Krwawy Mikołaj. Zuzanna Lewandowska. Tom 12 - Jacek Ostrowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

To był cie­pły, wręcz go­rący dzień. Przy­roda ki­piała, nad­ra­biała czas stra­cony przez wy­jąt­kowo zimny po­czą­tek wio­sny. Po­lem Mo­ko­tow­skim szła szyb­kim kro­kiem ubrana w dżin­sowy kom­plet młoda ko­bieta. Na­gle przy­sta­nęła, spoj­rzała na ze­ga­rek, po czym ro­zej­rzała się tak, jakby na ko­goś cze­kała, jakby była z kimś umó­wiona. Wkrótce na ścieżce po­ja­wił się męż­czy­zna w ka­pe­lu­szu i dłu­gim płasz­czu. Niósł wa­lizkę i zmie­rzał w kie­runku ko­biety. Do­szedł do niej, w ge­ście po­wi­ta­nia uchy­lił na­kry­cia głowy. Za­częli ze sobą roz­ma­wiać. To nie była przy­ja­ciel­ska roz­mowa. Ko­bieta ener­gicz­nie wy­ma­chi­wała rę­koma, on też nie po­zo­sta­wał jej dłużny. W pew­nym mo­men­cie ona się od­wró­ciła i ru­szyła ścieżką. On po­biegł za nią. Od tyłu za­rzu­cił jej coś na szyję i za­czął ją du­sić. Ko­bieta za­żar­cie się bro­niła i wtedy w jego dłoni po­ja­wił się długi nóż, który w chwilę po­tem męż­czy­zna wbił w plecy swo­jej ofie­rze. Wy­jął go, po czym znowu wbił. W końcu ko­bieta osu­nęła się bez­wład­nie na zie­mię. Męż­czy­zna ro­zej­rzał się ner­wowo, a po­nie­waż nie wi­dział ni­kogo w oko­licy, chwy­cił swoją ofiarę pod pa­chy i wcią­gnął ją w po­bli­skie krzaki. Długo trwało, nim je na po­wrót opu­ścił. Ob­cią­gnął płaszcz, wło­żył dło­nie do kie­szeni i po­spiesz­nie się od­da­lił.

Coś ude­rzyło w szybę.

Zuza Le­wan­dow­ska otwo­rzyła jedno oko, po chwili dru­gie. Zer­k­nęła w okno, za nim szaro, po­nuro. Kro­ple desz­czu spły­wały po szy­bach. I jak tu w tak wredną po­godę wstać, a cóż do­piero funk­cjo­no­wać? Za­mknęła oczy, jesz­cze pięć mi­nut, po­my­ślała.

- Zu­uuuza wsta­aać! Ku­uurwa ma­aać! Wsta­aaać! - wy­darła się Zgaga, swoim wrza­skiem bu­dząc resztę to­wa­rzy­stwa. Bo­rys pod­szedł do łóżka, ci­cho po­pi­sku­jąc. Chciał po­li­zać Wrzoda le­żą­cego na po­duszce i zwi­nię­tego w kłę­bek. Ko­ci­sko za­sy­czało jak wąż, zje­żyło się ni­czym je­żo­zwierz i pac­nęło psa łapą. Ide­alne tra­fie­nie, bo pro­sto w nos. Te­raz do­piero się za­częło. Bo­rys, pa­ła­jący żą­dzą ze­msty, rzu­cił się na łóżko, chcąc zła­pać Wrzoda zę­bami za kark. Ten wy­sko­czył z łóżka jak z procy i wsko­czył na szafę. Psi­sko pod­ska­ki­wało, gło­śno szcze­ka­jąc, ale próżne były jego dzia­ła­nia, bo ko­ci­sko znaj­do­wało się poza jego za­się­giem.

Zuza wie­działa już jedno: skoń­czyło się spa­nie, czas wsta­wać. Pod­nio­sła się z łóżka, nie­dbale za­rzu­ciła na sie­bie szla­frok i udała się do ła­zienki. Kiedy z niej wró­ciła, było już po awan­tu­rze, Bo­rys sie­dział w sa­lo­nie na ka­na­pie i wy­li­zy­wał so­bie ge­ni­ta­lia, Wrzód usa­do­wił się na oknie i też po­świę­cił się po­ran­nej to­a­le­cie, zaś Zgaga z upo­rem ma­niaka mal­tre­to­wała dzio­bem kolbę ku­ku­ry­dzy, a za­tem wszystko wró­ciło do normy. Zuza ubrała się i ze­szła na po­dwó­rze z Bo­ry­sem na smy­czy, od razu po­cią­gnął ją pod stary orzech, na któ­rego pień od lat co­dzien­nie rano od­da­wał mocz.

- Pani me­ce­nas!

To są­siad z ofi­cyny, z pierw­szego pię­tra, krzy­czał z otwar­tego okna. Długo nie mo­gła za­pa­mię­tać jego na­zwi­ska, utrwa­liło jej się do­piero, kiedy wy­cią­gnęła go z aresztu. Po chwili wy­biegł z ka­mie­nicy w sa­mej pi­ża­mie, a na do­da­tek na bo­saka.

- Pani me­ce­nas, dziś w nocy znów prze­go­ni­łem wła­my­wa­czy. Chcieli się wła­mać do pani sta­jenki i za­je­bać wę­giel. Nie­stety, zdą­żyli uszko­dzić kłódkę, nim zbie­głem na dół.

- A to su­kin­syny! Dzię­kuję, pa­nie An­to­sik, za in­ter­wen­cję. Wie pan może, kto to był? Chyba mu­szę z nimi po swo­jemu po­ga­dać.

Są­siad z za­kło­po­ta­niem po­dra­pał się po gło­wie. Naj­wy­raź­niej nie chciał być w to wplą­tany.

- Było ciemno, twa­rzy nie wi­dzia­łem - bąk­nął, spusz­cza­jąc wzrok. Kła­mał, tego była pewna.

- Szkoda, bo­bym im jaja po­ury­wała. Na­stęp­nym ra­zem do­brze by się za­sta­no­wili, za­nimby do­tknęli kłódki od mo­jej sta­jenki, mało tego, za­nimby we­szli na na­sze po­dwórko.

Bo­rys za­koń­czył pod­le­wa­nie drzewa, więc po­cią­gnęła smycz i po­szła w stronę ka­mie­nicy.

Na klatce scho­do­wej spo­tkała pana Ta­dzia. Jak co rano wra­cał ze sklepu spo­żyw­czego ze świe­żymi buł­kami. Był cały za­sa­pany. Nic dziw­nego, za­kupy cięż­kie, bo i dwie bu­telki mleka w siatce, a chłop miał już swoje lata. Na jej wi­dok sze­roko się uśmiech­nął.

- Co tam sły­chać w wiel­kim świe­cie, są­siadko?

- Pa­nie są­sie­dzie, w ja­kim wiel­kim świe­cie? Mój wy­jazd to już od­le­gła hi­sto­ria, a tu­taj to pro­win­cja, tu psy du­pami szcze­kają. Sam pan o tym do­brze wie. Chyba się w końcu stąd wy­pro­wa­dzę, bo za­czy­nam mieć dość tego mia­sta. Wszystko, co złe, to wła­śnie tu mnie spo­tkało.

- A gdzie bę­dzie pani le­piej? Może na Ku­bie?

- A już sama nie wiem. Wszystko mnie wkur­wia. U pana przy­naj­mniej jest ina­czej. Żona mi się chwa­liła, że zo­sta­li­ście dziad­kami.

- Ow­szem, mamy wnuka. Wa­żył całe pięć kilo - rzekł z dumą w gło­sie.

- Gra­tu­luję! Jak córka was od­wie­dzi, to niech wpad­nie do mnie, bo mam mnó­stwo tych wszyst­kich śpio­chów, ka­fta­ni­ków i in­nych róż­nych pier­doł.

- Na­prawdę? Pani Zuzo, z nieba nam pani spa­dła, bo w skle­pach wszyst­kiego bra­kuje. Żeby ku­pić te­trowe pie­lu­chy, to całe dwie noce dy­żu­ro­wa­li­śmy z żoną przed Ja­siem i Mał­go­sią w ko­lejce. Pani ob­li­czy, ile się na­leży, to za ca­łość za­płacę.

- Niech pan nie prze­sa­dza! Nie chcę pie­nię­dzy. Je­śli pan nie weź­mie tych rze­czy za darmo, to któ­re­goś dnia spa­kuję je do kar­tonu i wy­niosę na śmiet­nik. Nie chcę na to pa­trzeć, bo od razu tamto wraca. - Ostat­nie słowa wy­mó­wiła z wy­raź­nym tru­dem.

- Do­brze, do­brze. Oczy­wi­ście, że we­zmę, ale w za­mian przyj­mie pani wspa­niały pasz­tet z dzika mo­jej ro­boty. Palce li­zać, pro­szę mi wie­rzyć.

- Niech bę­dzie - zgo­dziła się. - Zna pan może ja­kie­goś do­brego ślu­sa­rza? Mój zro­bił mi ka­wał i umarł, po­noć za­pił się na śmierć.

- No pew­nie, że znam, Zgo­rzel­ski z Biel­skiej. Złota rączka. Wszystko po­trafi. Mó­wią, że da­leko zaj­dzie. A ten pani zna­jomy, Pio­sik? On ma ta­lent w dło­niach.

- Aż za duży i przez to co i raz ma kło­poty z pra­wem. Le­piej niech się od kłó­dek trzyma z da­leka.

- A co się stało?

- Znów chcieli mi się wła­mać do sta­jenki. Znisz­czyli kłódkę i na­ru­szyli sko­bel.

- To pew­nie Ja­siń­ski z po­dwó­rza obok. Kilka dni temu wy­pu­ścili go z kry­mi­nału i od razu od nowa się za­częło. Wczo­raj ob­ro­bili mo­no­po­lowy przy Kwiatka, a dziś w nocy wła­mali się do ma­gla.

- A po cho­lerę do ma­gla? Kto się tam wła­muje? - Po­krę­ciła głową z nie­do­wie­rze­niem.

- Nie mam po­ję­cia. Może byli na­wa­leni i po­my­lili ma­giel ze skle­pem spo­żyw­czym, wszak są­sia­dują ze sobą. Za­raz jak wrócę do domu, to od­szu­kam pani ad­res ślu­sa­rza. On chyba ma na­wet te­le­fon, to może pani do niego za­dzwo­nić i spy­tać, czy się tego po­dej­mie. Jest do­bry, to ma ro­boty od cho­lery. Gdyby coś przy­smra­dzał, to pro­szę się po­wo­łać na mnie.

- Tak zro­bię, dzię­kuję.

