Krwawa Róża - Nicholas Eames

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

TAR­GO­WI­SKO POTWO­RÓW

Pam czę­sto sły­szała od matki, że w jej piersi drze­mie serce Wyldu.

- To zna­czy, moje dziecko, że jesteś marzy­cielką. I wędrow­cem, zupeł­nie jak ja.

- A to z kolei zna­czy, że powin­naś zacho­wać szcze­gólną ostroż­ność - zwykł doda­wać ojciec. - Serce Wyldu potrze­buje jasnego umy­słu, który zdoła nad nim zapa­no­wać, i sil­nej ręki do obrony.

Matka uśmie­chała się wtedy.

- Ty jesteś tą silną ręką, Tuck. A Bra­ni­gan jasnym umy­słem, o któ­rym wspo­mnia­łeś.

- Bra­ni­gan? Wiesz, że bar­dzo go lubię, ale twój brat żarłby żółty śnieg, gdyby mu tylko ktoś powie­dział, że ma smak whi­sky.

Śmiech matki brzmiał we wspo­mnie­niach Pam jak naj­pięk­niej­szy śpiew. Czy jej ojciec umiał się tak cie­szyć? Chyba nie. Tuck Hash­ford ni­gdy nie nale­żał do wesoł­ków. Ani przed­tem, zanim serce Wyldu przy­wio­dło jego żonę do zguby, ani tym bar­dziej póź­niej.

- Dziew­czyno! Hej, dziew­czyno!

Pam otwo­rzyła oczy.

Zaro­śnięty kupiec o mocno prze­rze­dzo­nych siwych wło­sach spo­glą­dał na nią z góry.

- Coś mi się widzi, że za młoda jesteś na awan­tur­niczkę.

Wypro­sto­wała się, jakby wyż­szy wzrost czy­nił ją doro­ślej­szą.

- I co z tego?

- Co z tego? - Podra­pał się po łysi­nie zdo­bią­cej czu­bek głowy. - Co cię spro­wa­dza na tar­go­wi­sko potwo­rów? Nale­żysz do jakiejś grupy czy coś?

Pam nie była najem­niczką. Nie potra­fiła wal­czyć. Umiała wpraw­dzie posłu­gi­wać się łukiem, ale tę umie­jęt­ność posiadł każdy człek o dwu spraw­nych rękach i obojgu dobrych oczach. Poza tym Tuck Hash­ford miał jedną, za to żela­zną zasadę doty­czącą ewen­tu­al­nego wstą­pie­nia córki w sze­regi najem­ni­ków, a brzmiała ona bar­dzo pro­sto i jasno: "Nie ma, kurwa, mowy".

- Tak - skła­mała teraz Pam. - Należę do pew­nej grupy.

Kupiec zmie­rzył podejrz­li­wym spoj­rze­niem sto­jącą przed nim wysoką, szczu­płą i bez wąt­pie­nia pozba­wioną broni dziew­czynę.

- Doprawdy? A jak ją zwą?

- Oddech Szczura.

- Oddech Szczura? - Twarz męż­czy­zny roz­ja­śniła się jak okna bur­delu po zmroku. - To naprawdę świetna nazwa dla grupy! Wal­czy­cie jutro na are­nie?

- Jasne. - Kolejne kłam­stwo, ponie­waż łgar­stwa, jak zwykł mawiać wujek Bra­ni­gan, są niczym kie­li­chy kaskar­skiej gorzałki: star­czy, że po nie się­gniesz, a ni­gdy nie skoń­czy się na jed­nym. - Przy­szłam tutaj, by pod­jąć decy­zję, z czym mam wal­czyć.

- Lubisz wie­dzieć, co w tra­wie pisz­czy, nie? Inne grupy wysy­łają zazwy­czaj pro­mo­to­rów, by ci dogry­wali szcze­góły wystę­pów. - Kupiec poki­wał z podzi­wem głową. - Podoba mi się twoje podej­ście! Nie traćmy czasu na gada­nie! Mam tu potwora, który zmrozi krew w żyłach widzów, a z Odde­chu Szczura uczyni naj­bar­dziej znaną grupę stąd do Let­niego Bazaru! - Męż­czy­zna pod­szedł do prze­sło­nię­tej klatki i jed­nym ruchem zdarł z niej płachtę gru­bego płótna. - Oto i on! Sam nie­ustra­szony bazy­li­szek!

Pam nie widziała ni­gdy wcze­śniej praw­dzi­wego bazy­liszka, lecz wie­działa o tych stwo­rze­niach wystar­cza­jąco dużo, by na pierw­szy rzut oka zro­zu­mieć, że na pewno nie ma do czy­nie­nia z przed­sta­wi­cie­lem tego gatunku.

Patrzyła na naj­zwy­klej­szego kur­czaka.

- Kur­czak?! - Kupiec wyglą­dał na ura­żo­nego, gdy podzie­liła się z nim tym spo­strze­że­niem. - Gdzie ty masz oczy, dziew­czyno? Spójrz na jego roz­miary!

Kur­czak był wielki, nie da się ukryć. Miał pióra poma­lo­wane czarną farbą i dziób wyma­zany krwią, co nada­wało mu zło­wiesz­czy wygląd, jed­nakże Pam nie dała się zwieść.

- Bazy­li­szek zamie­nia czło­wieka w kamień samym spoj­rze­niem - zauwa­żyła przy­tom­nie.

Kupiec wyszcze­rzył się jak myśliwy, na któ­rego oczach zdo­bycz wpa­dła w zasta­wioną pułapkę.

- Ale tylko wtedy, gdy tego chce, paniu­siu! Każda psz­czoła może użą­dlić, nie­praw­daż? A robią to tylko te, które są roze­źlone. Skunks zawsze ma przy sobie śmier­dzi­dło, ale pry­ska nim tylko wtedy, gdy go zasko­czyć! No spójrz na to! - Wsu­nął dłoń do klatki, by wyjąć ocio­sany kamień z grub­sza tylko przy­po­mi­na­jący wie­wiórkę. Pam uznała, że nie ma sensu wspo­mi­nać o cenie wypi­sa­nej na jego spo­dzie kredą. - Ten dopadł już dzi­siaj jedną ofiarę! Strzeż się...

Kur­czak zagda­kał w tym momen­cie, skar­żąc się na ode­bra­nie jedy­nego przy­ja­ciela.

Pomię­dzy Pam i kup­cem zawi­sła gęsta i bar­dzo nie­zręczna cisza.

- Chyba już pójdę - oznaj­miła po chwili dziew­czyna.

- Niech Glifa będzie z tobą - odparł zdaw­kowo męż­czy­zna, nakry­wa­jąc ponow­nie klatkę z kur­cza­kiem.

Pam weszła głę­biej w tar­go­wi­sko potwo­rów zwane ulicą Wapienną, zanim areny zaczęły wyra­stać w oko­licy jak grzyby po desz­czu, przy­cią­ga­jąc wszel­kiej maści kan­cia­rzy i kra­ma­rzy. Była to długa i pro­sta aleja, jak więk­szość arte­rii w cen­trum Ard­burga. Dzi­siaj ota­czały ją z obu stron drew­niane zagrody, żela­zne klatki i wykopy oko­lone siat­kami z drutu kol­cza­stego. Zazwy­czaj nie było tutaj zbyt tłoczno, jed­nakże następ­nego dnia miały się zacząć występy, tak więc i do grodu ścią­gnęło z całego Gran­du­alu sporo naj­zna­mie­nit­szych grup.

Tuck Hash­ford miał także zasadę doty­czącą krę­ce­nia się jego córki w pobliżu tar­go­wi­ska potwo­rów, któ­rej­kol­wiek areny i najem­ni­ków w ogóle, a brzmiała ona, rzecz jasna: "Nie ma, kurwa, mowy".

Mimo to dziew­czyna czę­sto obie­rała tę trasę w dro­dze do pracy, choć by­naj­mniej nie dla­tego, że tędy było bli­żej i szyb­ciej. Na tar­go­wi­sku przy­śpie­szało jedy­nie jej serce. Odczu­wała strach i eks­cy­ta­cję. Przy­po­mi­nała sobie opo­wie­ści snute przez matkę - o dale­kich wypra­wach i nie­sa­mo­wi­tych przy­go­dach, o strasz­li­wych bestiach i dziel­nych boha­te­rach, takich jak jej ojciec i wujek Bra­ni­gan.

Przej­ście przez tar­go­wi­sko było dla niej sub­sty­tu­tem hero­icz­nych prze­żyć, ponie­waż zda­wała sobie sprawę, że dokona żywota, poda­jąc napitki i przy­gry­wa­jąc na lutni za przy­sło­wio­wego mie­dziaka.

- Spójrz tylko! - krzyk­nęła wyta­tu­owana Narme­eryjka, gdy Pam ją mijała. - Szu­kasz może ogrów? Mam ogry! Pro­sto ze wzgórz Ogro­dzieńca! Dzi­kie jak szlag!

- Maaaan­ty­ko­ooora! - darł się Pół­noc­nik o wygo­lo­nym na łyso cze­re­pie i strasz­nych bli­znach szpe­cą­cych twarz. - Maaaan­ty­ko­oora!

Za nim naprawdę znaj­do­wała się żywa man­ty­kora. Jej bło­nia­ste skrzy­dła spę­tano łań­cu­chami, kol­cza­sty ogon owi­nięto pasami gru­bej skóry, a w pysk wsa­dzono wędzi­dło, lecz pomimo tych wszyst­kich oznak znie­wo­le­nia jakimś cudem wciąż budziła grozę.

- Wargi z Zimo­wych Lasów! - zachwa­lał kolejny kupiec, prze­krzy­ku­jąc chór podob­nych gło­sów. - Zro­dzone w Wyldzie, wycho­wane na far­mie!

- Gobliny! - skrze­czała sta­ru­cha ze szczytu umiesz­czo­nej na wozie żela­znej klatki. - Kupuj­cie gobliny! Po marce za sztukę albo tuzin za dzie­sięć marek!

Pam zaj­rzała do klatki. Wypeł­niały ją brudne małe stwo­rze­nia, z któ­rych więk­szość była prze­raź­li­wie chuda, wręcz zagło­dzona. Dziew­czyna wąt­piła, aby nawet tuzin takich prze­ciw­ni­ków zachę­cił kogo­kol­wiek do obej­rze­nia walki.

- Ejże! - wydarła się z góry sta­ruszka. - To nie stra­gan z kiec­kami, dziewko! Kupuj goblina albo już cię tu nie ma!

Pam zasta­na­wiała się przez moment, co powie­działby ojciec, gdyby wró­ciła do domu z gobli­nem na smy­czy, a że tylko jedna reak­cja przy­szła jej na myśl, uśmiech­nęła się pod nosem, mam­ro­cząc: "Nie ma, kurwa, mowy".

Poszła dalej, prze­ci­ska­jąc się przez tłum pro­mo­to­rów i miej­sco­wych awan­tur­ni­ków, któ­rzy tar­go­wali się zawzię­cie z wybra­nymi kup­cami i obdar­tymi kaskar­skimi łow­cami. Sta­rała się jak mogła, by nie roz­dzia­wiać za sze­roko gęby na widok co bar­dziej impo­nu­ją­cych oka­zów i pro­wa­dza­ją­cych je na uwięzi ludzi. A ujrzała mię­dzy innymi kilka wiel­kich trolli, któ­rym obło­żono sre­brem rany po pouci­na­nych koń­czy­nach, by te nie mogły odro­snąć. Opo­dal stał masywny ettin, któ­remu bra­ko­wało jed­nej z głów. Parę kro­ków dalej prę­żyła się gor­gona o pokry­tej wężami gło­wie, przy­kuta za szyję do pobli­skiej ściany. Czarny rumak zio­nął ogniem w twarz głupca, który usi­ło­wał zaj­rzeć mu w zęby.

- Pam!

- Wierzba! - Potruch­tała do kramu przy­ja­ciela, opa­lo­nego na ciemny brąz i bar­dzo wyso­kiego jak na wyspia­rza z Jedwab­nego Wybrzeża.

Już pod­czas pierw­szego spo­tka­nia zauwa­żyła, że Wierzba to dziwne miano jak na chłopa jego wzro­stu, w odpo­wie­dzi jed­nak usły­szała, że wspo­mniane drzewo rzuca cień na wszystko wokół, co - jak się zasta­no­wić - miało sens w odnie­sie­niu do jego roz­mia­rów.

Czarne loki Wierzby zafa­lo­wały, gdy pokrę­cił zde­cy­do­wa­nie głową.

- Znowu idziesz przez tar­go­wi­sko potwo­rów? Co by na to powie­dział stary Tuck, gdyby cię tu zoba­czył?

- Oboje znamy odpo­wiedź na tak posta­wione pyta­nie - odparła, szcze­rząc zęby. - Jak idzie han­del?

- Kwit­nąco! - Zama­szy­stym gestem wska­zał skrzy­dlate węże za swo­imi ple­cami, trzy­mane w wikli­no­wych klat­kach. - Już nie­długo każdy miesz­ka­niec Ard­burga będzie posia­dał wła­snego zanto! Dosko­nale się nadają na zwie­rzaki domowe. Świetni towa­rzy­sze zabaw dla dzieci, o ile tym dru­gim nie prze­szka­dza żrący jad, któ­rym moje cudeńka mogą plu­nąć im w oczy w każ­dej chwili... W dodatku tutej­sze chłody są dla nich zabój­cze, więc żaden nie prze­trwa dłu­żej niż mie­siąc... - Podra­pał się po gło­wie. - Następ­nym razem chyba przy­wiozę z wysp homary. Te powinny iść jak świeże bułeczki.

Pam przy­tak­nęła skwa­pli­wie, choć nie miała poję­cia, o jakich bestiach mowa.

Wierzba gme­rał pal­cami w jed­nym z licz­nych musz­lo­wych naszyj­ni­ków, któ­rymi się przy­stroił.

- Hej, sły­sza­łaś nowiny? Ponoć poja­wiła się nowa horda. Na pół­noc od Crag­moor, na pust­ko­wiach Bru­malu. Pięć­dzie­siąt tysięcy potwo­rów z pie­kła rodem wyru­szyło na pod­bój Gran­du­alu. Powia­dają, że prze­wo­dzi im olbrzym o imie­niu...

- ...Grom - dokoń­czyła za niego Pam. - Pra­cuję w tawer­nie, pamię­tasz? Ile­kroć w mie­ście poja­wia się nowa plotka, ja pierw­sza ją sły­szę. Wiesz, że suł­tana Narme­eru to tak naprawdę chło­pak noszący kobiecą maskę?

- To nie może być prawda.

- I że ta szwaczka z Ruther­fordu, która zadźgała męża, twier­dzi, iż jest nowym wcie­le­niem Kró­lo­wej Zimy?

- W to także wąt­pię.

- A co powiesz na to, że...

Dal­sze słowa zagłu­szyła gło­śna wrzawa. Oboje odwró­cili się jak na komendę w stronę naj­bliż­szego skrzy­żo­wa­nia.

- Zdaje się, że kolejna grupa dotarła do mia­sta. I to nie byle jaka - wes­tchnął Wierzba. Gdy dziew­czyna zer­k­nęła na niego bła­gal­nie, rzu­cił: - Idź. I pozdrów ode mnie Krwawą Różę.

Pam obda­rzyła przy­ja­ciela uśmie­chem, po czym pognała przed sie­bie. Po dro­dze musiała wymi­nąć kudła­tego yethika. Moment póź­niej prze­śli­zgnęła się mię­dzy wście­kłym łowcą a draż­nią­cym go awan­tur­ni­kiem; udało jej się to dosłow­nie mgnie­nie oka przed tym, nim ten pierw­szy powa­lił dru­giego zaska­ku­ją­cym cio­sem w nos. Dotarła do skrzy­żo­wa­nia, zanim pierw­szy z wozów się na nie wto­czył, mogła więc go powi­tać, sto­jąc w pierw­szym sze­regu tłumu gapiów.

- Hej, uwa­żaj, gdzie le... - Chło­pak w jej wieku, z orlim nosem i szopą jasnych wło­sów, posłał ura­żone spoj­rze­nie pro­sto w jej uśmiech­niętą twarz, który to widok musiał uznać za uro­czy, ponie­waż szybko dodał: - Wybacz. Dla tak pięk­nej dziew­czyny zawsze znaj­dzie się miej­sce obok mnie.

No, no, pomy­ślała.

- Dzięki - odparła z prze­sad­nie rado­snym uśmie­chem, powstrzy­mu­jąc się przed prze­wró­ce­niem oczami.

- Przy­szłaś zoba­czyć najem­ni­ków? - zapy­tał.

Nie, dur­niu, chcia­łam zoba­czyć, jak konie srają, odpo­wie­działa w myślach.

- Ow­szem.

- Ja też - ucie­szył się, po czym dło­nią pokle­pał prze­wie­szoną przez ramię lut­nię. - Jestem bar­dem.

- Naprawdę? Któ­rej grupy?

- Cóż, na razie żad­nej, ale to tylko kwe­stia czasu.

Przy­tak­nęła auto­ma­tycz­nie, sku­pia­jąc całą uwagę na prze­ta­cza­ją­cym się opo­dal wozie, który był chyba więk­szy od chaty. Obwie­szono go wypra­wio­nymi skó­rami i zaprzę­gnięto w parę bia­łych wło­cha­tych mamu­tów, z któ­rych kłów zwi­sały barwne pro­porce. Najem­nicy będący wła­ści­cie­lami tego środka trans­portu zgro­ma­dzili się wokół usta­wio­nej na dachu przy­sa­dzi­stej wieży oblęż­ni­czej, skąd machali obna­żo­nymi klin­gami wiwa­tu­ją­cemu na ich cześć tłu­mowi.

- To Pogromcy Olbrzy­mów - ode­zwał się sto­jący obok chło­pak, jakby naj­zna­mie­nitsi syno­wie pół­nocy potrze­bo­wali pre­zen­ta­cji.

Najem­nicy - sami bar­czy­ści i bro­daci Kaska­ro­wie - byli regu­lar­nymi klien­tami tawerny, w któ­rej pra­co­wała Pam, dla­tego ich lider poma­chał do niej przy­jaź­nie, gdy wóz mijał miej­sce, gdzie stała. Samo­zwań­czy bard nie prze­oczył tego faktu i natych­miast sam spoj­rzał na nią z nie­skry­wa­nym podzi­wem.

- Znasz Alka­ina Tora?

Pam wbrew sobie zigno­ro­wała ton jego głosu i odburk­nęła zwięźle:

- Jasne.

Chło­pak zmarsz­czył czoło, ale nie powie­dział nic wię­cej.

Potem ulicą prze­to­czyło się jesz­cze ze stu najem­ni­ków. Jedni jechali konno, dru­dzy szli pie­szo. Pam roz­po­znała wśród nich człon­ków kilku innych grup zna­nych jej z Naroż­nika, takich jak: Dzika Kiszka, Czarno-Czarni, Dzi­kusy i Kosz Mary. Z tej ostat­niej ekipy bra­ko­wało dwóch chło­pa­ków, któ­rych zastę­po­wał arach­nia­nin w sta­lo­wej zbroi pły­to­wej.

- Hołota - rzu­cił chło­pak, po czym zamilkł, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc, aż Pam poprosi go, by wyja­śnił, o co mu cho­dzi. Gdy dziew­czyna się nie ode­zwała, sam dodał: - Więk­szość mniej zna­nych najem­ni­ków będzie napa­rzała się tej nocy ze śmiet­ni­ko­wymi skrza­tami na dzie­dziń­cach gil­dii lub pry­wat­nych are­nach. Ale te lep­sze grupy, jak na przy­kład Pogromcy Olbrzy­mów czy też Baśń, tra­fią jutro do Wąwozu, gdzie wystą­pią przed tysią­cami widzów.

- Do Wąwozu? - pod­chwy­ciła Pam.

Dosko­nale wie­działa, do czego odnosi się ta nazwa, lecz uznała, że skoro ten nadę­ciuch ma ją zaga­dy­wać, ona może przy­naj­mniej wybrać temat roz­mowy.

- Mówię o głów­nej are­nie Ard­burga - nawi­jał chło­pak, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem ogon kara­wany. - W sumie to nic, na czym by warto oko zawie­sić. Nie umywa się do aren wznie­sio­nych na połu­dniu. Byłem zeszłego lata w Pię­cio­dwo­rze, wiesz? Ich arena jest naj­więk­sza na świe­cie. Nazy­wają ją...

- Patrz­cie! - zawo­łał ktoś, ratu­jąc Pam przed koniecz­no­ścią zatka­nia dło­nią ust nowo pozna­nemu towa­rzy­szowi, który ani myślał zamilk­nąć. - To Baśń!

Do skrzy­żo­wa­nia zbli­żał się zaprzęg cią­gniony przez osiem wiel­kich koni chro­nio­nych smo­czymi ladrami z brązu. Sam wóz bojowy miał kształt for­tecy toczą­cej się na szes­na­stu kamien­nych kołach, jego okna chro­niły sta­lowe osłony, a z burt zwi­sały gęsto nabi­jane kol­cami łań­cu­chy. Zada­sze­nie zdo­biły pordze­wiałe kre­ne­laże, w każ­dym z czte­rech naroż­ni­ków zaś osa­dzono wie­życzki z kuszami.

Kątem oka Pam dostrze­gła chło­paka, który co rusz pro­sto­wał się dum­nie i nady­mał pierś jak samiec żaby pod­czas wio­sen­nych godów.

- To Reduta Bun­tow­ni­ków - oznaj­miła, zanim jej towa­rzysz zdą­żył ją poin­for­mo­wać o kolej­nym dosko­nale jej zna­nym fak­cie. - Należy do Baśni, grupy, która powstała cztery i pół roku temu, ale już jest uzna­wana za naj­bar­dziej znaną ekipę najem­ni­ków na świe­cie. Wiesz, jak jest - dodała pro­tek­cjo­nal­nym tonem. - Zde­cy­do­wana więk­szość grup wal­czy wyłącz­nie na are­nach. Jeż­dżą z mia­sta do mia­sta i podej­mują się poko­na­nia wszyst­kiego, co schwy­tali miej­scowi łowcy. I świet­nie, ponie­waż tym spo­so­bem wszy­scy: myśliwi, pro­mo­to­rzy, wła­ści­ciele aren, a nawet sami najem­nicy, zara­biają, pod­czas gdy cała reszta otrzy­muje nie­ziem­skie wido­wi­sko.

- Prze­cież wie... - Chło­pak się żach­nął.

- Ale Baśń - prze­rwała mu Pam - działa wciąż po sta­remu. Nie tylko objeż­dża areny, podej­muje się także kon­trak­tów, któ­rych żadna inna grupa nie chce przy­jąć. Polo­wali na olbrzymy, palili pirac­kie floty. Zabi­jali pia­secz­niki w Dumi­dii, a kie­dyś nawet udało im się zabić samego króla fir­bol­gów, tutaj zresztą, w Kaska­rze.

Wska­zała na potęż­nie zbu­do­wa­nego Pół­noc­nika z szopą ciem­nych wło­sów prze­sła­nia­ją­cych mu więk­szą część twa­rzy, który sie­dział mię­dzy dwoma kre­ne­la­żami.

- To Brune. Swego rodzaju miej­scowa legenda. Var­gyr...

- Var­gyr?

- My nazy­wamy takich jak on sza­ma­nami - wyja­śniła Pam. - Potra­fią, jeśli tylko zechcą, zmie­nić się w wiel­kiego niedź­wie­dzia. A teraz spójrz na tę babkę z wygo­loną po bokach głową, tę z tatu­ażem. To cza­ro­dziejka, a dokład­niej mówiąc: przy­wo­ły­waczka. Nazywa się Cora, ale ludzie wołają na nią Tuszo­wiedźma. Obok niej jest druin Bez­chmurny. To ten wysoki z zie­lo­nymi wło­sami i dłu­gimi kró­li­czymi uszami. Powia­dają, że jest ostat­nim ze swo­jej rasy i że ni­gdy jesz­cze nie prze­grał zakładu, a jego miecz, zwany Madry­ga­łem, prze­cina stal z taką łatwo­ścią, jakby to był jedwab.

Chło­pak poczer­wie­niał na twa­rzy, która nabrała odcie­nia wiele mówią­cego szkar­łatu.

- Dobra, słu­chaj... - wymam­ro­tał, Pam jed­nak miała dość słu­cha­nia.

- A tam - wska­zy­wała wła­śnie kobietę sto­jącą z jedną nogą na blan­kach wień­czą­cych wóz wysoko nad ich gło­wami - masz samą Krwawą Różę. Jest liderką Baśni, zbaw­czy­nią Castii i naj­praw­do­po­dob­niej naj­nie­bez­piecz­niej­szą kobietą po tej stro­nie Wyldu.

Zamil­kła dopiero wtedy, gdy padł na nią cień wiel­kiego wozu. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała oso­bi­ście Krwa­wej Róży, ale sły­szała wszyst­kie pie­śni o niej i widziała jej podo­bi­zny na pla­ka­tach i rysun­kach zdo­bią­cych każdy zaką­tek mia­sta, choć jak się teraz oka­zało, kreda i węgiel nie­spe­cjal­nie odda­wały fak­tyczną urodę najem­niczki.

Liderka Baśni nosiła czarną matową zbroję ozdo­bioną czer­wo­nymi wstaw­kami i tylko jej ręka­wice lśniły, jakby wyko­nano je z naj­czyst­szej stali. Zostały wykute przez dru­inów (tak przy­naj­mniej utrzy­my­wano w pie­śniach) i sta­no­wiły kom­plet z buła­tami zwa­nymi Ostem i Cier­niem, które spo­czy­wały obec­nie w pochwach na jej bio­drach. Włosy miała ufar­bo­wane na krwi­stą czer­wień i ścięte krótko na wyso­ko­ści brody.

Połowa dzie­wuch w mie­ście far­bo­wała włosy na ten sam kolor i strzy­gła się iden­tycz­nie. Pam rów­nież nabyła wore­czek szkar­łat­nych faso­lek, które po namo­cze­niu w wodzie wydzie­lały czer­wony sok, jed­nakże ojciec odgadł jej zamiary i kazał, by zja­dła je na jego oczach do ostat­niej. Sma­ko­wały jak kawałki cytryny posy­pa­nej cyna­mo­nem i zabar­wiły jej wargi, zęby i język tak mocno, że długo jesz­cze wyglą­dała, jakby wła­śnie zagry­zła jele­nia, lecz włosy - pomimo jej naj­lep­szych chęci - pozo­stały zwy­czaj­nie kasz­ta­nowe.

Wóz prze­je­chał, pozo­sta­wia­jąc mru­żącą oczy Pam, która poczuła się jak ośle­piony popo­łu­dnio­wym słoń­cem śpioch.

Sto­jący obok chło­pak w końcu odzy­skał głos, acz­kol­wiek musiał odchrząk­nąć, zanim odwa­żył się ode­zwać.

- No, no, ty naprawdę się na tym wszyst­kim znasz. Nie sko­czy­ła­byś na jed­nego do Naroż­nika?

- Do Naroż­nika...

- Tak, to tuż za...

Pam ruszyła z kopyta. Nie tylko spóź­niła się do pracy, ale też o mały włos zła­ma­łaby kolejną zasadę ojca, tę doty­czącą picia alko­holu z obcymi chło­pa­kami.

Aku­rat tym zaka­zem nie­spe­cjal­nie się przej­mo­wała, ponie­waż wolała dziew­czyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki