Prolog. Warszawa, poniedziałek, 21 maja 1985 roku
Prolog
Warszawa, poniedziałek, 21 maja 1985 roku
Wysoki mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze przeciskał się między
podróżnymi stojącymi na korytarzu. W końcu dotarł do przedziału, w którym było jedno wolne miejsce. To tu! -?upewnił się, sprawdzając numer
na drzwiach. Skinął głową do pozostałych podróżnych, przepraszając za
potrącanie nóg siedzących, po czym usiadł przy oknie. Przez chwilę
szukał czegoś w czarnej skórzanej teczce, którą postawił na kolanach.
Wreszcie wyjął z niej książkę, egzemplarz "Trybuny Ludu", termos i kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy i położył to wszystko na stoliku.
Następnie wstał i umieścił teczkę na półce na bagaż podręczny. Siedząca
naprzeciw dziewczynka nie odrywała od niego wzroku.
-?Pan też do Krakowa? -?zapytała, uśmiechając się i patrząc mu w oczy.
-?Alu, nie przeszkadzaj panu -?skarciła ją pobłażliwie siedząca obok
matka.
-?Ależ nie przeszkadza. -?Uśmiechnął się mężczyzna. -?Tak, jadę do
Krakowa, bo tym pociągiem można dojechać tylko do Krakowa. Jak pociąg
wyjedzie z Warszawy, to zatrzyma się dopiero w Krakowie.
-?Jedzie pan zobaczyć smoka wawelskiego?
Mężczyzna zaśmiał się głośno.
-?Niestety, jadę do pracy, ale ze smokiem widziałem się niedawno i mówił
mi, że czeka na ciebie.
-?A co pan będzie robił?
-?Alu, nie wolno tak przepytywać. -?Tym razem głos matki był już
bardziej stanowczy, jednak mężczyzna nie wydawał się zbity z tropu.
-?Będę naprawiał świat, żeby takie małe dziewczynki jak ty mogły
bezpiecznie spotykać smoki.
Teraz mała zaśmiała się głośno i klasnęła w dłonie. Rozmowę przerwał
wchodzący do przedziału konduktor.
-?Czy ktoś z państwa się dosiadał?
-?Tak, ja -?powiedział mężczyzna, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni jakiś
blankiet i podał konduktorowi. Ten uważnie przeczytał kartkę.
-?Legitymacja służbowa jeszcze.
Mężczyzna bez wahania podał mu książeczkę. Na jej okładce matka
dziewczynki dostrzegła napis "Służba więzienna". Konduktor sprawdził
dokument i oddał właścicielowi.
-?Miłej podróży życzę -?powiedział służbowym tonem i zamknął drzwi
przedziału. Mężczyzna uśmiechnął się do kobiety, która wydawała się
spięta. Podniósł książkę i odnalazł właściwą stronę. Matka dziewczynki
odczytała tytuł: Wspomnienia Rudolfa Hoessa, komendanta obozu
oświęcimskiego.
1. Katowice, środa, 18 września 1974 roku
1
Katowice, środa, 18 września 1974 roku
Wysłużona "trzynastka", pamiętająca chyba jeszcze pierwsze lata po
wojnie, zatrzymała się na przystanku obok Zakładów Metalurgicznych
"Silesia" na katowickim Wełnowcu. Drzwi tramwaju otworzyły się powoli,
ze zgrzytem. Z wagonów wysypał się tłum ludzi i ruszył wprost na kordon
milicji. Zwykle nikt nie miał ochoty na konfrontacje z mundurowymi, ale
tym razem było inaczej. Każdy chciał być pierwszy.
-?Osoby z przepustkami do kolejki! -?wykrzyknął plutonowy w mundurze
wyjściowym. Na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że włożył sporo
pracy, by wyglądać nienagannie. Mundur był idealnie czysty i gładki,
czarne spodnie zaprasowane w kant, a w wypucowanych trzewikach można się
było przeglądać jak w lustrze. Na głowie milicjant miał czapkę z zapiętym pod brodą paskiem, do przewieszonej przez ramię raportówki
przypiął krótką białą pałkę, a prawą dłoń trzymał opartą o kaburę
pistoletu.
-?Osoby bez przepustek na lewo! -?dyrygował nadchodzącymi.
Ludzie bez protestów stanęli w ogonku. Była dopiero ósma rano i zwykle o tej porze Joachim kończył szychtę. Wolał nocne zmiany, bo lepiej za nie
płacili, ale wiedział, że po pracy nie zdąży tak wcześnie dojechać do
Katowic. Dlatego na dzisiejszą noc wziął wolne. Bał się tylko, że może
zaspać. Niepotrzebnie, z emocji nie zmrużył oka ani na chwilę. Wstał
przed czwartą nad ranem i pobiegł na tramwaj. Od szóstej czekał w kolejce przed budynkiem sądu wojewódzkiego przy ulicy Andrzeja. O siódmej zaczęli wydawać przepustki uprawniające do wejścia na salę
sądową. Dzisiaj rozpoczynał się proces "Wampira z Zagłębia" -?człowieka,
który zamordował piętnaście kobiet, a kolejnych sześć próbował zabić.
Rozprawy miały się odbywać z udziałem publiczności. Na salę mogło wejść
pięćset osób, ale chętnych zjawiło się kilka razy więcej. Joachimowi się
poszczęściło, zdobył mały, biały kartonik. Prosto z sądu pobiegł na
katowicki Rynek i wskoczył do tramwaju. W sądzie wojewódzkim nie było
sali, która mogła pomieścić tylu chętnych, i dlatego proces miał się
toczyć w budynku domu kultury przy hucie cynku "Silesia" w Katowicach.
Joachim stał spokojnie, czekając na sprawdzenie dokumentów. Spuścił
głowę, unikając wzroku milicjantów, bacznie obserwujących tłum. Nie
zwrócili na to uwagi, bo sporo osób postępowało podobnie -?poranne
słońce stało już na tyle wysoko, że oślepiało czekających w kolejce. Ale
Joachimowi nie przeszkadzało słońce, zawsze chodził ze spuszczoną głową,
unikając wzroku innych ludzi. Taki po prostu był.
Gdy nadeszła jego kolej, podał przepustkę i dowód osobisty.
-?Nazwisko i imię! -?zażądał zdecydowanym głosem plutonowy.
-?Tam jest napisane -?bąknął Joachim, wciąż ze wzrokiem wbitym w ziemię.
-?Ja was nie pytam, co tu pisze, tylko jak się nazywacie, obywatelu! -
burknął rozdrażniony milicjant.
-?Knychała, Joachim Knychała.
-?Gdzie pracujecie?
-?Na grubie, znaczy w kopalni Radzionków. Jestem cieślą -?odparł,
podnosząc wreszcie głowę.
-?W porządku, możecie iść. Po schodach na drugie piętro. -?Milicjant
wskazał gestem wejście i zajął się następnym w kolejce.
Do budynku prowadziły oszklone drzwi. Joachim wmieszał się w grupę ludzi
i zaczął wchodzić po szerokich schodach z wypolerowanego lastryka. Na
drugim piętrze zauważył dwóch mundurowych i kilku cywili. "Tajniacy" -
pomyślał i wszedł do sali. Widok go zaskoczył. W szkolnych czasach był
tu kiedyś z klasą na jakimś spektaklu teatralnym. Teraz sala wyglądała
zupełnie inaczej. Obie długie ściany wypełniały ogromne okna, wysokie na
jakieś trzy metry. Po lewej stronie rozpościerał się widok na teren huty
cynku, a okna po prawej wychodziły na ulicę Armii Czerwonej i przystanek
tramwajowy. Na końcu sali znajdowała się scena, na której ustawiono
długi stół przykryty zielonym suknem. Po lewej stronie blat załamywał
się w stronę widowni. Przed sceną, pod oknem od strony huty, na
drewnianym podwyższeniu stała duża kamera telewizyjna, a obok znajdowała
się druga, znacznie mniejsza, filmowa. Przy oknach z prawej ujrzał kilka
rzędów drewnianych ławek przypominających kościelne. Pierwsze trzy rzędy
miały niewielkie blaty, dalej, za barierką, stały kolejne trzy. Pomiędzy
ławkami a oknem stało trzech milicjantów w czapkach regulaminowo
zapiętych pod brodą, z raportówkami i białymi pałkami. Uwagę Joachima
zwróciły kabury z bronią, które mieli wszyscy mundurowi, i ci przed
budynkiem, i ci przed drzwiami, i ci tutaj na sali. Część przeznaczoną
dla widowni rozpoczynały dwa rzędy ławek ze stolikami, a resztę sali
wypełniały proste drewniane krzesła.
-?Nie stać w przejściu. Niech obywatel znajdzie sobie miejsce i siada -
zakomenderował milicjant, który nie wiedzieć skąd pojawił się za jego
plecami. Joachim przecisnął się do przodu, klucząc między zajętymi
krzesłami. Chciał podejść jak najbliżej, ale niestety kartki ułożone w pierwszych trzech rzędach informowały, że są to miejsca zarezerwowane
dla osób ze stałymi przepustkami. Udało mu się jednak znaleźć wolne
miejsce w czwartym rzędzie, na tyle blisko, by dobrze widzieć stół
sędziowski, a co najważniejsze oskarżonych. Usiadł. Rozejrzał się wokół.
Mimo że ludzie rozmawiali przyciszonymi głosami, wokół panował spory
gwar. Zewsząd dolatywały strzępy wymiany zdań i wciąż padało to samo
słowo: "Wampir".
Joachim wyjął z kieszeni wymiętą "Trybunę Robotniczą" i otworzył ją na
trzeciej stronie. Na środku bił po oczach wypisany wołami tytuł: PROCES
WAMPIRA. Przebiegł wzrokiem po tekście, który znał prawie na pamięć:
W środę, osiemnastego września, o godzinie dziewiątej rano, padnie
sakramentalna formuła: Proszę wstać. Sąd idzie! Rozpocznie się proces
"wampira". Proces wyjątkowy, bo wymierzający sprawiedliwość w sprawie
bez precedensu. Przedtem eskorta wprowadzi oskarżonego i współoskarżonych. Zdzisław Marchwicki pokaże nam swą twarz. I najpewniej
twarz nie jedną. Okrutną twarz człowieka, stojącego przed zarzutem
pozbawienia życia czternastu kobiet i "nie z własnej winy" nieudanych
zamachów na życie sześciu dalszych, zdegenerowanego alkoholika
katującego żonę i dzieci, wyznającego prawo siły wszędzie tam, gdzie
przewaga siły była po jego stronie -?i twarz cieszącego się dobrą opinią
pracowitego konwojenta kopalni "Siemianowice", chodzącego w cierniowej
koronie pokrzywdzonego przez los, porzuconego przez żonę, borykającego
się z przeciwieństwami1.
Autor artykułu nie pozostawiał wątpliwości, kim był Zdzisław Marchwicki.
Już nie podejrzanym ani nie oskarżonym, lecz winnym. Podobnie zresztą
jak pozostali członkowie jego rodziny: bracia Henryk i Jan, siostra
Halina, jej syn Zdzisław i kochanek Jana -?Józef Klimczak. Cała
zdegenerowana rodzina. Ostatnie zabójstwo miał zlecić Jan.
[...] osobnik, który czegokolwiek się dotknął, poczynało gnić. Człowiek,
który zgodnie z sumieniem dzielił swój czas na zabiegi wokół druku
świątobliwych tekstów, wyuzdane orgie z innymi homoseksualistami,
deprawowanie czternastoletniego chłopca, zresztą swego krewnego i branie
sumujących się w kwotę miliona złotych łapówek za protekcję, a równocześnie przygotowujący z pedanterią zabójstwo kobiety, która śmiała
zagrażać praktykom "wszechwładnego Jana". Potem zaś, zwalający całą winę
za zabójstwo na współoskarżonych.
Trzeci z braci, Henryk Marchwicki, był zdaniem redaktora drobnym
pijaczkiem, damskim bokserem, kieszonkowcem i współuczestnikiem
ostatniego mordu. Dziennikarz nie oszczędził także Haliny Flak, siostry
Marchwickich, która miała z całą świadomością przyjmować przedmioty
zrabowane ofiarom: kolczyk (próbowała zrobić sobie zeń złoty ząb),
obrączkę, a nawet kilogram mięsa wyciągnięty z torby konającej kobiety.
Z tego mięsa Halina ponoć usmażyła kotlety dla brata Wampira.
Sala powoli się wypełniła, ludzie rozmawiali, rozglądali się,
komentowali, niektórzy wyciągali kanapki i jedli je, kryjąc się za
plecami innych. Unosił się przyjemny zapach kiełbasy, pomidorów i kawy
zbożowej, nalewanej z kanek do blaszanych kubków. Ale nie mógł zagłuszyć
smrodu bijącego z oddechów przesiąkniętych dymem papierosowym i oparami
wypitej poprzedniego dnia wódki, odoru spoconych ciał i brudnych ubrań.
Nagle ktoś otworzył drzwi po prawej stronie sceny i weszło kilku
milicjantów, a między nimi dało się dostrzec postaci w szarych
więziennych drelichach. Przez tłum przeszedł szmer i zanim oskarżeni i konwojenci zdążyli zająć miejsca, ciszę rozdarł krzyk kobiety. Stała w połowie sali, ubrana na czarno, w opuszczonej na twarz woalce.
-?Moje dziecko! Moje dziecko! Morderca! Ludzie, pomóżcie! Moje dziecko!
Dwaj tajniacy podbiegli do kobiety, chwycili ją pod ręce i próbując
uciszyć jej lamenty, wyprowadzili na zewnątrz. Poruszeni ludzie
obserwowali tę scenę, ale kiedy kobieta zniknęła, jak na komendę
odwrócili głowy w stronę ławy oskarżonych. Mężczyzna siedzący najbliżej
publiczności, z dziwnym, skrzywionym nosem i falującymi włosami, jako
jedyny nawet nie drgnął, jakby nie dostrzegł incydentu z rozhisteryzowaną kobietą. Patrzył przed siebie i można było odnieść
wrażenie, że z uwagą wpatruje się w coś ważnego za oknem. Drugi,
wyraźnie wyższy, nerwowo rozglądał się na boki. Trzeci, niewysoki,
korpulentny, z okrągłą twarzą i łysiną, niecierpliwie kiwał się w tył i w przód. Kobieta i dwaj młodsi mężczyźni w drugim rzędzie mieli
spuszczone głowy. Joachim zastanawiał się, który to Zdzisław Marchwicki.
Nagle jeden z oskarżonych, ten korpulentny, poderwał się z miejsca i zaczął krzyczeć:
-?Tu są przedstawiciele prasy! Zamordował ją Wiktor Gawryluk ze Służby
Bezpieczeństwa, bo nie chciała szpiclować i donosić na biskupa
katowickiego! I na nikogo nie zwalam sprawy! Bo wiem, kto jest mordercą!
Szukają kozła ofiarnego! Bandyci ukraińscy, których Benedykt
Cader2 przywiózł z Warszawy. Chcąc ratować swoją kochankę,
Kamińską z uniwersytetu, musiał mordować niewinną kobietę. A dzisiaj
szukają... -?zawiesił głos -?...głupich! Smyki! Nikt z Marchwickich nie
strzelał na Wybrzeżu do ludzi. Nikt! Niech policzą te sieroty! Niech
Wielgolawski policzy sieroty, które zostały po zamordowanych na
Wybrzeżu. Jeszcze z tamtego się nie rozgrzeszyli, a już szukają nowych
ofiar. A kochance Strużyńskiej, która zawoziła go samochodem swoim do
miejsca morderstwa, zorganizował ucieczkę do NRF-u! -?Mężczyzna znów
zawiesił głos, wyraźnie stawiając opór milicjantom próbujących zmusić
go, by usiadł. -?Zaraz parę miesięcy po jej morderstwie -?podjął po
chwili. -?Jest do dzisiejszego dnia w NRF-ie z mężem i z dzieckiem. Ten
sam smyk Wiktor Gawryluk ze Służby Bezpieczeństwa! Tego w prasie nie
napiszą.
Dowódca konwojentów dał znak, milicjanci chwycili oskarżonego pod ręce i z trudem wywlekli z ławki. Mężczyzna szamotał się, nogami próbował
zaprzeć się o barierkę, ale milicjanci okazali się silniejsi. Powlekli
oskarżonego w stronę drzwi, ten jednak nie dawał za wygraną i dalej
krzyczał:
-?Całą prawdę mówię! Nie martw się, Zdzichu! Nie martw się! Proszę, za
prawdę to się wyprowadza z sali. To jest Polska i praworządność! -
Ostatnie, ledwo słyszalne słowa dobiegły już z korytarza.
Na sali zapanowała kompletna cisza, ludzie siedzieli jak sparaliżowani.
Dopiero po chwili zaczęli szeptać między sobą. Joachim wyłowił czyjeś
słowa:
-?To Jan Marchwicki, ten z uniwersytetu. Profesor!
Niektórzy z podziwem kiwali głowami, że nie bał się wykrzyczeć takich
rzeczy, inni oburzali się na bezczelnego bandytę, który śmie cokolwiek
mówić i próbuje zwalać winę na innych. Przytłumiony gwar narastał,
ludzie nie zwracali już uwagi na milicjantów ani na oskarżonych, do
których docierały urywki rozmów. Kilka minut później sala jeszcze raz
zamarła. Milicjanci ponownie wprowadzili Jana Marchwickiego i gdy tylko
znalazł się na miejscu, rozległ się głos woźnego:
-?Proszę wstać, sąd wchodzi!