Dziś bar mleczny był za­mknięty, z kartki na drzwiach można było się do­wie­dzieć, że jest awa­ria wody, a tak na­prawdę to prze­pro­wa­dzano od­szczu­rza­nie, ale o tym wie­dzieli tylko wta­jem­ni­czeni, bo nie chciano zra­żać klien­tów. Zuza mu­siała so­bie ina­czej po­ra­dzić. Wcho­dząc do kan­ce­la­rii, ka­zała Jolce po­biec do pie­karni po bułki, a do de­li­ka­te­sów po ma­sło i szynkę w puszce. Dziew­czyna wró­ciła po go­dzi­nie z po­łówką czer­stwego chleba, z ma­słem ro­ślin­nym i puszką pasz­tetu. Nic in­nego nie udało się jej ku­pić, bo kie­row­niczka była na urlo­pie, a za­stępca nie cier­piała Le­wan­dow­skiej.

Zuza sie­działa te­raz przy biurku, wpa­trzona w le­żące przed nią za­kupy. Wciąż się wa­hała, czy po nie się­gnąć. Pasz­tet wy­glą­dał mało za­chę­ca­jąco, bo za­nie­po­koił ją jego ko­lor, a na do­da­tek puszka od­stra­szała ko­ro­zją na ran­tach. Zuza do­brze pa­mię­tała za­tru­cie pasz­te­tem na ko­lo­niach w So­czewce. To miało miej­sce rok wcze­śniej, dwóch wy­cho­waw­ców i troje dzieci wy­lą­do­wało w szpi­talu. Ma­sło też było nie­świeże. Kiedy tak du­mała nad je­dze­niem, za­dzwo­nił te­le­fon.

- Me­ce­nas Zu­zanna Le­wan­dow­ska, słu­cham.

- Ty stara kurwo, czas na cie­bie. Przyjdę i roz­pruję ci beł­cun. Wy­cią­gnę ci wszyst­kie flaki! Zdech­niesz w mę­czar­niach! - usły­szała w słu­chawce.

- To wszystko? - spy­tała bez­na­mięt­nym gło­sem.

Po dru­giej stro­nie za­le­gła ci­sza.

- A za­tem wszystko.

Trza­snęła słu­chawką i po­now­nie sku­piła wzrok na je­dze­niu.

- Z gło­dem nie wy­grasz. Raz ko­zie śmierć - mruk­nęła pod no­sem, chwy­ciła nóż i wbiła go w chleb.

Po śnia­da­niu za­wo­łała do sie­bie Jolkę.

- Sia­daj! - Wska­zała jej krze­sło. - Słu­chaj, kie­dyś mi mó­wi­łaś, że masz ko­legę w te­le­ko­mu­ni­ka­cji? Mam ra­cję?

- Tak, pani Zuzo, a czego po­trzeba?

- Mu­simy tu w kan­ce­la­rii za­in­sta­lo­wać sys­tem te­le­fo­nów z prze­łą­cza­niem. Wi­dzia­łam coś ta­kiego u dy­rek­tora ja­kie­goś za­kładu, chyba Mo­sto­stalu, a może Ośrodka Ba­daw­czo-Roz­wo­jo­wego. Zresztą to nie­istotne gdzie. Ma być tak u nas.

- Ale po co? Pani za­wsze wo­lała sama od­bie­rać te­le­fony.

- Ow­szem, ale od ja­kie­goś czasu bar­dzo zwięk­szyła się liczba dzwo­nią­cych świ­rów. Dziś je­den taki obie­cy­wał mi roz­pruć brzuch. Nie chce mi się wciąż wy­słu­chi­wać tych fru­stra­tów. Nie je­stem ich psy­chia­trą i nie mam na to czasu.

Apli­kantka zbla­dła. Naj­wy­raź­niej po­mysł sze­fo­wej jej nie za­chwy­cił.

- Ale to zna­czy, że ja mam tego słu­chać? - wy­du­kała.

- Na to wy­gląda. Uod­par­niaj się. Za­wód ad­wo­kata to trudny fach, ale o tym to już chyba wiesz?

- No ale ja się będę bała. Co mam im od­po­wia­dać? - Jolka pró­bo­wała się bro­nić.

- Mów, co chcesz. Naj­le­piej żeby po­szli do dia­bła. - Zuza za­re­cho­tała.

- A jak bę­dzie chcia... - za­częła dziew­czyna, ale wi­dząc Zuzy minę, od­pu­ściła.

- Do­brze, przy­pro­wa­dzę Franka i niech to wy­ceni, ale pew­nie bę­dzie drogo.

- To jest warte każ­dej ceny! By­łaś już dziś na po­czcie po ko­re­spon­den­cję? Cze­kam na pe­wien list.

- Tak, by­łam, ale jesz­cze nie roz­pa­ko­wa­łam siatki. Za­raz to zro­bię.

Jolka wy­szła, a Zuza się­gnęła po eks­tra mocne. Za­pa­liła pa­pie­rosa i spoj­rzała na por­tret Am­bro­żego Le­wan­dow­skiego.

- I co mam zro­bić? Zo­stać w Płocku czy się wy­pro­wa­dzić? Może po­win­nam ku­pić so­bie ja­kąś chatę w Biesz­cza­dach i tam osiąść wśród wil­ków i niedź­wie­dzi? Po­radź mi coś.

Tym ra­zem mina Am­bro­żego się nie zmie­niła, nie drgnął mu ani je­den mię­sień twa­rzy.

- No tak, ni­gdy nie można na cie­bie li­czyć. Tak było za two­jego ży­cia i tak jest po two­jej śmierci. - Po­ki­wała smęt­nie głową.

Jolka zaj­rzała do po­koju.

- W po­czcie same ra­chunki i je­den list. To pew­nie ten, o któ­rym pani wspo­mniała.

- Da­waj go!

W chwilę po­tem Zuza trzy­mała w ręku nie­bie­ską ko­pertę. Od razu zdała so­bie sprawę, że to nie ta prze­syłka, na którą cze­kała. List za­adre­so­wano dru­ko­wa­nymi li­te­rami. Trzeba przy­znać, że to było sta­ran­nie na­pi­sane, ktoś się bar­dzo po­sta­rał. Roz­cięła ko­pertę i wy­jęła z niej zdję­cie cho­inki. Sztuczna, od razu po­znała. Drzewko nie miało żad­nych ozdób. Stało na tle bia­łej ściany. Czemu ktoś robi zdję­cie go­łej sztucz­nej cho­ince i przy­syła jej to w czerwcu? Prze­cież to czy­sty bez­sens. Od­wró­ciła fo­to­gra­fię i zo­ba­czyła na niej na­pis.

"Ta cho­inka to mój świą­teczny pre­zent dla cie­bie, suko. Ta cho­inka jest po­zba­wiona ozdób, ale od dziś będę ją przy­stra­jać bom­becz­kami. Tak bę­dzie do świąt, a ostat­nia ozdoba umiesz­czona zo­sta­nie na jej czubku, a bę­dzie nią twoja głowa. Nie­stety ty tego już nie zo­ba­czysz. Tak, pani me­ce­nas, przy­cho­dzi pora na za­płatę".

Ma­riań­ski kro­czył ulicą Kró­le­wiecką i bacz­nie się przy­pa­try­wał prze­kup­kom han­dlu­ją­cym przy po­bli­skim rynku. Na­gle za­trzy­mał się przy jed­nej z nich. Zmarsz­czył groź­nie czoło, po czym pal­cem wska­zu­ją­cym po­ka­zał na sto­jący przy niej ko­szyk.

- Oby­wa­telko han­dlaro, co wy tam ma­cie? Może mięso z nie­le­gal­nego uboju?

- Ależ, pa­nie mi­li­cjan­cie, to tylko jaja od mo­ich ku­rek - wy­du­kała prze­stra­szona ko­bieta.

- No prze­cież nie od wa­szego chłopa i nie ty­tu­łuj­cie mnie pan, bo pa­nów już nie ma. Te­raz rzą­dzi klasa ro­bot­ni­cza. Od­kryj­cie te niby jaja, zo­ba­czymy.

Han­dlarka zsu­nęła z ko­szyka szmatkę do­tąd skry­wa­jącą jego za­war­tość. Ma­riań­ski na­chy­lił się, żeby le­piej zo­ba­czyć, i wtedy ktoś idący chod­ni­kiem nie­chcący go po­trą­cił. Ka­pi­tan za­chwiał się, po czym, stra­ciw­szy rów­no­wagę, prze­wró­cił, lą­du­jąc twa­rzą w ko­szyku i gnio­tąc le­żące tam jajka. Kiedy się pod­niósł, jego twarz po­kry­wała ja­jeczna masa, która za­częła po­woli z niej spły­wać. Wi­dok był tak ko­miczny, że wszy­scy do­koła wy­bu­chli grom­kim śmie­chem, oczy­wi­ście prócz owej ko­biety, bo jej wcale do śmie­chu nie było. Ona stra­ciła wszyst­kie jajka, a na do­da­tek na­ra­ziła się wła­dzy. Ma­riań­ski wy­jął z kie­szeni spodni wielką kra­cia­stą chustkę. Prze­tarł twarz i na po­wrót ją scho­wał. Był wście­kły, bo on, ofi­cer mi­li­cji, zo­stał ośmie­szony przez ja­kąś prze­kupkę.

- Ja was za­ła­twię! - ryk­nął na han­dlarkę. - To jest za­mach na funk­cjo­na­riu­sza, na to są pa­ra­grafy, zgni­je­cie w wię­zie­niu!

- Pa­nie wła­dzo, ta pani nie jest ni­czemu winna. - Ja­kiś prze­cho­dzień wziął ko­bietę w obronę.

Ka­pi­tan na­tych­miast zwró­cił się do niego.

- A wy to kto? Ad­wo­kat? Po­każ­cie do­wód oso­bi­sty - za­ata­ko­wał męż­czy­znę.

- Nie mam przy so­bie.

- Gdzie pra­cu­je­cie?

- Ni­g­dzie.

- Nie pra­cu­je­cie? Je­ste­ście nie­bie­ski ptak? To ja wam za­raz za­ła­twię na­kaz pracy

- Ja stu­diuję.

- Stu­dent? No pro­szę. My ta­kim jak wy, wrzo­dom na zdro­wym so­cja­li­stycz­nym or­ga­ni­zmie, w sześć­dzie­sią­tym ósmym w War­sza­wie pałką plecy ma­so­wa­li­śmy. Na­wet za to Or­der Bu­dow­ni­czych Pol­ski Lu­do­wej do­sta­li­śmy. Wam też wy­ma­su­jemy. Naj­pierw spi­szemy was i zo­ba­czymy, co da­lej. - Wy­jął z we­wnętrz­nej kie­szeni mun­duru no­tes i dłu­go­pis. - Na­zwi­sko?

- Szczy­gli­rzew­ski.

- Jak? Co wy so­bie, kurwa, żarty ro­bi­cie?

- Jak­bym śmiał? To moje na­zwi­sko.

- Po­wtórz­cie.

- Szczy­gli­rzew­ski.

Ma­riań­ski mruk­nął coś pod no­sem, po czym za­mknął ka­pow­nik.

- Dziś wam da­ru­jemy, ale na­stęp­nym ra­zem skoń­czy­cie w aresz­cie. A te­raz spier­da­laj­cie stąd, pó­kim do­bry.

Młody męż­czy­zna od­da­lił się po­spiesz­nie. Ka­pi­tan na po­wrót zwró­cił się w stronę han­dlarki.

- A wy jak się na­zy­wa­cie?

- Ko­wal­ska, pa­nie wła­dzo.

Jego twarz się roz­pro­mie­niła, na po­wrót wy­jął no­tes.

- To was spi­szę, to były wa­sze jajka.

- Jesz­cze raz po­daj­cie na­zwi­sko.

- Ko­wal­ska Ja­nina.

- Jak spy­tamy o imię, to je po­wie­cie, ale nie wcze­śniej.

- Na­zwi­sko?

- Ko­wal­ska.

- Imię?

- Ja­nina.

Zuza sie­działa przy swoim ulu­bio­nym sto­liku w ba­rze mlecz­nym. Dziś do­ni­kąd się nie spie­szyła. Wcze­śniej zja­dła śnia­da­nie i te­raz czy­tała "Prze­krój". W po­bli­skim kio­sku miała od lat za­ło­żoną teczkę na prasę, ina­czej nie było szansy na za­kup tego cza­so­pi­sma. Ono, jak więk­szość mie­sięcz­ni­ków czy ty­go­dni­ków, było tylko spod lady. Lek­turę roz­po­częła od ostat­niej strony, od przy­gód pro­fe­sora Fi­lutka i ru­bryki Hu­mor ze­szy­tów.

- Pani me­ce­nas, dzień do­bry. Świet­nie, że pa­nią wi­dzę.

Zuza unio­sła wzrok. Była zła, że jej prze­rwano czy­ta­nie. Przed sobą zo­ba­czyła ro­ze­śmianą twarz ja­kie­goś nie­zna­jo­mego męż­czy­zny.

- Dzień do­bry - mruk­nęła pod no­sem.

- Nie po­znaje mnie pani? Nie­moż­liwe.

- Wi­docz­nie moż­liwe. Nie po­znaję - od­parła su­cho.

- Na­zy­wam się Gron­kie­wicz, war­szaw­ski ad­wo­kat. Sprawa Bul­zac­kiego, wiele lat temu. Pa­mięta pani?

No tak, te­raz go so­bie przy­po­mniała. Bul­zacki, płocki oprych, był jej klien­tem. Za­bił córkę klienta Gron­kie­wi­cza i tylko dzięki Zu­zie wy­znał w do­cho­dze­niu, gdzie ukrył zwłoki, a przez to oj­ciec mógł je po­cho­wać. War­szaw­ska pa­puga zmie­niła się przez te lata. Wtedy był mło­dym, szczu­płym, wręcz chu­dym męż­czy­zną, a te­raz wi­dać było, że kan­ce­la­ria do­brze przę­dzie, bo pan me­ce­nas wy­glą­dał ni­czym pą­czek w ma­śle. Mocno przy­tył, gar­ni­tur świet­nie skro­jony, na pewno nie był tani.

- Fak­tycz­nie, te­raz tak. Co u pana sły­chać, ko­lego? - spy­tała grzecz­no­ściowo, bo tak na­prawdę to nic jej to nie ob­cho­dziło.

- Dzię­kuję, wszystko do­brze.

- To co pan tu robi? To podły lo­kal. Ja tu przy­cho­dzę je­dy­nie z sen­ty­mentu. W każ­dym in­nym ba­rze je­dze­nie jest dużo smacz­niej­sze.

- Wsze­dłem tu tylko dla­tego, że spo­dzie­wa­łem się pa­nią tu za­stać. Tu­taj skie­ro­wała mnie pani apli­kantka. Mu­simy po­roz­ma­wiać, i to pil­nie.

Rzu­ciła mu cie­kawe spoj­rze­nie. Czego może chcieć od niej? Nie pro­wa­dziła ostat­nio żad­nych spraw z wąt­kiem war­szaw­skim. Zło­żyła "Prze­krój" i wci­snęła go do to­rebki. Skoń­czy lek­turę in­nym ra­zem.

- Za­tem za­pra­szam do kan­ce­la­rii.

- Może le­piej po­roz­ma­wiajmy tu­taj? Nie chcę żad­nych pod­słu­chów. Wie pani, jak to jest, wła­dza te­raz chce wie­dzieć wszystko o wszyst­kich.

- No tak, tu na­wet je­śli ta­kowe kie­dyś były, to do tej pory szczury zja­dły ka­ble. A za­tem słu­cham pana.

Ręką wska­zała krze­sło obok swo­jego. Męż­czy­zna roz­siadł się i ne­se­ser, z któ­rym przy­szedł, po­ło­żył na bla­cie stołu. Otwo­rzył go i wy­jął z niego dużą szarą ko­pertę, po czym po­dał ją Zu­zie. Spoj­rzała na nią zdzi­wiona.

- Co to jest?

- W środku jest spi­sana ostat­nia wola pew­nego męż­czy­zny, no­ta­bene bar­dzo bo­ga­tego.

- Drogi ko­lego, a co mnie ob­cho­dzi czyjś te­sta­ment? - Zuza par­sk­nęła śmie­chem. - Nie zaj­muję się ta­kimi spra­wami. Tu pew­nie trzeba no­ta­riu­sza.

- A po­wi­nien pa­nią ob­cho­dzić - rzekł męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo. Wy­jął z ko­perty kilka kar­tek spię­tych spi­na­czem. - Pro­szę się z tym za­po­znać. To nie zaj­mie pani dużo czasu.

- Skoro pan na­lega. - Nie upie­rała się. Po­ło­żyła do­ku­ment przed sobą i się nad nim na­chy­liła. Prze­czy­tała raz, po­now­nie i jesz­cze raz. Spoj­rzała py­ta­jąco na Gron­kie­wi­cza. - To ja­kiś żart? - wy­du­kała.

- Nie, czemu miał­bym się fa­ty­go­wać z War­szawy dla sa­mego żartu? To nie mia­łoby sensu.

Wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wiem, są różne zbo­cze­nia.

Męż­czy­zna się ro­ze­śmiał.

- Nie, sza­nowna ko­le­żanko, za­pew­niam pa­nią, że to nie jest żart i nie je­stem zbo­czony.

- Kurwa mać, je­śli to prawda, to co ja z tym wszyst­kim zro­bię? Na co mi to?

- Może pani to sprze­dać, to jest warte mnó­stwo pie­nię­dzy.

- Tak, a póź­niej bać się, że mi ktoś w ja­kimś za­ułku łeb ukręci. Pro­szę mi po­wie­dzieć, kim był ten cały Ta­de­usz Kieł­piń­ski? Na­zwi­sko nic mi nie mówi, jest mi kom­plet­nie obce. Czemu pa­dło aku­rat na mnie? Nie miał żad­nej ro­dziny?

- Był sa­motny, jego ro­dzina zgi­nęła pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej.

- Ale nie od­po­wie­dział mi pan na py­ta­nie, czemu aku­rat na mnie pa­dło. Ja tego czło­wieka nie zna­łam, tego je­stem pewna.

- Ale on pa­nią znał i chyba do­brze, skoro tak pa­nią ob­da­ro­wał. Mam tu jesz­cze list za­adre­so­wany do pani. Był w pa­pie­rach zmar­łego. Może jego treść za­wiera od­po­wie­dzi na pani py­ta­nia?

Męż­czy­zna po­dał Zu­zie białą ko­pertę. Była za­kle­jona. Na wierz­chu wid­niały, sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wane, jej imię i na­zwi­sko.

- Pro­szę te­raz jej nie otwie­rać. Pro­szę to zro­bić naj­le­piej w za­ci­szu do­mo­wym. Tak na spo­koj­nie, bez emo­cji.

- Zna pan treść tego li­stu. Mam ra­cję?

- Nie i wolę jej nie znać - za­prze­czył sta­now­czo Gron­kie­wicz.

- Ja­koś w to nie wie­rzę, ale to nie­ważne. Pro­szę mi po­wie­dzieć... Czym trud­nił się pan Kieł­piń­ski? Ja­kim cu­dem tak się do­ro­bił? To chyba pan wie, skoro był jego ad­wo­ka­tem?

- Ta­de­usz Kieł­piń­ski pro­wa­dził roz­le­głe in­te­resy, mię­dzy in­nymi zaj­mo­wał się han­dlem, ale i bu­dow­nic­twem.

- A czym trzeba han­dlo­wać w tym po­sra­nym Pe­erelu, żeby zo­stać kre­zu­sem? Ko­mu­ni­ści nie po­zwa­lają na ta­kie biz­nesy, oni bio­lo­gicz­nie nie cier­pią ka­pi­ta­li­stów. Wszystko nisz­czą już w za­rodku.

- Mój klient miał sze­ro­kie zna­jo­mo­ści, być może to mu uła­twiało dzia­ła­nie.

- Zna­jo­mo­ści? To już brzmi źle. Mu­szę się do­brze za­sta­no­wić, za­nim po­dejmę ja­ką­kol­wiek de­cy­zję.

- Ale nad czym się tu za­sta­na­wiać? Pie­nią­dze pchają się do pani drzwiami i oknami, wielu by chciało być na pani miej­scu.

- Tak jak pan po­wie­dział, wielu, ale to nie zna­czy, że ja. Pro­szę mi dać tro­chę czasu. Czuję pod­świa­do­mie, że w tym wszyst­kim jest ja­kiś ha­czyk. Coś mi tu śmier­dzi, i to na od­le­głość. Je­stem już za stara na to, żeby wie­rzyć każ­demu słowu.

- Za­pew­niam pa­nią, że nie ma tu żad­nego ha­czyka. Pan Kieł­piń­ski chciał, żeby jego ma­ją­tek tra­fił w pani ręce. Nie ma tu żad­nych ob­wa­ro­wań.

Zuza zer­k­nęła na ze­ga­rek.

- Do­bra, żeby nie prze­dłu­żać, bo za go­dzinę mam roz­prawę w są­dzie, a nie mogę się na nią spóź­nić. Już i tak kilka razy pod­pa­dłam temu sę­dziemu. Umówmy się, że ode­zwę się do pana... po­wiedzmy za ty­dzień. Mu­szę naj­pierw za­się­gnąć ję­zyka na te­mat mo­jego do­bro­czyńcy. Nie chcę wdep­nąć w ja­kieś gówno, bo póź­niej trudno to wy­dłu­bać z po­de­szwy. Zgoda?

- Oczy­wi­ście, mamy czas. Na pi­śmie jest nu­mer te­le­fonu do mnie. Pro­szę mnie uprze­dzić o swoim przy­jeź­dzie.

Gdy Zuza wresz­cie do­tarła do kan­ce­la­rii, rzu­ciła torbę na biurko i roz­sia­dła się w fo­telu. Trzy­mała w dłoni list i długo na niego pa­trzyła. Od za­wsze lu­biła ta­jem­nice, na­krę­cały ją, a to była na­stępna. W pew­nym mo­men­cie ro­ze­rwała ko­pertę i wy­jęła z niej kartkę zło­żoną na pół. Au­tor miał bar­dzo ładny cha­rak­ter pi­sma, li­tery sta­wiał nie­zwy­kle sta­ran­nie.

Sza­nowna Pani Me­ce­nas! Do­my­ślam się Pani stanu du­cha, kiedy czyta Pani mój list. Jest Pani za­sko­czona i szuka w tym wszyst­kim ja­kiejś pu­łapki. Nic z tego. A więc dla­czego prze­ka­zuję Pani mój ma­ją­tek? Kilka lat temu ura­to­wała Pani ży­cie mo­jej przy­ja­ciółce. Uchro­niła ją Pani przed ata­kiem psy­chola. Gdyby nie Pani, to jak nic on by ją za­mor­do­wał. Na­zy­wała się Gra­żyna Cie­lecka. Te­raz pew­nie Pani so­bie ją przy­po­mniała.

Fak­tycz­nie opi­sana sy­tu­acja miała miej­sce. Cie­lecka miała być na­stępną ofiarą se­ryj­nego za­bójcy. Zuza nie czuła się bo­ha­terką, mimo że ła­piąc każ­dego na­stęp­nego świ­rusa, za­wsze ra­to­wała ży­cie ja­kimś jego nie­do­szłym ofia­rom, prze­ry­wała jego łań­cu­szek zbrodni.

Pew­nie za­sta­na­wia się Pani, dla­czego nie prze­pi­sa­łem ma­jątku owej przy­ja­ciółce? Nie­stety zmarła na raka rok temu. Pro­szę spo­żyt­ko­wać to wszystko we­dług wła­snego uzna­nia. Jest jesz­cze jedna sprawa. Moja przy­ja­ciółka miała syna. Nie­stety wiele lat temu za­gi­nął. Do dziś nie usta­lono, co się z nim stało. Jed­nak ist­nieje praw­do­po­do­bień­stwo, choć bar­dzo małe, że kie­dyś się od­naj­dzie. Je­śli tak, to pro­szę prze­ka­zać mu ode mnie jedną trze­cią tego ma­jątku. Na­zy­wał się Ma­riusz Cie­lecki. Ufam Pani, bo wiem, że jest Pani bar­dzo pra­wym czło­wie­kiem. Po­zdra­wiam

Ta­de­usz Kieł­piń­ski

Zuza prze­czy­tała list dwu­krot­nie. Wciąż nie do­cie­rało do niej, że oto z dnia na dzień stała się wła­ści­cielką dwóch willi na Mo­ko­to­wie i spo­rej sumy na kon­cie w PKO.

- Jolka, do mnie! - krzyk­nęła w stronę drzwi.

Apli­kantka zja­wiła się bły­ska­wicz­nie. Rzu­ciła swo­jej chle­bo­daw­czyni py­ta­jące spoj­rze­nie.

- Po­szu­kaj mi teczki ze sprawą Hry­niec­kiego. To stara sprawa, bo­dajże sprzed pię­ciu lat. A tak z in­nej beczki, coś ostat­nio przy­ty­łaś. Chyba nie je­steś w ciąży?

Dziew­czyna spie­kła raka.

- Nie, chyba nie - wy­du­kała.

- Kurwa mać, to ty tego nie wiesz? A co na to twoja matka? Ona taka wie­rząca, a córka, tak jak jej pryn­cy­pałka, z bę­kar­tem w brzu­chu. Oby tylko nie skoń­czyło się tak jak u mnie, tego ci nie ży­czę. - Zuza wes­tchnęła głę­boko i się­gnęła po pa­pie­rosy. - Swoją drogą mo­gła­byś mi za­pa­rzyć her­batę. Nie martw się, jak cię stara wy­wali z domu, to ja cię przyjmę. Za­miesz­ka­cie ra­zem z Ireną. Aha, od ju­tra przyj­dzie tu do pracy, po­ka­żesz jej wszystko. Jest nie­głu­pia, to so­bie po­ra­dzi, kiedy ty pój­dziesz na urlop ma­cie­rzyń­ski.

- Dzię­kuję.

- Nie masz za co. Idź w końcu i za­parz tę her­batę. No i pa­mię­taj o teczce Hry­niec­kiego. To jest dla mnie ważne, cho­ler­nie ważne.

Apli­kantka wy­szła, Zuza za­pa­liła pa­pie­rosa i za­cią­gnęła się głę­boko dy­mem. Wciąż my­ślała o tym nie­spo­dzie­wa­nym spadku. Czuła, że będą przez niego kło­poty, że w tej spra­wie jest ja­kieś dru­gie dno.

- Cześć!

Ko­wal­ski zaj­rzał do jej po­koju. - Co u cie­bie?

- Sporo! Wejdź i za­mknij drzwi.

Zdzi­wił się, bo w kan­ce­la­rii ra­czej nie mieli przed sobą ta­jem­nic.

- Co się stało? Mam się bać?

- Nie! Masz się przy­mknąć i słu­chać. Do­sta­łam spa­dek, a kon­kret­nie dwie wille na Mo­ko­to­wie i jesz­cze tro­chę drob­nych.

- Ja pier­dolę! - wy­krzyk­nął i z otwar­tymi ustami aż usiadł z wra­że­nia. - Na se­rio czy mnie znów w coś wkrę­casz? - wy­du­kał, jak już ochło­nął.

Dawno nie wi­działa u niego tak zmar­twio­nej miny.

- Kurwa mać, to nie żart! W jed­nym mo­men­cie sta­łam się kre­zu­sem. Po­wiem ci, że to dziwne, a jed­no­cze­śnie wspa­niałe uczu­cie - rze­kła try­um­fal­nie, pusz­cza­jąc kó­łeczka z dymu.

- Ni­gdy nie mó­wi­łaś, że masz ja­kąś ro­dzinę w War­sza­wie.

- Bo nie mam, od­kąd stryj i stry­jenka umarli. Ob­da­ro­wał mnie zu­peł­nie obcy czło­wiek.

- To za­pła­cisz spory po­da­tek - za­uwa­żył Ko­wal­ski, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc uśmiech za­do­wo­le­nia.

- Nie szko­dzi, i tak jesz­cze mnó­stwo zo­sta­nie - od­parła, pusz­cza­jąc do niego oko. Był cho­ler­nie za­zdro­sny i wie­działa, że te­raz cierpi. Uwiel­biała ta­kie mo­menty.

- To ci gra­tu­luję - wy­krztu­sił i ru­szył do drzwi.

- Pa­mię­tasz sprawę Hry­niec­kiego? - krzyk­nęła za nim.

Za­trzy­mał się i od­wró­cił w jej stronę.

- Oczy­wi­ście, do­brze pa­mię­tam tego psy­chola. Moja dawna dziew­czyna była na jego li­ście. Na szczę­ście nie zdą­żył zre­ali­zo­wać swo­ich za­mia­rów.

- Nie tylko ona. Znasz w Płocku wiele ko­biet, a czy zna­łeś nie­jaką Cie­lecką?

- Masz na my­śli Gra­żynę? To była sza­łowa babka. Nie­stety na­gle za­cho­ro­wała i zmarła. Wszy­scy byli w szoku, bo jesz­cze mie­siąc przed śmier­cią wy­glą­dała bo­sko.

- Nie było sek­cji?

- Nie wiem, ale jak cię to cie­kawi, to spy­taj swo­jego wiel­bi­ciela. Wi­dzia­łem się z Lu­dwic­kim ty­dzień temu, py­tał o cie­bie. Mó­wił, że źle wy­glą­dasz, że się tym mar­twi.

- Niech się ode mnie od­pier­doli - wark­nęła.

Wró­ciła Jolka z szarą tek­tu­rową teczką, którą bez słowa po­dała Zu­zie. Jej mina mó­wiła wszystko. Sły­szała ich roz­mowę i miała do pryn­cy­pałki żal, że ukryła przed nią sprawę spadku.

Zuza wcale się tym nie prze­jęła. Jesz­cze się tak nie nu­dziła, żeby się przej­mo­wać hu­mo­rami swo­jego pra­cow­nika. Zaj­rzała do pa­pie­rów.

- To już cztery lata mi­nęły.

- Tak, o ile pa­mię­tam, miało to miej­sce w czerwcu. Mi­li­cjanci osa­czyli go w ka­mie­nicy przy Pa­dlew­skiego. Na mie­ście po­wia­dają, że za­bito go z zimną krwią. Sły­sza­łem, że chciał się pod­dać, ale nikt nie za­mie­rzał z nim per­trak­to­wać.

Zuza zdzi­wiona spoj­rzała na Ko­wal­skiego.

- Czy ja do­brze sły­szę? Czy ty go ża­łu­jesz? Su­kin­syn do­stał to, na co za­słu­żył.

- Niby tak, ale były też głosy, że to nie on, że stał się ko­złem ofiar­nym.

- Kurwa mać! - Zde­ner­wo­wała się. - Tego się nie da słu­chać. Pier­do­lisz głu­poty. Po jego śmierci za­bój­stwa się skoń­czyły. Mało tego, su­kin­syn miał w miesz­ka­niu li­stę ofiar, a na do­da­tek cały ku­fer fan­tów bę­dą­cych wła­sno­ścią tych nie­szczę­śni­czek. Mało ci do­wo­dów?

- Mógł mu to ktoś pod­rzu­cić.

- Bie­da­czek - za­kpiła. - Się­gnęła do szu­flady. - Zo­stawmy to, le­piej wy­pijmy za ten spa­dek. To chyba do­bra oka­zja.

Po­sta­wiła kie­liszki na bla­cie biurka i roz­lała stocka.

- Co opi­ja­cie?

No­wak stał w drzwiach.

- Sia­daj, to się do­wiesz - od­parła.

- Zuza otrzy­mała spa­dek i od dziś jest bo­gaczką - spiesz­nie wy­ja­śnił mu Ko­wal­ski.

- Świet­nie! - Sier­żant, w od­róż­nie­niu od niego, wy­raź­nie się ucie­szył. - Ty to masz szczę­ście. Ja ni­gdy nic od ni­kogo nie do­sta­łem. Naj­wy­żej kop­niaka w dupę.

Zuza rap­tow­nie spo­waż­niała.

- Na­prawdę my­ślisz, że mam szczę­ście? - spy­tała su­cho, na­peł­nia­jąc mu kie­li­szek.

No­wak się zmie­szał. Wie­dział, że to było głu­pie z jego strony. Prze­cież nie mi­nęło dużo czasu, od­kąd stra­ciła córkę.

- Mia­łem na my­śli kwe­stie fi­nan­sowe - bąk­nął i się­gnął po brandy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki