Krwawnik, mniszek, ułudka - Natalia de Barbaro

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
CIEMNIA
 
 
CHŁOPIEC NA PLACU ZABAW

Nikt go nie wołał. Można było pomyśleć, że sam tu przyszedł,

ten chłopiec. Sam w swoim brawurowym biegu poprzez pochyłe

trapy, wiszące mostki, przez przeplotnie, tunele,

w dół sznurowych drabinek, w znikaniu wśród labiryntu

cisowych żywopłotów (gdzie tylko cień go zaświadcza,

ktoś inny, kto jest nim i nie jest, kto go przedrzeźnia

lub chroni), sam pośród wolniejhalinko, mówiłam!,

ostrożniejasiu, kiedy podbiega do kurka, wkłada tam palce

i woda spryskuje mu podkoszulek: czy ktoś to widzi,

czy jest ktoś, czyje spojrzenie to mieści,

czy jest bezpieczny, ten chłopiec.

 
 
* * *

Pylne obrazy przy drogach. Rzeczy lśnią:

szyny, grzbiet mostu, odciśnięte na jezdni

ślady po świetle, muzyka. Ten, co prowadzi

samochód, wciąż jedzie, kiedy to czytasz.

Czasem płacze: i wtedy ktoś inny, ktoś,

kogo nie ma, dotyka jego ramienia.

 
 
* * *

Pomiędzy jednym wynurzeniem a drugim

przerwy są coraz dłuższe. Gdzie wtedy jesteś.

Gdzie jesteś: widzę ciebie w pokoju, siedzisz

wyprostowany, tyłem do okna. Już nawet

nie próbują tam wchodzić: kładą na progu tacę,

pukają i nie czekając, idą, skąd przyszli. Tabletki,

strzępy gazet, okruchy fruną z okna powoli,

lądują po drugiej stronie furtki, stronie odwrotnej.

Co dzień gdzieś koło drugiej słońce zaczyna żmudną,

obojętną wędrówkę: najpierw taboret pod oknem,

tapety, blat stołu, grzebyk, potem kilim i łóżko:

 

w końcu jest twoja kolej. Wtedy na chwilę do walki,

wtedy na chwilę do walki przegranej, wtedy na chwilę

do walki zawsze przegranej, a nigdy niepoddanej

stają światło i pamięć, sprawy pomyślne, sny, czułość.

 
 
* * *

To całe wszystko: jakie to cierpliwe.

To całe wszystko na tych wszystkich piętrach:

pranajama w przyziemiu, taniec brzucha wyżej,

kick-boxing, capoeira, wieczory poezji:

te ciągłe próby, cienkie jak paznokieć,

żeby to przykryć: to, że nic nie działa.

(Nic nie jest nasze, nigdzie nie mieszkamy).

 

Cierpliwe lustra, że też się nie znudzą,

cierpliwe ściany, które znoszą nasze

krzyki, modlitwy, nasze santi, santi,

cierpliwa skóra: że też jej w ogóle

chce się zagoić przed następną raną.

Jak nic się zawziął ktoś, żeby wysłuchać

całej historii, chociaż zna już finał.

 

Kiedyś w muzeum w samym środku lasu:

sale i sale pełne lamp naftowych.

Pewien człowiek te lampy oliwił i czyścił.

Nikt nie przyjeżdżał. Wczesnym popołudniem

na zmatowiałym szkle kładło się światło.

Nikt nie przyjeżdżał ani nikt nie czekał.

 
 
* * *

Jestem tutaj sama. Co rano odmierzam

cyrklem sam środek ogromnej równiny.

Czekam, aż powietrze wyprowadzi przestrzeń.

Czasem jest mi dane usłyszeć, jak milczy.

Naczynie wolno napełnia się wodą.

Dotykam jego dalekiego brzegu.

 
 
KRZYŻ

Stoi na środku jasnej łąki. Nad nim jaskółcze karnawały

zwiastują nic. Cierpliwie płynie biała krew

ciemierników i mleczy. Śpiewnie wiedzie się każdy dzień

ku swojej skończoności: kropce pierwszej gwiazdy.

 

Wszyscy to wiedzą, ale nikt nie powie:

ta ofiara jest tu niepotrzebna

 
 
* * *

Grzech zdarzy się przypadkiem. Grzech zdarzy się na ostatniej

prostej, tuż koło domu. Grzech będzie mi wypadkiem,

który się wydał stłuczką: jeszcze wstałam i jeszcze

na własnych nogach przeszłam spory kawałek, zanim.

 

Grzech będzie mieć kolor kamyka, co leżał na tamtej drodze,

obok innych kamyków dokładnie takich samych.

 

Więc rację mieli ci, którzy sczytywali mądrości

z tanich wiejskich makatek: w szczegółach tkwi diabeł.

Nie w czerni się nosi i nie w czerwieni. Bocznym wejściem

przychodzi, nigdy nie weźmie miejsca u szczytu stołu. Inaczej

odbiera swoją nagrodę.

 
 
* * *

Bo idzie głucha siła, która nie odróżnia drzazgi od żebra,

rany od bandaża, która nie zważa, co je, co wypluwa

i przez kogo przetacza swoje ciemne wszystko.

To w jej jasnej źrenicy będziesz rosła, nim znikniesz.

Trzeba spadać w skupieniu, trzeba spadać przez sen,

uczą nas tutaj spadać z rozpostartymi rękami.

 

Potem otworzysz oczy jak dziecko albo umarły,

wdowa po sobie samej. I w nocy będziesz tak śniła,

że wyśnisz znamię na skórze, co zdoła oprzeć się jawie.

 

Ten, co je znajdzie po latach, o nic cię nie zapyta.

 
 
* * *

Świat jest tobą podszyty. Ja sama sobie dostępna

tylko w odpisie skróconym, sprowadzona do braku

uprawianego cierpliwie. Zgarbiona litera,

żeby choć moje imię rozpoczynająca!

Czasem w nocy mnie wiodą na spacerniak snu.

Chciałabym, żeby strażnik popatrzył mi w oczy.

 
 
* * *

Jestem martwa, mamo. Moje ciało chodzi

jasnymi ulicami tego miasta. Inni

pozostawiają ślady, odbicia w witrynach.

Ich cienie dotykają plam słońca na murach.

I długie poły płaszczy odbijają się w rzece

pewnej źródła i ujścia. Nocą, kiedy na plantach

świecą się latarnie, inni patrzą w ich światło,

myślą słowo blask.

 

[...]