Kalé
W Niemczech większość czasu spędzałem z kolegami. Spotykaliśmy się gdzieś w mieście i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. A ostatnimi czasy, przyznaję, również o dziewczynach. Podczas kiepskiej pogody obijaliśmy się w centrum handlowym albo umawialiśmy na gry online, a wtedy oczywiście siedzieliśmy na Skypie.
W Barcelonie naturalnie to wszystko odpadało. Po pierwsze nie miałem żadnych kolegów, z którymi mógłbym się spotykać. Po drugie niby mogłem nadal rozmawiać przez Skype'a ze starą paczką, ale to nie było to samo. Kiedy gadali o tym, co zdarzyło się w szkole, albo o dziewczynach, nie miałem nic do dodania, bo przecież mnie przy tym nie było. Czułem, jak powoli odsuwam się od grupy.
Musiałem więc poszukać sobie innych zajęć. W końcu nie można tylko czytać. Żeby poznać dzielnicę, w której mieszkaliśmy, zacząłem wychodzić z domu. Nasza dzielnica nazywała się Sant Gervasi i była położona blisko centrum, ale na szczęście nie na tyle, żeby przyciągać tłumy turystów.
Barcelona to stare miasto pełne wysokich kamienic i wąskich zaułków, lecz także szerokich alei i placów. Ponieważ słońce świeci tu często i na ulicach wciąż kręcą się tłumy, nawet późnym wieczorem, wszędzie można odczuć, że to miasto żyje.
Na początku najbardziej zafascynował mnie targ. Każda dzielnica ma swoją halę targową, czynną codziennie oprócz niedziel, gdzie można dostać dosłownie wszystko, co jadalne. A Hiszpanie jedzą prawie wszystko, o czym zdążyłem się już przekonać.
Najbardziej zachwycili mnie sprzedawcy ryb. Ich stoiska zajmowały cały pasaż, a to, co prezentowali w swoich witrynach, było lepsze od każdego podręcznika biologii. Ryby oraz inne owoce morza nie były filetowane i porcjowane, tak jak to się robi u nas w Niemczech. Wykładano je na lodzie w całości, tak jak zostały wyłowione z morza. Miało się wrażenie, że wciąż żyją. Niektóre z nich wyglądały dość niebezpiecznie, na przykład mieczniki czy morszczuki. Wolałbym nie spotkać ich podczas kąpieli w morzu.
W halach targowych spotykali się ludzie z całej dzielnicy, między innymi dlatego, że było tam mnóstwo kafejek i barów, gdzie mogli wspólnie napić się kawy, wina lub piwa i jeść tapas, niewielkie porcje najprzeróżniejszych dań, które można zamawiać niemal bez końca.
Kiedy jednak w tygodniu wracałem po południu ze szkoły, hala targowa była przeważnie nieczynna. Spacerowałem wtedy po dzielnicy. Przechadzałem się po domach towarowych albo siadałem na jednej z ławek pośrodku deptaku Diagonal i obserwowałem pełne życia sceny rozgrywające się wokół mnie.
I szedłem do supermarketu. Może zabrzmi to komicznie, ale lubiłem supermarkety, bo przypominały mi stare kąty. Supermarkety na całym świecie są identyczne, kiedy więc przemierzałem alejki Caprabo pełne proszków do prania, przeróżnych marmolad czy puszek, przez parę minut miałem poczucie, że jestem z powrotem w domu. Tak, gdy zamykałem oczy, byłem w stanie sobie wyobrazić, że za drzwiami sklepu nie biegnie obca Travessera de Gracia, tylko ulica Bismarcka z dobrze znanymi mi sklepami. Dlatego prawie codziennie choć na chwilę odwiedzałem supermarket, zanim udawałem się na zwiedzanie dzielnicy. Tam też znalazłem pierwszego przyjaciela w tym mieście. Może "przyjaciel" to nie do końca właściwe określenie, ponieważ nie zamieniliśmy niemal słowa. Jednak był dla mnie jak stary znajomy, na którego obecność zawsze mogłem liczyć.
Mówiąc dokładniej, był to żebrak, który każdego dnia siedział przy wejściu do supermarketu. Miał obszarpane ubrania, zmierzwione siwe włosy i twarz porosłą zaniedbaną brodą.
Często zadawałem sobie pytanie, jakie zrządzenie losu sprawiło, że znalazł się w takim położeniu. Czyżby opuściła go żona i dlatego zaczął pić? Został bezrobotny i stracił mieszkanie, ponieważ nie było go już stać na opłacanie czynszu? A może należał do ludzi, którym wszystko jedno, jak żyją, byleby tylko nie musieli codziennie wlec się do znienawidzonej pracy?
Polubiłem go od razu dzięki przyjaznym niebieskim oczom, lśniącym na jego pooranej zmarszczkami twarzy, a także dzięki psu, który zawsze leżał obok niego na kocu. Był to najzwyklejszy kundel ze skołtunioną sierścią. Kiedy przechodziłem obok, za każdym razem witał mnie energicznym merdaniem.
Po tym, jak podczas naszego trzeciego spotkania pochyliłem się, aby pogłaskać zwierzę, stary uśmiechał się do mnie za każdym razem, kiedy mnie widział, podnosząc rękę na powitanie. Tamtego dnia kupiłem paczkę psich ciasteczek i jedno położyłem przed psem, kiedy wychodziłem ze sklepu, na co stary wymamrotał "gracias".
Pies wabił się Manolo, tyle udało mi się wyciągnąć z żebraka. Wprawdzie mężczyzna rozumiał mój hiszpański, jednak ja jego nie, dlatego nasze krótkie rozmowy w głównej mierze składały się z kilku gestów oraz słów, co do których obaj mieliśmy nadzieję, że zostaną prawidłowo zrozumiane przez tego drugiego.
W wyglądzie Manola można się było dopatrzyć śladów teriera i owczarka. Nie był tak leciwy jak jego właściciel, choć zapewne miał już kilka lat na karku. Sięgał mi akurat do kolan. A to, że w ogóle go dotknąłem, bardzo przemawiało na jego korzyść, ponieważ zwykle trzymałem się od psów z daleka, jak zresztą od wszystkich innych zwierzaków.
Zdaje się, że w tym miejscu będę musiał to pokrótce wytłumaczyć: z powodów, które dla mnie samego nie są do końca jasne, dość mocno boję się bakterii. Czyli zarazków chorobotwórczych, które występują wszędzie w naszym środowisku. Strach ten jest naturalnie niczym nieuzasadniony - na lekcji biologii uczono nas, że w ludzkim ciele żyje więcej bakterii i innych żyjątek niż komórek i że pomagają nam one w przeróżnych sprawach. Jednak już samo wyobrażenie, że jestem czymś w rodzaju żywego hotelu dla bakterii, sprawia mi spory problem i najchętniej powiesiłbym sobie na szyi szyld z napisem: "Wszystkie pokoje zajęte", aby bakterie poszukały jakiegoś innego lokum.
Ale tak to oczywiście nie działa. Niestety.
Na tym tle łatwiej można zrozumieć to, jak niezwykłe było dla mnie, że głaskałem Manola. W jego obecności wszystkie moje lęki zdawały się znikać. I tak mijały mi dni. Jakoś zdołałem się urządzić w tym swoim nowym życiu. Może nie byłem szczęśliwy, ale nie mogę też powiedzieć, że byłem nieszczęśliwy. Nazwałbym ten stan rodzajem wyczekiwania, zawieszeniem pomiędzy tym, co było wczoraj, a tym, co miało nastąpić jutro.
Od czasu do czasu rozmawiałem na Skypie z przyjaciółmi z Niemiec, ale coraz rzadziej, ponieważ mieliśmy sobie coraz mniej do powiedzenia.
Nie byłem już częścią wydarzeń, które działy się w moim starym mieście, i odwrotnie, oni też nie mieli pojęcia o tym, co mi się przytrafiało.
- Dlaczego nie zaprosisz któregoś z kolegów z klasy do domu? - zapytał mnie tata pewnego wieczoru podczas kolacji.
Zamiast odpowiedzieć, tylko wzruszyłem ramionami. Kogo miałbym zaprosić? Było parę grupek, z którymi snułem się po szkole podczas przerw, ale tak naprawdę do żadnej z nich nie należałem. Tolerowano mnie z racji tego, że tam byłem. Poza tym większość uczniów z mojej klasy mieszkała w odległych zakątkach miasta lub nawet poza nim, więc jakiekolwiek spotkanie kosztowałoby mnie sporo zachodu. Jedynym, który mieszkał w pobliżu, był Jakob, ale wystarczało mi, że siedziałem obok niego w ławce.
Jednak w pewnym momencie zostałem brutalnie wyrwany ze swojej rutyny.
Było to któregoś popołudnia w ostatni weekend września. Jak zwykle snułem się po okolicznych ulicach. Moim celem była tym razem dzielnica Eixample, w której znajdował się słynny kościół Sagrada Família. Rozmawialiśmy o niej w szkole i w ramach zadania domowego mieliśmy wyszukać sobie jakieś miejsce w Eixample i je opisać.
Po drodze minąłem swój ulubiony supermarket. Stary żebrak i jego pies siedzieli na zwykłym miejscu, automatycznie więc sięgnąłem do kieszeni spodni, żeby wyjąć z niej psie ciasteczko. Jednak nie znalazłem w niej nic prócz kilku okruszków. Manolo spojrzał na mnie wyczekująco, z tęsknotą w oczach właściwą tylko psom.
- Zaraz ci coś przyniosę - obiecałem mu i zniknąłem w sklepie.
Jednak kiedy dotarłem do działu zoologicznego, okazało się, że półka z ciasteczkami jest pusta. Zajęło mi ponad pięć minut odnalezienie chłopaka, który uzupełniał towar na półkach, i następne dziesięć czekanie, aż wróci z koszykiem pełnym torebek z ciasteczkami. Złapałem jedną z nich, podziękowałem i pobiegłem do kasy.
Natychmiast zauważyłem, że coś jest nie tak. Kasjerki wstrzymały pracę i wszystkie wpatrywały się w drzwi wejściowe. Tłum ludzi zasłonił mi widok. Jedyne, co mogłem zobaczyć, to migotanie niebieskiego światła.
"Staruszek!", przebiegło mi przez myśl.
Wrzuciłem paczkę ciastek do kosza ze szczotkami do włosów, przecisnąłem się między stojącymi w kolejce i pobiegłem w stronę wyjścia. Kiedy w końcu udało mi się przedrzeć przez szereg gapiów, zdołałem tylko zobaczyć stopy żebraka znikające w karetce. Sanitariusz zatrzasnął drzwi i ambulans pospiesznie odjechał na sygnale.
Stałem tam jak rażony piorunem, wpatrując się w migoczące niebieskie światło.
Tłum gapiów powoli się rozchodził. Nikt nie zwracał uwagi na Manola, który ze zwieszoną głową siedział na swoim kocu. Ktoś, zapewne jeden z sanitariuszy, przywiązał jego smycz do odbojnika do drzwi - nie sądzę, żeby pozostał tam z własnej woli.
Co powinienem był zrobić? Przecież nie mogłem po prostu go tutaj zostawić. Pogłaskałem go po głowie, a on spojrzał na mnie wzrokiem dogłębnie smutnym, a zarazem wyrażającym nadzieję.
Musiałem chwilę się zastanowić. Czy powinienem iść na policję? Tam na pewno skierują go do schroniska dla zwierząt. Do domu też nie mogłem go zabrać, bo mama była ekstremalnie uczulona na sierść psów. A poza tym nie wiedziałem przecież, co się stało z jego właścicielem. Być może zaraz wróci ze szpitala i wtedy na pewno będzie szukał Manola.
To nasunęło mi pewien pomysł: bardzo możliwe, że Manolo sam zaprowadzi mnie do mieszkania staruszka, zakładając, że ten je ma, a wtedy będę mógł go zostawić u jednego z sąsiadów.
Bez wahania zwinąłem jego koc, włożyłem do wciąż stojącej na chodniku plastikowej torby, w której znajdował się niewielki dobytek mężczyzny, i zdjąłem smycz Manola z odbojnika.
Pies spojrzał na mnie pytająco.
- Manolo, zaprowadź mnie do domu - powiedziałem. Lekko pociągnąłem za smycz. - Do domu.
W smutnych psich oczach nie dostrzegłem żadnej reakcji, więc przez moment myślałem, że po prostu chce tu zostać i poczekać na powrót swojego pana. Wreszcie się podniósł, energicznie otrzepał sierść i ruszył wzdłuż Travessera de Gracia.
Pierwszą część drogi znałem. Prowadziła do dzielnicy Gracia, obok targu i wzdłuż ulic, na których było pełno turystów. Nagle Manolo skręcił w lewo, potem w prawo, i tak w kółko, aż zupełnie straciłem orientację. Wreszcie dotarliśmy do niewielkiego placu, Plaça del Raspall. Miasto sprawiało tutaj wrażenie większej wioski, a to za sprawą niskich budynków, wąskich uliczek i dużej ilości zieleni.
Na placu na ławkach siedzieli starsi panowie i panie, zatopieni w ożywionych rozmowach. Wokół niewielkiej studni bawiły się dzieci, a z restauracji położonej na rogu dochodziły głosy i brzęk sztućców. Pachniało czosnkiem, aromatycznymi przyprawami i pieczonym mięsem oraz rybą.
Manolo uparcie zmierzał dalej. Po niejakim czasie domy znowu zrobiły się wyższe, sklepy mniejsze, a parkujące na skraju ulic auta starsze. Z otwartych okien słychać było donośne kobiece głosy i jeszcze głośniejszą muzykę. Jak wszędzie w Barcelonie, również tutaj na wielu balkonach powiewały narodowe flagi Katalonii. Wprawdzie był to region Hiszpanii, ale pragnął uzyskać niepodległość. Można to było też wywnioskować z treści graffiti widniejących na ścianach budynków.
Mimo że ta dzielnica wyglądem bardzo przypominała wiele pozostałych, w jakiś sposób się od nich odróżniała. Być może sprawiała to rozlegająca się wokół muzyka, tak bardzo różna od powszechnego brzmienia hitów z listy przebojów. Może sprawiał to widok mężczyzn siedzących przy stołach przed niewielkimi barami, z których wielu, również tych starszych, nosiło włosy do ramion. A może chodziło o chłopca, także o długich włosach, idącego mi naprzeciw w czerwonych butach na obcasach obok mężczyzny z gitarą? I może to jednak wcale nie był taki dobry pomysł, aby dać się poprowadzić Manolowi? Skąd miałem wiedzieć, dokąd mnie przyprowadzi!
Postanowiłem zawrócić, jeśli w ciągu kolejnych dwóch minut nie dotrzemy do celu.
Tymczasem Manolo skręcił w kolejny zaułek, jeszcze węższy od tych poprzednich. Z elewacji budynków łuszczyła się farba. Na końcu ulicy na chodniku stało kilku starszych chłopaków, którzy wpatrywali się we mnie bez zażenowania. Poczułem niemiły skurcz w okolicy żołądka i zacząłem się zastanawiać, co też może się stać, kiedy będę mijał tę grupkę.
Na szczęście Manolo zatrzymał się przed nimi. Obrócił głowę w moim kierunku, jakby chciał sprawdzić, czy wciąż z nim jestem, po czym ruszył w stronę jednej z bram. Nie była zamknięta na klucz. Wszedłem do sieni.
Zwierzę pociągnęło mnie po schodach do góry. W domu wszystkie drzwi były otwarte. Wspinałem się po schodach przy wtórze dzikiej mieszanki, na którą składały się dźwięki muzyki, krzyki dzieci, zapachy kuchenne, ryk odkurzacza i donośne głosy, aż wreszcie znalazłem się na drugim piętrze przed starszą kobietą zagradzającą mi przejście.
- Kim jesteś? Skąd masz psa? - ofuknęła mnie.
Właśnie miałem jej udzielić odpowiedzi, kiedy zza drzwi usytuowanych za nią wyszła dziewczyna, mniej więcej w moim wieku. Miała na sobie prostą czarną bluzę, dżinsy i tenisówki.
- Manolo! - zawołała i pochyliła się nad psem, który natychmiast ją rozpoznał.
Głaskała go chwilę, po czym prostując się, energicznym potrząśnięciem głowy odrzuciła do tyłu czarne włosy. Zamieniła z kobietą kilka słów w języku, który wprawdzie brzmiał jak hiszpański, ale z którego nie zdołałem nic zrozumieć.
Następnie spojrzała mi w oczy.
Poczułem się, jakby trafił we mnie piorun.
W ułamku sekundy zrobiło mi się gorąco i miałem wrażenie, że głowa zaraz mi wybuchnie.
Czy sprawiły to jej ciemnobrązowe oczy, które przywodziły na myśl dwie bramy do nieznanego, cudownego świata? A może po prostu jej zdecydowane zachowanie, które tak bardzo różniło się od zachowania dziewczyn z mojej szkoły?
- Skąd masz tego psa i rzeczy mojego wujka? - Przywołała mnie z powrotem do rzeczywistości. Wskazała na trzymaną przeze mnie reklamówkę. Jej głos był głębszy, niż się spodziewałem.
- Cóż, to było tak... - zacząłem, ale dziewczyna mi przerwała.
- Chodź za mną - powiedziała. - To niegrzecznie przetrzymywać gościa w przedpokoju.
Obróciła się i zniknęła razem z Manolem w mieszkaniu. Kobieta przepuściła mnie z niechęcią. Podążyłem za dziewczyną przez długi przedpokój do pokoju, w którym oprócz trzech skórzanych sof, ogromnego telewizora i stolika nie było żadnych mebli.
- Usiądź - powiedziała i wskazała na jedną z sof. - Ja tylko szybko przyniosę Manolowi wodę do picia.
Ostrożnie osunąłem się na wytartą kanapę, a reklamówkę staruszka postawiłem obok na podłodze. Do kobiety w korytarzu musiały dołączyć jeszcze jakieś inne, bo słyszałem dobiegające stamtąd głośne rozmowy.
W co ja się wplątałem?
Dziewczyna wróciła z blaszaną miseczką po brzegi napełnioną wodą. Manolo zachłannie się na nią rzucił. Ja też chętnie bym się czegoś napił, jednak wolałem o nic nie prosić, żeby nie popaść w jeszcze większą niełaskę niż do tej pory. Tylko właściwie dlaczego? Co złego im zrobiłem? Przyprowadziłem psa, przyniosłem rzeczy staruszka i za to miałem się dać ofukiwać? Czy to miało być podziękowanie za moją pomoc?
Dziewczyna usiadła na oparciu sofy i surowo na mnie spojrzała. Znowu zrobiło mi się gorąco i zimno na zmianę.
- A więc jeszcze raz. Kim jesteś i co tutaj robisz?
- Mam na imię Daniel. - Wyciągnąłem do niej dłoń. - A ty?
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.