Krwawy obłęd - Tomasz Biedrzycki

Kup ebooka

11.25 zł
9.33 zł (9,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Opowieść dla ludzi o silnych nerwach. Drastyczne sceny +18

Prolog

Obudził się, czując jak gwałtownie bije mu serce. Oddychał dłuższą chwilę, patrząc w ciemność nocy. Czuł powietrze przesycone stęchlizną i wilgocią. Szybko mrugał oczami, starając się przepędzić koszmar, męczący go całą noc. Obraz z więziennej celi, odczucia bólu i upokorzenia, przeplatające się z drwiącym śmiechem prześladowców. Doskonała pamięć była jego przekleństwem od najmłodszych lat. Przetarł dłonią twarz, ścierając pot. Uspokajał się powoli, zwracając wzrok w stronę wąskiego okna o odrapanej, wypaczonej ramie. Niebo szarzało, wieszcząc nadchodzący dzień. Potrząsnął głową. Wiedział, że nie uśnie. Musiał się przejść. Sięgnął po znoszone spodnie. Ubrał je, założył na grzbiet pierwszą rzecz z brzegu i ruszył ku drzwiom. Do głowy przyszło mu rozwiązanie. Butelka - tak, napić się. Wyszedł na korytarz, nie troszcząc się o zamknięcie pokoju. W tej kamienicy, zamek w drzwiach miała tylko sześcioosobowa rodzina z parteru, którą urząd miasta zakwaterował miesiąc temu. Parsknął na myśl o przestraszonych biedakach z czwórką dzieci, nie mających środków do życia. Niepijący, oboje pracujący gdzieś na śmieciówkach. Starzy wyjadacze z okolicy nie wychodzili z podziwu. Jak można było tak się zarzynać, gdy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej dawał na wszystko? Wystarczyła awantura i krzyk, a pieniądze na papierosy i wódkę zawsze się znalazły....

Pokręcił przecząco głową, idąc krótkim korytarzem. Odrapane ściany straszyły nawet o tej porze, całymi fragmentami oderwanego tynku. Ocalałe połacie zdobiły graffiti i wyznania okolicznych zakochanych, najczęściej w niewybrednym języku.

Wyszedł przed zrujnowany ganek, głęboko wciągając chłodne powietrze. Natychmiast orzeźwiło go, odganiając obrazy sennych mar. Przeszedł pustą ulicą, kierując się na pasaż spacerowy, ciągnący się wzdłuż rzeki do samego centrum. Idąc, wyciągnął z kieszeni pogniecionego papierosa. Skrzywił się sceptycznie, ale pomny, że nie ma więcej, ostrożnie oderwał uszkodzony fragment i zapalił. Zaciągnął się z lubością, kątem oka dostrzegając idącą naprzeciwko postać. Zdziwiony opuścił dłoń. Rzadko się zdarzało, by o tej porze ktoś tędy chodził. Był coraz bliżej. Osoba z naprzeciwka z pewnością gdzieś się spieszyła. Nieco niższa, znacznie tęższa, okryta czarnym płaszczem, doskonale chroniącym przed zimnem. Wydawało mu się, że skądś zna tę sylwetkę, ten chód. Byli już blisko siebie. Postać nie spoglądając na niego, powiedziała półgębkiem.

- Dzień dobry... - przepraszającym tonem, natychmiast pochylając głowę, ukrywając się pod kapturem. Mignęła mu okrągła, nalana twarz kobiety. Nie wstrzymywał kroku, ale poczuł ukłucie niepokoju. Odległy obraz dawnych wydarzeń, niczym echo, pojawił się w jego umyśle. Nie do końca panując nad sobą, zawrócił. Ruszył śladem kobiety, przyspieszając z każdą chwilą. Zapomniał o alkoholu, papieros zgasł mu w ustach, gdy tak pędził do przodu. Postać drgnęła, słysząc szybkie kroki za sobą. Zatrzymała się, słysząc zdyszany głos mężczyzny.

- Dyrektorka Marewska? - Kobieta powoli obróciła się, zsuwając kaptur z krótko ostrzyżonej fryzury, zafarbowanej na ciemny kolor. Zmrużyła oczy, starając się w nadchodzącym człowieku rozpoznać twarz. Zmarszczyła czoło, próbując przypomnieć sobie te rysy. Nie pamiętała tych bladych oczu bez wyrazu, wpatrujących się w nią.

- Nie pamięta mnie pani? - Cofnęła się pół kroku. W zapytaniu wyczuła nutę narastającej agresji. Skuliła się w sobie, jakby odruchowo chroniąc się przed ciosem.

- Co za niefart... - splunął prosto pod nogi kobiety. Obrócił na moment głowę w stronę rzeki i odetchnął głęboko. Gdy ponownie spojrzał na Marewską, jego oczy płonęły wściekłością.

- Ty mnie nawet nie pamiętasz... a ja każdego dnia marzyłem, żeby spotkać cię tak, jak dziś - nic nie odpowiadała, sądząc, że jakiekolwiek słowa jeszcze bardziej zaognią niebezpieczną sytuację. Gra emocji na jej twarzy świadczyła o tym, że gorączkowo przeszukuje pamięć.

- Teraz siedzę w śmierdzącej norze, wszystko dzięki tobie! - Stracił panowanie nad sobą. Spiął się nagle jak sprężyna i uderzył, trafiając kobietę dokładnie w środek okrągłej twarzy. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Wydała stłumiony okrzyk, bardziej ze strachu, niż z bólu i zatoczyła się do tyłu. Jej tusza nie pozwoliła złapać równowagi.

- Nie znam cię - wydusiła z siebie stłumionym głosem. Usłyszał w nim strach i nagle coś wewnątrz niego pękło. Skoczył ku kobiecie. Marewska usiłowała nieporadnie się podnieść, ale nie dał jej szansy. Wewnętrzny ból, tłumiony od wielu lat, teraz kazał mu uderzać. Raz za razem. Nie patrzył, czy ktoś aby nie obserwuje starcia. Zdarł ze swej ofiary kaptur i uderzał w jej głowę. Pięściami, starając się uciszyć jej słabnące jęki. Wreszcie umilkła.

Sprawca oddychał szybko, jak po długim biegu, klęcząc przy nieprzytomnej. Nie rozumiał co się z nim dzieje. Cały ciężar, dławiący dotąd jego umysł znikł. Ot tak, w jednej chwili. Rozejrzał się gwałtownie. Gdzieś w oddali zabłysły światła samochodu, przez pobliskie skrzyżowanie przemknęła taksówka. Obrzucił nienawistnym spojrzeniem bezwładne ciało i podjął decyzję. Sięgnął po jedną z kostek brukowych, jaka pozostała po remoncie pasażu. Nie analizował, nie zastanawiał się nad swoimi reakcjami. Zrobił to, co podpowiadała mu podświadomość. O czym marzył od tak dawna....

Wydawało mu się, że po pierwszym uderzeniu głowa kobiety odskoczyła na bok. Uderzał coraz silniej. Jak w amoku. Raz za razem, w całkowitym milczeniu. Jedynym dźwiękiem było pękanie kości czaszki ofiary. Odrzucił kamień wprost do wody. Wpadł z głośnym pluskiem. Niewiele myśląc, pociągnął zamordowaną za kostki wprost ku rzece. Nie rozglądając się, zrzucił ją śladem narzędzia zbrodni, wprost w nurt. Uczucie euforii uderzyło mu do głowy. Sycące, wypełniające każdą komórkę ciała. Triumf, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Usiadł nad samą wodą i zanurzył w niej zakrwawione dłonie. Powoli, nie śpiesząc się, obmywał je. Ściągnął poplamioną kurtkę i sceptycznie przyjrzał się śladom zabójstwa. Nie był do niej przywiązany. Odpalił zgaszonego papierosa, wciąż trzymanego w ustach i zaciągnął się. Nigdy dotąd nie czuł się tak dobrze. Nawet, gdy za odłożone pieniądze był ten jeden raz u prostytutki. Tam była chwilowa satysfakcja i szybka ucieczka ze wstydem. Jakby zrobił coś złego. Teraz oglądał swoje dłonie, jak gdyby widział je pierwszy raz w życiu. Teraz ta dziwka nie spławiłaby go tak łatwo!. O, za tą stówę zrobiłaby znacznie więcej.... Gwałtownie wstał. Kopnięciem wrzucił leżącą obok kurtkę do wody. Ruszył wzdłuż rzeki biegiem. Czuł, że ten dzień będzie kompletny dopiero wtedy, gdy poczuje w gardle ostre drapanie mocnego trunku. Na myśl o tym, jego twarz pojaśniała. Przyspieszył kroku, nie czując otaczającego go chłodu. To był jego DZIEŃ!.