KrWaWa WaWa - Dar & Jar
29.99 zł
23.99 zł
(21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Spoglądam na granitowy krzyż rzucający cień niejasności na grób rodziców oraz na ich zagadkową śmierć, z którą trudno się pogodzić.
Tkwiąc na wyjątkowo ciasnym życiowym zakręcie, zastanawiam się jeszcze bardziej nad sensem istnienia i przewrotnością losu.
Rodzice od zawsze pragnęli tej wycieczki. I gdy los zaskakująco spełnił ich marzenia, niespodziewanie je zniszczył, zanim zaczęły się na dobre realizować.
Zapach wiosny docierający wraz z delikatnymi powiewami wiatru do moich nozdrzy osładza gorzką pigułkę beznadziei i samotności, tkwiącą w ustach. Dawkę goryczy, którą muszę w końcu przełknąć. Słowa księdza wraz ze śpiewem ptaków i innymi odgłosami otaczającego życia są dla mnie w tym momencie bezkształtną bryłą zatykającą uszy.
Pomimo wilgoci gromadzącej się coraz szybciej w oczach zauważam kobietę w czerni stojącą jakby poza tłumem żałobników. Obserwując pogrzeb z dystansu, wydaje się żywo zainteresowana całą uroczystością. Mój umysł budzi się z letargu, próbując ją skojarzyć. Jednak bezskutecznie, gdyż kapelusz z woalką i ciemne okulary zbyt dokładnie skrywają jej twarz.
***
Mój drogi Sebastianie, tak uroczo wyglądasz nad grobem swoich rodziców. Pewnie zastanawiasz się, jak to możliwe, że pojechali w dłuższą niż planowali podróż? Boli, że nie mogłeś nic zrobić? To boli nawet bardziej niż świadomość pozostania zupełnie samemu, prawda? Nie martw się, jest jeszcze diablica, która uczyni z reszty twojego życia prawdziwy horror, zasrany słodki dupku o falistej blond czuprynie. Mierzi cię moja osoba? Kojarzysz, ale nie wiesz skąd? Upierdliwe uczucie, prawda?
***
Ksiądz kończy ceremonię pogrzebową przy dźwiękach "Barki", wpadających do uszu żałobników z mocą, lecz nienatarczywie. Tajemnicza kobieta w czerni znika, pozostawiając Sebastiana sam na sam z zagadką.
***
W tym samym czasie w jednym z biurowców w centrum miasta Karolina spogląda przez szybę na zewnątrz. Wpadające przez olbrzymie okno promienie słoneczne rozgrzewają jej kolana i pobudzają zmysły. Widok par spacerujących chodnikiem wrzuca fantazję dziewczyny na wyższe obroty. Widzi, jak miłość tętni w zakochanych. Płynie przez ich splecione dłonie. Spaja w jedną, zakochaną całość.
Jest to uczucie, którego bardzo brakuje Karolinie. Serce w jej piersi szaleje, pobudzane pragnieniami. Kobieta pyta samą siebie w duchu: "Jak długo jeszcze na drodze do mojego szczęścia będzie tkwiła zimna i bezduszna niewidzialna szyba, jak ta, przez którą spoglądam na szczęście zakochanych par? Gdzie ten kochający mężczyzna? Domek z ogródkiem i dzieci? No gdzie?!".
Od rana do wieczora jest przywiązana do biurka w pracy, niczym pies przy budzie, albo przebywa na wyjeździe służbowym, na którym nie ma czasu na nic poza pracą. Nie tak wyobrażała sobie posadę testerki hotelowej. A może po prostu nie potrafi sobie zorganizować codzienności? Jej koleżanki przecież w końcu poznawały kogoś i cieszyły się życiem. Czemu zatem jej to nie wychodziło?
Co prawda jest taki jeden interesujący brunet... Jednak zachowuje się tak, jakby nie chciał albo bał się zostać kimś więcej niż tylko kolegą z pracy. Jedyne, co ich połączyło do tej pory, to "romans" przy automacie z kawą na wspólnym piętrze. Jednak poza oglądaniem jej nóg i dekoltu niewiele robi, aby ta znajomość potoczyła się do przodu.
Karolina spogląda na zegarek, który pokazuje, że do końca pracy pozostały niecałe dwie godziny.
"Tak, trzeba dziś wybrać się na zakupy" - myśli, zaciągając się solidnym haustem mdłego, klimatyzowanego powietrza, po czym głośno wzdycha, wypuszczając je i próbuje zmotywować się do jakiegoś innego działania, niż przechadzanie się p meandrach swych uczuć.
Rozpromienia ją na moment wizja zakupu nowej, niepotrzebnej, ale ładnej rzeczy. Jednak zaraz krzywi usta na myśl o tym, że czas spędzony w galerii handlowej jest dla niej substytutem szczęścia. Tego prawdziwego szczęścia, mijającego ją dotychczas i przemykającego gdzieś obok. Szczęścia we dwoje, którego tak naprawdę pragnie.
Niespodziewanie rozważania rudowłosej marzycielki przerywa jej szefowa - "szeryfowa", jak Karolina nazywa w myślach swoją przełożoną ze względu na jej twardy i nieustępliwy charakter.
-Ally, mam coś dla ciebie - wyrzuca z siebie oschle ironicznym tonem zwierzchniczka, podchodząc do biurka dziewczyny.
"Pewnie testowanie budy dla psa w Lerua" - myśli w duchu Karolina, zastanawiając się, czy to przez jej podobieństwo do Calisty Flockhart, czy też jej własnego życia do przygód postaci kreowanej przez wspomnianą aktorkę to przezwisko tak do niej przylgnęło, że nawet "Żaba" go używa.
Dziewczyna odpowiada jednak szefowej z entuzjastycznym uśmiechem:
-Co takiego?
-Pojedziesz do WaWy na dwa tygodnie. Tym razem to nie tylko jeden hotel, ale potrzebny jest świeży materiał zachęcający ludzi z grubym portfelem do przyjazdu i korzystania z uciech WaWy.
Karolina każdą odległość odmierza zawsze od swojej rodzinnej miejscowości. I tak w przypadku podróży do WaWy wyszło jej około pięciuset pięćdziesięciu kilometrów na południowy wschód od Kotomierza.
Lekko górzysty pejzaż WaWy, niczym w Dubaju, utworzony dzięki sporym nakładom finansowym, przechodził powoli w rozległą równinę, co w połączeniu z rzeką płynącą przez środek miasta czyniło ją miejscowością niezwykle interesującą turystycznie, wręcz idyllą opisywaną w katalogach branżowych. Dostępną wyłącznie dla wybranych.
Karolina ucieszyła się z przepustek dla dwóch osób, mimo że nie miała pojęcia, komu miałaby zaproponować wspólny wyjazd.
Samo przekroczenie rogatek miasta bez zaproszenia, które dzierżyła teraz w dłoni, słono kosztowało.
"Podobno ten, kto przestąpi granice miasta, już stamtąd nie wraca - taka obiegowa opinia o WaWie krążyła od początku istnienia miasta.
To oznacza, że musi tam być naprawdę pięknie..." - interpretuje w myślach Karolina.
-Tylko nie pisz o menelach wychodzących po zmierzchu. Nikogo nie interesują ludzie, którym się nie powiodło - szorstkimi słowami szefowa gasi entuzjazm Karoliny.
-Czyli taki obiektywizm mam zastosować? Kloszardzi zmąciliby prestiż tak idealnego miejsca? - wyrywa się dziewczynie.
-Jak ci nie odpowiada, to dam to komuś innemu. Menele są wszędzie. Bierzesz zlecenie, czy wolisz dalej wypatrywać swojego księcia przez okno?
-Oczywiście, że biorę! - Karolina szybko reaguje podekscytowana.
-Okej, świetnie, zatem wpadnij później do mnie, robię małe spotkanie, powiedzmy, integracyjne... - Kamienna twarz szefowej rozpromienia się lekkim uśmiechem.
-Ja i impreza... - zaczyna nieśmiało Karolina, nie chcąc zbytnio spoufalać się z szefową, której nigdy specjalnie nie lubiła.
-Nie ma żadnego "ale"! Będą wszyscy. Przy okazji omówimy szczegóły twojej wycieczki. Zapraszam na dwudziestą.
***
Późnym popołudniem ciemnowłosa Daria, o smukłej sylwetce zabieganej kobiety, zwołuje swoje pociechy w kuchni celem przepytania ich przed zebraniem rodzicielskim, na które zamierza udać się za parę chwil.
-No dobra, teraz gadać mi tutaj szczerze, czego to wasza kochana mamusia może się dzisiaj spodziewać?
-Wszystko jest cymuś, mama, nie ma się co przejmować!
-Zawsze tak mówicie i zawsze okazuje się coś innego. Może jednak wydarzył się jakiś malutki sajgonik, o którym mamusia jeszcze nic nie wie?
-To już nie nasza wina, że nauczyciele mają inne podejście do pewnych spraw niż my. Może to kwestia różnicy pokoleń... - zastanawia się trzynastoletni Robert.
-Tak, świat schodzi na psy, masz rację, synu. - Daria czule drwi z niego.
-Jak to schodzi na psy, mamo? - pyta synek.
-To znaczy, że nie będzie już kotów! - wyjaśnia jego młodszy brat Ignacy z dumą.
Daria, nie dając się zbić z tropu swym najukochańszym łobuziakom, kontynuuje z powagą:
-Co ma różnica pokoleń do podtopienia, a innym razem podpalenia szkoły? Nie widzicie swoich błędów?
-Faktycznie, masz rację, mamuś. Można to było zrobić jednocześnie, wtedy podtopienie zgasiłoby pożar.
-Dobrze, poddaję się i zdaję na los... - wzdycha zrezygnowana Daria. - Wychodzę i chciałabym mieć jeszcze do czego wrócić po zebraniu.
-Jasne, mamo! - odpowiadają dzieci, pozostające pod opieką najstarszej siostry Krystyny i odprowadzają matkę do drzwi swymi lisimi spojrzeniami.
Drzwi mieszkania zamykają się cicho za Darią. Kobieta wychodzi z klatki bloku na parking. Z mieszanymi uczuciami spogląda w okna mieszkania, po czym wsiada do samochodu, zadowolona, że w ciągu dwóch minut, jakie zajęło jej dotarcie do auta, nie wydarzyło się nic złego. Blok stoi, jak stał, a słońce spokojnie zmierza ku zachodowi.
"To dobry znak" - myśli w duchu Daria z lekką nutą ironii i odjeżdża w kierunku szkoły.
***
Sebastian mętnym spojrzeniem rozgląda się po sali w nadmorskim barze, oddzielonym od plaży ulicą biegnącą wzdłuż zatoki. Gwar rozmów przy kilku stolikach zagłusza mamrotanie telewizora. Nos mężczyzny pieści woń spalanej nikotyny, zmieszanej z zapachami kuchennymi, których nie jest w stanie zniwelować wentylacja. Nigdy nie przepadał za zatłoczonymi miejscami, jednak coś nie pozwala mu teraz zamknąć się w swojej samotni, choć z drugiej strony ma ochotę zniknąć całkiem. Coś, nie wiadomo co, wciąż trzyma go na powierzchni. Usta i umysł pragną dezynfekcji alkoholowej z gorzkiego smaku smutku i samotności.
Wyciąga portfel, kładzie go na drewnianym barze pełnym marynistycznych akcentów, których jest też sporo w całym lokalu, i krzyczy, by przywołać barmana z zaplecza.
-Wódkę z lodem! - składa zamówienie i siada, rozluźniając się na hokerze.
-Sebastian, przecież ty nie masz głowy do picia! - Znajomy barman komentuje jego wybór.
-Teraz to ja nie mam głowy do życia.
-Coś ty taki załamany? Ktoś umarł?
-Trafiłeś, właśnie jestem na jednoosobowej stypie.
-A, to bardzo mi przykro. Może coś na poprawienie humoru, oprócz wódeczki? - pyta barman, spoglądając w stronę dziewczyny siedzącej po drugiej stronie baru.
-Naprawdę nie mam do tego głowy.
-Do tego nie trzeba głowy... - odpowiada odrobinę cynicznie. - Piękna, ruda. Wszystko ma na miejscu. Trochę infantylna, ale i asertywna.
-Skąd ty tyle o niej wiesz, tak na pierwszy rzut oka?
-Heh, nie na pierwszy! Od dawna tutaj przychodzi, czasami lubi pogadać. Zawsze sama, od kiedy pamiętam.
-Taka niedostępna księżniczka?
-Nie, raczej nie. Świetnie wie, czego chce i mocno o to walczy. Choć różnie jej to wychodzi.
***
Pod bar, do którego po długim samotnym okrążaniu miasta udał się Sebastian, przy dźwiękach utworu "Ja Ciebie kocham" zespołu T.Love, dobiegającego z głośników potężnego SUV-a, podjeżdża śledzący go mężczyzna. Parkuje na prawie pustym podwórku, służącym w sezonie za ogródek piwny, w miejscu, z którego widzi jak na dłoni wnętrze lokalu. Nieopodal stoi już inny samochód. Mężczyzna, wyglądający jako żywo niczym bandzior dostarczający audi na wesele córki Wojnara, grany przez Pawła Wilczaka w filmie Wojciecha Smarzowskiego z 2004 roku, jest fanem wspomnianej postaci oraz wysłannikiem Walentyny, tajemniczej damy w czerni, uczestniczącej wcześniej w pogrzebie.
-Dzieje się coś? - Kobieta pyta swojego człowieka przez kodowaną aplikację.
-Wszedł do lokalu gastronomicznego o podwyższonym ryzyku dostania w mordę. Siedzi i medytuje nad kieliszkiem. Poza tym chyba ma towarzystwo.
-Gdzie wszedł?! Co za towarzystwo?! Chłopie, do cholery, wiem, że jesteś facetem, ale mów jak człowiek!
-Jest w szemranym barze i mam wrażenie, że koledzy w passacie przed lokalem obserwują go podobnie jak ja.
-No to pilnuj, żeby nic złego się mojej zabawce nie stało i melduj!
Przy słowach piosenki Skaldów, dobiegającej z barowych głośników, o nadchodzącej właśnie wiośnie: "Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy...", Walentyna kończy rozmowę, a jej uwagę natychmiast przyciąga przypadkowy młody chłopak, próbujący ją zaczepić.
-Cześć, mamuśka, chcesz się zabawić? - pyta młodzian, kładąc dłoń na ramieniu kobiety.
-Że co, proszę? - Walentyna zwraca swą twarz Evy Mendes w stronę chłopaka, marszcząc brwi.
-Bolca szukasz? - dopytuje dosadniej młodzieniec. Walentyna jednak stara się nie reagować na zaczepki młokosa.
-No, nie udawaj... - naciska chłopak, poczynając sobie coraz śmielej z pieszczotami. - Po co tutaj przyszłaś? Wszystkie się tutaj pojawiacie, jak macie chcicę.
Chłopak nie ma pojęcia, co tak naprawdę Walentyna robi w plażowym barze obsypanym piaskiem i przyozdobionym hawajskimi akcentami. I jak bardzo jej teraz przeszkadza w obserwacji swojego podręcznego bandziora i baru za zakolem zatoki, gdzie aktualnie przebywa Sebastian.
-No, pokaż, kotku, co masz w środku! - Chłopak nie przestaje jej nagabywać.
-W środku mam aktualnie kupę przechodzącą w zatwardzenie od twoich ciężkostrawnych tekstów! - zbywa go Walentyna i odwracając wzrok od chłopaka, zatapia usta w drinku.
-No, nie daj się prosić, mamuśka, wyliżę ci muszelkę wkoło... - Młodzian zamaszyście oblizuje swe usta.
-Dziękuję, muszlę mam na Gebericie, a nie z Koła... - Walentyna ostatkami cierpliwości stara się spławić młokosa.
-No chodź, stara dupo, nie daj się prosić, taka okazja może się prędko nie powtórzyć... - Z irytacją w głosie naciska.
-No dobra, kurwa, przekonałeś mnie, młody! - Walentyna spogląda lisim spojrzeniem w niebieskie oczy natarczywego mężczyzny.
"Pojawiłeś się w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu, przy niewłaściwej kobiecie, chłopcze. To nie twoja wina, że kieruje tobą kutas, jednak muszę się ciebie pozbyć, ciulku".
Upijam drinka do połowy i pytam chamlowelasa:
-Co proponujesz?
-Krzaczki za barem - oferuje mi.
-Romantycznie - odpowiadam, zabieram szpilki leżące razem z torebką w kącie lady barowej, po czym udajemy się razem na skraj lasku wdzierającego się na plażę. Za kilkoma rzędami drzew przedzielanych krzakami dostrzegam kamienny krąg, wewnątrz którego znajdują się pozostałości ogniska.
"Tak, to jest idealne miejsce" - stwierdzam w myślach.
-Sięgaj najpierw do portfela, mamuśka! - Smark zaczyna mieć wobec mnie żądania.
Wkurwia mnie tym ostatecznie. Kładę delikatnie dłoń na jego gładkim policzku i przesuwam wzdłuż słabo owłosionego torsu, przez pępek, aż do miejsca, w którym przestaje myśleć o kasie.
-Ściągaj ten kapelut i pokaż buźkę! - żąda ode mnie ten kutas.
-Leżeć! - rozkazuję i popycham go tak, że ląduje na plecach.
Młodzieniec próbuje się podnieść, ale stawiam stopę na jego torsie. On natychmiast za nią łapie i zaczyna pieścić łydkę, liżąc ją jak pies miskę. Podciągam sukienkę i siadam na jego twarzy z impetem.
W tym momencie dzwoni mój człowiek sprzed baru.
-Wysyłają kogoś do środka. Podejrzewam, że nie mają dla naszego Sebastiana kwiatów. Jakieś wytyczne?
Spoglądam z pogardą na twarz chłopaka między moimi udami. Wciąż myśli, że czeka go miła pieszczota. Obracam się szybko i zaciskam uda na jego szyi.
W międzyczasie wydaję polecenie przez telefon mojemu pomagierowi:
-Rób, co trzeba. Od dzisiaj bawisz się w żołnierzyka, czy co?!
Po zakończeniu rozmowy zajmuję się dalej amantem między moimi nogami. Wyciągam paczkę papierosów z torebki i odpalam cieniasa. Patrzę, jak chłopak traci oddech i wiarę w przeżycie ze mną czegoś miłego.
Gdy dociera do niego, że moje pieszczoty nie doprowadzą go do orgazmu, jest już za późno. Nie ma dość siły w ramionach, by rozewrzeć moje uda. Zamiast oporu dłonie chłopaka dają mi przyjemną pieszczotę. Jego szyja drży i pręży się, delikatnie, drażniąc wnętrze moich naprężonych ud. Rozkoszuję się ostatnimi chwilami mojego przypadkowego kochanka niczym modliszka. Wdycham leśną woń, zaciągając się cieniasem. Charczenie chłopaka wraz z piskami ptaków pieści moje uszy, a kępki trawy wchodzą mi między pośladki, ocierając się o nie w rytmie bioder rozbujanych w naszym śmiertelnym tańcu. Robię się wilgotna, zgodnie ze studenckim hasłem: "W dupie grunt, najważniejsze, że zaliczone". Zależy tylko, gdzie kto postawi przecinek. I ja, z odrobiną leśnego gruntu między pośladkami, mam zamiar postawić go na kurhanie tego głąba.
Szamotamy się jeszcze chwilę. W końcu naprężam się w ekstazie, moja ofiara wydaje ostatni pomruk i obydwoje opadamy na ziemię, rozgrzaną szalonym połączeniem naszych ciał i gorącym wiosennym dniem, zmierzającym ku swemu końcowi. Podobnie jak zmierza ku swemu końcowi ten młody samiec, który wpadł w moje modliszkowate objęcia.
Ciekawe, że nie wytrzymują nigdy dłużej niż do połowy papierosa. Dopalam do końca, sprawdzam, czy chłopak rzeczywiście wykorkował. Przetaczam trupa do kamiennego kręgu. Muszę szybko zmienić wygląd. Wywracam dwustronną sukienkę na drugą stronę. Rozwijam ją, by stała się dłuższa. Podobnie robię z rękawami. Rozpuszczam włosy. Ściągam buty, odłamuję obcasy i rzucam wraz z kapeluszem i okularami na ciało chłopaka. Wyciągam z torebki niewinnie wyglądający flakonik perfum. Choć pachną jak Chanel, to jednak nie są to perfumy, za to świetnie się palą. Dokładnie polewam substancją ciało nieboszczyka. Następnie otwieram obcasy moich zabójczych szpilek, z których wysypuję termit na wyrzucone rzeczy, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc na ciele mężczyzny dotykanych przeze mnie. Z drugiego obcasa wysypuję wyzwalacz, i już po chwili termit trawi ciało chłopaka do spółki z cieczą zapalającą. "Chciałeś się rozpalić, to się rozpaliłeś, słodki idioto". Ognisko płonie, trochę zalatując mięsem, a trochę stacją benzynową. Nic, tylko smażyć kiełbaski. Jedna na pewno się teraz usmaży. Jednak nie czekam, aż trup spłonie do reszty i szybko się oddalam, by obserwować, jak mój pomagier i Sebastian radzą sobie w barze.
***
Tymczasem Karolina, zamiast pójść na zakupy, udała się do baru, by nabrać odwagi przed wieczorną wizytą u szefowej. Wykłada przed siebie na blat zaproszenia do WaWy i snuje wyobrażenia o tym, jak może wyglądać jej wyjazd. Gdy ponownie uświadamia sobie, że nie ma komu dać jednego z nich, wypija drinka do końca. Potrzebuje jednak czegoś mocniejszego.
-Reload!
Energicznym zawołaniem dziewczyna odrywa barmana od rozmowy z Sebastianem, z którym sama spotyka się wzrokiem w tym momencie po raz pierwszy. Miłe ciepło przeszywa ją w dołku i zabiera do świata zakurzonych uczuć.
-Co podać? - Barman pyta bujającą w obłokach dziewczynę.
-Coś podobnego, tylko mocniejszego - odpowiada Karolina. Wracając na ziemię, przypatruje się z coraz większą uwagą Sebastianowi, który jakby stracił zainteresowanie nią na rzecz szklanki wirującej w jego dłoniach.
Romantyzm chwili ostatecznie dewastuje mężczyzna ze stojącego przed barem passata, wchodząc do lokalu z impetem.
-Najlepsze, co macie na barku, raz! Tylko bystrooo! - Rozkazującym tonem woła do barmana przybysz ubrany w bojówki i kurtkę khaki. - A może winc niż odin raz! - dodaje, mrugając w stronę Karoliny.
Karolina i Sebastian spoglądają na siebie ponad krewkim klientem. Mężczyzna wypija jednym haustem shota i odstawia ze stuknięciem szklaneczkę na blat. Otrzepuje się po drinku i rozgląda po sali. Kompletnie ignorując barmana, odwraca się w stronę Karoliny.
-Płaci pan, czy nalać kolejnego? - Pada pytanie zza baru.
-Dziengi po rabotce - stwierdza mężczyzna i łapie Karolinę za dłoń, po czym otula dziewczynę ramieniem i zaczyna pocierać kroczem o jej udo.
-Pójdiom na twoju komnatu, krasotko?
Zesztywniała kobieta siedzi, jakby była częścią hokera. Zaskoczona całą sytuacją nie reaguje, gdy dłoń mężczyzny wsuwa się coraz dalej pod jej spódnicę.
-Że co...? - To wszystko, co jest w stanie z siebie wydusić, gdy usta nachalnego typa zbliżają się do jej twarzy.
Sebastian odsuwa nienaruszonego drinka i odstawia obok portfela leżącego na barze. Już wstaje z krzesła, gdy słyszy, jak jeden z mężczyzn siedzących przy stoliku w głębi sali reaguje ostro:
-Zostaw ją!
-A ty kto?! Dupogard? - pyta nachalny amant, nie zaprzestając obmacywania Karoliny.
-Po prostu się od niej odwal, jeśli dziewczyna nie ma ochoty!
-Skąd wiesz, szto ona nie ma? Ty nie możet wyrwat gwozda z deski, eto nie znaczit, że mienia się nie udaczi - stwierdza oprych, przysuwając usta jeszcze bliżej twarzy Karoliny, która odsuwa się od niego jak może, wyciągając szyję do boku i zamykając przy tym oczy.
Spieszący z pomocą mężczyzna rzuca się na namolnego adoratora, jednak ten okazuje się szybszy. Łapie napastnika za ramiona i obraca, wykorzystując impet jego ataku. Uderza szczęką mężczyzny o bar. Na krewkiego amanta natychmiast rzuca się drugi z mężczyzn siedzących przy stoliku i zaczyna dociskać butnego oprycha do kontuaru. Nachalny adorator po chwili chwyta stojącą na blacie butelkę. Roztrzaskuje ją o rant kamiennego blatu, robiąc "tulipana" i jednym zamaszystym ruchem za swymi plecami rozcina szyję atakującego go mężczyzny. Jego ręka z trzymaną butelką nawet nie zdążyła powrócić, gdy przechwytuje ją Sebastian i szybkim ruchem wykręca za plecy oprycha, pacyfikując go. Lokal w jednej chwili pustoszeje.
***
W tym samym momencie człowiek Walentyny wychodzi z auta, by zająć się mężczyznami obserwującymi Sebastiana. Aktualnie wysiadają oni ze swojego samochodu, stojącego w zakątku przed barem.
"Ilu was wlazło do tego passata?" - myśli pomagier Walentyny na widok dwóch kolejnych oprychów opuszczających pojazd. Dwóch innych już wcześniej pobiegło na tyły budynku.
Mężczyzna wysiada ze swojego auta i udaje się w kierunku podejrzanych typów.
-Piękna dzisiaj pogoda, nieprawdaż? - pyta zaczepnie, podchodząc do mężczyzn stojących przy wejściu do baru, stylizowanym na burtę łodzi, i w miarę zapadających ciemności, coraz mocniej oświetlanym przez latarnię.
-Tak, piękna - odpowiada jeden z nich z ignorancją w głosie.
-Idealna na wpierdol... - Nie daje za wygraną wysłannik Walentyny.
-Spierdalaj gnojku, jak ci życie miłe! - ripostuje nerwowo drugi z mężczyzn i odchylając połę swej kurtki, pokazuje pistolet.
-Co za armata! Kompleksy czy syndrom wieku średniego? - pyta wysłannik morderczej damy dla odwrócenia uwagi i szybkim ruchem wyciąga glocka spod pachy zaskoczonego mężczyzny. Pomocnik Walentyny nie chce wywoływać hałasu strzelaniną. Wysuwa magazynek ze zdobytego pistoletu i zanim ten zdąży spaść na ziemię, solidnym kopniakiem posyła go w przypadkowym kierunku, i wykorzystując ów pistolet jako kastet, serwuje silny cios w szczękę drugiego mężczyzny, sięgającego właśnie po swoją broń, po czym szybko uchyla się przed atakiem właściciela rozładowanego glocka i wyprowadza cios w korpus napastnika, potem poprawia kolejnym. Jednak po chwili mężczyzna przed momentem trafiony w szczękę doskakuje do wysłannika diabolicznej Walentyny.
***
Sebastian wyprowadza obezwładnionego zbira, kierując się ku wyjściu z baru. Nagle czuje, jak jakiś twardy przedmiot dotyka jego brzucha. Okazuje się, że to wyprowadzany mężczyzna przykłada w okolice trzustki Sebastiana wyciągnięty drugą ręką pistolet.
-A teraz spokojnie wychodzisz z mienia i wsiadasz z nami do maszinu. Żywy ty więcej wart. Ty spokojny, kak drgniesz i martwik. Trup toże ma cenu - stwierdza mężczyzna, który celowo sprowokował Sebastiana do tego, żeby wyszli razem.
-Po co te wasze igry? - pyta Sebastian, przypominając sobie strzępki dawno nieużywanego języka.
-Kak by ja priszel i wyszed z tiebia pod pistoletom, to kak by to oni widieli? Konieczno jaka bladź zawołałaby milicję i byłby szum.
-Tak ja sdelal z ciebie bohatera. Ty dostaniet order. Posmertny - zaśmiewa się mężczyzna.
Sebastian spogląda w okna baru i zauważa w światłach latarni, że na zewnątrz coś się dzieje. Natychmiast popycha prowadzonego przez siebie mężczyznę w bok, ani na moment nie wypuszczając jego nadgarstka ze swojej dłoni. Obraca się z przeciwnikiem niczym w tańcu. Oddziela w ten sposób od siebie ciałem oprycha lufę jego pistoletu. Tak jak się tego spodziewa, zbir przekłada dłoń z bronią od dołu i kieruje lufę w jego stronę. Sebastian pociąga przeciwnika ku sobie. Mężczyźni łapią się ramionami i w półobrocie lądują między stolikami, a broń odbija gdzieś w głąb sali.
***
Człowiek Walentyny, pomimo chwilowego klinczu w ramionach przeciwnika, radzi sobie całkiem nieźle. Solidnym kopnięciem posyła jednego z mężczyzn w krzaki, a siła jego uderzenia sprawia, że razem z otulającym go ramionami drugim wrogiem ląduje na ścianie, przypierając go do niej. Plecy przygniecionego mężczyzny łamią rzeźbione deski układające się w kadłub łodzi. Sterczące z nich stalowe ozdoby wbijają się w jego grzbiet. Obolały wypuszcza z objęć wysłannika damy w czerni.
Z tyłu budynku nadbiega kompan mężczyzn z passata, zwabiony odgłosami szamotaniny. Rzuca się na pomagiera Walentyny, obalając go na ziemię. Obydwaj turlają się w stronę parkingu dla środków transportu osobistego. Człowiekowi Walentyny w trakcie szamotaniny udaje się nadziać przeciwnika na stojak. W tym samym czasie wykopany wcześniej w krzaki mężczyzna znajduje swój magazynek i uzbraja nim broń. Oddaje strzał, pocisk rozrywa zabezpieczenie jednej z hulajnóg i pojazd wypada wprost w ręce wysłannika kobiety. I ten, zadając po drodze nokautujący cios wrogowi podnoszącemu się ze stojaka, ucieka przed gradem kul kolegi oprycha osuwającego się na ziemię. Pomagier diabolicznej niewiasty, napędzany adrenaliną, wskakuje na hulajnogę. Odpycha się energicznie i wyjeżdża z poślizgiem na chodnik za barem biegnący wzdłuż ulicy przy plaży.
Mężczyźni, widząc, jak w tym momencie ich druh w barze dusi Sebastiana, nie czekają na rozwój wydarzeń. Zbierają z ziemi półprzytomnego kolegę i zostawiają resztę kompanów. Szybko wsiadają we trzech do samochodu i ruszają w pogoń za typem, który dał im się we znaki.
***
Przyduszany chwytem od tyłu Sebastian widzi, że faceci za oknem gdzieś znikają. Jego coraz bardziej mgliste spojrzenie pada na metalowy stolik. Wyciąga w jego kierunku nogi i z wysiłkiem zapiera stopy o konstrukcję, po czym pociąga mebel ku sobie. Stolik mija twarz Sebastiana o milimetry, czego nie można powiedzieć o twarzy przeciwnika. Silne uderzenie rozdziela mężczyzn. Jeden z nich łapie powietrze. Drugi w grymasie bólu trzyma się za szczękę. W jednym momencie obydwaj zwracają uwagę na broń leżącą pod jednym ze stolików, po czym spoglądają na siebie i rzucają się w jej kierunku. Ścierają się barkami niczym rugbiści. Impet rzuca ich na drugą stronę sali. Dewastują po drodze dalsze stoliki. Pomimo bólu wstają z podłogi niemalże jednocześnie. Zbir rzuca w stronę Sebastiana otwartą solniczkę, która odbija się od dłoni zaatakowanego. Część soli dosięga celu i oczy Sebastiana zaczynają nieznośnie piec i łzawić. Napastnik natychmiast to wykorzystuje i atakuje go serią ciosów. Atakowany upada w kąt. Krew zalewa mu oczy. Życiodajne krwinki neutralizują odrobinę działanie soli. Mężczyzna mruży powieki i zauważa, jak oprych schyla się po broń. Nie czeka na to, co zrobi z nią dalej. Częściowo po omacku ucieka na zaplecze kuchenne. Efektownym ślizgiem na plecach wjeżdża między nogi personelu w białych fartuchach, przy dźwięku rykoszetującego pocisku. Woń potraw miesza się ze strachem i okrzykami.
-Wszyscy do magazynu, szybko! - rozkazuje Sebastian i załoga kuchni, potrzebująca w tym momencie kogoś, kto nimi pokieruje, bez zbędnego ociągania wykonuje polecenie.
Sekundę później do kuchni wpada mężczyzna z pistoletem. Otwarte tylne drzwi pomieszczenia mylą jego czujność. Przekonany, że jego cel uciekł, podąża szybko ku wyjściu. Sebastian, ukryty pod blatem kuchennym, chwyta go za stopy i przewraca na podłogę. Pistolet wylatuje z dłoni zaskoczonego mężczyzny. Silny cios w szczękę obala go ostatecznie.
Facet pilnujący baru od zewnątrz, zwabiony dziwnymi odgłosami z wnętrza, pojawia się po paru chwilach w tylnym wyjściu z kuchni, po czym wyciąga broń i strzela w stronę Sebastiana. Ten osłania się powalonym przed momentem przeciwnikiem, jednocześnie sięgając po leżący obok pistolet. Intuicyjnym strzałem kończy żywot zabójcy w drzwiach. Okazuje się, że pocisk strzelca zlikwidowanego przez Sebastiana trafił prosto w głowę oprycha ogłuszonego wcześniej w kuchni.
Po wszystkim wyciera swoje odciski i pozostawia mężczyzn w ułożeniu sugerującym porachunki zakończone wzajemną egzekucją. W końcu o tym, co się wydarzyło, wie tylko on sam. Następnie ostrożnie wychodzi i szybko oddala się z baru.
***
Daria spokojnie dojeżdża do ronda, gdy nagle na tylnej kanapie jej samochodu, wśród kawałków stłuczonej gwałtownie szyby, ląduje obcy mężczyzna, a jego hulajnoga pod wpływem impetu uderzenia wzbija się w powietrze.
-Łooo skurwesyn! - pada z ust kobiety.
-Cholerne hulajnogi! - wykrzykują jednocześnie, po czym zadają sobie w jednej chwili to samo pytanie:
-Jak jeździsz, sieroto?!
-I sruuu, poleciała! - stwierdza Daria, poprawiając swoje designerskie okulary i obserwując, jak pojazd gościa ląduje kilkanaście metrów dalej, na środku trawiastego ronda.
-Orzeł wylądował! - oznajmia z uśmiechem niespodziewany pasażer i dodaje:
-Potrzebuję BlaBlaCara. Możesz?
-Karę to ja ci zaraz...
-Może da się posklejać... - uspokaja tymczasowy lokator tylnej kanapy, uprzedzając dalsze słowa, i wyciąga szkło z włosów.
-Dobra, dokąd potrzebujesz?
-Gdziekolwiek, byle w przód! - Mężczyzna rozgląda się wokoło i zatrzymuje wzrok na kobiecie o fizjonomii wypisz wymaluj Olgi Bołądź. - Klasa maturalna? - dodaje mimowolnie, wpatrzony w oczy kobiety połyskujące zza szkieł okularów. Tymi kilkoma słowami porusza zmysły Darii.
-Tak, mojej córki. - Daria powoli rusza.
-Na pewno urocza z niej dziewczyna. Jak to się stało, że już masz tak dojrzałą córkę? - Zafascynowany nie może oderwać wzroku od kobiety.
-Zwyczajnie, za pomocą seksu... - Pada nieco zbywająca odpowiedź, hamująca szczeniackie zaloty.
-To musi być szczęściarz... - Nie daje za wygraną mężczyzna.
-Był - burczy półgębkiem Daria, marząc coraz bardziej o pozbyciu się natrętnego gościa.
-Rozjechałaś go?
Daria hamuje i odwraca się z zamiarem zgromienia mężczyzny słowami: "Jeśli coś ci nie odpowiada, to...".
Jednak gdy jej wzrok po raz pierwszy spotyka się na dłużej ze spojrzeniem przypadkowego natręta, które emanuje pożądaniem, a nos kobiety pieści woń Sauvage Diora, z jej ust padają słowa:
-Jeżeli czegoś byś potrzebował na tę ranę...
-Nic poważnego, zaciąłem się przy goleniu. - Mężczyzna nie pozwala jej skończyć.
-Zawsze golisz się szybą w drzwiach samochodu?
-Czasami się zdarza, choć za tym nie przepadam, bo słabo je projektują pod tym kątem... - Z powagą odpowiada nieproszony gość, wywołując coraz intensywniejszy uśmiech na twarzy Darii, która wciąż słyszy w głowie tak miło zakamuflowany komplement a propos jej wieku. Nagle obydwoje zauważają reflektory samochodu za nimi.
***
Oszołomiona i roztrzęsiona zamieszaniem w barze Karolina wybiega natychmiast po tym, jak mężczyźni znikają w kuchni.
Dziewczyna wzywa taksówkę i dojeżdża pod dom szefowej. Zestresowana, po omacku płaci kierowcy. Sama nawet nie wie, ile mu dała, ale po uśmiechu mężczyzny można wywnioskować, że nie jest zawiedziony.
Po tym, co przeżyła przed chwilą, jest pewna, że nic, co mogłoby się wydarzyć w domu szefowej, już jej bardziej nie zdewastuje emocjonalnie.
Życie jednak potrafi być skurwysynem.
Po dotarciu na miejsce pociąga za sznurek obok futryny bogato zdobionych drzwi i wewnątrz willi rozlega się kurant informujący o nadejściu gościa. Otwiera jej kolega, ten, o którym nie raz fantazjowała w pracy. Mężczyzna wita ją promiennym uśmiechem i zaprasza do środka. Prowadzi dziewczynę do salonu urządzonego w zimnym, stalowo-betonowym stylu, gdzie nawet firany prezentują się jak ostrza gilotyny.
Okazuje się, że są już wszyscy.
***
Zgodnie z przewidywaniami mężczyzny z tylnej kanapy hyundaia Darii, samochodem jadącym za nimi okazał się passat z pasażerami o wrogich zamiarach. Zaskoczona kobieta instynktownie rusza, poganiana przez swojego "gościa". Zauważa w lusterku, że jej facet wyciąga broń i spogląda w tylną szybę. Światła przydrożnych latarni migają coraz szybciej w odbiciu jej okularów.
-Mam wrażenie, że nie mówisz mi o wszystkim - stwierdza Daria, zmieniając bieg.
-Masz rację, powinniśmy się lepiej poznać. Łowicz, Dżon Łowicz jestem. Po prostu Dżony.
-To słodko. A ja Daria. Mam jechać tak, żeby ten passat nas nie wyprzedził?!
-Dokładnie tak. Czym się zajmujesz na co dzień? - Dżony podtrzymuje rozmowę ze spokojem, jakby byli teraz na romantycznej kolacji, a nie w trakcie pościgu.
-Dzieci, praca, dom, zwyczajne życie. A ty co robisz? - Równie spokojnym tonem pyta go Daria, czym zaskarbia sobie jeszcze bardziej sympatię mężczyzny.
-W sumie to, co teraz. Sprzątanie, wykończeniówka. Generalnie pilnuję, żeby się wszystkim dobrze żyło.
-Przy pomocy gnata? - pyta kobieta.
-To jest magnum, a za pomocą gnata to ja... - urywa wypowiedź, zdziwiony, że wobec tej kobiety ma obiekcje, by zasunąć szczeniackimi i seksistowskimi hasłami. Jednak po chwili zbiera się w sobie i zaczyna dopingować ją za kierownicą: - Jedź, kochana, bo zaczęli zapierdalać!
Daria przyspiesza, a Dżony przy dźwiękach piosenki "Jestem kobietą", dobiegającej z radia, spogląda na pracę jej rąk na kierownicy i lewarku zmiany biegów oraz na napinające się łydki i uda, w których połowie kończy się czarna spódnica. Kruczoczarne włosy urzekająco falują na jej smukłych ramionach, gdy obraca głowę z powabnie zaciśniętymi ustami i zmrużonymi oczami pośród wirujących odłamków tylnej szyby, które przelatują wraz z pociskami pomiędzy nią a Dżonym.
Daria zjeżdża w bok i mknie w stronę ronda z kołem młyńskim pośrodku. Odbija z niego w prawo.
-Wybierasz się do Lidla? - pyta ją.
-Nie, dzisiaj nie sobota - odpowiada kobieta, po czym skręca pod prąd w jednokierunkową ulicę, która po kilkudziesięciu metrach łączy się łukiem z główną drogą. - Teraz się czegoś mocno złap! - krzyczy do swojego przypadkowego pasażera.
-Czego?! - pyta Dżony, gdy auto przeskakuje przez krawężnik.
Mężczyzna łapie prawy przedni fotel w objęcia. Obijając policzkiem zagłówek, wpatruje się jeszcze intensywniej w kobietę, oczarowany jej urokiem i umiejętnościami za kierownicą.
Daria pokonuje na przełaj trawiasty pagórek przy sklepowym parkingu z wyprofilowanym spadem, by ominąć korek przed skrzyżowaniem. Przemyka przez betonowe schody i wskakuje z impetem na środek drogi dwupasmowej między stacją kolejową a solarium.
Para mknie przed siebie długą prostą, jednak jadący za nimi passat wciąż nie odpuszcza.
-Kto ci dał prawo jazdy, dziewczyno? Powinni ci dać licencję pilota! - Czule bulwersuje się Dżony.
-Chwilowo nie mam - uśmiecha się Daria.
-Jak tak możesz jeździć bez prawka? To przecież karalne! - Żartobliwie dziwi się mężczyzna.
-Licencję mi zawiesili, nie prawko. Za jakieś podobno niezgodne z czymś tam latanie. Pierdolety generalnie jakieś - spokojnie wyjaśnia kobieta.
-Masz ładny uśmiech. - Współpasażer zmienia temat.
-Gdzie? Między kolanami? - pyta, widząc, jak wzrok mężczyzny błądzi po jej ciele.
-Podoba mi się kwiat rosiczki na twojej łydce. Piękna i zabójcza. Pewnie tak jak ty?
-Jak ja? Ja spokojna dziewczynka jestem - uśmiecha się Daria. - Spójrz lepiej w tył na nasze towarzystwo - stawia mężczyznę do pionu.
Samochód z najemnikami, pomimo wysiłków prowadzącej, zbliża się coraz bardziej.
-Zamierzasz tego w końcu użyć, czy tylko szpanujesz? - Kobieta pyta o broń, którą Dżony dzierży w dłoni, po czym dodaje: - Jeśli to drugie, to powiem ci, że już nie takie rzeczy widziałam w życiu.
-Lubisz słuchać Edyty? - pyta o wykonawczynię piosenki, która leci właśnie w radiu.
-Nie przeszkadza mi - odpowiada Daria i zmienia nagle pas, widząc we wstecznym lusterku, jak jeden z mężczyzn w passacie przymierza się do strzału.
Dżony, podjudzony kobiecymi słowami, instynktownie strzela w kierunku najeźdźców.
-Brawo, chłopaki nie posłuchają już radia - komentuje Daria po tym, jak strzał towarzysza zrywa antenę z dachu ich samochodu.
-Mierzony - broni się Łowicz.
-Tak, jasne.
-Jak słońce - potwierdza mężczyzna.
-Jak tak, to powtórz! - Daria prowokuje pasażera do dalszego ostrzału.
-Chętnie, ale nie mają więcej antenek.
W tym momencie wrogi pocisk przemyka obok ucha Dżony'ego i roztrzaskuje radio, kończąc występ piosenkarki. "Chyba Klementyna strzeliła, ona nigdy nie lubiła jej głosu" - mężczyzna wspomina w myślach swoją byłą dziewczynę.
-My też nie posłuchamy... - Daria krzywi się na widok przestrzeliny w radiu.
-Posłuchamy - stwierdza Łowicz, wyciągając telefon.
W tym momencie kolejny pocisk przeszywa wyświetlacz jego smartfona.
-Wilhelm Tell - stwierdza prowadząca pojazd z odrobiną szyderstwa.
-Kto? - Dżon przygląda się współtowarzyszce przez dziurę w telefonie.
-Nie znasz legendy o Tellu? - Daria manewruje samochodem, unikając kolejnych pocisków. - To ten, co strzelał z kuszy do jabłka postawionego na głowie jego syna, Waltera. A ty masz, znaczy się miałeś, apple'a i tak mi się skojarzyło.
-Tell...ejfon to mi rozpieprzyli właśnie i nie używam Waltera tylko magnum. Sukinsyny! Sam Sung wam teraz nie pomoże! - wścieka się Dżony. I dodaje spokojniej: - A legendę znam lepszą. O takiej jednej, co wyszła z morskiej piany - czaruje dalej Darię i odrzucając na bok resztki aparatu, wyciąga zza pazuchy pendrive'a. - Czas na środki ostateczne! - Mężczyzna wciska nośnik w gniazdo radia, którego wyświetlacz wciąż jednak daje oznaki życia, i po chwili z głośników obstrzelanej kony dobiegają pierwsze słowa najnowszego hitu Łajza Menellego o miłości koksu do botoksu na siłce w Skierniewicach.
"Z morskiej piany, hmm..." - Daria wspomina słowa czarującego pasażera, spoglądając na gaśnicę, po czym pyta bojowo mężczyznę: - Lubisz strzelać do rzutek?!
Po zadaniu tego pytania kobieta otwiera szyberdach, łapie gaśnicę i wyrzuca ją z wyczuciem. Jednocześnie wciska pedał gazu do podłogi. Samochód wyrywa się do przodu, Dżony namierza szybko cel. Kierowca passata robi nagły unik, zauważając nadlatujący przedmiot.
"Idealnie" - myśli w duchu Łowicz i oddaje dwa strzały. Gaśnica eksploduje niemalże na przedniej szybie passata.
-Znowu nie trafiłeś? - pyta uszczypliwie Daria.
-Trafiłem idealnie.
-Taaa, za drugim razem.
-Za pierwszym. - Pewny siebie Dżony chowa broń i dodaje: - Pasek dostał w pasek.
Samochód z najemnikami zaczyna tańczyć na drodze, kierując się do rowu. Atmosfera we wnętrzu auta nie jest zbyt ciekawa.
-Kak jadziosz, idiot?! - pyta kierowcę jeden z pasażerów, gdy samochód kończy swoje harce po zjechaniu z drogi, wyłamując bramę Szkolnego Ośrodka Sportowego.
-Kak z granatom przed mordą... - Ten odpowiada, bezskutecznie próbując ponownie uruchomić samochód.
Po szalonych chwilach Daria uspokaja jazdę. Nabiera powietrza w płuca i wypuszcza powoli. Delektuje się delikatnie zapadającym mrokiem, płoszonym światłami miasta, które zalewają asfalt przed maską jej samochodu.
-No ładnie. Popękana szyba, brak gaśnicy. Mandat jak złoto - drwi czule mężczyzna, przyglądając się jej twarzy w resztkach rozstrzelanego lusterka.
-Jak się nie przymkniesz, to sprawdzisz, co jest w apteczce - odgraża się Daria.
-O, to masz jeszcze? Szkoda, że jej też nie wyrzuciłaś razem z gaśnicą. Mieliby czym teraz opatrywać ból dupska po tym, jak szlag trafił ich rozrząd.
-Tak, rozrząd... Muszę się zastanowić, co z tobą teraz zrobić - kobieta mruczy pod nosem, skręcając w boczną uliczkę tak agresywnie, że Dżony przelatuje przez całą szerokość tylnej kanapy.
***
-Silnik martwiot - stwierdza jeden ze zbirów, spoglądając pod maskę passata.
-Coże spierdoleno? - pyta drugi.
-Ten sabakisyn go prestelil - mówi pierwszy, przyglądając się przestrzelinie w masce oraz paskowi rozrządu w dwóch kawałkach.
-Szto ty, kurwa, delasz? Dzwonisz po asistansa? - Pada pytanie do trzeciego mężczyzny, siedzącego ciągle we wnętrzu uszkodzonego samochodu z telefonem w dłoni.
-Ech, kagda wy duraki jebali w vozduk, tak ja jebnął im w kufra ustrojstwo z GPS-em.
***
Karolina siedzi w kuchni, dochodząc pomału do siebie. Towarzystwa dotrzymuje jej kolega, o którym przez ostatnie tygodnie myślała, przychodząc do pracy. Każdy dzień był dla niej z jednej strony ciosem w serce, gdy widziała jego brak zdecydowania, a z drugiej strony balsamem dla duszy, gdy dostrzegała jego spojrzenie, pieszczące jej wdzięki. Każdy taki moment kończył się trudnymi przemyśleniami, wyciskającymi wilgoć z jej oczu przed snem. Remik nie sprawiał nigdy wrażenia nieśmiałego, jednak ciągle byli tylko na "cześć".
Z drugiej strony intryguje ją teraz także mężczyzna z baru. "Tamten to chyba nie miałby oporów, by przez ten cały czas, którego nie odważył się dotąd wykorzystać Remik, podejść do mnie i zaprosić na randkę" - myśli w duchu Karolina, obserwując swojego kolegę. Ba, nawet na pewno by to zrobił, gdyby nie typ z bronią. Czy on w ogóle przeżył? Oto jest pytanie. Nie umiejąc sobie na nie odpowiedzieć, dziewczyna wzdycha tylko głęboko i katuje się kolejnymi myślami o tym, jak to nie ma w ogóle szczęścia do mężczyzn. Jest przekonana, że faceta z baru na pewno już nigdy nie zobaczy ani nie poczuje jego piorunującego spojrzenia. Tak bardzo pragnie, żeby ją teraz ktoś przytulił.
-Karolina... - Wymarzony mężczyzna, siadając obok, wypowiada jej imię w tak miły sposób, że wszystkie myśli dziewczyny uciekają gdzieś daleko i wracają, wypiekając rumieńce na jej twarzy, jak u nastolatki odkrywającej przyciąganie międzypłciowe. Remik przysuwa się bliżej i kładzie swoją dłoń na jej dłoni.
Co do cholery?! Czy ja śnię? Facet nie dawał żadnych oznak zainteresowania, a teraz tak? Przyciągnęłam go myślami, czy co?
Gdy nagle czuję jego drugą dłoń na kolanie, zrywam się jak spłoszona łania.
-Karolina, wszystko w porządku? - pyta, trzymając mnie dalej za dłoń. Nie pozwala mi opuścić kuchni.
Pomimo że jestem wystraszona jego nagłą nachalnością, to jednak nie chcę nigdzie pójść. Tylko nie wiem, czy powinnam mu pozwolić na więcej. A może faktycznie nie ma powodu, by zachowywać się tak strachliwie?
Zostaję.
-Chodź... - Pociąga mnie delikatnie w swoją stronę.
Obracam się do niego. Jesteśmy tak blisko... Ciepły szal jego oddechu oplata moją szyję.
-Jesteś taka piękna - czule szepcze w moje ucho, tuli do niego swoje usta, po czym podąża drobnymi i delikatnymi pocałunkami w stronę dekoltu.
Od dawna się tak nie czułam. Otwieram przymknięte oczy, by upewnić się, że po brodzie łaskoczą mnie faktycznie włosy mężczyzny.
No właśnie, mężczyzny! Aż wstyd mi się samej przed sobą przyznać, jak z powodu braku męskiej czułości dawałam sobie dotąd rozkosz samotnie. Wygląda na to, że to już przeszłość. Moje piersi...
Nagle w korytarzu słychać piskliwy głos szefowej, brutalnie przerywający ekstatyczne poczucie nabrzmiewania moich twardniejących sutków.
Jak nie jakiś kutas z pistoletem, to znowu to babsko-żabsko musi dewastować moje miłe momenty!
-Ach, tutaj jesteście! - rechocze, spoglądając na nas, stojących jak niewiniątka po przeciwnych stronach kuchni, po czym dodaje: - Karolina, zacznij nosić stanik!
"Ale ja przecież..." - rozwijam myśl w duchu, nie rozumiejąc przesłania jej słów. Spoglądam odruchowo na biust. I faktycznie, moje sutki sterczą gotowe, by bóść torreadora z minetą, to znaczy z muletą. Nie mogę się skupić na nikim poza Remkiem i wypukłości w jego spodniach mówiącej tym samym tonem, co moje sutki.
-Zaraz przyjdziemy, Karolina pomoże mi tylko z sałatką - odpowiada.
"O tak, już czekam, żeby ci pomóc, nawet nie wiesz jak bardzo!" - moje myśli szaleją na fali pożądliwych pragnień.
Odczekujemy moment po wyjściu szefowej. Po chwili zwieramy się w uścisku, splatając językami i ramionami. Twardość Remka przyjemnie pieści okolice moich podwiązek. Nos urzeka mieszanina jego perfum oraz przygotowywanej sałatki, a wilgoć powoli wypełnia już nie tylko moje oczy...