Ludzie poderwali się z hałasem z krzeseł. Sędziowie i ławnicy spokojnie
zasiedli za stołem na scenie. W głowie Joachima znów ożyły wspomnienia.
Minęły już cztery lata od czasu, gdy sam siedział na ławie oskarżonych.
Był przerażony i skołowany, nie miał zielonego pojęcia, co go czeka.
Wszystko potoczyło się bardzo szybko, zanim cokolwiek do niego dotarło,
sędzia ogłosił, że skazuje go na trzy lata pozbawienia wolności. Nie
bardzo wiedział, co to znaczy, po czterech miesiącach w areszcie
śledczym wyobrażał sobie, że zakład karny nie może być gorszy, jednak
okazało się, że może. Nagle coś ścisnęło mu żołądek, tak samo jak wtedy.
W ustach poczuł słodkawy smak, fala gorąca uderzyła mu do głowy, a skronie zaczęły pulsować. Zrobiło mu się słabo, z trudem łapał
powietrze.
-?Proszę usiąść! -?wezwał zebranych woźny i znów podniósł się gwar.
-?Chciałem prosić o głos jako... -?powiedział Jan Marchwicki i poderwał
się z miejsca, zmagając się z powstrzymującymi go milicjantami.
-?Proszę oskarżonego. -?Przewodniczący składu sędziowskiego jednym
skinieniem ręki ukrócił kolejną przepychankę. Jan Marchwicki stanął
trzymany za ramiona przez mundurowych, którzy przestali go szarpać.
-?Oskarżonemu będzie udzielony głos w odpowiedniej chwili.
-?Ja tylko chciałem przeprosić Wysoki Sąd -?mówił Marchwicki, nie
czekając na pozwolenie. -?Bo mnie zirytowały fałszywe dane w prasie,
podane przez redaktora "Trybuny Robotniczej". Zdenerwowałem się i tutaj,
wszedłszy na salę, powiedziałem fakty prawdziwe, tylko nie we właściwym
czasie. I za to chciałem przeprosić.
Sędzia nie zwrócił na niego uwagi i zaczął spokojnie mówić.
-?Otwieram posiedzenie sądu wojewódzkiego, na sesji w Domu Kultury
Zakładów Cynkowych w Katowicach. Rozpoznawana będzie sprawa Zdzisława
Marchwickiego i innych oskarżonych o przestępstwa zabójstwa, usiłowania
zabójstwa, pomocnictwa, podżegania do zbrodni oraz całego szeregu innych
przestępstw z całego kodeksu karnego. Sąd uprzedza strony, prokuratorów,
obrońców oraz zawiadamia oskarżonych, że cała rozprawa jest rejestrowana
na taśmie magnetofonowej. W związku z tym, w razie zabierania głosu,
proszę strony o posługiwanie się mikrofonami.
Sędzia monotonnie i beznamiętnie odczytywał kolejne zarzuty. Zdzisław
Marchwicki wstał i teraz Joachim zorientował się, że to ten mężczyzna ze
skrzywionym nosem jest "wampirem". Był niski i robił nieciekawe
wrażenie. Spokojnym, opanowanym głosem dwadzieścia razy z rzędu
powtarzał:
-?Nie przyznaję się!
I dopiero kiedy padło pytanie, czy przyznaje się do kradzieży, odparł
zdecydowanie:
-?Tak!
Sędzia zapytał jeszcze o znieważenie funkcjonariuszy na służbie i wtedy
Marchwicki uśmiechnął się:
-?Coś tam powiedziałem, ale żeby znieważyć? Niech będzie, że
znieważyłem. -?Wzruszył ramionami i nie czekając na pozwolenie, usiadł.
Przewodniczący składu odczytał zarzuty dla kolejnych oskarżonych,
Henryka, Jana, Haliny Flak, Zdzisława Flaka i Józefa Klimczaka. Joachim
już tego nie słuchał. Wpatrywał się w zastygłą twarz Zdzisława
Marchwickiego i zastanawiał się, czy ten niepozorny, wątły mężczyzna
może być tym straszliwym mordercą? Czy to rzeczywiście on uderzał ofiary
w tył głowy i roztrzaskiwał im czaszki?
Po odczytaniu wszystkich zarzutów ogłoszono pół godziny przerwy i publiczność odetchnęła, tak jak w wojsku po podaniu komendy "spocznij".
Zaczęły się gorączkowe dyskusje, bo każdy miał coś do powiedzenia, i tylko Joachim milczał, przysłuchując się rozmowom.
-?Po co tracić na takich czas? Powiesić bandytów! Na szubienicę! -
emocjonowali się jedni. Inni uspokajali, że tak nie można, że po to jest
sąd, by orzec winę i karę, ale i ci nie mieli najmniejszych wątpliwości,
że na ławie oskarżonych siedzi morderca i pomocnicy.
Po przerwie głos zabrał prokurator, łysiejący mężczyzna o wystających
przednich zębach, który wstał i zaczął odczytywać akt oskarżenia.
Marchwickich porównywał do rodziny Corleone, a Zdzisława nazwał
hurtownikiem zbrodni, który "w celu pozbawienia życia i zaspokojenia
swego popędu seksualnego zadał ofierze kilka ciosów tępym narzędziem".
Słowa prokuratora wywoływały poruszenie wśród publiczności, natomiast
Zdzisław Marchwicki przysłuchiwał się opisom zbrodni bez emocji. Joachim
obserwował go, starając się wyczytać coś z jego twarzy. Na próżno.
Wampir wydawał się nieobecny, wpatrywał się uparcie w jakiś punkt za
oknem i zachowywał tak, jakby całe to przedstawienie wcale go nie
dotyczyło. Jakby znalazł się tu przypadkiem, jak jedna z pięciuset osób
zasiadających na widowni.
Było wpół do czwartej, gdy Joachim z ulgą wyszedł na świeże powietrze.
Był zawiedziony. Czekał na tę rozprawę, rozmyślał o niej godzinami, a zobaczył coś, czego się nie spodziewał. Człowiek okrzyknięty największym
zbrodniarzem w historii Polski wydawał mu się zupełnie niegroźny i on
sam mógłby z łatwością sobie z nim poradzić. W szkole wiele razy bił się
z chłopakami, a i jako dorosły nie unikał bijatyk i gdy dochodziło do
pyskówki, walił pierwszy, nie czekając, aż ktoś uderzy. A Marchwicki
wyglądał na takiego, co to muchy nie skrzywdzi. Czy ktoś taki mógł być
największym mordercą w historii Polski?
I tak, wspominając dawne czasy, Joachim dojechał do Piekar Śląskich,
zjadł przygotowany przez matkę obiad, wypił butelkę piwa i położył się
spać. Musiał odpocząć przed nocną szychtą, ale nie mógł zasnąć. W głowie
wciąż kołatały mu się wspomnienia z sali sądowej, ale nie tej z ostatniej rozprawy, lecz z jego własnej. Nadal czuł żal do tamtej
dziewczyny. Może gdyby przeprosił, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale
nie zrobił tego. Uważał, że nie miał za co. Ot, takie wygłupy, trochę
dotykania. Właściwie nic się nie stało, a ona narobiła krzyku i oskarżyła ich o gwałt. Ich, bo byli we trzech. I dlatego wyrok okazał
się taki surowy. Sędzia uznał, że była to próba gwałtu zbiorowego.
Mówi się, że wojsko zmienia chłopaka w mężczyznę. Joachim nie był w wojsku, zaraz po szkole poszedł do pracy w kopalni; nie objął go
jesienny pobór, z czego był nawet zadowolony. Niestety radość nie trwała
długo, bo przez tę głupią Emilkę, mając zaledwie osiemnaście lat, trafił
do więzienia, z którego po półtora roku wyszedł za dobre sprawowanie.
Ale był już kimś zupełnie innym. Nie zmieniło go wojsko, lecz więzienie.
W kogo? Tego nie wiedział, wciąż zastanawiał się, kim jest. Coś go
ciągnęło do kobiet, chciał je dotykać, poczuć ich ciała, ciepło,
zapachy, a jednak, gdy wyobrażał sobie, że jest z którąś blisko,
ogarniał go gniew.
W końcu zasnął.
2. Katowice, wtorek, 16 lutego 2016 roku
2
Katowice, wtorek, 16 lutego 2016 roku
Mimo wczesnej pory przy wejściu do Sądu Okręgowego w Katowicach ruch
jest niemały. Pcham ciężkie drzwi. Tuż za nimi stoi rodzina z dzieckiem,
zimny wiatr wdziera się do przedsionka i mężczyzna patrzy na mnie
wściekły.
-?Tu ciągle piździ na tym jebanym hanysowie.
Jak niewiele trzeba, by odróżnić gorola z Zagłębia Dąbrowskiego od
hanysa z Górnego Śląska. Ich wzajemna niechęć jest tak stara, że nikt
już chyba nie wie, o co w niej właściwie chodzi. Czekam chwilę w kolejce. Opróżniam kieszenie, wyjmuję portfel, telefon, klucze, a nawet
bilon. Wszystko do pudełka. Plecak na taśmę i do prześwietlarki bagażu.
Jest problem, bo jak zawsze mam przy sobie scyzoryk.
-?Broń musi pan zostawić w depozycie.
Próby protestu nie odnoszą skutku. Scyzoryk to broń. Czytelnia jest na
parterze, kilka kroków od wejścia, ale najpierw muszę wejść na drugie
piętro i załatwić formalności u pani Anety w sekretariacie V Wydziału
Karnego. W latach siedemdziesiątych sprawę prowadził Wydział IV, ale od
tego czasu zmieniły się numery wydziałów i sal sądowych. Ludzie też się
zmienili, dzisiaj mało kto z pracowników sądu pamięta tamte głośne
procesy. Na szczęście wniosek o udostępnienie akt procesowych złożyłem
kilka miesięcy wcześniej i nie będzie trudności z wglądem do dokumentów.
Czytelnia to duże, jasne pomieszczenie, kilkanaście małych stolików. Na
końcu sali, na podwyższeniu przypominającym katedrę, stoją monitory. Za
nimi dwie panie, którym nie muszę się przedstawiać. Znamy się od dwóch
lat, bo pisząc poprzednią książkę, spędziłem w tej sali sporo czasu.
Pokazuję zgodę prezesa sądu. Wszytko jest w porządku, mogę dostać
zamówione materiały. Kilka minut później pracownik archiwum przywozi na
wózku stos zakurzonych tomów.
Akta główne to dwadzieścia trzy opasłe teczki. Niewiele. Brakuje aktu
oskarżenia, protokołów rozpraw, wyroku z uzasadnieniem i apelacji. Nie
ma też tomu dwudziestego drugiego, który przed rokiem jeszcze był.
Przeglądałem go przy okazji, gdy czytałem akta sprawy Marchwickiego. W tomie dwudziestym drugim znajdowały się dowody rzeczowe, pamiętam mały
notesik w plastikowej oprawce, w którym Joachim zapisał kaligraficznym
pismem listę książek w swojej biblioteczce. Była też legitymacja
studencka jednej z ofiar, jakiś grzebień, bilety komunikacji miejskiej.
Pytam o ten tom. W archiwum sprawdzają, ale nie ma. Proszę, aby jeszcze
raz sprawdzili, może ktoś omyłkowo położył na innej półce. Wykluczone.
Niedawno była inwentaryzacja. Gdyby leżał w innym miejscu, toby od razu
zauważono. Co się stało? Nikt nie potrafi powiedzieć. Akta
Marchwickiego, Arnolda i Knychały ciągle ktoś przegląda. Nie ma
miesiąca, by jakaś telewizja nie chciała zrobić paru ujęć do filmu
dokumentalnego. Niedawno było BBC czy CBS. Pytanie, co się stało z pozostałymi tomami. Ile ich właściwie było? Tego nie uda się już
ustalić. Trzeba zająć się tym, co jest.
3. Piekary Śląskie, niedziela, 6 października 1974 roku
3
Piekary Śląskie, niedziela, 6 października 1974 roku
Joachima obudził ból głowy. Przez chwilę zastanawiał się, jaki jest
dzień i czy nie zaspał do pracy. Z trudem przełknął ślinę i jak przez
mgłę dotarło do niego, że wczoraj była sobota. "Skoro tak, to dzisiaj
jest niedziela" -?pomyślał, nie otwierając oczu. Co nie znaczyło, że nie
idzie do pracy. Kopalnia nigdy nie śpi, pracuje świątek, piątek, w dzień
i w nocy. Co osiem godzin kolejna grupa mężczyzn wtłacza się do
szoli3 i zjeżdża pod ziemię fedrować węgiel dla socjalistycznej
ojczyzny. Joachim nie otwierał oczu, zaciskał nawet mocniej powieki,
walcząc ze światłem, które próbowało wedrzeć się do jego obolałej głowy.
-?Dzień dobry -?usłyszał ciepły głos Haliny. -?Stawej. Zrobia ci
smażonke. Taką, jak lubisz.
Poczuł, jak Halina kładzie się obok niego.
-?I coś ty wczoraj z sobą zrobił? -?zapytała, nie oczekując raczej
odpowiedzi.
Teraz dopiero sobie przypomniał. Wczoraj wziął ślub w piekarskiej
bazylice, z czym było sporo zachodu, załatwiania, bo on ewangelik, a Halina -?katoliczka. Mogli pójść tylko do urzędu stanu cywilnego, ale
ona uparła się na kościół i tyle. Jak się baba uprze, to rady nie ma.
Ale jakoś pozałatwiali wszystko. Sporo ludzi przyszło, jego rodzina z Bytomia, z którą rzadko się widywał, trochę znajomych i delegacja z kopalni. Przyjęcie zrobili w Ludowej przy Bytomskiej. Może nie był to
najelegantszy lokal w Piekarach, ale za to niedrogi. Niestety pamiętał
tylko początek wesela, dalsze wspomnienia się zacierały, aż wreszcie
urywały się na dobre. Nie wiedział nawet, jak znalazł się w domu, na
osiedlu Wieczorka.
-?Stawej, Achim. -?Halina pogładziła go po głowie. -?Już połednie. Dyć
zaroz przijdum na poprawiny. Napraliście się i ześ zaprosiół łojca ze
szwagrami.
Joachim podniósł się z trudem. Głowa bolała jak cholera, z czego
wywnioskował, że rzeczywiście musiał sporo wypić. Dopiero teraz
zauważył, że spał w odświętnej koszuli. Zdjął ją przez głowę, nie
rozpinając guzików, i rzucił na łóżko. Podniósł wiadro i nalał wody do
metalowej miednicy ustawionej na krześle.
-?Poczekej, naleja ci gorki wody. -?Halina poderwała się w stronę
kuchenki.
-?Niy trza. -?Zatrzymał ją machnięciem ręki. -?Wola zimno.
Uśmiechnęła się.
-?To zrobia ci ta smażonka.
Obmył się, wytarł wiszącym na oparciu krzesła ręcznikiem, potem wziął
metalowy kubek, zaczerpnął wody z wiadra i wypił jednym haustem. Tak
łapczywie, że woda uciekała bokiem, spływając mu po brodzie.
-?A muterka kaj? -?zapytał, siadając przy stole.
-?Spała u kumy, eszcze niy prziszła.
Patrzył, jak wbijała jajka i mieszała, żeby się nie przypaliły. Wolał
taką lejącą się, nie do końca ściętą. Wreszcie Halina postawiła przed
nim patelnię i zabrała się do krojenia chleba.
-?Wiysz -?urwała, patrząc na niego. -?Musisz coś wynokwić. Jo tak dali
niy dom rady. Niy chca miyszkać na kupie. -?Podała mu pajdę chleba.
Jadł, nie podnosząc głowy, a Halina nie odrywała od niego wzroku.
-?Tyś jest jedynok i łona mie niy lubi, boch cie ji zabrałach. A do tego
jo jest katoliczka i Polka.
-?Żeś katoliczka, to prowda, ale czy Polka? A fto to wiy, kiery tu jest
Polokym, Niemcym czy Słowakym? Pomyśl trocha. Ty z doma żeś jest Hornik.
Czy to polskie nazwisko? -?Zaśmiał się. -?Jo tyż niy wiym, kim żech
jest. Starka Niemka, mutra Niemka, a łojciec już Polok i tyż katolik.
Ale mosz recht, Halina. Łona cie nie lubi. Tyla, że łona nikogo nie
lubi.
Halina patrzyła, jak skórką z chleba wycierał patelnię, zbierając
resztki jajecznicy. Widać było, że mu smakuje, i poczuła, że jest
szczęśliwa. Wreszcie miała kogoś, kto się nią zaopiekuje. Zawsze marzyła
o normalnym domu, w którym będzie rodzinne ciepło i uczucia, o tym
wszystkim, czego brakowało jej w dzieciństwie. Ojciec zmarł, gdy miała
kilka lat, matka szybko ponownie wyszła za mąż, urodziły się kolejne
dzieci, dwóch braci i siostra. Przyrodnie rodzeństwo. Ojczym, Jerzy
Gawron, nie był złym człowiekiem, nie bił jej, ale postępował surowo.
Niby od wszystkich wymagał tyle samo, ale Halina czuła, że ją traktuje
inaczej. Nie kochał pasierbicy i nie okazywał uczuć, tak jak swoim
dzieciom. Gdy poznała Joachima poczuła coś, czego nie doświadczyła nigdy
wcześniej, a teraz, po ślubie chciała tylko jednego: żeby mieszkali
sami. Wiedziała, że to nieproste, że mieszkań nie dawali tak od ręki.
Fakt, Joachim miał większe szanse, jak każdy górnik. Gdyby zaszła w ciążę, to kopalnia szybko by im coś znalazła, ale nie chciała tułać się
z dzieckiem, póki nie dostaną własnego kąta. Wolała poczekać. Aby było
normalnie, po kolei. W końcu naczekała się już tyle lat na to wymarzone
życie, to może wytrwać jeszcze trochę. Wiedziała, że będzie dobrze.
Jeszcze tylko trochę cierpliwości.
4. Bytom, sobota, 2 listopada 1974 roku
4
Bytom, sobota, 2 listopada 1974 roku
Politechnika Gliwicka uchodziła za najlepszą uczelnię techniczną na
Śląsku. W Gliwicach był też najfajniejszy klub studencki Gwarek.
Studenci dojeżdżający z Bytomia zazdrościli tym z Gliwic, że wieczorami
mają się gdzie zabawić. I z tej zazdrości postanowili otworzyć własny
klub. Kilku zapaleńców wyprosiło w radzie narodowej lokal przy ulicy
Moniuszki. Otwarcie planowano na Barbórkę 1968 roku, ale, jak to zwykle
bywa, trudności obiektywne spowodowały opóźnienie. I dopiero dwa
miesiące później, 28 stycznia 1969 roku, nastąpiło otwarcie uświetnione
występem artystów krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Wcześniej jednak
zorganizowano plebiscyt na nazwę klubu. Wygrał pyrlik, czyli młotek
używany w kopalniach, który razem z żelazkiem jest w górniczym herbie.
Do Pyrlika przychodzili nie tylko studenci, stał się najmodniejszym
miejscem wśród bytomskiej młodzieży i wkrótce otrzymał nową, większą
siedzibę, przy Jagiellońskiej.
Jesień 1974 roku była w Polsce wyjątkowo brzydka. 2 listopada lało, wiał
silny, zimny wiatr, ludzie kulili się pod parasolami i starali się czym
prędzej schronić w domach. W Pyrliku, gdzie mimo fatalnej aury panowała
gorąca atmosfera, przy jednym ze stolików siedziały trzy ładne
wystrojone i mocno nadąsane dziewczyny. Przed nimi stało kilka
kieliszków wina i szklanki z oranżadą. Nie odzywały się, widać było, że
coś zepsuło im humor, nawet nie spojrzały na eleganta w modnej koszuli
non iron, który do nich podszedł.
-?Maria! -?powiedział chłopak i popatrzył z wyrzutem na jedną z dziewczyn. -?Przecież jest sobota, można trochę wypić.
Maria siedziała z twarzą zwróconą w stronę tańczących.
-?Dobra, jak chcesz. Ja idę do chłopaków. -?Odwrócił się i odszedł w stronę stolika, przy którym siedziało kilku świetnie bawiących się
młodzieńców.
-?Maria, Maria, zawsze to samo! -?Spojrzała na koleżanki. -?"Przecież
jest sobota!" -?powtórzyła, przedrzeźniając głos chłopaka. -?A potem nie
wie już, jak się nazywa. Mam dość. Jak chce pić z kumplami, to niech
pije. Ja idę do domu.
-?Maria, daj spokój -?próbowała ją uspokoić Jolka.
-?Posiedź jeszcze trochę. Jeszcze pół godzinki i pójdziemy razem. -
Krystyna wsparła siostrę.
-?Przepraszam, ale muszę się przewietrzyć.
Wstała i z podniesioną głową przeszła obok stolika, przy którym siedział
Włodek z kumplami. Nawet na niego nie spojrzała. Była zbyt dumna, a może
uznała, że nie może się ugiąć. Sama nie lubiła alkoholu, piła rzadko, co
najwyżej kieliszek słodkiego wina i przeszkadzała jej woń bijąca od
pijanych, a jeszcze bardziej pijackie zachowanie. Oddała numerek w szatni, włożyła płaszczyk i wyszła na ulicę. Było zimno, siąpił drobny
deszcz, uszła zaledwie kilka kroków, gdy usłyszała za sobą głos Włodka.
-?Maria, proszę cię. -?Chłopak podbiegł i chwycił ją za ręce. -?Zostań,
przecież jest byczo.
-?Byczo?! -?prychnęła drwiąco z irytacją w głosie. -?Może tobie jest
byczo. Ja przyszłam potańczyć, a nie pić wódkę.
-?No ale, jak wypijemy, to potańczymy...
-?Włodek! -?zdenerwowała się Maria, wyszarpując ręce z jego dłoni. -
Siedzimy tu od siódmej, jest wpół do jedenastej i jeszcze nie
zatańczyliśmy. Do której mam czekać?
Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Chłopak postał chwilę, aż wreszcie
machnął ręką i wrócił do klubu, Maria natomiast skręciła w opustoszałą
ulicę Katowicką. Idąc szybkim krokiem, przecięła plac Kościuszki. W gmachu sądu świeciło się tylko na parterze, tuż przy wejściu. Ale w prokuraturze jeszcze ktoś pracował, bo na pierwszym piętrze w kilku
oknach paliło się światło. Wchodząc w Bieruta, przystanęła na
krawężniku, spojrzała na zegar na wieży kościoła Świętej Trójcy. Była za
pięć jedenasta. Ulicą przejechała taksówka, na którą w pierwszej chwili
nie zwróciła uwagi, ale kątem oka dostrzegła, że siedzący z tyłu pasażer
odwrócił się nagle i spojrzał w jej stronę. Poczuła się dziwnie. Nie,
strach jej nie obleciał, ale czuła jakby dotknięcie tego wzroku.
Wciągnęła do płuc zimne powietrze, odwróciła się na pięcie i tą samą
drogą skierowała się w stronę Pyrlika.
-?A wy, Zaborowiczówny, co? Dalej tak siedzicie? -?Popatrzyła na
koleżanki tkwiące na tych samych miejscach, na których je zostawiła.
Spojrzały na nią wymownie.
-?Dobra, miałaś rację, idziemy -?powiedziała jedna z sióstr, patrząc w roześmiane tryumfalnie oczy Marii. -?Oni rzeczywiście tu przyszli tylko
się napić.
Siostry wstały i wszystkie trzy przeszły przed stolikiem chłopaków,
zaczepnie kręcąc pupami. W szatni roześmiały się, licząc, że ten pokaz
zrobił odpowiednie wrażenie. Wzięły płaszcze i śmiejąc się, wyszły na
ulicę, a zaraz za nimi wybiegło dwóch, najwyżej dwudziestoletnich,
kawalerów.
-?Już idziecie? Przecież impreza dopiero się rozkręca! -?przekonywał
jeden z nich.
-?Dla nas się już skręciła -?odparła ze złością Jola. -?Tak, idziemy i życzymy miłego rozkręcania.
Dziewczyny oddaliły się, zostawiając przed Pyrlikiem zaskoczonych
chłopaków. Przestało padać, ale wiatr przybierał na sile. Szły szybkim
krokiem, w milczeniu. I choć żadna nie powiedziała tego na głos, dobrze
wiedziały, że lepiej wracać tramwajem. Zatrzymały się na przystanku przy
Sądowej. W ciasnej uliczce między wysokimi kamienicami podmuchy wiatru
jeszcze bardziej dawały im się we znaki. Prowizoryczny daszek okazał się
marnym schronieniem, schowały się więc za kioskiem Ruchu. Zbiły się w ciasną gromadkę i chuchały w zmarznięte dłonie. Bruk lśnił w świetle
latarni oświetlających wąską jezdnię przeciętą torowiskiem.
-?Cholera, ale zimno! -?poskarżyła się Kryśka, rozcierając dłonie. -
Maria, albo założysz tę czapkę, albo mi ją daj, to ja ją założę. Nie ma
co już zgrywać elegantki. Chrzanić fryzurę.
Maria bez słowa wyjęła z kieszeni wełnianą czapkę i wcisnęła ją na
głowę, niszcząc misternie uformowane loczki. Niewielka strata. I tak
były już mocno potargane wiatrem.
-?O jedzie -?rzuciła Jolka, która pierwsza dostrzegła tramwaj, bo stała
twarzą w kierunku, z którego miał nadjechać.
-?Byle nie "dziewiętnastka". Do Radzionkowa się nie wybieramy -?mruknęła
pod nosem Krystyna.
-?Jedziemy. To trzydzieści jeden. -?Jolka odetchnęła z ulgą.
Motorniczy zaczął hamować z okropnym hałasem i w końcu tramwaj zatrzymał
się na przystanku. Przednie drzwi wolno odsunęły się na bok, ale kiedy
dziewczyny chciały wsiąść, drogę zastąpiła im konduktorka w mundurze.
-?Do zajezdni zjeżdżamy. Na Stroszek -?oświadczyła z ulgą, bo pewnie
miała już dość jazd po mieście w taką pogodę. -?Więc jak panienki chcą w tamtą stronę, to zapraszam.
Stały z zawiedzionymi minami, patrząc na nią z wyrzutem, taką miały
nadzieję, że podjadą ten kawałek.
-?To jedziemy, panie Alojzy -?rzuciła w stronę motorniczego konduktorka
i zniknęła we wnętrzu wozu.
Tramwaj ruszył i po chwili ciszę znowu przerywały już tylko podmuchy
wiatru. Postały jeszcze z dziesięć minut, narzekając na chłopaków i nieudany wieczór, i w końcu postanowiły iść piechotą. Przeszły wolno
wzdłuż muru więzienia, oglądając się za siebie z nadzieją, że coś jednak
nadjedzie, ale nie, żaden tramwaj się nie pojawiał. Skręciły za róg,
porzucając na dobre przystanek na Sądowej i przyspieszyły kroku, bo do
następnego był spory kawałek. Po przejściu pięćdziesięciu metrów
znalazły się na ulicy Bieruta, jasno oświetlonej żółtym światłem
padającym z lamp sodowych umieszczonych na wysokich słupach. Minęły
przystanek, ale o tramwaju nadal nie było co marzyć, więc szły dalej,
oglądając się wciąż za siebie.
Obok kąpieliska miejskiego Maria kolejny raz się odwróciła i w mroku,
pod drzewami na obrzeżu parku Świerczewskiego, zauważyła jakąś postać,
chyba faceta. Znajdował się jakieś sto metrów za nimi i z tej odległości
nie umiała nawet dostrzec, czy to mężczyzna, czy może jednak kobieta.
Jej uwagę zwrócił rozkołysany, chwiejny, jakby marynarski chód. Szanse
na tramwaj rozpłynęły się zupełnie, kiedy minęły kolejny przystanek, bo
nawet gdyby nadjechał, to na następnym i tak musiałyby wysiąść. Kilka
minut później zatrzymały się przy skrzyżowaniu, z odchodzącą w prawo
ulicą Łużycką, przy której mieszkały Zaborowiczówny. Umówiły się, że
jutro, a właściwie dzisiaj, bo było już po północy, pójdą razem na
jedenastą do kościoła. Gdy tak rozmawiały, nieznajomy minął je chwiejnym
krokiem. Okazał się młodym, schludnie ubranym mężczyzną. Szedł ze
spuszczoną głowę i wyglądał na zawstydzonego, jakby nie chciał albo się
bał spojrzeć dziewczynom w oczy. Siostry pożegnały się z Marią i zniknęły pomiędzy domami. Od skrzyżowania z Łużycką miała do domu
jeszcze dwieście metrów. Bloki kopalni Dymitrow stały przy Bieruta,
trochę w głębi, oddzielone od ulicy linią drzew. Przeszła na drugą
stronę pustej jezdni. Osiedle znała dobrze, mieszkała tu już kilka lat,
ale mimo wszystko wolała iść wzdłuż oświetlonej ulicy, niż zapuścić się
w ciemny labirynt uśpionych o tej porze budynków. Jeszcze godzinę temu
musiało tu być mnóstwo górników wracających z wieczornej szychty, teraz
jednak na osiedlu nie było nikogo.
Skręciła w lewo, minęła kiosk Ruchu, przystanek autobusowy i wtedy
zorientowała się, że ktoś za nią idzie. Przyspieszyła kroku. Od
czteropiętrowego bloku zbudowanego z wielkiej płyty dzieliło ją tylko
pięćdziesiąt metrów. Jeszcze chwila. Szła coraz szybciej i w końcu
zaczęła wspinać się po nieoświetlonych schodkach. Gdy kilka godzin
wcześniej wychodziła z domu, światło nad wejściem jeszcze się paliło.
"Znowu spalona żarówka" -?pomyślała, naciskając klamkę drzwi do klatki
schodowej, które otworzyły się ze skrzypnięciem zawiasów. W przedsionku
panował mrok, bo i tu żarówka była popsuta, i to od kilku tygodni.
Zamknęła za sobą drzwi, zaczęła śpiesznie wchodzić na parter i wtedy
usłyszała, że ktoś mocuje się z klamką. Obcy zawsze mieli problemy z tymi drzwiami, bo budowlańcy odwrotnie je założyli -?zamiast na
zewnątrz, otwierały się do środka. Wreszcie puściły i ponownie
zgrzytnęły zawiasami.
W słabym świetle docierającym z lampy na parterze dostrzegła tylko
sylwetkę i serce zabiło jej mocniej. Zostało jej jeszcze tylko jedno
piętro. Pokonała pięć schodów i odwróciła głowę. Dwa stopnie niżej stał
ładny chłopak w jej wieku. Miał czarną kurtkę, spod której wyzierała
biała koszula i zawiązana na szyi apaszka. Uśmiechnął się, pokazując
równe, białe zęby. "To pewnie jakiś nowy sąsiad, którego nie znam" -
przemknęło jej przez myśl, odetchnęła z ulgą i odpowiedziała ciepłym
uśmiechem.
Następnie odwróciła się, spokojnie postawiła nogę na kolejnym stopniu i wtedy poczuła potworny ból w tyle głowy. Czapka zsunęła się i upadła na
posadzkę. Dziewczyna zachwiała się, oparła o ścianę, by nie upaść, i spojrzała na chłopaka jeszcze raz. Teraz się już nie uśmiechał, patrzył
zimnym, pozbawionym jakichkolwiek emocji wzrokiem i oddychał ciężko.
-?Ratunku! -?krzyknęła przeraźliwie i poczuła, jak schody usuwają się
jej spod stóp. Upadała, wciąż krzycząc: -?Ratunku, pomocy!
Chłopak rzucił się do ucieczki, znowu przez chwilę mocował się z drzwiami, bo widocznie zapomniał, że otwierają się do środka, w końcu
pokonał przeszkodę i zniknął w ciemnościach. W tym samym momencie
otworzyły się drzwi mieszkania na pierwszym piętrze, na klatkę wybiegł
ojciec Marii i podniósł przerażoną dziewczynę.
-?Tato, tam, on mnie uderzył, chciał zabić! -?Dławił ją płacz, słowa
więzły jej w ustach, zachłystywała się powietrzem. Chwyciła rękami za
tył głowy, a potem spojrzała na zakrwawione dłonie. Ojciec popędził po
schodach, wybiegł przed blok, ale nikogo tam nie zobaczył. Za nim
przybiegło kilku sąsiadów.
-?Jorguś, co sie stało?! -?krzyknął krzepki, wysoki brunet z siekierą w ręku.
-?Niy wjym. Jakiś skurwiel sie ciep na Mari.
-?Chopy, drzwi do pywnicy łotwarte. Możno tam się skruł! -?wrzasnął
jeden z sąsiadów.
Jorg wyrwał siekierę z rąk kolegi i wpadł do piwnicy. Pozostali pobiegli
za nim. Nikogo nie było.
5. Katowice, wtorek, 8 kwietnia 1975 roku
5
Katowice, wtorek, 8 kwietnia 1975 roku
"Szóstka" zatrzymała się na przystanku przy katowickim rondzie.
Szczupły, wysoki chłopak wyskoczył z wozu i puścił się biegiem w stronę
przejścia podziemnego.
"Cholera, jak się spóźnię, to Ochman nie zostawi na mnie suchej nitki",
myślał gorączkowo, dobiegając do schodów. "Po drugiej stronie złapię
trzynastkę, tylko bilet muszę kupić. W kiosku w przejściu podziemnym.
Jak mi się uda, to za dziesięć minut będę na Wełnowcu. Dam radę",
przekonywał się w duchu. "Całe szczęście, że zbudowali te tunele, bo na
światłach musiałbym stać i stać". Jeszcze tylko trzy susy po schodach.
Pierwszym pokonał cztery schody, drugim tyle samo i wybił się w górę,
oceniając starannie tor ostatniego skoku. Miał to przećwiczone, zawsze
skakał w tym miejscu. Ale tym razem coś poszło nie tak. Będąc już w powietrzu, zorientował się, że nie ma kratki ściekowej, na której tyle
razy lądował. Przeraził się, ale nic już nie mógł zrobić. Kiedy noga
wpadła w otwór, usłyszał chrupnięcie w kostce i całym ciężarem ciała
poleciał do przodu. Puścił teczkę, zdążył jeszcze zasłonić głowę rękami
i upadł z łoskotem na granitowe płytki, roztrącając przechodniów
spieszących w przeciwną stronę.
-?Pierunie jeden! -?krzyknęła kobieta w chustce na głowie i z koszem jaj
w ręku. -?Uważaj, bo ludzi pozabijasz. Pędzi taki jak wariat i na innych
nie patrzy.
Dźwignął się na kolana. Z bólu łzy stanęły mu w oczach, ktoś podał mu
teczkę, ktoś inny złapał go pod ramię i podniósł.
-?Cały pan jest? Żyjesz pan? -?dopytywał facet w kolejarskim mundurze.
Spróbował obciążyć lewą nogę i poczuł przeraźliwy ból.
-?Chyba żyję. Dziękuję -?odparł i pokuśtykał w stronę kiosku. "Teraz
bilet muszę kupić", myślał gorączkowo. "Brakuje tylko, żeby mnie kanar
złapał, wtedy to już nie dotrę przed dwunastą. Taki wstyd. Mecenas
Kokoszka nic nie powie. Wiadomo, wypadek, ale Ochmana to nie obchodzi. I w "Trybunie" napiszą, że proces stulecia zawieszony, bo jakaś sierota
adwokat się spóźnił".
Na szczęście "trzynastka" nadjechała w samą porę. Pięć minut przed
czasem mecenas Kazimierz Wójcicki, aplikant obrońcy Józefa Klimczaka,
jednego z oskarżonych w procesie "Wampira z Zagłębia", wszedł do budynku
Domu Kultury przy Zakładach Cynkowych Silesia.
-?Przepraszam pana -?zaczepił młodego chłopaka z długimi włosami w amerykańskiej kurtce wojskowej, który ze zwojem kabla wszedł właśnie
głównym wejściem. -?Może mi pan pomóc? Skręciłem nogę.
Tamten chwycił go pod ramię i pomógł wejść na stopnie. Powoli wdrapali
się na pierwsze piętro.
-?Dziękuję -?powiedział Wójcicki. -?Ja już tutaj, tu są pomieszczenia
dla obrońców, jestem adwokatem.
-?Spokojnie, pomogę, ja też tutaj -?odparł chłopak i wskazał na drzwi
korytarza, przy których stał milicjant. -?Polskie Radio Katowice, Edek
Kozak do usług.
-?Kazimierz Wójcicki, adwokat -?przedstawił się prawnik i dodał: -?Czyli
pan redaktor?
-?Prawie -?odparł Edek. -?Na razie "przynieś, podaj, pozamiataj". Ale
wszystko w swoim czasie.
-?Fajnie. Dzięki, Edek, za pomoc. Jak coś, to wal jak w dym. Muszę
pędzić, bo jestem spóźniony. -?Pożegnał się, podając rękę, i wszedł do
pokoju z tabliczką: "Obrońcy".
-?Jesteś! No, w samą porę -?przywitał go jeden z adwokatów. -?Już się
baliśmy, że coś się stało.
-?Stało się, stało -?odrzekł Wójcicki z grymasem bólu na twarzy. -?Nogę
skręciłem.
-?Całe szczęście, że nie kark -?zaśmiał się kolega. -?W każdym razie
musisz tylko siedzieć, jakoś dasz radę. No, wkładaj togę i do roboty.
Wampir i publika czekają. Idziemy tworzyć historię socjalistycznego
sądownictwa.
6. Bytom, poniedziałek, 9 czerwca 1975 roku
6
Bytom, poniedziałek, 9 czerwca 1975 roku
Czasy świetności budynku Drugiego Komisariatu Milicji Obywatelskiej w Bytomiu dawno minęły. Niegdyś mieściła się w nim siedziba niemieckiej
policji, a miejsca nie wybrano przypadkiem, bo tuż za rogiem znajdował
się dawniej sąd okręgowy.
Po wojnie komisariat przejęła milicja i od tamtego czasu wygląd szarej
elewacji niewiele się zmienił, nie wspominając o wnętrzu. Centralnie
umieszczone wejście z dwoma pilastrami, na których wsparto belkę
pełniącą jednocześnie funkcję okapu, wyglądało nędznie i nie wzbudzało
zaufania do władzy ludowej. Ale władza wcale nie potrzebowała okazałej
siedziby. I nie chodziło jej bynajmniej o zaufanie społeczeństwa, ale
raczej o szacunek wynikający ze strachu.
Maria weszła po dwóch schodkach i nacisnęła klamkę. Pokonała jeszcze
kilka stopni, nachyliła się do okienka dyżurnego, któremu podała
nazwisko. Milicjant chwilę szukał czegoś w zeszycie, w końcu odnalazł
numer sprawy, odczytał, kto prowadzi dochodzenie, i skierował dziewczynę
na pierwsze piętro. Na korytarzu nikogo nie było. Ostrożnie zapukała do
drzwi i weszła do pokoju.
-?A, jesteście, proszę. Proszę usiąść. -?Starszy sierżant Molenda
uprzejmie wskazał jej krzesło.
Usiadła, niepewnie patrząc na milicjanta.
-?Wezwałem was, bo od tamtego zdarzenia minęło już sporo czasu. Nie było
świadków -?przerwał, spoglądając jej w oczy. -?Pani właściwie nic się
nie stało. Dobrze, że miała pani czapkę. Chodzi o przestępstwo ścigane
na wniosek poszkodowanego, więc może w tej sytuacji napisze pani
oświadczenie? Że nie wnosi pani o prowadzenie sprawy? Uniknie pani
kłopotów, przesłuchań... -?Zawiesił głos, czekając na jej reakcję.
-?Ale wszyscy mówią, że to był chyba jakiś wampir? -?Maria bardziej
stwierdziła, niż zapytała.
-?Nie ma co przesadzać. Jedyny wampir, o jakim słyszałem, siedzi obecnie
w areszcie w Katowicach na Mikołowskiej. -?Milicjant uśmiechnął się
pobłażliwie. -?Może go pani nawet zobaczyć. Rozprawy są trzy razy w tygodniu w domu kultury na Wełnowcu, przy hucie Silesia. Tylko
przepustkę trzeba załatwić.
Westchnęła przeciągle.
-?To co mam napisać? -?Podniosła na sierżanta zalękniony wzrok.
Milicjant podał jej kartkę i długopis.
-?Oświadczenie. Swoje dane i że nie wnosi pani o prowadzenie dochodzenia
-?wyliczył z ulgą w głosie. -?Tylko... -?zawahał się przez chwilę -?datę
proszę wstawić wcześniejszą, z listopada ubiegłego roku.
Po wyjściu z komisariatu ujrzała na ulicy Włodka z goździkami w ręku.
-?Marysiu -?zaczął niepewnie. -?Przepraszam. Gdybym wtedy... -?urwał. -
Powinienem był cię odprowadzić.
Opuściła głowę.
-?Gdyby wtedy się coś stało, tobym sobie nie wybaczył. Ja już nigdy. -
Zaciął się znowu i sięgnął do kieszeni. -?Już zawsze będę cię
odprowadzał. Jeśli się zgodzisz. -?W ręce miał małe pudełeczko. -?Będę
cię zawsze pilnował, żeby nikt ci nie zrobił krzywdy.
Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Teraz to Włodek był
przerażony. Pomyślała nawet, że boi się, jakby to jego napadł ten
wampir, ale jednocześnie poczuła, że teraz naprawdę będzie jej pilnował
i nie da zrobić krzywdy.
-?Chodźmy już -?powiedziała i zabrała mu z rąk pudełko. -?Muszę to
przemyśleć. Oświadczyny powinny odbyć się w domu, a nie na ulicy przed
komisariatem.
7. Piekary Śląskie, piątek, 19 września 1975 roku
7
Piekary Śląskie, piątek, 19 września 1975 roku
-?Czowiek niy wiy, ło co takymu łazi. -?Wieczorek usiadł na belkach.
-?Te, a ło co!? -?Markusik ugryzł kawałek chleba i mówił dalej z pełnymi
ustami. -?Ło baba. Jeden to sie umii poradzić. Podlyjź, zagodać. A drugi
niy. I w końcu próbuje na chama. Jak frelka niy chce, to wali w łeb i tyla.
Joachim przysłuchiwał się tej rozmowie w milczeniu. Otworzył metalowe
pudełko, w którym miał drugie śniadanie. Choć trudno mówić o śniadaniu,
bo było już po dziewiętnastej. No ale jak inaczej nazwać kanapki
zabierane do pracy? Druga kolacja? Drugi obiad? Dlatego wszyscy,
niezależnie od pory, na nocnej szychcie, albo i w dzień, siadali, aby
zjeść drugie śniadanie.
Śniadanie Achima zawsze było niespodzianką. Tak ustalili z Haliną, że
nie będzie mówiła, co przygotowała mu do pracy. A on nie pytał. Dopiero
w kopalni, na dole, gdy siadał, żeby zjeść i odpocząć, otwierał pudełko,
i miał niespodziankę: albo chleb z serem, albo chleb i kawałek kiełbasy.
Czasem jajko na twardo, koniecznie obrane, bo na dole nie było jak się
umyć, a brudnymi rękami nie dawało się obrać jajka, żeby go nie upaprać.
A czasem zdarzał się pomidor. Pomidorów nie lubił, ale nie narzekał.
Jadł, co było, zawsze w milczeniu, na uboczu. Słuchał, co mówią inni,
choć sam mógł niemało powiedzieć, bo głupi nie był i wiedział o takich
sprawach, o jakich inni pojęcia nie mieli. Od dzieciństwa sporo czytał.
Uciekał do książek, gdy było mu źle, a czytając, zapominał o wszystkim.
O podwórku, o dzieciakach, które mu dokuczały z powodu braku ojca. Albo
z powodu siniaków, gdy zebrał w domu lanie. Inni też obrywali, też mieli
siniaki i to zawsze był powód do śmiechu. Ale jego te przytyki bolały
bardziej niż cięgi od babki.
Teraz na kopalni nikt się już z niego nie śmiał. Przeciwnie, budził
respekt, cieszył się szacunkiem, bo górnicy zawsze szanują takich, co
się roboty nie boją. Jak któryś się miga od roboty, to trzeba się go
pozbyć z brygady, ludzie nie chcą robić za innych. A silny i zdrowy
Joachim nigdy się nie wymawiał od ciężkiej pracy. W wojsku nie był, choć
na pierwszej komisji wojskowej dostał kategorię A, ale potem trafił do
więzienia. Po wyjściu na wolność znowu go wezwali do Wojskowej Komendy
Uzupełnień w Tarnowskich Górach i dali kategorię D -?zdolny do służby
wojskowej w formacjach samoobrony. Nie pytał dlaczego, choć zdziwił się,
bo przecież na nic się nie uskarżał. Przyjęli go do pracy w kopalni i lekarz nic nie mówił. Myślał, że ta kategoria D to może właśnie z powodu
kopalni, bo przecież górników raczej nie brali do wojska. Górnicy mieli
fedrować, a nie biegać z karabinami po poligonie. Ale jego na tej
komisji przepytywał jakiś inny doktor, nie badał, nie miał słuchawek,
tylko zadawał głupie pytania i ciągle coś zapisywał. A potem dostał
karteczkę, że jest zwolniony od służby. Był nawet zadowolony. Rozmawiał
z chłopakami, którzy poszli na dwa lata do wojska.
-?Dwa lata przerwy w życiorysie -?mówili.
Ani rodziny założyć, ani się czego dorobić. Wszystko z opóźnieniem. Jak
wracali z woja, to inni mieli już dzieci, mieszkanie, a jak był ktoś
obrotny, to i małego fiata zdobył. A tamci nic, tylko opowieści o szorowaniu kibla i kolorowa chusta na pamiątkę przejścia do rezerwy.
Lepiej było zostać w kopalni. Robota ciężka, ale szło przywyknąć. Choć
jemu się nie poszczęściło, bo zamiast do wojska trafił do więzienia i też stracił niemal dwa lata.
-?W gazecie pisali, że zabiuł już przeszło dziesiyć bab. To co? Po
pierwszy niy wiedzioł, że tak się niy do?
-?Wiedzioł abo niy wiedzioł. -?Szeliga wytarł ręce i zabrał się za pajdę
chleba i kawałek kiełbasy. -?Ciekawe, jak łon wyglądo? Musi być pewnie
chop jak dąb?
-?Zdechlok -?odezwał się krótko Joachim. Wszyscy spojrzeli na niego.
-?A ty skąd wiysz, Achim? -?Szeliga odłożył kiełbasę i pociągnął łyk
herbaty z flaszki po wódce. -?Widziołżeś go?
-?Widziołech. -?Joachim zawinął resztę chleba w papier i schował do
pudełka. -?Bułech w Katowicach na rozprawie.
-?To co żeś nic niy godoł? Tee, godej zaroz, jak łon wyglądo -?ponaglił
Wieczorek.
-?Normalny zdechlok, do tego puklaty, nic niy godoł, ino siedzioł cicho
na ty ławce.
-?To trocha jak ty, Achim! -?krzyknął Szeliga i wszyscy wybuchnęli
śmiechem.
Achim podniósł głowę i zmierzył kolegę wzrokiem. Zrobił się czerwony ze
zdenerwowania, ale nikt tego nie zauważył, bo w chodniku panował
półmrok.
-?Szczęść Boże, chopy! -?usłyszeli głos sztygara.
-?Szczęść Boże! -?odpowiedzieli chórem, z wyjątkiem Achima, który wciąż
milczał.
-?Jest bajka4 na drugim łoddziale. Fto chce łostać, to jutro
bydzie mioł wolne. Achim! -?zwrócił się teraz wprost do Joachima. -?Ty
byś pomóg? Przenośnik pieprznął, a ty się na tym znosz lepi niż
ślusorze. Pomogesz?
Achim patrzył na sztygara przez chwilę.
-?Ja, pomoga.
KWK Andaluzja, Piekary Śląskie
Było kilka minut przed północą. Przewozy odjechały dobrą godzinę temu i Joachimowi pozostało już tylko pójść pieszo. Nie miał daleko do domu.
Radzionków od Piekar Śląskich dzieliła miedza, a właściwie linia
kolejowa do transportu węgla z kopalni Radzionków. Kopalnia co prawda
nosiła teraz imię "Powstańców Śląskich", ale póki co, nikt tak nie
mówił, bo tę nazwę nadano jej niespełna przed rokiem. Przez ostatnie sto
lat mówiło się Radzionków, więc ludzie dalej tak mówili. Po
plebiscycie w 1921 roku dwa szyby, Laura (obecnie Wit Stwosz) oraz Hugo
(Karol), pozostały w Polsce. Niemcy byli wściekli, bo nie mogli
eksploatować złóż pozostających na ich terenach, i dlatego szybko
zbudowali nową -?Beuhten Grube, co na polski tłumaczy się kopalnia
Bytom. Pola wydobywcze obu kopalń nie zostały połączone, ale i tak z jednej do drugiej można się było przedostać pod ziemią.
W międzywojniu między Bytomiem a Piekarami istniało ponad dwieście
mniejszych szybów: wentylacyjnych, transportowych i wydobywczych. Część
z nich od dawna już nie funkcjonowała, ale miejscowi górnicy potrafili z nich korzystać. I korzystali, bo plebiscyt podzielił Śląsk na dwie
części. Niektórym granica podzieliła nawet obejścia -?mieszkali w Polsce, a wychodek mieli w Niemczech i jak chcieli iść za potrzebą, to
przekraczali granicę państwową.
Granica podzieliła przede wszystkim ludzi. W Bytomiu zostali Polacy, a w Piekarach nadal mieszkało sporo Niemców. Jedni i drudzy nie chcieli
opuszczać swoich domów, jedni i drudzy mieli rodziny, które nagle
znalazły się po drugiej stronie granicy. Zresztą tak na dobrą sprawę
nikt nie wiedział, kto jest kim. Bo oto Scholz z Bytomia, choć nosił
niemieckie nazwisko, twierdził, że jest Polakiem, a z kolei Nowak z Piekar Śląskich był Niemcem z dziada pradziada.
Oficjalnie nie zawsze dało się przekroczyć granicę, ale nieoficjalnie
nie było z tym problemu. W kopalniach chodniki co prawda przedzielono
żelaznymi kratami, z tablicą informującą, że tu oto znajduje się granica
państwa, ale nikt nie zawracał sobie tym głowy. Z tej drogi korzystali
głównie przemytnicy, którzy szmuglowali wszystko to, czego po którejś
stronie brakowało. I tak z Niemiec do Polski wędrował cukier i lekarstwa, a w drugą stronę wędliny, gorzałka, a nawet chleb, który po
polskiej stronie miał zawsze lepszy smak. Tak polityka i gospodarka
przyczyniały się do zbijania fortun przemytniczych. Obie kopalnie
połączyły się dopiero w latach sześćdziesiątych. Wydobycie Bytomia było
tak duże, że skipy5 nie nadążały wywozić węgla na powierzchnię. W Radzionkowie fedrowali mniej, ale kopalnię wyposażono już w trzeci szyb,
Piotr, i wtedy inżynierowie doszli do wniosku, że połączą obie kopalnie.
Sześćset pięćdziesiąt metrów pod ziemią powstał przekop i nim właśnie
transportowano z Bytomia urobek, który w Radzionkowie wyjeżdżał na
powierzchnię.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki