Krwawe znamię - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

9.00 zł
7.00 zł (7,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

III.

 

Mamyż opisywać wspaniały pogrzeb, na który z dalekich stron powinowaci, krewni, niezmiernie liczne duchowieństwo i szlachta tłumami się zjechała? W istocie ciekawym był może ten obrzęd, z całym tradycyjnym przepychem dawnych wieków odprawiony, na którym dwudziestu panegirystów przemawiało u grobu, a katafalk był arcydziełem misternej architektury ornamentacyjnej... Sto kilkadziesiąt tysięcy złotych wydano na opędzenie kosztów nabożeństw, które trwały kilka tygodni.

Wszystko, co tylko kiedykolwiek w obyczaju było czynić dla uczczenia zmarłego, zrobiono jak najściślej; żądała tego pani Spytkowa, zapewne przewidując wolę nieboszczyka, lub raczej stosując się do jego zasad, objawianych w innych życia wypadkach.

Zaraz po tym nużącym obrzędzie, wezwani powinowaci do przejrzenia papierów Spytka, znaleźli w nich jego testament.

Datowany on był wieczorem tego dnia, gdy syn przyjechał do Mielsztyniec i napisany jakby pod wrażeniem obawy śmierci i przymusowego pośpiechu. Obok leżała koperta, rozdarta świeżo, która jak się zdawało, dawniejszy, przy pisaniu nowego zniszczony testament zawierać musiała. Ale z tamtego popiół tylko w kominie pozostał.

Ostatnia wola była krótko nader wyrażona. Spytek żonie polecał opiekę nad synem i zarząd dóbr całych, dozwalając jej sobie wybrać dwóch współopiekunów. Na majątku miała ona dawniej zapewnione bardzo znaczne wiano, a oprócz niego dożywocie na połowie dóbr wszystkich. Kodycyl do testamentu wzmiankował, że gdy Eugeniusz dojdzie do pełnoletności, wręczoną mu zostanie rada ostatnia i błogosławieństwo ojca, powierzone osobie zaufanej, która wymienioną nie została.

Zmienił się więc los Mielsztyniec i zamiary względem Eugenka przez ten wypadek. Matka od siebie dziecka oddalić nie chciała; zostawiono przy nim do czasu ks. de Bury. Przewidzieć było łatwo, że choć wdowa z początku najmniejszej zmiany w trybie życia raz zaprowadzonym dopuścić nie chciała, choć zachowała sługi, godziny, obyczaj, szanując oddawna tu utrzymujący się porządek, nie mogło to trwać długo.

Pomiędzy nieboszczykiem a żoną, acz najprzykładniejsza panowała zgoda, nikt a nikt nie dostrzegł tej harmonii serdecznej, dobrowolnej, która się rodzi ze zgodności przekonań i charakterów. Było coś wytężonego, przymusowego w tem szczęściu pozornem; czuć było z jednej strony uczynioną i dotrzymaną, ale ciężką ofiarę. Miała się li ona aż za grób przeciągnąć?

Pani Spytkowa liczyła wprawdzie lat trzydzieści kilka, ale wyglądała młodo, bo duszy jej nawet ta walka lat kilkunastu nie zużyła i nie złamała. Zachowała się całą, z sercem młodem, z głową może pełną marzeń; tak przynajmniej czarne, ogniste jej oczy mówić się zdawały.

Było coś strasznego, ale uroczo pociągającego w tej kobiecie, milczącej, zadumanej, poważnej, tajemnicą okrytej i tak władającej sobą, że najsilniejsze uczucie drgnienia z niej nie wywołało.

Słudzy, szanując ją, lękali się jej więcej daleko niż samego pana, a niektórzy przewidywali, że pod jej panowaniem Mielsztyńce nie mogą już pozostać tą pustką klasztorną, jaką były. Ale nikt się nie ważył ani o tem przebąknąć; myślano i czekano.

W parę miesięcy ks. de Bury wyjechał do Francyi z powrotem, a do Eugenka przywieziono z Warszawy młodego człowieka, który się wychowywał za granicą. Był to młodzieniec wielkich nadziei i świetnych talentów, pan Tadeusz Zaranek, protestant. Pani Spytkowa, mając go sobie poleconym jak najkorzystniej, nie dowiadywała się nawet o wyznanie; dopiero w Mielsztyńcach okazało się, że był uczniem genewskiego mistrza i gorliwym zwolennikiem Kalwina. Zgorszono się niepomału, iż pomimo to Zaranek został przy uczniu. Prawda, iż z tą swą wiarą bardzo się wstrzemięźliwie zachowywał i nawracać na nią nikogo nie myślał.

Eugeniusz potrzebował towarzystwa; ku końcowi więc żałoby, powoli, nieznacznie, dom się otwierać, ożywiać zaczął. Matka nic przeciw temu nie miała. Zmiana więc, choć przychodziła nieznacznie i stopniowo, dawała się już czuć w domu, a po pierwszych do niej krokach wiele wróżyć było można. To też wróżono.

Nie skończyła się jeszcze żałoba uroczysta, rok i sześć niedziel trwająca, gdy niecierpliwie pono obrachowujący jej trwanie kasztelanic Iwo, który czatował na to, aby się dostać do Mielsztyniec... schwytawszy na przejażdżce Eugenka, poznawszy się z nim i przypodobawszy młodemu chłopakowi, utorował sobie drogę do nieprzystępnych dotąd dlań progów zamku.

Kasztelanic, jakeśmy mówili, był jednym z tych ludzi, którzy mimo zaniedbania się, puszczenia cugli i rozpasania, umieją gdy potrzeba najróżniejsze przybierać fizyognomie. Dla Eugenka stał się powagą, tak umiał go oczarować.

Chłopak, którego matka dosyć pieściła, wpadł jednego dnia do niej, oznajmując, że kasztelanica Jaksę na wieczór zaprosił.

Porwała się na to jak raniona pociskiem pani Spytkowa, i z oczów jej trysła błyskawica. Pierwszy raz zgromiła syna, że śmiał to uczynić bez jej wiedzy, naganiła natychmiast panu Zarankowi, że na to pozwolił, ale koniec końcem zgodziła się, by kasztelanic został przyjętym, oznajmując tylko, że do niego nie wyjdzie i widzieć go nie będzie.

Wytłumaczyła to przed synem tem, że towarzystwo tego człowieka znajduje dlań niestosownem, że między rodzicami była jakaś dawna nieprzyjaźń...

Eugeniusz zamyślił się, posmutniał... ale ani śmiał prosić matki, aby dla niego zmieniła postanowienie.

Rozkazano wszakże, aby przyjęcie było jak najwspanialsze i wyznaczono na nie paradne zamku pokoje, te właśnie, przez które widzieliśmy przechodzącego pana Nikodema Repeszkę.

Pan Zaranek miał sam tylko pomagać Eugenkowi w zabawianiu gościa. Niewiadomo nam, jak do tego doszedł, mimo swojego ubóstwa kasztelanic, że na oznaczony czas stawił się przed zamkiem nie opuszczony i zaniedbany jak zwykle, ale ubrany wykwintnie, na koniu bardzo ładnym i z masztalerzem, który zastępował nakuliwającego Zacharyasza. Obejście jego zastosowywało się do stroju; było łagodne, grzeczne i pełne uprzejmości. Eugenek, który z niecierpliwością młodego wieku oczekiwał na niego w ganku i zaraz mu oznajmił, iż matka jego jest chora, nie dostrzegł najmniejszej chmurki na jego czole. Kasztelanic skłonił się, zagadał o czemś innem i wszedł na pokoje śmiało.

Tu jednak niepodobna mu było pokryć wrażenia, jakie na nim ów zamek, tak pański, tylu pamiątkami ozdobiony, taki dostatek stary znamionujący uczynił. Skrzywiły się jego usta uśmiechem ironicznym, który przez nie przeleciał i zniknął, ale oczy mimowolnie zdradzały ciekawość i zdziwienie, prawie gniew jakiś wewnętrzny.

Tak przeszli aż do okrągłej sali, z której widać było przez otwarte drzwi stojącą w hełmie na zbroi rycerskiej owę trupią głowę (dziwne o niej chodziły podania)... Iwo stanął, długo się wpatrywał, pochmurniał i rzekł:

- Wszak i to pamiątka familijna. Myśl prawdziwie oryginalna... Cóż to ma oznaczać?

- Ja nie wiem - rzekł szybko Eugenek. - Mówią, że to proste przypomnienie śmierci.. ale... mnie ludzie jakąś historyą opowiadali, zwyczajnie baśń kobiecą, że to ma być głowa ściętego przez miecznika nieprzyjaciela naszej rodziny.

Kasztelanic szybko się odwrócił i więcej już nie pytał... ale brew mu się zmarszczyła.

- Pan widzi, oto ten - dodał wskazując Eugenek... to jest miecznik, nie wiem czemu go tak nazwano. Miał być bardzo srogim człowiekiem... A ta oto panna babunia, co ma tę dziwną krwawą przepaskę na szyi, z którą się urodziła... to jest córka miecznika...

Kasztelanic zdawał się nie chcieć już słuchać; przerwał rozmowę, mówiąc coś do Zaranka, potem się zwrócił do koni. Przyniesiono wystawny podwieczorek, którego kasztelanic pod pozorem słabości nie tknął; przyjął tylko kieliszek wina, i ten, zręcznie nachyliwszy się, wylał przez okno, jakby w tym domu nie godziło mu się rozłamać chlebem, ani ugasić pragnienia.

Eugenek widział to, ale przypisał, że matka się pokazać nie chciała. Sądził, że kasztelanic rychło odjedzie, lecz stało się przeciwnie. Iwo mówił wiele, gorąco, Eugenka obsypywał grzecznościami, rozbawił się; wywiódł go w dziedziniec dla próbowania koni i do zmroku dokazywał z najdzikszymi, które pokonać umiał z cudowną zręcznością. Weszli na chwilę nazad do sal, które znaleźli oświetlone. Kasztelanic brał za kapelusz, aby się już pożegnać, gdy najniespodziewaniej otwarły się boczne drzwi na oścież i pani Spytkowa w czarnej aksamitnej sukni weszła do sali.

Na widok jej Iwo osłupiał. Pani Brygida zbliżyła się ku niemu ze zwykłą swą powagą i spokojem i odezwała się głośno:

- Pomimo żem cierpiąca, chciałam dawnemu znajomemu podziękować za okazaną synowi memu życzliwość. Czułam się do tego tem więcej obowiązaną dzisiaj, że później nie rychło zapewne mogłabym tego dopełnić, gdyż wybieramy się do Warszawy.

O tym wyjeździe ani Eugenek, ani nikt dotąd nie słyszał... wszyscy okazywali zdziwienie.

Kasztelanic rychło przyszedł do siebie, uśmiechnął się, skłonił i odpowiedział:

- Jakkolwiek miło mi to dziś usłyszeć z ust pani... przykro, że to ją najmniejszy wysiłek kosztować mogło. Byłbym w Warszawie, dokąd się także udać zamierzam, złożył jej moje uszanowanie.

Pani Spytkowa nie odpowiedziała nic, ale wstrzymała kasztelanica, który widocznie na jej skinienie pozostał. Rozmowa stała się obojętną... a w chwili gdy Eugenek pytał o coś Zaranka, pani Brygita, nie przerywając jej, zaczęła chodzić po sali, wiodąc za sobą kasztelanica.

Przechadzka ta zrazu ograniczała się na okrągłej sali, potem przeszła jej próg... aż wreszcie posunęła się w galeryą, na której końcu świeciła zębami białymi owa w hełmie trupia głowa.

Spytkowa zatrzymała się tu, odstąpiła parę kroków, popatrzyła z pogardą prawie na Iwona i zmienionym odezwała się głosem:

- Pytam was, czy po to staraliście się tu wedrzeć, aby mnie ztąd wygnać?

Iwo stał chwilę przybity.

- Takiem pytaniem po latach tylu Brygida witać może Iwona?... Przyznaj pani, to dziwne.

- Jestto łagodniejsze słowo, jakiegom użyć mogła. Przypomnij sobie coś uczynił, coś winien wobec mnie, a przyznasz, że ze wzgardy usta się te nawet otworzyć nie były powinny. Niżej dziś stoisz w mych oczach, niż najlichsze słowo moje spaść może... nie godzien jesteś ani wejrzenia, ani wyrazu, ani pamięci. Powinnam była spytać, kto jesteś, a usłyszawszy nazwisko, nie przypomnieć sobie istoty, która je za życia nosiła...

Wyrazy te, mimo wysiłku, wymówione były z takiem uczuciem, że w głosie marmurowej niewiasty drganie łkania słychać było.

Iwo był posępny i długo milczał.

- Pani - rzekł nareszcie - potrzebuję mówić długo, abym się uniewinnił. Czy pozwalasz?... Nie będę potrząsał łachmanów mojej nędzy; powiem historyą i zażądam sądu. Wolno mi mówić tu, teraz?

- Nie - odparła kobieta.

- Więc kiedy? - nalegał Iwo... - Przysięgam, że nie wrócę tu więcej, nie mam po co... ale chcę byś pani wiedziała wszystko?...

- Dlaczegoż mam wiedzieć kłamstwo?...

Iwo zapłonął, podniósł się i uderzył w piersi.

- Jakem żyw nie splamiłem ust fałszem dobrowolnie - zawołał - gdybyś pani śmiała...

Nie dokończył wzburzony.

- Teraz - dodał - nie proszę cię o pozwolenie... musisz wysłuchać mnie, lub... lub... - tu się wstrzymał - lub pomszczę się na twojem dziecięciu...

Spytkowa, chociaż blada, zachowała całą przytomność umysłu, spojrzała na salę i poczęła ku niej wracać, a powracając i śmiejąc się dla pokrycia uczucia, którego doznawała - odezwała się:

- Zemsty się nie lękam, ale winnego wysłucham... Przyjedziesz, gdy cię syn mój wezwie.

- A wyjazd do Warszawy? - spytał Iwo, którego oczy paliły się.

- Odłożę - odpowiedziała wdowa obojętnie.

Weszli do sali, mówiąc o polowaniu.

Niktby się był nie dorozumiał, że przed chwilą między niemi o życie lub śmierć toczyła się walka.

Kasztelanic rychło pożegnał się, siadł na koń i odjechał. Noc była ciemna, piękna, księżycowa. Eugenek gonił oczyma zręcznego jeźdźca, który w cwał puściwszy konia, znikł wkrótce w lipowej ulicy.

Chciał, powróciwszy do matki, nagadać się o Iwonie, podziękować jej, ale mu powiedziano, że z bólem głowy położyła się i nikogo, nawet jego, wpuszczać do siebie nie kazała...

 

 

II.

 

Najmniej przenikliwe oko, patrząc na Mielsztyńce, odgadywało tam ukrytą boleść, jakąś pokutę, - ranę, która się oczów ludzi lękała; ale szacunek dla rodziny wstrzymywał lekkomyślną ciekawość. Zresztą położenie Mielsztyniec było z tego względu dosyć szczęśliwe, że chroniło od natrętnych sąsiadów; w okolicy była szlachta drobna i majątki wielkich panów, którzy tu nie mieszkali, a z wyjątkiem Studziennicy i Rabsztyniec, nikt prawie na życie Spytków nie zwracał uwagi. Czasem po dworkach cicho szeptano o tym zaklętym zamku, dziwne historye opowiadano o małym Spytku, o pięknej jego żonie, która namiętnie myśliwstwo lubiła, o synu bawiącym za granicą, o jakichś obrazach i podaniach starych w rodzinie, ale plotki te nie miały się czem nowem odżywiać i marły z niedostatku pokarmu; a to, co sobie ludzie mówili, tak było niejasne, tak sprzeczne, niepodobne do wiary, że nikt ani zbytniej wagi, ani wielkiego zaufania w prawdę tych baśni mieć nie mógł.

W samym zamku mielsztyńskim najstarsi nawet słudzy domu, których kilka pokoleń z żyło się z rodziną, nie wiele dziejów jej wiedzieli. Głębokie milczenie okrywało te tajemnicze przygody, zaszłe jeszcze wprzód, nim z Krakowskiego tu się na dobrowolne wygnanie przenieśli.

Różnie sobie tłumaczono te dwa wizerunki przodków na katafalkach, te śliczną postać kobiety, która na białej szyi krwawą nosiła pręgę. Wiedziano tylko, że było w roku kilka aniwersarzy, do których się uroczyście przygotowywano, które obchodzono z wielkim przepychem modłów, mszy, wigilii, ekzekwii i nabożeństwa. Często wspomnienia Emilii Spytkówny w pobożnych modłach, tradycyą, że ją wystawiał ten portret wiszący w sali, że skończyła śmiercią tragiczną, nagłą, o której szczegóły nikt nie śmiał pytać, na nią szczególniej zwracały uwagę domowników. Wieczorem też, przechodząc około jej wizerunku, obawiano się nań spojrzeć, a głucha wieść twierdziła, że się często pojawiała z tą różą rozkwitłą w ręku, ukazując na szyję zakrwawioną. Mianowicie gdy nieszczęście jakie dotknąć miało Spytków rodzinę, duch Emilii zawsze się komuś objawił. Rozsądniejsi mieli to za zwykłe baśnie, jakich pełno wszędzie. Starzy wszakże zasłyszeli, że od śmierci tej panny spadły wszystkie klęski na Spytków. Dzieci umierały w kolebkach; z żadnego małżeństwa więcej nad jedno, jakby tylko umyślnie na spadkobierstwo kary się nie wychowywało. Od kilku pokoleń żaden Spytek nie miał nad jednego syna, a choć pragnęli córki, nie przyszła na świat już żadna, owa Emilia była ostatnią..... Dziwnym też fenomenem, do którego przywiązywano pewne znaczenie, od tych olbrzymów na wizerunkach starych, Spytkowie zeszli na wzrost prawie karli; każdy z nich od ojca był mniejszym, a choć ułomności żadnej nie widać w nich było, maleli i drobnieli tak, że niemal wstydzili się światu pokazać. Każda z matek starała się wszelkimi sposobami dać swemu dziecięciu siły i bujność; karmiono je umyślnie, dawano ciału rozrosnąć się, ćwicząc je i krzepiąc: nic nie pomagało. Przychodzili na świat z nadzieją, że zwykłego dojdą wzrostu, potem nagle młodości brakło i przed zwykłemi laty rosnąć przestawali. Uważano nawet, że Eugeniusz, którego matka była pięknej i wspaniałej postawy, choć go w klimacie obcym, za radą lekarzy, żywiąc jak najposilniej, wychowywano, nie dorósł ojca i mimo najpiękniejszych kształtów ciała nadzwyczaj był wątły i drobny. Umysł w nim dojrzał przedwcześnie, władze dachowe się rozwinęły, lecz roślina ludzka, dotknięta jakąś fatalnością plemienia, na łodydze usychała.

Nie dziw, że nosząc na sobie to brzemię jakieś wspomnień tajemniczych i groźby przyszłości, Spytek ojciec był smutny i milczący. Cały też dom dzielił się tą żałobą jego, i rzadko się weselszy śmiech rozległ po komnatach starożytnego gniazda. Życie płynęło w nim, jak płyną głębokie rzeki, których powierzchnia nie ma marszczki na sobie, nie okrywa się pianą, zdaje się stać, a dno jej zwodniczo się ukazuje z za kryształów, choć jest niezgłębioną przepaścią.

Troska o dziecię, obrzędy, pobożne uroczystości żałobne, zachowywanie wszelkich podaniowych obyczajów, przywiązanych do pewnych dni roku, czytanie, rozmyślanie, przechadzka w ogrodzie zamkniętym, - stanowiły całe życie Spytka, który się naówczas tylko ukazywał publicznie, gdy tego uniknąć nie mógł. Do tego trybu musiała się zastosowywać i pani, chociaż dla niej daleko to było trudniejszem.

Wychowana inaczej, spędziwszy młodość na swobodzie, w uboższym a gościnnie zawsze dla wszystkich otwartym dworku szlacheckim, panna Brygida musiała się, poszedłszy za mąż, zastosować do nawyknień męża. Poddała się warunkom jego życia, ale nie wyrzekła się jednej, dziwnej w kobiecie namiętności, zamiłowania w myśliwstwie. Ojciec jej był zapamiętałym łowcem; od dziecka córka mu w wyprawach towarzyszyła, strzelała jak żaden z mężczyzn, jeździła na najdzikszych koniach i choć w domu umiała dnie spędzać u krosien, gdy posłyszała trąbkę, gdy psy się odezwały pod oknami, zrywała się jak szalona i nic jej naówczas powstrzymać nie mogło. Spytek zrazu sądził, że powolnie pohamować potrafi tę pasyą, że ona z wiekiem sama ustanie, ale przekonał się w końca, że była nieuleczoną i uległ jej, uznawszy słusznie, za liczne ustępstwa żony wypłacić się wzajemnem. Chociaż sam nigdy w lesie nie bywał myśliwstwo w Mielsztyńcach urządzone było po królewsku; psiarnię miał najsławniejszą w kraju, sieci, strzelców, osaczników i cały dwór osobny łowiecki, na którego utrzymanie wielka wioska ledwieby starczyła. Stary koniuszy, a razem nadłowczy, Kmiecic, towarzyszył zwykle nieodstępnie pani we wszystkich jej wycieczkach. Oprócz tego szedł na wypadek wózek parokonny, koń luźny, a maleńkich strzelbek do zmiany wieziono tyle, że nigdy na nabijanie ich czekać nie potrzebowała. Późną jesienią pani Spytkowa jeździła z chartami, które tak wilka brały, jak najprostszego kota, a w dojeżdżaniu nikomu się wyprzedzić nie dała i konie jej szły na równi z psami najrączszemi.

W lasach mielsztynieckich, które były rozległe, w puszczy sąsiedniej należącej do Zamojskich, nikomu polować nie było wolno, a zwierzynę niemal hodowano i liczono, aby jej na zwykłą porę nie brakło. Oprócz Kmiecica i służby nikt na tych łowach nie bywał, choć one budziły ciekawość niejednego.

Widywano tylko piękną panią na dzielnym koniu tureckim, przesuwającą się jak wiatr po polach, a za nią cały tłum myśliwców, wozy, psy, bryki z sieciami i przyborem... Wszystko to przelatywało i nikło gdzieś w ciemnej puszcz głębi...

Niekiedy o krótkim dniu wracała już późno, a naówczas otaczali ją jezdni z kagańcami, i orszak ten, którego droga wyścielała się iskrami, zjawił się i nikł śród ciemności, jak jakieś nocne widziadło. Daleka łuna, posuwająca się szybko, kazała się domyślać po włościach, że pani z polowania wraca, ale nim kobiety i dzieci na gościniec wybiegły, by ją zobaczyć, już orszak się przesunął, a po nim tylko niedogasłe szczęty gdzieniegdzie dymiąc konały.

Ludzie co ją otaczali, mówili, że mimo zapału myśliwskiego, nigdy jej nie słyszeli mówiącej, nigdy nie widzieli uśmiechniętej wesoło....

Ze zsuniętą brwią jechała, goniła, strzelała, spoglądała na ubitego zwierza i powracała do zamku nieznużona, nie dając znaku po sobie, że w lesie kilkanaście godzin spędziła na skwarze, zimnie lub słocie.

I tego dnia, którego się spodziewano powrotu Eugeniusza z zagranicy, chcąc na jego spotkanie wyjechać, pani wzięła z sobą myśliwych i popędziła konno, a dopiero gdy syn się ukazał, z nim do powozu się przesiadła.

Mimo poszanowania jakie obudzała, charakter pani Brygidy nie mógł jej serc zjednać; była dobrą dla otaczających, ale obcą wszystkim. Prędzej sam Spytek rozmową, słowem, uśmiechem zbliżył się do kogo i dowiódł, że z nim czuje się członkiem jednej wielkiej ludzkiej rodziny; pani spełniała jak najściślej obowiązki swoje, wymagała od drugich ich spełniania nieubłaganie, ale jej serce kobiece zdawało się żelazną blachą w piersiach zabite. Nie okazywała ani szczęścia ani bólu, zawsze była jedna, milczącą, poważną i jakby całemu światu zupełnie obcą, żyła tylko w sobie. Dla męża powolna, stosująca się do jego rozkazów, uległa rozporządzeniom, również była zimną i nieprzystępną.

Gdy pan Bóg dał jej syna, zdawało się że te lody pękną. Chwyciła dziecię namiętnie przyciskając je do łona... chciała je kochać, rozwiązały się usta, zabiło serce, ale lekarze nie dozwolili karmić jej samej, dziecię potem odesłano pod cieplejsze niebo, wydarto jej tę pociechę.

Naówczas, choć po zbladłem licu, widać było ślady niezmiernego cierpienia i walki, z ust jej nie wyrwała się skarga, jęk, ani prośba. Uległa, z nową namiętnością tylko rzucając się do łowów. Dziecię ledwie raz w rok przywożono do Mielsztyniec. Były to dla niej dnie uroczyste, gorączkowego zajęcia; ale zarazem z obejścia się z synem znać było, że ten związek serdeczny, który życie powoli każdą chwilą razem przebytą utrwala, został zerwany między nią a tem dzieckiem. Z ciekawością wpatrywała się w nie, badała: a czuła mu się obcą. Niekiedy wybuch czułości ją zbliżał, a chłód dziecka oddalał..... Syn wychowany był starannie, ale z pewnemi szczególnemi ostrożnościami, które tylko przeszłość wytłumaczyć mogła. Obawiano się w nim egzaltacyi, zbytku roznamiętnienia, więc dążono ku temu, by zawczasu go rozczarować, ostudzić i trzymać w chłodzie. Może dla tego matce nawet zajmować się nim nie było wolno, bo mimo pracy jej nad sobą, energiczny charakter malował się w niej dobitnie. Matką więc była tylko z imienia, choć w czasie pobytu dziecka w Mielsztyńcach zbliżała się często ku Eugeniuszowi, jakby dobyć z niego chciała rzeczywiste przywiązanie dziecięcia...

Z planów zapewne głęboko obmyślanych wynikało, że chłopak chować się musiał między obcymi, zdala od wrażeń jakie w domu rodzicielskim mógł odbierać, powierzony opiece najtroskliwiej wyszukiwanych piastunów i nauczycieli. Strzeżono go od marzeń, wdrażano do rzeczywistości: zabijano w nim umyślnie zbytnią czułość i namiętności gwałtowniejsze, których wybuchu zdawano się spodziewać. Ojciec pomimo to nastawał mocno, aby dziecię bardzo religijnie w wierze ojców, w nawyknieniach do praktyk jej wyrastało. Zastosowywano się do tego, ale trudno było w ówczesnej Francyi, przy nauczycielach Francuzach, acz w stanie duchownym wybieranych, tchnąć weń tego ducha, który tam już nie istniał. Koniec XVIII wieku wyrobił tak nieznacznie swawolę myśli, pragnącej odzyskać swe prawa sądu i samorządu, iż jej ulegli nawet ci, co suknię duchowną nosili i z powołania do obrony religii obowiązani byli. Ci, zachowując powierzchownie wszystko, do czego ich stan ten zmuszał, posłuszni zewnętrznym formom stykali się w życiu z zasadami tak przeciwnemi powadze, której musieli ulegać, otoczeni byli atmosferą tak przesiąkłą cale różnym duchem, iż niepostrzeżenie tracili gorliwość, nabywali pobłażania, zarażali się sceptycyzmem, a raczej drętwieli w obojętności zupełnej. Działanie to ducha wieku nie było nagłe, jak się nam dziś wydawać może z daleka, nie występowało wręcz zaczepnie do boju, ograniczyło się tajemniczem, ale niszczącem przetwarzaniem przeszłości.

Wszystko, co jakąkolwiek miało styczność ze światem uczonym, z literaturą, przejęte było niewiarą i niepokojem poszukiwania utopii, które wiarę zastąpić miały.

De Bury, nauczyciel młodego Eugeniusza, był najzapaleńszym zwolennikiem Jana Jakóba Russa... W jego pismach upatrywał jakby nowe światło, jutrzenkę nowej ery; a jak wielu naówczas, godził marzenia filozofa genewskiego, z zasadami chrześcijańskiemi. W Mielsztyńcach ścisłość religijna była nader wielka, zachowywanie przepisów, nawet najobojętniejszych, wiary, posuwano do nieubłaganej surowości. Sam pan Spytek był niejako stróżem ortodoksyi domu i stawał opornie nawet przeciw kapłanom, jeśli coś z praktyk starych zwolnić chcieli dla słabości ludzkiej. Nigdzie też wszystkie tradycye kościoła naszego pilniej przestrzegane nie były, a obrzędy spełniane z większą skrupulatnością. Kaplica zamkowa była filią parafialnego kościoła, dosyć oddalonego, na słotne i chłodne pory roku, ale mimo przywilejów jakie miała, Spytek w dnie uroczyste poczuwał się do obowiązku odprawiania nabożeństwa w miasteczku, wraz z innymi parafianami, i naówczas go tylko obcy ludzie widzieć mogli z daleka. Odbywało się to z pańską wystawą; szły powozy stare, ozdobne, poprzedzane przez masztalerzy, ze służbą w wielkiej liberyi, z rękodajnymi dworzanami, hajdukami i t. p. Kawalkata zajeżdżała przed kościół, a proboszcz zwykle ze święconą wodą naprzeciw dostojnych kolatorów wychodził, którzy we drzwiach przyjęci, zamykali się potem w osobnej loży, przy wielkim ołtarzu dla nich umyślnie wzniesionej. Lud miasteczka i okolicy cisnął się naówczas tłumnie przy wejściu i wyjeździe, aby ich oglądać choć z dala, gdyż ciżba sług szeregiem stojąca na drodze do karet, zbyt mu się zbliżać nie dawała. W takich razach kapelan, najczęściej zakonnik, towarzyszący państwu, rozdawał obfite jałmużny, po które żebractwo się w te dni zdala zbiegało.

Spytek sam przestrzegał, aby domownicy wszyscy równie z nim uczestniczyli w nabożeństwach i zachowywaniu religijnych obyczajów miejscowych, który każdy niemal kraj sobie wyrobił w pierwszych wiekach gorliwości. A na tych chrześcijańskich ucztach, na które gdzieindziej liczne się zjeżdża sąsiedztwo i rodzina, w wigilią Bożego Narodzenia i na wielkanocne święta w Mielsztyńcach pusto było, i nikt prócz starszyzny i oficyalistów do stołu nie siadał. Łamano się opłatkiem, dzielono święconem jajem w milczeniu jakiemś smutnem. Bo Spytkowie rodziny nie mieli, a przyjaciół dobrowolnie się wyrzekli.

Można sobie wystawić, jak księdzu de Bury, odwykłemu od praktyk ścisłych, wydawać się musiał dom ten, istny klasztor ostrej reguły. O ósmej rano dzwoniono na mszę świętą do kaplicy zamkowej; naówczas, co żyło we dworze, musiało jej być przytomnem. Po mszy następowały wspólne modlitwy, śpiewy, czasem medytacye... i dodatkowe obchody, wedle pory roku. Wieczorem spólna modlitwa na Anioł Pański znowu skupiała wszystkich. Środa, piątek i sobota sam pan Spytek suszył zawsze i do stołu nie siadał nawet; w wigilie także, adwent, wielki post czterdziestodniowy, suche dni kwartalne jadano z olejem lub wodą, kto oleju nie znosił. Dla Francuza były to rzeczy niesłychane, gdyż nigdzie post, oprócz po klasztorach, tak surowo jak u nas zachowywanym nie bywa. Dzieciak także od tego był odwykł, a posty za granicą odbywał z nabiałem, rybami, oliwą i czuć mu się one nie dawały. Różnica ta rodzicielskiego domu nauczycielowi i dziecku wydawała się barbarzyństwem średniowiecznem. Wspominamy o tem, choć nie to tylko jedno raziło wychowańca ks. de Bury i uśmieszek wywoływało na jego usta. Wstrzymywał się wprawdzie z objawieniem tego, co myślał przy ojcu, ale nie krył przed matką, która milczała.

Spytek, ile razy syn powracał mu latem do domu na parę miesięcy, niespokojnem okiem badał rozwijanie się tej jedynej rodu swojego gałązki. Dopóki młodszym był Eugeniusz, łudził się i cieszył postępami, swobodą, weselem... ale od lat kilku już radość tę zastąpił niepokój, choć ukrywany, jednak widoczny. Zmieniono dwóch nauczycieli z kolei, starano się o księdza, w ogóle dostrzegł ojciec, że dziecię obce jest domowi, rodzinie. To go przerażało. Eugeniusz każdego roku powracał mu jakiś coraz dziwniej obcy, coraz mniej rozumiejący dom własny, coraz nim bardziej znudzony, uśmiechający się widoczniej z jego majestatycznej ciszy. Unikając może jakiegoś wymarzonego niebezpieczeństwa, zarażenia go zbytnio pewnemi tradycyami, któreby życie zatruć i obawą natchnąć mogły, nastręczono większe daleko, czyniąc zeń istotę bez związków z tym światem, w którym jednak żyć musiał i dźwigać jego obowiązki.

Stosunek ojca do syna i matki do jedynego dziecka był zaprawdę dziwny; nie brakło w nim oznak miłości i najczulszego przywiązania dowodów, a jednakże zdawało się, że serce z nich wyjęto.

Pieszczono to dziecię, ale szczerszem słowem nikt nie przemówił... Ojciec nie umiał czy nie mógł, matka jakby się lękała. Oczyma śledziła Eugenka, podziwiała go, lecz obawiała się doń przystąpić. Władał nim ten, któremu rodzice przekazali całą swą moc nad nim i prawo, - miły, słodki, dowcipny i rozumny ks. de Bury, ale wedle teoryi, nie wedle serca.

Jeżeli zamiarem było zawczasu ten niebezpieczny organ życia w nim zniszczyć i nieczynnością ostudzić, można rzec, że się wychowanie doskonale udało: Eugenek żył głową, myślą, jak najmniej uczuciem. Nie obrachowali nauczyciele może, iż rozbrajając serce, niepodobna fantazyi związać, myśli spętać, namiętności sparaliżować; a gdy przeciwwagi uczucia nie ma, naówczas ta fantazya i namiętności dalej mogą zaprowadzić, niż słabe serce znieść by mogło...

Często co ma ostudzić i uzbroić człowieka, na większe go niż czułość chorobliwa naraża niebezpieczeństwa...

Lecz nie wyprzedzajmy wypadków prostej naszej, ale niestety prawdziwej powieści. Dzień ten, na który wypadkiem trafił do Mielsztyniec pan Repeszko, był dla Spytków uroczystym. Po roku niewidzenia odzyskiwali to dziecię, na którem wszystkie ich spoczywały nadzieje, i mogli śledzić w niem rozwijanie się o przyszłości stanowiące. Nie dziw, że ojciec drżąc nań oczekiwał, że matka przeciw niemu wybiegła, aby go prędzej zobaczyć.

Ks. de Bury, który już od lat kilku był przy Eugenku, nie znał też Mielsztyniec. Zalecony przez jednego z pobożnych i świętobliwych zakonników na nauczyciela dla młodego Spytka, w czasie wakacyi zwykle odbywał podróż do swej rodziny i po raz pierwszy przybywał z wychowańcem do nieznanego sobie kraju i domu. Kraj, dom i ludzie czynili na żywym Francuzie niezmierne wrażenie, ale nadto był dobrze wychowanym człowiekiem, aby zdziwienie swe okazał, lub słowem je zdradził. Z ciekawością spoglądał na wszystko. Z niemniejszą wyczekiwał nań Spytek, który jakoś wcale różne sobie wyobrażenie był uczynił o księdzu i guwernerze swego jedynaka; uderzyła go od razu ta powierzchowność zbyt światowa.

Gdy weszli do pokoju ojca, a dziecię rzuciło mu się na szyję, nie jak po polsku wypadało, do nóg, gdy za chłopakiem ukazał się fryzowany, młody, uśmiechający się księżyna, stary pan Mielsztyniec zadrżał. W jednej chwili pojął, poczuł, że straconem było wszystko, że syn jego tym nie będzie, kim on go mieć chciał. Nadto był on dobrym fizyognomistą i sędzią ludzi, by się na tem nie poznał. Zbladł p. Spytek, zadrżał, ręce jego objęły syna... ucałował czoło, ale łza która się na czoło dziecka stoczyła, już go opłakiwała. Druga jeszcze okoliczność uderzyła go nieprzyjemnie. Eugenek, który od przeszłego roku powinien był wyrosnąć, nie zdał mu się ani odrobinę wyższym. Ojciec poczuł w objęciach, że dziecię nie urosło, że rosnąć od roku przestało... że było niższe od niego, trwało więc nad jego rodem przekleństwo... Ale oba te nieprzyjemne wrażenia pokrył siłą woli, uśmiechnął się i wrócił do układnego Francuza, który przygotowany kompliment deklarował z odwagą i przytomnością umysłu niezachwianą. W tej oracyi, subtelnie madrygałowym sposobem przysmażonej, zręcznej, wytwornej a czczej, była mowa o wielkich przeznaczeniach potomka znakomitej rodziny, o owocach pracy, o dobrach natury i t. p. i t. p.

Spytek połknął to grzecznie, a patrzył na syna tylko, na którym też i oczy matki spoczywały z gorącą ciekawością... Rozmowa w pierwszych chwilach roztaczać się poczęła powolnie, obojętnemi zapytaniami, odpowiedziami, ogólnikami, które zawsze stanowią preludya zbliżenia się nieznajomych.

Jeden Eugenek, pieszczone dziecko i wychowanek natury potrosze, który ani się hamować nie widział potrzeby, ani żywości swej i wesołości studenckiej ukracać, po chwilce spoczynku ruszył się żwawy, swawolny, niecierpliwy, budząc wszystkich zapytaniami i okazując, że niczyjej powagi wyższą nad potęgę swej młodości nie uznaje. Tknęło to Spytka, nawykłego do wielkiej w domu karności, ale przy obcym nie śmiał się odezwać.

Chłopak był całkiem Francuzik, przez najemników wychowany i do panowania im przywykły. Ani wejrzenia matki, ani uwagi ciche księdza, ani smutne milczenie ojca, nie mogło weselu jego, roztrzepaniu, żywości, położyć pewnych granic...

Ciche pokoje zamkowe, w których oddawna wesoły śmiech się nie rozlegał, po raz pierwszy od lat wielu posłyszały odgłosy wiosenne tej radości, co nie wie z czego wyrasta, dla czego jest, a czuje się na świecie potrzebną ludziom i sobie. Tylko w sercu starego Spytka ten śmiech dziecka odbił się jak okropna wróżba ciężkich boleści, któremi się musiał opłacić; ścisnęło mu się serce myślą, że Eugeniusz ani przeczuwa ciężarów swej doli. Matka także na ojca, to na niego patrzała smutnie zdziwiona.

Dziecko w jednej chwili uścisnąwszy ojca, potem ucałowawszy mu nogi, pobiegło do matki, aby jej nie być zaległem w pieszczotach; z ciekawością przemyszkowało kątki wszystkie, zajrzało gdzie tylko mogło, wdrapało się do okna, powąchało stare księgi ojcowskie, i jużby się było chciało wyrwać na swobodę, aby księdzu swemu pokazać cały zamek... opowiedzieć, co niegdyś tu od sług słyszało... polatać...

A jednakże ten trzpiot tak swawolny miał mimo fizyognomii swej dziecięcej lat szesnaście przeszło, ale pieszczoty czyniły go w pewnych względach jeszcze tak młodocianym roztrzepańcem.

Przeczuciem matki wiedziona, chcąc razem syna uwolnić z tego więzienia, a ojca z nauczycielem zbliżyć, pani Brygida skinęła na niego, aby z nią wyszedł i wywiodła go z sobą do sąsiednich pokojów.

Eugenek widywał je co roku, ale zawsze dziwny zamek ów zaciekawiał go tysiącem rzeczy. I tym razem wybiegł, witając najprzód trupią głowę w rycerskim hełmie, z zuchwałością śmiałka, który się już nawet śmierci nie lęka, a potem ścigając milczącą matkę pytań tysiącem.

- A to ta babusia... panienka z czerwoną pręgą na szyi, której historyi nikt mi powiedzieć nie umiał, czy nie chciał... ale się ja jej muszę dowiedzieć, - paplał żywo. - Ja już mam lat szesnaście, nie jestem dzieckiem, jestem mężczyzną - powinienem znać historyą domu. A to ten stary, ogromny, straszny pradziad, którego nazywano miecznikiem, choć nim nie był.

Matka nic nie odpowiedziała, on wciąż biegał, witał, zaglądał.

- To dziwna rzecz, - mówił - od tylu lat zawsze tu wszystko na swojem miejscu. W pokoju ojca... w tych salach... nic nie drgnie, nic nie przybywa, nic się nie starzeje. Ludzie ci sami... zdaje się, że wczoraj ztąd wyjechałem...

- Słuchaj Eugenek - usiadłszy w kątku sali okrągłej i przyciągając go ku sobie, odezwała się Spytkowa - tyś mnie zrozumieć powinien. Wyprowadziłam cię umyślnie, aby ci powiedzieć rzecz jednę... aby cię przestrzedz.

- Przestrzedz? dobrze... - odparł chłopak - ja jestem posłuszny, gdy tylko mogę.

- Widzisz, jak tu wszystko nieme, milczące, poważne dokoła ojca, który smutek jakiś dawny nosi na sercu... Ty jesteś młody, ty potrzebujesz wesela i hałasu, ale one ojcu mogą być przykre... Wstrzymuj się... nie trzpiotaj, nie śmiej się... bądź uważniejszym, z poszanowaniem i umiarkowaniem.

- Moja mamo, - rzekł Eugenek - to dobrze; ale kiedy mi w duszy wesoło, że was widzę, żem tu przybył, jakże to ukryć?

- Być wesołym, lecz nie okazywać tego.

- Matko, to zawsze będzie rodzaj kłamstwa.

- Prawda, dziecko moje - smutnie odpowiedziała Spytkowa - na co ja cię go mam uczyć? Zawcześnie nauczy cię tego życie... A więc...

Umilkła i pocałowała go w czoło.

- Bądź jakim cię Bóg stworzył, jak ci serce wskaże... a co ma się stać, to się stanie...

- A cóż się może stać, matko? - zapytał chłopak.

- Nic, nic - ojciec jest człowiek stary, znękany, smutny; może cię wziąć za bardzo płochego i zmartwić się...

- Dlaczegóż ojciec jest smutny? alboż nie pamięta, że był młodym i wesołym? - mówił Eugenek.

- Już dość, nie zadawaj mi pytań, dziecko moje... Niech cię Bóg błogosławi, niech...

Tu łza się jej zakręciła w oku, ale śmiech dziecka rzucił w nią jakiś promień radości i uśmiechnęła się także.

- Nie spytałeś o swego konia, - zawołała.

- A! prawda, mój koń, mój arab! Matko każ wyprowadzić araba! niech Tamara za szyję uścisnę. Czy on też mnie pozna?... czy zarży do mnie?

I klasnął w ręce i pobiegł do dzwonka na stoliku, a w chwilę słudzy się zbiegli i do stajen posłano, aby Tamar przyszedł młodemu panu sobą się pochwalić...

Gdy tu tak się kończyła rozmowa, w pokoju pana Spytka ks. de Bury, chcąc jak najtrafniej pochwalić się postępami wychowańca, pojętemi wedle swych zasad, każdym rysem, każdem słowem raził ojca, który bladł, czerwieniał, nie śmiał się jeszcze sprzeczać, ale przekonywał się coraz bardziej, iż wychowanie syna było chybionem, że człowiek któremu je powierzono, niewtajemniczony, pełen wiary w siebie, poprowadził je koleją wieku, do którego należał i kraju, którego był dzieckiem. Nie czas już było walczyć, cofać się, gniewać, potrzeba było kielich goryczy, najcięższy w życiu, wypić do dna, nie zmrużywszy oka, nie jęknąwszy nawet. Stało się.

Blady pan Spytek, z załamanemi rękami, słuchał milczący świergotliwego opowiadania, a oblicze jego tak straszna jakaś napiętnowała boleść, że wchodząca po półgodzinnej niebytności żona przelękła się na widok jego, nie śmiąc jednak dać poznać po sobie, że to widziała... bo nie wolno jej było pytać. Siedziała milcząca. Eugenek tylko pobiegł do ojca, chwaląc araba, którego wyściskał i na którego już siąść pragnął...

Na skinienie Spytka, który widocznie cierpiał bardzo, pani Brygida wywiodła ks. de Bury i syna. Gdy drzwi się zamknęły, stary pochwycił się za krzesło, nogi pod nim drżały, wziął się za czoło palące, a potem powlókł do klęcznika i padł na kolana.

- Stań się wola Twoja, Panie! - zawołał. - Widzę zgubę rodziny w tem dziecięciu... Chciałem je uczynić czujnym pracownikiem w Twej winnicy, pokutującym za ojców winy, abyś się nad krwią naszą ulitował - nie zdołałem! Wszystko w mych rękach przeistoczyło się, skarlało jak ja, znędzniało... Nie uniknione przeznaczenie, wyrok Twój Panie nieprzebłagany się spełni... Łzy i modlitwa nie ocalają od zguby rodziny, na nią palcem Twym naznaczonej. Stanie się więc wola Twoja... rozsypie się w proch znikomo... Walczyłem do ostatka, pragnąc przemienić dolę naszę, wstrzymać śmierć; alem słaby... i oto padam, panie i jęczę: weźmij mnie, abym na ruinę nie patrzył i ostatka nie oglądał oczyma mojemi. Nie rychło przyszedł do siebie stary, a gdy ochłonął nareszcie i chciał wyjść do żony i syna, poczuł się tak nagle osłabłym, że całą siłą zaledwie wywlec się potrafił z komnaty. Powolnym krokiem przeszedł, jakby żegnając się z niemi, puste sale zamkowe, stając naprzeciw portretów i duchem rozmawiając z niemi.

Tak dosyć smutno przeszedł ten dzień pierwszy pobytu Eugenka w domu rodziców, chociaż Spytek miałby się czem pocieszyć, gdyby po ludzku umiał przyjmować pociechę. Po obiedzie bowiem ks. de Bury przyniósł rozpakowany cały stos wypracowań, rysunków, zeszytów naukowych młodego trzpiota, który wielkie zrobił postępy. Pozornie dziecinny, umiał i wiedział więcej niż pospolicie w jego wieku chłopcy; ale ta nauka nawet raziła ojca, bo w niej na każdym kroku czuć było niecierpliwy umysł, który po za granice teraźniejszości sięgał, pragnąc burzyć i przetwarzać.

Gdy się wszyscy na spoczynek porozchodzili, a nauczyciel rozmyślał tęskno nad nudami, jakich w Polsce doznawać będzie, dla braku stosownego towarzystwa, gdy miał siąść i pisać wrażenia swe dla przyjaciół pozostawionych we Francyi, dla ks. Raynal'a i kawalera Beaumarchais, niezwykły o tej godzinie ruch jakiś dał się słyszeć na korytarzach. Ksiądz de Bury, nie budząc usypiającego wychowanka, wyszedł, aby się spytać, co się stać mogło; byłby wszakże z trudnością się rozmówił, gdyby wypadkiem nie przesunęła się w tej chwili blada jak marmur, zasępiona pani Brygida. Szła z oczyma wlepionemi w ciemność... z lampką w ręku... Ksiądz troskliwem pytaniem ją wstrzymał...

- Módl się, - odpowiedziała mu... pan i mąż mój niebezpiecznie zapadł...

- Cóż się stało?

- Nic... zachorował...

Była już noc, gdy sługa czuwający przy panu Spytku omdlałego podniósł z klęcznika, przy którym się modlił, i pobiegł oznajmić pani. Stary leżał z gorączką silną na łóżku. Natychmiast posłano po lekarza do pobliskiego miasteczka, a konie rozstawiono do Lublina, aby nad ranem mógł przybyć lekarz inny, Włoch, który największej sławy w okolicy używał. Spytkowa, na chwilę tylko odszedłszy od łoża męża, wróciła przy nim zająć swe miejsce, milcząca, ale przerażona tem uderzeniem piorunu. Spytek był nieprzytomny, odzywał się jakby do niewidzialnych postaci łoże jego otaczających; to płakał, to milczał, lub modlił się. Potem, gdy chwilka snu jakby go pokrzepiła, budził się, poznając żonę, odzyskując zmysły, mówiąc chłodnie i rozważnie; ale te jasne momenta trwały krótko, a po nich zaraz jakby mgłą oblekał się umysł i znów wracali owi umarli do łoża... gorączkowe halucynacye, łzy i modlitwy...

Na krześle przy starcu, łzy nie roniąc, marmurowo spokojna siedziała Spytkowa; słuchała i patrzyła, jak się pogląda na spełnienie wyroku nieuniknionego. Trudno było odgadnąć, co się w jej sercu działo, jakiem uczuciem biło ono dla tego człowieka, który był jej mężem, którego dzieliła życie, zdając się nie podzielać ani pojęć, ani bólów, ani gorączkowych wróżb przyszłości. Niekiedy nawet zdawać się mogło, że pani Brygida, wcielona do tej rodziny, ani wielkiego do niej przywiązania, ani nawet spółczucia dla jej losów nie miała. Jak ofiara wyznaczona dla cierpień, dźwigała je nie jęcząc, nie żaląc się, ale nie pokazując też po sobie, by serce jej udział miało jaki w tych igrzyskach losu.

Śród nocy już przybył naprzód lekarz z miasteczka, ale oprócz gorączki, której uznał istnienie, niczego nie mogąc się dobadać, przepisał tylko lekkie przeciw niej środki; przyczyny choroby były dlań tajemnicą... Tymczasem noc przeszła bez zmiany; nadedniem nastąpił sen i nieco ulgi... Doktor Włoch nadążył około południa, gdy znowu gorączka się powiększać zaczęła i stopniami ku wieczorowi rosła, co zwiastowało rozwijanie się choroby, ale charakteru jej jeszcze określić nie było podobna.

W domu posępna panowała cisza; nawet Eugenek z książką w ręku, spokojny i smutny, siedział w sali, a serce jego prawie po raz pierwszy w życiu poczuło obawę i niepokój...

Niekiedy blada matka wychodziła odetchnąć do sali, całowała dziecię w czoło, szepnęła słów kilka księdzu... i powracała do łoża...

Czekano przesilenia, które przyjść miało nazajutrz lub później może. Ale tego dnia gorączka niesłychanie się wzmogła, chwile jasne znikły, chory był całkowicie nieprzytomny. Włoch nie krył się z tem wcale, iż nadzwyczaj małą miał nadzieję ocalenia pana Spytka...

Przebieg tej nagłej słabości był zwykły wszystkim gorączkom tego rodzaju. Kryzys nie przyniosła ulgi, a raczej przekonała, że chory sił do nowego życia już nie ma.

Następnych dni dogorywał tylko... wszelkie złudzenia trzeba było utracić. Szczęściem odzyskiwał przytomność, ale w chwilach takiego zwrotu tylu myślami się męczył, tylu obowiązkom chciał zadość uczynić, iż wysiłek zupełne wyczerpanie przyspieszał...

Dopełniwszy powinności chrześcianina uroczyście, wedle dawnego obyczaju, wobec całego dworu, gdyż chwila ostatniego pomazania łączyła się zawsze u nas z pożegnaniem rodziny, sług i wszystkich ziemskich przyjaciół - Spytek, jakby nieco uspokojony usnął.

Była późna noc gdy się przebudził... Otworzywszy oczy, ujrzał nieruchomą jak posąg żonę, która od początku choroby, nic prawie w usta nie biorąc, nie opuszczała na chwilę nieszczęśliwego... Siedziała patrząc nań, bez łzy, bez wzruszenia pozornego, ale nie opuszczając stanowiska. W drugim pokoju modlił się kapelan, w dalszych siedzieli Eugenek z ks. de Bury, bo sobie wyprosił, żeby mu czuwać dozwolono... Dalej jeszcze starzy słudzy, oficyaliści, wysłużeni gracyaliści, dwór niemal cały modlił się i płakał.

Od pierwszej chwili, gdy zachorzał Spytek, zamkową kaplicę otwarto, wystawiono P. Sakrament i nieustannie w niej na intencyą chorego odprawiały się modły.

Wśród ciszy i ciemności ten oświecony kościółek zdawał się już przygotowywać do pogrzebu. Pomiędzy ludźmi było przeczucie śmierci, tysiące oznak złowrogich... coś, co mówiło, że Spytek z tej choroby nie powstanie...

Przebudzony, zwrócił oczy na Brygidę i cichym głosem ją przywołał.

- Żegnam cię - rzekł - niech ci Bóg wynagrodzi ofiary twe... On je tylko i ja widzieliśmy.. Tam ci one policzone zostaną... Ostatnia wola moja i rozporządzenie... znajdzie się w papierach. Jeśli się nie znajdzie, po co tam wola człowieka próżna, gdzie Boża wszystkiem rozrządza?... Stanie się, co się stać było powinno - musiało. Próżnobym zalecał, zaklinał i chciał się przeznaczeniu wyłamać... Stanie się, - powtórzył, - co się stać było powinno. Niech syn przyjdzie... czuję, że nie dożyję rana.

Spytkowa poszła i przywiodła Eugenka, który przez te dni choroby ojca bardzo spoważniał i posmutniał; na twarzyczce jego znać było ślady łez i znękania...

Ojciec spojrzał na klęczącego i położył mu rękę na głowie.

- Dziecko moje, pocóż mam w młodą twą duszę wlewać jad i ból tych zwątpień, które moję strawiły. Niech Bóg odwróci kielich goryczy od ciebie, niech ci oszczędzi nieszczęść, niech błogosławi...

Tu mu głosu zabrakło.

Odwrócił się i podał rękę żonie, która ją w milczeniu ucałowała...

- Zniosłaś twe brzemię cierpliwie - rzekł - dzięki ci za to... Czułem, żeś je dźwigała, aleś mi to kryła... Zostaje ci wielki obowiązek... to dziecię! a w tem dziecięciu skupia się przeszłość kilko-wiekowa rodziny... jej zasługi i jej grzechy... jej posłannictwo i pokuta...

Głos powtórnie słabnąć począł i mowa stała się niewyraźną... Ręką jeszcze dotknął główki pochylonej Eugenka i westchnął... a w westchnieniu tem ducha oddał...

I długie milczenie panowało w komnacie, nim się rozległy ostatnie płacze i ostatnie modlitwy. Ze wschodów zamkowych w dziedzińce zbiegła wieść, która z ust do ust poleciała po sąsiedztwie: pan umarł! pan umarł!...

 

 

IV.

 

W tydzień potem Eugenek zdziwił się, gdy mu obojętnie dosyć przypomniała, że powinien odwiedzić kasztelanica i może go zaprosić do Mielsztyniec raz jeszcze, nim do Warszawy wyjadą.

Chłopcu to było bardzo miło, bo kasztelanica niezmiernie polubił i czuł doń pociąg, którego sobie wytłumaczyć nie umiał. Wybrał się więc konno na rabsztyniecki zamek z panem Zarankiem i masztalerzem.

Wiadomość o tej przejażdżce, tak na pozór mało znaczącej, pomiędzy starymi sługami mielsztynieckimi niemiłe zrobiła wrażenie i miano za złe pani, że na to pozwoliła. Jakkolwiek mało tu mówić było wolno za nieboszczyka pana, a tajemnice rodziny, ścisłem okryte milczeniem, ledwie między sobą w rozmowach napomknąć śmiano, tradycye te przechodziły pokoleniami, były wiadome w kółku dworzan, co oddawna Spytkom służyli, a teraz gdy stary zmarł, nieco swobodniej o nich między sobą gwarzono. Strzegli się tylko słudzy, wyraźny mając na to rozkaz pani, żeby Eugeniuszowi głowy nie nabijali powieściami, które ona za urojone, dziecinne a niebezpiecznie na młody umysł podziałać mogące uważała.

Stary ten zamek obfitował w podania, lecz tak dzikiej, krwawej natury, tak posępne i straszne, że w istocie dla młodego chłopaka, poparte powiastkami dotykalnemi, do których się ściągały, niebezpiecznemi być mogły. Chociaż Eugeniusza wychowano w zupełnej nieświadomości tego świata duchów, do którego się odnosiły, choć sceptyk był i śmiał się z podobnych bajek, wyobraźnia gorąca mogła je przyjąć mimowolnie i na tle ich pracować.

W istocie te wizerunki stare miecznika, jego córki, żony, ta niewiasta z pręgą krwawą, ta trupia głowa w hełmie i mnóstwo innych zabytków, sama powieść o przeniesieniu się do Mielsztyniec, splątane były z bajeczną może, ale tragiczną historyą rodziny Spytków. W podaniach tych głuchą jakoś rolę odgrywała także dziwnym zbiegiem okoliczności rodzina Jaksów, do której Iwo należał.

We dworze wiedziano tylko dobrze, iż od czasów miecznika, o którego gwałtowności charakteru dziwne chodziły wieści, nienawiść między Jaksami a Spytkami doszła do tego stopnia, że się już członkowie tych dwóch rodzin tradycyjnie nigdy nie spotykali... Wieść niosła, że przypadkowe nawet zetknięcie się ich z sobą, miało być zawsze przepowiednią nieszczęścia dla Spytków. Ztąd, jak pierwsza bytność kasztelanica przeraziła starych sług, tak przejażdżce Eugeniusza oprzeć się chciano nawet, nie dając mu poznać tego, że wagę do niej przywiązywano. Ale młode chłopię było samowolne, pieszczone, a otrzymawszy pozwolenie matki i pragnąc gorąco, niczem się już powstrzymać nie dało.

Wypadek ten, gdyż stary dwór nieboszczyka uważał to za straszny dopust Boży, za wróżbę nieszczęść niechybnych, skupił siwych sług pod zamkową kaplicę. Patrzyli oni na odjazd panicza, potrząsając głowami, przerażeni fatalnością, jaka nad rodziną ciężyć się zdawała.

Czy Spytkowa o tych podaniach nie wiedziała, czy je lekceważyła, różnie sądzono; ale dwór pamiętał to, że kasztelanic Iwo niegdyś się o nią starał, a opinia jaką miał oddawna w okolicy, samego zbliżenia się jego do pani, do Mielsztyniec, do Eugenka, obawiać się już kazała. Nic ztąd dobrego wyniknąć nie mogło; dla wielu dość było nazwiska Jaksy, ażeby w tem dojrzeć karę Bożą.

Tymczasem chłopak pędził do Rabsztyniec z ciekawością, młodemu wiekowi właściwą. Wyobrażał on je sobie gryfiem gniazdem rozwalonem, jak je sam pan nazywał, ale nigdy tak straszliwą ruiną. Na widok tych gąszczów, tych zwalisk, błota i śmieci, wychowaniec zbytku był prawie przelękły. Zsiadł z konia na ścieżce, a zaraz też i gospodarz zjawił się, jakby na niego oczekiwał, nie ów strojny gość zamku, ale odarty i zaniedbany, z najeżonemi włosami, błędny rycerz jakiś z uśmiechem ironicznym na ustach. Powitał on Eugenka jakoś szydersko i zamiast go poprowadzić do mieszkalnego skrzydła, jął go obwodzić po gruzach, zdając się mieć w tem jakąś gorzką przyjemność, że się przed nim chlubił swym upadkiem i nędzą

Naostatek poszedł z nim do kaplicy grobowej, a gdy Eugeniusz przelękły poglądał na powywracane trumny, rzekł z wyrazem prawie okrutnym:

- Pamiętaj pan coś dziś widział... jest to widok nauczający. Któż wie? - dodał dziko... - dziś to los Jaksów, jutro być on może choćby Spytków losem. Bóg wielki, sprawiedliwość nieubłagana, losy nieprzezwyciężone, a ludzie są znikomi i słabi.

W młodzieńcu zadrgała duma i krew starej rodziny zakipiała, pierwszy raz uczuł wstręt do tego człowieka, którego był tak gwałtownie ukochał. Zdziwili się Iwo i Zaranek gdy Eugenek odpowiedział na to:

- To pociesza, że w świecie nic nie jest wypadkiem, wszystko sprawiedliwością... Trzeba kochać, przebaczać i... spać spokojnie.

Nie byłoby może nic dziwnego w tem przemówieniu Eugeniusza, który często objawiał zdania dojrzalsze nad wiek swój, ale gdy to mówił, głos jego się zmienił... spoważniał, można było powiedzieć zestarzał. Kasztelanic drgnął mimowoli, zamilkł i wyszli z grobowej kaplicy, w zupełnie innych stosunkach, niżeli do niej przybyli. Eugeniusz co najrychlej chciał powracać, znienawidził kasztelanica; zaprosił go wedle rozkazu matki, ale gdy tylko dozwoliła przyzwoitość, opuścił Rabsztyńce, dając sobie słowo, że w nich więcej noga jego nie postanie.

Tego skutku niktby się był nie mógł spodziewać. Z żywością, wróciwszy, opowiedział matce, swe odwiedziny, nie kryjąc uczuć, jakie one w nim wzbudziły. Pani Spytkowa popatrzyła na syna zdziwiona nieco i poraz pierwszy w mowie, głosie, charakterze, który się objawił, poznała w nim nieboszczyka. Brew tak marszczył jak on - mówił krótko, stanowczo - był prawdziwym Spytkiem, tak, że prawie się go ulękła.

Łagodnym głosem wykazała mu jego lekkomyślność, przypomniała jak bez przyczyny i bez jej wiedzy pokochał się w tym nieznajomym, jak teraz nagle się odstręczył, - obie rzeczy uznając za pospieszne. Eugeniusz przyjął uwagę matki z pokorą, ale na twarzy jego znać było, że pozostaje przy swem zdaniu i uczuciu.

Nazajutrz z południa zaproszony kasztelanic przyjechał. Młody chłopak przyjął go grzecznie, ale z widocznym chłodem, a wprowadzając do sali, rzekł:

- Widzę, że i pan dziś z ciekawością oglądasz nasze pamiątki rodzinne. W istocie, warte są one widzenia i poszanowania. Gdybyśmy wierzyli, że nic się nie dzieje bez przyczyny, że nic nie trwa bez zasługi i nie ginie bez winy, musiałbym wnioskować, że rodzina Spytków ma swe zasługi.

Była to dumna, dziecinna odpowiedź na owę lekcyą w grobowej kaplicy. Kasztelanic bystro, z góry spojrzał na młodego chłopaka i odparł z uśmiechem ironicznym:

- Niezawodnie, tych jej nie zaprzeczam.

Tem obojętnem słowem zamknął mu usta, ruszył ramionami i więcej się już do niego z rozmową nie zwracał.

W sali czekała na nich Spytkowa, a po twarzy jej, zawsze pogodnej i równie surowej, nie było można poznać, że przybyły uczynił na niej jakiekolwiek wrażenie. Przywitała go zimno, była panią siebie, wydawała się nawet od ostatniej rozmowy ostygłą i zobojętniałą. Zdaje się, że umyślnie kazano podać podwieczorek w altanie ogrodowej, aby w czasie przechadzki więcej mieć swobody do niepostrzeżonej rozmowy, która dosyć długą być miała. Jakby naumyślnie złożyło się to ze złym humorem Eugeniusza, który kasztelanica porzucił wprędce i zajął się cały gorącą rozprawą z p. Zarankiem o dziele Buffona, które właśnie razem czytali. Poszli przodem ulicą, zostawiając panią Brygidę z jej towarzyszem, a ten zaledwie ujrzał się z nią sam na sam, natychmiast z tego korzystając, zwrócił się do niej i rzekł:

- Jestto więc jedyna chwila w życiu dana mi na wytłumaczenie się z przeszłości. Korzystam z niej, bo i ja mam prawo żądać wysłuchania, choć zawczasu potępiony. Wyrok może pozostać takim, jakim był napisany przed dwudziestu laty... idzie mi tylko o to, bym się przedśmiertną oczyścił spowiedzią...

Pani Spytkowa nie odezwała się słowem, patrzyła w ziemię idąc powoli, a Jaksa mówił ciągle:

- Nie wiem, czy potrzebuję pani przypominać te dzieje, o których mnie dziś zimno jeszcze i obojętnie mówić niepodobna. Pamiętasz pani, żem powrócił z pierwszej podróży pełen życia i młodości. Żył jeszcze wówczas dogorywając mój ojciec. Staliśmy z nim razem na krawędzi przepaści, która dla mnie była zakrytą. On ją już widział, czuł raczej oddech jej pod sobą; całą jego nadzieją byłem ja; jam miał podnieść i dźwignąć starą tarczę Gryfów, aby się nie strzaskała na wieki... Ale mnie naówczas rodzina, jej losy, jej sława, jej wielkość były obojętne zupełnie - ja tylko żyć i być szczęśliwym pragnąłem. Naówczas to, objeżdżając sąsiedztwo, pierwszy raz zajechałem do domu waszego rodzica, i zobaczyłem - panią. Pamiętam jeszcze dziś tę chwilę, bo była stanowczą dla mnie; zostałem oczarowany, podbity - wyjechałem od was oszalały. Zapomniałem o wszystkiem, pragnąc się tylko zbliżyć do was. Wszystko zdawało się nam sprzyjać w początku; ojciec wasz był mi przychylnym... wy... - mamże i to przypomnieć - że serce wasze pierwszy raz w życiu biło dla mnie? żem je pozyskał, żem słuchając jego uderzeń, spędził jedyne chwile szczęśliwe, których wspomnienie całe życie mi truć miało?... Mogę powiedzieć, że byliśmy oboje szczęśliwi; z młodością w sercach, z marzeniem w głowach, z piosenką na ustach, z wiarą w siebie i przyszłość przebyliśmy aż do tej chwili, gdy po raz pierwszy na progu waszego domu zjawił się ów nienawistny Spytek...

Wdowa spojrzała nań groźnie.

- Dlaczego się mam taić z tem, co czuję? - podchwycił Jaksa. - Tak, choć umarł, był i jest mi nienawistnym... i będzie nim.. Przychodził z bogactwy, z imieniem, jak handlarz, podkupić mnie, który przynosiłem tylko serce i ubóstwo ciężkie do dźwigania. Zdaje mi się, że gdy się zjawił, już losy nasze były rozstrzygnięte.

Pani Spytkowa uśmiechnęła się pogardliwie, spojrzała dumnie i szepnęła:

- Mylisz się waćpan... ojciec nie byłby mnie zmusił do mimowolnego małżeństwa, bo ja tylko sobie przyznaję prawo rządzenia sobą. Nic mnie nie mogło skłonić do przeniewierstwa i fałszu, do przysięgi na zimno... Waćpan sam pchnąłeś mnie i zmusiłeś do tego kroku, który opłaciłam życiem.

- Ja? - podchwycił Iwo - ja?... Nie! pozory omyliły was... Byłem i jestem niewinny... posłuchajcie mnie do końca... Ojciec mój był naówczas już chory i dogorywający; dobiło go to, że przewidywał nieuchronny upadek rodziny, a czuł iż ja nie zniosę cierpliwie nędzy i upokorzenia. Doszły go wieści o moich częstych do domu waszego wycieczkach... dwa ubóstwa przerażały go... Nie chciał tego małżeństwa, nie taił tego bynajmniej przedemną. Kochałem ojca, ale byłbym się mu oprzeć potrafił, gdybym go na śmiertelnem łożu nie zastał. Znalazłem go zmienionym straszliwie, zeschłym, zniszczonym gorączką wewnętrzną. Ledwiem na próg wszedł, jak gdyby się lękał, że mu czasu zabraknąć może na pohamowanie mnie i obrócenie mną wedle swej woli, chwycił mnie za ręce, posadził przy sobie, odegnał wszystkich... i począł tę straszną spowiedź swojego życia i historyą rodziny, która i silniejszego odemnie złamaćmy musiała. Był nielitościwym dla siebie, oskarżał się, płakał, winę teraźniejszości brał całą na stare barki... Począłem płakać z nim razem. Cóż chcesz pani, byłem młody, serce żyło jeszcze we mnie i kochałem ojca. Człowiek ten prócz tego dla obcych nawet miał dar przekonywania i urok ogromny słowa, cóż dopiero dla syna, gdy słowom tym towarzyszyło łkanie, gdy po za niemi widać było i czuć śmierć nadchodzącą, gdy uroczysta godzina konania namaszczała go na patryarchę...

...Otóż - mówił dalej kasztelanic - pod jakiem wrażeniem musiałem w słowach się wyrzec mojej miłości, moich nadziei, szczęścia, a przyrzec ojcu, że poślubię naznaczoną mi przez niego córkę jego przyjaciela, jedynaczkę i dziedziczkę ogromnego mienia, które nas od ruiny ratować miało.. Ojciec się uspokoił... usnął, zdrowie jego polepszyło się; chciał doczekać ślubu i ta nadzieja sił mu dodała...

...Oto historya mego przeniewierstwa... - dodał Iwo. - Byłem winien chyba tem, żem spokój ostatnich godzin jego szanował, ale czyniąc to, czego on wymagał po mnie, najsilniejsze zachowałem przekonanie, iż ta, której dałem słowo, która mnie znała, nie uwierzy, słysząc żem ją zdradził, nie uwierzy, widząc zdradę, że zaufa mi do końca, tak, jak ja ślepo, szalenie jej ufałem. Tymczasem pani na pierwszy popłoch, na wieść głuchą, używszy jej za pozór, oddałaś rękę swoją i moją przyszłość na pastwę Spytkom... Ojciec zmarł zaraz po zaręczynach naszych! nazajutrz odesłałem obrączkę. Po pogrzebie leciałem do was, pewien, że wytłumaczę się, że zgładzę tę mniemaną winę moję, że znajdę tę, którą kochałem, czekającą na mnie z wiarą silną... a trafiłem w ganku na powracającą z kościoła... Potrzebaż jeszcze jakiego uniewinnienia? Czyż życie moje całe nie jest niem?... Zubożały, zszargany, ogłupiały nieszczęściem, zszedłem na istotę ściganą wzgardą a broniącą się gniewem i wściekłością... Mogłem przecie, odrzuciwszy wspomnienia, zimny, z rachubą tylko pójść się także sprzedać z imieniem i młodością za jaki grosz, któryby mi dano chętnie... a jednak spędziłem życie na zgryzotach, wierny sercu, gdy wy... wy...

- Kończcie - zimno rzekła wdowa.

- Gdy wy - odparł gniewnie Iwo - pędziliście życie spokojnie, w dostatkach, w lodowatej obojętności, z uśmiechem na ustach gniotąc trupa mojego... gdy wybudowaliście sobie szczęście.

- Tak, szczęście! - gorzko uśmiechając się, powtórzyła pani Spytkowa. Po chwili podniosła głowę; twarz jej była blada, smutna... W oczach miała wyraz dziki.

- Miałażbym się tłumaczyć? ja! - spytała się, śmiejąc się cicho, ironicznie. - Nie, tego nie uczynię! poniżyłabym się. Poświęciliście miłość waszę i mnie ojcu dogorywającemu, litości, słabości... Czujecie się czyści! a więc dobrze! przypisujecie mnie winę! O, już dziś mniejsza o to... Cóż mnie obchodzi wasz ojciec, wasza ta litość wspaniała, wasze wykrętne oszukaństwo?... Co się stało odstać się nie może... Czujesz się waćpan czystym, tem lepiej; ja was osądziłam zabójcą i nie cofnę wyroku. Co mnie obchodzi wasza rodzina, wasza wielkość, losy, ruiny, bogactwa?... Przyniesiono mi dowód zdrady, nie wchodziłam w jej powody, wiedziałam tylko, że została spełnioną. Nie domyślałam się, że mogliście kłamać umierającemu ojcu, zamiast mu wyznać wszystko i błagać by przestając być Jaksą, został w skonaniu człowiekiem i rodzicem dla swego dziecięcia, że mogliście kłamać kobiecie, przyrzekając jej, czego nie dotrzymaliście... Co mi tam! - dorzuciła wdowa... - co się stało, jest nieodwołalnem...

Iwo szedł obok niej milczący. Wolnym krokiem, aleją cienistą kierowali się ku altanie, ku której poprzedzał ich Eugenek z Zarankiem. Na chwilę przerwała się rozmowa. Iwo spojrzał na nią dziko, ale bez nienawiści, czuł, że w tych wymówkach, którym napróżno starała się nadać pozór obojętności, grała wspomnień młodych i niezapomniana muzyka... Błysk jakiejś nadziei przeleciał po jego twarzy...

- Więc winy słabości tej dla ojca... dla jedynej istoty jaką na świecie miałem naówczas - zawołał - winy słabości tej nawet całego życia męczarnie i spodlenia okupić nie mogą w oczach waszych? Ale spojrzcie na mnie, co ze mnie zrobiło życie, a porównajcież wasz dumny spokój do mojej gorączki zgniłej!

Spytkowa uśmiechnęła się dziwacznie.

- Tak - rzekła - tak! ja byłam szczęśliwą, bardzo szczęśliwą!... Odgadliście to, poznali, osądzili wybornie. Ten złocisty i marmurowy grób mój zachwycił was. Dość, nie mówmy więcej, to rzecz skończona, osądzona. Wy byliście męczennikiem, a ja istotą szczęśliwą, dlatego, że wam łachman nędzy pokrywał szaty bezecne i rozpasanie wyuzdanej swawoli, a tu mnie złoto świeciło na ramach...

- Ale pocóż to wszystko? - odezwała się po chwili z ironią; - to są rzeczy niepowrotne, których wagę tylko Bóg osądzić potrafi. Mamyż się sprzeczać między sobą, kto z nas był fałszywszym, zdradliwszym i biedniejszym? Wszystko się stało, jak stać się było powinno... jakeśmy zasłużyli. Dziś zostało dwoje ludzi obcych sobie, co się tam kiedyś znali trochę i śmieją się ze swej przeszłości...

To mówiąc chciała pospieszyć do syna, gdy Iwo ją powstrzymał, zwalniając kroku.

- Wy mówicie - zawołał z gorączkowym wyrazem - że się wszystko stało jak było powinno... Ja nie tak łatwo to rozgrzeszę i z mojego życia skwituję... Widzicie przecie, żem lat dwadzieścia czekał, żem jak pies na łańcuchu przetrwał w nędzy i upokorzeniu u tych wrót, których otwarcia czekałem, które mi śmierć otworzyć musiała, i otwarła nakoniec. Mylicie się; życie nasze nieskończone, poczyna się ono dopiero. W głosie waszym, w oczach waszych czuję i widzę niezgasłem uczucie. Uwierzyć mi musisz, musisz przebaczyć!

To mówiąc, chciał ująć ją za rękę, gdy pani Spytkowa stanęła nagle z takim majestatem gniewu i oburzenia przed nim, z oczów jej trysnął śmiało nań wzrok tak piorunujący, iż zuchwały Iwo cofnąć się musiał i oniemiały stanął, bledniejąc.

W istocie straszną była ta kobieta, na której czole uczucie niewieściego majestatu i potęgi malowało się z nadzwyczajną siłą, długiemi nagromadzoną latami. Dosyć było tego spojrzenia, aby odepchnąć i odjąć wszelką nadzieję; ale Iwo cierpiał zbyt długo, a może zbyt mocno kochał, ażeby się uląkł tej groźby i uciekł od walki. Usta jego po chwili zadrgały uśmiechem bólu i szyderstwa zarazem.

- Proszę o przebaczenie - rzekł, ostygając i zmieniając głos. - Odzywając się do uczuć, które nie wystygły we mnie, nie popełniłem zbrodni... popełniłem błąd tylko. Zapomniałem czem jest serce kobiece, w którem miłość gaśnie tak prędko, a gniew nie umiera nigdy. Zostań więc pani ze swym gniewem, a pozwól mi zachować tę miłość, która życie struwszy, odebrać mi je potrafi.

Wdowa ruszyła ramionami tylko i poczęła zwolna iść dalej.

- Zdajesz się pani w to nie wierzyć, że się człowiek dobić może, gdy ostatnią straci nadzieję. Zapewne, jak jaki... Nie mogę zmusić do wiary... Od dziś dnia jednak, wyczerpnąwszy ostatnią ocalenia otuchę, pójdę szukać albo innej nadziei, lub jakiegoś końca tej nędznej komedyi. Cóż to wam szkodzi, że się do reszty skalam, zwalam i nędzny gdzieś styrany zginę? Powiesz, że się stało tak, jak się stać było powinno. W istocie, nie mówmyż o tem więcej. Jęki i żale nie przystały mi, a dla was byłyby nudne. Zatem wracamy do towarzystwa, a ja do mego charakteru.

Na te słowa zawahawszy się, pani Spytkowa, podniosła oczy... Twarz jej zupełnie była zmieniona, blada, smutna, patrzyła na Iwona ze łzą na powiece drżącą. Zdawało się, że coś powiedzieć chciała, że może słowo pociechy byłoby się z jej ust wyrwało. Jaksa poraz drugi niespodzianą nadzieją osłupiały stanął, ale w tem Eugeniusz żywo się zbliżył do matki. Spojrzał na nią i na jej towarzysza dziwnie, z przestrachem i pociągnął ją z sobą ku altanie, nim czas miała przemówić.

Jaksa po chwili odzyskał przytomność, ale poszedł za nimi zamyślony, nie zwykle milczący i nieśmiały.

I tym razem nie rozłamał on chleba, nie przyjął wina, wytłumaczył się słabością, patrzył; siedział i dumał. Eugeniusz, jakkolwiek mało znał ludzi, postrzegł w nim zmianę; ale mając doń w sercu urazę, prawie się ucieszył, widząc go chmurnym. Na obojętnej rozmowie przeszła godzina w ogrodzie, a że wieczór się zbliżał, Iwo wstał do pożegnania.

- Ponieważ państwo wyjeżdżają do Warszawy, wątpię - rzekł - żebym miał przyjemność widzieć ich już tutaj.

- Odjazd mój - obojętnie na pozór przerwała wdowa - jest dotąd tylko projektem, a kiedy przyjdzie do skutku... tego doprawdy nie wiem...

Było to jakby dodaniem nadziei; ale Jaksa zdawał się nie chcieć tego rozumieć; skłonił się lekko i dokończył:

- Pozwoli więc pani się pożegnać.

Zwrócił się potem do Eugeniusza i podał mu rękę z uśmiechem... Młody chłopak już był nieco zwolniał w uczuciu niechęci, powziętej tak nagle dla kasztelanica, walczył przynajmniej z sobą, aby mu jej nie okazać.

Pożegnali się z nim grzecznie, Eugenek nawet odprowadził go do ganku, szczebiocąc.

W chwili, gdy już Iwo miał siadać, niespodzianie z balkonu pierwszego piętra ukazała się blada twarz pani Spytkowej, która zawołała do syna:

- Proś-że sąsiada, aby nas odwiedził jeszcze.

Iwo, nic nie odpowiadając, grzecznym ukłonem podziękował za ten znak łaski; ale twarz jego chmurna nie rozjaśniła się, a gdy młody chłopak coś mu szeptał, spełniając rozkaz matki, rzekł tylko:

- Dziękuję bardzo, ja także mam projekta podróży... nie wiem jeszcze co zrobię z sobą.

Pani Spytkowa stała ciągle na balkonie. Iwo odwrócił się ku niej raz jeszcze, ścisnął konia i wedle swego zwyczaju czwałem popędził do domu.

 

 

KRWAWE ZNAMIĘ

 

I.

 

Ziemia, na której od wieków mieszkają ludzie, uprawna ich potem, użyźniona kośćmi, zasiana pamiątkami, wcale inaczej i serdeczniej wygląda, jak najwspanialsza pustynia amerykańska. Tam, gdzie się cywilizacya nie rozwijała powolnie, ale przyszła gotowa, wyrobiona, ze wszystkiemi zasobami do zwalczenia i pobicia dzikiej natury, - tam nagłe przejście z głuchej ciszy wieków i żywota drzemiącego, do wrzawy i ruchu, który z sobą przynosi ciżba wędrowców, wypiętnowuje się i na obliczu ziemi...

Dowodem niech będą majestatyczne a pełne dziwnych kontrastów wspaniałe krajobrazy Ameryki, w których środkiem puszcz wiekowych, obalonych nagle, pędzi świszcząca lokomotywa, a na niewytrzebionych jeszcze gąszczach wznosi się obelisk XIX wieku... komin fabryczny, urągający się starym wotalnym Rzymu kolumnom i zapisanym hieroglifami iglicom. Tam rzucony Adam tego raju nie spotyka żadnej pamiątki człowieka, coby go poprzedził, żadne wspomnienie do tych miejsc nie przylgnęło... Widać tylko ślady dzikiego zwierza, burzy i siły roślinnej, która pokrywała rolę, ssąc z niej soki z chciwością.

Jakże tam pusto, smutno, samotnie być musi tym pionierom cywilizacyi, przesadzonym ze starej Europy, której każdy kątek obwijają bluszcze wspomnień, gdzie pod każdą stopą gruntu jest grób, spoczywa świadectwo wędrówki, pracy, żywota i zgonu... gdzie na dnie jezior nawet szczęty umarłej, przedhistorycznej cywilizacyi stwardniały pod wodą!...

Jak nowe domostwo, w którem nikt jeszcze nie mieszkał, gdyby nawet było najpiękniejszem, smutnem być musi, tak i te zdobywane dziewicze kraje są zawsze jeszcze pustyniami, póki ich praca i myśl ludzka nie ochrzci.

Jest to przedłużeniem krótkiego bytu człowieka, gdy po za nim, jak zajrzeć, szeregują się wieki.

Prawem postępu łatwego dlań, stąpa człowiek po wybitej ścieżynie. Ta dróżka staje się grobelką, żwirówką, koleją, ale to zawsze ten sam gościniec jeszcze, którym chodzili umarli... co śpią na cmentarzach.

 

................................................................................................................

................................................................................................................

 

W Lubelskiem leży wieś Mielsztyńce, która dziś już inne nosi nazwisko i próżnoby jej szukał na karcie. Znanej i możnej rodziny Spytków, która bardzo wcześnie jakoś zdrobniała i niemal wygasła, zieleniła się tam maleńka, zapomniana gałązka. Już w XV wieku Spytkowie należeli do najbogatszych i największego znaczenia rodzin w kraju. Wspaniałe grobowce, starte napisy, nazwiska dóbr rozległych, jedynie dziś świadczą o Spytkach... W XVIII wieku, gdy się nasze opowiadanie zaczyna, zapomniano już o dawnej wielkości panów Spytków. Tylko uczeńsi genealogowie, spotkawszy się z tem imieniem na żywym człowieku, pytali z podziwieniem, czyż podobna, żeby to byli ci sami co ongi Spytkowie...?

Można było o tem powątpiewać, wnosząc z roztaczającego się w koło nich milczenia, ale istotną prawdę zawierały pergaminy i dokumenta, któremi się oni nie chwalili. Z ojca w syna byli to oddawna ludzie jednego ducha i charakteru, starający się tylko o spokój, o ciszę, o zgodę z ludźmi i żywot który nikomu nie zawadzał, nikogo nie raził i nikomu powodu do zazdrości nie dając, dozwolił im w cieniu Pana Boga chwalić. Odrodzili się od Spytków z Mielsztyna, ale im z tem znać już dobrze było, bo od wielu pokoleń z Mielsztyniec się prawie nie wychylali. Musiało coś w starych podaniach zniewalać ich do tego; szeptano po cichu, iż taki rozkaz swym następcom do kilku pokoleń wydał któryś Spytek, a oni go święcie spełniali. Nikt jednak z pewnością przyczyny tego osamotnienia nie wiedział, sąsiedzi do niego przywykli, zwyczaj uświęcił ten rodzaj życia i nikt się im nie wdzierał w ten kąt spokojny. Mielsztyńce z kilku pięknemi wsiami, z wielkiemi lasami, rozległą bardzo przestrzenią, składały pięknie zaokrągloną całość, odgraniczoną, odrębną, a szczęśliwie położoną, że tam nie bardzo kto miał potrzebę zaglądać. Małe miasteczko w pośrodku nad rzeczką i stawem, opodal nieco od niego zamczysko na wzgórzu, otoczone wiekuistemi drzewy; dalej po równinie rozrzucone wsie i folwarki, osady, młyny i pojedyńcze dworki dożywotników, starych sług starej rodziny. Już to życie szło takim trybem, że się wszystko trzymało długo, jednakowo, niezmiennie, a otaczający dwór mielsztyński ludzie także od wieków i pra-pradziadów mu służyli. Kto się ztąd gorączką jakąś i pragnieniem nowości party oddalił, już chyba nie powracał, bo wytrwać by nie mógł w tej atmosferze tak jednostajnej, uspokojonej, milczącej, iż od stu lat może widocznej zmiany żadnej czuć w niej nie było.

Dwór mielsztyński budził ciekawość przybyszów, ale gdy się z nią kilka razy o mury jego nadaremnie obili, a przekonali się, że przebić ich nie było podobna, że i ludzie nie mieli ochoty się wygadywać i panowie znajomić, w końcu każdy dawał za wygraną i... jeśli był już bardzo tem tknięty, to się sobie po cichu uśmiechał. Głośno ganić nie było można, bo do koła aż do Lublina Spytkowie liczyli tylko przyjaciół; najlżejszej skazy nikt na nich nie znalazł, a ktoby przeciwko nim śmiał się odezwać, na siebieby wyrok napisał.

Dosyć, że w tym pokoju dotrwali Mielsztyńscy aż do końca XVIII-go wieku. W okolicy Mielsztyniec, na samej ich granicy, wioska Studzienica, przepyszna posiadłość, od niepamiętnych czasów zostająca w ręku Studzieńskich herbu Leliwa, drogą zamiany i z dopłatą przeszła na innego właściciela! Nabył ją Repeszko niejaki, człek stary, bezdzietny, znany z niesłychanego skąpstwa, a naturalnie też i słynący z niezmiernej fortuny, którą bajecznie obliczano. Pan Nikodem Repeszko liczył naówczas lat sześćdziesiąt, ale je tak nosił, jak gdyby mu one nad trzy krzyże nie ważyły. Był to człowiek statury wielkiej, prawie olbrzymiej, silny, zbudowany dobrze, z maleńką jak na śmiech główką, na szerokim karku i ramionach osadzoną. Płeć miał śniadą, ospowatą, zżółkłą, oczki małe, czarne, łysinę wygoloną, ręce długie i żylaste. Życia był skromnego nadzwyczaj, sam to przypisując pobożności i potrzebie martwienia ciała, chociaż drudzy tłumaczyli skąpstwem, czynny niezmiernie, zapobiegliwy, ruchawy. Ludzie o nim powiadali, że nigdy nie sypiał, nikt go przynajmniej śpiącego nie widział, a choć w jego alkierzyku stało łóżko pokryte starą wytartą skórą łosiową, z poduszką skórzaną turecką, niedocieczonego koloru, nie znać było na niem, aby kiedy tu spoczywał. Zwykle siadywał w fotelu wielkim z poręczami, skórą także obitym i tu go ludzie dniem i nocą znajdowali. To pewna, że począwszy od pierwszych kurów do świtu, w nocy go najczęściej spotkać można było tam, gdzie się najmniej spodziewano, ale nigdy w jednej porze, na jednem miejscu, tylko coraz gdzieindziej.

Jednego dnia widziano go po północy przy gumnach, drugiego za stodołą, to znowu na wsi, w polu, a nawet w lesie... Jak upiór czasem zjawiał się u ogniska nocleżanów na łąkach, na rozdrożach, u karczmy, a w burzę, pioruny, słoty albo w śnieżną zawieję, najprędzej się z nim spotkałeś. Nic mu to nie szkodziło, zacierał ręce, strzepnął się, uśmiechnął i szedł dalej, odmawiając pacierze...

Pan Nikodem był pobożny niesłychanie, gorliwy bardzo katolik, przestrzegacz ścisły wszystkich praktyk i tak na pozór słodki, miły serdeczny, tak lgnący do każdego, iżby go się pokochać chciało od pierwszej godziny. Lecz po zbliżeniu się do niego stawało się to niepodobieństwem; Repeszko całował, ściskał, upokarzał się i bił w piersi, ale gdy zaszedł interes, gdzie potrzeba było cośkolwiek zrobić, dać, ofiarować, twardym był jak skała. Swoim obyczajem wymawiał się miodem, cukrem, samemi pochlebstwy i słodyczami, ale dać nic nie dał.

Nigdy się nie obrażał, pokornym był nadzwyczaj, dla miłości Zbawiciela darował wszystko, choć nigdy niczego nie zapomniał. Wyściskał nieprzyjaciela, lecz jeśli mógł mu dać naukę, nie poskąpił, zawsze z uniżonością, dyskrecyą i poszanowaniem. Repeszko miał i to do siebie, że się wcisnąć lubił wszędzie, wiedzieć musiał o wszystkiem i znać każdego. Nie zrażał się zimnem obejściem, okazaną obojętnością lub niechęcią, zdawał się ich nie rozumieć i szedł dalej biorąc zawsze wszystko z najlepszej strony...

Przybywszy do Studziennicy, w okolicę wcale sobie nieznaną, pan Repeszko pojechał naturalnie i do Spytków, ale tam nie bardzo sobie podobał i od tej pory, choć się o nich wyrażał z największem poszanowaniem, przypiął się do Mielsztyniec z jakąś nadzwyczajną chciwością dowiedzenia się, badania bliższych stosunków i znajomości. Nikt mu do tego pomódz nie mógł, ale go to nie zrażało. Raz namotawszy na wąs, był on z tego rodzaju ludzi, co nie łatwo powziętą myśl porzucają. Powtarzał między innemi przysłowiami często i festina lente. W okolicy, kogokolwiek zarwał o Mielsztynce i Spytków, wszyscy go zbywali milczeniem i spojrzeniem ukośnem, jakby dając do zrozumienia, że wdał się w rozmowę niewłaściwą i ostrzegając by jej nie wznawiał. Nie zrażało to jednak Repeszki, a że był człowiek łagodny i nic nie czynił przebojem, szedł pomalusieńku do celu. Z tych badań, na pozór bezskutecznych, zawsze mu się coś zostawało, a upór, z jakim mu odpowiadano milczeniem, dawał wyobrażenie o ważności tego przedmiotu, którego nikt dotknąć nie śmiał.

Dlaczego tak Mielsztyńce Repeszkę zajmowały gorąco, domyślano się z tego, co o nim w Brzeskiem mówiono, gdzie Pociejów jakichś, zainsynuowawszy się do ich domu, ostatecznie podkopał i wyssał, - że te same mógł mieć zamiary na spokojną Spytków rodzinę. Może się i mylono, bo Repeszko, ile razy owych zrujnowanych Pociejów wspominał, ręce składał, łzami się oblewał i wyrażał o nich jako o ludziach najgodniejszych, których los nieszczęśliwy serce mu zakrwawia... Nie mógł nawet mówić o nich długo, tak go to wiele kosztowało.

Postanowiwszy bądź co bądź przebić tę grubą zasłonę tajemnicy, która okrywała samotne zamczysko mielsztynieckie, Repeszko postąpił sobie bardzo zręcznie. Wyszukał jedynego człowieka, który tam bywał od lat wielu i zdawał się w jaknajlepszych zostawać stosunkach ze dworem. Był nim proboszcz parafii sąsiedniej, ksiądz Ziemiec, staruszek, dobry człowiek, ale łatwowierny niezmiernie i łatwo ująć się dający. Chociaż w Mielsztyńcach był proboszcz miejscowy i wikary, ksiądz Ziemiec dawniej zajmujący ową prebendę, z której się przeniósł do Studziennicy dobrowolnie, zachował przyjacielskie stosunki z kolatorami i niekiedy ze mszą tam jeździł do zamkowej kaplicy; mówiono nawet, że sam pan Spytek nie spowiadał się u nikogo, tylko u niego. Ksiądz Ziemiec był aniołem dobroci, ale ośmdziesięciu lat dochodząc, nieco zdziecinniał, Repeszko go tem ujął, że w kościele klęczał przed prezbyteryum, modlił się ze złożonemi rękami, bił w piersi tak, że po całym kościele słychać było, a niekiedy krzyżem leżał. Księdza całował w rękę i był dlań z taką rewerencyą, jak nikt ze szlachty okolicznej.

Prawda, że gdy w to uwierzywszy, staruszek się do niego o trochę drzewa na poprawę ogrodzenia cmentarnego odezwał, odmówił pan Repeszko, ale list zawierający ekskuzę był tak pokorny i tak usprawiedliwiający go, że mieć do niego żalu nie było można. Postrzegłszy, że ks. Ziemiec lubi czasem grywać w maryasza na zdrowaśki za dusze z nikąd ratunku nie mające, a przy tej grze się ożywia i gaduli, pan Repeszko począł do niego chodzić po obiedzie na partyjkę. Miał w zysku także, iż się to pociągało ku wieczerzy i że w ten sposób oszczędzał w domu niepotrzebnego koło gotowania na jednę osobę zachodu.

Przy maryasiku powoli, nieznacznie brał na lekkie tortury starowinę...

Był pewnym swego, bo ks. Ziemiec już się z nim tak spoufalił, że mu anegdoty z czasu młodości swej opowiadał, ale gdy tylko o Spytków zagadnął, proboszcz milczał jak kamień, odwodził rozmowę, nawet maryasza przerywał i kończyło się na tem, iż z niego nic dobyć nie było podobna.

Repeszko przekonawszy się, że podkopy nie pomogą, postanowił zrobić wyłom i szturm przypuścić.

Jednego tedy poobiedzia chmurnego, znowu pociągnął ks. Ziemca.

- E! dałbyś asindziej pokój, - rzekł proboszcz; - co tam ciekawego w tych Mielsztyńcach, że one wam spać nie dają. Ludzi zacnych dwoje... siedzą cicho i pragną iżby o nich świat zapomniał!

Tu dopiero Repeszko położywszy karty, odezwał się otwarcie:

- Księże proboszczu dobrodzieju... najzacniejszy, złoty księżuniu, sercem najukochańszy, którego w duszy mej noszę, weneruję i wyrazów nie mam na to, jakiemi dlań synowskiemi uczuciami pałam, wytłumaczyć mi to racz, dla czego ci godni, najzacniejsi, ze wszech miar szanowni państwo Spytkowie, jedni tego na całym świecie używać mają przywileju, iż o nich nikomu mówić nie ma być wolno? Nie pochlebiam sobie, żebym miał rozum najbystrzejszy, wszakże najpośledniejszym z ludzi też nie jestem, a wszelako tego nie rozumiem.

Ksiądz także karty położył, na ręku się oparł i jakby głosu w piersi zabrakło, rzekł z cicha:

- Kochany panie... dałbyś bo tej chciwości pokój... opowiem ci lepiej dykteryjkę.

- Powiedz ojcze dykteryjkę, słucham z największą uwagą, proszę... Człek się całe życie uczy i nabierać pragnie, a od kogoż nabierze, jeśli nie od świętobliwych jak wy, a siwizną przez Boga za przykładne życie błogosławionych.

Dawszy mu się wygadać z temi słodyczami, bez którychby nigdy się u Repeszki nie obeszło, ksiądz podparł się na łokciu i począł w ten sposób:

- Było to lat kilkadziesiąt temu. Jam naówczas był wikaryuszem w Lublinie przy kościele św. Michała, bo wypadek, który wam opowiem, jest prawdziwy. Zdawna tam obiegały o tem pogadanki, iż około onego pnia dębowego, na którym wielki ołtarz był założony, fundator kościoła skarb wielki zakopać kazał, aby w jakiej ostatecznej domu Bożego potrzebie znaleziony, mógł mu służyć na podtrzymanie i ozdobę.

Oto choć ów skarb na kościół był przeznaczony, jak podanie głosiło, nie spało łakomstwo ażeby go sobie przywłaszczyć, i ten i ów dłubali a świdrowali około pnia i ołtarza, a nuż nań trafią. A jak to ludzie w potrzebie sobie wszystko wykrętnie tłumaczyć umieją, powiadali tedy sobie, jeśli skarb dostanie się duchownemu, toć kościołowi, bo duchowny do kościoła należy. Ale to są rzeczy uboczne i do mojej dykteryjki właściwie nie należące. Tandem, nie wiem tam już kiedy i za którego proboszcza, zakrystyan, który o tym skarbie od poprzednika miał tradycyę, począł próbować, a nuż będzie od innych szczęśliwy... Podnosił tedy posadzkę po jednej tafli i żelaznym drążkiem ziemię wiercił. Jednym razem stuknęło owo żelazo o coś, jakby o wieko kufra lub skrzyni. Zakrystyan mało nie oszalał - do proboszcza, bo choćby był chciał przed nim się skryć z ową tajemnicą, nie miał sposobu. Samby rady nie dał, więc musiał kogoś wezwać na pomoc, a wolał już proboszcza, niż innego. Dał się skusić ksiądz. Nocą poszli do kościoła, próbują... brzęczy, rozlega się echo... jest coś... Dalej do rydli, do motyk, do łopat, ziemię we dwóch wynosić. Nie szło to łatwo, bo trzeba było dobywać się dosyć głęboko, a wydobytą ziemię kryć, aby się ludzie nie domyślili, i na dzień dziurę płytą nakrywać. Słowem, namordowali się dobrze przez trzy noce, i zakrystyan bodaj nie poderwał się, gdy naostatek pokazała się skrzynia żelazna... Nowy kłopot, jak ją wywindować, co z nią zrobić? Ksiądz nie był bardzo silny, chcieli zrazu podważyć, ale ani drgnęła, jak przykuta, okopali dokoła. Z jednej strony okazały się zamki mocne, nuż próbować kluczów, jakie się tylko przy kościele znajdowały, ale żaden się nie przydał. Napocili się dobrze a darmo. Drugiej nocy zakrystyan, młota i dłuta dostawszy, jął majstrować aby odbić. Myśleli na pewne, że złoto garściami wynosić będą... co stukną to się im złoto odzywa. Są pieniądze! ale w kościele, po nocy, a jeszcze w takim, co tuż ponad ulicą stoi i w ludnem mieście, gdzie każdego czasu po Grodzkiej ulicy ludziska się włóczą, hałasu i szczęku robić nie było można... szło tedy bardzo powoli.

A tu i chciwość niepoczciwa i ciekawość okrutna piekła. Mało się nie pochorowali. Zamki jak zaczarowane nie puszczały. Postrzegli zaraz, że nie jeden był, ale trzy, a wszystkie tak hartowne, że ich wiekuista rdza nie tknęła... Wziął się tedy zakrystyan do głównego, i jakoś go przecie otworzył, ale gdy drugi odmykał, pierwszy się znowu zatrzasnął; a że było ich trzy, zmiarkowali iż inaczej skrzyni nie otworzą, tylko przybrawszy sobie trzeciego pomocnika, żeby razem wszystkie ruszyli. Rozumny ów skrzyni fundator obmyślił to dobrze, aby skarbu ludzie źli nie naruszyli samowolnie, albowiem kędy dwóch jest, trudno tajemnicę utrzymać, kędy trzech niepodobna. Nie było jednak innego środka, tylko już ślusarza sobie przybrać, zakląwszy go aby święcie tajemnicy dochował. Proboszcz zamówił na następną noc bardzo pobożnego majstra, który miał robotą kierować. Spuścili się tedy do wykopanego dołu i przy stoczkach i świeczkach dłubali. Cóż jegomość powiesz. Miesiąc upłynął, a rady sobie dać nie mogli, aż wszyscy powysychali na szczypy, ani jeść, ani pić, ani spać, zakrystyan już krwią pluć począł, gorączka go trawiła. Nareszcie w piątym pono, czy szóstym tygodniu, otwarły się wszystkie trzy zamki razem i wieko odskoczyło. Ale naprzód z niego jakby opar jakiś poszedł gęsty, który im oczy zaćmił i zatamował... Rzucili się wszyscy razem do skrzyni, spodziewając złota i drogich kamieni... No, jak się panu zdaje, co też znaleźli?

- Najszanowniejszy księże proboszczu dobrodzieju, - rzekł Repeszko - nic nie wiem, ani miarkuję.

- Na dnie... - kończył staruszek...

- Skrzynia więc nie była pełna? - przerwał Repeszko.

- Nietylko, że pełną nie była, dodał ze śmiechem ks. Ziemiec, ale całkowicie próżną... na dnie leżał zbutwiały kawałeczek pergaminu i maleńki pozłacany relikwiarzyk, mocno zaśniedziały, zawierający cząsteczkę szaty Chrystusowej, według tradycyi, obdartej przez żołdaka, gdy go obnażono, aby przybić na krzyżu. Relikwia ta wielkiej ceny, przywieziona z Jerozolimy przez jednego krzyżowca, była całym owym skarbem.

Pan Repeszko milczał zadumany.

- Otóż, - rzekł ksiądz Ziemiec, - niech w. pan dobrze zważa, aby z ciekawością i zachodem wielkim, kusząc się o otwarcie mielsztyńskiej skrzyni, także tam ino pamiątek i relikwi nie znalazł.

Zarumieniłby się był pan Repeszko, gdyby mu płeć śniada i opalona, do skóry wyprawnej podobna, dozwoliła blednąć i czerwienieć. Co tam pod tą maską nieprzebytą się działo, on sam tylko wiedział. Pospieszył się wytłumaczyć i zaprotestować, że nie żadne inne uczucie, tylko miłość bliźniego kazała mu starać się poznać ludzi, aby im według możności być użytecznym.

- A! księże proboszczu dobrodzieju, rzekł niby z lekką urazą - jakże mnie też złote serduszko wasze mogło posądzić, abym miał jakieś powody nie całkiem czyste, a uchowaj Boże interesowane do wciskania się w poufalszą znajomość państwa Spytków?.. Jakże mnie to boleśnie, ojcze mój, iż w anielskiem sercu waszem na lepszą jeszcze nie zasłużyłem sobie opinię!... Ale świadkiem Ten, który wszystko widzi i czyta w sercach ludzkich najskrytsze myśli, iż ja mizerota, któremu los i praca własna nad wszelką zasługę poszczęściły, com się w pocie czoła a za wyraźną opieką Bożą dorwał kawałeczka chleba - mam go do syta i niczego już nie pragnę, byle tam to chudopacholstwo moje zachować w całości, a przekazać na dobre uczynki, kościołki ubogie, szpitaliki, mszyczki i w ręce poczciwych...

- A no dość, dość, - przerwał ks. Ziemiec, - to była dykteryjka, aby gadać. Rozdawaj waść karty, a daj mi za to pamfila z ręki, tuza i króla.. i już tam o tych poczciwych Spytkach nie mówmy.

Zawiódł się tedy i tu pan Repeszko, ale za wygranę nie dał.

Wkrótce po przybyciu swem w Lubelskie był on, jak wspomnieliśmy, w Mielsztyńcach, ale odwiedziny te wcale go nie zaspokoiły. Pojechał potem raz drugi i zdawało mu się, że został przyjęty zimniej jeszcze. Nie zraził się tem, ale czuł że mu nie wypadało tam wciskać się znowu bez powodu; szło tedy o znalezienie takiego, aby się wyszukanym nie zdawał.

Było to jakoś na wiosnę, zatykano łąki. Repeszko, który sam wszędzie być musiał, a majątku jeszcze nie znał tak drobnostkowo, poszedł na granicę do Mielsztyniec, dla dopilnowania sprawy.

Na miejscu znalazł kilku ludzi swoich i mielsztynieckich; nie kłócili się oni ale żwawo spierali. Pomiędzy dwoma wzgórzami obrosłemi lasem dębowym, ciągnęła się piękna łączka, a środkiem jej biegł sobie już uspokojony po wiosennych powodziach strumyczek. Był to zwykły ruczajek, ledwie widoczny śród bujnych traw i kwiatów, przekradający się za swymi interesami do rzeki, tak, że go tam ledwie dostrzedz było można. Nikomu nie wadził ani pomagał, czasem tylko w nim pastuszki nogi moczyli, a zające pić przychodziły w posuchę.

Ale ten strumyczek, nikły i nie pozorny, na wczesną wiosnę pozwalał sobie czasem takich wybryków i swawoli, że mógł powaśnić sąsiadów, stanowił bowiem granicę między Mielsztyńcami a Studzienicą, a spełniając tak wielką misyę społeczną, nie zachowywał się z przyzwoitą obowiązkowi swemu powagą. Miał kaprysy niewytłumaczone, - gdy mu się niewiedzieć dla czego niewygodne, rozmyte, żwirem wysypane łóżeczko sprzykrzyło, rył sobie nowe, łąkę nanosił piaskiem, psuł trawy i zjawiał się niespodzianie tam, gdzie wcale prawa nie miał gościć, urywając to mielsztyniecką łąkę, to studziennicką. Gdyby ona była włościańska, byliby to tam ludzie sobie jakoś poradzili, ale ekonomowie obu folwarków, aby sporów nie mnożyć, z dawien dawna zgodzili się na to, ażeby kosić po strumień, jakkolwiek on sobie w każdym roku płynął.

Tej wiosny właśnie ruczaj pokrzywdził bardzo nowego dziedzica i widać przez ciekawość zbliżył się ku jego stronie, tak iż dobry kawał łąki oddał Mielsztyńcom. Właśnie go zatykano z tamtego boku, gdy ludzie studziennicy oparli się temu, wskazując stare łożysko ruczaju, jako prawowierną granicę obu dominiów. Na ten spór nadszedł pan Repeszko z uśmiechem i najserdeczniejszemi pozdrowieniami włościan, którzy mu się do stóp kłaniali.

- Dzieci moje najukochańsze - rzekł, coś-bo to ja, rybki moje złote, nie bardzo rozumiem. Jakże to może być, żeby taką granicę niepewną cierpiano? Czy uchowaj Boże nie ma w tem obrazy Bożej i jakiego oszustwa? Nie idzie mnie tam, serduszka wy moje, o ten kawałeczek łąki, ale o sprawiedliwość świętą, o spokój miły i o zgodę z najdroższymi sąsiadami...

Gdy włościanie z obu stron tłumaczyć mu poczęli, głową kiwał i nie chciał rozumieć.

- Wszystko dobrze, dzieci moje najdroższe - dodał w końcu - ale to tak nie może być. Ja majątek kupiłem, upewniony będąc o stałych granicach. Trzeba będzie pojechać do Mielsztyniec i po Bożemu, po sąsiedzku załatwić sprawę raz na zawsze...

Pokłonił się włościanom bardzo grzecznie, nizko, zatarł ręce i odjechał. Tego mu tylko było potrzeba.

Nazajutrz wyruszył parą szkap dryndulką do Mielsztyniec.

Ponieważ i nas tam ciągnie, pojedziemy za panem Repeszką.

Przebywszy las dębowy, który dzielił Studziennicę od Mielsztyniec, ujrzał pan Nikodem w pośrodku rozległej równiny, którą w dali opasywały wzgórza zagajone, ponad rzeką i łąkami zielonemi rozłożone miasteczko, a nad niem panującą wieżę kościoła starożytnego, jak to z budowy wnosić było można. Mieścina, mimo że niezbyt wielka, niegdyś była obmurowana w części i opasana wałem; z tej dawnej fortytikacyi pozostały jej dwie dosyć poważne bramy u wjazdu. Oprócz tego rynek zdobił ratusz z wieżyczką, otoczony sklepami, wcale nieszpetny i dobrze utrzymany. Wielka aleja lipowa, cienista, od bramy miejskiej zwanej Zamkową, (bo druga nosiła imię Lubelskiej), wiodła do zamczyska.

Wznosiło się ono na wzgórzu niezbyt wysokiem, fosami objętem, w których już oddawna wody nie było i stare bardzo porastały drzewa. Z murów gdzieniegdzie część kurtyny jeszcze sterczała malowniczo śród zieleni, zostało parę basztek narożnych okrągłych, jedna wieżyca niewielka z bardzo grubego muru, z blankami i wspaniała brama, niegdyś poprzedzona mostem zwodzonym. Tego już śladu nie było, wysypana na miejscu jego grobelka prowadziła wewnątrz.

Panowała tu cisza prawie grobowa, smutna, poważna, uroczysta; tylko niepowściągnione ptactwo szczebiotało gwarnie w drzew gąszczach. Nad głównym łukiem wrot wykuty był herb Spytków, już dobrze starty i mało wyraźny. Piąterko nad bramą miało wprawdzie okna, ale nie zdawało się zamieszkanem. Dwa ogromne, stare, posiwiałe brytany leżały, grzejąc się tu spokojnie i nie przywitały nawet gościa szczekaniem.

Dziedziniec był bardzo obszerny, a w głębi jego za zielonym trawnikiem, na którym wznosiła się kamienna figura Matki Boskiej, w podkowę zbudowany był zamek dosyć pokaźny i poważny. Była to budowa nie razem znać wzniesiona, nie zupełnie regularna, chociaż później starano się jej nadać formę jednostajniejszą. W półkolistych połączeniach korpusu ze skrzydłami na dole były arkady i sklepienia, u góry galerye i odkryte przejścia. Nad gankiem rodzaj kopuły blachą obitej panował, a we froncie armatury starą modą pomalowane, chorągwie, bębny, kotły, herby i cyfry.

Nad samemi głównemi drzwiami, których odedrzwia, jak wszystkich innych okien i drzwi, były kamienne i ozdobne, stał napis pobożny: "Nisi Dominus aedificabitur" etc...

Po za skrzydły i dokoła wszędzie cienistych drzew zielone gąszcze służyły za tło wspaniałemu gmachowi, który był utrzymany czysto, starannie, ale w niczem nietknięty na nowy sposób. Owszem, zdawało się jakby pilnie czuwano nad tem, żeby się z niego cecha starożytna nie starła...

Nad prawem skrzydłem małoznaczna wieżyczka z sygnaturką oznajmywała kaplicę. Innych budowli nie było w dziedzińcu, kryły się one znać niżej po za fosami, a sam zamek mieścił w sobie wszystko, co do życia państwa mogło być potrzebnem. Wszakże życie to kryło się w niem tak, iż w podwórzu pusto zupełnie było, i Pan Repeszko gdy stanął przez respekt u bramy i wysiadł z dryndulki, zostawiając ją tutaj, nie dostrzegł żywej duszy, któraby mu peregrynacyą ułatwiła.

Ale że tu już był i trochę wiedział kędy się wchodziło i wychodziło, skierował się ku głównemu wnijściu. Tu na przestrzał przez sklepienie widać było starożytny ogród szpalerowy, z gankiem nań wychodzącym i piękną balustradą, a po za nią ogromne lipy, jodły i graby. Sień, wyłożona kamiennemi płytami, miała po obu stronach wspaniałe wschody na górę. I tu jeszcze nie było nikogo. Na ścianach, dawno znać malowane i wybladłe, zieleniały niby krajobrazy, zamki, góry i lasy, ale pośród nich symboliczne postacie migały i na wstęgach mnóstwo łacińskich napisów. Wielki zegar pilnował wejścia. Drzwi wszystkie malowane były na biało, ze złotemi pasy, gzymsami i sznurkami. Jak w zaklętem jakiem zamczysku, dotąd pan Repeszko nikogo jeszcze nie spotkał, a oprócz świergotu ptactwa śród drzew, żadnego nie usłyszał głosu. Za to ciekawemi oczyma mógł do syta przyglądać się tej pięknej i nader troskliwie utrzymywanej budowie. Chód jego, choć ostrożny i cichy, rozlegał się dziwnie po gmachu, a śród uroczystego milczenia, samemu przybyszowi odgłos jego własnych kroków złowrogo jakoś i niemiło brzmiał w uchu.

Stał już nareszcie u drzwi, za któremi jakąś straż znaleść się spodziewał, uchylił je powoli i ujrzał w istocie, na wygodnem krześle z poręczami, przed stołem siedzącego staruszka, którego łysina trochą włosów jak puszek siwy miękkich otoczona, świeciła jakby wypolerowana kość słoniowa. Starzec ów miał na sobie liberyą, w ręku trzymał książkę dużą i czytał z niej przez okulary półgłosem litanią. Twarz jego łagodna była i uspokojona. Zrazu, usłyszawszy otwierające się drzwi i znać wcale nie spodziewając się obcego, nie podniósł oczu nawet, tak był w nabożeństwie swem zatopiony. Repeszko widząc to, jako był człek bardzo pobożny, a poczuwający się do obowiązku uczestniczenia we wszelakiem trafiającem się nabożeństwie, gdy i odchrząkiwanie i lekkie szurganie nogami nic nie pomagało, począł powoli odmawiać: módl się za nami! - Usłyszawszy to, starzec podniósł głowę dosyć obojętnie, a zobaczywszy nieznajomego, lekko ją skłonił, ale litanią odmawiał dalej i doszli tak do końca. Dopiero po antyfonie, okulary złożywszy do środka książki, staruszek powstał powoli i zbliżył się milcząco do Nikodema, który mu się powtórnie a nader uprzejmie uśmiechając kłaniał.

- Chciałbym mieć szczęście, - ozwał się Repeszko - widzenia się z panem domu.

Służący się uśmiechnął, lekko ruszając ramionami.

- Godność pańska?...

- Repeszko Nikodem, sąsiad jegomości ze Studziennicy, z uszanowaniem, a trochę w interesie.

- Hm! hm! - rzekł stary kręcąc głową, i dobył grubego srebrnego zegarka, który miał u pasa za kontuszem, popatrzał nań uważnie, a potem znów namyślać się począł.

- Godzina jedenasta - rzekł - dochodzi za minut kilka. Nie wiem! nie wiem! Wszakże pójdę, oznajmię i zapytam, a waszmość pan raczy się tymczasem w sali zatrzymać i spocząć. To mówiąc, drzwi mu otworzył do obszernej komnaty, pustej, cichej, ale bardzo wspaniałej.

Była ona cała w drewniane okładziny biało ze złotem lakierowane przybrana, nade drzwiami tylko malowaniami staremi przyozdobiona. Na jednem z nich wchodząc dostrzegł pan Nikodem godła znikomości ludzkiej z napisami: Mors ultima linea rerum. W ścianach, naprzeciwko dwóch wielkich weneckich zwierciadeł, dwa były szczególne wizerunki, równie jak owe nadedrzwiami nie wesołe. Wystawiały one mężczyznę w zbroi, leżącego na katafalku ostawionym świecami, z godłem w górze: Credo videre bona in terra viventium - i kobietę również w trumnie spoczywającą, z krzyżykiem w ręku, a po nad nią na wstędze: Miserere mei Deus, secundum magnam misericordiam Tuam.

W pośrodku pomiędzy dwoma tymi portretami grobowemi, któreby przyzwoiciej w katakumbach, niż w salonie zawieszone być mogły, w ramach czarnych był obraz wystawiający młodą panią lub pannę, w czarnych szatach, z różą w ręku. Twarz jej nadzwyczajnej piękności, artysta z wielkim odwzorował talentem, możnaby rzec, z rozmiłowaniem się w niej. Świeżość kolorytu i wykończenie, zdradzały niepospolitego malarza ze szkoły Rubensów i Van Dycków.

Portret ten i pięknością swoją i jedną nadzwyczajnością zwracał uwagę i pociągał oczy. Na pięknej białej szyi dziewiczej, dokoła biegł pas czerwony, wąski, jakby krwią zarysowany, który głowę odcinał... Nie była to ozdoba żadna, rząd paciorek, ani naszyjnik, ale jakby ślad miecza... Twarz ta poważna, wypogodzona, acz smutna i dumna, nabierała uroku tajemniczości od tego dziwnego znamienia, którego pan Repeszko wytłumaczyć sobie nie umiał.

Stał jeszcze przerażony i zadumany przed tym dziwnym obrazem, gdy stary sługa za rękaw go pociągnął i rzekł cichym głosem:

- Jaśnie pan prosi... czeka...

P. Nikodem ruszył się żywo, ale stąpanie prowadzącego staruszka, przywykłego do powolnego, uważnego, cichego chodu po tych milczących, opustoszałych komnatach zmusiło go do zwolnienia kroku... Coś w tym zamku zaklętym, majestatycznie uśpionym, skłaniało do ciszy i poszanowania miejsca jak w kościele. Trzeba było iść ostrożnie, nie czyniąc wrzawy, do której ściany te nie były przywykłe.

Po tej sali zagadkowych wizerunków, nastąpiła druga z okrągłą kopułą w środku, przez którą wpadało trochę światła we wnętrze; okiennice jej wewnętrzne były poprzymykane i półcień zalegał całą. Dokoła nad sofami rzędem opasywały ją portrety wielkie całych postaci, naprzemian niewiast i rycerzy. Niektóre twarze blade, pozawijane chusty białemi, występowały tylko z mrocznych cieniów... gdzieniegdzie zarysował się owal młodszego męzkiego oblicza, lub czarno patrzyły oczy z posępnej czaszki zarosłego starca w zbroi. Ten milczący szereg umarłych napełniał postrachem, jakby ze zwierciadeł migały istotnie widma i cienie upiorów jakichś, na sąd surowy wywołane. W pośrodku stojący stół, okryty ciemnem suknem, na którem bielał dzwonek srebrny, nadawał sali pozór izby sądowej. Chciał się przez ciekawość wstrzymać tu p. Repeszko, ale droga wysłana dywanem przechodziła przez salę na wskróś i wiodła do innej, świetlejszej i nieco weselszej. Ta była długą niby zbrojownią, pełną misternie powiązanych i poukładanych orężów i zbroi, dziś już nieużywanych, które rozmaitością i bogactwem zastanawiały... Były tam niewidzianej piękności puklerze i tarcze z godłami rodziny, kołczany szyte złotem, buńczuki, chorągwie, buzdygany, buławy, szable najrozmaitszych kształtów; lecz co najbardziej zastanawiało, to całkowite cztery zbroje, szmelcowane, złocone, prawdziwe dzieła sztuki, wyobrażające jakby czterech rycerzy w zamkniętych hełmach, stojących po czterech rogach na straży... Każdy z nich trzymał w ręku kopją z proporczykiem, na którym szyte były herby, a ręką drugą wspierał się na tarczy... Pan Repeszko z przerażeniem ujrzał, że u tych drzwi, do których się zbliżali, stojący rycerz miał przyłbicę podniesioną, a z niej nie czarna głębia wyglądała, ale głowa trupia całkowita, szydersko śmiejąca się zębami białemi i jakby urągająca z życia... Na proporczyku jej czarnym i białym stały wyszyte wyrazy:

Mors vita i Vita mors.

Nie dał mu się i tu zatrzymać przewodnik, wiodący go zwolna, ale nieubłaganie dalej. Weszli do mniejszej komnaty, w której stał klęcznik z krucyfiksem, obłożony książkami oprawnemi w jaszczur i pergamin. Po nad nim wisiał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej a w lewo cała ściana od góry do dołu wysłaną była mniejszemi wizerunkami rodziny, pośród których wypisano na wstędze:

Requiescant in pace...

Rzuciwszy zaledwie okiem na te rzędy głów, Repeszko dojrzał wypadkiem znaną już sobie głowę dziewicy, z czerwoną krwawą przepaską na szyi...

Z tego oratoryum drzwi już wprost wiodły do pokoju pana Spytka, i tu sługa, otwarłszy je, wskazał tylko p. Nikodemowi drogę, a sam się cofnął.

Wszystko to co w ciągu powolnej po zamku przechadzki widział Repeszko, dziwnie go jakoś usposobiło; czuł się w duszy onieśmielonym i trwożnym... nawet dopiekająca ciekawość znacznie ostygła.

Pokój wszakże do którego wchodził, właśnie może na największą zasługiwał uwagę. Był on narożnym i niezupełnie regularnego kształtu, prawie tak obszernym jak sale zamkowe, a pełnym najosobliwszego sprzętu i pamiątek. W jednym jego rogu uderzał obraz patrona, przed którym zawieszona na sposób wschodni i włoski paliła się lampa, - tuż niedaleko ogromny stół zarzucony był cały stosem papierów, pościąganych w fascykuły, przywilejów z przywieszonemi pieczęciami na sznurach i ksiąg policzbowanych starannie. Z pośrodka tych stosów wyglądał czarny hebanowy krucyfiks z Chrystusem z kości słoniowej.

Przed oknem w ozdobnych wazonach ułożony był cały kląb zieleni z najrzadszych i najpiękniejszych roślin, śród których przemagały różne rozkwitłe i przekwitające. Liśćmi ich wonnemi usypana była posadzka. Ogromny komin marmurowy, biały, rzeźbiony, część znaczną drugiej ściany zajmował.

We wgłębieniu naprzeciw, nawpół osłonionem firankami adamaszkowemi, widać było skromne małe łóżeczko, jakby obozowe, pokryte skórą, z niedźwiedziem u nóg, z obrazem w głowach, z szablą u boku przewieszoną...

W pośrodku tej komnaty, której ścian reszta obitą była tureckiemi makatami przerabianemi złocisto, stał, czekając na powitanie gościa, gospodarz...

Repeszko, jakkolwiek zwykle odważny, lubo z zasady pokorny i słodki, chociaż dwa razy był w Mielsztyńcach (ale go naówczas na dole przyjmowano), choć już pana Spytka widział i mówił z nim, dzisiaj przeszedłszy wspaniałe sale zamkowe, napatrzywszy się tych dziwów grobowego jakiegoś oblicza - prawie w ustach języka zapomniał, uniżeńszym się stał jeszcze i zamiast powitania, gospodarzowi się tylko, more antiquo, czapką do kolan skłonił.

Nie była to rzecz tak prosta i łatwa dla Repeszki jakby się zdawało, p. Nikodem był prawie olbrzymiej statury, a gospodarz, potomek owej rodziny znakomitej, ledwie nie karła miał postać. Człowiek był już dobrze niemłody, nader kształtny, zdrów i silny, chociaż blady na twarzy, ale nie wiele więcej nad pas pana Repeszki wyrósł... Nie przeszkadzało mu to być pięknym; nic ułomnego w sobie nie miał, dziwnie jednak drobnym wyglądał, mimo butów na korkach wysokich, podniesionej w górę głowy i wyprostowania. Twarz jego, bardzo pięknych i szlachetnych rysów, wielce przypominająca wizerunki po salach rozproszone, nosiła na sobie piętno spokojnego smutku; w oczach była jakby świeżo obudzona ciekawość i niecierpliwość. Postawę miał rycerską, ruchy pańskie, zdawał się stworzony na olbrzyma... a skazany jakąś wolą Bożą na skarlenie. Mimowoli pan Repeszko przy tym maleńkim człowieku, któregoby bez wysiłku mógł był podnieść w jednej ręce, czuł się nieśmiałym, upokorzonym i gburem, jeśli się tak wyrazić można, tyle było w tamtym majestatu i wielkiego wyrazu jakiejś siły...

Pan Spytek, mimo małości swej, był krzepki, urody pięknej bardzo, a tak zbudowany, iż ręka, noga, oblicze, gdyby posąg stary, zwracały na siebie oczy. Ubranym też był, choć to w dzień powszedni, bardzo wytwornie.

- Szanownego sąsiada - odezwał się pan Spytek - bardzo mi widzieć miło. Zdaje mi się, iż podobno była wzmianka o jakimś interesie...

- Tak jest, tak jest, jaśnie wielmożny panie, odparł Repeszko, powtarzając ukłon pokorny. Wiedząc, jak miłe są cisza i spokój j. w. panu, nigdym się nie ośmielił zakłócać ich... ale malenieczka kwestyjka graniczna. Chcę ją podać pod sąd i wyrok pana dobrodzieja...

- Graniczna kwestya? - spytał gospodarz - ale szanowny sąsiedzie, to mnie nadzwyczaj dziwi. Od lat przeszło stu pokończyliśmy wszelkie możliwe wątpliwości graniczne, okupując święty spokój setnemi ofiarami... Zkądby się to wzięło?

- Ja nie wiem - odezwał się Repeszko - ale nowy przybysz, szanując święte prawa własności, nie pragnąc nigdy cudzego, a usiłując uniknąć wszelkiej zwady, starałem się upewnić w moim ubogim kawałeczku ziemi. Otóż przy świeżem zatykaniu łąk, gdzie Mielsztyńce od Studziennicy odgranicza strumyczek... zamiast stałej granicy, odkryła się używalność... Strumień płynie każdego roku inaczej... ztąd niepewność... Gdyby była mapa, tobym pokazał.

- O wieleż to iść może? - przerwał pan Spytek - jakaż to tam różnica?

- Na całej przestrzeni - odparł pokornie Repeszko, to tam może jakich parę morżków łączki j. w. panie, i to często gęsto piaskiem a mułem naniesionej. Bóg widzi, że chciwy nie jestem, a czego mi tam Opatrzność łaską swą dorobić się dała, to pragnę zachować tylko, boć to krwawica, całego życia owoc!...

- Szanowny panie sąsiedzie, - rzekł Spytek - ja wcale sędzią w tej sprawie być nie mogę, przechodzi to moję kompetencyę... Najprzód, któż sądzi własną rzecz... powtóre mało znam granice; po trzecie jest tu ad hoc mój godny plenipotent, alterego, pan Dzięgielewski. Znasz go pan pewnie; co on zadecyduje, przyjmę i podpiszę. Jeśli trzeba bym mu polecił jak największą w postępowaniu wyrozumiałość, tego może być pan pewnym, chociaż ogólna instrukcya dawna opiewa, że w tego rodzaju sporach ma raczej ustąpić, niż mnie na proces narazić. Jeśli się panu sąsiadowi zda wybrać arbitrów, przystaje na nich z góry.

Repeszce wszakże ani o łąkę, ani o granicę, ani o formę, jaką kwestya rozwiązaną być miała nie tyle szło pono, co zręczne wciśnienie się do Mielsztyniec i narzucenie panu Spytkowi: więc lubo rzecz zdawała się załatwioną w zasadzie, nie okazał się zadowolonym... Chodziło o przedłużenie bytności w zamku.

- Stanie się woli pańskiej zadosyć, - rzekł powoli, z pewnym wyrazem smutku. - Ja przecie, przyznam się, pochlebiam sobie, iż wyjątkowo tę sprawę załatwisz jw. pan sam, abym niepotrzebnej formalności uniknął. Przybyłem z gotowością wszelką zastosowania się do rozkazów.

- Ale ja wcale nie znam ani położenia, ani sprawy, - rzekł posępnie pan Spytek. Dzięgielewski, człowiek zacny, każdy kątek zna...

- Więc gdybyś jw. pan raczył tylko go tu kazać prosić, w dwóch słowach byśmy skończyli.

Gospodarz widocznie był zakłopotany.

- Prawdziwie, odparł, nie wiem czy Dzięgielewski jest w domu, bardzo wątpię. A co do mnie... ja dziś właśnie jestem tak zajęty... wyjątkowo zajęty...

Zdawał się nasłuchiwać niespokojnie, ale cisza panowała w podwórzu zamkowem. Repeszko stał się ciekawszym jeszcze, postrzegłszy, że jest do czegoś zawadą, domyślał się jakiegoś wypadku, chciał wynaleść sposób przedłużenia rozmowy, nie okazując się natrętnym.

- Możebyśmy zresztą jaki dzień inny naznaczyli, a ja bym panu Dzięgielewskiemu dał znać, gdyż dziś... to mówiąc, gospodarz drgnął, a od okna dało się słyszeć hałaśliwe psów szczekanie i trąbka myśliwska...

Pan Spytek pobiegł do okna, wyjrzał, twarz blada okryła mu się rumieńcem i bardzo żywo począł do Repeszki.

- Więc tak... na środę, piątek, kiedy się podoba, proszę do Dzięgielewskiego, ja mu dam właściwą jeszcze instrukcyą, aby był jak najwyrozumialszym... Oznaczycie granicę...

Szczekanie psów i tentent kilku koni coraz wyraźniej słychać było pod oknami, Spytek się skłonił Repeszce i poprowadził go do drzwi, ale pokorny szlachcic nie dał się zbyć tak prędko.

- Pozostaje mi, rzekł z ukłonem niskim, przeprosić jak najpokorniej jw. pana, iż ośmieliłem się zakłócić moją bytnością...

- Ale to nie... owszem, mówił żywo gospodarz, w którego twarzy coraz gorętszy malował się niepokój.

- Proszę wierzyć, dodał Repeszko, już prawie stojąc w progu, iż to nie żadna chciwość występna, od której Bóg mnie strzeże, ani chęć korzystania z powolności jw. Pana, tylko pragnienie utrzymania sąsiedzkiego spokoju, tak drogiego dla człowieka, zwłaszcza dla mnie, nie znanego jeszcze w okolicy i potrzebującego sobie zaskarbić względy...

W miarę jak przeciągał mowę, oczy maleńkiego człowieka, zniecierpliwionego już do najwyższego stopnia, nabrały tak złowrogiego jakiegoś blasku, postawa takiej grozy, usta tak nakazującego wyrazu... iż p. Nikodem, straciwszy wątek mowy, przelękły, ująwszy czapkę pod pachę, wynosił się, nawet ciekawości zapomniawszy. Gdy spocony, drzwi za sobą zamknąwszy, podniósł głowę w progu, oczy jego padły na hełm rycerza stojącego tu na straży, z pod którego trupiej czaszki patrzyły dwa próżne doły czarne... Z tych otworów zdawało mu się, że nań spojrzała śmierć, uśmiechając się szydersko.

O trzy kroki czekał stary sługa, z zegarkiem w ręku. Repeszko już się zabierał iść, gdy w salach usłyszał wrzawę i głosy, chód kilku osób. Ciekawość wróciła; przytulił się do ściany, niby dla przepuszczenia przybywających, choć go przewodnik za rękaw pociągnął, i był świadkiem dziwnego śród grobowego tego zamku zjawiska.

Przodem szła słusznego wzrostu, średniego wieku kobieta, bardzo pięknych jeszcze rysów twarzy, w ubiorze amazonki, w kapeluszu z piórami na głowie i biczykiem w srebro oprawionym w ręku. Ogon aksamitnej, ciemno zielonej sukni niosła na ręku. Wyglądała jak królowa, a z powiek nieco przyciemnionych, osobliwszej barwy, jakby od płaczu poczerniałych, strzelały oczy jej czarne, ogniste, straszne płomieniami, które w nich gorzały. Lice jej nieco opalone świeżem było i jeszcze ani jedną nie napiętnowane marszczką. Czoło miała wysokie, bielsze nieco od reszty twarzy, pogodne ale smutne. Stworzoną się zdawała do rozkazywania i musiała wiedzieć o tem... Kibić jej, choć mogła mieć mniej więcej nad lat trzydzieście, łudziła kształtami dziewiczemi młodości w pełni rozkwitłej. Repeszko, nie wiedząc, kto była, łatwo się w niej domyślił pani domu, ona, postrzegłszy tę nieznaną sobie postać schyloną pokornie, wyprostowała się jeszcze bardziej, zmarszczyła brwi, zacięła wargi i ledwie odpowiedziawszy skinieniem głowy, minęła go szybko, kierując się ku drzwiom gabinetu...

Nie była samą; szedł za nią chłopak, mogący mieć lat piętnaście, nadzwyczajnej piękności, ale tak małego wzrostu jak pan Spytek i bardzo do niego podobny, wytwornie ubrany, wesół, śmiejący się, a za nim, w sukni duchownej, widocznie cudzoziemiec jakiś, wyfryzowany, w trzewiczkach i pończochach, z książką w czerwony safian oprawną pod pachą.

Był to Eugeniusz Spytek, jedyny syn państwa Mielsztyńskich, i przewodniczący jego wychowaniu l'abbé de Bury, słynny z przyjemnej uczoności, dowcipu, a później z wydanych dzieł kilku i ogromnie rozległych stosunków w rzeczypospolitej literackiej z najsłynniejszymi jej koryfeuszami. Ta niewyczerpana studnia mądrości, mimo głębiny swej, wyglądała jak kryształowa karafka szlifowana, niezmiernie wytwornie i błyszcząco. Pan Repeszko nie był pewien, ale posądzał, iż woń przyjemna, niby więdnących fijołków, która się rozeszła w chwili, gdy ksiądz de Bury go mijał, z jego peruki i mankietów wychodzić musiała.

Dodajmy, że blady brunecik, przyjemnie uśmiechnięty, był wcale ładnym mężczyzną, tylko na suknię duchowną, którą obyczajem wieku dla przyzwoitości nosił, nadto jakoś elegancko i kwiecisto wyglądał.

Wszystkie te trzy postacie mignęły tylko, przesuwając się przed ciekawemi oczyma pana Repeszki, drzwi się gabinetu otwarły i okrzyk radości dał słyszeć. Pierwszy wbiegł niemi ów śliczny chłopaczek. Za nim weszła matka, l'abbé de Bury na końcu i podwoje nielitościwie się zatrzasnęły, a Repeszko rad nie rad musiał za swym przewodnikiem z zamku się wynosić.

Nie spodziewał się wcale, żeby go się tak prędko pozbyto i szedł kwaśny, ze spuszczoną głową, ale szedł zwolna i nic w powrocie bacznej jego uwadze nie uszło. Zamek przed chwilą tak cichy, trochę się zaludnił; postrzegł pan Repeszko kilku strzelców w zielonych kurtkach, z kordelasami u boku, którzy psy odprowadzali, kilku mastalerzy i kilka koni, wąsatego łowczego porządkującego dwór swój, a dalej dwa powozy, z których jeden obładowany, świeżo jakby z dalekiej powracające podróży. Tego myśliwstwa w połączeniu z ekwipażami nie mógł dobrze zrozumieć p. Nikodem, ale ze stroju amazonki miarkował, że pani Spytkowa wracała z polowania, a syn i l'abbé de Bury musieli świeżo z odległej jakiejś przybyć wycieczki. Wszystko to dosyć mu się dziwnie wydawało: ten zamek jakby zaklęty, z gospodarzem karłem, ta pani tak wspaniała i piękna, która uganiała się po lasach za zwierzyną, gdy mąż śród róż więdnących siedział w papierach i książkach, i ten chłopczyk śliczny, malutki, o którym w sąsiedztwie jakoś nawet słychać nie było...

Całe to życie wyglądało na zagadkę, a Repeszko szczególniej był łakomy na tajemnice... Ale się go tak pozbyto, odsyłając do Dzięgielewskiego, że nie było sposobu na nowo się do zamku wcisnąć, a pytać ludzi i nie śmiał, i wiedział, że się na nic nie przyda. Popatrzywszy więc tylko na dwór ów, na konie, psy i powozy z daleka, smutny, bo zawiedziony, poszedł Repeszko do swojej bryczki stojącej za bramą.

Ruch niezwyczajny w zamku potwierdził domysł jego, że syn domu, młody Eugeniusz, musiał z dalekiej podróży powracać. Na twarzach przechodzących sług widać było wesołość, wszyscy z pospiechem znać dążyli, aby młodego pana powitać.

- Trudno! rzekł w duchu Repeszko, potrząsając głową; narzucać się im nie przystało mi, a nie łatwi są dla obcych... ale z czasem... z czasem... niepodobna, żebym się ja tu nie wśrubował...

W tych myślach wyjechał za bramę, a że kawał dobry miał do Studzienicy, na sobie zaś najlepsze ubranie, pomyślał więc o tem, gdzieby przywdziać kitel swój codzienny, w którym około gospodarstwa chodził. W miasteczku tego czynić nie chciał, bo trzeba było zajechać do gospody, i za postojne, choć krótkie, zapłacić, lub dać coś utargować. Przypomniał sobie, że na drodze do domu miał właśnie karczemkę w lesie, do Mielsztyniec należącą, w której najprzyzwoiciej będzie pomyśleć o przebraniu. Nakazał więc woźnicy aby przed nią stanął, a sam nad niepowodzeniem swej wyprawy się zadumał.

Karczemka owa, zwana wygódką, stała pośród starych dębów i sosen, nad samą drożyną, woźnica rad był w niej także dać koniom wytchnąć, sądząc że może pan przypomni sobie dać mu kieliszek wódki. Konięta same się zatrzymały przed wrotami; wysiadł pan Nikodem, wynosząc zawiniątko swoje, siadł w cieniu drzew i zrzucał powoli zbyt kosztowne na pył i skwar ubranie.

Tylko co się był rozebrał, gdy podniósłszy głowę, postrzegł przed sobą stojącego ogromnego mężczyznę nieznajomego, który mu się z ciekawością ale drwiąco przypatrywał. Figura to była jakaś zakazana, ni pan, ni szlachcic, ni sługa, ni dworak, buta ogromna, wąsiska łokciowe, drab wielkiego wzrostu, kurta wyszarzana z węgierska, skórnie do kolan, pas juchtowy, a na sforze przy nim para chartów kosmatych wołoskich, chudych i rosłych jak on.

Wziął go zrazu Repeszko za łowczego jakiegoś pana, ale powtórnie spojrzawszy, przekonał się z twarzy, iż niczyim sługą być nie mógł. Z oczów mu strasznie dumą i zuchwalstwem patrzało. Nie młody, nie stary, niegdyś bardzo piękny, rysów twarzy wyrazistych i kształtnych, ów łowiec zdawał się zabawiać zapobiegliwym strojem pana Repeszki, patrzył nań wyzywająco i impertynencko. Znać się był wódki napił i chlebem a serem zakąsywał... Minę miał okrutnie szyderską, jakby sobie z całego żartował świata. Mimo to, widać nie było po nim dostatku; suknie mocno przechodzone, były nieco oczyszczone, pas stary, czapka stara. Psy nawet nie były znać utrzymane w zbyt dobrem ścierwie, wyglądały kościsto i smutnie, a drapieżnie.

Cierpiał zrazu Repeszko, że mu się ten drab tak przypatrywał, ale widząc że to temu końca nie będzie, odezwał się naostatek kwaśno:

- No, cóż tam ciekawego, żeby też pół kwandransu tak stać?...

- Hę! odparł nieznajomy, a cóż to cię zjem oczyma, szlachcicu kochany? Nie obawiaj się. Dopełniasz chwalebnego czynu oszczędności, znać wiesz co grosz wart; cieszę się więc, żeś człowiek taki porządny i... admiruję...

Repeszko tylko ramionami zżymnął i splunął.

- A zkąd Pan Bóg prowadzi? - spytał myśliwiec.

- Jam przecież tutejszy... raczejby mnie wypadło zapytać co waszmość za jeden?...

- Otóż i ja tutejszy, sąsiedzie szanowny, rzekł zajadając i stojąc ciągle nieznajomy. Teraz się już domyślam, że jesteś ów Repeszko czy Drapeszko, który z daleka tu zawędrował.

Powiedział to jakoś w tak obrażający sposób, że p. Nikodem się jeszcze bardziej pogniewał.

- A któż waćpan jesteś, jeżeli się zapytać wolno? - rzekł chmurny.

- Ja? ciekawyś - zawołał zagadniony. - Jakto? czyżbyś nie słyszał o mnie, a słysząc nie domyślił z kim się spotkałeś?

- Ani wiem, ani znam, ani się domyślam, - rzekł p. Nikodem.

- Nikt ci nie wspomniał o Iwonie? hę? o Iwonie Życkim, zwanym pospolicie kasztelanicem?

Repeszko dopiero sobie przypomniał, iż o nim w istocie słyszał, ale skóra na nim ścierpła... Mówiono dziwnie o kasztelanicu, obawiano się go w sąsiedztwie jak ognia, głoszono za awanturnika chętnie szukającego zwady i nie przebaczającego nikomu. Wszystko co o Iwonie gadano, przyszło mu na myśl i Repeszko nagle spokorniał, zdjął czapkę, skłonił się i uśmiechnął.

- Daruje pan kasztelanic, rzekł cicho, nie miałem dotąd szczęścia, cieszę się bardzo, iż choć tu zaszczycam się...

Iwo się śmiał.

- No, no, nie pleć koszałek, opałek! zawołał, szczęście, zaszczyt! Nie wielkie to szczęście spotkać się ze mną... a zaszczyt też nie osobliwy... Ale kiedyśmy się zetknęli, to cię spytam... czyś jest myśliwym?

- Ja, osobiście... nie... odparł Repeszko.

- To dobrze, odparł Iwo, - boć oznajmiam, że w twoich lasach i na polach twoich polować będę.

Szlachcic zamilkł posępnie.

- Ponieważ myśliwym nie jesteś, to ci szkody nie zrobię.

- A zwierzyna? spytał z cicha Repeszko.

- Zwierzynę będę jadł, odparł Iwo, i waści jej dawać nie myślę, raz, że na nią będę pracował, powtóre, że ty, słyszę, mięsa nie używasz i w tygodniu sześć dni jadasz z postem, a siódmego z suchotami.

- Wolno mi przecież uczynić uwagę, że kto nabywa majątek, ten ma w nim i własność zwierzyny. Słusznaby więc była...

- Kręcicielu stary, rozśmiał się Iwo. Miły ci spokój, to mi się nie sprzeciwiaj. Popytaj ludzi.

- Ale ja nie odmawiam bynajmniej miłemu i kochanemu sąsiadowi tej maleńkiej przysłużki, zawołał Repeszko, spojrzawszy z ukosa na bat pleciony, którym Iwo poklaskiwał niby od niechcenia: Spuszczam się na jego wspaniałomyślność, iż kiedy niekiedy kapnie mi co do kuchni... co się zaś tyczy skóreczek... gdyby Pan Bóg dał lisa, wilczka lub inne stworzenie... na te ja stawiam żelaza i zwykłem je sprzedawać...

- Ani mi się tego czynić waż! - odparł Iwo... - przestrzegam cię kochanie, polowanie w twoich lasach biorę w arendę.

- W kwocie? - spytał Repeszko żywo.

- A, skąpczysko stare! - przerwał Życki, jeszczebyś z tego chciał coś wyssać. Nie darmo nam cię tu tak odmalowano jako liczykrupę.

- Mnie! Chryste Jezu miłosierny! - krzyknął Repeszko, otóż to języki ludzkie i złośliwość! Miły Boże! Mnie, który przez całe życie poświęcam się dla ludzi, odejmując od ust sobie.

Iwo zaczął się śmiać.

- Paradny! - rzekł - ale wracajmy do arendy. Otóż umowa taka: będę polował, zabijał, plądrował, ale za to dopilnuję ci lasów i pierwszego złodzieja, którego w lesie spotkam, powieszę na dębie.

- Jezu miły! a zlituj że się! Nuż z tego proces wyniknie.

- Masz słuszność, dam mu sto batów, już mniej być nie może. Jak się ludzie dowiedzą, że ja ci lasu pilnuję, gałązka ci nie przepadnie.

- Zbytek łaski, - zawołał Repeszko, ośmielając się i chcąc rozmowę zakończyć, bo zawiniątko było gotowe, konie wypoczęte, a dłuższa rozmowa z panem kasztelanicem mogła być niebezpieczna, - zbytek łaski! Ale mnie pora do chaty.

- Czegóż ci tak pilno? żony i dzieci nie masz, kuferek dobrze zamknięty... pogawędzimy, winieneś mi odwiedziny, hę? zapraszam cię do siebie na wieczerzę.

Repeszko się zląkł, ale pomyślał, że to żarty, bo wiadomo było, że biedny, zrujnowany kasztelanic nikogo nie zapraszał i nie przyjmował.

- To istotnie zbytek łaski - rzekł - i... i... mógłbym zrobić ambaras.

- Żadnego - odparł Iwo - ja nikogo takiego nie proszę, coby mi z sobą kłopot przyniósł. Chudopachołek teraz, nie mam czem przyjmować, ale waść nie jesteś wymagający... czem chata bogata. Musisz jechać! Konia mego poprowadzi człowiek luzem, a ja z waszecią na bryczkę. Mała milka drogi, na prawo w gąszcze. Za godzinę będziemy.

To mówiąc, swisnął kasztelanic, psy oddał słudze staremu, który nadbiegł kulejąc, a sam, nim Repeszko się zebrał na podziękowanie i wymówki, siedział na bryczce i ręką wskazywał mu, aby się obok usadowił.

Z zawiniątkiem pod pachą rad nie rad pan Nikodem wdrapał się na bryczkę swoję, wzdychając. Przeczucia miał niepokojące, ale wymówić się sposobu nie było. Iwo popchnął woźnicę z kozła, odebrał mu lice i batóg i zawołał na konie po swojemu.

- Ja cię powiozę, zobaczysz tatuniu! koni swoich nie poznasz, tak pójdą w moich rękach. Hej! ha!

W istocie bryczka potoczyła się po wąwozistej drodze i wybojach, tak, że Repeszko ledwie się w niej mógł utrzymać, poleciwszy Bogu dusze...

Konie leciały cwałem, Iwo śmiejąc się poganiał.

Postrzegł się po czasie pan Repeszko, że padł cale niespodzianie w szpony człowieka, od którego wszyscy jak od ognia uciekali, a stało się to nie wiedzieć jak, i pochwycił go bezbronnym. Nie miał innego ratunku, tylko wedle zwyczaju swego w trudnych razach, odmówić "pod Twoją obronę" i dziewięć "Zdrowaś Marya," z krótką modlitwą do św. Antoniego. W istocie wieści, jakie po okolicy krążyły o kasztelanicu, nie nęciły do jego znajomości. Mało o nim wiedziano, oprócz że z możnej pochodził rodziny, że długo za granicą w Hiszpanii, we Włoszech, we Francyi przebywał, majątek do szczętu utracił i podobno w skutek jakiejś nieszczęśliwej miłości dostał jakby lekkiego pomięszania, a raczej chronicznej rozpaczy, która w najdziwaczniejsze przybierała się formy. Zapamiętały myśliwiec, spędzał dnie zimą i latem na koniu w polach i lasach samotny, a gdy mu się kto ważył sprzeciwić lub wleźć w drogę, mścił się nielitościwie. Chwilami był to człowiek najlepszego towarzystwa i wychowania, grzeczny, wykształcony, dowcipny... napadami gbur, szyderca, okrutnik. Ludzie, jak go najdalej zobaczyli, kryli się i uciekali przed nim.

Iwo Jaksa Gryf Życki, kasztelanic p......, gdyż tak się zwał, po kądzieli odziedziczył w Lubelskiem dobra Rabsztyńce, niegdyś Firlejowskie; te ojciec jego zadłużył, a on całkowicie stracił. Gdy mu je zatradowano, nie opierał się, ale zapowiedział wierzycielom, że bądź co bądź w Rabsztyńcach zamek, ogród i obejście dworskie zostawi i tych zabierać nie dopuści.

- Jest to moje gniazdo rodzinne. Zwierzęta nawet mają nory; ja też muszę mieć legowisko i Rabsztyniec nie dam, a zechcecie najeżdżać, będę się bronił, i nie oszczędzę nikogo.

Skutkiem tej groźby, został zamek przy panu Jaksie, a dziedzic Rabsztyniec musiał się pobudować na nowo, opodal nieco.

Oprócz sporego kawałka gruntu, ogrodów, stawu, dziedzińca i góry, na której niegdyś stało zamczysko, nie wiele na tem wierzyciele stracili. Właściwie powiedziawszy, zamek nie istniał; został on zburzony przez Szwedów jeszcze za Karola Gustawa. Było muru trochę, jedno skrzydło budowy, rozwalona brama i pusta kaplica... W dole drewniany dom folwarczny.

Nie wiedzieć dla czego ta ruina, przypominająca feudalne burgi niemieckie, tak była drogą Życkiemu; to, pewna, że prócz niego, niktby w niej nie mieszkał. Za jego pobytu na Rabsztynie, pod najsroższą odpowiedzialnością nie wolno było jednej rózgi wyciąć na całej przestrzeni do dworu należącej. Skutkiem tego zarosło wszędzie gąszczami, drzewa się porozpościerały, chwasty, ziele i krzaki, tak, że pośród nich ledwie wązkiemi ścieżynkami przedrzeć się było podobna. Na murach nawet, śród budowli, puszczały drzewka, wisiały gałęzie, bujały polne kwiaty.

Przez rozwaloną bramę na wałach, otoczoną lipami, wchodziło się do środka, ale od niej nic widać nie było jeszcze. Po nad wierzchy lip i klonów jedna tylko baszta szczerbata, z powybijanemi dziurami, sterczała wyżej nieco. Ze starego zamczyska Szwed i ogień zostawili tylko jednego skrzydła część niewielką. Była ona znać wzniesioną za ostatnich Jagiellonów, gdy u nas budownictwo na sposób włoski kwitło; to też ozdobne odrzwia, z kamienia i marmurów, posadzki z wielkich tafli i płyt różnobarwnych, rzeźby i napisy dotąd ją okrywały.

Ale to wszystko w najopłakańszym było stanie: dach, niegdyś blachą kryty, później gontami, teraz połatany był słomą, a w znacznej części żebra poczerniałych krokiew i łat z niego wyglądały. Wiele drzwi brakło, inne się nie zamykały... Do tej wilczej jamy, jak ją nazywano powszechnie, nikt prawie nie zaglądał, kasztelanic żył w niej sam, z Zacharyaszem kulawym, dawnym i wiernym sługą. Na folwarku była gospodyni, dwóch chłopaków do koni i psów, w stajni trzy chude szkapy i dwa wyszarzane siodła.

Charty i brytan tak dobrze strzegły zagajonego dziedzińca, że się w nim i żebrak nawet pokazać nie śmiał. Osobliwością to było zaprawdę, że w chwili dobrego humoru i dzikiej fantazyi zaprosił do siebie Repeszkę; rzecz tak się dziwną p. Nikodemowi zdawała, że podejrzywał Iwona o jakieś nieczyste zamiary, szczególnie obawiając się o worek. Ale z drugiej strony, co do spraw pieniężnych, wiadomo było całemu światu, że Iwo nigdy nikogo na szeląg nie pokrzywdził i prawdziwie po szlachecku kończył sprawy tego rodzaju, obcierając poły, byle rąk nie zwalać.

W śmiertelnych potach Repeszko dojechał do Rabsztyniec, które pierwszy raz w życiu oglądał; bryczka i konie musiały z chłopakiem pozostać w bramie, gdyż dalej drogi do zajazdu nie było, tylko ścieżka, którą ledwie konny człowiek mógł przejechać.

Zlazłszy z wozu, Jaksa rzucił lice i odprostował się.

- Niechże go pioruny trzasną, jak ta drynda trzęsie - zawołał. - Jak wy możecie tem jeździć? Nie wolelibyście na dobrej szkapie, niż w tym półkoszu, w którym zęby sobie powybijać można.

Repeszko postanowiwszy być grzecznym uśmiechnął się tylko.

- Na co kogo stało! - zawołał - kasztelanicu dobrodzieju. Człeczek jestem ubogi, dorobiłem się w pocie czoła grosika, pamiętani na to, z czego wyszedłem...

- Tak, tak, pulvis sum et in pulverem....

- Otóż to jest... - potaknął Repeszko - nie udaję pana.

- Wolisz nim być w istocie! - rozśmiał się Jaksa smętnie, idąc przodem przed gościem. - Ale nie kłam! wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi... Jesteś groszowity, skąpy i liczykrupa. Pal cię licho z tem; co mnie to obchodzi, że się uwędzisz dla spadkobierców, których nie znasz? Rób jak ci lepiej, to do mnie nie należy.

- Zagaduje do worka! to nie bez kozery! - rzekł w duchu Repeszko - tem już coś jest... ale gdyby nawet i bizunami zagroził... ha! stań się wola Twoja... że nie dam, to nie dam.

Drżał w duchu nieborak jednakże.

- Trzebaż mi było z tą głupią ciekawością do Mielsztyniec jechać i na karczemkę powracać, włóczyć się nie wiedząc po co i wpaść w taką matnię.

Szli tymczasem ścieżynką i minąwszy gąszcze, znaleźli się przed ocalonem owem skrzydłem zamkowem, które dziwnie wyglądało, pysznie i odrapano, pańsko i nędznie... Jaksa stanął i świsnął przeraźliwie; nadbiegły brytany i charty, a w chwilę i stary Zacharyasz nadszedł kulejąc. Stali przed głównem wnijściem, nad którego szerokiemi drzwiami herb Firlejów jeszcze był znaczny; gnieździły się w nim wróble. Godzina może była trzecia z południa.

- Zacharyaszu mój - rzekł Jaksa - masz co jeść? bo oto mój gość głodny, a jam go zaprosił i nakarmić choćby przyszło pieczeń z wierzchowca mojego zrobić. Byłaby łykowata nieco, bo stary... Spytaj Barbary, co się tam święci... a prędko.

- Jam się już dowiedział - mruknął Zacharyasz - boć wiedziałem, że gość będzie.

- Ha no, i cóż? - spytał Jaksa.

- Idźcie no na górę... idźcie - mruknął stary sługa - jakoś to będzie, z głodu nie pomrzecie.

- A więc dawać do stołu.

Zacharyasz ramionami ruszył i nic nie odpowiedział, gospodarz wszedł do sieni. Była obszerna, pusta, trochę słomy dla psów w kącie, okna powybijane; wschody z marmurową balustradą, ale połamane i zgniłe, prowadziły na pierwsze piętro. Znowu sień ogromna ze ścianami, na których deszcz zaciekając pokreślił zielone pasy... Drzwi nie szczelne, ale niegdyś białe i złocone, prowadziły do antykamery, w której stały ławy proste, a raczej zydle; na jednym z nich posłanie Zacharyasza, istny barłóg. Dokoła na grzędach trochę odzieży, rogi myśliwskie, strzelby, sieci, skórki i przybory łowieckie.

Tu gospodarz, idący dotąd przodem, puścił gościa przed sobą. Weszli do pokoju, który być musiał jadalnym, bo w nim zajmował miejsce główne stół stary, ciężki. Koło niego ustawione były krzesła o wysokich poręczach. Na ścianach czarne jakieś portrety i potłuczone zwierciadła.

- Nie jest tu bardzo wytwornie - rzekł śmiejąc się Jaksa - ale z biedy żyć można. Drzwi w prawo do mojego pokoju.

Repeszko postępował posłuszny, pocisnął klamkę i znaleźli się w salce obszernej, krągłej, jeszcze nie źle dochowanej.

W jednym kącie, nogami do ogromnego marmurowego komina, który dwie męzkie karyatydy podtrzymywały, stało łoże kasztelanica, pokryte niedźwiedzią skórą. Nad niem broń rozwieszona; w głowach duży obraz, gęstą czarną krepą osłoniony cały, tak, że z za niej ledwie się jakiejś na nim białej twarzy domyślać było można... Zeschła gałąź cyprysu, opylona, siwa, zawieszona była nad tym tajemniczym wizerunkiem.

- Siadaj, mości sąsiedzie. Rzadko tu gość bywa. Prawdę rzekłszy, nie pamiętam czym kogo prosił kiedy; więc i przyjęcie nie wykwintne... No, ale i waszmość też, jak wiem, nie wymagający jesteś.

- Ale paradnie, paradnie - odrzekł ocierając pot z czoła Repeszko - jak Boga kocham to pałace.

- Gdy zjemy, to ci całe moje dziedzictwo sprezentuję - rzeki powoli Jaksa. - Zobaczysz, jest to fundum wcale nieszpetne; możnaby coś zrobić z tego, będąc przy pieniądzach.

- Po co on mi to chce pokazywać? - pytał sam siebie gość - po co? W tem coś jest...

Po chwilce Zacharyasz otworzył drzwi. Weszli do pierwszej izby, gdzie nakryto do stołu.

- Wódkę pijesz? - spytał gospodarz.

Repeszko nie wiedział co odpowiedzieć.

- Bo wódkę mam prostą, śmierdzącą kotłówkę, na inną mnie nie stało, więc jeśli łaska...

- Ale nie koniecznie.

- Jedzenie będzie brzydkie, ale nie ma lepszego, wina ci za to dam, jakiego tu nikt nie ma. Ale wino to zawdzięczam przypadkowi. Lat temu kilka - mówił siadając Jaksa - byłem taki słaby, żem myślał, że mnie już licho weźmie. Najechał tu doktór Niemiec, więcem go się chciał poradzić, aby też wiedzieć, jak długo pociągnę. Ten mi powiada: jedź waszeć do Bardyowa na Węgry, napij się wody, wykąp, a wyzdrowiejesz. Nie bardzom miał o czem jechać, ale jeszcze tam coś się znalazło na sprzedaż dla żydków. Siadłem na koń i ruszyłem na Węgry, do tego Bardyowa. Poznaliśmy się serdecznie z Węgrami, pobratali, nieraz popili, i oto mi jeden magnat, Paloczaj, przysłał na wyzdrowienie zupełne beczkę tokaju. Jeszcze i para wołów co ją przywiozła, karmiła mnie czas jakiś, bom ją sprzedał. Niech mu tam Bóg nagrodzi. Tego tokaju butelkę wysączymy.

Repeszko nadspodziewanie znalazł się przyjętym. Półmiski i talerze były wprawdzie pootłukane, ale porcelanowe; na wazę dano niezły krupnik, potem bigos i zająca pieczonego. Czegoż więcej żądać? Tokaj w ogromnych kieliszkach, czysty jak złoto, smaczny był jak nektar, pachniał po całym pokoju. Po pierwszym kieliszku Jaksie dziko zaświeciły oczy; nie wesele, ale smutek i boleść dobyło z niego wino.

- Ja cię nie znam - rzekł podparłszy się na łokciu Jaksa, po długiej chwili milczenia - ale wiem żeś lichwiarz, spekulant i dusigrosz.

- Kasztelanicu, to potwarze...

- Daj pokój, dosyć na ciebie spojrzeć, masz tu na czole wypisane. Pij wino!

Repeszce tokaj smakował, ale naleganie napełniało go obawą, do czego to zmierzało.

- Pij wino! nie rychło się z podobnem spotkasz... ażebyś zaś strachu daremnego nie miał, powiem ci od razu, pocom cię sprowadził.

Repeszko, który już był kieliszek ujął, postawił go zwolna.

- Słuchaj, życie mi tu obrzydło! - zawołał Jaksa. - Ja ludzi nienawidzę tu, oni mnie nie cierpią. Odłączony, samotny, zabijam się myślami; nie mam czem żyć, bo mi brak celu, nadziei jutra... Chcę pójść gdzieś w świat, daleko... Zostało mi z dawnej zamożności ot to gniazdo, które burza rozbiła; trzymam się w niem długo, myślałem że tu umrę i że trumnę moją wrzucą do pustej kaplicy ostatnią. Ale już mi wyżyć ciężko, muszę to raz skończyć. Nie doczekam, czego czekałem. Sprzedam ci zamek cały, jak go widzisz, dwór, ogród grunta... Kupuj!...

Repeszko, słuchając usta otworzył. Propozycya była tak w swoim rodzaju dziwna, niespodziewana, osobliwsza, iż z razu nie umiał na nią wcale odpowiedzieć.

Upłynęła długa chwila milczenia.

- Ale szanowny kasztelanicu - odezwał się rozważywszy nieco, o co szło, pan Repeszko - chciej z łaski swej, nie obrażając się, pomiarkować, na co się mnie to zdało?

- Jakto? zamek taki przepyszny?...

- Ale choćby w istocie najwspanialszy, cóż ja z nim robić będę? Od Studzienicy ogromny kawał... ni przypiął, ni przyłatał. Toż naturalnym nabywcą powinien być albo dziedzic teraźniejszy Rabsztyniec...

Jaksa ramionami ruszył i splunął.

- No... albo Spytkowie, którymby to fundum mogło z biedy do Mielsztyniec...

Począł to mówić Repeszko w najniewinniejszej myśli, nie przewidując wcale, iż samo imię Spytka zrobi na Jaksie wrażenie tak okropne, tak niespodziane, iż nie dokończywszy, pan Nikodem struchlały, zamilkł.

W istocie dosyć było wzmianki o Spytkach, by spokojnego dotąd kasztelanica, zmienić niemal w obłąkanego. Porwał się od stołu, bijąc oń pięścią z całej siły; zaiskrzyły mu się oczy, pofałdowało czoło, zapieniły usta. Odepchnął krzesło, które z hałasem padło na posadzkę i począł przechadzać się żywymi krokami po salce. Mówił sam do siebie, zdawał się nie widzieć Repeszki, który za stół się tulił, patrzył i trząsł się ze strachu, myśląc co mu się stało.

- Spytkowie! tak! i to niech wezmą oni, i popioły dziadów i mojemi łzami krwawemi oblaną ziemię, wszystko... wszystko!... Wzięli mi com miał najdroższego, wezmą i to, im się to należy... Przeznaczenie! wydarli mi serce!... powinni nawet trupa pochować pod swoim progiem, aby go gnieść nogami. Znasz waszmość Spytków? znasz?

- Ale nie. Bóg widzi! nie znam, nie wiem... przypadkiem.. klnę się na rany Chrystusowe...

Iwo stanął nagle.

- Tak, usta twoje nie wiedziały, że wyrok na mnie wyrzekły... Gdybyś ty kupił, tożbyś frymarczył potem by zyskać, i zamek mój im by się dostał. Wyrestaurowaliby go i mieszkali... Nie może być inaczej...

Niezrozumiałego coś pomruczał, potem zamilkł nagle, podniósł głowę i popatrzywszy na Repeszkę, krzyknął groźno:

- Zkąd wracałeś, gdym cię spotkał?

Pan Nikodem się zająknął.

- Ano... z Mielsztyniec...

- Tfu! głupi, powinienem był to zgadnąć po safianowych butach i atłasowym żupanie... Coś tam robił? mów mi prawdę! po co tam jeździłeś?

- Ależ, panie kasztelanicu dobrodzieju - bełkotał Repeszko - ja ich nie znam... wysokie progi na moje nogi. Mam spór graniczny o łąkę; pojechałem, chcąc go załatwić sam, zgodnie, ale cóż... odprawili mnie z kwitkiem, nicem nie wskórał...

- Byłeś dziś! - począł zamyślony kasztelanic... dziś... Mów, kogo tam spotkałeś... kogoś widział?

Repeszko, nieco ochłonąwszy, począł z jak największemi szczegółami opowiadać bytność swoją w Mielsztyńcach, jak go wprowadzono, co widział, a nareszcie kogo wychodząc spotkał. Iwo słuchał z nadzwyczajną uwagą, a gdy przyszło do ostatka, twarz jego nabierać zaczęła coraz straszniejszego wyrazu, oczy płonęły - rozśmiał się dziko i rzucił tylko pytanie:

- Prawda? piękna pani! śliczna pani! i wygląda dziwnie młodo i śmieje się tak wesoło... jakby nigdy w życiu nikogo nie zabiła...

Wyrazy te, które mu się mimowolnie wymknęły, chwycił Repeszko chciwie, zadrżał i nie mógł się wstrzymać od wykrzykniku:

- Jakto? zabiła?

Ale kasztelanic był już panem siebie; posępne wejrzenie zwrócił na pytającego:

- Któż ci to powiedział? gdzieś to słyszał? Milcz! słyszysz! milcz! lub....Jam tego nie powiedział, to fałsz!... Zapomnij o tem... to szaleństwo moje... a jeśli odważysz się kiedy...

Kasztelanic kielich, który trzymał w ręku zgniótł na miazgę, rzucił okruchy na stół i spojrzał milcząco na Repeszkę, który drżąc jak liść, ust już nie śmiał otworzyć. Potem nalał sobie wina szklankę, wypił duszkiem i rzekł:

- Kupujesz, czy nie? Pokażę ci co mam na sprzedaż, chodź... Sprzedam tanio, z warunkiem tylko, by nigdy odprzedanem nie było do Mielsztyniec. Weźmiesz, za co zechcesz.

- Ale ja... ja nie jestem kupcem...

- Obejrzno - zawołał kasztelanic - dam za bezcen, bo muszę ztąd uciec... muszę! Jużem się dosyć namęczył, a nie doczekam niczego...

To mówiąc, Iwo otworzył drzwi.

- Chodź - rzekł.

Nie z wielką ochotą poszedł za swym przewodnikiem Repeszko, ale go podtrzymywała nadzieja, że się wprost później do swojego wózka dostanie i uciec będzie mógł do domu, czego najmocniej pragnął. Obawa jego rosła a chmurniejsze coraz oblicze kasztelanica nic miłego nie wróżyło. Przez gąszcze wydobyli się na podwórzec, którego obszerność Iwo naprzód okazał Repeszce. Oprócz mieszkalnego skrzydła zamku, które jakby odłamane od całości, stało na gruzach zalegających wszędzie kupami dziedziniec, nic tu nie pozostało z dawnych budowli. Iwo zapewnił tylko, że zachowały się w całości dziwnie suche, jasne i piękne podziemia, lochy i składy sklepione, ale do nich Repeszko iść się nie napierał. Tradycya, jeszcze z firlejowskich czasów utrzymująca się w okolicy, mieć chciała, że gdzieś w lochach tych, za zamurowanemi żelaznemi drzwiami, część znaczna skarbów możnej rodziny zachować się miała; ale mimo poszukiwań niejednokrotnych, nic dotąd nie odkryto. W razie sprzedaży kasztelanic własność tych skarbów sobie zabezpieczał, trzecią ich część tylko ofiarując temu, któryby wnijście odkrył.

Repeszko, spoglądając na stosy cegieł i kamieni, uśmiechnął się jakoś niedowierzająco. Przychodziło mu na myśl opowiadanie starego księdza o odkrytej skrzyni pod pniem ołtarza u św. Michała w Lublinie.

Jakkolwiek chciwy, na tego rodzaju wędkę złapaćby się nie dał szanowny pan Nikodem, życie oduczyło go marzeń. Obszedłszy główny dziedziniec, potem dokoła reszty murów obwodowych, zajrzawszy do krągłej baszty, panującej nad okolicą, z której widok był przepyszny, co mało jednak do duszy, a mniej jeszcze do kieszeni Repeszki przemawiało, - spuścili się z wałów obrosłych drzewy, do przylegających ogrodów, równie zapuszczonych jak zamek cały. Drzewa w nich były przepyszne, ślady ulic, szpalerów niegdyś strzyżonych, a teraz bujnie odrosłych, sadzawek, które trzcina, tataraki, zielsko i pleśń w trzęsawiska pozamieniały, terasy, poniszczone altany, połamane kamienne wschody i zdobiące je wazony - smutny przedstawiały widok. Kasztelanic chodził śród tej ruiny posępny, niekiedy tylko uśmiech krzywił mu usta...

- Sic transit gloria mundi! - szeptał. - Dziś rano oglądałeś waszmość wspaniałe Mielsztyńce, zachowane jak w pudełku; po południu patrzysz na skutki macierzyńskiego obchodzenia się natury z pracą człowieka. Nie powiem, żeby to pięknie wyglądało, ale przyznaj, że człowiek jak ty z pieniędzmi i bez przesądów, któremu gruz ten nic nie mówi, dla którego on, jak dla mnie, nie jest świętością i wspomnieniem - mógłby z tego zrobić wspaniałą rzecz... przepyszną... Byłbyś mospanie jak król na Rabsztyńcach - zamek, ogród, sady, staw... a któż jeszcze wie, dłubiąc pilno w tych zwaliskach, cobyś mógł poodkrywać, nielicząc zamurowanych skarbów.

W sadzie, w którym smutnie stały rzędami omszone i podziczałe drzewa, kilka ledwie grządek warzywa świadczyło, że o nim ludzie pamiętali. Wiejscy chłopcy powybijali złodziejskich ścieżek dosyć śród grusz i jabłoni, i kijmi pootłukali zawczasu zielone owoce. Była to jednem słowem pustynia i zniszczenie.

Kasztelanic nie darował najmniejszego kątka, a pan Repeszko nie śmiał się wymawiać od oględzin. Nareszcie przybyli do starej kaplicy, która pod wałami stała... Oddawna nie odprawiano w niej nabożeństwa. Za lepszych czasów wzniesiona, kaplica była obszerna, niby wiejski kościołek, zawierała ona oprócz tego groby rodzinne niegdyś... ale cynowe ich trumny dawno gdzieś potopiono, a marmurowe sarkofagi leżały popękane.

Główne drzwi zabite były deskami, musieli obejść od boku i przeleźć kawał płota, aby się dostać zakrystyjnemi drzwiami do środka. Repeszko bał się przewodnika swego opuścić, choć go tam wcale nie nęciła ciekawość, Iwo zaś zdawał się mieć w tem jakąś gorzką przyjemność, żeby swą nędzę przypomnieć sobie... Kościołek wewnątrz odarty był ze wszystkiego; i głównego i bocznych dwóch ołtarzyków ślady tylko na ścianach pozostały. Gdzieś niegdzieś, na obnażonem sklepieniu grobów, z którego posadzkę zdarto, walały się łomy, kawały drzewa, resztki rzeźb złoconych. Na mały chór nie było wschodów - on sam wisiał na wpół obalony...

Z monumentów przodków kilka jeszcze rozpoznać było można, mimo widocznie umyślnego ich poniszczenia. Na tablicach z napisami młotek całe powytłukał wyrazy... w postaciach rzeźbionych ochydne szczerby świętokradzka powybijała ręka.

Z jednego boku kamienne sklepienie grobowe obaliło się, i przez nie widać było jak czarną przepaść, podziemie, w którem stały trumny... Ale nie poszanowano w nich spoczynku umarłych, szukano znać chciwie przy zwłokach może jakich kosztowności; trumny leżały porozbijane, potrzaskane, pogniłe, w jakichś siwych popiołach z ciał ludzkich... Kasztelanic patrzał w tę głąb z ciekawością... Repeszko drżąc. Przychodziło mu na myśl, że się może sklepienie obalić... i...

- Ani jednej trumny całej! - zawołał kasztelanic. - Cha! cha!... kiedy ruina to ruina!... Śmierć sobie pohulała, co się zowie... Ale jak ci się to wydaje, panie Repeszko? Ma swój majestat i swą piękność to zniszczenie, hę!...

Repeszko wcale piękności tej nie rozumiał. Prawdę rzekłszy, obrachowywał w tej chwili, ile z tych trumien cynowych mogli nabywcy wytopić pięknego kruszcu na misy do krupniku i dzbany.

- Przyznam ci się, - rzekł kasztelanic, siadając na kamieniu i wskazując obok siebie miejsce dosyć niewygodne gościowi, - że na tę kaplicę naszą miałem szczególne projekta, starałem się koniecznie zostać przy fundum w Rabsztyńcach. Myślałem, że wyrestauruję ją, oczyszczę groby, i że tu kiedyś obok moich dziadów stanie trumna dębowa (na cynową mnie nie stać i jak widzisz nazbyt obudza apetyt)... Byłbym tu sobie spokojnie spróchniał obok przodków, co zawsze jest rzeczą przyjemną. Ale tych słodkich nadziei trzeba się pozbyć, a razem i Rabsztyniec.

Repeszko nic nie odpowiedział, miał minę zafrasowaną, gdy towarzysz jego przybierał osobliwsze fizyognomie: posępną, dziką, uśmiechniętą, szyderską i gniewną na przemiany.

Posiedzieli tak chwilę... Iwo wstał i westchnął.

- Chodźmy - rzekł - nie mam ci co więcej już pokazać; kaplicę zostawiłem, jako najlepszy przysmak, na ostatek. Zdaje mi się, że powinna cię złakomić, dodał, mógłbyś ją wyrestaurować małym kosztem. Jesteś pobożny, zrobiłoby ci to i przyjemność i famę. Nie masz tu ani krewnych, ani familii, zyskałbyś od razu grób rodzinny i rodzaj antenatów spopielałych, którzyby cię przyjęli. Zawsze to rzecz przyjemna nie samemu leżeć i w dobrem towarzystwie. Jest parę Firlejów i Firlejówien, a i moich Gryfów nie mało. No jakże? Nie pokusisz się? - Żarcik ten niewczesny jeszcze smutniejszym uczynił Repeszkę, który wydobywszy się nazad przez płot z kaplicy, stał zafrasowany, nie wiedząc co odpowiedzieć. Patrzył sobie pod nogi... Kasztelanic wziął się w boki.

- Kupujesz, czy nie? - zapytał.

- Szanowny panie - ośmielił się naostatek przemówić Repeszko, - szlachetne serce pańskie i wzniosły umysł jego...

- Nie smaruj, proszę - do mnie się to nie bierze - przerwał Iwo - do rzeczy!

- Łatwo pan pojmiesz - mówił dalej Repeszko - że kto nabywa i płaci, ten musi potrzebować tego, co kupuje - a mnie to na co? Ja jestem człowiek ubożuchny, pokorny, maleńki... zbytków takich żebym kościoły fundował i zakładał, pozwalać sobie nie mogę. Przy tem nabycie Studziennicy, którą mi bardzo drogo kazano zapłacić, wysuszyło worek do dna - mam i dłużki...

- Nie kłam, nie kłam - masz kapitały, - rzekł kasztelanic.

- Ale gdybym i miał, mój Boże, ze skruchą rzekł Repeszko, toć muszę ich tak użyć, aby mi coś przynosiły - a cóż ja z tego zrobić mogę, abym choć grosz dostał?

- Mylisz się szanowny spekulancie, mylisz - mógłbyś zarobić na tem, ja nie zarobię, ale ty...

- A to jak - zapytał Repeszko?

- Czy nie widzisz tego, że rabsztynieckie fundum jak wyspa leży pośród dóbr nowych nabywców, że oni je muszą kupić, bo im zawadza, robi dziurę w ich posiadłości? Gdybym ja chciał im sprzedać, grosza nie dadzą, bo wiedzą, że muszę prędzej później zbyć - ale co innego z waćpanem... Waść możesz wytrzymać. Byle nie Spytkom, przefrymarczysz sobie jak zechcesz...

P. Nikodem ruszył ramionami.

- Ciężka z tobą sprawa, zawołał Iwo. No ale polowanie w lasach, póki ja tu jeszcze jestem, zapewnione, nieprawdaż?

Repeszko się skłonił i dobył zegarka, chcąc się już uwolnić, kasztelanic go wstrzymał.

- Powiedz mi, - spytał po cichu - widziałeś Spytkową?

Repeszko spojrzał nań zdziwiony.

- Przechodzącą tylko...

- Opisz mi ją - jak wyglądała? czy miała twarz uśmiechniętą? nie była pomięszana? żadnej chmurki nie dostrzegłeś na jej czole? jestem ciekawy - o tak, jestem ciekawy.

Gość nie wiedział jak odpowiadać; począł opis bardzo szczegółowy i suchy ubrania, fizyognomii, rysów twarzy. Kasztelanic słuchał go chciwie, ale z powieści tej musiał chyba odgadywać sam rzeczywistość, bo Repeszko zmięszany bałamucił.

- Szła z synem? nieprawdaż? - spytał... - prowadziła go za rękę... czule?

- Tegom nie spostrzegł, - odparł Repeszko... - spieszyła tylko widocznie do męża, biegła żywo, trochę zasępiona. Twarz pełna powagi i nieco surowa, trochę na niej nawet smutku.

- Smutku, czy tylko pomięszania? - zapytał Iwo - jak ci się zdaje?

- Prawdziwie, tego ja nie potrafię określić, nie znając osoby.

- Zawsze mówisz, żeś wesela nie widział?...

- Tak mi się zdaje.

- Będziesz jeszcze w Mielsztyńcach? - zapytał po chwili kasztelanic.

- Ano, muszę dla tej łąki, - odparł Repeszko; - ale mi się coś zdaje, że mi już do zamku, do pana, przystępu nie dadzą, i pewnie tylko do Dzięgielewskiego odeszlą.

- Jednak, gdybyś tam był... słuchaj... to mi opowiesz, coś widział...

Repeszko się skłonił; coraz dla niego niezrozumialszym był kasztelanic, ale też co chwila większą budził w nim obawę. Zeszli tak rozmawiając na dół. Bryczka stała nieopodal...

P. Nikodem począł żegnać się, a Iwo, jakby o owym projekcie sprzedaży całkiem już zapomniał, nie wstrzymując go wcale, kiwnął głową tylko, pożegnał i poszedł powoli do swego mieszkania.

Pozbywszy się go, lżej odetchnął nieszczęśliwy nasz przybylec, dopadł wózka, chłopcu zdrzemanemu dał w kark i kazał do domu pospieszać. Sądzono mu wszakże było tego dnia same spotkać niespodzianki. W drodze, nie dojechawszy do dworu, napędził pieszo wracającego z przechadzki starowinę księdza proboszcza Ziemca. Szedł on na plebanią, a spostrzegłszy zwykłego swojego maryaszowego gracza, począł nań machać ręką i dawać mu znaki, aby do niego wysiadł. Choć dobrze zmęczony, Repeszko odesłał konie i zsiadł z wózka, pieszo już myśląc powrócić po rozmowie ze staruszkiem. Ale ten go na wieczerzę zaprosił, a wieczerza dla człowieka, co jej w domu nigdy nie jada, jest rzeczą miłą i pożądaną. Ks. Ziemiec się nudził, więc siedli zaraz do maryasza. Począł go pytać, gdzie był, co robił, kogo widział. P. Nikodem nie miał powodów tajenia się z niczem, a głowę miał pełną osobliwych wrażeń dnia tego, począł więc z wszelkiemi szczegółami całą swą podróż i jej przygody opowiadać.

Dopóki była mowa o Mielsztyńcach, ks. Ziemiec głowę miał spuszczoną, milczał i nie przerywał; ale gdy począł o spotkaniu się z kasztelanicem, jakby go co tknęło, starzec karty rzucił, oczy podniósł i ramionami zżymnąwszy, niecierpliwie kilka razy mruknął.

- No! patrzajcież! no! jeszcze czego nie stało... do tej pory nie zapomniał.

Repeszko zdał jak najdrobnostkowiej sprawę ze swej utrapionej bytności w Rabsztyńcach, - uważając, że staruszek mimo to celu zaproszenia dobrze zrozumieć nie mógł i dopiero gdy przyszedł w opowiadaniu do ostatnich zapytań, proboszcz się rozśmiał i zawołał:

- A tuś mi! to tak jak w liście, gdzie post scriptum dopiero istotny interes zawiera.

- Wyspowiadałem ci się, mój ojcze, dodał p. Nikodem, teraz że mi to wynagródź choć kilku słowami, bo jestem jak w rogu tutaj. Ludzi nie znam, co się ze mną dzieje, nie rozumiem, ale ten szalony pałka Iwo Życki... jest dla mnie zagadką.

Ksiądz się zamyślił.

- A juściż - rzekł po chwili poważnie, - niektórych objaśnień waćpanu udzielić muszę, dla tego samego, abyś się w postępowaniu swem miał czem pokierować; ale zaklinam was, nie paplajcie!

- Ojcze dobrodzieju! - zawołał pan Repeszko, składając ręce. - Nie znacie mnie jeszcze, nie wierzycie mi, ale ja jestem milczący z natury, dobroduszny, w cudze się sprawy nie wdaję, swoich pilnuję, Boga chwalę i Jego bym obrazić nie chciał... Mówiąc to, tak świętoszkowską miał postać, że ksiądz, gdyby był miał lepsze oczy, byłby się pewnie jej przeląkł.

- No, no - co do Jaksy ja jegomości zainformuję - szepnął - ale jeszcze raz przestrzegam, że jeśli tknę mimowolnie w opowiadaniu Spytków (bo to rzecz nieuchronna), niech to idzie jak w grób, jak w wodę.

- Ale jak w wodę! jak w wodę! - powtórzył uderzając się w piersi gość, który uszy nadstawił, oczy otworzył i o mało na staruszka cały nie padł, tak się ku niemu pochylił, by nie stracić słowa.

Ksiądz Ziemiec po namyśle krótkim mówić począł:

- Są tajemnice rodzin godnych, od losu ciężko dotkniętych, które cierpią z dopustu Bożego; te każdy człowiek szanować powinien i ani nawet wnikać w nie, aby tych ran dotknięciem nie draźnił. Ale są kary Opatrzności domierzone na płochych i występnych, które publicznemi być winny, aby grozę i bojaźń obudzały. Nie potrzebuję dodawać, że właśnie w tych dwóch wypadkach są rodziny Spytków i Jaksów.

Co się pierwszych tyczy, niech tam tajemnica pokrywa, dla czego się od świata odsunęli i w odosobnieniu a godnie cierpią dolę swoją. Historya za to pana Iwona Jaksy Życkiego żadną dla ludzi nie jest tajemnicą i być nie powinna. Ojciec jego kasztelan p....... wiele już na świecie dokazywał. Był żołnierzem, ale i warchołem niepospolitym; majątku natracił, żonę z klasztoru porwał, ludzi narąbał i nastrzelał niewinnych co niemiara, a jedynaka dziedzica tak wychował, że zszedł na to, czem go waszmość widziałeś.

Rodzina niegdyś godna, w Rzeczypospolitej wielkich i starych zasług, bodaj nie książęcego pochodzenia - ale w tej krwi przy wielkich przymiotach, i wielkie też trafiały się ekscesa. Złego znać tak było wiele, że miarę cnót przewyższyło i Bóg ich chłostać począł. Już w XVI wieku chylili się ku upadkowi. Nie pomogło i spokrewnienie z Firlejami, i nabyte przez nie bogactwa, i rzucanie się na różne strony; z każdem pokoleniem ubywało dóbr, znaczenia, wziętości, i schodzili coraz niżej, acz bez widocznych przyczyn upadku. Rodziny gałęź główna w końcu już przez jednego p. kasztelanica była reprezentowaną, a temu został syn jedynak Iwo. Nie szczędzono na wychowanie, a natura też darów nie poskąpiła, ale wszystko szło można powiedzieć, w liście; młodzieniec bujał, świetniał, rozpraszał się i nigdzie do niczego dosiądz nie mógł. Ojciec zmarł, swoboda smakowała, fantazya gnała, rzucił się za granicę; ale nigdzie miejsca nie zagrzał, choć wszędzie sławę pozyskiwał łatwo. Tam kogoś porąbał, tu strzelił, ówdzie burdę zrobił i trzeba się było wynosić. Jeszcze młody, ale dobrze świata zażywszy, wrócił do domu, sądząc, że on, co po całym niemal świecie sławę rycerską pozyskał, u siebie jeno się pokazać potrzebuje, by przed nim wszystko na twarz padało. Szumnie wystąpił w Rabsztyńcach... pojechał do stolicy na sejm, przepychem gasząc możniejszych; wrócił potem nazad, chcąc rozkazywać tu, a co mu w drodze stanęło zmiatając zuchwale.

Ale Jaksy przepychy i swawole niedługo potrwać mogły, bo przy takiem życiu Rabsztyńce rychło w cudze ręce pójść musiały, a ludzie dobrze rachować umieją.

Tymczasem w sąsiedztwie wpadła w oko p. kasztelanicowi panienka, w której się szalenie pokochał. Była to panna Brygida Zbązka, z familii możnej niegdyś, ale podupadłej na majątku. Ojciec jej miał wieś jednę niewielką.

Muszę odrazu powiedzieć waszmości, że panna Brygida Zbązka jest dziś najgodniejszą z niewiast, małżonką mego dobrodzieja, pana Spytka z Mielsztyniec.

- A, teraz rozumiem!! - zawołał Repeszko.

- Nic jegomość nie rozumiesz, - odparł ksiądz.

- Ale przepraszam, już wiem dlaczego się tak o nią dopytywał - dokończył gość.

- Dajmy na to - rzekł ks. Ziemiec. Więc kiedyś waszmość zrozumiał, to i moja historya skończona. Kasztelanic się kochał w pannie na zabój, a Spytek się z nią ożenił.

- Ale jakże to było? jak? proszę księdza proboszcza.

- Tego ja nie wiem...

- Bo wyrwało się temu zawadyace słowo, że mi włosy na głowie stanęły. Gdy się mnie po raz pierwszy dopytywać o nią począł... - rzekł - (ot, mogę jego własne powtórzyć wyrazy) rzekł wyraźnie: "Piękna pani! śliczna pani! Wygląda dziwnie młodo, śmieje się tak wesoło... jakby nigdy w życiu nikogo nie zabiła..." Potem, postrzegłszy, że się wymówił niedobrze, zaklął mnie i zagroził, żebym tego nikomu a nikomu nie powtarzał.

- A po cóż mnie to mówisz? - spytał chmurno ks. Ziemiec.

- Ojcze! wam, to jak na spowiedzi - uniewinniał się Repeszko.

- Milczcież już, milczcie! na miłego Boga, nie chcę nic wiedzieć więcej, nie słucham - i nic nie powiem. Dosyć tego. Waszmość sobie narobisz nieprzyjaciół. Milcz! milcz!... proszę i zaklinam!... To mówiąc, rzucił ksiądz karty maryaszowe, Repeszko go w rękę pocałował i tak się rozstali.