Krwawy umysł. Edycja specjalna - Adrian Zawadzki

-
Proszę czekać

prolog

Twój jedyny dom, jaki masz w kosmosie, płonie, i każdy z nas jest jednakowo odpowiedzialny za zapalenie zapałki i odwrócenie się plecami, by nie widzieć tego, co się dzieje.

JOHN HOGUE

Opowiada Daniel Rosser.

Ściany, ciągnące się dookoła wielkiego basenu, były nieotynkowane, z czerwonej, pokrytej grzybem cegły. Z niewidocznego ginącego w cieniu sufitu zwisały cztery łańcuchy. Nie łączyły się jednak ciężko z czarną taflą wody w basenie... Na zimnych sznurach perfekcyjnie zawisły cztery ciała młodych mężczyzn w wieku od dwudziestu do dwudziestu dwóch lat. Ich nagie ciała, wiszące w bezruchu za nogi, zaledwie głowami sięgały pod wodę... Chłód, który bił od basenu, wydawał się pełzać po moim ciele. Choć zachowywałem spokój, nie mogłem w pełni pojąć obrazu, jaki obserwowałem.

Stałem w pomieszczeniu, w którym panował okropny smród rozkładających się ciał. Głów ofiar nie byłem w stanie ujrzeć; znajdowały się w tym bagnie. Tylko poszarzałe klatki piersiowe i skrępowane ręce, połączone łańcuchem ciągnącym się do stóp, pozostawały widoczne. Wyciągnąłem z kieszeni swój telefon. Nie mogłem jednak nic zrobić, palce rąk ledwo się poruszały, było mi zimno. Stałem się świadkiem morderstwa czterech mężczyzn, których powieszono za nogi tak, aby tylko głowy spoczęły pod wodą. Zwymiotowałem. Zdałem sobie sprawę z tego, jaki koszmar przeszli, dusząc się, zaledwie cal od powietrza, którego pragnęli, zapewne jak niczego innego dotąd. Który z nich pierwszy stracił siły, miotając się, próbując ratować życie? Nie spostrzegłem jednak śladów świadczących o walce, którą stoczyli na łańcuchach. Być może nie żyli już, kiedy ktoś im to zrobił.

Usłyszałem ciche syczenie. Odgłos, jaki wydaje dogasające ognisko, lecz ten był nieco cichszy. Skierowałem się w głąb cienia po prawej stronie pomieszczenia z diabelskim basenem. Wąski korytarzyk doprowadził mnie do nowego miejsca. Przy wejściu znajdował się połyskujący złotem napis, potężne: eXeX.

W powietrzu unosiła się paskudna, zimna woń gnijących ciał. Niepewnym krokiem przeszedłem przez brudne pomieszczenie do znajdującej się na końcu okrągłej dziury. Wszedłem na korytarz, który rozdzielał się na dwa. Skręciłem w prawo. W oświetlonej blaskiem gasnących świec sali dostrzegłem ciało mężczyzny wiszące na grubym sznurze. Podbiegłem do niego po mokrej od wody i krwi posadzce. Zasłoniłem usta, a oczy zaszły mi łzami. Nie potrafiłem znieść tego widoku. Miejsce, w którym się znajdowałem, to położony za salą pokój Głównego Przewodniczącego. Był nim Oliwer wiszący teraz nade mną. Spostrzegłem błoto na marmurowej posadzce i ślady krwi. To jednak nic w porównaniu ze ścianami, na których rdzawymi gwoździami powbijane były ciała nagich mężczyzn w czarnych kapturach na głowach. Na środku wiszące ciało, którego twarz, zdarta kwasem, pozostała czarno-czerwoną czaszką. Zacząłem krzyczeć. Czułem na sobie dziesiątki spojrzeń. Gdy spoglądasz na martwe ciało, wzrok płata ci figle. Oczekując poruszenia, szarość wydaje się drgać. W pewnej chwili nawet usłyszałem trzask. Obróciłem się w stronę wejścia. Byłem zalany łzami, jednakże zdołałem dostrzec czarną plamę, zakapturzoną postać. Straciłem przytomność.

Wiem, że koniec już dawno miał swój czas.

Dziecko czerwone zatrzymuje nas.

By spytać o drogę.

Drogę o świcie,

Co usłana jeszcze zimą jest...

