Rozdział 1
MELANCHOLIA JEST ROZPACZĄ, KTÓRA NIE ZDĄŻYŁA DOJRZEĆ[1]
Chorzów. Wcześniej
Schyłek wakacji zawsze wprawiał mnie w swego rodzaju melancholię. Zupełnie jakbym ja też miał wkrótce mierzyć w kierunku znienawidzonego budynku szkoły. Tak jak zgraje tych biednych gamoni z przyciężkimi plecakami, których już lada dzień miałem obserwować z okna swojego familoka przy ulicy 11 Listopada. I słuchać ich biadolenia, że dwa miesiące laby przeleciały niczym dwa tygodnie.
Całym sobą współodczuwałem rozpacz unoszącą się w naszym śląskim powietrzu, zasmrodzonym bardziej już spalinami tkwiących w wiecznych korkach aut niż wyziewami hutniczych kominów. Rozpacz spowodowaną nieuchronnością nadchodzącego kieratu. Jestem psem z natury empatycznym. Choć mnie się jakoś nikt nie odwdzięcza tym samym. Nade mną żaden nie ma litości!
Podam przykład.
Ten nawiedzeniec, mój towarzysz życia, Solański Szymon, z zawodu prywatny detektyw, z usposobienia pierdoła saska uparta jak stary osioł, po raz pińćset trzydziesty ósmy zabrał mnie do weterynarza! I ja się pytam, po co i na co. Choć mam dziesięć lat na karku, to nic mi nie dolega! No, prawie... Ten cholerny konował, doktor Dłutko, wykrył mi wprawdzie jakąś niedoczynność tarczycy czy inną zaćmę, ale kto by tam wierzył w to jego stawianie tarota. Na pewno nie ja.
Solański jednak wręcz przeciwnie.
Spijał każde słowo z ust tego oprawcy i - o zgrozo! - stosował się do jego zaleceń. Co wiązało się dla mnie z samymi katuszami. A to połknij tabletkę, a to spróbuj karmy dietetycznej, to znowu daj sobie wbić igłę w łapę i utoczyć krwi. Przecież święty by nie strzymał!
Tego poranka nabrałem podejrzeń, gdy Szymon i jego żona Róża [2], gdzie mógłbym zostawić kilka wiadomości dla znajomych burków z Cwajki (czyli drugiej i dość podejrzanej dzielnicy Chorzowa, w której rezydowaliśmy), wsadzili mnie do przerdzewiałej, szarej jak oczy mojego pana skody fabii i poczęli coś bredzić, że niby "jedziemy na spacerek".
Już ja wiedziałem, co to znaczy! Znałem to ich nawijanie makaronu na psie uszy! Gdy skręciliśmy w ulicę Żołnierzy Września, kierując się wprost do miejsca kaźni, zwanego dla zmyłki Przychodnią Weterynaryjną Psia Kostka, utraciłem resztki naiwnej nadziei na to, że się mylę.
Zapomniałem, że ja się nigdy nie mylę!
Architektoniczny kloc ze szkła i betonu nie chciał się okazać zamknięty na cztery spusty, mimo że zaklinałem w myślach rzeczywistość, a gdybym posiadał kciuki, tobym je ściskał w tej intencji do białości. Wrota stały otworem, a za drewnianą ladą recepcji krzątał się właściciel tego przybytku tortur we własnej osobie. Wysoki i chudy jak Solański, tak samo kudłaty brunet z nitkami siwizny we włosach wdział seledynowy fartuch, a stopy wetknął w crocsy. Czerwone! Wiedziałem, co to za wykwit dwudziestopierwszowiecznej sztuki obuwniczej, ponieważ Róża posiadała taką samą parę. Nawet rozmiar się zgadzał!
- Gucio! - przywitał mnie doktor Dłutko, uśmiechając się fałszywie. - Chodź do wujka - zaproponował, a w mojej głowie rozdzwoniły się dzwonki ostrzegawcze. - Wujek nic ci nie zrobi.
Akurat! Red flag! Red flag! - dudniło mi w uszach, ale najwyraźniej moi szanowni państwo nie wyczuli zagrożenia. Tyle się mówi w dzisiejszych czasach, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi, by nie dać się zbałamucić żadnym przyszywanym "wujkom", a ten mi tu z takim tekstem wyjeżdża. W biały dzień! Wprawdzie nie mogłem powiedzieć, że się nie znamy. Niestety. Znamy się jak łyse kobyły. Dlatego zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie jest kurtuazyjna wizyta. I może się ona dla mnie skończyć tylko źle.
- Chodźcie do gabinetu - zaproponował psi lekarz. I poprowadził nas wąskim korytarzem na tyły przybytku.
Mówię "nas", a na myśli mam siebie i Różę. Solański oparł się w tym czasie o blat i wdał w pogawędkę z recepcjonistką, która wyłoniła się z zaplecza. Podsłyszałem, że gadają o workach do zbierania kup. I w duszy poprzysiągłem sobie, że zadbam o to, aby się Szymonowi szybko skończył ich zapas.
Próbowałem wprawdzie jeszcze się zapierać, a nawet stawać dęba, jednak na nic mi się to zdało. Róża (zdrajczyni!) wzięła mnie na ręce, zaniosła do tej zalatującej apteką i feromonami strachu zostawionymi tu w charakterze ostrzeżenia przez moich poprzedników klitki, i od razu władowała na metalowy, przyczepiony krótszym bokiem do ściany stół zabiegowy. Uznałem, że najlepszą obroną jest atak i już nawet chciałem ugryźć tego nakładającego gumowe rękawiczki zboczeńca, ale zostałem uprzedzony. Znaczy Dłutko mnie wprawdzie nie ugryzł, ale zażądał:
- Pokaż wujkowi zęby!
Najchętniej pokazałbym mu zupełnie inną część ciała, ale pewnie zaraz by mi w nią wetknął termometr, jak już onegdaj bywało, więc nie zamierzałem ryzykować. Tak źle i tak niedobrze. Weterynarz obejrzał sobie moje uzębienie. Zaczął biadolić, że powinienem zostać poddany zabiegowi wyrwania wszystkich zarośniętych kamieniem kłów. Potem zdecydował się na kolejne represje wobec mej niewinnej osoby.
- Pani go przytrzyma - zwrócił się do Róży.
A! Czyli miał instynkt samozachowawczy. Bał się, że go chapsnę.
- Kobiecą ręką - gadał dalej. Róża spojrzała na doktora dziwnym wzrokiem, pewnie się zastanawiając, jaką inną ręką miałaby mnie powstrzymywać przed zamordowaniem tego zwyrodnialca. Bo przecież żadnej męskiej na podorędziu nie miała. - Dzięki kobiecej ręce wszyscy się uspokajamy - bredził konował.
A potem ni z tego, ni z owego psiknął mi w łapę jakimś alko! Nooo, na takie krzywe akcje reaguję jednym - stanąłem na tylnej kończynie i gdybym zdołał, tobym zawył do księżyca (albo przynajmniej do tego kasetonowego sufitu). Wyrwało mi się tylko żałosne piśnięcie.
- Spirytus - tłumaczył Dłutko. No popatrz, a sądziłem, że pumpkin spice latte. - Ty wiesz - skierował te słowa do mnie - bez spirytusu lekarz sobie nie poradzi.
Już naprawdę bym wolał, żeby Dłutko zalał pałę, zamiast mnie zadręczać. Nawet spirytusem czy, jeśli woli, to borygo. W końcu są różne gusta.
Ale nie.
Dewiant szybko się znudził przeprowadzaniem na żywca transfuzji krwi (bo przecież nie jej pobieraniem - wyglądało mi to na o wiele poważniejszy zabieg) i zza pazuchy wyjął obcęgi! Przysięgam! Na budowę mi z takim narzędziem do obróbki skrawaniem, a nie do biednego kundelka ze schroniska się zbliżać! I dawaj chwytać mnie za łapę i robić manicure!
- Ja mu się boję obcinać pazury - przyznała Róża. - Bo go może zaboleć.
- Zawsze powtarzam! - huknął na to Dłutko, dobierając się do mojej jedynej tylnej łapy (lewej nie posiadam w wyniku pewnych dramatycznych wydarzeń z przeszłości, o których nie będę tu wspominał). - Bać to się macie mnie!
Pomyślałby kto.
- Na to to już za późno, panie doktorze - odparła Kwiatkowska.
Muszę nadmienić, że ja też się w ogóle nie boję doktora Dłutki. W ogóle! A już zwłaszcza gdy wreszcie opuszczam jego konowałskie progi.
- Szymek! - Róża upomniała męża, za bardzo pewnie jej zdaniem zagadanego z recepcjonistką.
I wreszcie wyszliśmy na chorzowskie powietrze (chciałem powiedzieć "świeże", ale wszyscy wiemy, że to by było grube nadużycie z mojej strony).
- Gucio! - Tym razem odezwał się Solański. Z pretensją w głosie.
A przecież ostrzegałem, że pozwolę mu przetestować w realu praktyczność tak detalicznie recenzowanych woreczków. No i co, że musiał tego dokonać tuż przed wejściem do Psiej Kostki?
Uporawszy się z przeprowadzeniem akcji "zemsta", przysiadłem na wypielęgnowanym trawniku i z lubością przyglądałem się, jak mój szanowny pan sprząta.
Szło mu tak sobie!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki