ROZDZIAŁ 1
Zbrodnie Armii Czerwonej na cywilach w 1920 r.
Każda wojna jest okrutna i pochłania tysiące, a nawet setki tysięcy żołnierzy. Rzadko jednak w przypadku śmierci żołnierza wymienia się jego nazwisko. Wyjątkiem jest sytuacja, w której dany żołnierz zginął śmiercią bohaterską śmiercią, dokonując czynu iście heroicznego. Raczej podawana jest liczba zabitych żołnierzy, czy wymordowanych kompanii. Odmiennie jest w przypadku cywili, a zwłaszcza całych rodzin - częściej pojawiają się nazwiska, co umożliwia oddanie każdej z tych osób indywidualnego hołdu.
Polacy pomimo swej trudnej historii nie spotkali się dotychczas ze zorganizowanym na masową skalę terrorem stosowanym przez żołnierzy obcego mocarstwa. Rok 1920 i trwająca wojna polsko-bolszewicka zdecydowanie zmieniły to doświadczenie. Wkraczające na ziemie polskie, bolszewickie jednostki wprowadzały i stosowały na szeroką skalę bezprzykładny i niestosowany dotąd terror. Mianem tym należy określić zarówno mordy na cywilach, torturowanie jeńców wojennych, plądrowanie szpitali i innych obiektów publicznych, a także prywatnych domostw, jak i gwałty oraz mordowanie rannych.
Jak ocenił prof. Janusz Odziemkowski:
Żołnierze Armii Czerwonej popełniali zbrodnie seryjnie i, rzec by można, systemowo. Wyższe dowództwo wiedziało o tym, co więcej, akceptowało takie działania. Terror był wymierzony w przedstawicieli porządku, który Sowieci zamierzali unicestwić - żołnierzy, urzędników, ziemian. Często też jednak dotykał przeciętnych mieszkańców wsi i miasteczek, nie kwapiących się, by stanąć po stronie rewolucji.1
Już w roku 1918 doszło do pierwszych mordów na polskich cywilach. Podwójnym symbolem tego, co nadchodziło na Kresy, stał się szpital polowy I Korpusu Polskiego w Cichiniczach na Białorusi, którego tragedia, opisana przez Melchiora Wańkowicza (wymordowanie przez bolszewików 30 stycznia 1918 r. polskiego męskiego personelu medycznego) otwierała nowy etap męczeństwa Kresowian. Był to symbol podwójny, gdyż mord ów, jeśli nawet nie był chronologicznie pierwszy (co trudno stwierdzić), to stał się pierwszym zapamiętanym i opisanym, a ponadto zaistniał tylko nieco na południe od symbolicznego miejsca - "Wrót Europy" - pasa terenu między Dźwiną a Dnieprem zwanego "Bramą Smoleńską", którędy, korzystając z braku poważniejszych przeszkód terenowych (wielkich rzek) od wieków wiodły szlaki najazdów moskiewskich na Białoruś, Litwę i Polskę.
Niemalże cały szlak odwrotu Wojska Polskiego, poczynając od Kijowa aż do Warszawy, został naznaczony krwią niewinnych Polaków. 7 czerwca krasnoarmiejcy z 1. Armii Konnej dowodzonej przez Siemiona Budionnego zdobyli Berdyczów.
Berdyczów ze względu na swoje położenie strategiczne był miastem najważniejszym dla Wojska Polskiego, które chciało prowadzić dalsze działania ofensywne na Żytomierz i Kijów, a także Winnicę i południową część Ukrainy. Z tego powodu również dla Armii Czerwonej miasto było istotnym punktem obrony. Chcąc odwrócić bieg wojny w południowym teatrze działań wojennych, Sowieci musieli odbić Berdyczów i Żytomierz; udało im się to 7 czerwca 1920 r.
Z miasta wycofały się polskie oddziały. Pozostawiono jednakże pod nadzorem pielęgniarek Czerwonego Krzyża rannych żołnierzy polskich z 2, 3 i 6 Armii Wojska Polskiego, a także ukraińskich Strzelców Siczowych. Łącznie w szpitalu polowym nr 505 w Berdyczowie przebywało 600 żołnierzy.
Bolszewicy nie uszanowali postanowień, wedle których ranni żołnierze mieli znajdować się pod szczególną ochroną; dla nich nie miały one znaczenia. Wszystkich - ponad 600 żołnierzy i kobiecy personel Czerwonego Krzyża, wymordowali. Wiadomość o tej zbrodni wstrząsnęła opinią publiczną w całej Polsce.
Bolszewicki mord opisano choćby w "Dzienniku Bydgoskim", z którego artykuł w całości przytoczymy:
Okrucieństwa bolszewickie
Zarząd Główny Polskiego Czerwonego Krzyża ogłasza:
Łamiąc umowę zawartą w listopadzie z Polskim Czerwonym Krzyżem, władze bolszewickie przed ewakuacją miast: Żytomierza, Berdyczowa, Kijowa, wzięły zakładników spośród ludności cywilnej, wrzuciły ich do więzień, a następnie wywiozły do oddalonych prowincji rosyjskich. Pomiędzy tymi zakładnikami znajdują się kobiety i dzieci. Przeszło 50 zakładników wywieziono z Kijowa, traktując ich jako zwykłych przestępców. Droga odwrotna czerwonej armji jest stale usłana zwłokami, które noszą na sobie ślady znęcania i tortur, zadanych za życia: ofiary są rozstrzeliwane, zabijane bagnetami, z poderżniętem gardłem, zgwałcone, a następnie zabijane, ukamienowane, wieszane, zabijane uderzeniami pałek i batogów, z wyprutemi wnętrznościami, spalone za życia, z wyrwanemi lub odciętemi kończynami, z wyrwanym językiem, oberwanemi uszami lub nosem, wykłutemi oczami, z pokrajaną w pasy i zdartą skórą.
W Berdyczowie, który przez czas krótki był zajęty przez armję czerwoną, żołnierze bolszewiccy wyrzucili w ciągu kilku godzin, wszystkich rannych, znajdujących się w szpitalu Czerwonego Krzyża, nie szczędząc czci, ani życia personelu lekarskiego i sióstr Czerwonego Krzyża.
Wbrew elementarnym przepisom wojny, zatwierdzonym przez konwencję międzynarodową, bolszewicy poddają torturom jeńców wojennych, aby wydobyć z nich tajemnice wojskowe. Pierwsze sprawozdania, które do mnie doszły, świadczą, że w miejscowościach ostatnio opuszczonych przez wojska polskie, bolszewicy organizują rabunek i rzeź ludności cywilnej polskiej, która, jest zdana na łaskę i niełaskę żołdactwa o krwiożerczych instynktach. Polskie Towarzystwo Czerwonego Krzyża bezsilne wobec tych aktów barbarzyństwa, w chęci ulżenia losowi licznych ofiar terroru bolszewickiego, zanosi protest przed Trybunę Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, mając nadzieję, że wyrazi on oburzenie całej ludzkości cywilizowanej przeciw tym, którzy uważają, że siła brutalna bez granic, ma zapanować nad świętemi prawami moralności ogólno-ludzkiej.2
Podczas sowieckiej okupacji Wilna w lipcu i sierpniu roku 1920 bolszewicy wymordowali ok. 3 tys. Polaków i dokonali pogromu Żydów. Jeńców często torturowano. Używano ich także jako żywych manekinów do ćwiczeń cięć szablą i ciosów bagnetem.
Ukazujący się we Lwowie "Dziennik Ludowy" ze zgrozą opisywał postępki, których bolszewicy dopuścili się w Brodach, zajętych 26 lipca 1920 r. :
O g. 3 i pół nad ranem wszedł do miasta oddział z kilkunastu jeźdźców. Przedstawiali obraz niezwykły: obszarpani, niektórzy w samych koszulach bez butów. Jeden z jeźdźców miał cylinder na głowie, inni - kapelusze filcowe.3
Jak zauważyli miejscowi, niektórzy z żołdaków całkiem dobrze mówili po polsku.
Praktycznie natychmiast kawalerzyści przystąpili do plądrowania sklepów, restauracji oraz zakładów jubilerskich. Kradli wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość.
Wojska te nie wiedzieć dlaczego nazwane czerwonemi, bo raczej są brudne, wynędzniałe głodem - krótki czas zachowały się spokojnie. (...) Po dwu godzinach, gdy wojska zorientowały się, że wojska polskie atakować nie będą, jakby na komendę rzuciły się do rabunku. (...) Po gruntownym zbadaniu całkowitej własności ruchomej mieszkańców, zabrano im literalnie wszystko. Nie zostawiono nikomu nędznego łacha, zostawiono mieszkańców nago, w przeświadczeniu, że nagość w tak pięknym pogodnym i gorącym sierpniu zupełnie im nie zaszkodzi. Naturalnie nie pozostawiono żadnego sprzętu ani żywności.
Jedno jest w tym wszystkim pocieszające, że administracja jest prosta i istotnie sprawiedliwa. Komisarz bolszewicki wyznania mojżeszowego, był jednakim wobec wszystkich. Nie wyróżnił wyznań, narodowości, klas, wszystkich polecił jednako obedrzeć do naga!4
Trzy godziny po wejściu czerwonoarmistów do miasteczka przybył samochodami sztab Konarmii z generałem Bajenkowem na czele. Co odważniejsi miejscowi utworzyli delegację i udali się z prośbą o zaprzestanie grabieży. Jak opisuje dalej sytuację gazeta:
Po krótkiej naradzie jeden z dostojników sztabowych udał się do bardzo zajętych rozbijaniem sklepu czerwonogwardzistów i rozkazał imieniem sztabu przerwanie tej ryzykownej pracy. W odpowiedzi kilku kozaków zwróciło się z "mocnemi słówkami" do dostojnika, gdy zaś ten również krzepko im odpowiedział, w wyniku wiele barwnego djalogu kozacy silnie poturbowali sztabowca szablami. To zniechęciło go do dalszej interwencyi.5
Przed południem w mieście pojawił się Budionny. Kozacy, jak donosiła gazeta, poskarżyli mu się, że mieszkańcy pozamykali przed nimi sklepy. Chcąc dostać się do wnętrza, muszą wyłamywać drzwi, więc rabowanie zajmuje więcej czasu. Siemion Budionny oczywiście ulitował się nad losem swych żołdaków i wydał rozkaz natychmiastowego otwarcia wszelkich sklepów, magazynów i restauracji. W przypadku sprzeciwu groziła "kula w łeb".
Jak informował redaktor "Dziennika Ludowego" w jednej z piwnic znaleziono znaczny zapas wódek, likierów i wina. W innym miejscu - 23 beczki śledzi.
Z solidarnością, godną uznania, wydano rozkaz skoncentrowania się w pobliżu piwnicy i po godzinie wszystkie butelki, były sumiennie opróżnione. Nie mogli jednak spożyć 23 beczek śledzi, wobec czego ozdabiano niemi bagnety. Wkrótce znaleziono kilkaset kapeluszy damskich, co pozwoliło kozactwu wnet przybrać głowy w sposób malowniczy i pełen rycerskiej fantazyi, zwłaszcza, że właścicielkę poczęstowano śledziem na bagnecie o tyle nieuważnie, iż bagnet wbił się w ciało.6
Wieczorową porą zabrano się do miejscowych kobiet i dziewcząt, które gwałcono do nieprzytomności. W razie sprzeciwu wyjście było jedno - "kula w łeb". Córkę handlarza solą Mendla Stojanowera kilkunastu Kozaków zgwałciło przy leżącym trupie jej ojca.
Gwałty i rabunki trwały w Brodach 9 dni, po czym 4 sierpnia 1920 r. nadeszła polska odsiecz w postaci 49 Pułku Piechoty z grupy gen. Krajewskiego.
Opisując liczne zbrodnie, których dopuszczali się bolszewicy w trakcie wojny z Polską, nie sposób nie poświęcić uwagi prześladowaniom polskiego duchowieństwa. Bolszewicy charakteryzowali się tym, że zwalczali chrześcijaństwo na wszelkie dostępne im sposoby. Wśród tłuszczy żołnierskiej już nawet gwałt na chrześcijance był, można powiedzieć, "wysoko notowany".
Gwałcenie kobiet - wspominał raport Naczelnego Dowództwa WP - chrześcijańskich było na porządku dziennym. Bolszewicy uważali to za zaszczyt względem miejscowej ludności, powtarzając, że wytwarzają nową, wyzwoloną rasę.
Tym bardziej nie może dziwić nienawiść, jaką napastnicy okazywali katolickim duchownym. Do więzienia łomżyńskiego wtrącili biskupa Romualda Jałbrzykowskiego, który kierował Komitetem Obrony Łomży. Po wejściu do miasta Armii Czerwonej został on wtrącony do lochu i przebywał w nim aż do momentu wyzwolenia Łomży przez Wojsko Polskie.
Nie był to oczywiście najgorszy los, jaki mógł spotkać polskiego duchownego. Księża podtrzymywali na duchu swoich parafian zapewniając, że bolszewicka nawałnica wkrótce się skończy i wrócą normalne czasy. Ich twarda i kategoryczna postawa wzbudzała szacunek u wiernych, a także dawała pokrzepienie. Jednakże wzbudzało to coraz silniejszą niechęć wśród bolszewików. Stan ten nasilił się po przegranej bitwie pod Warszawą. Sowieckie dowództwo musiało odłożyć na dalszy plan poniesienie proletariackiej rewolucji na zachód Europy. Zemsty za poniesioną klęskę szukali również zwykli żołnierze.
Podczas odwrotu, mszcząc się za klęskę, bolszewicy zakłuli bagnetami rektora kościoła w Ostrołęce, ks. Stanisława Pędzicha. Rosjanie wezwali go, a także jego wikariusza, ks. Ludwika Zatryba do komendy w Ostrołęce. Tam zostali przez Rosjan aresztowani. Oświadczono im, że sądzeni będą w Łomży. Pognano ich wraz z innymi - nauczycielami i sędziami z Ostrołęki do Łomży, a potem... w kierunku Szczuczyna. Tuż przed Szczuczynem, we wsi Wojsławy, ks. Pędzicha wywleczono po ziemi z kolumny więźniów, po czym zadźgano bagnetami. Jego wikariuszowi udało się przeżyć.
Los rektora podzielili m.in.: ks. Kołomyjski z Radziłowa, ks. Marceli Gregorczyk z Rzekunia, ks. Stanisław Szulborski z Wyszyny i wielu innych. Nie są znane dokładne liczby zamordowanych i zamęczonych w trakcie wojny polsko-bolszewickiej księży.
Nieodłącznym elementem każdego konfliktu zbrojnego jest złupienie pokonanego przeciwnika. Wśród mniej cywilizowanych armii, takich jak Armia Czerwona, która na swoich bagnetach próbowała po trupie Polski zanieść komunistyczną rewolucję na zachód Europy - takim elementem, który nie tyle "przysługuje", ile zwyczajnie jest przyjmowany jako coś oczywistego, były gwałty. Jeśli uznamy, że każdy gwałt jest brutalny, to trudno będzie znaleźć określenie dla zwyrodniałych poczynań sowieckich żołnierzy.
Przykładów zbiorowych gwałtów na dziewczynkach, kobietach i starszych matronach można przywoływać bez liku. Niesławny prym w lubieżnych uciechach wiedli kawalerzyści.
W czasach, o których piszemy, na czoło wysuwają się z kolei kozacy z Konarmii od Siemiona Budionnego i 3 Korpus Kawalerii Gaja Chana. Obie formacje, zapewne niezamierzenie, prowadziły swoisty wyścig, kto zgwałci więcej polskich kobiet i kto zrobi to bardziej brutalnie.
W miejscowości Lubar, którą po traktacie ryskim jako leżącą na Wołyniu oderwano od Rzeczpospolitej, czerwonoarmiści od Budionnego zgwałcili między 600 a 700 Żydówek. Gwałtów dopuszczano się bez przerwy przez 15 dni. Jak opisał to później jeden z ówczesnych redaktorów gazety "Chwila" kozacy gwałcili publicznie na ulicy. W wielu przypadkach gwałcono 10-letnie dziewczynki i 60-letnie kobiety.7
Nie przepuszczano nawet zakonnicom. Kawalerzyści z korpusu Gaja Chana po zdobyciu Płocka udali się do miejscowego księdza F. Feldmana z żądaniem, by ten wydał mu dwie spośród sióstr. Jak on sam wspomina: Dwaj kozacy kubańscy domagali się bezpośrednio ode mnie wydania im dwu sióstr do zniesławienia, wyrażając swe chęci w najordynarniejszy sposób. Użyłem wtedy pretekstu i krzyknąłem, że konie ich, które stały na podwórzu, uciekają. Kozacy wybiegli i więcej nie wrócili. Żądanie swe stawiali w obecności dzieci i sióstr.8
Kobiety próbowały różnych forteli, byle tylko uchronić się przed bolszewicką żądzą gwałtu. Pewna kobieta, chcąc się ustrzec przed napaścią, posmarowała twarz sadzą. Jednakże, jak wynika z relacji świadków: jeden bolszewik przyłożył jej rewolwer, dał kawałek mydła i powiada "Umywajsia". Jak się umyła, zaraz zaczął się nad nią pastwić.9
Nie pomagało również chowanie się w piwnicach czy innych miejscach. Jednocześnie, choć wszyscy wiedzieli, co się dzieje - niemal nikt nie ruszał kobietom z pomocą. Śmiałków, którzy przeciwstawili się zwyrodnialcom, ci ostatni bili do nieprzytomności. Nierzadko umierali oni z powodu odniesionych ran.
Otwartym pozostaje pytanie o liczbę gwałtów, których dopuścili się czerwonoarmiści na kobietach polskich i żydowskich. Szacuje się, że w jednym tylko Płocku - który został boleśnie doświadczony w tym zakresie - zgwałcono ponad 50 kobiet, a wiele innych próbowano zgwałcić. Zapewne szacunki te, z przyczyn naturalnych, są zbyt ostrożne. Ile takich miejsc było w całej Polsce? Szacuje się, że w trakcie wojny polsko-bolszewickiej ofiarą gwałtów padło kilkaset tysięcy obywatelek II Rzeczpospolitej.
11 Ł. Zalesiński, Lato z czerwonym terrorem, Polska-Zbrojna.pl, http://polska-zbrojna.pl/home/articleshow/31771?t=Lato-z-czerwonym-terrorem (Dostęp: 21.08.2022 r.).
2 "Dziennik Bydgoski", 04.08.1920, Rok 13, Nr 169. Zachowano oryginalną pisownię.
3 "Dziennik Ludowy", 15.08.1920, nr 198, s. 7.
4 "Dziennik Ludowy", 10.08.1920, nr 193, s. 4.
5 "Dziennik Ludowy", 15.08.1920, nr 198, s. 7.
6 "Dziennik Ludowy", 15.08.1920, nr 198, s. 7.
7 "Chwila", 1.11.1920, nr 644, s. 2.
8 G. Gołębiewski, Obrona Płocka przed wojskami bolszewickimi 18 - 19 sierpnia 1920 r., Płock 2015, s. 135.
9 Żołnierze sowieccy w Płocku 18 - 19 sierpnia 1920 r. w relacjach mieszkańców, przygot. do druku G. Gołębiewski, "Przegląd Historyczno-Wojskowy" 2013, nr 2, s. 119.