Tego dnia ujrzałem piekło czarne, czerwone; zobaczyłem dzieło diabła, z którym miałem spotkać się wkrótce osobiście. Ja... przeżyłem. Dlatego właśnie musiałem się z nim spotkać i spytać... Człowiek, który zabił swoich najbliższych, darował mi życie. Nie uwzględnił mnie w swoim makabrycznym planie. Chciałem zrozumieć...

rozdział drugiR

1

Styczeń 1999.

Oślepił mnie blask świateł. Śmiałem się całą noc. Tego właśnie potrzebowałem. Piliśmy jakieś drinki, paliliśmy coś od Batty'ego. Muzyka wierciła mi w głowie. Mój ulubiony klub. Byliśmy jak zawsze w R. Wspaniały, wielki klub z najlepszymi didżejami w tym rejonie. Tutaj zaczyna się i kończy życie... życie błogie, beztroskie. Dzikie utwory w bajecznych remiksach porywały mnie na parkiet, zostawiając resztę zajętą paleniem. Zbliżała się wiosna i nasze zimowe zabawy miały dobiec końca. To z pewnością ostatnia tak spokojna, o ile można ją nazwać spokojną, noc w klubie R. Na początku stycznia Oliwer wraca z Nowego Jorku, aby otworzyć kolejny rok z...

Oblał mnie drinkiem albo i piwem... następnego dnia nie będę pamiętał, kto czym mnie oblał. Marco tylko się uśmiechnął i rzucił się w tłum spoconych, tańczących bestii. Śmiałem się. Przed północą zdołałem odczytać wiadomość od Oliwera. Wiedział, że nie próżnujemy i ostatnią wolną sobotę spędzamy w R. Oliwer jest wysoki. Mówił, że zawsze był najwyższy w klasie. Jego pozycja stale rosła, jednak nie za sprawą bogatych rodziców czy bogatszego dziadka, którego zawsze był ulubieńcem. Nie, Oliwer Micali to wspaniały młody człowiek. Nie ma drugiego takiego, nie znam nikogo o takim charakterze, usposobieniu i podejściu do drugiego człowieka. Dlatego jest on naszym...

Tego było już za wiele! Marco zwymiotował na jakąś piękną nieznajomą. A zaraz potem Sergiusz złapał go swoimi potężnymi rękoma i zawlókł do męskiej toalety. Poleciałem za nimi. Zauważyłem, że i Sergiusz ma już nieźle. Jednak taki jak on jest nie do zdarcia. Nie był wcale wysoki, nawet nieco niższy ode mnie. Ale za to częściej odwiedzał siłownię i albo to zasługa sterydów, albo faktycznie ciężkiej pracy; Sergiusz był potężny. Znał Oliwera dłużej ode mnie. Znali się z piaskownicy. Marco z kolei urodził się jako pierwszy z dwóch synów pewnego bankowca ze Stanów. Studiował tutaj. Klub R był jednym z tych, do których chodzą wschodzące gwiazdki, dzieci bogatych rodziców, ale i celebryci z każdej dziedziny sztuki. Niektórzy naturalnie tutaj się nie pojawiają, ale są i tacy, z którymi spokojnie da się wypić.

Ktoś coś do mnie mówił, nie kontaktowałem. Kończyłem kolejną szklankę.

- Kochasz to! - krzyknął Batty.

- Co takiego? - Spojrzałem na niego. Był czerwony na policzkach, pijany i śmiał się do siebie.

- Ciała! Kochasz te ciała!

- Tak, tak... Kocham je wszystkie.

Wszystkie ciała w światłach, pocie i muzyce zlewały mi się. Tutaj nikt nikogo nie zna, przynajmniej tak to ma wyglądać... Jedynie muzyka jest w stanie połączyć. Ale tylko na te kilka klubowych godzin. Potem każdy jest sobą. Osobą medialną. Poza Sergiuszem. On jest tylko przyjacielem Oliwera. Przychodzę tu świetnie się bawić. Tym bardziej dziś. Bawimy się w rytmach naszych największych gwiazd. Kilka osób na sali wie, że następnego dnia na lotnisku wyląduje samolot Oliwera, wrócimy do jaskini, do La For?t de Colin w miejscowości Loley. Wrócimy tam, jak co roku, aby przywitać nowego członka eXst eXiste...

Nazywam się Tristan Roance. Jestem pisarzem. W zasadzie jestem w klubie nocnym R razem z wyjątkowymi celebrytami i Sergiuszem, który jako jedyny zarabia na życie, pracując w warsztacie naprawczym dla tirów. Zaczęło się po godzinie dwudziestej pierwszej. Przyszliśmy do prawie pustego klubu. Zaczęliśmy jednak starterem u mnie, gdzie opróżniliśmy dwie butelki wódki. Na wejście dostaliśmy darmowe drinki od najseksowniejszej kobiety, jaką znam - sześćdziesięcioletniej właścicielki klubu, która traktowała nas zawsze jak swoich przyjaciół. Ubrana w czarne wdzianko, o nienagannej figurze i jak mawiała: "wciąż swoich długich, ciemnych włosach". Była cudowna.

Wszyscy ją uwielbialiśmy. Przede wszystkim za jej humor, często uszczypliwy i rubaszny. Nikomu nigdy nie zrobiła krzywdy, a my często odwiedzaliśmy właśnie R. Marco żartował z nią pół godziny, zanim dołączył do nas i do tłumu tańczących bestii, które zdążyły już nadejść. Klub słynął także z zeszłorocznych odwiedzin gwiazdy muzycznej światowego formatu, która pojawiła się w towarzystwie swojej ówczesnej dziewczyny i didżejki.

Mowa oczywiście o Danielu Rosserze.

Niektórzy są tak pijani, że nie są w stanie podjąć rozmowy. Czas zbierać się do domów i zacząć trzeźwieć. Humor Oliwera w okresie przedwiosennym bywa bardzo zmienny. Dlatego lepiej nie narażać się Głównemu Przewodniczącemu naszego stowarzyszenia.

Spoglądam na kilku ludzi przede mną, dwie aktorki i jakiegoś biznesmena. Patrzą na wulkan energii wybuchający na parkiecie. Marco. Jest dość pijany. Wrócił z toalety i wiedział, że nie usiedzi spokojnie. Puszczam oko do Sergiusza. Ten przebija się przez tłum i odprowadza Marca do wyjścia. Trzeba umieć powiedzieć sobie dość.

Wychodzimy: Ja, Sergiusz, którego imienia nie używamy, ponieważ Oliwer zwraca się do niego Agamemnon. To taka ksywka z piaskownicy. Za młodu był rozrabiaką. Więc tak też się przyjęło. Pomaga "iść" koledze.

Był też z nami Batty, który załatwił jak zawsze towar z najlepszej półki, ale opuścił nas nieco po pierwszej.

Nie, nie, nie! Zatrzymuję się, daję telefon Agamemnonowi, aby załatwił taksówkę. Zostaję jeszcze dla jednej piosenki. Didżej puścił I Need Jesus In My Disco, nowy singiel promocyjny z nadchodzącego albumu wielkiego Daniela Rossera. Mój ulubiony artysta, kontrowersyjny zresztą. Słucham do końca, potem wychodzę i odpalam już zwykłego papierosa. Agamemnon klnie i woła, abym się pospieszył. Wracamy do swoich domów. Zostało kilka godzin. Czas, aby dojść do siebie. Sergiusz najpierw się uśmiecha, a potem grozi Marcowi, żeby ten wziął zimny prysznic i był gotowy na spotkanie z Oliwerem.

Najbardziej zapomnieć o nocy będzie chciał z nas wszystkich Marco. Bez alkoholu jest bardzo sztywnym człowiekiem.

Jestem mieszkańcem Aparash Ballar Roance. Tak, to nie zbieg okoliczności, że moje nazwisko jest identyczne, jak fragment nazwy kolonii, w której mieszkam, ale to zbyt długa historia. Z pewnością nie na dzisiejszą noc. Sam muszę do siebie dojść. Chociaż myślę, że i tak jestem z nich najbardziej trzeźwy.

Klub znajduje się w mieście Mirror. Dlatego też najpierw odwieźliśmy Agamemnona i Marca do Loley. Ta wieś jest miejscem, w którym jak już wspomniałem, znajduje się siedziba eXst eXiste oraz domy Oliwera, Sergiusza i Marca. Zostaję ja i taksówkarz. Jedziemy z Loley do Aparash Ballar, by za niewielkim wzgórzem znaleźć się w kolonii Aparash Ballar Roance. Mam wielki, piękny dom... ale o tym także nie czas.

Rano wybieram się na zakupy. Zaproszę znajomych na obiad. Oliwer jest punktualny. Z nim nawet samolot nie ma prawa się spóźnić. Tak jak zapowiadał, wylądował w Mirror o czwartej po południu. Odczytał ode mnie e-mail o spotkaniu w moim domu. Kazał zaprosić Agamemnona i Marca, co uczyniłem jeszcze przed wejściem do R. Z pewnością miał dla nas kolejne nazwisko. Kolejnego wybrańca do stowarzyszenia eXst eXiste. Czułem to podniecenie jak za każdym razem, kiedy przyjmowaliśmy kogoś nowego. Ostatni był Julian Bert, najmłodszy zresztą, bo mający lat osiemnaście. Było to w zeszłym roku.

Z rana obejrzałem swój ulubiony serial, zjadłem śniadanie około szóstej. Nie spałem. Wziąłem zimny prysznic, zrobiłem zakupy w markecie. Dla porównania ze zdjęciami z wczorajszej imprezy jakiś paparazzi pstryknął mi kilka nowych. Nie wydaje mi się, abym wyglądał źle. Nie wydaje mi się także, abym się tym zbytnio przejmował. Uśmiechnąłem się pogardliwie. Wróciłem do domu. Jeśli można to nazwać zwykłym domem. Wielki, trzypoziomowy budynek, który odkupiłem od starego lorda. Za co? Wspominałem, że jestem pisarzem.

Zaczęło się jakieś cztery lata temu, kiedy świat zwariował na punkcie mojego pierwszego dzieła. Dalej, jak to już w tym materialnym świecie bywa - komercja pożarła moją książkę, adaptacja filmowa, gadżety, wpływ na muzykę i temu podobne. Wiem, że stworzyłem coś niezwykle dobrego, coś, co sprawiło, że nie dbam o wartości, które utrzymywały mnie kiedyś przy życiu. Dziś mam za co imprezować, za co mieszkać. Czego chcieć więcej w tym materialnym świecie? Brzydzę się nim, choć, jestem jego elementem.

Mamy koniec ciężkiej zimy roku 1999. Za pewien czas wejdziemy w zupełnie nowe tysiąclecie. Musiałem ogłosić kontynuację mojej książki. Wydawca błagał o kilka tomów, więc po otrzymaniu zadowalającego kontraktu... zgodziłem się. Nie miałem tego w planach. I tak się zestarzeję, i tak umrę... zostawię po sobie ślad. Niech każdy wie, co znaczy Tristan Roance.

Śnieg zniknął około czwartej po południu. Goście pojawili się po siódmej, wieczór był przyjemny. Przyjechali każdy swoim samochodem, ale o tej samej porze. Nie mogłem tego zobaczyć. Wprowadziła ich moja pokojówka, oznajmiając, że nie jestem w stanie się z nimi widzieć, mimo to zapraszam na obiad do salonu i pozdrawiam. Oliwer musiał być wściekły. Ja? Leżałem pijany w swoim pokoju. Zrobiłem to po powrocie z zakupów. Przecież nikt nie śmiałby mi tego zabronić. Cała moja pracowita i kochana obsługa krzątała się po rezydencji, dbając o ten ład, który ja zawsze niszczyłem. Zarabiam na to.

Otworzyłem oczy, powoli. Czułem się okropnie. Było już ciemno. Nie wytrzeźwiałem od dwóch dobrych dób. Za oknami, na niebie, było kilka gwiazd. Resztę ukryły chmury. Nieco później zorientowałem się, że to mgła. Mgła kojarzy mi się zawsze z niewiadomą, poczuciem zagrożenia, ale i beznadziejną niewiedzą. Pojawia się i snuje niepokój, ale co z nim robić, skoro nie wiem, co nadejdzie. No i przywiodła zdenerwowanego Oliwera, który został przeze mnie źle potraktowany.

Oliwer stał przy moim oknie. Jedyne co z siebie wydusiłem, to ciche: "Cześć". Nie odezwał się. Zaśmiałem się głośniej, niż przewidywałem. Odwrócił się i zrobił tę standardową obrażoną minę z dodatkiem wyłupiastych, niedowierzających oczu. Zabawny był w tym momencie jak nigdy. Spytałem, czy podróż minęła spokojnie. Głupie pytanie. Jak mogła minąć podróż prywatnym, luksusowym odrzutowcem? Pokręcił głową i wyszedł, a kiedy zamykał drzwi, powiedział, że jutro chce mnie widzieć u siebie w idealnym stanie.

Nie jestem głupcem. Zdaję sobie z tego sprawę. Może i zawiodłem go nieco, ale nie dbam o to, zadbałem przecież, aby koledzy nieźle się wybawili w ostatnią wolną noc przed powrotem na spotkania eXst eXiste oraz o obiad dla nich po powrocie Oliwera. Czy aż tak byłem im w salonie potrzebny? Wątpliwe. Obróciłem się na drugi bok i zasnąłem.

2

Najcięższa walka z korzeniem, który z nas głęboko w ziemię wrasta...

Zbliżała się północ. Srebrzysty księżyc oświetlał znużone snem uliczki miasta. Ona kładła się spać po pracowitym dniu. Wciąż dokuczał jej ból w dłoniach tu i ówdzie pokaleczonych. To, co stało się w chwilę potem, przerosło jej najśmielsze oczekiwania. W jej małej izbie pojawiło się czyste, białe światło, które rozjaśniło najdrobniejszy kąt pomieszczenia, wypływając okienkami na zewnątrz. Niewiele zauważyła, ale co do jednego miała pewność. Postać, która pojawiła się przed nią, na pewno miała skrzydła.

Twarz anioła była bez wyrazu, jakby znajdował się za mgielną osłonką. Dopiero po pewnym czasie spojrzał jej prosto w oczy, a ta upadła na kolana, drżąc na całym ciele. W oczach miała łzy. "Nie bój się" - usłyszała cichutki szept przy uchu, mimo że anioł nie poruszał ustami. "Twój Bóg pragnie, abyś porodziła Jego Syna. Duch Święty zstąpi na ciebie. Czy spróbujesz tego błogosławieństwa?". Poczuła ogarniające ją ciepło. Anioł złapał ją za ręce, z których zniknęły rany. "Czy jesteś gotowa? Dziecię twe będzie wielkie, królestwo niebieskie będzie Jego. Jednak oboje doznacie wielu cierpień". Nic nie odpowiedziała. Zamknęła oczy i pokornie skinęła głową. Błyskawica przecięła niebo, na pustej uliczce pojawił się otulony aksamitną szatą czerwonoskóry mężczyzna i spoglądał w stronę drzwi domu.

Anioł jednak spojrzał za okno, a ciemna postać zniknęła.

Wkrótce potem w wietrzny wieczór Maryja wraz z Józefem szukali schronienia, bo nastał dzień narodzin. Na bezgwiezdnym niebie eksplodowało złociste ciało, którego warkocz prowadził trzech mędrców ze Wschodu do stajenki, gdzie w sianku, okryty kawałkiem maryjnego sukna, przyszedł na świat Jezusek. Z krwi wyjęty na kawałek sukienki. Boże! Niech nie brudzi się biedaczek! Niech nie klei do ziemi, nie oblepia piaskiem. Połóż go na sukni, wytrzyj. Co zrobisz z pępowiną? Spokój ogarnął matkę. Chór aniołów zagrał najpiękniejsze pieśni... zbierali się wokoło chłopi...

Sen pierwszy.

Budzik zaczął rozdzierać ciszę. Czerwone światełka na choince zaczęły wbijać mi w oczy swoje igiełki. Poczułem nieprzyjemne ciepło w tyle głowy... Pierwszy sen traktuje o narodzinach Najwyższego. W dziele sny pełnią kluczową rolę, zatem otwarte zostały narodzinami samego pojęcia snu. Nie chcę odczytywać go jako proroczego, nie na tym polega badanie snu. Rodzina stanowi kontrast dla świata, który reprezentuję, obojętnego na święta. Ani ja, ani ludzie, o których opowiem, nie tworzą pełnych rodzin. Nawet nie chciałbym używać słowa "szczęśliwych". Święta zatem są dla wielu niepotrzebnym obowiązkiem.

Możliwe, że ten sen tylko zmyśliłem. Możliwe, że nigdy nie zaskoczył mnie nocą. Chcę jednak byście uważali go za sen, który stał się narodzinami innych.

Baśń ich dzieciństwa

Spisana w domu głupich.

Mówiłam mu tyle razy, że ma złożyć jaja, ale nie słuchał. To ważne i on o tym doskonale wie. Ma to naturalnie podtrzymać nasz gatunek. Będzie jednak dobrze, jak i ta zdzira da nam w końcu spokój! Musimy ich męczyć o jaja, czekać nie trzeba zbyt długo. Wyklucie odbywa się prędko, przed pojawieniem się gwiazd, a i na to trzeba być gotowym. Nie wolno nam podchodzić zbyt blisko. Niemowlaki plują straszliwą trucizną, należy się przed nimi nieustannie chronić. Dlatego zakładamy gumowe palta. Czasem dwa. I uciekamy ranieni kulami z trucizną, które roztrzaskują się na naszych paltach, a jak któreś z nas ma mniej szczęścia, roztrzaskują nam łby. Dzieciaczki z reguły mają tak, że zanim wejdą w świat zasad utworzony przez starszych, psocą, nie zdając sobie z tego sprawy.

Męczę go już trzeci tydzień, by złożył jaja. A on do mnie, że boli. Boli, boli, boli... przedrzeźniam go i wystawiam język, zawijam go wokół głowy i drapię się nim po skroni. Jak mu to wytłumaczyć? My nie składamy jaj. To ich rola. Dlatego nie mogę wczuć się i znaleźć odpowiedniego argumentu. Mam jeszcze sporo czasu. Nie ma jeszcze śniegu. Więc nie mogę liczyć na odwilż. Małe lubią lody ze śniegu, który zamienia się w błotko. A sam śnieg, biały i gęsty, pomaga tym, których trafi trucizna skonać w chłodku.

On ma trzy metry wysokości i jest grubasem. Tyle razy mu mówiłam, by złożył jaja, a on tak się nadmuchał, że ciężko z nim teraz cokolwiek zrobić. Ciężko z nim dyskutować. Podejrzewam, że wydęło go tak, bo w środku w nim jest teraz pełno jaj. Jaja te powstały z pewnością od mojego gadania o nich. No bo jakże inaczej? Jaja są wielkie, strusie się chowają. Mają turkusowy kolor, jego są zielone. Stary, gruby cap!

"No i co cwaniaczku? Będą jajca czy nie będzie?" - warczę w końcu zdenerwowana, a czerwony płyn, tryska mi z uszu. "Boli, boli, nie będzie jaj, bo ty chcesz. Chcesz to sobie narób jaj" - odparł. "To tępa masa" - pomyślałam. Idiota i kretyn, widzę przecież, że jajca wydęły mu brzuchal. Ale znajdzie się sposób. Idę do Szefowej. Szefowa to stara pizda. Wyschnięta i pochmurna. Siedzi w swoim gabinecie i dłubie w długim spiczastym nochalu. Ale franca zna się na tym najlepiej i każde z nas wam to powie. Idę naskarżyć. Jaj nie ma, jak nie było. Ona zrozumie.

No i czekam w kolejce. Spokojnie siedzę na jakimś łapciuchu, co dawno już jajek mieć nie może, leży półżywy i skomli. Dostaje po łbie, gdy za mocno mną rzuca. Wychodzi Szefowa i kopniakiem żegna się z kimś tam. Nie znam, ale na jajcarza też mi nie wygląda. Szefowa, jak to ona, zauważa mnie prędko. I prosi, bym weszła. Kwiczą dziwki jak świnie, biadolą, że bez kolejki wchodzę. To i wchodzę, zerkając na nie pogardliwie. Głupie, bo jajka już dawno dostały.

Szefowa wie, o co chodzi. Wie, bo prowadzi spis jajek. Wie też, że będzie ich sporo, bo ona wie wszystko, co się na tym pieprzonym świecie dzieje. Od progu dostaję drgawek i rzucam się w płacz, leje się nosem i okiem, i uchem. Leje czerwona maź. Ta tylko poprawia okulary, naciąga halkę na piersi, które wiszą jej, jak zużyte prezerwatywy po pępek i spogląda na mnie z żalem. "Głupia ty, durna baba" - pociesza. "Chciałabym ci powiedzieć coś więcej, ale nie wiem, po coś tu przylazła". To ja jej mówię, że jaj nie ma i nie będzie, ale ona to wie i nadal zastanawia się, po co przylazłam. A że sama tego nie wiem, uciekam do chaty, by ominąć kopniaka Szefowej.

Po powrocie do chaty czuję odór niemiłosierny. Pachnie nieprzyjemnym smrodem. I kląć zaczynam na starego i wyzywać, i pluć, póki nie zauważam na stoliku czterech jaj. Jeszcze trochę wyklinam, jeszcze raz go po głowie patelką okładam i spokojniejsza pytam, skąd to ma.

Jaja są turkusowe. Nie oszuka mnie, że to jego. Głupi stary cap. Płaczę. Pada śnieg. Całe szczęście. Przyjdzie może umrzeć w chłodku. Czekamy, bo kluć się będą przed gwiazdami. "Ale to nie dzisiaj, idiotko" - poucza mnie małżonek. "Mówisz?". Jestem przekonana, że można mu zaufać, jeszcze tylko się dowiem skąd te jaja, komu je zabrał. Nadal gruby siedzi na tapczanie. Nie drgnął na pewno, odkąd go tak zostawiłam. Zastanawiam się, może zamówił jaja przez Internet. To jest możliwe, choć mam ku temu kilka wątpliwości, przecież nikt nie zna naszego adresu. Kurier raczej nie przychodzi, odkąd Szefowa go zjadła.

Młode są ładne, nie są tak oślizgłe, nie śmierdzą. Ale wyją przeraźliwie do trzeciej w nocy. Trucizną plują tylko przez pierwszą godzinę po wykluciu. Wtedy to (ze starym już mamy metodę) biegamy niedaleko, robiąc ósemki. To ich myli, a my mamy paskudztwa na oku. Tak też zrobimy i dziś. Szefowa pochwali.

Nazajutrz słońce wstało, jakby wcale nie miało ochoty świecić nam na nasze brzydkie pyski. Stary się ogolił. "Gdzie masz nosek? Gdzie ty, debilu, nosek odciąłeś przy goleniu? Ty głupku, ty! Czym teraz powąchasz małe, kretynie? Co, ja za ciebie wąchać będę?". To debil, nos sobie odciął. No mówię wam, jak tu leżę. Bo jeszcze leżałam. Ale żywa, dzieciaczek mnie kulką nie trafił żaden. "Zamknij mordę" - odparł. Cały on i te jego riposty.

Postanowiłam któregoś dnia zrobić mu niespodziankę i w podziękowaniu za jaja ubrałam się seksownie i zażądałam jaj więcej. I zaczęło się od początku. Ale dość już o jednym. Szefowa zadowolona. Poszłam na spacer. Sama. Nie będę pchać fotela ze starym. Bo nie ma kółek.

Mam ładny ogon. Długi i śmierdzący, ale ładny. Niektóre mają skrzydła, ale po co mi skrzydła. Zawsze szanowałam to, co miałam. Te skrzydlate są bardzo zadufane. Latają ci nad głową, czasem która coś na ciebie spuści, gdy tak spacerujesz. Takie są. Staram się je zrozumieć, bo jakbym miała skrzydła, a nie ogon, też byłabym suką. Do szczęścia potrzeba mi już tylko jaj.

Chmury się zbierają nad wiochą. Będzie gradobicie. Szefowa się zna, ale to nie jest tak, że to jakaś moja przyjaciółka, z którą mogę wypić wódkę i zagryźć kurierem. To nie taka sztuka. Szefowa lubi, jak mówi się do niej Szefowa. Chociaż na imię ma tak samo. Patrzę nagle, że market już otwarty. O tej porze, co jest? Wchodzę i są tam wszystkie. Skrzydlate france. Podchodzę po kilo starej ryby. Małe są po narodzinach wyjątkowo wybredne. Tylko świszczą i skwierczą, że chcą ryby. A przynieś im świeżą, to rękę odgryzą.

Starego niedługo pożrą na tym jego fotelu. Razem z fotelem. Ja szybko biegam, ale i rybę przyniosę. Dzieci mają pamięć i doceniają.

rozdział piątyPamiętnik pełen słabości

Polały się łzy me czyste, rzęsiste

Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,

Na moją młodość GÓRNĄ i...

ADAM MICKIEWICZ

1

1999.

To, co się stało, nie było do końca zrozumiałe dla żadnego z nas. Jednak było oczywiste, że młody mężczyzna stojący na dachu wielkiej rezydencji, kurczowo ściskający gargulca, to nie kto inny jak brat Oliwera Micalego - Hector. To właśnie od naszego Głównego Przewodniczącego i mojego przyjaciela otrzymałem telefon, że właśnie siedzi w prywatnym samolocie, który zmierza w kierunku Walii - tam, gdzie mieszka rodzina Oliwera. Jego jedyny brat chciał się zabić? Wszystko na to wskazywało.

Cztery śmigłowce największych w kraju stacji telewizyjnych latały wokół rezydencji rodziny Micalich. Ulice przedzierały rozpędzone ambulanse. Dwudziestodwuletni chłopak stał oparty o gargulca na dachu swojej posiadłości. Wokoło pełno było policjantów i strażaków. Zza bramy piorunowały flesze aparatów reporterskich.

Oliwer nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chodził po pomieszczeniu odrzutowca, spoglądając na ekran telewizora. "Co ty wyprawiasz?!".

- Nic nie możemy zrobić? - spytał Sergiusz z kwaśną miną. Wiedział, że Oliwer jest wściekły.

- On stoi na dachu. Kilkaset kilometrów stąd. Jak możemy mu pomóc?! - burczał Oliwer przez zaciśnięte zęby.

Szum silnego wiatru bez wiatru.

Znad rezydencji Micalich wyłoniła się gęsta biała mgła, która pożerała każdy cal widoczności. Śmigłowce jak muchy porozlatywały się w przeciwnym do niej kierunku. Reporter stojący przed bramą posiadłości przeżegnał się, a jego koleżanka upuściła aparat. Ludzie zaczęli uciekać...

Hector, brat Oliwera, nie skoczył.

Następnego dnia na biurku Oliwera w walijskim apartamencie wylądowała sterta gazet, które podnosił drżącą dłonią. Nagłówki okładek piszczały:

"SKANDAL W WILLI MICALICH"

"JEDEN Z BRACI MICALICH CHCIAŁ ODEBRAĆ SOBIE ŻYCIE. RODZINA MILCZY"

"SPADKOBIERCA CHCIAŁ SKOCZYĆ Z DACHU"

"SEKRETY RODZINY MICALI"

"ODSUNIĘTY OD TRONU BRAT DAJE O SOBIE ZNAĆ!"

Oliwer nie zdążył zapobiec wydrukom... Dziadek także był wściekły.

2

Książka to największy skarb człowieka. Słowo zapisane to słowo najrozkoszniejsze, a ja jestem w posiadaniu wyjątkowych słów. Pamiętnik Hectora. Oliwer musiał go bratu zabrać, znaleźć w Ondskan. Nie był szczególnie stary, ale wszystko mi wyjaśnił. Postanowiłem słowa przebadać, w tym celu musiałem je mieć u siebie. Oliwer na pewno do nich nie wróci.

Nie jest ładnym zwyczajem grzebać w czyimś życiu, na pewno nie miałem do tego prawa. Oliwer jest moim przyjacielem, zrozumiałby. Poznając ich korespondencję, nauczyłem się rozumieć jego racje i decyzje. To ważne. Hector był niedyskretny. Mogę się domyślać, że sam w pewnym momencie dopuścił brata do swoich wspomnień. Cieszę się niekiedy, że jestem jedynakiem. Musicie jednak wiedzieć, że czytając Hectora, tęskniłem tak jak on za ich życiem, jakby było moim. To też siła słowa.

Redaktor Ewelina Ambroziak (wydanie pierwsze)

Korektor Karolina Kaźmierska (wydanie pierwsze)

Projektant okładki Adrian Zawadzki

Fotograf Adrian Zawadzki

? Adrian Zawadzki, 2021

? Adrian Zawadzki, projekt okładki, 2021

? Adrian Zawadzki, fotografie, 2021

Życie członków trzeciego pokolenia eXst eXiste to uzależnienie od środków odurzających, seksu, zniszczenia i zatracenie własnej osobowości. Ufność wizji zmiany świata odwodzi od miłości, rodziny i spokoju. Główny Przewodniczący widzi i kontroluje wszystko ze swej siedziby. Organizuje podziemne, ukryte przed oczami świata, spotkania do czasu, kiedy pojawia się Krwawy umysł - nieznajome i nieprzewidywalne zło. Niszczy życie członków eXeX, dokonując w ostatecznym ruchu drastycznej zbrodni.

ISBN 978-83-8273-054-8

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero