Moja wina
Czwarty dzień inwazji. Narodowy Uniwersytet w Czerniowcach. Za radzieckich czasów w tutejszych piwnicach znajdował się schron przeciwlotniczy. A potem, kiedy minęła groźba wojny nuklearnej, urządzono schron dla książek.
Zadaniem bibliotekarzy i wolontariuszy jest wyniesienie tych stert woluminów, które trzeba oddać na makulaturę, i ponowne zorganizowanie tu schronu przeciwlotniczego. Historia zatoczyła jeszcze jedno koło - rakiety znowu zagrażają ludziom.
Tworzymy żywy łańcuch, prawie trzydziestka ludzi. Przekazujemy sobie kolejno paczki książek do utylizacji. Potok granatowych, zakurzonych okładek płynie przez nasze ręce.
Stojąca obok bibliotekarka mówi zafascynowana: "No cóż, wychodzi na to, że wyrzucamy książki, by ratować ludziom życie".
W grupie łatwo rozpoznać tych, którzy już widzieli, jak wygląda inwazja, oraz uchodźców wewnętrznych, których napaść Rosji wypędziła na zachód Ukrainy. Są skupieni, nie używają wielu słów, mocno odczuwają upływ czasu. Starają się uświadomić miejscowych, dla których wieczorny fajerwerk jest jeszcze bardziej rozrywką niż źródłem cierpienia czy triggerem, budzącym panikę i wzmagającym poczucie zagrożenia.
Wczoraj w nocy w tym pięknym mieście, które w różnych czasach należało i do Austrii, i do Rumunii, i do Związku Radzieckiego, ogłoszono alarm. Ledwie go było słychać. Następnego ranka po niefortunnym alarmie zwolniono z pracy człowieka, który przez dwadzieścia lat odpowiadał za sprawność syreny i gotowość schronów. Godot przyszedł, ale wtedy, gdy już nikt na niego nie czekał.
*
Dom, w którym znaleźliśmy azyl, stoi w pobliżu cerkwi. Dzwonnica, jak niegdyś, podczas najrozmaitszych najazdów, które widziała ziemia ukraińska, powiadamia o niebezpieczeństwie.
Po raz kolejny przyłapuję się na myśli, że przeżywamy powtórkę z historii - bronimy swojej ziemi i krwią wrogów użyźniamy ojczysty czarnoziem.
Okupanci w sposób świadomy niszczą symbole kultury ukraińskiej. W Charkowie strzelają do gmachu "Słowa", w którym mieszkali genialni pisarze lat dwudziestych, a z których większość zamordowała władza radziecka.
Okupanci świadomie niszczą naszą pamięć i uderzają w kijowskie centrum telewizyjne w pobliżu Babiego Jaru. Nowa krew przelewa się w miejscu tragedii.
Mamy zostać zlikwidowani, nasze głosy powinny umilknąć. Nie wolno nam zachować dziedzictwa, które moglibyśmy przekazać.
Jak nigdy odczuwamy związek z pokoleniami Ukraińców, a zwłaszcza ukraińskich twórców, którzy pokonywali to samo zagrożenie.
*
Ukraińcy coraz częściej piszą o "winie ocalałego". Szerzą się opinie, że wszyscy robimy za mało. Że zawsze można było więcej.
Wydaje ci się, że twoja działalność wolontariusza nie przynosi niezbędnego pożytku. Że nie powinieneś był zostawiać domu i masz poczucie winy, że znalazłeś się tam, gdzie nic ci nie zagraża. Albo przynajmniej tam, gdzie jest spokojnie.
Ci, którzy wstąpili do Sił Zbrojnych i trafili do stosunkowo spokojnych stref, czują, że nie ma z nich pożytku. Ci, którzy nie przeszli szkolenia wojskowego i którym kazano czekać na swoją kolej, czują, że robią za mało. I to czekanie niesamowicie się przeciąga.
Chęć bycia pożytecznym pomnożona jest przez perfekcjonizm, patriotyzm, a często też superumiejętność nabytą jeszcze w cywilu - pracy aż do całkowitego wypalenia.
*
Każdy walczy tym, co ma.
Ochroniarz wieżowca zatrzymuje windę, w której jest pełno okupantów, i przekazuje ich Siłom Zbrojnym.
Taksówkarz zawozi dywersantów prosto w ręce policji.
Gospodarz kradnie i ciągnie rosyjski sprzęt wojskowy swoim traktorkiem. Pracownik poczty, weteran ATO[4], zestrzeliwuje rosyjski myśliwiec SU-35 z Igły, przenośnego systemu zenitowo-rakietowego, który ma więcej lat niż niejeden z czytelników tego tekstu.
Kobieta przez okno swego samochodu ciska koktajlem Mołotowa w pojazd wojskowy.
Mieszkańcy tymczasowo okupowanych miast nie przyjmują pomocy humanitarnej z rąk wroga.
U babci, urodzonej w roku 1940, strzały z rosyjskich pojazdów opancerzonych wywołują w pamięci obrazy z jej dzieciństwa. Przypomina sobie grozę II wojny światowej. Jej bronią są przekleństwa wydobyte ze starych pokładów języka. Z czasów, kiedy gramatyka dopiero uczyła się chodzić.
Rosja napadła na kraj, który śmieje się z wroga i po prostu w oczach tworzy kanon nowych ludowych bohaterów ukraińskiego oporu.
Rzeczywistość jest osobliwa do tego stopnia, że błyskawicznie staje się mitem, który w nas się wbija.
*
Rosja zbudowała ideologię zwróconą w przeszłość i gotowa jest składać w ofierze żywych ludzi, by podtrzymać wegetację martwego mitu zwycięstwa Rosjan nad nazizmem, a nie wspomnieć ani słowem o udziale innych narodów Związku Radzieckiego w tym zwycięstwie.
Rosja zbudowała reżim nazistowski, który nie jest w stanie walczyć z innymi armiami, może niszczyć jedynie ludność cywilną.
Rosjanie grożą zniszczeniem elektrowni atomowych i świadomie uderzają w budynki mieszkalne oraz szpitale. Zabijają cywilów, strzelają do dzieci, kobiet i emerytów.
Rosja już w pierwszym tygodniu agresji według przybliżonych danych zburzyła w Ukrainie przeszło 1500 budynków, 202 szkoły i 34 szpitale. Zginęło 41 dzieci.
Każdy korytarz humanitarny zorganizowany przez Rosję zmienia się we wrota śmierci.
Tak było już w sierpniu 2014 roku, podczas wojny na wschodzie Ukrainy, kiedy armia rosyjska i terroryści DNR nie dotrzymali warunków umowy o wyjściu żołnierzy ukraińskich przez bezpieczny i zdemilitaryzowany korytarz w Iłowajsku. Według różnych ocen zginęło wówczas ponad trzystu wojskowych, ponad czterystu odniosło rany, a trzystu trafiło do niewoli.
*
Rosyjski reżim zbudowany został na kłamstwie. Kłamstwie w stosunku do wszystkich - partnerów światowych, swojej ludności, samej siebie. Rosja w końcu uwierzyła we własną propagandę, a nic nie zrozumiała ze sprawy Ukrainy.
Kiedy piszę te słowa, sankcje dopiero zaczynają odnosić skutek.
Pojawiają się kolejne "zamienniki towarów importowanych". To władze rosyjskie próbują tworzyć ersatze zamiast prawdziwych wyrobów.
Na ekrany kin rosyjskich nie weszły nowości światowego repertuaru. Jako namiastkę organizują przegląd filmów Aleksieja Bałabanowa, który nakręcił nie tylko szowinistyczne filmy akcji, superhity Brat i Brat 2 (w których między innymi zabijano Ukraińców z preaneksyjnymi komentarzami: "Wy mi, dranie, odpowiecie jeszcze za Sewastopol!"), ale też pełno filmów o egzystencjalnych cierpieniach rosyjskiej duszy i ciała.
Co może pomóc ludziom uciskanym przez totalitarne państwo?
Tylko sztuka, która utrwala myśl: Rosjanie są skazani na życie w wiecznym cierpieniu.
*
Kiedy piszę te słowa, Stephen King, Neil Gaiman i inni autorzy, których uwielbiam, zrywają umowy na nowe wydania książek w rosyjskich oficynach. Cierpliwy Gaiman tłumaczy oburzonym czytelnikom na Twitterze: wszystko zależy od was, tylko wasz zbiorowy sprzeciw wobec reżimu może coś zmienić.
Mniej niż sto czterdzieści znaków wystarcza do wyjaśnienia myśli, której nie może zrozumieć sto czterdzieści milionów Rosjan.
*
Ale nie wszędzie na świecie rozumie się niebezpieczeństwo tego, co "rosyjskie". Podczas mistrzostw w Katarze Rosjanin stanął do dekoracji z symbolem okupantów "Z". Niczym potomek Hitlerjugend w linii prostej skorzystał z okazji i na arenie międzynarodowej zademonstrował znak wojny.
Nie wszystkie media, nie wszyscy intelektualiści rozumieją konieczność zanegowania kultury rosyjskiej i sankcji wobec niej. Niemiecki PEN Club pisze list otwarty z apelem, żeby bojkotować "Putina, ale nie Puszkina", "The New Yorker" zamieszcza Literackie głosy z Rosji i Ukrainy, a "Guardian" publikuje materiał Pięć książek o Rosji i Ukrainie (włączając do tej piątki utwory Gogola i antyukraińską Białą gwardię Michaiła Bułhakowa. To tak, jakby wyjaśniać sytuację w dzisiejszych USA poprzez Chatę wuja Toma).
Nie mówię już o tym, że zachodnie media udzielają głosu rosyjskim intelektualistom, którzy teraz emigrują z ojczystego kraju i opowiadają, jak ciężko żyje się im bez wolności słowa.
A tymczasem w cerkwiach podległych patriarchatowi moskiewskiemu ukraińska służba bezpieczeństwa znajduje sztandary z rosyjską symboliką i sprzęt wojskowy dla okupantów.
Cały świat musi zrozumieć, że ten "ruski mir" zabija.
*
I już wiadomo, w jakim formacie będzie się prezentować kulturę ukraińską w najbliższym dziesięcioleciu. Na imprezach międzynarodowych i w publicznych dyskusjach zaczną nas łączyć w parę z przedstawicielami kraju okupanta. Zachód będzie szukał możliwości, by jakoś zorganizować "cywilizowany" dialog między nami. I do końca nie zrozumie, dlaczego odmawiamy rozmów z przedstawicielami kultury rosyjskiej.
Wtłoczono nas w schemat dyskursu, który narzuciła Rosja, a podchwycił Zachód: że Ukraina jest anty-Rosją (jak zostało to sformułowane w oficjalnym manifeście Kremla, który miał być ogłoszony po upadku Kijowa).
Nie jesteśmy anty-Rosją. Jesteśmy czymś całkiem innym. Młodym, niezależnym, dynamicznym krajem, który zna swoją historię i ma wizję przyszłości.
A mnie od razu chce się krzyczeć: jesteśmy więksi, ciekawsi, szersi niż format, w jaki chce się nas wtłoczyć. My to coś więcej niż inwazja i wojna.
Ale i tak dziesięciolecia swojego życia poświęcę temu, żeby nikt nigdy nie zapomniał, co Rosja zrobiła i robi właśnie teraz w Ukrainie.
Spróbuję sięgnąć do tych pokładów języka, które zawierają najgorsze przekleństwa. Z czasów, kiedy gramatyka dopiero uczyła się chodzić.
*
Codziennie prześladują mnie dwa pytania. Te pytania są jak cień, który o pewnej porze dnia równocześnie i ciągnie się za tobą, i widnieje z przodu.
Pytanie pierwsze: co robiłeś podczas inwazji?
Pytanie drugie: jaką sprawę doprowadziłeś do końca?
*
Nie czuję winy ocalałego.
Odczuwam jednak trzy inne winy.
Czuję się winny wobec uchodźców, którzy utracili wszystko, zostawiając swoje domy w obwodach ługańskim i donieckim w 2014 roku. Wstyd mi, że nie umiałem zrozumieć ich strachu, póki sam nie straciłem wszystkiego.
Czuję się winny wobec Sił Zbrojnych Ukrainy, ochotników, wolontariuszy i wszystkich, którzy dźwigali nasze niebo przez osiem lat wojny z Rosją. Czuję się winny temu, że robiłem zbyt mało.
Czuję się winny wobec swoich rodziców, że nie znalazłem słów i argumentów, żeby przekonać ich, by zostawili wszystko i wyjechali. I już drugi tydzień mija, jak tkwią w piekle, które nazywa się Bucza.
Marzę o tym, by ktoś wreszcie napisał motywacyjne non-fiction: Jak przekonać swoich rodziców i dziadków, żeby opuścili strefę działań wojennych.
Niestety ta książka stanie się światowym bestsellerem.
Przez te tygodnie przyswoiłem sobie między innymi to, że cały świat powinien być gotów ruszyć z miejsca i przeciwstawić się złu.
*
Kiedy piszę te słowa, rodzice mieszkają u nieznajomych ludzi, którzy dali im schronienie. Im i ich czarnemu kotu. Wyrwali się z prowizorycznego schronu w piwnicy wieżowca.
Nie słyszałem głosu ojca od drugiego dnia wojny, kiedy zadzwonił do mnie, żeby mnie uspokoić: "Nie powinieneś winić się za to, że nie dałeś rady nas namówić do wyjazdu". I kiedy patrzyłem, jak na ulicy staruszek podobny do mego ojca parkował samochód - niezgrabnie, niewprawnie, byle jak - czułem, że to mój bliski.
Prawie czterdziestkę sąsiadów wywieziono z naszych szeregowców w Hostomlu. Kilka osób zginęło. Jeszcze kilka dziesiątek pozostaje w piwnicach i kryjówkach, przeżywając drugi tydzień nieustannego strachu.
*
Jestem częścią ludzkiego potoku. Przerabiamy bibliotekę na schron przeciwlotniczy.
W naszych rękach są książki autorów, którzy stworzyli podstawy radzieckiego ładu: Karol Marks, Fryderyk Engels i Włodzimierz Lenin. Niezliczone tomy ich dzieł zebranych, które w tej części świata stały się śmiertelnie niebezpieczne.
Rzeka granatowych okładek się kończy, a ja pytam stojącej obok bibliotekarki: "Taka gigantyczna piramida książek. Ileśmy ich wynieśli?". Odpowiada mi: "Pięć tysięcy trzysta".
Tamtego ranka właśnie taką liczbę ogłoszono jako liczbę okupantów zabitych od początku wojny.
Teraz wiem, ile to jest. Mierzę książkami, które stały się złem.