Rozdział 2
FRANCISZEK,
OSIEM GODZIN PÓŹNIEJ
Ogniomistrz Franciszek Furtas3 przyłożył dłoń do czoła, jakby chciał osłonić oczy przed słońcem. Było już jednak ciemno, listopadowy zmierzch nadchodził szybko, ciągnąc za sobą przejmujący chłód. Furtasowi pełniącemu służbę na wieży było zimno. Nie pomagał postawiony kołnierz i nasunięta głęboko czapka. Wcisnął głowę w ramiona, bo na górze zawiewało ostrymi podmuchami. Zmrużył oczy, jakby oczekiwał, że w ten sposób wzrok mu się wyostrzy. Zamrugał powiekami. Próbował wychwycić dziwny poblask na horyzoncie. Szosa na Lublin, pomyślał. Chyba coś się pali, ale daleko. Poniatowa? - zastanawiał się.
Im robiło się ciemniej, tym większej nabierał pewności, że to jednak pożar. Zszedł ze skrzypiącej wieży i zastukał w drzwi naczelnika. Nie czekając na pozwolenie, uchylił je, zajrzał.
Czesław Myczkowski dowodził strażą pożarną w Opolu Lubelskim. Kiedy rozległo się pukanie, właśnie kończył czytać gazetę. W czwartki zawsze zostawał trochę dłużej w jednostce, ale właśnie zamierzał złożyć gazetę, wyłączyć lampkę i pójść do domu.
- Panie naczelniku... - Furtas chrząknął, wyrywając go z zamyślenia. - Chyba coś się pali, widać z wieży, musi pan to zobaczyć.
- Co się pali? - Naczelnik uniósł głowę.
Ogniomistrz wzruszył ramionami.
- Nie wiem - odparł. - Daleko.
Cofnął się za próg. Komendant sięgnął po palto.
- Rzeczywiście - powiedział Myczkowski, przyglądając się łunie przez lornetkę, kiedy wyszli na zewnątrz.
Teraz poblask było widać wyraźniej. W zapadającym zmierzchu nabierał intensywności, rozlewał się czerwienią po mgle ciągnącej od pól. Furtas przejął lornetkę od naczelnika.
- Chyba Poniatowa - powiedział.
- Może - przyznał Myczkowski i rzucił: - Biegnij na posterunek, powiedz lejtnantowi, że pali się w Poniatowej. Po drodze ściągnij chłopaków. Leć już.
Franciszek wpadł na posterunek żandarmerii, potykając się na progu. Granatowy policjant siedzący w dyżurce pokazał mu palcem drzwi pokoju dowódcy. Zastukał.
- Nigdzie nie jedziecie - powiedział stanowczo lejtnant Rudolf, kiedy Furtas, mnąc czapkę w dłoniach, tłumaczył, że pali się w Poniatowej. - Nigdzie nie jedziecie, macie czekać na rozkazy - powtórzył, widząc pytający wzrok ogniomistrza, po czym odwracając się do niego tyłem, rzucił: - Skończyłem.
Furtas na wszelki wypadek pobiegł po kolegów ze straży. Ściągnął jeszcze trzech. Nie powiedział im, że lejtnant zabronił jechać do pożaru. Teraz siedzieli przy stole w remizie, gotowi do wyjazdu, w mundurach, w pełnym rynsztunku. Milczeli. Furtas zszedł z wieży.
- Pali się coraz mocniej - zwrócił się do naczelnika.
Ten nie odpowiedział. Bębnił tylko palcami po blacie. Westchnął, przeciągnął dłonią po twarzy. Takie bezproduktywne czekanie go męczyło, denerwowało.
- Idź jeszcze raz do żandarmerii - zwrócił się do Furtasa. - Albo nie, czekaj. Ja pójdę.
Wtedy skrzypnęły drzwi. Wszedł policjant, Polak nazwiskiem Ligman.
- Pan lejtnant pozwalają jechać gasić - powiedział.
Zerwali się.
- Szybko, chłopcy - rzucił Myczkowski, łapiąc za hełm.
Skoczyli za nim. Ligman nie zdążył zejść im z drogi, odepchnęli go, zatoczył się na ścianę.
***
Furtas wskoczył na siedzenie pasażera z przodu. Kierowca manewrował lewarkiem skrzyni biegów, próbując wyrwać się długim chevroletem ze skrzyżowań podmiejskich uliczek. Nie było to łatwe. Wychylał się całym ciałem na boki, wyprowadzając ciężką maszynę na wąskich zakrętach. Stękał, zapierając się nogami o podłogę, spinał się cały, jakby wykręcał kutrem pod falę, a nie wozem strażackim na śliskim bruku. Wyjechali wreszcie na prostą, silnik ryknął dziarsko i zaczęli nabierać prędkości. Nie ujechali jednak daleko. Minęli ostatnie zabudowania Opola Lubelskiego, gdy na tle czarnej połaci drogi zamajaczyły jakieś sylwetki. Furtas wytężył wzrok, a siedzący obok niego kolega pochylił się do przodu, jakby w ten sposób chciał przebić ciemność, ledwo rozpraszaną przez mlecznożółte słabe światło reflektorów. Ktoś przebiegł przez szosę, potem kolejna sylwetka przecięła blady snop blasku. Teraz już byli pewni, że jest ich więcej. I wtedy niespodziewanie wyjechali wprost na blokadę.
Kierowca wdusił pedał hamulca, skontrował kierownicą, ale i tak ciężkim chevroletem zarzuciło, machnęło strażakami siedzącymi na podłużnych fotelach. Furtasowi przez chwilę się wydawało, że polecą do rowu. Zacisnął z całej siły dłoń na uchwycie drzwi.
- Co, do jasnej cholery... - zaklął kierowca, ale natychmiast umilkł.
Czarne mundury.
- Halt!4 - rozległo się gdzieś przed nimi. Kierowca posłusznie wyłączył silnik i powoli uniósł ręce do góry. Było ich coraz więcej, wynurzali się z mroku jak drapieżniki. Obstąpili ich. Rozstąpili się, gdy za ich plecami pojawił się podoficer. W jego dłoni błysnęła latarka.
- Wy kto? Pożarnyje? - Zajrzał do szoferki, zaświecił kierowcy w twarz. Kałmuki. Własowcy, pomyślał Furtas. I przestraszył się tej myśli.
Własowcy. Tak w okolicy mówiono o Rosjanach i Ukraińcach w niemieckiej służbie. W rzeczywistości nie mieli nic wspólnego z generałem Andriejem Andriejewiczem Własowem, który przeszedł na stronę Niemców i pod ich kontrolą założył składającą się z Rosjan antykomunistyczną Rosyjską Armię Wyzwoleńczą. Kałmuki wołali na siebie Trawnikimännern, czyli ludzie z Trawnik. Niemcy określali ich nieco bardziej pogardliwie: askarysi albo hiwis.
Trawniki. Tam znajdował się ich obóz szkoleniowy. Der SS und Polizeiführer im Distrikt Lublin Ausbildungslager Trawniki.
- Kuda wy sobirajeties? - spytał podoficer. Ściągnięte brwi nadawały jego pociągłej twarzy jeszcze groźniejszy wyraz. - Kuda? - powtórzył.
- No, do... pożaru. Pożar... - Myczkowski nachylił się ku Rosjaninowi. Szukał odpowiednich słów, nie wiedząc, w jakim języku podjąć komunikację. - Feuer, Herr Offizier - powiedział nieskładnie, ale to wystarczyło. Podoficer pokiwał głową.
- Ja, ja znaju - odparł niemiecko-rosyjskim. Zrobił krok w tył, machnął przyzwalająco ręką. Kierowca zapuścił silnik, dodał gazu, żeby drapieżniki w czarnych mundurach się rozstąpiły. Ruszył ostrożnie, jakby się bał, że któryś skoczy za nimi.
- Teraz jedź wolniej - przestrzegł go naczelnik. - Cholera wie, kogo jeszcze spotkamy.
Spotkali Wehrmacht. Przynajmniej tak im się wydawało, że to frontowi żołnierze, choć równie dobrze mogli być policjantami. Na pewno Niemcy. Stali na krzyżówce, na przecięciu dróg, gdzie skręcało się w prawo, jeśli chciało się dojechać do oddalonych o osiemnaście kilometrów Bełżyc. Ci byli już bardziej drobiazgowi. Sprawdzili dokumenty. Oficer świecił latarką w papiery, które podał mu komendant. Plama światła błądziła po kartce, potem skoczyła na twarz Myczkowskiego. Zmrużył oczy, ale nie zaprotestował. Milczał. Niemcy też nic nie mówili. Furtas dostrzegł żołnierzy stojących głębiej, w ciemności. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z ich obecności. Otaczali ich, karabiny trzymali wycelowane prosto w strażaków. Zrozumiał, że jeden gest dłoni obciągniętej miękką, elegancką rękawiczką wystarczy, żeby wszyscy zginęli w jednej chwili.
Niebo rozbłyskiwało pomarańczowymi refleksami. Pożar się rozprzestrzeniał, ale na Niemcach nie robiło to żadnego wrażenia. Oficer oddał Myczkowskiemu dokumenty, odwrócił się i odszedł. Za nim w ciemność cofnęły się ziejące czernią lufy karabinów.
- Jedziemy, jedziemy... - szepnął komendant.
Paliło się w obozie, tak gwałtownie, jakby właśnie rozpoczęła się apokalipsa. Płomienie sięgały wysoko, otulały stojące najbliżej baraki, pożerały je, rozżarzały ściany, strzelały iskrami z zapadających się dachów. Trudno było w pierwszej chwili zrozumieć, co się dzieje. Powinni zachować się jak strażacy, wyskoczyć z wozu i pobiec do pożaru. A oni siedzieli jak sparaliżowani. Jęzory ognia wydobywały z ciemności kształty leżących na placu ciał. Dziesiątek ciał.
Zatrzymali się przed kordonem oddzielającym Arbeitslager5 Poniatowa od reszty świata. Buchający gorącem i żarem obóz wypalał się w wilgotnej nocy takim kontrastem, jakby brama pilnowana przez grupę esesmanów była w istocie wejściem do piekła.
Naczelnik Myczkowski w końcu drgnął, wysunął się z wozu. Stał przez chwilę w miejscu, jakby zapomniał, co chciał zrobić, po czym ruszył do stojącego najbliżej, odwróconego do niego tyłem oficera. Widać było, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa, jakby szedł na dwóch klocach drewna. Chwiał się, zmierzając w stronę Niemców. Oficer spojrzał przez ramię. Wydawał się zaskoczony obecnością strażaków, wręcz oburzony, że ośmielili się go oderwać od oglądania tak niecodziennego przedstawienia. Ogniomistrz Furtas nie dostrzegał wyraźnie jego twarzy, ale gwałtowne gesty nie pozostawiały wątpliwości: nie powinno ich tu być, nic takiego się nie działo, co uzasadniałoby wezwanie straży pożarnej.
- Ogień nie jest zagrożeniem... - oznajmił głośno oficer. Słowa połykały huczące płomienie. - Budynki zakładu są bezpieczne... Musicie odjechać...
Głośny trzask przedarł przez świst i hurgot ognia. Furtas pomyślał, że to strzeliła krokiew. Walił się dach jednego z baraków, iskry wybuchły, rozkwitły pięknie i groźnie w ciemne niebo. Ale to nie krokiew strzeliła. Na placu między ciałami stał Niemiec nieruchomy jak pomnik. Na tle szalejących języków ognia wydawało się, że drży, że podryguje, ale to tylko gorące powietrze rozmywało kontury jego postaci. On był niewzruszony, podobnie jak ciała u jego stóp. Złożony do strzału, napięty, czujny. Idealne przedłużenie przyciśniętego do policzka karabinu. Myśliwy przyczajony na ofiarę.
W jednej chwili Furtas zrozumiał, na kogo czeka Niemiec.
- Chryste... - wyszeptał.
Nie chciał w to uwierzyć, ale im dłużej przyglądał się tej scenie, tym mocniej dochodziło do niego, że się nie myli. W środku byli ludzie. Płonęli żywcem.
W ścianie ognia zamajaczyła ciemna nieregularna plama, zakołysała się, wystąpiła naprzód i zmaterializowała się w postać. Skuloną, niemal nieludzką. Ktoś próbował się wydostać z płonącego baraku.
Huknęło. Niemiec nawet nie zmienił pozycji. Człowiek runął w tył, prosto w ogień, z którego przed chwilą wychynął. Zaraz pojawił się drugi. Ruszył w stronę Niemca, starając się skrócić niebezpieczny dystans potrzebny do oddania czystego strzału. A wtedy Niemiec zrobił krok w tył i płynnie jak maszyna obrócił karabin, po czym uderzył ofiarę. Kolbą. Potężnie. Raz. Celnie i skutecznie. Tamten zwiotczał, osunął się pozbawiony przytomności, a może życia. Niemiec pochylił się nad nim. Furtas nie dostrzegł szczegółów z tej odległości, ale wydawało mu się, że widzi na twarzy uciekiniera krwawe refleksy. A może to ogień wszystko tej nocy zamieniał w pomarańczowy, buchający gorącem koszmarny sen.
Do pochylonego nad leżącym podszedł drugi Niemiec. Chwycił więźnia za ręce, tamten zarzucił sobie karabin na plecy i szarpnął bezwładną postać za nogi. Unieśli. Chude ramiona, nogi pozbawione łydek, za duża głowa, jakby nabrzmiała, nieproporcjonalna do reszty tego wysuszonego ciała, kołysząca się bezwładnie w rytm ich kroków. Rozpięta bluza ciągnęła się po ziemi.
Furtas pomyślał, że ułożą go z boku, oszczędzą, udzielą pomocy. Może zmienili zdanie, jeden drugiemu powiedział "dość" i obaj otrzeźwieli, wyrwali się z tego obłędu zabijania. Ale oni po prostu wrzucili go w płomienie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
3 Franciszek Furtas, Zeznanie, Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie (AIPN Lu), sygn. OKL/Ds. 35/67.
5 Arbeitslager (niem.) - obóz pracy.