Romans... którego nie było (dwa lata wcześniej)
Ogrody Riond-Bosson. Sierpień nad Lemanem to najbardziej letni miesiąc, a flora jest wtedy w pełni swej zielonej dojrzałości. Tu zresztą zawsze coś kwitnie, zupełnie niezależnie od pory roku. Tylko po części to zasługa zespołu ogrodników. Na przykład magnolie, które nie znają pojęcia czasu, potrafią wszystkich zaskoczyć, gdy jedna już rodzi owoce, ta z drugiej strony ścieżki właśnie postanawia rozwinąć pąki. Dzięki wilgoci znad jeziora zieleń jest soczysta i obfita.
Tuż za ławką, na której siedzieli - ściana letniej zieloności. On - Maestro, i ona - Simone. Simone hrabina Giron de Pourtales, córka wybitnego na owe czasy malarza - Charlesa Girona. Trzydziestotrzyletnia piękność. Przyjrzałem się uważniej jej fotografiom. Cóż one mówią poza tym, że mamy do czynienia z urodą typową dla tamtych lat: blondynka o jasnej cerze, ładnych oczach i wyrazistych, zmysłowych wargach, radosnym, optymistycznym uśmiechu, wydaje się przyjazna, pogodna, ciepła w słowach i uśmiechu. Kobieta, za którą trzeba się obejrzeć. (Aczkolwiek Strakaczowa nadmieniła w jakiejś korespondencji, że "piękność" była piegowata "jak indycze jajko".)
On w jasnym kapeluszu, niezależnie od pogody, w białej koszuli, białej kamizelce, białej marynarce, białych spodniach i trzewikach - tylko laska była kolorowym akcentem w tym jego rytualnym, prawie że mundurowym wystroju. Twarz miał tego dnia pogodną, ale to chyba dzięki aurze, a nie z powodu młodej damy (po trzydziestce - trzeba dodać).
W milczeniu przyglądali się Białej Górze w koronie wysokich cumulusów.
Oto jak mogło wyglądać ich t? te-a-t? te:
Maestro: Coś pani powiem, Simone, gdyby nie Mont Blanc, nie kupiłbym Riond-Bosson.
Simone: Bo może w tym coś jest, pan i ta góra, może macie coś wspólnego...
Maestro: Och, jest pani czasem patetyczna jak sonata Beethovena.
Simone: A propos sonaty... weźmie mnie pan, monsieur Paderewski... ze sobą...?
Schyla się i całuje dłoń Paderewskiego, on jak zwykle zaskoczony nagłą czułością, bo w tym pocałunku był oczywiście szacunek, ale czułości znacznie więcej.
Maestro: Na litość boską, dokąd, madame?
Simone: No, wszyscy mówią, że pan prezydent szykuje nową turę do Ameryki. (Po przerwie) Pojadę z panem, monsieur... proszę...
Znowu całuje Paderewskiego w dłoń, a to "proszę" brzmi jak z dziecięcej prośby o ulubiony deser czy ulubioną zabawkę, infantylnie.
Maestro: To są plotki, dworskie ploteczki...
Simone: Pojadę... Co...?
Maestro: No, w jakim charakterze, niby jako kto?
Simone (zaskoczona): Jako ja! Będę dbała, pilnowała, czciła, jeszcze bardziej niż biedna pani Helena.
Maestro: Helenka była jedna i nikt jej nie zastąpi.
Simone: Wiem, wiem, ale ja będę jak pies oddana bezwarunkowo... no, a może z jednym tylko...
Maestro: No, no?
Simone: Zwolniłabym tego Strakacza.
Maestro (serdecznie rozbawiony): Wszyscy głośno snują plotkę, że to Helenka go najęła wtedy, na okręcie brytyjskim z Kopenhagi do Gdańska, gdy zajął się serdecznie ciepło schorowanym pieseczkiem mojej małżonki, a nowa madame go zwolni, ot tak! Ja w obu przypadkach nie miałem i nie mam nic do powiedzenia?!
Simone: Co pan takiego zobaczył w tym łobuzie?
Maestro: Strakacz jest z bardzo dobrej i zasobnej rodziny, gdy go poznałem, dzierżył całkiem ciepłą posadkę z Ministerstwie Spraw Zagranicznych i należało się spodziewać, że czeka go jakaś istotna kariera. Był... i jest... błyskotliwy, inteligentny, rzutki, pozbierany, aczkolwiek chaotyczny, lojalny i powiedziałbym - szlachetny. Na pokładzie okrętu poprosiłem go jako pracownika MSZ, żeby mi zarysował sytuację polityczną w kraju, do którego wracałem. Zamiast sytuacji - naszkicował mi całą panoramę polskich układów nie tylko politycznych, byłem zaskoczony, ten młody podówczas człowiek mówił jak dorosły, doświadczony, niezależny polityk. Natychmiast zaproponowałem mu posadę mojego osobistego sekretarza. On też przyjął ją natychmiast, zwracam uwagę, miał wtedy dwadzieścia parę lat, posadę w MSZ-ecie i przyszłość polityka przed sobą. Zostawił to wszystko i poszedł za mną, czy ze mną, niby Szymon porzucił intratne rybołówstwo i poszedł za Mistrzem łowić dusze ludzkie. Ja niczego takiego nie mogłem panu Sylwinowi zaproponować... Chudą posadkę beż awansów i bez przyszłości... Co on z tego ma? Siedzi ze mną ha emigracji, z dala od swych korzeni, i nie mam dla nich, dla niego i Anieli, żadnych propozycji na przyszłość.
Simone: Wysłałam do pana sześć listów, żadnego pan nie otrzymał, pan mówi, że mi wysłał kartkę i też jej nie otrzymałam
. Czy mamy się umówić, że siedem razy pod rząd szwajcarska poczta zawiodła...? Myślę, że ktoś inny zawiódł. Nie uwierzę, że to pański szofer Mongini, który przywoził pocztę. Kochany panie prezydencie, w trzydziestym piątym roku generał Sikorski przywiózł do Riond-Bosson panią Beziers, pan wie, matkę markizy de Crussol, miała rozjaśnić ciemności tego domu i serca pana Ignacego... cóż, zaraz potem znaleźli ją martwą w pokoju hotelowym w Morges... Chora nie przyjechała, pańska siostra była wtedy ponura i nie chciała komentować. Miesiąc później zaprosił pan w tym samym celu, rozjaśnienia Riond-Bosson i pańskiego serca, przyjaciółkę świętej pamięci pani Heleny, panią Remblińską. I co? Taki fatalny zbieg okoliczności? Też ją znaleźli martwą w pokoju. Choroba zakaźna w Szwajcarii, na którą umierają tylko goście Paderewskiego...?
Maestro: Chcesz, madame, powiedzieć, że Sylwin jest mordercą?
Simone: Ja niczego nie mówię, tylko fakty przypominam...
Maestro: Sylwin w roli mordercy, jak u Agaty Christie! To jest żyjący brylancik, a nie bluźnierca boży...
Z nagła pojawia się zadyszany Maciuś, wierci się, kręci się, oblizuje ręce a to Paderewskiego, a to Simone. Jest - jak zwykle - drapany za uchem i głaskany po pyszczku, nic nie pomaga, kręci się, wierci, Mistrz i Simone nareszcie rozumieją tę psią grę: jedno przesuwa się na bok, drugie w inną stronę, zwolnione miejsce pośrodku ławki zajmuje natychmiast Maciuś, a z jego sympatycznego pyska bije sama radość.
Mistrz i Simone musieli się serdecznie uśmiać, jeśli tak było...
*
Sekretarz Strakacz obserwował tych dwoje na ławce w ogrodach od dłuższej chwili. Rozbawił go Manruś-wierciocha, lecz tylko przez moment. Zaraz potem, kiedy serdeczna wesołość dotarła nawet tutaj, do salonu, przez uchylone okna, odezwał się w nim... sekretarz.
Z cierpką złośliwością powiedział do siebie:
Strakacz: No i z czego się tak cieszą?! (I po chwili:) Franciszku!
Służący Franciszek zerwał się ze swego zydelka przy drzwiach, który był jego "stanowiskiem pracy", aby zawsze być gotowym na wezwanie.
Franciszek: Tak, panie dyrektorze...?
Strakacz: Dlaczego ją wpuściłeś?! Kradnie czas panu prezydentowi.
Franciszek: Ona sama weszła...
Strakacz: Jak to sama? Nie jest Duchem Świętym ani ojcem Pio.
Franciszek: Pomagałem ogrodnikowi, kiedy ona przyjechała...
Strakacz: Jesteś służącym pana prezydenta, a nie pomocnikiem ogrodników! Jeżeli jeszcze raz mi ją wpuścisz bez mojej wiedzy, niezależnie jak cię prezydent kocha, wylecisz za drzwi, na ulicę w trybie natychmiastowym! Zrozumiałeś?!
Franciszek: Taa... (odparł, jąkając się) taaak, ppanie dyrektorze...
Strakacz: No, ja tylko żartowałem.
W salonie na pana prezydenta czekali z lunchem prawie wszyscy domownicy. Strakacz zwrócił się twarzą do nich.
Strakacz: Chcecie zobaczyć? Chcecie tu nową panią Helenę pod postacią madame Simone...?
Zapadła niezręczna cisza, więc mówił dalej:
Strakacz: Ona ma w głowie przewrócone, jej się wydaje, że jest przyjaciółką pana prezydenta, jak jej matka. Mąż ją porzucił po jednej nocy, bo ma syfilis... stąd te jej problemy umysłowe...
Strakaczowa: To chyba jakaś obrzydliwość, mówią też, że ona się z nim rozstała, bo częściej bywał w Monte Carlo niż w domu, przegrywając w ruletkę resztki rodowego majątku.
Zmieniając ton z wszechwładnego na skromnego pracownika z pełnią szacunku, zwrócił się do pani Wilkońskiej:
Strakacz: Czy potrafi pani wpłynąć na brata, aby zaprzestał tych pogaduszek z Simone, która wykorzystuje pana prezydenta grzeczną uprzejmości swoich rodziców zażyłość z panem prezydentem. Ona jest ona, daleko jej do własnego ojca i własnej matki.
Teraz wszyscy, z wyjątkiem służącego, podeszli do uchylonego okna i patrzyli, jak Paderewski beztrosko relaksował się w towarzystwie Simone i Maciusia.
Strakaczowa: Ona ledwie minęła trzydziestkę, ja jej dobrze życzę, jak matka, ale... ona ma zwariowane marzenia i psychopatyczne oczekiwania.
Wilkońska: Niuniek już tylko miewa wylewy po spodniach, gdzieżby mu do jakiejś żeniaczki w tym wieku.
Strakacz: W starym piecu baba pali. Ale mam pomysł, jak się odczepić od tej wariatki. Namówię pana prezydenta na turę znowu po Ameryce...
Wilkońska: Bój się Boga, Sylwin! Z takim zdrowiem do Ameryki?! Do fortepianu? Będzie widać, że moczy spodnie, Niuniek trochę zapomina się, po tym wylewie jakoś pomału wraca mu dawny rozum, ale co będzie, jeśli zapomni w czasie recitalu, kto mu poda nuty... chyba że pan, panie Sylwinie, bo przecież pan gra i komponuje, umie czytać biegle z nut...
Strakacz: Gotówka się kończy. To niegłupi pomysł z tym tournée po Ameryce...
Strakaczowa: A jeśli ona z nim zechce popłynąć? Przecież może sobie kupić bilet na ten sam statek bez pytania o zgodę pana prezydenta. Już raz tak mieliśmy, kiedy nieproszona przyjechała do Londynu tylko po to, by namawiać pana Paderewskiego na spotkanie z cesarzem Haile Selassie. Pan prezydent uszom własnym nie wierzył...
Strakacz: Nie wpuszczę na statek!
Strakacz krzyknął tak głośno, aż się służący Franciszek przestraszył.
*
Maciuś zeskoczył z ławki, bo najwyraźniej wiewiórka go irytowała. To przypomniało prezydentowi, że pora na obiad.
Mistrz: Chodźmy, zapraszam na śniadanie (Paderewski spał do południa, śniadania jadał około pierwszej po południu), pora nadeszła, oni już tam wszyscy czekają na mnie.
Widząc niepokój i jakby przestrach w twarzy Simone, dodał:
Mistrz: Chodźmy, przecież ja zapraszam.
Wspierając się na lasce, ruszył w stronę willi, gdzie już domownicy czekali...
*
Sen Simone:
Z szarosiwej nicości, bez głębi, bez jakiegokolwiek kształtu wynurza się postać Paderewskiego, takiego, jakim był w ogrodzie na swej ławce: biała koszula, biała kokarda pod szyją, biała marynarka i białe spodnie, i półbuty także białe, tylko laseczką jest jedynym elementem kolorystycznym. Kiedyś jeszcze były rude, lwie włosy, ale dawno już posiwiały. Paderewski znika w tej bezkształtnej nicości. Zjawia się pies Anetki, łaciaty piękniś, lśniący, przymilny, wesoły, zbliża się i... mokrym jęzorem poczyna wylizywać twarz Simone. Ona go odpycha, ale pies jest bardzo zdeterminowany w okazywaniu swoich uczuć.
Simone: Maciuś! Zostaw mnie! Nie wolno! Zostaw...!
Słyszy głos Paderewskiego:
Głos: Co się dzieje?!
Ale to jakby jego i nie jego głos, raczej kobiecy.
Pies tymczasem tarmosi łapami jej ramię.
Ale to nie Maciuś. To służąca, to ona pyta wylękniona, co się dzieje.
Służąca: Bo pani hrabina tak strasznie krzyczała... zadzwonić po lekarza...?
Simone: Nic mi nie jest, kochana, sen miałam okropny.
Służąca: Podać pani hrabinie wodę jakąś, może herbatę zrobię...?
Simone: Nie, kochana, niczego mi nie potrzeba, sen miałam okropny, że pies mnie napastował.
Służąca: O Boże...
Służąca oddaliła się do przyległego pokoiku, gdzie zazwyczaj sypiała.
Simone zapadła ponownie w niezdrowy, psychopatyczny sen.
Znowu Paderewski. Zbliża się, słychać stukot laski padającej na podłogę, on jest coraz bliżej, już tylko głowa pełna siwej czupryny jest coraz bliżej twarzy Simone, słyszy jego oddech. Teraz on czyni to samo co Maciuś, ni to całuje, ni to wylizuje jej twarz i ramiona. Rękoma odgarnia jego koszulę, zostaje nieco opalony tors i biała kokarda, jego pierś całkiem obnażona, tuż przy jej twarzy, jej serce zaczyna stukać, potem kołatać coraz bardziej spiesznie, niebezpiecznie szybko i głośno, to już nie stukot, lecz prędkie łomotanie, ona czuje, że coś się dzieje! Męką. Nie może krzyczeć, nie może doznać, czego by chciała.
Znika tors i twarz mężczyzny.
Z sinoszarej pustki sennej zjawia się znowu Maciuś i jak poprzednio - energicznie i namiętnie wylizuje twarz Simone.
Krzyczy przez sen:
Simone: Maciuś, zostaw! Niuńcio! Zabierz tego psa!
Wszystkie te widziadła rozpadają się na drobne cząstki i znikają w przepastnej przestrzeni bezsennego niebytu.
Znowu jej się śni: majestatyczny widok na Mont Blanc. Kurzawa śnieżna przykrywa czapą wierzchołek... słyszy trzask zapałki, czuje potem zapach egipskiego papierosa, znowu Mont Blanc i ujadliwe, natrętne szczekanie psa.
Budzi ją służąca.
Służąca: Pani hrabino, może ja bym herbatę pani podała, tak się pani męczy, nieszczęsna...
Simone zrywa się z pościeli. Jest naga i spocona.
Simone: Poszedł! Poszedł!
Zorientowała się, że nikt nie szczeka, nie ma psa, nie ma Paderewskiego, jest puste łóżko, sypialnia i przedświt.
Simone: Jezu...
Podeszła do lustra, w niebieskim świtaniu zobaczyła swoją twarz, tylko kontury, bez szczegółów, powtórzyła:
Simone: Jezu...
*
Pałacyk państwa Giron, rodziców Simone, La Terasse w Genthod niedaleko Genewy, miał szlachetną linię architektoniczną. Dwupoziomowa struktura kamienna okryta patyną, stromy dach z wykuszami okiennymi, za którymi znajdowały się pokoiki służby. Elegancji dodawały francuskie okna i drzwi, tak charakterystyczne dla architektury dworskiej znad Sekwany. Nic dziwnego, Charles Simone w niczym innym nie chciałby zamieszkać. Na dziedzińcu znajdowała się kulista fontanna z figurą żartobliwego kupidyna z nieodzownym lukiem, okolona grzędą róż kwitnących od wiosny do późnej jesieni.
Tego dnia w godzinach porannych taksówka przywiozła doktora Gilberta Z., znanego w Genewie psychiatrę dla bogatych, uczonych i artystów.
Służąca przeprowadziła go przez obszerny, słoneczny salon i zawiodła do biblioteki, gdzie czekała na niego Simone.
Zaproponowała herbatę, gorącą czekoladę lub kawę. Stanęło na herbacie, którą służąca miała podać razem z wyborem ciasteczek okrytych polewą czekoladową. W międzyczasie Simone opowiedziała lekarzowi swoje sny i poranne depresje. Ich rozmowa mogła przebiegać tak:
Simone: To wszystko, panie doktorze... dalej tak nie mogę, to się powtarza co którąś noc... coraz częściej... Mam dwie sprawy do pana doktora: nie mogę doznać satysfakcji w zbliżeniu z Ignacym, jestem blisko, blisko i... nie mogę. Potrzebuję wreszcie, żeby się raz zdarzyło! Przepraszam, ale jest w tym wszystkim dużo moich emocji, których nie sposób kontrolować. ...I druga sprawa: Maciuś. Nie mogę go odpędzić, to jest takie kochane psisko, ale nie mogę, żeby mi za przeproszeniem co którejś nocy wylizywał fizjonomię!
Lekarz: Maciuś, to kto?
Simone: Pies Anetki.
Lekarz: Mademoiselle Anetka to kto?
Simone: Córka Anieli Strakaczowej.
Lekarz: Madame Strakacz to kto?
Simone: Żona Sylwina, znaczy Strakacza.
Lekarz: Monsieur Strakacz to kto?
Simone: Sekretarz osobisty Mistrza Paderewskiego, zbój, szubrawiec, oszust, cynik...!
Lekarz: Jak długo zna pani tego pianistę?
Simone: Od zawsze.
Lekarz: To znaczy?
Simone: Byłam malutką dziewczynką, kiedy poznałam tutaj w naszej posiadłości pana Paderewskiego i panią Helenę.
Lekarz: Madame Helena to kto?
Simone: Zmarła żona Mistrza.
Lekarz: Dawno zmarła?
Simone: Parę lat temu.
Lekarz: Utrzymywała pani stosunki intymne z monsieur Paderewskim?
Simone (zapewne zdziwiona pytaniem): Z monsieur Paderewskim...? Z Niuńkiem? Ależ nie. On mnie traktuje jak córkę chrzestną... niestety.
Lekarz: Chciałaby pani zostać nową żoną monsieur Paderewskiego?
Simone (zapewne znów bardzo zaskoczona): Aaa dlaczego pan doktor pyta?
Lekarz: Dla trafnej diagnozy.
Simone: Rozumiem, bierze mnie pan doktor za skończoną wariatkę.
Lekarz: Jeszcze niekoniecznie, madame Giron.
Simone: Nie wiem, jestem oszołomiona samym pytaniem... to byłby taki zaszczyt...
Lekarz: Chodzi o zaszczyt?
Simone: Nie.
Lekarz: Czuje pani, że jest w nim zakochana?
Simone: Tak. Od zawsze. Kiedy pomagałam pani Helenie hodować te kury na różne wystawy międzynarodowe, ją kochałam jak nastolatka, a... Mistrza jak dorosła kobieta.
Przerwa w rozmowie spowodowana zjawieniem się służącej, która, niosąc tę zastawę pełną szwajcarskich smakołyków, w przepasce na głowie, wyglądała jak czekoladniczka z obrazu. Gdy wyszła z biblioteki, zostawiając ich samych, lekarz zaczął mówić beznamiętnym głosem profesjonalisty, którego zajęciem jest wysłuchiwanie podobnych spowiedzi:
Lekarz: Madame Giron, po pierwsze na przyspieszenie orgazmu, satysfakcji - jak to pani salonowo nazywa - we śnie medycyna jeszcze jest bezradna. Po drugie psa mogę usunąć. Dam pani małą dawkę bardzo łagodnego leku, brać na dwie godziny przed udaniem się do sypialni, nie mieszać z nadmierna ilością alkoholu. - Zabrał się do wypisywania recepty. - Pani ojciec portretował monsieur Paderewskiego?
Simone: Wielokrotnie. ...Ale raz to był międzynarodowy skandal. Papa namalował portret na wystawę światową w Paryżu. W przeddzień otwarcia ktoś poderżnął gardło Mistrzowi, obraz zdjęto z wystawy, poszedł do restaurowania, skandal był, bulwarówki żyły z tego przez całe tygodnie. ...Najgorzej z Mistrzem, gdy się dowiedział, doznał szoku chyba... Krzyczał, co nie w jego zwyczaju, krzyczał: "Zamordują mnie! Okradną mnie! Zamordują!". ...Jak gdyby przeczuwał nadejście Strakacza. On Mistrza okradnie, on go zamorduje, powiadam panu, doktorze...
Lekarz: Przyjechałem do państwa w sprawie monsieur Strakacza czy w sprawie pani snów?
Simone: Jedno z drugim jest chyba pomieszane... Czy ja jestem skończoną wariatką?
Lekarz: Nie sądzę. (Musiała być bardzo niemile zaskoczona odpowiedzią, oczekiwała ostrego zaprzeczenia.) Proszę, recepta, gdyby sny ciągle panią prześladowały, proszę wezwać mnie za cztery tygodnie. Trzeba dać lekarstwu czas...
Simone wzięła receptę, odłożyła na stolik. Zapytała o honorarium.
Lekarz: Moja sekretarka przyśle rachunek.
Nagle Simone ku zaskoczeniu doktora sięgnęła po receptę, nerwowo ją podarła i strzępy rzuciła ze złością w kąt biblioteki.
Simone: Nie chcę tych piguł! Może jestem rzeczywiście wariatką. Nie chcę tego! Niech pan Ignacy przychodzi do mnie nocami!
Lekarz: Ale to jest na psa, nie na pianistę.
Simone: To niech pan jeszcze raz napisze. (Po czym dodaje z rezygnacją:) - Wariatka...
Kwadrans potem taksówka, czekająca na dziedzińcu, zabrała lekarza na stację.
Simone nigdy nie zrealizowała recepty.