Krystalicznie czysta. Św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej - o. Patrick-Marie Févotte


Reflow text when sidebars are open.
Młody duchowny zajął miejsce siedzące. Potrzebował kilku chwil, żeby jego oczy przyzwyczaiły się do mroku panującego w rozmównicy. Jego wzrok od razu spoczął na zasłonie okrywającej kratę, kutą żelazną kratę godną średniowiecznego więzienia! Trudno byłoby sobie wyobrazić surowszy wystrój.
Andrzej Chevignard studiował w seminarium duchownym, a jego brat, Jerzy, wkrótce miał poślubić Gosię, siostrę Elżbiety. Po letnich wakacjach Andrzej przyjechał do karmelu, by poznać siostrę swojej przyszłej bratowej.
Był młodym, poważnym człowiekiem, idealistą pragnącym zostać księdzem zgodnie z pragnieniem Chrystusowego serca. Nigdy nie widział Elżbiety i... miał nigdy jej nie zobaczyć! Zgodnie z obyczajem karmelu rozmowy odbywały się przez kratę, Andrzej zaś nie zamierzał domagać się zdjęcia zasłony.
- Deo gratias! - Usłyszał nagle melodyjny głos młodej karmelitanki.
Ksiądz Chevignard odruchowo przymknął oczy. Od razu zyskał poczucie, że udało mu się nawiązać kontakt z duszą. "To była wyłącznie dusza", mówił później, chcąc wyrazić owo doznawanie Boga, jakiego doświadczał w obecności Elżbiety. "Nie było w tym nic zmysłowego: rozmowa z nią równała się swoistej kontemplacji. Żadnego wymiaru cielesnego. I Bóg nas ogarniał". Młody student seminarium od razu uległ urokowi tej duszy tak czystej, pełnej Boga!
- Proszę księdza - oświadczyła Elżbieta zaraz na początku - uwielbiajmy Tajemnicę.
Rozmównica nagle wypełniła się spontanicznym porywem jej duszy. Boża atmosfera wprowadziła serca w zgodne brzmienie.
- Czy nie uważa ksiądz, że bardzo piękne są słowa św. Jana: "Trwajcie we mnie jak ja w was"?
Andrzej zdobył się tylko na pełne aprobaty "tak". Mimo że czytał, a wręcz studiował Ewangelię według św. Jana, nigdy jeszcze nie wydobył z niej tych słów, tak jakby były napisane półgrubym drukiem. W miarę jak Elżbieta mówiła, coraz silniej uzmysławiał sobie, że to, co dla niego było nową myślą, ona przeżywała na co dzień. Ujrzał przed sobą nowe horyzonty!
Głos młodej karmelitanki przenikał do głębi jego istoty, znajdując w nim oddźwięk i budząc wielkie pragnienia, których nigdy jeszcze nie ośmielił się sformułować.
- Proszę księdza - mówiła dalej - są to słowa bardzo głębokie i tajemnicze... Niech Bóg, który jest cały Miłością, będzie twoim niezmiennym mieszkaniem (...). Przypominaj sobie, że On mieszka w najgłębszym centrum twojej duszy jak w sanktuarium, gdzie nieustannie chce być miłowany aż po adorację. On tam przebywa, aby napełnić cię swymi łaskami, aby przekształcać ciebie w Siebie.
Pod osłoną ciemności rozmównicy Andrzej pozwolił sobie na uśmiech. Ta młoda karmelitanka wiedziała o tych sprawach więcej niż jego profesorowie w seminarium. Nie zadowalała się mówieniem o Bogu, lecz Nim żyła!
Elżbieta spojrzała na klepsydrę: czas upłynął równie szybko, jak przesypały się ziarenka piasku.
- Proszę księdza - powiedziała, wstając - trwajmy na adoracji!
Wówczas podniósł się Andrzej. Nie zauważył, kiedy minął czas. Złożył dłonie, a długie, cienkie palce splótł w geście modlitwy. Czuł w sobie spokój. Następnie opuścił rozmównicę z duszą wypełnioną obecnością Boga.
Gdzie się podziała Elżbieta? Co zamierzała robić? Jak wyglądała? Nawet nie zadawał sobie takich pytań. Myślał wyłącznie o Bogu i Jego niezgłębionej tajemnicy.
Przedstawiona w pierwszym rozdziale scena rozegrała się w 1902 roku, rok po wstąpieniu Elżbiety do karmelu w Dijon. Miała wówczas dwadzieścia dwa lata i nic nie wskazywało, że jej życie miałoby się niedługo zakończyć.
Życie Elżbiety można by porównać do lotu strzały wypuszczonej z potężnego łuku. O ile jednak lecąca strzała zawsze ostatecznie spada na ziemię, o tyle energia ożywiająca młodą świętą nigdy nie osłabła. Elżbieta, skoro raz weszła na orbitę Miłości, ani na chwilę nie przestała krążyć wokół tej centralnej osi z coraz większą prędkością, co znalazło doskonały wyraz w jej nabożeństwie do Trójcy Świętej: "O, moja umiłowana Gwiazdo, zachwycaj mnie, abym nie mogła już uchylić się spod Twojego promieniowania". I nigdy nie opuściła sfery tego promieniowania.
Jej wznoszenie się, pokonywanie przez nią kolejnych etapów w drodze ku wyżynom przypadające na pięć lat przebywania w karmelu, było silnie zakorzenione w jej pięknej osobowości wzbogaconej o wspaniałe talenty, które mogła rozwinąć dzięki odebranemu wychowaniu pełnemu miłości, lecz także dzięki wymaganiom.
Elżbieta pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Nawet jeśli klimat jansenizmu - tego strasznego moralizatorskiego jarzma - na pewien czas zaburzył jej osobowość, bardzo szybko potrafiła zerwać z tym wąskim sposobem widzenia, by dostrzec nieskończone horyzonty miłosierdzia. Elżbieta była pełna życia, radosna, serdeczna... Stanowiła przeciwieństwo stereotypowej karmelitanki z początku XX wieku!
Moglibyśmy nigdy o niej nie usłyszeć, lecz roztaczane przez nią światło okazało się tak silne, że wydobyło ją z cienia już wkrótce po jej śmierci. A przecież młoda karmelitanka nie pozostawiła po sobie znaczącego dzieła. Żadnych poważnych traktatów czy niezwykłych cudów. Jedynie kilka zwyczajnych listów, w których z cudowną prostotą umiała otworzyć swoje serce.
Spróbujmy odkryć Elżbietę przez pryzmat najważniejszych wydarzeń jej życia, stosując niecodzienną metodę: jeden rozdział w formie beletrystycznej rozwija konkretny wymiar jej biografii, a rozdział następny daje odpowiedź, jakiej ona sama mogłaby udzielić na nasze pytanie. W tekst zostały włączone jej własne słowa, zaznaczone kursywą.
Esej ten charakteryzuje się wielką troską o szczegóły, gdyż chodzi o przedstawienie Elżbiety w kontekście historycznym, o ukazanie jej jak żywej, by ułatwić czytelnikowi poznanie jej drogi i wreszcie wysunąć na pierwszy plan szlachetność i nieposzlakowaną wierność jej odpowiedzi.
Dziecko, młodą dziewczynę i karmelitankę, ożywiała ta sama energia, będąca niczym innym jak żarliwym pragnieniem świętości, która nie jest okleiną naszego człowieczeństwa ani tym bardziej zakończeniem bolesnych wysiłków zmierzających do przeciwstawienia się ludzkiej naturze. Świętość to raczej rozwijanie łaski chrztu świętego w sercu przyjmującym ją z powagą i gotowym pójść drogą miłości.
Jakże doskonale Elżbieta się o to postarała!
Gdzie podziała się Elżbieta? Czego dokonała? Jak wyglądała? Pytania te uważamy za zasadne. Nawet jeśli ksiądz Chevignard ich sobie nie zadawał, my formułujemy je, chcąc poznać Elżbietę od Trójcy Świętej, by więcej skorzystać z tego, czego może ona nas nauczyć.