Dziwny ambulans
Dziedziniec uniwersyteckiej kliniki chorób nerwowych w Berlinie był
zupełnie pusty. Lipcowy upał wypełniał go od wczesnego rana duszną
spiekotą. Ale nie to było powodem, że nikt z pacjentów nie opuszczał
budynku szpitalnego i nie korzystał z przedpołudniowego spaceru w ogrodzie.
Tego dnia wszyscy chorzy musieli pozostać w pokojach. W szpitalu
urzędowała komisja. Naczelny ordynator w asyście kilku lekarzy i pielęgniarek wizytował sale chorych. Tym razem nie interesował się
jednak ani przebiegiem choroby pacjentów, ani ich samopoczuciem.
Sprawdzał tylko nazwiska na kartach gorączkowych i porównywał z listą,
którą usłużnie i z wojskową niemal dyscypliną podawał mu jeden z lekarzy. Niekiedy wydawał lakoniczne jak rozkaz polecenia, aby kartę
chorego odłożyć na bok. Pacjentowi oświadczał przy tym:
- Będzie pan przeniesiony do państwowego zakładu specjalistycznego. Tam
są doskonałe warunki. Powinien pan być zadowolony.
Większość chorych zakwalifikowanych do przeniesienia głośno wyrażała
radość z powodu zapowiedzianej odmiany monotonii szpitalnego życia. Inni
cieszyli się na myśl o podróży. Tylko Kurt Heimer, pracownik miejskiej
elektrowni, ośmielił się zapytać:
- Herr Professor, przepraszam, a jak tam będzie z odwiedzinami? Tu do
mnie syn przychodzi trzy razy w tygodniu...
- Nie martwcie się, Heimer - odparł ordynator. - Zawiadomi się rodzinę o przeniesieniu i o porze odwiedzin. Wszystko będzie w porządku.
- Jawohl, Herr Oberarzt - uspokoił się Heimer. - Dziękuję panu.
Wizyta dobiegła końca. Chorzy, osłabieni upałem i apatyczni, nagle się
ożywili. Wytypowani przez komisję zaczęli pakować swoje drobiazgi, inni,
którzy mieli pozostać, z zaciekawieniem i nie bez zawiści przypatrywali
się ich krzątaninie.
- Wygrałeś los na loterii - mówił do Heimera jego sąsiad, Fritz Becher,
kierowca taksówki, który po wypadku samochodowym i kontuzji głowy
cierpiał na okresowe zaniki pamięci. - Zawsze Brandenburg to nie Berlin.
A wiesz, ile tam zieleni? I żarcie może będzie lepsze. Zazdroszczę ci.
- To nieważne, chłopie - odparł Heimer. - Grunt, żebyśmy jak najprędzej
wyszli z tego świństwa zdrowi. Do domu. Wtedy sobie odbijemy.
Na dziedziniec zajechał wielki, czarny autobus. Za lśniącymi szybami
okien powiewały muślinowe firanki. Kierowca zręcznie manewrował wozem,
podjeżdżając tak, aby drzwi autobusu znalazły się jak najbliżej wyjścia
z gmachu kliniki.
Za chwilę konwojent autobusu Herbert Sallisch zameldował się w kancelarii naczelnego ordynatora.
- Heil Hitler! Sanitätsdienstgehilfe Sallisch meldet sich ais
Transportführer1.
- Heil! - odpowiedział niedbale lekarz. - Dlaczego w cywilnym ubraniu,
bez kitla? Ilu was jest? Wszyscy weźmiecie lekarskie płaszcze z magazynu.
- Jawohl! - odkrzyknął Sallisch, któremu rozkaz ten sprawił wyraźną
przyjemność. Jako sanitariusz miał bowiem prawo, tak jak cały niższy
personel służby zdrowia, tylko do pospolitych kitlów, które -
produkowane z materiałów zastępczych: odpadów lnianych i papieru -
wyglądały szaro i nieefektownie.
Lekarz podał konwojentowi teczkę z listą chorych.
- To wszystko! - powiedział. - Po przyjeździe wręczyć profesorowi
doktorowi Heinze.
Sallisch odmeldował się. Za chwilę na korytarzach rozległ się rozkaz:
- Alle Verlegene antreten! Wszyscy przeniesieni wystąpić do apelu!
Pacjenci ustawiali się na korytarzu. Osobno mężczyźni, osobno kobiety.
Pielęgniarki pilnowały porządku i sprawdzały nazwiska. Liczba się
zgadzała. Razem było pięćdziesiąt osób.
Niebawem ruszyli do wyjścia. Tuż przy drzwiach stał Sallisch. Wyjął z teczki listę transportu i jeszcze raz ją kontrolował. Każdy pacjent,
mijając go, podawał nazwisko. Sallisch czerwonym ołówkiem znaczył na
liście fajkę, powtarzając: Der nächste!2 albo po prostu:
Los, weiter!3 Kiedy odfajkował ostatnie nazwisko, zawołał do
siostry przełożonej: Stimmt4, włożył listę do teczki i zawiązał ją starannie tasiemkami na kokardkę. Na teczce widniał znak
"T-4", skrupulatnie wykaligrafowany przez kancelistę sekretariatu
kliniki błękitnym atramentem.
Tymczasem chorzy zajęli miejsca w autobusie. W tyle wozu usiedli dwaj
konwojenci. Sallisch ulokował się obok kierowcy w szoferce. Kilkakrotnie
poprawiał się w fotelu, starając się nie pomiąć za bardzo lekarskiego
płaszcza. Wreszcie zwrócił się do szofera:
- Abfahrt!
Wóz ruszył z miejsca. Z okien kliniki żegnały go spojrzenia ciekawskich.
Kilku z nich pomachało na pożegnanie dłońmi. Nagle z separatki na drugim
piętrze, gdzie mieściły się sale zabiegowe dla ciężko chorych, rozległ
się przenikliwy chichot:
- Karawan! Karawan!
Kurt Heimer wzdrygnął się. Inni nie zwrócili na to uwagi. Samochód mijał
właśnie bramę i skręcał w ruchliwą ulicę.
Około południa autobus zatrzymał się na krótki postój w małej
miejscowości Werder. Było bardzo gorąco. Sallisch wysiadł z samochodu.
Miał pragnienie. W pobliżu jednak nie znalazł żadnego kiosku z piwem.
Tymczasem do autobusu podbiegło kilkoro wiejskich dzieci. W koszyczkach
miały na sprzedaż poziomki.
Sallisch chciał je przepędzić. Błyskawicznie zlustrował okna autobusu.
Były dokładnie przysłonięte firankami. Chorzy zachowywali się spokojnie.
- Niech pan kupi poziomek, przydadzą się na wycieczce - nalegał jakiś
chłopiec.
Sallisch zastanowił się.
- Dobra - zadecydował - dawajcie wszystkie. Rzeczywiście odświeżą nas.
Wysupłał z kieszeni garść fenigów.
- Na, masz i zwiewaj!
Część poziomek zostawił dla siebie, kierowcy i konwojenta, resztą
obdzielił transport: jeden koszyczek przypadł na kilku chorych.
- Dziękujemy, panie doktorze - mówili pacjenci - dziękujemy!
- Drobiazg - żachnął się Sallisch usatysfakcjonowany tytułem. - Sami
widzicie, jak dba o was państwo. W Brandenburgu będziecie je mieli
codziennie. A teraz w drogę! - rozkazał szoferowi.
Niedługo potem autobus minął stocznię na rzece Haweli i wjechał w uliczki Brandenburga. Sallisch wydał polecenie, że nie wolno odsłaniać
okien. Wóz mijał ruchliwe ulice, wielokrotnie skręcał, aż z piskiem
hamulców zatrzymał się przed ponurym, choć niedawno odnawianym
budynkiem.
Obok bramy widniał szyld: "Heil und Pflege Anstallt,
Reichsarbeitsgemeinschaft. - Zakład Leczniczy i Opiekuńczy Państwowej
Wspólnoty Pracy Rzeszy".
Kierowca dał trzykrotny znak klaksonem. Wrota bramy otwarły się
bezszelestnie. Autobus wjechał na podwórze.
- Also, wir sind da!5 - niemal wesoło wykrzyknął Sallisch. -
Aussteigen. Wysiadać!...
W kilka dni potem do bramy czynszowej starej kamienicy berlińskiej przy
Welfengasse 8 wszedł listonosz.
- Guten Tag Herr Schulze6 - zagadnęła go dozorczyni. - Co
nowego?
- Jak zwykle, pani Emmo - odpowiedział. - Nogi nie chcą nosić, a tu upał
jak w piecu.
Wyjął z torby plik gazet i listów dla lokatorów. Wśród nich tkwiła
urzędowa koperta z nagłówkiem Heil und Pflege Anstallt - Brandenburg.
Brzegi koperty obwiedzione były czarną, żałobną obwódką.
- A to co znowu? Do kogo? - zapytała dozorczyni.
- Do Heimerów, kochana pani - odparł listonosz. - Muszę osobiście
doręczyć. Przesyłka polecona, urzędowa.
Zostawił jej resztę zwykłej poczty, a sam powędrował na trzecie piętro w oficynie. Za chwilę stukał do drzwi, na których błyszczała mosiężna
wizytówka: S. K. Heimerowie.
Drzwi uchyliła starsza i tęga kobieta. Na widok koperty zbladła:
- Um Gotteswillen7, co się stało?
Listonosz podał jej ołówek i recepis listu do pokwitowania:
- O tu, proszę podpisać.
Ręka kobiety drżała. Podpis niezgrabnym zygzakiem wyskoczył aż na
margines.
- Dziękuję, pani Heimer, współczuję, do widzenia.
Z pokoju wyszedł syn Heimerowej, Johannes. Z niecierpliwością rozerwał
kopertę. Tkwił w niej arkusz zadrukowany tekstem uzupełnionym
atramentowymi wstawkami. Heimer zaczął czytać:
Wielce Szanowna Pani Heimer!
Jesteśmy zmuszeni donieść z wielkim żalem, że mąż Pani, Kurt Heimer,
który dnia 7 lipca 1940 roku na podstawie zarządzenia ministerialnego
został przeniesiony do tutejszego zakładu, zmarł nieoczekiwanie dnia 14
lipca na skutek ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Śmierć była dla
niego wyzwoleniem z ciężkich cierpień.
Z uwagi na zarządzenia policyjno-sanitarne ciało zmarłego musiało
zostać niezwłocznie skremowane.
Prosimy uprzejmie o powiadomienie nas, na jaki cmentarz życzą sobie
Państwo przesłać urnę z popiołami, co zostanie zarządzone przez
miejscowe władze policyjne.
Ubranie zmarłego, które nie przedstawiało większej wartości i zostało
uszkodzone przy dezynfekcji, przekazano na rzecz NSV8.
Heil Hitler
Pani Heimer zaczęła szlochać, ale jej syn nagle wykrzyknął:
- Ależ mamo, to niemożliwe, to chyba pomyłka! Przecież ojciec od dawna
nie miał ślepej kiszki. Był operowany przed 25 laty...
Nazajutrz Heimer postanowił sprawdzić całą historię na miejscu w Brandenburgu. Pojechał tam pociągiem. Zbliżał się właśnie do bramy
zakładu, którego adres widniał na otrzymanej wczoraj kopercie. Uważnie
porównał szyld tkwiący obok bramy z nagłówkiem koperty. - Heil und
Pflege Anstallt - Reichsarbeitsgemeinschaft.
To tutaj - upewnił się i trzymając list w dłoni sięgnął do dzwonka.
W drzwiach bramy uchyliło się okienko i wartownik w mundurze SS zapytał
opryskliwie:
- Was ist denn los?9
- Heil Hitler - powitał go Heimer. - Chciałem się widzieć z naczelnym
lekarzem.
- To niemożliwe - odpowiedział niechętnie esesman. - Wstęp dla obcych
wzbroniony.
- Ależ... - próbował tłumaczyć się Heimer.
- Masz pan, czytaj pan - brutalnie przerwał mu wartownik, podsuwając
blankiet oprawiony w celuloidowe etui.
Heimer rzucił okiem na krótki tekst: Wstęp na teren zakładu osobom
niepowołanym jak najsurowiej zabroniony. Niżej widniała pieczęć:
Kryminalny Urząd Rzeszy w Berlinie i nieczytelny podpis.
- Zrozumiano? - krzyknął esesman. - A teraz znikaj. Los! Weg!
Heimer usunął się na bok. Niczego nie rozumiał. Poczuł się nagle
całkowicie bezradny. Wartownik zatrzasnął okienko. Za bramą rozległ się
trzykrotny sygnał klaksonu. W chwilę później skrzydła bramy szeroko się
rozwarły i z podwórza wyjechał wielki, bagażowy samochód pocztowy.
Przednie koła wozu mijały już bramę, kiedy rozległ się przeraźliwy
zgrzyt. To tylni błotnik zawadził o wrota.
Heimer właśnie dostrzegł napis na pudle samochodu: Deutsche Reichspost
- Niemiecka Poczta Rzeszy, kiedy esesmani przy bramie podnieśli wrzask
pełen przekleństw. Wóz zjeżdżał już z chodnika. Tylne drzwiczki kolebały
się szeroko, otwarte zderzeniem. W pudle leżała bezładna sterta nagich
trupów. Jednemu z nich opadło ramię. Wisiało na zewnątrz samochodu i bezwładnie kołysało się nad numerem rejestracyjnym.
Heimerowi strach zjeżył włosy. Szybkimi krokami oddalił się od bramy, a potem biegiem poderwał się ku najbliższej przecznicy. Nie słyszał, jak
jeden z esesmanów z pasją zatrzasnął drzwi samochodu i na pożegnanie
obrzucił kierowcę soczystymi przekleństwami.
Do domu wrócił dopiero wieczorem. Był roztrzęsiony i przygnębiony tym,
co spotkało go w Brandenburgu. Jeszcze bardziej nie pojmował niczego z tajemniczej historii dotyczącej ojca. Pytania zapłakanej matki zbywał
milczeniem albo nic nieznaczącymi odpowiedziami. Wspomnienie ambulansu
pocztowego pełnego trupów napawało go strachem. Nie mógł się w żaden
sposób zdobyć, by opowiedzieć matce to wszystko, a tym bardziej
uspokajać ją słowami nadziei i otuchy.
Dręczył się przez kilka dni, daremnie próbując rozwiązać zagadkę.
Wreszcie postanowił zwierzyć się z niej komuś, kto mógłby pomóc ją
rozwikłać.
Przyszedł mu na myśl stary przyjaciel rodziny, pastor Braun, człowiek
mądry i doświadczony, a równocześnie znany z życzliwości.
Pastor wysłuchał opowieści Heimera, przyrzekł zachować w tajemnicy
szczegóły strasznej przygody w Brandenburgu, a w sprawie zawiadomienia o śmierci ojca obiecał interweniować na najwyższym szczeblu, w Ministerstwie Sprawiedliwości w Berlinie.
Dotrzymał obietnicy. Niedługo potem do gabinetu ministra sprawiedliwości
III Rzeszy, dr. Gürtnera, wpłynęło jego pismo z prośbą o wyjaśnienie
losu starego Heimera.
Braun powoływał się w nim na wizytę syna Heimera, pisał, że pacjent
przekazany został przez rodzinę pod opiekę kliniki na krótką kurację z powodu rozstroju nerwowego, objawiającego się okresami depresji, że
choroba nie była ani groźna, ani nie wymagała dłuższego leczenia;
tymczasem z niewiadomych powodów pacjent został przeniesiony do zakładu
w Brandenburgu i tu po kilku dniach zmarł, jak informowało urzędowe
zawiadomienie, po operacji wyrostka robaczkowego, którego przecież od
dawna już nie miał. Ciało zmarłego na zarządzenie władz zostało
natychmiast spalone.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki