syn Miko­łaja na Husaby, byłby sto­sow­nym mał­żon­kiem dla cie­bie - pięk­nie wyrósł ten chło­pak. Sio­stra moja Magn­hilda odwie­dziła mnie zeszłego roku, gdy prze­jeż­dżała doliną razem z synem. Tak, tak, jego ty dostać nie możesz, ale chęt­nie roz­po­star­ła­bym nad wami zasłonę w waszym ślub­nym łożu... Włosy jego są tak czarne, jak twoje są jasne, i ma cudne oczy. Ale o ile znam mojego szwa­gra, już on pew­nie rozej­rzał się za lep­szym ożen­kiem dla Erlenda.

- To ja nie jestem dobrym ożen­kiem? - spy­tała zdu­miona Kry­styna. Ni­gdy przez myśl jej nie prze­szło obra­zić się o coś, co mówiła pani Aashilda, lecz czuła się upo­ko­rzona i przy­gnę­biona, że ta kobieta góruje czymś nad jej rodem.

- Ależ tak, dobrym - odpo­wie­działa tamta. - Lecz mimo to nie wolno ci nawet myśleć o tym, byś mogła wejść w mój ród. Twój pra­sz­czur tu, w Nor­we­gii, był wywo­łań­cem i pocho­dził z obczy­zny, a Gje­slin­go­wie zasie­dzieli się po swych dwo­rach i zmur­szeli już od tak dawna, że wkrótce nikt poza tą doliną nie będzie o nich pamię­tał. Lecz ja i moja sio­stra mia­ły­śmy za mężów sio­strzeń­ców kró­lo­wej Mał­go­rzaty córki Sku­lego14.

Kry­styna nawet nie pomy­ślała o tym, że to nie jej przo­dek, lecz jego brat przy­był do Nor­we­gii jako wywo­ła­niec. Sie­działa zapa­trzona w ciemne zbo­cza gór po dru­giej stro­nie doliny i przy­po­mi­nała sobie ów dzień przed laty, kiedy to była wysoko na hali i widziała, ile gór leży mię­dzy jej doliną a świa­tem. Wtem ode­zwała się pani Aashilda, że muszą wra­cać, i kazała jej przy­wo­łać Arnego. Kry­styna przy­ło­żyła ręce do ust, pohu­ki­wała i dawała znaki chustką, aż spo­strze­gła, że czer­wona plama na dzie­dzińcu w dole poru­szyła się i odpo­wie­działa.

W jakiś czas potem pani Aashilda wró­ciła na swój dwór, ale jesie­nią i z począt­kiem zimy przy­jeż­dżała nie­jed­no­krot­nie na Jörund i pozo­sta­wała parę dni przy Ulvhil­dzie. Małą wyj­mo­wano teraz na dzień z łoża i pró­bo­wano sta­wiać na nogi, lecz wciąż jesz­cze ugi­nały się one pod nią. Drżała, była blada i zmę­czona; gor­set, który pani Aashilda spo­rzą­dziła dla niej z koń­skiej skóry i cie­niut­kich gałą­zek wierz­bo­wych, cią­żył jej bar­dzo i dziecko naj­chęt­niej spo­czy­wało cicho na kola­nach matki. Ragn­frida trzy­mała zawsze małą w ramio­nach, tak że Tor­dis musiała teraz pro­wa­dzić całe gospo­dar­stwo, a Kry­styna na zle­ce­nie matki była stale przy niej, by się uczyć i poma­gać.

Kry­styna od jed­nego spo­tka­nia do dru­giego tęsk­niła za panią Aashilda. Zda­rzało się, że tamta roz­ma­wiała z nią wiele, lecz kiedy indziej dziew­czynka darem­nie wycze­ki­wała na jakieś słowo prócz pozdro­wie­nia, kiedy tamta przy­jeż­dżała i odjeż­dżała. Aashilda sie­działa wów­czas i roz­ma­wiała tylko z doro­słymi. Tak było zawsze, ile­kroć towa­rzy­szył jej mąż, gdyż zda­rzało się teraz, że i Björn syn Gun­nara przy­jeż­dżał z nią na Jorund. Pew­nego dnia Lavrans udał się do Hau­gen, chcąc wrę­czyć pani Aashil­dzie poda­ru­nek za lecze­nie Ulvhildy; była to naj­lep­sza spo­śród wszyst­kich, jakie posia­dali, srebrna konew wraz z pod­stawą. Spę­dził tam noc i odtąd bar­dzo chwa­lił ten dwór. Jest ładny, dobrze utrzy­many i wcale nie taki mały, jak mówili ludzie, opo­wia­dał. Wewnątrz i w zabu­do­wa­niach znać dobro­byt, a zwy­czaje domowe są dworne jak u moż­nych ludzi z połu­dnia kraju. Co sądzi o Björnie, tego Lavrans nie mówił, ale przyj­mo­wał go dobrze, ile­kroć tam­ten przy­by­wał z żoną na Jorund. Nato­miast nie­zmier­nie polu­bił panią Aashildę i był zda­nia, że to, co o niej opo­wia­dano, to prze­waż­nie wie­rutne kłam­stwa. Utrzy­my­wał, że przed dwu­dzie­stu laty na pewno nie potrze­bo­wała cza­ro­dziej­skich sztuk, by przy­wią­zać do sie­bie męż­czy­znę, gdyż jesz­cze teraz, bli­ska sześć­dzie­siątki, wygląda tak młodo i ma naj­mil­sze, naj­bar­dziej ujmu­jące obej­ście.

Kry­styna wyczu­wała, że matka nie­chęt­nie patrzy na to wszystko. Bądź co bądź Ragn­frida ni­gdy nie mówiła o pani Aashil­dzie, ale kie­dyś porów­nała Björna do żół­tej, zgnie­cio­nej trawy, którą można zna­leźć pod kamie­niami, i Kry­sty­nie to porów­na­nie wydało się trafne. Björn wyglą­dał dziw­nie wybla­kło, był dość otyły, blady i roz­lany, choć nie­dużo star­szy od Lavransa; widać było po nim jed­nak, że nie­gdyś był pięk­nym męż­czy­zną. Kry­styna ni­gdy nie zamie­niła z nim słowa; mówił mało i naj­chęt­niej sie­dział na jed­nym miej­scu, od chwili gdy wszedł do izby, dopóki nie udał się na spo­czy­nek. Pił nie­zmier­nie wiele, choć nie znać było tego po nim, nic pra­wie nie jadł i od czasu do czasu, osłu­piały i zamy­ślony, wle­piał w kogoś w izbie swe dziwne, wybla­kłe oczy.

Krewni z Sundbu nie poka­zy­wali się od czasu nie­szczę­ścia, ale Lavrans był parę razy w Vaage. Nato­miast sira Eirik nie­raz prze­by­wał na Jörund; spo­ty­kał się tu z panią Aashilda i zostali dobrymi przy­ja­ciółmi. Ludzie uwa­żali to za piękny rys księ­dza, ponie­waż on sam był rów­nież dobrym leka­rzem. Tu tkwił także jeden z powo­dów, dla­czego ludzie z wiel­kich dwo­rów nie uda­wali się po radę do pani Aashildy, uwa­żali bowiem, że ksiądz jest dosta­tecz­nie dobry, a nie wie­dzieli, jak się mają zacho­wać wobec dwojga ludzi, jak Björn i Aashilda, któ­rzy wła­ści­wie zostali usu­nięci z ich wła­snego kręgu. Sira Eirik nie­raz mawiał, że jeśli o niego idzie, nie wcho­dzą sobie by­naj­mniej w drogę, a co do cza­rów, nie on jest jej spo­wied­ni­kiem; może być, że pani Aashilda wie wię­cej, niż dla zba­wie­nia duszy jest potrzebne, nie wolno jed­nak zapo­mi­nać, że nie­świa­domi ludzie chęt­nie mówią o cza­rach, gdy jakaś kobieta mądrzej­sza jest od ciem­nego pospól­stwa. Pani Aashilda ze swej strony chwa­liła księ­dza bar­dzo i pil­nie uczęsz­czała do kościoła, ile­kroć się zda­rzało, że pod­czas święta bawiła na Jörund.

W tym roku smutne były święta Bożego Naro­dze­nia. Ulvhilda nie mogła jesz­cze ustać na nogach, poza tym zaś z Sundbu nie przy­cho­dziły żadne wie­ści i nikt stam­tąd się nie poka­zy­wał. Kry­styna zauwa­żyła, że w gmi­nie mówiono o tym i ojciec bie­rze sobie to bar­dzo do serca. Nato­miast Ragn­frida pozo­stała obo­jętna i Kry­styna miała jej to za złe.

Pew­nego wie­czora jed­nak zaje­chał w wiel­kich saniach sira Sigurd, kape­lan Tronda Gje­slinga, i zaczął od zapro­sze­nia wszyst­kich do Sundbu.

Sira Sigurd nie był lubiany w oko­licz­nych gmi­nach, on to bowiem zarzą­dzał posia­dło­ściami Tronda, w każ­dym razie jemu przy­pi­sy­wano winę, gdy Trond postę­po­wał surowo i nie­spra­wie­dli­wie. Trudno zaś było zaprze­czyć, że Trond gnę­bił tro­chę swych chło­pów. Jako ksiądz, Sigurd był nie­zwy­kle wprawny w pisa­niu i racho­wa­niu, nadto był uczo­nym w pra­wie i bie­głym leka­rzem, cho­ciaż nie tak bie­głym, jak sam o sobie mnie­mał. Z jego zacho­wa­nia się nikt jed­nak nie mógł wno­sić, że ma przed sobą mądrego czło­wieka: nie­raz mówił głup­stwa. Ragn­frida i Lavrans nie cier­pieli go, ale ludzie z Sundbu cenili bar­dzo swego kape­lana i zarówno oni, jak i on sam byli dotknięci, że nie wezwano go do Ulvhildy.

W dodatku tak się nie­szczę­śli­wie zło­żyło, że gdy sira Sigurd przy­był na Jörund, byli tam już obecni Aashilda i pan Bj?örn, nadto sira Eirik, Gyrd i Inga z Fins­brek­ken, rodzice Arnego, stary Jon z Lopt i brat Aas­gaut, domi­ni­ka­nin z Hamaru.

Pod­czas gdy Ragn­frida kazała nakryć dla nowych gości stoły, a Lavrans prze­glą­dał listy przy­wie­zione przez księ­dza, ten chciał obej­rzeć Ulvhildę. Uło­żono ją już na nocny spo­czy­nek, ale sira Sigurd obu­dził małą, obma­cał jej plecy i koń­czyny i wypy­ty­wał ją, naj­pierw przy­jaź­nie, potem nie­cier­pli­wie, gdyż się go bała. Sigurd był małym czło­wiecz­kiem, pra­wie kar­łem, miał jed­nak ogromną, pło­mie­ni­ście czer­woną twarz. Gdy chciał Ulvhildę pod­nieść i posta­wić na pod­ło­dze, aby wypró­bo­wać, czy się utrzyma na nogach, zaczęła krzy­czeć. Wtedy pani Aashilda pode­szła do łoża i przy­kryła dziew­czynkę skó­rami, tłu­ma­cząc, że dziecko jest tak śpiące, iż nie mogłoby ustać na nogach, nawet gdyby było zdrowe.

Kapłan prze­rwał jej gwał­tow­nie: on rów­nież uwa­żany jest za dobrego leka­rza; lecz pani Aashilda ujęła go za rękę, popro­wa­dziła na pocze­sne miej­sce za sto­łem i zaczęła opo­wia­dać, jak leczyła Ulvhildę, wypy­tu­jąc go przy tym o zda­nie. Udo­bru­chał się więc, pił i zaja­dał sma­ko­łyki Ragn­fridy.

Ale gdy piwo i wino ude­rzyło mu do głowy, popadł sira Sigurd znowu w zły humor, stał się swar­liwy i zaczepny; wie­dział dobrze, że nikt z obec­nych w izbie nie może go ścier­pieć. Naprzód zwró­cił się do Gyrda; był on peł­no­moc­ni­kiem biskupa z Hamaru na Vaage i Sil, i wiele było spor­nych spraw mię­dzy bisku­pem a Tron­dem synem Wara. Gyrd nie mówił wiele, lecz Inga była kobietą popę­dliwą; w dodatku wmie­szał się jesz­cze do roz­mowy brat Aas­gaut i rzekł:

- Nie wolno ci zapo­mi­nać, siro Sigur­dzie, że nasz czci­godny ojciec Ingjald jest rów­nież twoim paste­rzem. My w Hama­rze wiemy o tobie nie­jedno. Mie­szasz się we wszel­kie sprawy na Sundbu i nie myślisz wcale o tym, żeś poświę­cony innemu zawo­dowi i że nie tobie być szpie­giem Tronda i pomoc­ni­kiem we wszyst­kich nie­słusz­nych poczy­na­niach, przez co duszę jego wie­dziesz w nie­szczę­ście i dzia­łasz na szkodę Kościoła. Czyś ni­gdy nie sły­szał, co się dzieje z nie­po­słusz­nymi i nie­wier­nymi księżmi, któ­rzy sprze­ci­wiają się swoim ojcom duchow­nym i prze­ło­żo­nym? Czy nie wiesz, jak to razu pew­nego anio­ło­wie zapro­wa­dzili świę­tego Toma­sza z Can­ter­bury do wrót pie­kła i pozwo­lili mu tam zaj­rzeć? Zdzi­wił się bar­dzo, że nie ujrzał tam ani jed­nego z tych księży, któ­rzy mu się tak sprze­ci­wiali jak ty two­jemu bisku­powi. Wła­śnie chciał chwa­lić miło­sier­dzie Boga, ponie­waż święty ów czło­wiek każ­demu grzesz­ni­kowi życzył zba­wie­nia, kiedy anioł popro­sił dia­bła, by pod­niósł tro­chę ogon. Wów­czas z potęż­nym hukiem i obrzy­dłym smro­dem siar­ko­wym wyje­chali stam­tąd wszy­scy ci księża i uczeni, któ­rzy szko­dzili Kościo­łowi. Dowie­dział się tedy święty, gdzie się to oni dostali.

- Łżesz, mni­chu - rzekł ksiądz. - Ja też znam tę gadkę, ale nie księża to byli, lecz żebrzący mnisi, któ­rzy jak osy z gniazda wypa­dli z dia­bel­skiego zadu.

Stary Jon śmiał się naj­gło­śniej z wszyst­kich i wołał:

- Pewno i jedni, i dru­dzy tam byli!

- W takim razie dia­beł musi mieć potężny ogon - rzekł Björn syn Gun­nara, a pani Aashilda uśmiech­nęła się i rze­kła:

- Ow­szem, czyś nie sły­szał, że wszystko złe cią­gnie za sobą długi ogon?

- Cicho bądź, Aashildo! - zawo­łał sira Sigurd. - Nie mów o dłu­gim ogo­nie, cią­gnio­nym przez zło. Sie­dzisz tu, jak gdy­byś tu była gospo­dy­nią, a nie Ragn­frida. Ale dziwne jest, że nie umiesz wyle­czyć jej dziecka... Czy już nie posia­dasz owej cudow­nej wody, którą swego czasu kup­czy­łaś? Tej wody, co to miała moc poćwiar­to­waną owcę w kotle uczy­nić znów całą, a kobietę w ślub­nym łożu dzie­wicą? Sły­sza­łem ja o owym weselu tu, w doli­nie, na któ­rym ty zgo­to­wa­łaś kąpiel uwie­dzio­nej narze­czo­nej...

Sira Eirik zerwał się, chwy­cił Sigurda za ramiona i rzu­cił go przez stół, tak że kon­wie i dzbany prze­wró­ciły się, a potrawy i napoje spły­nęły po obru­sach i deskach. Sira Sigurd leżał na pod­ło­dze w podar­tych sza­tach. Eirik prze­sko­czył stół i chciał się znowu rzu­cić na niego, rykiem głu­sząc ogólny hałas:

- Stul swój smro­dliwy pysk, ty dia­bel­ski kle­cho!

Lavrans usi­ło­wał ich roz­łą­czyć. Ragn­frida, blada jak śmierć, stała na swym miej­scu i zaci­skała ręce. Pod­bie­gła pani Aashilda i pomo­gła wstać sirze Sigurd owi, otarła mu krew z twa­rzy i dała kubek miodu do wypi­cia mówiąc:

- Nie powin­ni­ście być tak suro­wym, siro Eiriku, byście nie mogli ścier­pieć przy wie­cze­rzy i piciu jako­we­goś żartu. Usiądź­cie wszy­scy na swych miej­scach, a posły­szy­cie o owym weselu. Nie odby­wało się ono w tej doli­nie ani też nie zna­łam owej wody; gdy­bym ją umiała warzyć, nie sie­dzie­li­by­śmy tu w górach na maleń­kim dwo­rze. Mogła­bym teraz być bogatą panią i mieć gdzieś posia­dłość mię­dzy wiel­kimi gmi­nami w bli­sko­ści mia­sta, klasz­to­rów, bisku­pów i kapi­tuły - dodała z uśmie­chem w stronę trzech duchow­nych. - Ale w daw­nych cza­sach posia­dał ktoś tę sztukę. Rzecz sama zaś zda­rzyła się za cza­sów króla Ingego15, a narze­czo­nym był Piotr syn Lodina z Brat­te­lan­dii. Która jed­nak z jego trzech żon była ową narze­czoną, tego nie powiem, gdyż żyją jesz­cze potom­ko­wie wszyst­kich trzech. Owóż ta narze­czona miała pewno powód życzyć sobie tej wody; w isto­cie udało jej się ją zdo­być i przy­go­to­wała sobie kąpiel na dole w warzelni piwa. Ale zanim jesz­cze zdą­żyła się wyką­pać, weszła tam kobieta, która miała zostać jej teściową. Była zmę­czona i brudna po dłu­giej podróży na weselny dwór, więc roze­brała się i weszła do wanny. Była to stara kobieta, która już dzie­wię­cioro dzieci miała z Lodi­nem. Ale tej nocy zarówno Lodin, jak i Piotr innych zaznali uciech, niż ocze­ki­wali.

Ludzie w izbie roze­śmiali się w głos, a Gyrd i Jon pro­sili, by pani Aashilda wię­cej takich histo­rii opo­wie­działa. Ale ona oświad­czyła:

- Tu sie­dzą dwaj kapłani i bra­ci­szek Aas­gaut, mło­dzi chłopcy i dziew­częta; prze­stańmy lepiej, zanim mowy staną się nie­przy­zwo­ite i spro­śne; pamię­tajmy, że jest dzień świą­teczny.

Męż­czyźni pod­nie­śli gło­śny sprze­ciw, ale kobiety przy­tak­nęły pani Aashil­dzie. Nikt nie zauwa­żył, że Ragn­frida opu­ściła izbę. Wkrótce i Kry­styna, która sie­działa na sza­rym końcu pomię­dzy dziew­kami, musiała iść na spo­czy­nek. Miała spać w izbie Tor­dis, gdyż było wielu gości we dwo­rze.

Mróz był siar­czy­sty, zorza polarna pło­nęła i migo­tała ponad czo­łami gór na pół­nocy. Śnieg skrzy­piał gło­śno pod nogami Kry­styny, gdy pędziła przez dzie­dzi­niec dygo­cąc z zimna, z rękami zaci­śnię­tymi na pier­siach.

Nagle spo­strze­gła w cie­niu sta­rego domu jakąś postać, która w wiel­kim pod­nie­ce­niu cho­dziła tam i z powro­tem po śniegu, zała­mu­jąc ręce i gło­śno jęcząc. Kry­styna poznała matkę, pod­bie­gła do niej prze­ra­żona i spy­tała, czy nie jest chora.

- Nie, nie - odparła gwał­tow­nie Ragn­frida. - Musia­łam tylko wyjść z izby. Idź, połóż się, dziecko.

Kry­styna odwró­ciła się. Wów­czas matka zawo­łała cicho:

- Idź do izby i połóż się obok ojca i Ulvhildy, weź ją w ramiona, by jej przez nie­uwagę nie przy­gniótł; ojciec śpi tak ciężko, gdy jest pijany. Ja będę tej nocy spać w sta­rym domu.

- Jezu - rze­kła Kry­styna - zamar­z­nie­cie, matko, śpiąc tu na górze - jesz­cze do tego sama. A co powie ojciec, gdy nie wej­dzie­cie dziś w nocy do łoża?

- Nie zauważy tego - odparła matka - spał już nie­mal, gdym odcho­dziła, a jutro zbu­dzi się późno. Idź i zrób, jak powie­dzia­łam.

- Będzie wam okrop­nie zimno - rze­kła Kry­styna wzdry­ga­jąc się, lecz matka odpra­wiła ją nieco już łagod­niej, a sama zamknęła się w domu.

Wewnątrz było tak samo zimno jak na dwo­rze i ciem­niu­teńko. Ragn­frida po omacku doszła do łoża, zerwała chustkę z głowy, zdjęła buty i wsu­nęła się mię­dzy skóry. Zdrę­twiała mię­dzy nimi; miała wra­że­nie, że się zapada w lodo­wiec. Scho­wała głowę pod skóry, sku­liła nogi, a ręce poło­żyła na pier­siach, i tak leżała i pła­kała, chwi­lami cichutko zale­wa­jąc się łzami, to znowu krzy­cząc gło­śno i zgrzy­ta­jąc zębami. Wresz­cie ogrzała na tyle łoże dokoła sie­bie, że poczuła się senna, i wciąż pła­cząc usnęła.

5

Tego roku, kiedy Kry­styna ukoń­czyła pięt­na­ście lat, zmó­wili się Lavrans syn Björgulfa i rycerz Andrzej syn Gud­munda z Dyfrina, że się spo­tkają na zjeź­dzie okręgu Hol­le­dis. Przy spo­sob­no­ści ura­dzono, że Szy­mon, drugi syn Andrzeja, zarę­czy się z Kry­styną córką Lavransa i otrzyma Formo, spa­dek po matce pana Andrzeja. Męż­czyźni ude­rze­niem dłoni przy­pie­czę­to­wali sprawę, jed­nak żad­nego doku­mentu nie spi­sano, gdyż pan Andrzej musiał przed­tem jesz­cze upo­rząd­ko­wać dzie­dzic­two reszty swych dzieci. Nie było też zwy­kłego poczę­stunku zrę­ko­wi­no­wego, ale rycerz Andrzej i Szy­mon przy­byli do Jörund, aby zoba­czyć narze­czoną, i Lavrans wydał dla nich wielką ucztę.

Lavrans wykoń­czył tym­cza­sem nowy dom miesz­kalny z pię­trem i muro­wa­nymi pale­ni­skami w izbie i na pod­da­szu, wypo­rzą­dził go pięk­nie i ozdo­bił bogato stru­ga­nymi w drze­wie rzeź­bami i wszyst­kim innym. Prze­bu­do­wał też stare domo­stwo, a nadto pona­pra­wiał inne zabu­do­wa­nia, tak że miesz­kał teraz, jak przy­stało na ryce­rza. Żył też w wiel­kim dostatku, gdyż przed­się­wzię­cia jego dawały pomyślne wyniki, a był gospo­da­rzem roz­trop­nym i zapo­bie­gli­wym. Sły­nął zwłasz­cza z hodowli naj­wspa­nial­szych koni i najpięk­niejszego bydła. A gdy dopiął tego, że córka jego miała poślu­bić syna dyfriń­skiego rodu i zostać panią na Formo, zda­wało się ludziom, że wpro­wa­dził w czyn swój zamysł, by być pierw­szym mężem w doli­nie. W isto­cie i on, i Ragn­frida byli bar­dzo zado­wo­leni, tak samo pan Andrzej i Szy­mon.

Kry­styna była tro­chę zawie­dziona, ujrzaw­szy po raz pierw­szy Szy­mona syna Andrzeja; sły­szała bowiem tyle o jego pięk­no­ści i dwor­nym obej­ściu, że spo­dzie­wała się Bóg wie czego.

Wpraw­dzie Szy­mon wyglą­dał dobrze, lecz był tro­chę za otyły na swo­ich dwa­dzie­ścia lat. Szyję miał krótką, a twarz tak okrą­głą i błysz­czącą jak księ­życ, włosy piękne, kasz­ta­nowe, kędzie­rzawe, oczy jasne i szare, ale tro­chę jakby nazbyt wci­śnięte w głąb przez grube powieki; nos był za mały, usta rów­nież małe i nieco ścią­gnięte, lecz nie­brzyd­kie. Mimo oty­ło­ści był lekki w ruchach, zgrabny i zwinny, zapra­wiony do wszel­kich ćwi­czeń cie­le­snych. Mówił nieco zbyt gło­śno i szybko, lecz Lavrans był zda­nia, że w roz­mo­wie ze star­szymi Szy­mon wyka­zuje zdrowy rozum i sporo wia­do­mo­ści.

Ragn­frida wkrótce polu­biła go bar­dzo, a Ulvhilda od razu gorąco poko­chała. On rów­nież oka­zy­wał cho­rej dziew­czynce ser­deczną miłość i przy­jaźń. I gdy Kry­styna przy­zwy­cza­iła się tro­chę do jego okrą­głej twa­rzy i spo­sobu mówie­nia, była bar­dzo zado­wo­lona z narze­czo­nego i rada z wyboru ojca.

Panią Aashildę zapro­szono na ucztę. Odkąd rodzina na Jörund ją przy­jęła, zaczęły także inne wiel­kie rody w pobli­skich gmi­nach przy­po­mi­nać sobie o jej pocho­dze­niu i mniej wie­rzyć w roz­sie­wane pogło­ski, tak że pani Aashilda dużo teraz bywała mię­dzy ludźmi.

Kiedy zoba­czyła Szy­mona, rze­kła:

- Będzie­cie dobrym mał­żeń­stwem, Kry­styno. Szy­mon będzie miał w świe­cie powo­dze­nie, unik­niesz wielu trosk i w poży­ciu będzie on dobrym mężem. Ale jest tro­chę za tęgi i zbyt wesoły. Gdyby tutaj w Nor­we­gii jesz­cze teraz było tak, jak za daw­nych cza­sów i jak jest dotych­czas w innych kra­jach, że ludzie nie patrzą suro­wiej na grzesz­nika niż sam Bóg, wten­czas powie­dzia­ła­bym, żebyś wybrała sobie przy­ja­ciela, który byłby szczu­pły i zadu­many, takiego, z któ­rym mogła­byś prze­sia­dy­wać i gawę­dzić. Wtedy wie­dzia­ła­bym, że z nikim nie będzie ci się lepiej wio­dło jak z Szy­monem.

Kry­styna zaczer­wie­niła się, choć nie­zu­peł­nie pojęła, co ma na myśli pani Aashilda. Ale gdy czas mijał, a jej skrzy­nie napeł­niały się i mówiono o jej weselu i o tym, co miała wnieść z sobą do swego nowego domu, zaczęła tęsk­nić za tym, by sprawa została osta­tecz­nie roz­strzy­gnięta i by Szy­mon przy­je­chał znowu na pół­noc; w końcu myślała o nim wiele i cie­szyła się na spo­tka­nie z nim.

Kry­styna była teraz zupeł­nie doro­sła i piękna. Podobna była do ojca, wysoka, o smu­kłej kibici, giętka i deli­katna, ale mimo to pełna. Twarz miała nieco zaokrą­gloną i krótką, czoło niskie, sze­ro­kie i mlecz­no­białe, oczy wiel­kie, szare i łagodne pod pięk­nie zary­so­wa­nymi brwiami. Usta, tro­chę za duże, były świeże, czer­wone i pełne, pod­bró­dek krą­gły jak jabłko i foremny. Wspa­niałe, gęste i dłu­gie włosy miały odcień raczej brą­zowy niż złoty i były zupeł­nie pro­ste.

Lavrans lubił nade wszystko, gdy sira Eirik chwa­lił Kry­stynę; kapłan znał dziew­czynę od dziecka, uczył ją czy­tać i pisać, i kochał ją bar­dzo. Ale nie­chęt­nie słu­chał Lavrans, gdy ksiądz porów­ny­wał jego córkę do nie­ska­zi­tel­nej mło­dej kla­czy o jedwa­bi­stej sier­ści.

Wszy­scy jed­nak byli zda­nia, że gdyby nie owo nie­szczę­ście, Ulvhilda byłaby jesz­cze pięk­niej­sza od sio­stry. Miała ona naj­mil­szą i naj­słod­szą twa­rzyczkę, białą i różową niby lilie i róże, a jej mięk­kie jak jedwab, jasno­blond włosy wiły się w fali­stych puklach koło deli­kat­nej szyi i wąskich ramion. Miała oczy Gje­slin­gów; tkwiły głę­boko pod pro­stymi, czar­nymi łukami brwi, przej­rzy­ste jak woda i sza­ro­nie­bie­skie, spoj­rze­nie ich jed­nak było łagodne, nie ostre. Głos dziew­czynki brzmiał tak czy­sto i mile, że roz­ko­szą było słu­chać, gdy mówiła czy też śpie­wała; była bar­dzo pojętna w nauce i sztuce gry na har­fie i w sza­chy, nie miała jed­nak ochoty do fizycz­nej pracy, gdyż rychło odczu­wała bóle w krzy­żach.

Nie zano­siło się na to, by dziecko miało kie­dy­kol­wiek odzy­skać pełne zdro­wie. Nieco lepiej było jej od czasu, gdy rodzice udali się z nią do Nida­ros, do świę­tego Olafa. Lavrans i Ragn­frida odbyli całą piel­grzymkę pie­szo, bez pomocy pachołka lub dziewki; dziecko nie­śli na noszach mię­dzy sobą. Po piel­grzymce Ulvhilda poczuła się zdrow­sza i mogła cho­dzić o kulach. Nie spo­dzie­wano się jed­nak, by wyzdro­wiała na tyle, żeby móc wyjść za mąż, dla­tego miano ją we wła­ści­wym cza­sie oddać do klasz­toru wraz ze wszyst­kim, co przy­pa­dało jej w udziale.

Ni­gdy nie mówiono o tym i Ulvhilda sama nie spo­strze­gła, jak bar­dzo różni się od innych dzieci. Rado­wała się wielce kosz­tow­nymi rze­czami i ład­nymi suk­niami, a rodzice nie mieli serca odmó­wić jej cze­go­kol­wiek; Ragn­frida wciąż przy­kra­wała i szyła dla niej, i stro­iła ją jak kró­lew­skie dzie­cię. Pew­nego razu, gdy doliną cią­gnęli kupcy i na noc zatrzy­mali się w Lau­gar­bru, pozwo­lono Ulvhil­dzie obej­rzeć ich towary; mieli oni sztukę jedwa­biu bursz­ty­no­wego koloru i Ulvhilda chciała koniecz­nie mieć taką koszulę. Lavrans zwy­kle nie kupo­wał niczego u wędrow­nych kra­ma­rzy, któ­rzy w nie­do­zwo­lony spo­sób kup­czyli po doli­nach towa­rami, ale tym razem zaku­pił całą sztukę. Z tego dał Kry­sty­nie na ślubną koszulę, którą sobie szyła tego lata. Dotych­czas nie miała innych koszul oprócz weł­nia­nych i jed­nej płó­cien­nej pod odświętną suk­nię. Lecz Ulvhilda dostała jedwabną koszulkę od wiel­kiego święta, prócz tego zaś na nie­dzielę płó­cienną, któ­rej górna część była z jedwa­biu.

Lavrans syn Björgulfa posia­dał teraz także Lau­gar­bru; rzą­dzili tam Tor­dis i Jon. U nich to prze­by­wała naj­młod­sza córka Lavransa i Ragn­fridy, Ram­borga, kar­miona przez Tor­dis. Ragn­frida zaraz po uro­dze­niu córeczki nie chciała jej widzieć twier­dząc, że przy­nosi swym dzie­ciom nie­szczę­ście. Kochała jed­nak maleń­stwo i prze­sy­łała zawsze jej i Tor­dis poda­runki; potem cho­dziła też czę­sto na Lau­gar­bru i zaj­mo­wała się Ram­borga. Naj­chęt­niej jed­nak przycho­dziła, kiedy dziecko spało, i wtedy sia­dała przy niej. Lavrans i dwie star­sze córki czę­sto bywali na Lau­gar­bru i bawili się z małą; była ona sil­nym i zdro­wym dziec­kiem, ale nie tak ład­nym jak sio­stry.

Było to ostat­nie lato, które Arne syn Gyrda spę­dzał na Jörund. Biskup obie­cał Gyr­dowi, że udzieli chłopcu popar­cia, w jesieni zatem Arne miał udać się do Hamaru.

Kry­styna wie­działa dobrze, że Arne bar­dzo ją lubi, była jed­nak jesz­cze pod wie­loma wzglę­dami zbyt dzie­cinna, by wiele o tym myśleć, i odno­siła się do niego zawsze tak samo jak w dzie­ciń­stwie. Chęt­nie prze­by­wała w jego towa­rzy­stwie i zawsze poda­wała mu rękę16, gdy tań­czyli w domu albo na kościel­nym wzgó­rzu. Wyda­wało jej się co naj­mniej śmieszne, że matka patrzy na to nie­chęt­nie. Ni­gdy jed­nak nie wspo­mi­nała przed Arnem o Szy­mo­nie lub o swoim mał­żeń­stwie, gdyż spo­strze­gła, że sta­wał się smutny, kiedy o tym mówiono.

Arne był bar­dzo zręczny, chciał więc spo­rzą­dzić dla Kry­styny na pamiątkę sto­lik do szy­cia. Wystru­gał pięk­nie półeczkę i sto­lik i teraz w kuźni dora­biał zamek i oku­cia. Pew­nego pięk­nego wie­czora u schyłku lata wybrała się Kry­styna do niego. Zabrała z sobą kabat ojca, który miała wyła­tać, usia­dła na kamien­nym progu i roz­ma­wiała z chło­pa­kiem, zaję­tym w kuźni. Ulvhilda uty­kała o kuli wkoło niej i zbie­rała maliny na kamien­nym wale.

Po chwili Arne sta­nął w drzwiach kuźni, aby się ochło­dzić. Chciał usiąść obok Kry­styny, ale ona odsu­nęła się nieco i pro­siła, by uwa­żał i nie zawa­lał roboty leżą­cej na jej kola­nach.

- Więc do tego już doszło - rzekł Arne - że nie pozwa­lasz mi usiąść obok sie­bie? Oba­wiasz się pewno, że chłop­ski syn mógłby cię zabru­dzić?

Kry­styna, zdu­miona, spoj­rzała na niego, po czym rze­kła:

- Wiesz prze­cie dobrze, co myśla­łam. Zdejm skó­rzany far­tuch, obmyj ręce z sadzy, usiądź tu przy mnie i odpocz­nij - i zro­biła mu miej­sce.

Arne jed­nak poło­żył się na tra­wie przed nią. Wtedy powie­działa:

- Nie bądź taki zły, Arne. Czy może myślisz, że chcia­łam się oka­zać nie­wdzięczna za piękny dar albo że kie­dy­kol­wiek mogła­bym zapo­mnieć, iż tutaj, w domu, byłeś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem?

- Czy byłem nim naprawdę? - zapy­tał.

- Wszak wiesz o tym dobrze - powie­działa Kry­styna. - I ni­gdy cię nie zapo­mnę. Ale teraz masz wyje­chać w świat, może doj­dziesz do dobro­bytu i god­no­ści szyb­ciej, niż myślisz, i zapo­mnisz mnie wcze­śniej niźli ja cie­bie.

- Ty ni­gdy mnie nie zapo­mnisz? - rzekł Arne i uśmiech­nął się. - To ja mam cie­bie zapo­mnieć pierw­szy niż ty mnie? O, jakie dziecko z cie­bie, Kry­styno.

- Ty też nie jesteś stary - odpo­wie­działa.

- Mam tyle lat co Szy­mon Darre - rzekł znowu. - I nosimy hełm i tar­czę na równi z ludźmi z Dyfrina, tylko że moim rodzi­com nie poszczę­ściło się.

Otarł ręce trawą, objął nogę Kry­styny w kostce i przy­tu­lił twarz do jej stopy, wyzie­ra­ją­cej spod rąbka sukni. Chciała usu­nąć nogę, lecz Arne rzekł:

- Matka twoja jest na Lau­gar­bru, a ojciec wyje­chał ze dworu - i sie­dzimy tak, że nikt z domów nie może nas widzieć. Ten jeden jedyny raz pozwól mi powie­dzieć, co czuję w sercu.

Kry­styna odparła:

- Prze­cież oboje, zarówno ty jak i ja, wie­dzie­li­śmy przez cały czas, że miłość mię­dzy nami byłaby bez­na­dziejna.

- Czy wolno mi poło­żyć głowę na twoim łonie? - spy­tał Arne, a gdy nie odpo­wia­dała, zro­bił to i ramie­niem objął ją wpół. Drugą ręką ujął jej war­ko­cze.

- Czy miło ci będzie - spy­tał po chwili - gdy Szy­mon tak położy się na twym łonie i będzie bawił się twoim wło­sami?

Kry­styna nie odpo­wie­działa. Miała wra­że­nie, jakby nagle jakiś cię­żar ją przy­gniótł... głowa Arnego na jej łonie i jego słowa... Zda­wało jej się, że uchy­lają się wrota w jakąś prze­strzeń, na jakieś ciemne drogi, pro­wa­dzące w jesz­cze więk­szą ciem­ność; ze ści­śnię­tym ser­cem i smutna wahała się i nie chciała zaj­rzeć poza nie.

- Cze­goś takiego w mał­żeń­stwie się nie robi - powie­działa nagle z ulgą.

Usi­ło­wała uprzy­tom­nić sobie, jak by spo­glą­dała ku niej okrą­gła, gruba twarz Szy­mona oczyma takimi jak oczy Arnego w tej chwili, przy­wo­łała jego głos i roze­śmiała się.

- Szy­mon zapewne ni­gdy nie położy się tak, by bawić się moimi trze­wi­kami.

- Nie, on będzie mógł bawić się z tobą we wła­snym łożu - odrzekł Arne.

Słu­cha­jąc jego głosu poczuła się nagle słaba i bez­silna. Pró­bo­wała usu­nąć głowę chłopca ze swych kolan, on jed­nak wtu­lił ją moc­niej jesz­cze i mówił cicho:

- Ale ja pie­ścił­bym twoje trze­wiczki i twoje włosy, i twoje palce, Kry­styno, i cały dzień był­bym przy tobie, nawet gdy­byś była mi poślu­biona i każdą noc spała w moich ramio­nach.

Usiadł, objął jej plecy i popa­trzył w oczy.

- Nie­ład­nie z two­jej strony, że tak do mnie mówisz - rze­kła Kry­styna cicho i nie­śmiało.

- Nie - odparł Arne. Pod­niósł się i sta­nął przed nią. - Ale powiedz mi jedno: czy nie wola­ła­byś raczej, abym to ja był?

- Ach, naj­bar­dziej wola­ła­bym... - urwała. - Naj­bar­dziej wola­ła­bym nie mieć męża... Jesz­cze nie teraz.

Arne nie poru­szył się, lecz rzekł:

- Chcia­ła­byś raczej iść do klasz­toru, jak prze­zna­czone jest Ulvhil­dzie, i całe życie pozo­stać dzie­wicą?

Kry­styna oparła sple­cione ręce na łonie. Coś w niej zadrgało cudow­nie i słodko - w nagłym wstrzą­sie zda­wała się poj­mo­wać, jak strasz­li­wie szkoda jest małej sio­stry, oczy jej pełne były łez i żalu nad Ulvhildą.

- Kry­styno - rzekł Arne cicho.

W tej chwili Ulvhilda krzyk­nęła gło­śno. Kula jej utkwiła mię­dzy kamie­niami i dziew­czynka upa­dła. Arne i Kry­styna pobie­gli do niej. Arne pod­niósł ją i zło­żył w ramio­nach sio­stry. Ude­rzyła się w wargi i sil­nie krwa­wiła.

Kry­styna usia­dła z nią w drzwiach kuźni, a Arne przy­niósł drew­nianą miseczkę z wodą. We dwoje obmyli twarz Ulvhildy. Mała zdarła sobie też skórę na kola­nach. Kry­styna pochy­liła się piesz­czo­tli­wie nad wątłymi, chu­dymi noży­nami.

Skargi Ulvhildy wnet umil­kły, pła­kała tylko cicho i bole­śnie, jak dzieci nawy­kłe do cier­pie­nia. Kry­styna przy­tu­liła jej głowę do piersi i koły­sała ją cicho.

W kościele św. Olafa zaczął dzwo­nić dzwon na nie­szpory.

Arne nale­gał na Kry­stynę, ale ona sie­działa pochy­lona nad sio­strą, jak gdyby nic nie sły­szała i nie widziała, aż się prze­ląkł i spy­tał, czy sądzi, że to coś nie­bez­piecz­nego. Kry­styna potrzą­snęła głową nie patrząc na niego.

Zaraz potem wstała i ponio­sła Ulvhildę do dworu. Arne kro­czył za nią cichy i zmie­szany. Kry­styna szła jakby prze­świe­tlona bla­skiem, twarz jej była zupeł­nie nie­ru­choma. Dzwon wciąż roz­brzmie­wał ponad łąkami i doliną; dzwo­nie­nie brzmiało jesz­cze wtedy, gdy weszła do domu.

Poło­żyła Ulvhildę do łoża, w któ­rym spały obie, odkąd Kry­styna była zbyt doro­sła, by spać z rodzi­cami; zdjęła trze­wiki i poło­żyła się obok sio­stry, i tak leżała zasłu­chana w dźwięk dzwonu jesz­cze długo potem, kiedy już umilkł i dziecko usnęło.

Kiedy dzwon zaczął dzwo­nić, a ona trzy­mała w dło­niach zakrwa­wioną twarz Ulvhildy, naszło na nią coś jakby obja­wie­nie. Jeśliby ona zamiast sio­stry poszła do klasz­toru, jeśliby ona poświę­ciła się służ­bie Boga i Naj­święt­szej Panny, może wtedy Bóg przy­wró­ciłby dziecku zdro­wie.

Przy­szły jej na myśl słowa brata Edwina, że w dzi­siej­szych cza­sach rodzice poświę­cają Bogu jedy­nie dzieci ułomne i chrome albo też te, które nie mogą być dobrze wydane za mąż. Wie­działa, że jej rodzice są poboż­nymi ludźmi, ni­gdy jed­nak nie było wąt­pli­wo­ści co do tego, że ona ma wyjść za mąż; a gdy zro­zu­mieli, że Ulvhilda całe życie będzie chora, posta­no­wili od razu oddać ją do klasz­toru.

Ale Kry­styna nie chciała... opie­rała się myśli, że Bóg uczyni cud z Ulvhildą, gdy ona zosta­nie mniszką. Ucze­piła się słów siry Eirika, że teraz nie dzieją się już cuda. Cho­ciaż czuła w ten wie­czór, że jest tak, jak mówił brat Edwin: jeśli czło­wiek posiada dość wiary, to wiara ta zdziała cuda. Lecz ona nie chciała mieć tej wiary, nie kochała na tyle Chry­stusa i Jego Matki, i świę­tych, nie chciała ich nawet kochać. Kochała świat i za świa­tem tęsk­niła.

Kry­styna przy­ci­snęła usta do jedwa­bi­stych wło­sów Ulvhildy. Dziecko spało mocno i star­sza sio­stra unio­sła się nie­spo­koj­nie, lecz wnet poło­żyła się z powro­tem. Serce jej krwa­wiło ze wstydu i bólu, bo dobrze wie­działa, że nie chce wie­rzyć w cuda, ponie­waż nie chce poświę­cić swo­jego skarbu pięk­no­ści, miło­ści i zdro­wia.

Potem usi­ło­wała się pocie­szyć myślą, że prze­cież rodzice nie pozwolą jej tego uczy­nić. Oni też nie wie­rzą, że to mogłoby pomóc. Była już wszakże przy­rze­czona i rodzice, któ­rzy tak bar­dzo polu­bili Szy­mona, nie będą chcieli go stra­cić. Poczuła się obra­żona, że oni uwa­żają owego zię­cia za takie cudo, i nagle pomy­ślała z odrazą o okrą­głej, czer­wo­nej twa­rzy Szy­mona, o jego małych śmie­ją­cych się oczach, o jego podry­gu­ją­cym cho­dzie - nie­spo­dzie­wa­nie odkryła, że ska­cze jak piłka - pomy­ślała o jego żar­to­bli­wym spo­so­bie mówie­nia, który spra­wiał, że czuła się zawsze głu­pio i z chłop­ska. Nie była to znowu taka wspa­nia­łość dostać go za męża, i do tego jesz­cze musieć się prze­pro­wa­dzić na Formo. A prze­cież wolała już raczej wyjść za niego ani­żeli poświę­cić się klasz­tor­nemu życiu. Tam, poza górami, był świat i był kró­lew­ski dwór, byli ryce­rze i hra­bio­wie, o któ­rych opo­wia­dała pani Aashilda, i ów piękny czło­wiek ze smut­nymi oczyma, który miał zawsze iść za nią i nie odstą­pić jej na krok. Przy­po­mniała sobie Arnego, jak w pewien letni dzień leżał i spał z roz­rzu­co­nymi na wrzo­sach kasz­ta­no­wa­tymi, błysz­czą­cymi wło­sami - wtedy kochała go jak brata. Nie było pięk­nie z jego strony tak do niej dziś prze­ma­wiać; wszak dobrze wie­dział, że ni­gdy jej nie dosta­nie.

Z Lau­gar­bru przy­był goniec z wia­do­mo­ścią, że matka zosta­nie tam na noc. Kry­styna wstała, aby się roze­brać i uło­żyć do snu. Zaczęła roz­wią­zy­wać suk­nię, ale potem obuła się znowu, wzięła okry­cie i wyszła na dwór.

Nocne nie­biosa, jasne i zie­lo­nawe, roz­pi­nały się ponad pasmami gór. Było tuż przed wscho­dem księ­życa i w miej­scu, gdzie miał wynu­rzyć się spoza gór, cią­gnęło kilka małych chmu­rek, od dołu srebrno obrze­żo­nych; niebo sta­wało się coraz jaśniej­sze niby metal, na który spada rosa.

Kry­styna bie­gła mię­dzy opłot­kami, potem drogą na kościelne wzgó­rze, kościół jed­nak stał czarny i zamknięty. Pode­szła do krzyża, wysta­wio­nego obok na pamiątkę, że w tym miej­scu odpo­czy­wał święty Olaf ucie­ka­jący przed wro­gami17.

Uklę­kła na kamie­niu i oparła zło­żone ręce na pod­nóżku krzyża.

- Krzyżu święty, pod­poro naj­sil­niej­sza, pniu naj­wdzięcz­niej­szy, pomo­ście cho­rych do miłych brze­gów zdro­wia.

Słowa modli­twy spra­wiły, że tęsk­nota roz­pierz­chła się, jak pierz­chają koła na wodzie, myśli, które ją nie­po­ko­iły, wygła­dziły się, umysł stał się cich­szy i łagod­niej­szy; na miej­sce trosk wstą­pił w nią ukojny, nie­okre­ślony smu­tek.

Pozo­stała na klęcz­kach i nasłu­chi­wała gło­sów nocy. Wiatr wzdy­chał dzi­wacz­nie, poza drze­wami z dru­giej strony kościoła szu­miała rzeka, a stru­myk pły­nął wartko tuż obok w poprzek drogi, i wszę­dzie, bli­sko i daleko, roz­po­zna­wała w ciem­no­ści wzro­kiem i słu­chem strużki pły­ną­cej i ciek­ną­cej wody. Rzeka błysz­czała daleko w doli­nie. Księ­życ wyśli­znął się spoza zrębu gór, zalśniły zro­szone liście i kamie­nie, słabo i ciemno roz­bły­snęło świeżo smo­ło­wane bel­ko­wa­nie dzwon­nicy sto­ją­cej przy czę­sto­kole kościoła. Potem księ­życ znowu się ukrył za wysta­ją­cym grzbie­tem góry. Teraz było na nie­bie wiele bia­łych, nasy­co­nych świa­tłem chmur.

Posły­szała powolne stą­pa­nie konia w górze na dro­dze, jakieś głosy męskie mówiły jed­no­staj­nie i cicho. Tu, u sie­bie, gdzie znała każ­dego czło­wieka, nie oba­wiała się nikogo; poczuła się pew­niej­sza.

Psy ojca pognały ku niej, zawró­ciły i pobie­gły z powro­tem mię­dzy drzewa, potem znów popę­dziły w jej stronę, a ojciec, wyszedł­szy spomię­dzy brzóz, powi­tał ją gło­śnym pozdro­wie­niem. Pro­wa­dził za uzdę Guld­sve­ina, do sio­dła przy­tro­czony był pęk ubi­tych pta­ków, a na lewej ręce niósł Lavrans sokoła w kap­tu­rze na gło­wie. Szedł z nim wysoki, pochy­lony czło­wiek w mni­szym habi­cie i zanim jesz­cze Kry­styna ujrzała jego twarz, wie­działa, że to brat Edwin. Poszła tedy na jego spo­tka­nie wcale nie zdzi­wiona, jak gdyby jej się to śniło; uśmiech­nęła się tylko, kiedy Lavrans spy­tał, czy poznaje gościa.

Lavrans spo­tkał go w górze przy moście na Rost i nakło­nił, by z nim powró­cił i prze­no­co­wał we dwo­rze. Lecz brat Edwin chciał koniecz­nie noco­wać w stajni. - Jestem taki zawszony - powie­dział - nie może­cie mnie poło­żyć w waszym czy­stym łożu.

I jak­kol­wiek Lavrans pro­sił i nale­gał, mnich nie odstą­pił od swego; zrazu chciał nawet, by mu wynie­siono jedze­nie na dzie­dzi­niec. Wresz­cie udał się jed­nak z nimi do izby. Kry­styna przy­ło­żyła drew do pale­ni­ska w kącie i posta­wiła na stole świecę, pod­czas gdy jedna ze sług wnio­sła jedze­nie i picie.

Mnich zasiadł na żebra­czej ławie koło drzwi, jadł tylko zimną kaszę i pił wodę. A gdy Lavrans zaofia­ro­wał się, że każe przy­go­to­wać mu kąpiel i wyprać odzież, nie chciał tego przy­jąć.

Brat Edwin tarł się i dra­pał, a cała jego chuda, stara twarz była roze­śmiana.

- Nie, nie - rzekł - to lepiej kąsa moją dumną skórę niż biczo­wa­nie i słowa gwar­diana. To lato spę­dzi­łem w górach pod jakąś skałą. Pozwo­lono mi wyjść na pusty­nię, by modlić się i pościć, sie­dzia­łem tedy tam w górze i zda­wało mi się, że jestem jakimś świę­tym pustel­ni­kiem. Bie­dacy z doliny Setny przy­no­sili mi na górę żyw­ność i sądzili, że mają przed sobą praw­dzi­wie poboż­nego i czy­stego mni­cha. "Bra­cie Edwi­nie - mawiali - gdyby wielu było takich mni­chów jak ty, wnet byli­by­śmy lepsi, ale gdy widzimy, jak się księża, biskupi i mnisi żrą i kłócą mię­dzy sobą jak pro­siaki nad kory­tem...". Mówi­łem im wpraw­dzie, że to nie­chrze­ści­jań­skie gada­nie, ale słu­cha­łem tego chęt­nie i śpie­wa­łem, i modli­łem się, aż echa brzmiały w górach. Nic więc nie szko­dzi, że teraz czuję, jak wszy żrą się i tar­mo­szą po mojej skó­rze, i sły­szę, jak dobre gospo­dy­nie, chcące zacho­wać ład i czy­stość w izbach, krzy­czą, że ten par­szywy mnich może prze­spać się latem w sto­dole. Idę na pół­noc, do Nida­ros, na uroczy­stość świę­tego Olafa, i dobra to będzie dla mnie nauka, gdy zoba­czę, że ludziom wcale tak bar­dzo na tym nie zależy, aby się ze mną sty­kać.

Ulvhilda zbu­dziła się. Lavrans pod­szedł ku niej, wziął ją w ramiona i otu­lił swym okry­ciem:

- Oto dziecko, o któ­rym wam opo­wia­da­łem, drogi ojcze. Połóż­cie na nie ręce i módl­cie się do Boga za tę małą dziew­czynkę, tak jak się modli­li­ście za chłopca z Mel­dal, o któ­rym nam mówiono, że wró­cił do zdro­wia.

Mnich deli­kat­nie ujął Ulvhildę za pod­bró­dek i spoj­rzał jej w twarz. Potem pod­niósł jej rączkę i uca­ło­wał.

- Raczej wy się módl­cie, twoja żona i ty, Lavran­sie synu Björgulfa, byście się oparli poku­sie i nie usi­ło­wali krzy­żo­wać zamia­rów Boga co do tego dziecka. Nasz Pan Jezus sam posta­wił jej nóżki na owej ścieżce, po któ­rej kro­cząc dziecko może naj­pew­niej wejść w dom pokoju - widzę to po twych oczach, szczę­śliwa Ulvhildo, że orę­dow­nicy twoi nie z tego są świata.

- Chło­piec z Mel­dal ozdro­wiał, jak sły­sza­łem - szep­nął Lavrans.

- Był on jedy­nym synem ubo­giej wdowy i gdyby go stra­ciła, nie miałby jej kto odzie­wać i żywić, chyba gmina. A prze­cież kobieta modliła się jedy­nie o nie­ustra­szoną wiarę, że Bóg tak uczyni z chłop­cem, jak będzie uwa­żał za słuszne. I nic innego tam nie zdzia­ła­łem, tylko o to samo modli­łem się wraz z matką.

- Nie­ła­two jest Ragn­fri­dzie i mnie tym się zado­wo­lić - rzekł Lavrans. - Zwłasz­cza że dziecko jest takie piękne i miłe.

- A widzia­łeś owo dziecko w dole na Lid­stad? - spy­tał mnich. - Czy chciał­byś raczej, by twoja córka tak wyglą­dała?

Lavrans wzdry­gnął się i przy­tu­lił małą do sie­bie.

- Czy nie sądzisz - ozwał się znowu brat Edwin - że w oczach Boga jeste­śmy wszy­scy jak dzieci, któ­rych On musi żało­wać, tak bar­dzo znie­kształ­ceni jeste­śmy grze­chami. A prze­cież nie myślimy, by nam naj­go­rzej było na świe­cie.

Zbli­żył się do obrazu Matki Boskiej na ścia­nie i wszy­scy uklę­kli, gdy odma­wiał pacierz wie­czorny. Uwa­żali, że dobrze ich brat Edwin pocie­szył.

Ale kiedy wyszedł z izby wyszu­kać sobie jakieś lego­wi­sko do spa­nia, Astrida, naj­star­sza ze sług, zamio­tła sta­ran­nie izbę w miej­scu, gdzie mnich stał, i zmie­ciony kurz prędko wrzu­ciła do ognia.

Naza­jutrz Kry­styna wstała raniutko, zaczerp­nęła kaszy goto­wa­nej na mleku do czary z pięk­nie opa­lo­nej kar­piny, wzięła pla­cek pszenny - wie­działa bowiem, że mnich nie tyka ni­gdy mięsa - i wynio­sła mu jedze­nie. Wszy­scy we dwo­rze spali jesz­cze.

Brat Edwin stał koło stajni z kijem i sakwą, gotów do drogi; z uśmie­chem podzię­ko­wał Kry­sty­nie za jej trud, siadł na tra­wie i spo­ży­wał kaszę, a Kry­styna sie­działa u jego nóg.

Jej mały, biały pie­sek przy­biegł do niej w pod­sko­kach, aż zadzwo­niły dzwo­neczki na obroży. Wzięła go na kolana, a brat Edwin przty­kał pal­cami przed jego mordką, rzu­cał mu małe kęsy placka i chwa­lił go bar­dzo.

- To jest odmiana, którą kró­lowa Eufe­mia wpro­wa­dziła do kraju - rzekł. - Dostoj­nie jest tu u was na Jörund, pod każ­dym wzglę­dem.

Kry­styna pokra­śniała z rado­ści; wie­działa dobrze, że pies ucho­dzi za oso­bli­wość, i dumna była z jego posia­da­nia. Poza nią nie było nikogo w doli­nie, kto by miał takiego pie­ska. Lecz nie wie­działa, że jest tej samej rasy co ulu­bieńcy kró­lo­wej.

- Przy­słał mi go Szy­mon syn Andrzeja - rze­kła i przy­ci­snęła pie­ska do sie­bie, on zaś lizał jej twarz. - Nazywa się Kor­te­lin.

Miała zamiar mówić z mni­chem o swo­ich nie­po­ko­jach i pro­sić go o radę. Teraz jed­nak ode­szła ją ochota do zaj­mo­wa­nia się myślami z poprzed­niego wie­czora. Wszak brat Edwin sądził, że Bóg pokie­ruje jak naj­le­piej losem Ulvhildy. Poza tym Szy­mon ład­nie postą­pił prze­sy­ła­jąc jej tak piękny poda­ru­nek jesz­cze przed zrę­ko­wi­nami. O Arnem zaś nie chciała myśleć - zda­wało się jej, że nie postą­pił wzglę­dem niej wła­ści­wie.

Brat Edwin wziął kij i sakwę i pro­sił Kry­stynę, by pozdro­wiła ludzi śpią­cych jesz­cze w izbie; nie chciał cze­kać, aż wstaną, wolał iść, dopóki jest chłodno. Odpro­wa­dziła go poza kościół i kawa­łek przez las.

Kiedy się roz­sta­wali, poże­gnał ją życze­niem pokoju Bożego i bło­go­sła­wień­stwem.

- Ostaw­cie mi jakieś słowo, tak jake­ście zosta­wili Ulvhil­dzie, drogi ojcze - pro­siła Kry­styna. Stała i trzy­mała jego rękę.

Mnich prze­su­wał nagą, wykrzy­wioną przez artre­tyzm stopę po tra­wie:

- Chcę ci tedy rzec, córko, byś dobrze baczyła, jak Bóg wszystko tu w doli­nie obró­cił dla dobra ludzi. Nie­wiel­kie tu padają desz­cze, ale dał On wam wodę z gór, byście ją kie­ro­wali na wasze pola, a rosa co noc odświeża łąki i rolę. Dzię­kuj Bogu za dobre dary, które ci dał, i nie skarż się, jeżeli sądzisz, że ci cze­goś brak. Masz piękne, jasne włosy, nie martw się tym, że nie są kędzie­rzawe. Czyś nie sły­szała o owej kobie­cie, która pła­kała, bo miała tylko mały kawa­łek sło­niny dla swych sied­miorga głod­nych dzieci na ucztę wigi­lijną? Święty Olaf prze­jeż­dżał wła­śnie tam­tędy; poło­żył rękę na misie i pro­sił Boga, by nakar­mił biedne robaki. Ale gdy wdowa ujrzała, że na stole leży ubity wie­przak, zaczęła pła­kać, bo nie posia­dała dość garn­ków i mis.

Kry­styna pobie­gła do domu, a Kor­te­lin plą­tał się koło jej nóg, chwy­tał poszcze­ku­jąc rąbek jej sukni i dzwo­nił wszyst­kimi srebr­nymi dzwo­necz­kami.

6

Ostat­nie dni przed wyjaz­dem do Hamaru spę­dził Arne na Fins­brek­ken; matka i sio­stry szyły dlań odzież.

W przed­dzień wyjazdu przy­był na Jörund, by się poże­gnać. Przy tym zdo­łał szep­nąć Kry­sty­nie, czy nie chcia­łaby spo­tkać się z nim naza­jutrz na dro­dze bie­gną­cej na połu­dnie do Lau­gar­bru.

- Tak bar­dzo chciał­bym, byśmy się jesz­cze na osta­tek mogli widzieć sami - pro­sił. - Czy wydaje ci się, że pro­szę o zbyt wiele? Wyro­śli­śmy prze­cież jak rodzeń­stwo - nale­gał, bo Kry­styna ocią­gała się z odpo­wie­dzią.

Przy­rze­kła więc, że przyj­dzie, jeśli będzie mogła wyjść z domu.

Naza­jutrz rano spadł śnieg, ale w ciągu dnia zaczął kro­pić deszcz i wnet łąki roz­mo­kły i roz­ta­jały. Strzępy mgły błą­kały się po pasmach gór, od czasu do czasu opa­dały i sku­piały się w wiel­kie, białe kłęby u ich stóp, wtedy pogoda znów się pogar­szała.

Nad­szedł sira Eirik, by pomóc Lavran­sowi przy ukła­da­niu listów. Poszli na dół do kuchni, tam bowiem było milej w taką plu­chę niż w wiel­kiej izbie, gdzie od pło­ną­cego ognia szedł dym. Matka była na Lau­gar­bru u Ram­borgi, która prze­szła w jesieni gorączkę, a teraz była na dro­dze do wyzdro­wie­nia.

Nie­trudno więc było Kry­sty­nie wyjść nie­po­strze­że­nie z dworu; nie śmiała jed­nak wziąć konia, lecz szła pie­szo. Sto­piony śnieg i zwię­dłe liście zamie­niły drogę w trzę­sa­wi­sko; pach­niało smęt­nie wil­go­cią, zim­nem i butwie­niem, od czasu do czasu silne ude­rze­nie wia­tru biło desz­czem w twarz. Nacią­gnęła cze­pek głę­boko na głowę, obu­rącz przy­trzy­my­wała okry­cie i szybko szła naprzód. Była nieco str­wo­żona; rzeka szu­miała dziw­nie stłu­mio­nym dźwię­kiem w cięż­kim powie­trzu, a czarne, poszar­pane chmury pędziły ponad gór­skimi grzbie­tami. Co jakiś czas przy­sta­wała i nasłu­chi­wała, czy Arne jedzie.

Po chwili posły­szała tętent kopyt na roz­mię­kłej dro­dze i zatrzy­mała się; była teraz w miej­scu dość odlud­nym, pomy­ślała zatem, że tu mogą się bez prze­szkód poże­gnać. Wkrótce ujrzała za sobą jeźdźca. Arne zesko­czył z konia i pod­szedł ku niej pro­wa­dząc go za uzdę.

- Pięk­nie z two­jej strony, żeś przy­szła w taką nie­po­godę - rzekł.

- Gorzej dla cie­bie, który musisz jechać w tak daleką drogę - odparła. - Dla­czego wyru­szasz tak późno?

- Jon chciał, żebym tę noc spę­dził u nich na Lopt. Sądzi­łem, że będzie ci dogod­niej przyjść tu wie­czo­rem.

Chwilę stali w mil­cze­niu. Kry­sty­nie zda­wało się, że po raz pierw­szy widzi, jak piękny jest Arne. Miał na gło­wie sta­lowy hełm, pod nim zaś brą­zowy kveif, rodzaj weł­nia­nej kapuzy, oka­la­ją­cej ści­śle twarz i spa­da­ją­cej na ramiona. W tym obra­mie­niu jasno ryso­wała się jego ścią­gła i ładna twarz. Ubrany był w stary skó­rzany kabat, pełen rdza­wych plam i rysów od kol­czugi, którą na nim noszono - Arne otrzy­mał go od swego ojca - ale zgrab­nie opi­na­jący jego smu­kłą, giętką i krzepką postać. U boku miał miecz, a w ręce oszczep - inna broń wisiała przy sio­dle. Był teraz doro­słym męż­czy­zną i wyglą­dał oka­zale.

Poło­żyła mu rękę na ramie­niu i rze­kła:

- Pamię­tasz, Arne, jak mnie pyta­łeś, czy sądzę, że jesteś tak dzielny jak Szy­mon syn Andrzeja? Otóż chcę ci powie­dzieć, zanim się roz­sta­niemy, że góru­jesz nad nim o tyle pięk­no­ścią i zacho­wa­niem, o ile on dzięki swemu uro­dze­niu i bogac­twu bar­dziej jest ceniony przez ludzi, któ­rzy przy­wią­zują wagę do takich spraw.

- Dla­czego mi to mówisz? - spy­tał Arne bez tchu.

- Bo brat Edwin powie­dział, że powin­ni­śmy dzię­ko­wać Bogu za Jego dary, a nie być jak owa kobieta, która pła­kała, ponie­waż nie miała dość mis, kiedy święty Olaf pomno­żył jej zapasy. Nie powi­nie­neś więc smu­cić się tym, że Bóg nie dał ci tyle bogactw, ile innych darów.

- Czy tylko to masz na myśli? - spy­tał Arne. A gdy mil­czała, rzekł: - Chciał­bym wie­dzieć, czyś nie myślała, że raczej mnie wola­ła­byś poślu­bić niż tam­tego.

- Wola­ła­bym, oczy­wi­ście - szep­nęła. - Cie­bie znam lepiej.

Arne uniósł ją w górę tak, że nogami nie doty­kała ziemi. Długo cało­wał jej twarz, potem jed­nak posta­wił ją z powro­tem:

- Bóg niech będzie z nami, Kry­styno, jakie z cie­bie dziecko.

Stała ze zwie­szoną głową, ale dło­nie trzy­mała na jego ramio­nach. Chwy­cił ją ze prze­guby rąk i ści­snął:

- Teraz dopiero widzę, iż nie wiesz, jak krwawi mi serce, że mam cie­bie stra­cić, Kry­styno. Wszak wyro­śli­śmy jak dwa jabłka na jed­nej gałęzi i poko­cha­łem cię, zanim poją­łem, że jed­nego dnia przyj­dzie ktoś obcy i ode­rwie cię ode mnie. Jak prawdą jest, że Bóg dla nas wszyst­kich śmierć poniósł, tak wie­rzę, że już ni­gdy od tego dnia nie będę mógł być wesoły. Kry­styna pła­kała gorzko; uniósł jej głowę i cało­wał.

- Nie mów tak, mój Arne - pro­siła go i gła­skała.

- Kry­styno - rzekł cicho, bio­rąc ją znowu w ramiona. - Czy nie wyobra­żasz sobie, że mogła­byś twego ojca - Lavrans jest tak dobrym czło­wie­kiem i nie zmusi cię wbrew twej woli - upro­sić, by ci pozwo­lił cze­kać parę lat? Nikt nie wie, czy szczę­ście nie będzie mi sprzy­jać. Oboje jeste­śmy jesz­cze tacy mło­dzi.

- Prze­cież muszę uczy­nić tak, jak sobie życzą w domu - rze­kła pła­cząc.

Arnemu teraz także popły­nęły łzy.

- Nie wiesz, Kry­styno, jak bar­dzo cię kocham - ukrył twarz na jej ramie­niu. - Gdy­byś wie­działa i gdy­byś kochała mnie, poszła­byś do Lavransa i ser­decz­nie go popro­siła.

- Nie mogę - łkała dziew­czyna - ni­gdy nie poko­cham jakie­goś męż­czy­zny tak, bym się dla niego prze­ciw­sta­wiła woli rodzi­ców. - Doszu­kała się dłońmi jego twa­rzy pod kve­ifem i cięż­kim, żela­znym heł­mem. - Nie płacz tak, Arne, mój naj­mil­szy przy­ja­cielu.

- Weź to sobie - rzekł po chwili dając jej małą klamrę sple­cioną ze srebr­nych nitek - i myśl cza­sami o mnie, bo ja ni­gdy nie zapo­mnę cie­bie i mojego smutku.

Było pra­wie zupeł­nie ciemno, kiedy Kry­styna i Arne się żegnali. Gdy wresz­cie odje­chał, stała jesz­cze i patrzyła za nim. Żółty blask bił ze szcze­liny mię­dzy chmu­rami i świa­tło odbi­jało się we wgłę­bie­niach, które ich nogi pozo­sta­wiły na błot­ni­stej dro­dze; było zimno i smutno. Wycią­gnęła chustkę ukrytą na pier­siach, otarła zapła­kaną twarz, zawró­ciła i poszła w kie­runku domu. Była prze­mo­czona i zzięb­nięta, szła więc szybko.

Po chwili usły­szała, że ktoś idzie za nią. Zlę­kła się tro­chę. Osta­tecz­nie obcy mogli błą­kać się po gościńcu nawet w taki wie­czór jak dzi­siej­szy, a ona miała przed sobą jesz­cze spory kawał odlud­nej drogi; po jed­nej stro­nie wzno­siło się spa­dzi­ste, czarne urwi­sko, po dru­giej pokryte sosno­wym lasem zbo­cze opa­dało stromo aż do oło­wia­no­sza­rej rzeki w dole. Ucie­szyła się zatem, kiedy idący za nią zawo­łał ją po imie­niu; zatrzy­mała się i cze­kała.

Był to długi, chudy czło­wiek w ciem­nej sza­cie z jaśniej­szymi ręka­wami. Gdy się zbli­żył, ujrzała, że był ubrany po duchow­nemu i na ple­cach niósł pustą sakwę. Poznała Ben­te­ina syna Księ­dza18, jak go zwano: był synem córki siry Eirika. Natych­miast zauwa­żyła, że jest pijany.

- Tak, tak, jeden odcho­dzi, drugi przy­cho­dzi - rzekł ze śmie­chem, gdy się przy­wi­tali. - Wła­śnie spo­tka­łem Arnego z Brek­ken i widzę, że pła­czesz. Teraz więc możesz się uśmiech­nąć, bo ja wró­ci­łem, wszak i my byli­śmy przy­ja­ciółmi od lat dzie­cin­nych, prawda?

- Zła to zamiana dostać cie­bie zamiast niego - rze­kła szorstko Kry­styna. Ni­gdy nie mogła ścier­pieć Ben­te­ina. - Oba­wiam się, że nie­je­den tak pomy­śli. I twój dziad też rad był, że tak dobrze dawa­łeś sobie radę tam, w Oslo.

- Ach, tak - rzekł Ben­tein i par­sk­nął śmie­chem. - Dobrzem sobie radził, mówisz? Tak się tam mia­łem, Kry­styno, jak świ­nia w pszen­nym polu i taki też był koniec, wypę­dzono mnie z wiel­kim wrza­skiem. Tak, tak. Mój dziad nie­wielką ma pocie­chę ze swego potomka. Ale cóż ty tak gnasz?

- Zimno mi - rze­kła krótko Kry­styna.

- A cóż dopiero mnie - powie­dział ksiądz. - Nie mam na sobie nic wię­cej niż to, co widzisz, płaszcz musia­łem sprze­dać w Lil­le­ham­mer na jedze­nie i picie. Ty jed­nak powin­naś mieć dość cie­pła w ciele po poże­gna­niu z Arnem... Sądzę, że mogła­byś mnie wziąć pod twoje futro. - Chwy­cił jej okry­cie, wsu­nął się pod nie i ramie­niem objął ją wpół.

Kry­styna była tak oszo­ło­miona jego bez­czel­no­ścią, że trwało chwilę, nim ją sobie w pełni uprzy­tom­niła; chciała się wyrwać, ale przy­trzy­my­wał mocno jej okry­cie, poza tym było ono spięte mocną srebrną klamrą. Ben­tein znów ją objął, chciał ją poca­ło­wać i zbli­żył usta do jej pod­bródka. Pró­bo­wała go ude­rzyć, ale trzy­mał ją mocno.

- Zdaje mi się, żeś stra­cił rozum - syk­nęła bro­niąc się - jeśli ośmie­lisz się mnie tknąć, jak­bym była jakąś... to jutro gorzko będziesz tego żało­wał, ty łotrze!

- Och, jutro nie będziesz już taka głu­pia! - rzekł Ben­tein. Pod­sta­wił jej nogę tak, że upa­dła w błoto, a ręką zaci­snął jej usta, cho­ciaż by­naj­mniej nie chciała krzy­czeć.

Dopiero teraz pojęła, na co się ważył, ale opa­no­wała ją taka dzika i nie­po­skro­miona wście­kłość, że pra­wie nie czuła stra­chu; war­czała jak wal­czące zwie­rzę i bro­niła się przed męż­czy­zną, który gniótł ją do ziemi tak, że lodo­wata woda i roz­to­piony śnieg prze­ni­kały przez suk­nię aż do roz­pa­lo­nej skóry.

- Jutro będziesz już na tyle mądra, by mil­czeć - rzekł Ben­tein - a gdy się już nie da ukryć, zwa­lisz winę na Arnego, w to ludzie prę­dzej uwie­rzą.

Wpa­ko­wał jej palec w usta. Ugry­zła z całej siły, Ben­tein wrza­snął i puścił ją. Bły­ska­wicz­nie oswo­bo­dziła Kry­styna jedną rękę ude­rza­jąc go w twarz i z całej siły wci­snęła mu kciuk w gałkę oczną; ryk­nął z bólu i pod­niósł się na kolana. Zwin­nie jak kot wyśli­znęła się spod niego, pchnęła go tak, że upadł na wznak, potem rzu­ciła się do ucieczki, a błoto pry­skało w górę przy każ­dym jej kroku.

Bie­gła i bie­gła nie oglą­da­jąc się. Sły­szała, że Ben­tein goni za nią, i pędziła, aż serce waliło w pier­siach. Jęczała cichutko i roz­glą­dała się - czyż ni­gdy nie dobie­gnie do Lau­gar­bru? Wresz­cie zna­la­zła się w miej­scu, gdzie droga wycho­dziła na pole; ujrzała domy sto­jące obok sie­bie na zbo­czu i w tejże chwili pojęła, że nie może biec tam, gdzie jest matka - w takim sta­nie, zawa­lana gliną i zwię­dłymi liśćmi, w podar­tej sukni.

Poczuła, że Ben­tein się zbliża; schy­liła się i pod­nio­sła dwa wiel­kie kamie­nie. Gdy był już dość bli­sko, rzu­ciła je; jeden tra­fił go i Ben­tein się zachwiał. Znów poczęła biec i zatrzy­mała się dopiero na moście.

Stała drżąca trzy­ma­jąc się mocno porę­czy. Pociem­niało jej przed oczami i miała wra­że­nie, że pad­nie bez przy­tom­no­ści; pomy­ślała jed­nak, że Ben­tein mógłby nadejść i zna­leźć ją. Wstrzą­sana dresz­czami wstydu i roz­go­ry­cze­nia szła dalej, ale tylko z tru­dem trzy­mała się na nogach i czuła, że jej podra­pana paznok­ciami twarz pło­nie, a grzbiet i ramiona ma zupeł­nie potłu­czone. Wtedy dopiero przy­szły łzy gorące jak ogień.

Życzyła sobie, żeby rzu­cony przez nią kamień zabił Ben­te­ina; chciała wró­cić i skoń­czyć z nim, szu­kała noża, spo­strze­gła jed­nak, że go zgu­biła.

Potem pomy­ślała, że w domu nie może się tak poka­zać. Wpa­dło jej na myśl, by iść na Romund. Chciała się poskar­żyć sirze Eiri­kowi.

Lecz ksiądz nie wró­cił jesz­cze z Jörund. W kuchni zastała Gun­hildę, matkę Ben­te­ina; kobieta była sama i Kry­styna opo­wie­działa, jak się z nią obszedł jej syn. Nie wspo­mniała jed­nak, że wyszła z domu, aby się spo­tkać z Arnem. Pozo­sta­wiła Gun­hildę w mnie­ma­niu, że wraca z Lau­gar­bru.

Gun­hilda nie­wiele mówiła, pła­kała tylko, pio­rąc i napra­wia­jąc odzież Kry­styny. A młoda była tak wzbu­rzona, że nie dostrze­gła spoj­rzeń, które Gun­hilda ukrad­kiem na nią rzu­cała.

Gdy Kry­styna miała odejść, Gun­hilda wzięła okry­cie i wyszła z nią na dwór, ale skie­ro­wała się ku stajni. Kry­styna spy­tała, dokąd się udaje.

- Pojadę zoba­czyć, co się dzieje z moim synem - odrze­kła kobieta. - Czyś go zabiła kamie­niem, czy też żyje jesz­cze.

Wydało się Kry­sty­nie, że nic na to odpo­wie­dzieć nie może, Gun­hilda ma się tylko posta­rać, żeby Ben­tein jak naj­szyb­ciej znów odje­chał i wię­cej się jej na oczy nie poka­zał. - Ina­czej powiem o wszyst­kim Lavran­sowi, a wtedy zoba­czysz.

Rze­czy­wi­ście w nie­cały tydzień póź­niej Ben­tein udał się na połu­dnie; miał z sobą listy siry Eirika do biskupa Hamaru z prośbą, by biskup zna­lazł mu jakieś sta­no­wi­sko albo też zajął się nim w inny spo­sób.

7

Pew­nego dnia po świę­tach Bożego Naro­dze­nia przy­je­chał nie­ocze­ki­wa­nie na Jörund Szy­mon syn Andrzeja. Uspra­wie­dli­wiał się, że przy­był nie­pro­szony i sam, bez krew­nych, ale pan Andrzej bawił z pole­ce­nia króla w Szwe­cji, on zaś prze­by­wał pewien czas w Dyfri­nie, tam jed­nak były tylko jego małe sio­stry i matka, która leżała chora, a że czas się dłu­żył, przy­szła mu ochota przy­być na Jörund.

Ragn­frida i Lavrans dzię­ko­wali mu bar­dzo, że odbył tak daleką podróż w cza­sie naj­sroż­szej zimy. Im czę­ściej widy­wali Szy­mona, tym był im mil­szy. Wie­dział on dokład­nie o wszyst­kim, co omó­wione zostało mię­dzy Lavran­sem i Andrze­jem, posta­no­wiono więc, że o ile pan Andrzej zdąży na czas, zrę­ko­winy z Kry­styną odbędą się jesz­cze przed postem, jeśli zaś nie, zaraz po Wiel­ka­nocy.

Kry­styna była cicha i nie­śmiała; ile­kroć znaj­do­wała się sama ze swym przy­szłym mężem, nie bar­dzo wie­działa, o czym z nim roz­ma­wiać. Pew­nego wie­czora, gdy wszy­scy jedli i prze­pi­jali do sie­bie, popro­sił ją, by z nim wyszła zaczerp­nąć świe­żego powie­trza. Wtedy to, kiedy stali na ganku przed górną izbą, objął ją wpół i poca­ło­wał. Potem czy­nił tak nie­raz, gdy byli sami. Nie spra­wiało jej to przy­jem­no­ści, ale pozwa­lała mu tak czy­nić, odkąd wie­działa, że ich zrę­ko­winy są nie­odwo­łalne. Teraz myślała o swoim weselu jak o czymś, co było nie­unik­nione, a nie o czymś, czego pra­gnęła. A prze­cież lubiła Szy­mona, zwłasz­cza kiedy mówił z innymi, jej zaś nie tykał ani się do niej nie odzy­wał.

Całą jesień była bar­dzo nie­szczę­śliwa. Nie poma­gało, gdy powta­rzała sobie, że prze­cież Ben­tein nic złego jej nie uczy­nił; mimo to czuła się zała­mana.

Już nic nie mogło być jak przed­tem, odkąd jakiś męż­czy­zna ośmie­lił się żądać od niej cze­goś podob­nego. Nocami leżała bez­sen­nie, pło­nąc ze wstydu, i darem­nie sta­rała się nie myśleć o tym. Czuła znowu ciało Ben­te­ina na swoim jak wów­czas, gdy wal­czyła z nim, czuła jego gorący, cuch­nący piwem oddech - przy­po­mniała sobie z przej­mu­ją­cym dresz­czem jego słowa, że na wypa­dek, gdyby rzecz się ukryć nie dała, trzeba będzie zwa­lić winę na Arnego. Przed jej oczami wiro­wały obrazy, musiała myśleć o tym, co mogłoby się stać na sku­tek tego nie­szczę­ścia... Gdyby ludzie dowie­dzieli się o jej spo­tka­niu z Arnem... gdyby ojciec i matka mogli tak o Arnem pomy­śleć... a Arne sam! Widziała go jak wtedy, w ów ostatni wie­czór, i czuła, że łamie się przed nim, tylko dla­tego, że mogłoby się tak wyda­rzyć, iż pocią­gnę­łaby go za sobą w ból i sro­motę! Mie­wała teraz tak ohydne sny. Słowa takie jak cie­le­sna żądza i pokusa znała do tej pory jedy­nie z kościoła i histo­rii świę­tej, ale nie mówiły jej one niczego. Teraz stało się dla niej oczy­wi­ste, że ona sama i wszy­scy ludzie posia­dają grzeszne i pożą­dliwe ciało, wią­żące duszę, sku­wa­jące ją w twarde okowy.

Potem wyobra­żała sobie, jak by to było, gdyby wów­czas zabiła albo ośle­piła Ben­te­ina. Jedyną ulgą dla niej było pła­wić się w marze­niach o pomście na tym obrzy­dłym, ciem­nym czło­wieku, który stał się zmorą jej myśli. Ale nie na długo to poma­gało; w nocy leżała obok Ulvhildy i pła­kała gorzko, że wbrew jej woli chciano jej zadać taki gwałt. Ben­tein osią­gnął to, że dzie­wi­czość jej serca została zła­mana.

W pierw­szy dzień po Obja­wie­niu wszyst­kie kobiety na Jörund zajęte były w kuchni. Ragn­frida i Kry­styna pra­co­wały tam także przez więk­szą część dnia. Póź­nym wie­czo­rem, gdy nie­które z kobiet sprzą­tały po pie­cze­niu, inne zaś przy­go­to­wy­wały wie­cze­rzę, wpa­dła jedna z doja­rek zawo­dząc i zała­mu­jąc ręce:

- Jezu, Jezu, czy sły­szał kto kiedy o takim nie­szczę­ściu? Arnego nie żywego wiozą na saniach do domu... Bóg nie­chaj wes­prze Gyrda i Ingę w tej bole­ści.

Wszedł czło­wiek miesz­ka­jący nieco niżej w cha­cie przy dro­dze, z nim zaś Hal­fdan. Obaj spo­tkali orszak pogrze­bowy.

Kobiety obstą­piły ich krę­giem. Kry­styna stała z boku, blada i stru­chlała. Hal­fdan, sta­jenny Lavransa, który znał Arnego od cza­sów chło­pię­cych, z pła­czem opo­wia­dał:

- To Ben­tein syn Księ­dza zabił Arnego. W nowo­roczny wie­czór ludzie biskupa sie­dzieli w izbie jezd­nych i pili, kiedy nad­szedł Ben­tein; był on pisa­rzem u kape­lana pre­bend Bożego Ciała. Ludzie zrazu nie chcieli go wpu­ścić, wów­czas przy­po­mniał Arnemu, że są z tej samej gminy. Arne zezwo­lił mu usiąść obok sie­bie i pili razem. Potem jed­nak wybu­chła mię­dzy nimi kłót­nia. Arne tak gwał­tow­nie się uniósł, że Ben­tein chwy­cił nóż ze stołu i pchnął nim Arnego kilka razy w szyję i w pierś. Arne sko­nał pra­wie natych­miast.

Biskup wziął sobie to nie­szczę­ście bar­dzo do serca; sam zajął się zwło­kami i pole­cił swoim ludziom odwieźć je do domu. Ben­te­ina kazał skuć w kaj­dany i wyklął go z Kościoła; jeżeli zbrod­niarz dotąd jesz­cze nie wisi, na pewno zosta­nie powie­szony.

Hal­fdan musiał to powta­rzać każ­demu nowo wcho­dzą­cemu. Lavrans i Szy­mon także weszli do kuchni, zauwa­żyw­szy na dzie­dzińcu nie­po­kój i pod­nie­ce­nie. Lavrans był ogrom­nie wzbu­rzony; roz­ka­zał osio­dłać swego konia, chciał bowiem natych­miast jechać do Brek­ken. Gdy wycho­dził, wzrok jego padł na białą twarz Kry­styny.

- Może chcesz jechać ze mną? - spy­tał. Kry­styna zawa­hała się i wzdry­gnęła, ale potem ski­nęła głową, nie mogąc słowa z sie­bie wydo­być.

- Czy nie za zimno dla niej? - rze­kła Ragn­frida. - Wszak jutro będzie nocna stróża, więc i tak wszy­scy się tam wybie­rzemy.

Lavrans spoj­rzał na żonę, dostrzegł też obli­cze Szy­mona. Pod­szedł ku Kry­sty­nie i ujął ją za ręce.

- Nie zapo­mi­naj o tym, że wycho­wy­wali się razem - rzekł. - Może zechce pomóc Indze w zło­że­niu zwłok na marach.

I choć serce Kry­styny ści­skała roz­pacz i trwoga, jed­nak poczuła gorącą wdzięcz­ność dla ojca za te słowa.

Ragn­frida życzyła sobie, by naprzód wie­cze­rzali, jeżeli Kry­styna ma z nimi jechać. Chciała im także dać dary dla Ingi: nowe płó­cienne prze­ście­ra­dło, woskowe świece i świeżo upie­czony chleb. Mieli też powie­dzieć Indze, że sama przyj­dzie i pomoże w obrzę­dzie pogrze­bo­wym.

Mało jedzono, ale za to wiele roz­ma­wiano w izbie, a tym­cza­sem wie­cze­rza sty­gła na stole. Jeden przy­po­mi­nał dru­giemu o dopu­stach, jakie Bóg zsyła na Gyrda i Ingę. Dwór ich znisz­czyły lawiny i powo­dzie, a wszyst­kie star­sze dzieci poumie­rały, tak że rodzeń­stwo Arnego było jesz­cze maleń­kie. Teraz szczę­ściło się im od kilku lat, odkąd biskup osa­dził na Fins­brek­ken Gyrda jako swego peł­no­moc­nika, a dzieci, które się ucho­wały, wyra­stały pięk­nie i obie­cu­jąco. Lecz matka lubiła Arnego nad wszyst­kie.

Żało­wano też siry Eirika, który był sza­no­wany i lubiany. Ludzie w gmi­nie byli dumni z niego, był uczony i dzielny, i przez cały czas, jak tu był pro­bosz­czem, nie opu­ścił ani jed­nego święta, ani jed­nej mszy, ani jed­nej kościel­nej powin­no­ści, do któ­rej był zobo­wią­zany. W mło­do­ści był żoł­nie­rzem Alfa Torn­bergu, nie­szczę­ście jed­nak chciało, że zabił jakie­goś czło­wieka dostoj­nego rodu, po czym schro­nił się do biskupa w Oslo; ten zaś widząc, jak wiel­kie zdol­no­ści do nauki posiada Eirik, przy­jął go do szkoły dla duchow­nych. I gdyby nie to, że jesz­cze cią­gle miał wro­gów z powodu daw­nego zabój­stwa, na pewno nie sie­działby wiecz­nie w tym małym kościółku. Bądź co bądź był ogrom­nie zachłanny na pie­nią­dze, i to zarówno gdy cho­dziło o jego kiesę, jak i o kościół. W isto­cie kościół wypo­sa­żony był teraz we wszel­kie para­menty i księgi. Potom­stwo księ­dza zaś nie było udane i spro­wa­dzało nań tylko zmar­twie­nia i tro­ski. Po wiej­skich gmi­nach ludzie uwa­żali za nie­roz­sądne, by księża żyli jak mnisi, potrze­bo­wali prze­cież na swych dwo­rach pomocy kobie­cej, żeby mógł ich kto zaopa­try­wać na dłu­gie i trudne podróże, jakie musieli odby­wać w każdą pogodę po swej para­fii. Ludzie pamię­tali dobrze nie takie dawne czasy, kiedy w Nor­we­gii księża byli żonaci. Toteż nikt nie uwa­żał za zbyt ciężką prze­winę, że sira Eirik miał troje dzieci z gospo­dy­nią, która słu­żyła u niego za młodu. Tego wie­czora jed­nak mówili, że wygląda na to, jakby Bóg chciał uka­rać Eirika za życie w nie­rzą­dzie, dla­tego tyle utra­pień ma z dziećmi i wnu­kami. Nie­któ­rzy zaś mnie­mali, że tkwi w tym słuszna myśl, iż ksiądz nie powi­nien mieć żony ni dzieci - teraz bowiem wynikną na pewno swary i wro­gość mię­dzy kapła­nem a ludźmi z Fins­brek­ken; dotych­czas żyli z sobą w naj­więk­szej przy­jaźni.

Szy­mon syn Andrzeja wie­dział nie­jedno o pro­wa­dze­niu się Ben­te­ina w Oslo i opo­wia­dał o nim. Ben­tein został pisa­rzem u pro­bosz­cza kościoła Mariac­kiego i ucho­dził za zgrab­nego chłopca. Kobiety były mu przy­chylne, miał te oso­bliwe oczy, poza tym usta mu się nie zamy­kały. Nie­które miały go za pięk­nego męż­czy­znę - prze­waż­nie te, które uwa­żały się za zdra­dzane przez mężów, a także młode dziew­częta, lubiące, aby męż­czyźni byli wobec nich śmiali i swo­bodni. Szy­mon śmiał się - wszak rozu­mieją, prawda? Otóż Ben­tein był bar­dzo chy­try, ni­gdy zbyt­nio nie zbli­żał się do tych kobiet, obco­wał z nimi tylko na gębę. Wsku­tek tego mówiono o nim, że jest skrom­ni­siem. Stało się jed­nak tak, że król Haakon, będąc sam panem bar­dzo poboż­nym i suro­wych oby­cza­jów, chciał także swo­ich ludzi utrzy­mać w kar­bach i nale­ży­tej kar­no­ści, przy­naj­mniej mło­dych; nad star­szymi nie miał mocy. I zda­rzyło się, że ksiądz z orszaku króla dowie­dział się o wszyst­kich gał­gań­stwach, które mło­dzi chłopcy w tajem­nicy wymy­ślali i wypra­wiali - o pija­ty­kach, hazar­do­wej grze, hulan­kach i tym podob­nych spraw­kach - i war­to­głowy musiały spo­wia­dać się i poku­to­wać; dostali ostre upo­mnie­nie, nawet dwóch czy trzech wypę­dzono. Wtedy to wyszło na jaw, że wła­śnie ów lis Ben­tein był tym, który po kry­jomu uczęsz­czał do szynku i gor­szych jesz­cze domów; on to spo­wia­dał dziewki i udzie­lał im abso­lu­cji.

Kry­styna sie­działa obok matki i usi­ło­wała jeść, by nikt nie dostrzegł, co się z nią dzieje, lecz ręka jej drżała tak, że za każ­dym łykiem roz­le­wała z łyżki tro­chę zupy, a język zupeł­nie zesztyw­niał, nie mogła prze­łknąć ani kęsa chleba. Gdy jed­nak Szy­mon zaczął opo­wia­dać o Ben­te­inie, musiała prze­stać uda­wać, że je; trzy­mała się mocno rękami ławy, strach i prze­ra­że­nie ogar­nęły ją do tego stop­nia, że dostała zawrotu głowy. On to prze­cież ją wła­śnie... Ben­tein i Arne, Ben­tein i Arne... Chora z nie­cier­pli­wo­ści cze­kała, rychło skoń­czą jeść. Tęsk­niła za tym, by ujrzeć Arnego, jego piękną głowę, by móc uklęk­nąć i opła­ki­wać go, i zapo­mnieć o wszyst­kim innym.

Matka uca­ło­wała ją i pomo­gła nało­żyć cie­płe okry­cie. Kry­styna nie była w tym cza­sie przy­zwy­cza­jona do piesz­czot matki; poczuła ulgę, przez chwilę oparła głowę na ramie­niu Ragn­fridy, jed­nakże pła­kać nie mogła.

Gdy wyszła na dzie­dzi­niec, ujrzała, że jesz­cze inni mają jechać z nimi: Hal­fdan, Jon z Lau­gar­bru, Szy­mon i jego pacho­łek. Spra­wiło jej nie­sły­chany ból, że ci dwaj obcy będą przy tym.

Tego wie­czora było bar­dzo zimno i śnieg skrzy­piał pod nogami; gwiazdy migo­tały gęsto niby szron na czar­nym nie­bie. Uje­chaw­szy kawa­łek posły­szeli krzyki, nawo­ły­wa­nia i sza­lony tętent kopyt od połu­dnia; nieco wyżej dopę­dziła ich cała gro­mada i pognała mimo nich, aż zadźwię­czały meta­lowe czę­ści uprzęży i ude­rzył ku nim zapach spo­tnia­łych, oszro­nio­nych koni. Hal­fdan krzyk­nął w stronę dzi­kiego zastępu - byli to mło­dzi ludzie z dwo­rów na połu­dniu doliny, któ­rzy świę­cili jesz­cze Boże Naro­dze­nie i wyje­chali wypró­bo­wać konie. Niektó­rzy, spici na umór, pocwa­ło­wali z rykiem, ude­rza­jąc w tar­cze. Niektó­rzy pojęli słowa Hal­fdana, opu­ścili gro­madę, uci­szyli się i przy­łą­czyli do orszaku Lavransa szep­cząc z ludźmi w tyl­nym sze­regu.

Jechali dalej, aż ujrzeli Fins­brek­ken na wzgó­rzu po dru­giej stro­nie potoku Sil. Jasno było mię­dzy domami - w środku dzie­dzińca ludzie zatknęli w świeży kopiec smolne pochod­nie i czer­wony blask peł­gał po bia­łym zbo­czu, a ciemne bel­ko­wa­nie domów wyglą­dało jakby poma­zane świeżą krwią. Mała sio­strzyczka Arnego stała na dwo­rze i tupała nóż­kami, ręce skrzy­żo­wała pod okry­ciem. Kry­styna uca­ło­wała zapła­kane, zmar­z­nięte dziecko. Serce jej cią­żyło jak kamień i zda­wało jej się, że nogi ma z oło­wiu, gdy wcho­dziła po scho­dach na pię­tro, gdzie go zło­żono na marach.

Śpiew i blask wielu pło­ną­cych świec ude­rzyły ją w drzwiach. W środku izby poło­żono na kozłach dyle i na nich usta­wiono nakrytą cału­nem trumnę, w któ­rej ludzie biskupa przy­wieźli go do domu. U wez­gło­wia stał młody ksiądz z księgą w ręku i śpie­wał; naokoło klę­czeli ludzie z twa­rzami ukry­tymi w gru­bych płasz­czach.

Lavrans zapa­lił świecę od jed­nej z tych, które się już paliły, umo­co­wał ją na desce i przy­klęk­nął. Kry­styna chciała też tak uczy­nić, ale nie mogła posta­wić świecy; wów­czas Szy­mon wziął świecę i pomógł jej. Dopóki ksiądz czy­tał, wszy­scy klę­czeli i powta­rzali jego słowa; gęste kłęby pary uno­siły się koło ich ust. Tu na górze było lodo­wate zimno.

Gdy ksiądz zamknął księgę i ludzie pod­nie­śli się - sporo ich już się zebrało - Lavrans pod­szedł do Ingi. Wpa­trzyła się w Kry­stynę i zda­wała się nie słu­chać słów Lavransa, stała bez ruchu i trzy­mała ofia­ro­wane jej przez niego dary tak, jak gdyby nie czuła, że ma coś w ręce.

- Toś ty także przy­szła, Kry­styno? - powie­działa dziw­nym wymu­szo­nym gło­sem. - Pewno chcia­ła­byś wie­dzieć, jak mój syn do mnie wró­cił?

Odsta­wiła parę świec na bok, chwy­ciła Kry­stynę drżącą ręką za ramię, a drugą ścią­gnęła całun z obli­cza zmar­łego.

Było żółte jak glina, nieco uchy­lone wargi koloru oło­wiu odsła­niały, jakby w drwią­cym uśmie­chu, pro­ste, wąskie i białe zęby. Pod dłu­gimi rzę­sami wid­niały zga­szone śmier­cią oczy, a na policz­kach kilka sino-czar­nych plam, nie wia­domo, czy znaki ude­rzeń, czy plamy pośmiertne.

- Może chcesz go poca­ło­wać? - spy­tała Inga jak poprzed­nio i Kry­styna posłusz­nie nachy­liła się i przy­ci­snęła usta do twa­rzy zmar­łego. Była ona wil­gotna, jakby zro­szona, i zda­wało się Kry­sty­nie, że czuje trupi zapach; w gorącu świec ciało zaczy­nało powoli tajać.

Kry­styna klę­czała na­dal z rękami na trum­nie, gdyż nie miała sił powstać. Inga uchy­liła jesz­cze bar­dziej całun, tak że można było widzieć sze­ro­kie cię­cie zadane nożem ponad oboj­czy­kiem. Potem zwró­ciła się do ludzi i rze­kła drżą­cym gło­sem:

- Wie­rutne widać kłam­stwo, że rana zmar­łego krwawi, gdy go dotknie ten, kto jest winien jego śmierci. Mój syn jest teraz zim­niej­szy i mniej piękny ani­żeli wów­czas, gdy po raz ostatni spo­tka­łaś się z nim tam, w dole, na gościńcu. Nie­chęt­nie go teraz cału­jesz, jak widzę; ale sły­sza­łam, żeś przed­tem nie gar­dziła jego ustami.

- Ingo - rzekł Lavrans wystę­pu­jąc naprzód - czyś nie­spełna zmy­słów, czy mówisz w sza­leń­stwie?

- Tak, wy tam, na Jörund, jeste­ście takimi dziel­nymi i dostoj­nymi ludźmi - tyś był zbyt możny, Lavran­sie synu Björgulfa, aby mój syn choćby w myśli ośmie­lił się sta­rać, jak przy­stoi, o rękę Kry­styny. Ona sama pewno też uwa­żała, że jest na to za dobra. Ale na to nie była za dobra, by latać za nim po nocy na gościńcu i bawić się z nim w krza­kach w ten wie­czór, kiedy miał odjeż­dżać... Spy­taj sam, to zoba­czymy, czy się odważy zaprze­czyć, czemu Arne leży tu nie­żywy. Ona spra­wiła to swoją roz­pu­stą. Lavrans nie pytał; zwró­cił się do Gyrda.

- Musisz uspo­koić żonę, ona osza­lała.

Lecz Kry­styna unio­sła białą twarz i w roz­pa­czy rozej­rzała się wkoło.

- Spo­tka­łam się z Arnem w ten ostatni wie­czór, gdyż pro­sił mnie o to. Ale nie zaszło mię­dzy nami nic zdroż­nego. - Zda­wało się, że sku­pia się i teraz dopiero zaczyna rozu­mieć. Zawo­łała gło­śno: - Nie wiem, co masz na myśli, Ingo. Oczer­niasz wszak Arnego, który tu leży... Ni­gdy nie usi­ło­wał on mnie sku­sić ani zwa­bić.

Lecz Inga wybuch­nęła gło­śnym śmie­chem.

- Nie, Arne nie! Ale ksiądz Ben­tein - ten nie pozwo­lił na to, byś z nim igrała. Zapy­taj Gun­hildy, Lavran­sie, która zmy­wała błoto z ple­ców two­jej córki, i zapy­taj każ­dego, kto w nowo­roczny wie­czór sie­dział w izbie jezd­nych biskupa, kiedy to Ben­tein wyszy­dzał Arnego, ponie­waż puścił ją i głupca z sie­bie zro­bił. Ben­teina jed­nak wzięła pod swoje futro i poszła z nim w stronę domu, i chciała tak samo się poba­wić.

Lavrans chwy­cił ją za ramię i poło­żył jej rękę na ustach.

- Wypro­wadź ją, Gyr­dzie. Hańbą jest, że to mówisz nad zwło­kami tego dobrego chłopca. Ale gdyby nawet wszyst­kie twoje dzieci leżały tu na marach, to prze­cież nie zniosę tego, byś oczer­niała moje! Ty, Gyr­dzie, odpo­wiesz mi za to, co mówi ta sza­lona.

Gyrd wziął żonę i chciał ją wypro­wa­dzić, zwró­cił się jed­nak do Lavransa:

- To prawda, że Arne i Ben­tein mówili o Kry­sty­nie wtedy, gdy mój syn stra­cił życie. Zro­zu­miałe jest, żeś ty nic o tym nie sły­szał, ale jesie­nią opo­wia­dano tu, w doli­nie...

Szy­mon ude­rzył mie­czem w naj­bli­żej sto­jącą skrzy­nię:

- Nie, zacni ludzie, musi­cie wresz­cie o czymś innym gadać przy zwło­kach, nie o mojej narze­czo­nej. Księże, czyż nie może­cie utrzy­mać tych ludzi w ryzach, by się tu wszystko odbyło, jak naka­zuje zwy­czaj?

Ksiądz - Kry­styna zoba­czyła teraz, że był nim naj­młod­szy syn dzie­dzica na Uld­svol­den, który na Boże Naro­dze­nie przy­był do domu - otwo­rzył księgę i sta­nął przy kata­falku. Lecz Lavrans zawo­łał, że ci, któ­rzy mówili źle o jego córce, muszą odwo­łać swoje słowa, kim­kol­wiek są, a Inga krzyk­nęła:

- Tak, zabij mnie, Lavran­sie, ty, któ­ryś mi zabrał całą moją radość i pocie­chę, i wypraw jej wesele z tym rycer­skim synem, ale ludzie dobrze wie­dzą, że była ona nałoż­nicą Ben­te­ina wtedy na gościńcu. Masz - rzu­ciła Kry­sty­nie przez trumnę prze­ście­ra­dło wrę­czone jej przez Lavransa. - Nie potrze­buję płótna Ragn­fridy, by pogrze­bać Arnego w ziemi! Zrób sobie z niego cze­pek mał­żeń­ski albo scho­waj je sobie, byś miała w co owi­nąć two­jego bękarta - i idź stąd, idź do Gun­hildy i pomóż jej pła­kać nad powie­szo­nym chłop­cem.

Lavrans, Gyrd i ksiądz chwy­cili Ingę. Szy­mon chciał pod­nieść Kry­stynę, która wciąż jesz­cze klę­czała przy zwło­kach. Nagle odsu­nęła gwał­tow­nie jego ramię, unio­sła się na kola­nach i gło­śno zawo­łała:

- Boże, Zbawco mój, pomóż mi, to nie­prawda!

Wycią­gnęła rękę i trzy­mała ją nad pło­mie­niem naj­bli­żej sto­ją­cej świecy.

Naprzód zda­wało się, że pło­mień kur­czy się i ugina... Kry­styna uczuła oczy wszyst­kich zwró­cone na sie­bie - miała wra­że­nie, że to trwa bar­dzo długo. Naraz poczuła palący ból w dłoni i z prze­raź­li­wym krzy­kiem runęła na wznak na zie­mię.

Wyda­wało jej się, że popa­dła w omdle­nie, czuła jed­nak, że Szy­mon i ksiądz ją pod­no­szą. Inga coś krzy­czała. Ujrzała prze­ra­żoną twarz ojca i posły­szała, jak ksiądz woła, że tej próby nie należy liczyć: nie wolno Boga w ten spo­sób wzy­wać na świadka. Potem Szy­mon zniósł ją po scho­dach. Pacho­łek jego pobiegł do stajni i wkrótce Kry­styna, jesz­cze na pół przy­tomna, sie­działa przed Szy­monem w sio­dle, otu­lona jego okry­ciem.

Dojeż­dżali już pra­wie na Jörund, kiedy Lavrans ich dognał. Reszta orszaku pędziła za nimi.

- Nie mów nic matce - rzekł Szy­mon zsa­dza­jąc ją z konia przed drzwiami domu. -Już dosyć sza­lo­nego gada­nia sły­sze­li­śmy tego wie­czoru; nie dzi­wota, żeś w końcu i ty stra­ciła rozum.

Ragn­frida nie spała jesz­cze, kiedy wró­cili, i pytała, co się działo pod­czas czu­wa­nia. Szy­mon zabrał głos i opo­wia­dał za wszyst­kich. Ow­szem, świe­ciło się wiele świec i było wielu ludzi. Tak jest, był jakiś ksiądz - Tor­mod z Uld­svol­den; o sirze Eiriku sły­szał, że zaraz z wie­czora udał się do Hamaru, w ten spo­sób można było omi­nąć trud­no­ści z obrzę­dem pogrze­bo­wym.

- Musimy coś dać, aby odpra­wić mszę za chłopca - rze­kła Ragn­frida. - Bóg niech będzie łaskaw Indze, ciężko została doświad­czona ta zacna, dzielna kobieta.

Lavrans wpadł w ton pod­dany przez Szy­mona; wnet potem Szy­mon rzekł, że czas, by już wszy­scy udali się na spo­czy­nek, gdyż Kry­styna jest zmę­czona i smutna.

Gdy tylko Ragn­frida zasnęła, Lavrans narzu­cił na sie­bie jakąś szatę, pod­szedł do łoża córek i usiadł na nim. W ciem­no­ści odszu­kał rękę Kry­styny i rzekł bar­dzo łagod­nie:

- Teraz powiedz mi, dziecko, co z gada­nia Ingi jest prawdą, a co kłam­stwem.

Łka­jąc opo­wie­działa Kry­styna o wszyst­kim, co się zda­rzyło tego wie­czoru, kiedy Arne odjeż­dżał do Hamaru. Lavrans nie­wiele się odzy­wał. Kry­styna przy­su­nęła się więc bli­żej do niego, zarzu­ciła mu ramiona na szyję i cicho zawo­dziła:

- Pomimo wszystko winna jestem śmierci Arnego. To prawda, co mówiła Inga.

- Wszak Arne sam pro­sił, byś się z nim spo­tkała - rzekł Lavrans i nacią­gnął derkę na nagie ramiona córki. - Nie­roz­sąd­nie było z mojej strony, żem pozwo­lił wam tak wiele razem prze­by­wać, lecz sądzi­łem, że chło­pak był roz­trop­niej­szy. Nie chcę was oskar­żać, rozu­miem dobrze, że ciężko ci to dźwi­gać. Cho­ciaż ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że któ­raś z moich córek popad­nie w nie­sławę tu, w doli­nie... Naprawdę, ciężko będzie two­jej matce, gdy się o tym dowie. Żeś jed­nak poszła z tym do Gun­hildy, nie do mnie, to było tak nie­mą­dre, że nie poj­muję, jak mogłaś się tak głu­pio zacho­wać.

- Nie mogę tu pozo­stać - rze­kła z pła­czem Kry­styna - nie będę śmiała odtąd żad­nemu czło­wie­kowi spoj­rzeć w oczy. A potem to całe zmar­twie­nie, które mają przeze mnie ludzie na Fins­brek­ken i Romund.

- Tak jest - rzekł Lavrans - już oni będą musieli dbać o to, Gyrd, a także sira Eirik, by pogrze­bać te łgar­stwa o tobie i Arnem. Zresztą Szy­mon syn Andrzeja naj­le­piej potrafi cię obro­nić - mówił gła­ska­jąc ją w ciem­no­ści. - Czy nie uwa­żasz, że postą­pił w tej spra­wie rozum­nie i pięk­nie?

- Ojcze - Kry­styna przy­tu­liła się do niego i pro­siła ser­decz­nie i trwoż­nie - poślij mnie do klasz­toru, ojcze. Bła­gam, wysłu­chaj mnie... Już dawno myśla­łam o tym; być może, Ulvhilda wyzdro­wieje, gdy ja pójdę zamiast niej. Czy przy­po­mi­nasz sobie trze­wiki z per­łami, które tego lata wyszy­wa­łam dla niej? Pora­ni­łam sobie przy tym ręce tak mocno na ostrych zło­tych nit­kach, że krwa­wiły... sie­dzia­łam i szy­łam, gdyż cią­gle myśla­łam, że to źle z mojej strony, że nie dość kocham sio­strę, by sama zostać zakon­nicą i pomóc jej w ten spo­sób... Arne pytał mnie kie­dyś o to. Gdy­bym wów­czas powie­działa "tak", nie doszłoby do tego wszyst­kiego.

Lavrans potrzą­snął głową.

- Teraz połóż się - roz­ka­zał. - Sama nie wiesz, co mówisz, biedne dziecko. Sta­raj się zasnąć.

Lecz Kry­styna leżała bez­sen­nie i czuła ból w opa­rzo­nej ręce, a gorycz i roz­pacz nad wła­snym losem sza­lały w jej sercu. Gdyby była naj­grzesz­niej­szą kobietą, nie mogłoby spo­tkać jej nic gor­szego; na pewno wszy­scy w to uwie­rzą - nie, nie może, nie może dłu­żej pozo­stać w doli­nie. Prze­ra­że­nie za prze­ra­że­niem wzbie­rało w niej; gdy się matka dowie... krew jest mię­dzy nimi a kapła­nem ich para­fii, nie­przy­jaźń mię­dzy wszyst­kimi dokoła, któ­rzy, jak długo żyła, byli jej przy­ja­ciółmi. Naj­gor­szy, naj­do­kucz­liw­szy lęk ogar­nął ją jed­nak na myśl o Szy­mo­nie i o tym, jak ją zabrał i upro­wa­dził stam­tąd, jak się za nią ujął i roz­po­rzą­dził nią, jak gdyby już była jego wła­sno­ścią. Ojciec i matka pozwa­lali mu tak się zacho­wy­wać, jakby nale­żała już raczej do niego niż do nich.

Potem sta­nęła jej przed oczyma twarz Arnego, zimna i okropna. Przy­po­mniała sobie, że gdy ostat­nio opusz­czała kościół, zoba­czyła otwarty grób, cze­ka­jący na nie­bosz­czyka. Roz­bite grudki ziemi leżały na śniegu, twarde, zimne i szare jak żelazo... Tam oto zapro­wa­dziła Arnego.

Nagle przy­po­mniał jej się pewien letni wie­czór sprzed wielu lat. Stała na ganku w Fins­brek­ken przed tą samą izbą, w któ­rej teraz prze­zna­cze­nie powa­liło ją na zie­mię. Arne z paroma jesz­cze chłop­cami bawił się piłką na dzie­dzińcu i piłka pole­ciała aż na ganek. Ukryła ją za ple­cami i nie chciała oddać, gdy Arne przy­biegł po nią; chciał zabrać piłkę siłą - moco­wali się na ganku i w spi­chle­rzu pomię­dzy skrzy­niami; wiszące skó­rzane wory z odzieżą biły ich po gło­wach, gdy ude­rzali o nie pod­czas walki. Śmiali się i hała­so­wali.

I zdało się jej, iż dopiero teraz pojęła jasno, że Arne nie żyje i że ni­gdy nie ujrzy jego pięk­nej, sil­nej twa­rzy i nie poczuje cie­pła jego rąk. Dzie­cinna i bez serca, ni­gdy nie pomy­ślała o tym, jak straszna była dla niego jej utrata. Pła­kała z roz­pa­czy, pewna, że zasłu­żyła na swoje nie­szczę­ście. Potem jed­nak pomy­ślała znowu o wszyst­kim, co ją czeka, i pła­kała, gdyż to, co jesz­cze miało spaść na nią, wyda­wało jej się zbyt ciężką karą.

Szy­mon pierw­szy opo­wie­dział Ragn­fri­dzie, co się wyda­rzyło poprzed­niego wie­czora pod­czas noc­nego czu­wa­nia w Brek­ken. Nie dodał nic wię­cej, niż było konieczne. Ale Kry­styna, udrę­czona smut­kiem i bez­senną nocą, poczuła do niego nie­zro­zu­miałą zupeł­nie urazę, ponie­waż mówił o tym w ten spo­sób, jak gdyby nic okrop­nego się nie stało. Poza tym wielką nie­chęć budziło w niej to, że rodzice pozwa­lali Szy­monowi zacho­wy­wać się tak, jakby był panem domu.

- Ty prze­cież nie wie­rzysz w nic z tego, Szy­mo­nie? - spy­tała z obawą Ragn­frida.

- Nie - odrzekł Szy­mon. - I nie sądzę, by kto­kol­wiek w to uwie­rzył. Wszak każdy tutaj zna was i dziew­czynę, i tego Ben­te­ina. Ale tu, w tej odle­głej doli­nie, nie­wiele się dzieje, o czym by można mówić, toteż praw­do­po­dob­nie ludzie nie dadzą sobie wyrwać tego tłu­stego kąska. My jed­nak poka­żemy im, że dobre imię Kry­styny jest za deli­katną strawą dla tej zgrai chło­pów. Tylko źle się stało, że tak łatwo prze­stra­szyła się bru­tal­no­ści Ben­te­ina i nie poszła od razu do was albo do siry Eirika; sądzę, że ten dziw­kar­ski ksiądz zaraz by zapew­nił, że nic wię­cej tam nie było, tylko nie­winny żart, gdy­byś ty, Lavran­sie, z nim poga­dał.

Rodzice oświad­czyli, że Szy­mon ma słusz­ność. Kry­styna jed­nak poczęła krzy­czeć i tupać nogą:

- Powa­lił mnie prze­cież na zie­mię, sama nie wiem, co robił ze mną, byłam nie­przy­tomna, nie pamię­tam nic. Wszystko, co wiem, to to, że łatwo mogło być tak, jak powiada Inga. Od tego czasu ani dnia nie byłam rado­sna i wesoła.

Ragn­frida krzyk­nęła i zała­mała ręce. Lavrans zerwał się, nawet Szy­mon zmie­nił się na twa­rzy; spoj­rzał bystro na Kry­stynę, pod­szedł do niej i pod­niósł jej pod­bró­dek. Potem uśmiech­nął się:

- Niech Bóg ma cię w swo­jej opiece, Kry­styno, już byś ty pamię­tała, gdyby on ci co złego uczy­nił. Nic dziw­nego, żeś smutna i że ci mar­kotno od tego nie­szczę­snego wie­czora, kiedy się tak strasz­nie prze­lę­kłaś. Ona - zwró­cił się ku innym - która do tej pory przy­wy­kła jedy­nie do dobroci i życz­li­wo­ści. Toć prze­cie każdy czło­wiek dobrej woli i nie­prze­wrotny może widzieć po jej oczach, że jest dzie­wicą.

Kry­styna popa­trzyła w małe, nie­ustra­szone oczy narze­czo­nego. Wycią­gnęła ręce, chciała go uści­snąć. Wtedy ode­zwał się znowu:

- Nie myślże, Kry­styno, że nie potra­fisz zapo­mnieć o tym. Nie mam zamiaru tak się zasie­dzieć z tobą na Formo, żebyś ni­gdy nie wyszła poza tę dolinę. Niczyj włos ani myśli nie mają tej samej barwy w desz­czu co przy pogo­dzie - mawiał stary król Sverre, gdy zarzu­cano Bir­ke­be­inom19, że w szczę­ściu zanadto chleb ich roz­piera.

Lavrans i Ragn­frida uśmiech­nęli się: radzi słu­chali mło­dego czło­wieka, mówią­cego mądrze niby stary biskup. Szy­mon cią­gnął dalej:

- Nie wypada, bym cie­bie, który masz zostać moim świe­krem, pouczał, ale jed­nak to przy­naj­mniej ośmielę się powie­dzieć, że my, jak i moje rodzeń­stwo, suro­wiej byli­śmy cho­wani; nie wolno nam było tak jak Kry­sty­nie swo­bod­nie zada­wać się z cze­la­dzią. Matka moja zwy­kle mówiła, że kto bawi się z dziećmi służby, tego w końcu obłażą wszy - i tro­chę prawdy jest w tych sło­wach.

Lavrans i Ragn­frida zamil­kli. Kry­styna odwró­ciła się, a chęć uści­ska­nia Szy­mona Darre, jaką czuła przed chwilą, ode­szła ją zupeł­nie.

W połu­dnie Lavrans i Szy­mon wzięli narty i wyszli, by obej­rzeć usta­wione w lesie paści. Pogoda była teraz piękna, nie­mroźna i słońce świe­ciło. Obaj męż­czyźni czuli się dobrze z dala od smutku i pła­czu w domu i szli coraz wyżej aż poza górną gra­nicę drzew.

Odpo­częli w słońcu pod skałą, jedli i pili, potem Lavrans opo­wia­dał tro­chę o Arnem - obie­cy­wał sobie wiele po tym chłopcu. Szy­mon wtó­ro­wał mu, chwa­lił zmar­łego i powie­dział, że nie wydaje mu się by­naj­mniej dziwne, że Kry­styna smuci się po towa­rzy­szu mło­do­ści. Wtedy Lavrans rzekł, że nie powinno się nale­gać na nią, tylko dać jej nieco czasu, by wró­ciła do spo­koju, zanim odpra­wią zrę­ko­winy. Wspo­mniał o tym, że chęt­nie poszłaby na jakiś czas do klasz­toru.

Szy­mon pod­niósł się i gwizd­nął przez zęby.

- Nie wydaje ci się to słuszne? - zapy­tał Lavrans.

- Ow­szem, ow­szem - rzekł tam­ten prędko. - To w isto­cie naj­lep­sza rada, drogi teściu. Oddaj ją na rok do sióstr w Oslo, niech­że pozna, jak ludzie w świe­cie mówią o sobie nawza­jem. Znam ja parę dzie­wic, które tam są - rzekł ze śmie­chem. - Te na pewno nie umie­ra­łyby z roz­pa­czy o to, że dwóch sza­leń­ców na śmierć się przez nie pobiło. Nie życzył­bym sobie takiej wła­śnie za żonę, ale nie sądzę, żeby było ze szkodą dla Kry­styny, gdy pozna nowych ludzi.

Lavrans spa­ko­wał resztę żyw­no­ści i rzekł nie pod­no­sząc oczu:

- Kochasz Kry­stynę, zdaje mi się.

Szy­mon roze­śmiał się i nie patrząc na Lavransa rzekł:

- Możesz wie­rzyć, że jest mi droga... I ty także - dodał szybko i krótko. Wstał i wziął narty. - Nie spo­tka­łem żad­nej, którą bym chęt­niej pojął za żonę.

Nie­długo przed Wiel­ka­nocą, kiedy trzy­mała się jesz­cze sanna w doli­nie i na jezio­rze Mjös, udała się Kry­styna po raz wtóry na połu­dnie. Szy­mon przy­był na Jörund, by odpro­wa­dzić ją do klasz­toru, wybrała się więc w podróż z ojcem i narze­czo­nym; jechała w saniach, otu­lona w futra, a za nimi jechali pachoł­ko­wie i sanie wio­zące skrzy­nie z jej odzieżą i darami, z żyw­no­ścią i futrami dla ksieni i sióstr.