ROZDZIAŁ 1
Jedu takhle tábořit škodou sto na OravuSpěchám, proto riskuji, projíždím přes Moravu[3]
Nieco wcześniej
Szymon Solański po raz trzeci sprawdził, czy wszystko zapakował. Róża, jego żona, przysłała mu niekończącą się listę niezbędnych jej rzeczy, które musiał ze sobą zabrać. Detektyw poważnie obawiał się o zawieszenie swojej starej skody fabii, która stała teraz pod bramą o numerze sto trzynaście familoka przy ulicy 11 Listopada w Chorzowie, wsparta o skrzynkę elektryczną już i tak naruszonym przez rdzę i nieostrożną jazdę właściciela zderzakiem. Bez zdziwienia skonstatował, że dobrą połowę spisu zajmowały produkty spożywcze...
Odkąd Róża Solańska (z domu Kwiatkowska) dostała nową pracę w Czeskim Cieszynie, wciąż narzekała na miejscowe jedzenie. Twierdziła, że knedliki wychodzą jej już uszami, a nie może się żywić tylko smażonym serem oraz hranolkami okraszonymi sosem tatarskim. I zapijanymi piwem, czego już nie dodawała, ale Solański dałby sobie za to rękę uciąć. Kazała więc wciąż dowozić sobie jakieś smakołyki. A Szymon odwiedzał ją, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Na stałe przeprowadzić się z Kwiatkowską nie mógł, ponieważ musiał dopilnować końcowych robót przy remoncie ich mieszkania, a jednocześnie siedziby agencji detektywistycznej Solan. Gdy wrócili z Sopotu (gdzie podczas miesiąca miodowego zdążyli rozwiązać pewną zagadkę kryminalną), prace były w zasadzie już na finiszu. Dopiero z czasem się okazało, że niedoróbek było sporo i trzeba jeszcze nieco poczekać z urządzaniem parapetówki.
Szymon złapał też kilka niewielkich zleceń, głównie polegających na śledzeniu niewiernych mężów i żon oraz robieniu im zdjęć z ukrycia. Robota nudna, ale dobrze płatna. Teraz jednak, gdy remont poszedł już w zapomnienie, a zdrajcy zostali obfotografowani, mógł wreszcie na dłużej udać się do Cieszyna. I do Róży.
Na stertę toreb, siatek i siateczek zapełniających bagażnik fabii aż po dach narzucił jeszcze reklamówkę z biedronki z jakimiś deserkami, których zapragnęła Róża, i domknął klapę. Z wielkim trudem. Solański starał się nie komentować faktu, że te same produkty w sklepie tej samej sieci Kwiatkowska mogłaby sobie kupić, przechodząc po prostu przez most nad Olzą i robiąc zakupy po polskiej stronie miasta. Rozumiał jednak, że te zachcianki Róży są tylko pretekstem do tego, by zobaczyć się z nim. Nie protestował zatem.
- Guciu, hop! - zwrócił się do kundelka grzecznie czekającego na chodniku i otworzył przed nim drzwi od strony pasażera.
Nie było szans, żeby pies zmieścił się na tylnej kanapie. Poza tym gdy jechali autem we dwóch, Gucio lubił pilotować swojego pana. Lokował się na siedzeniu obok i pilnie wyglądał przez okno, od czasu do czasu szturchając detektywa mokrym nosem w rękę.
Pies wskoczył na swoje miejsce, a Solański zatrzasnął za nim drzwi.
- Te, synek! - Szymon usłyszał głos za sobą.
Odwrócił się i spojrzał w górę na podwyższony parter. Choć kwiecień w tym roku nie rozpieszczał aurą, Brygida Buchta, ich sąsiadka i gospodyni kamienicy pod sto trzynastką, już wystawiła swoją poduszkę na parapet, pod pachę wpakowała sobie pinczerka i razem patrolowali z okna chorzowską Cwajkę, czyli drugą dzielnicę miasta. Wychodziło im to o wiele lepiej niż wszelkim oficjalnym systemom monitoringowym.
- Powiedz Róży, że gołodupki, hop do kupki! - rzekła, zupełnie od czapy, Buchtowa.
I zarżała.
Odkąd gospodyni dowiedziała się, że Kwiatkowska znalazła pracę w Czechach, prześcigała się sama ze sobą w prezentowaniu Szymonowi głupich dowcipów językowych, wypowiadanych rzekomo w narzeczu południowych sąsiadów. Solański uśmiechnął się kurtuazyjnie i pomachał kobiecie na pożegnanie. Wsiadł do samochodu i odpalił silnik. Zanim jednak obrał kierunek na Cieszyn, miał do załatwienia jeszcze jedną sprawę.
Bardzo się cieszyłem, że wreszcie zobaczę Różyczkę. Targały mną jednak pewne wątpliwości w związku z faktem, że mieliśmy się z Solańskim przenieść na dłuższy - nieokreślony - czas do obcego kraju. Odkąd Szymon zabrał mnie na Zieloną Wyspę, gdzie poprowadziliśmy śledztwo kryminalne, mogłem się wylegitymować własnym paszportem, zatem te rozterki nie były natury biurokratycznej. Chodziło mi o kwestie lingwistyczne. No bo czy - powiedzcie sami - tamtejsze psy będą do mnie mówić po czesku? Jak by to miało brzmieć? Czy się z nimi dogadam? Nie chciałem też wyjść na ignoranta, który przyjeżdża do obcego kraju i do wszystkich szprecha albo po angielsku (no co, trochę się podszkoliłem w tej Irlandii), albo, co gorsza, w swoim własnym dialekcie, tylko wolno i wyraźnie, żeby go dobrze zrozumieli. Byłem więc w kropce.
Moje rozmyślania językoznawcze przerwał Solański, który wsparł się na klaksonie, by upomnieć jakiegoś zawalidrogę przebiegającego nam przed maską. W ostatniej chwili łamaga umknęła spod kół skody fabii kombi, która jeździ i trąbi. Ocknąłem się i rozejrzałem po okolicy.
"Kpisz, czy o drogę pytasz?", wydarłem się na Solańskiego, ale on, jak zwykle, zrozumiał jedynie, że hau, hau, hau. Łypnął na mnie spod swojej krzaczastej czarnej brwi. Już on tam dobrze wiedział, co nabroił (a raczej zamierzał nabroić), dlatego też mi nie przerywał. Klarowałem mu, co o nim myślę, aż do ulicy Żołnierzy Września, na której wreszcie się zatrzymaliśmy.
To już bym wolał jechać do Azot i nazod niż tu.
Tu, czyli do przychodni weterynaryjnej Psia Kostka, w której królował niejaki doktor Dłutko i przy każdej okazji dobierał mi się do skóry.
Nie odwiedzaliśmy go już dobre pół roku. Albo i więcej. Cóż za przeoczenie ze strony detektywa! Przyszła jednak kryska na matyska (a raczej na Guciunia) i trzeba było odrobić pańszczyznę.
- No co tam znowu, młody człowieku? - Dłutko zwrócił się do Solańskiego, gdy już siłą zostałem zaciągnięty do tego przeszklonego parterowego budynku wybudowanego w sąsiedztwie pięknych okoliczności przyrody stawu Amelung.
- Chciałem mu zrobić przegląd - oznajmił ten lunatyk Solański.
Czy ja komu wyglądam na skodę fabię, żeby mi robić przegląd? Może mi jeszcze wymienią olej i zamontują kołpaki? Całe życie z wariatami...
- Bo jedziemy za granicę - tłumaczył mój pan, a doktor Dłutko już zacierał swoje chude i długie rączki, żeby mi się dobrać do tyłka. - Więc lepiej dmuchać na zimne. Prewencja! Najważniejsza prewencja! - bredził ten obłąkaniec, a drugi - równie szczupły, wysoki i czarny na łbie jak detektyw - tylko mu przyklaskiwał.
- A dokąd? - poinformował się jeszcze.
Gdy usłyszał, że do Cieszyna, w oczach zapaliły mu się tak zwane kurwiki.
- Szymonki! - rzekł i uśmiechnął się błogo.
Solański spojrzał na doktora ze zmarszczonym czołem.
- Te czekoladki! - objaśnił Dłutko. - Co je tam produkują! Fabrykę mają. One są, młody człowieku, wyśmienite!
Po tych cukierniczych rozkminach wzięli się niestety do roboty. W życiu nie spamiętam nazw tych wszystkich zbrodni, które na mnie popełniono, ale było tam z pewnością coś o USG, RTG, KGB i o pobraniu krwi. Gdy tylko zobaczyłem igłę, o mało nie zemdlałem! Próbowałem się wyrwać ze szponów tych psychopatów, ale bezskutecznie. Wkładali mnie na liczne stoły, obracali, przekładali, turlali i torturowali. Wszystko po to, żeby orzec, że tak w zasadzie nic mi nie jest.
Geniusze mogli mnie o to na samym wstępie spytać, oszczędziliby sobie trudu.
Jedyna moja pociecha taka, że Solański zabulił za te nieprzyjemności jak za złoto. Może na przyszłość się nauczy poskramiać swoje durne pomysły.
Doktor Dłutko wyglądał natomiast na zadowolonego. Podciągnął rękawy swojego zielonego wdzianka. To samo zrobił z kolorowymi skarpetkami (były od kompletu, najwyraźniej tego ranka psi lekarz ubierał się po tak zwanym ćmoku[4]), które wystawały mu spod przykrótkich nogawek. Odprowadził nas do samych drzwi. Zanim te zamknęły się za nami, usłyszeliśmy jeszcze nawoływanie weterynarza skierowane zapewne do recepcjonistki.
- Gdzie się podziała moja czekolada?! - Chciał wiedzieć mianowicie.
Już ja mu dam czekoladę! Oj, przywiozę w prezencie doktorowi tych szymonków w podzięce za wyżej opisaną kaźń! Być może czymś doprawionych. Zobaczymy, czy odważy się poczęstować!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki