ROK B
(Ez 17,22-24;
Ps 92,2-3.13-16;
2 Kor 5,6-10; Mk 4,26-34)
Własny ogródek i życie wieczne (2012)
Tydzień temu[3] mówiliśmy o tym, że naszą nadzieją nie jest ani sto,
ani nawet dwieście lat życia na tym świecie, że mamy o wiele większy
apetyt, po prostu nieskończony. Mamy apetyt na wieczność i do niej
jesteśmy powołani. Mówiliśmy też o tym, że jeśli przyjmujemy Boga,
to przyjmujemy Go niejako "z dobrodziejstwem inwentarza", a więc
i z Jego wiecznością. Ale póki co, jesteśmy jeszcze tutaj, mamy
to życie - właśnie to, nie inne. I ono - takie, jakie jest -
ma swoje znaczenie, bo ono nas przygotowuje do życia wiecznego.
Kiedy zastanawiałem się nad dzisiejszymi
czytaniami, zauważyłem, że Pan Jezus mówi właśnie o tym
połączeniu między naszym życiem, takim, jakie ono jest, i życiem
wiecznym. Królestwo Boże, które Pan Jezus głosi, jest jak pomost albo
lina, taka, która wiąże nasze życie tutaj z życiem wiecznym -
łączy nas z Nim samym, z Jego wiecznością, z Jego świętością,
z Jego tajemnicą.
Pan Jezus prawie zawsze - opowiadając różne
przypowieści o królestwie Bożym, które jest w nas, które
już tutaj się zaczyna, a jednocześnie jest zadatkiem przyszłej
chwały i przyszłego życia - używa porównań nawiązujących do
życia rolniczego. I wydaje mi się, że nie tylko dlatego wybierał
On właśnie takie obrazy, bo mówił do ludzi, którzy je dobrze
rozumieli, gdyż żyli na co dzień blisko ziemi. Myślę, że jest
w tym coś więcej, że Chrystus mówi nam dzisiaj o takiej pracy,
do której i my jesteśmy wezwani. Bardzo często jesteśmy skłonni
myśleć o naszym życiu jak o walce, a wtedy używamy słów, które
nam się kojarzą z wojną czy z armią. Próbowano w ten sposób
przedstawiać życie chrześcijańskie - nas samych i Kościół, jako
walczących. Z pewnością, są w życiu takie momenty, kiedy musimy
walczyć, ale my nie jesteśmy żołnierzami - nie jesteśmy armią,
nawet jeśli czasami, na przykład na pielgrzymce, śpiewamy radośnie:
"To idzie armia Pana". My żyjemy nie po to, żeby prowadzić wojnę,
ale żeby uprawiać, żeby budować, żeby karmić, żeby czynić płodnym
nasze życie i wszystko dookoła nas.
Podobnie i życia wiecznego bądź życia
łaską ja ani nie zdobywam sobie sam, ani nie wyszarpuję go siłą,
ani też nie jestem spryciarzem, który zachodzi Pan Boga od tyłu
i wyrywa czy wykrada Mu to, co Pan Bóg dla mnie ma. Ja spokojnie,
pokornie uprawiam, przygotowuję w sobie miejsce na to, żeby łaska
Boża we mnie rosła. Słucham słowa Bożego, nawadniam glebę
swojego serca, przyjmując sakramenty, oczyszczam ją z chwastów,
gdy idę do spowiedzi, pogłębiam i przekopuję, gdy się uczę,
studiuję i modlę. Ale potem to już nie ja daję wzrost. Nie, ja
tylko przygotowuję glebę, a potem jest tak, jak Pan Jezus powiedział:
"Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie,
on sam nie wie jak" (Mk 4,27). Jesteśmy
wezwani do tego, żeby być rolnikami - żeby uprawiać, nawadniać,
orać i pogłębiać, a potem czekać, z nadzieją i ufnością. Nie
mamy innego życia, tylko to, które dostajemy od Boga. Owszem, możemy
przekształcić je w pole bitwy, jesteśmy w stanie to zrobić, ale
to nie będzie życie chrześcijańskie, bo chrześcijaństwo to nie
prężenie muskułów i zmaganie, kto silniejszy, to nie wygrażanie
bronią ani bitwy i bijatyki. Chrześcijaństwo to jest uprawianie
i budowanie.
Z chrześcijaństwem jest trochę tak, jak...
z trawą w Oksfordzie. Znacie na pewno tę anegdotę. Ktoś,
przechadzając się po Uniwersytecie Oksfordzkim, pyta rektora: "Jak
wy utrzymujecie te piękne trawniki?". A on na to: "To bardzo
proste, wystarczy tylko strzyc, nawadniać i walcować. I tak przez
pięćset lat". My, chrześcijanie, mamy być jak trawa - strzyżona,
nawadniana i walcowana całymi latami. A potem taka trawa przebije się
przez każdy beton. On nie zwycięży, bo trawa go rozkruszy, porośnie
i pochłonie - to trawa zwycięży, trawka! Chrześcijaństwo to trawa,
po której przejdą najgorsze armie świata, a ona się podniesie. Ale
to także trawa, po której można chodzić boso, bo wiadomo, że
nie porani stóp, wcale nie trzeba mieć podkutych buciorów. Do tego
jesteśmy wezwani.
Wszyscy moi bracia, albo prawie wszyscy,
wiedzą, że jestem cichym zwolennikiem Epikura. Nie tylko dlatego,
że ten grecki filozof zachęcał do korzystania z przyjemności,
bo choć dobre wino lubię i zjeść też, co widać, nie jestem
jednak hedonistą. Zresztą epikurejski ideał przyjemności to nie
używanie bez miary - sto kobiet, beczka wina i zabawa aż po świt,
tak żeby głowa rozbolała. Nic z tych rzeczy. Epikur mówi, że
przyjemność tylko wtedy jest prawdziwa, gdy jest przyjemnością,
a to zakłada umiar. Jeśli wypijesz dwa lub trzy kieliszki dobrego
wina, to jest przyjemność, ale jak wypijesz dwie lub trzy butelki,
to już przyjemność nie jest. Jeśli zjesz dobrą potrawę, to jest
przyjemność, ale obeżreć się to nie jest przyjemność. Jeżeli
kogoś kochasz, to jest przyjemność - jeżeli uprawiasz seks na
prawo i lewo, to przestaje być przyjemnością. Tak powiedziałby
Epikur!
Odnajdujemy u niego prawdziwe wezwanie do ascezy,
gdy twierdzi, że największą przyjemnością człowieka jest rozmowa
o filozofii z przyjaciółmi, we własnym ogródku. Zauważcie,
jakiej pracy nad sobą, jakiej ascezy trzeba, żeby ten ideał
wcielić w życie! Rozmowa z przyjaciółmi - no to trzeba mieć
przyjaciół. A przyjaźń się kultywuje, to nie jest coś, co
się wygrywa jedną bitwą. Tak można komuś w głowie zakręcić,
przyjść raz i zrobić wrażenie, ale przyjaźń buduje się całymi
dniami, latami. O filozofii - no cóż, nie da się o niej mówić
ot tak, trzeba mieć jakie takie pojęcie, trzeba trochę poczytać,
postudiować. No i ten własny ogródek - też go trzeba nie tylko
mieć, ale i przekopywać, uprawiać, podlewać. Mały własny ogródek,
przyjaciele i rozmowa o prawdzie, bo przecież filozofia to dążenie
ku prawdzie - oto ideał Epikura.
I niestety, Epikur - tak mocno przywiązany
do swojego ideału przyjemności - nie zgodziłby się zapewne
z nami, chrześcijanami, gdybyśmy powiedzieli mu: "Drogi Epikurze,
czasami trzeba wyjść z ogrodu i dać komuś lub za kogoś swoje
życie, czasami trzeba zdecydować się na cierpienie". Myślę,
że on miałby z tym duży problem, bo przecież ten, kto cierpi,
nie odczuwa przyjemności - a on był bardzo konsekwentny. No
i pewnie nie chciałby nam uwierzyć, że istnieje inne życie, bo
był materialistą. A jednak ten poganin, zamknięty wprawdzie na
pojęcia życia wiecznego, ofiary i daru z siebie, przecież czegoś
nas, chrześcijan, uczy swoim ideałem przyjemności.
Moi kochani bracia i siostry! Uprawiajmy
ziemię! Budujmy dobro, w sobie i wokół nas - zakładajmy
"własne ogródki", w których będziemy mogli usiąść
z przyjaciółmi, żeby porozmawiać o filozofii, o naszym życiu,
o Bogu i o prawdzie. Siejmy dobre nasienie, pracujmy ustawicznie,
codziennie, spokojnie i z pokorą. Może dzięki temu choć trochę
zmienimy ten świat na lepszy? Ale przede wszystkim i z pewnością
uprawimy w ten sposób glebę naszego serca, przygotujemy siebie
na przyjęcie daru życia wiecznego. Bo ten dar Boga nie może być
przyjęty ani na kamieniach, ani na pustyni. Ani też nie może być
przyjęty w szczęku oręża i zgiełku bitwy, tylko na żyznej,
uprawionej glebie własnego ogródka, którym jest nasze serce, kiedy
żyjemy w miłości i przyjaźni. Dlatego też "staramy się
Jemu podobać" - jak mówi św. Paweł - czy to tutaj, na tej
ziemi, czy kiedy przyjdziemy już do Niego: "Wszyscy bowiem musimy
stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę
za uczynki dokonane w ciele - w tym ciele - złe lub dobre"
(2 Kor 5,9-10).
Czyńcie dobro, proszę was,
abyście otrzymali życie! Amen.
Tak mówi Pan Bóg w proroctwie Ezechiela:
"Wezmę wierzchołek z wysokiego cedru i zasadzę, z najwyższych
jego pędów ułamię gałązkę i zasadzę ją na górze wyniosłej
i wysokiej, na górze Izraela" (por. Ez
17,22-23a). Aby dobrze zrozumieć ten obraz, najpierw trzeba
uświadomić sobie, czym były lasy Libanu. W czasach biblijnych
góry Libanu znane były ze swoich bujnych, nieprzebytych lasów. Już
w starożytności karczowano je bez umiaru, co doprowadziło do tego
stanu, który znamy dzisiaj. Liban kojarzy nam się raczej z terenem
pustynnym. W starożytności przyczynili się do tego zwłaszcza
Fenicjanie, którzy budowali swoją flotę z tych wspaniałych cedrów
libańskich. Cedr Libanu to symbol dumnej, wyniosłej mocy.
A Pan Bóg, co On robi? Przychodzi i skubie czubek
tego drzewa na sadzonkę, jakby to była mała choineczka, i zapowiada,
że teraz będzie sadził gdzie indziej, na górze Izraela. Rozumiecie,
jak mocny jest Pan Bóg ukazany w tej wizji proroka? Wcale nie musi
wspinać się na wysokie szczyty Libanu, które są w Biblii symbolem
najdoskonalszej wyniosłości, tylko pochyla się i skubie wierzchołek
- na sadzonkę, aby ją zaszczepić na górze Izraela. Mówi przy
tym, że: "Ona wypuści gałązki i wyda owoc, i stanie się cedrem
wspaniałym" (Ez 17,23b). Ale w chwili,
gdy ją przesadza, jest to maleńka roślinka, ledwie wystająca
z ziemi. Wprawdzie zasadzona na górze, ale słabiutka, ledwie
widoczna. A jednak to właśnie ten cedr ma stać się tak ogromny, jak
czytamy dalej, że "wszystkie ptaki niebieskie zamieszkają w cieniu
jego gałęzi" (zob. Ez 17,23c). To już
nie będzie tylko jeden z cedrów Libanu, lecz jakieś nieprawdopodobnie
wielkie, rozłożyste i potężne drzewo.
Ale na początku jest jeszcze malutką gałązką
i Pan Bóg przygląda się cierpliwie, jak ono rośnie, bo Pan Bóg
wie, że las rośnie powoli. Las pali się szybko, ale rośnie powoli
- również i nasz las, i nasze drzewo w nim, bo każdy z nas
jest taką Bożą sadzonką, która rośnie powoli. Pan Bóg wie o tym
doskonale. Posłuchajmy, co mówi w dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus:
"najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie"
(Mk 4,28). Bóg wie, że to się dzieje
stopniowo, małymi krokami, i mam wrażenie, że On ma upodobanie w tym,
żeby tak właśnie się działo. W Piśmie Świętym można znaleźć
mnóstwo przykładów na to, że Bóg wybiera to, co słabe - małą,
szerzej nieznaną rodzinę Abrama, nawet jeszcze nie naród, a potem
słabego chłopaczka, najmłodszego z synów Jessego, Dawida, żeby
był królem.
Dlaczego tak robi? Wydaje się, że z dwóch
powodów. Po pierwsze dlatego, żeby nas nie przestraszyć. Żebyśmy nie
myśleli, że będziemy w stanie wykonać dobre dzieło dopiero wtedy,
gdy będziemy wielkim libańskim cedrem i że to, co małe i słabe,
wcale się nie liczy. Po drugie zaś, żeby nam się nie wydawało,
że to dobre dzieło jest naszą zasługą; żebyśmy nie wpadli
w pychę, myśląc: "Jestem wspaniałym libańskim cedrem! To ja,
to moje zalety są źródłem dobra". Bo to jest błąd, bo to jest
nieprawda! Źródłem dobra jest Bóg i jesteśmy zaproszeni do tego,
żeby to właśnie odkrywać w naszym życiu.
Możemy mnożyć przykłady takiego
wybierania przez Boga ludzi niepozornych. Także Chrystus wybiera
zawsze biednych i prostaczków. Zobaczcie teraz, jak zachowują
się uczeni w prawie faryzeusze, którzy wezwali człowieka
niewidomego od urodzenia, po uzdrowieniu go przez Chrystusa (zob. J 9,1-14). Zaczynają od przesłuchania:
"Kto to jest? Jak to jest możliwe, że On ciebie uzdrowił?"
- pytają raz i drugi, wzywają nawet jego rodziców (zob. J 9,15-20). A kiedy uzdrowiony człowiek im
odpowiada, tamci okropnie się denerwują i mówią: "Jak ty śmiesz
nas pouczać! Kim ty jesteś? W grzechach urodzony, ignorant i nieuk,
człowiek z nizin! Jak śmiesz pouczać nas, którzy wiemy!" (zob. J 9,24-34).
Ale to właśnie ta mała sadzonka umie rozpoznać
Pana - ten człowiek, który nawet nie wie, jak On się nazywa, który
nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało. Ale on wie, że
stał się cud, dokonany mocą Bożą: "Gdyby ten człowiek nie był
od Boga, nie mógłby nic czynić" (J
9,33). A tamci wielcy dostojnicy tego nie wiedzą.
"Góry Baszanu to góry wysokie, góry
Baszanu to góry urwiste" - mówi Psalm 68. "Czemu, góry
urwiste, patrzycie z zazdrością na górę, gdzie Bogu mieszkać
się spodobało, na której też Bóg będzie mieszkał na zawsze?"
(Ps 68,16-17). To prawda, Hermon, który
stanowi północną granicę ziem Baszanu, jest zdecydowanie wyższy niż
góra Syjon, na której stanęła świątynia. Skromniutka to góra,
a Hermon patrzy na nią z zazdrością! "Czemu z zazdrością
patrzycie?".
Moi kochani, przypomnijcie sobie, co w jednym
z listów pisze św. Paweł: "Paweł siał, Apollos podlewał, ale to
Bóg, to Pan daje wzrost" (zob. 1 Kor
3,5-6) i to On jest żeńcą, to On określa, kiedy jest pora
zbiorów. To On wie, kiedy i jak przynoszę owoc. Ja mam tylko, przez
moją współpracę z dobrem, rosnąć, rosnąć, rosnąć... Mam
poddawać się temu dobru, które Pan we mnie umieszcza, do którego mnie
wzywa i zaprasza. Nie martwcie się, że to się dzieje zbyt wolno,
nie obawiajcie się, że wasze dobro zostanie uznane dopiero wtedy,
gdy będziecie wielkimi drzewami - ono jest w was już teraz, w tej
chwili! I Bóg je widzi.
Lecz nie popadajcie w pychę, gdy wam się udaje,
kiedy czujecie, że ten wzrost następuje! Tak ma być, o to w naszym
życiu chodzi, na tym polega nasze życie duchowe. To jest królestwo
Boże - nasze życie z Bogiem. Tak ono wygląda, jak... szkółka
leśna. Już teraz, nie kiedyś tam, nie dopiero wtedy, kiedy wszyscy
będziemy święci, czyści i bez skazy - mocarze, prężący duchowe
muskuły - teraz jest królestwo Boże. Za każdym razem, gdy robisz
mały krok ku dobru, staje się królestwo Boże.
Pewna młoda matka opowiadała mi, jak kilka dni po
urodzeniu dziecka musiała zgłosić się do szpitala, bo miała jakieś
komplikacje. Z tym kilkudniowym dzieckiem wybrała się więc na ostry
dyżur, a jak wiadomo, tam się zawsze długo czeka. Siedziała tak
przez cztery godziny, wyobrażając sobie, jak atakują ich wszystkie
zarazki świata: z czekających wraz z nią w kolejce chorych ludzi
jeden kaszlał, drugi krwawił, trzeci miał wysypkę. Sama źle się
czuła, umęczona i zdenerwowana. "I nagle - mówi do mnie -
przypomniałam sobie, jak opowiadałeś o św. Bracie Albercie, który
podczas pierwszej wojny światowej codziennie mówił Te
Deum, bo nikt Boga nie chwalił. Popatrzyłam na tych ludzi
dookoła i na siebie w tym wszystkim, i pomyślałam sobie, że
tu chyba też nikt Boga nie chwali. I postanowiłam, że ja to teraz
zrobię". A ponieważ nie znała na pamięć całego Te
Deum (Ciebie, Boga wysławiamy...),
więc sobie w komórce znalazła tekst w internecie, pochyliła się
nad dzieckiem, żeby to wyglądało, jakby śpiewała kołysankę,
i zaczęła śpiewać Te Deum...
I wówczas, w tej poczekalni, wyrosło drzewo...
Wspaniałe, cudowne drzewo! Cichutkie nucenie hymnu uwielbienia:
"Ciebie, Boga, wysławiamy, Tobie, Panu, wieczna chwała!". Bądźcie
dobrzy! Nie czekajcie na wielkie okazje i wielkie rzeczy, bądźcie
dobrzy teraz! Bądźcie dobrzy w małych, codziennych sytuacjach! Na
tym polega królestwo Boże. Amen.
ROK C
(2 Sm
12,1.7-10.13; Ps 32,1-2.5.7.11;
Ga 2,16.19-21; Łk 7,36-8,3)
W centrum dzisiejszych czytań stoi kobieta. Nie
wiem, czy zwróciliście uwagę, w jaki sposób ewangelista,
św. Łukasz, buduje dramaturgię opisywanej sceny. Szymon jako
gospodarz i inni jego dostojni goście zgorszeni obecnością tej
kobiety i jej zachowaniem, a także zażenowani tym, że Chrystus
pozwala jej na poufałość, zachowują się tak, jakby jej tam nie
było. Tymczasem Chrystus nie tylko jej nie odtrącił, ale "zwrócił
się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę?"" (zob. Łk 7,34). Mówi do niego, ale patrzy na nią
i tak naprawdę zwraca się do tej kobiety. On ją zauważa, stawia
w centrum, zmusza wszystkich, by na nią spojrzeli. On ją kocha,
przygarnia i odpuszcza jej grzechy.
To nie jest dzisiaj jedyna kobieta. W pierwszym
czytaniu, gdy prorok Natan przychodzi upomnieć króla Dawida, mowa jest
o innej, tym razem uwiedzionej przez króla kobiecie, której Dawid
zabił męża. On nawet nie zrobił tego własnymi rękami, tylko tak
wszystko zorganizował, żeby wyglądało na to, że Uriasz Hetyta padł
w boju. Podstępny tchórz, opanowany żądzą. Może nawet oddawał
mu hołd jako dzielnemu żołnierzowi, który chwalebnie zginął
w obronie swojego króla. To jeszcze nie wszystko, bo św. Łukasz
uznał za słuszne, aby na koniec czytanej dziś perykopy wymienić
kolejne kobiety: "A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które
uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną,
którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy
u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego
mienia" (Łk 8,1c-3).
Zauważmy, że wszystkie kobiety, które pojawiają
się w dzisiejszych czytaniach, trudno uznać za święte, porządne
i bez zarzutu. Batszeba, żona Uriasza dała się uwieść. Ta kobieta,
która przyszła do Chrystusa podczas uczty u Szymona, była znaną
w mieście ladacznicą. Z Marii Magdaleny wyszło siedem złych
duchów, a to nie dobre uczynki sprawiły, że one przedtem w nią
weszły. Joanna była żoną zarządcy na dworze Heroda, a wszyscy
wiedzieli, że Herod był złym, okrutnym człowiekiem. Zuzanna i jeszcze
kilka innych, "które im usługiwały ze swego mienia" też raczej nie
miały dobrej opinii, skoro zamiast siedzieć w domu, wędrowały razem
za obcymi mężczyznami. One wszystkie musiały zostać w jakiś sposób
dotknięte przez życie, wszystkie cierpiały i dopiero w Chrystusie
odnalazły wolność, szacunek, godność, zdrowie.
Nieraz słyszymy, że kultura judeochrześcijańska
jest opresywna wobec kobiet. Zgadzam się z tym, że bardzo często my,
chrześcijanie, i nasi bracia Żydzi byliśmy i bywamy wobec kobiet
agresywni, pogardliwi - używamy przemocy, złego słowa, nie szanujemy
ich. Ale wiadomo, że jeżeli tak się zachowujemy, to postępujemy wbrew
prawu Bożemu, ponieważ od początku: "Stworzył Bóg człowieka
na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę
i niewiastę" (Rdz 1,27). A więc ich
razem, zarówno mężczyznę, jak i kobietę. Starotestamentalna historia
biblijna pełna jest bohaterskich kobiet, którym słowo Boże oddaje
sprawiedliwość i szacunek nawet wtedy, gdy są to kobiety dotknięte
grzechem albo społecznym złem. Tak samo postępuje Chrystus, ale idzie
w tym jeszcze dalej, bo On okazuje im miłość i przyjaźń. Nie można
więc być chrześcijaninem i nie szanować kobiet. Nie można wierzyć
w Boga Najwyższego i być wobec kobiet agresywnym, niesprawiedliwym
czy pogardliwym, bo czyniąc tak, sprzeciwiamy się temu, czego chce
sam Bóg.
Tu pojawić się musi pytanie o tzw. wyzwolenie czy
równouprawnienie kobiet. Posłaliśmy kobiety do pracy, posadziliśmy
je nawet na traktory, bo przemówiła do nas idea równości. Ale czy
na pewno odkryliśmy, tak głęboko, tak prawdziwie, że ta równość
w prawach, równość w godności i szacunku jest związana również
z komplementarnością w powołaniu? Czy nałożenie obowiązku pracy
matkom wychowującym dzieci - nie mówię o tych, które chcą, tylko
o tych, które są do tego zmuszone, aby utrzymać rodzinę - to
jest takie rozwiązanie, o którym wszyscy marzymy? O którym marzą
kobiety? Myślę, że dużo pozostaje tutaj jeszcze do przemyślenia
i do zrobienia. Myślę też, że otwarcie wszelkich możliwych
zawodów i stanowisk zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet czy
wypłata równych wynagrodzeń to nie wszystko. My musimy odkryć
siebie i uszanować to, kim jesteśmy, a nie zamieniać się jedni
w drugich. Prawdę rzekłszy, trochę mi wstyd, że po dwóch tysiącach
lat głoszenia Ewangelii ciągle jeszcze trzeba to powtarzać. To znaczy,
że dosyć głusi jesteśmy, że jesteśmy tępi i leniwi.
Gdy rozmyślałem nad tymi czytaniami i modliłem
się, wiedząc, że będę mówił o kobietach, to pomyślałem sobie,
że jest jeszcze jedna kategoria ludzi, która wydaje się dzisiaj
zapomniana i opuszczona. A mianowicie - mężczyźni. Mówi się
o prawach kobiet i nawet jeżeli nieudolnie, jeśli wciąż za mało,
to jednak próbuje się coś dla nich zrobić. A co z nami, panowie? Mam
wrażenie, że tu i teraz, w tej części Europy, w tym kraju - bo
przecież nie głoszę do całego świata, tylko do was - mężczyźni
są bardzo zaniedbani, jakby pozostawieni samym sobie w poszukiwaniu
i budowaniu tego najbardziej podstawowego powołania, danego im od
Boga w momencie stworzenia - swojej męskości. Zauważyliście,
że właściwie cała edukacja i wychowanie znalazły się w rękach
kobiet? W szkole podstawowej pana miałem tylko od wuefu, wszystko
inne robiły panie. A potem, jak byłem dorosły, to kiedyś u mojej
znajomej, która miała dwóch synków, byłem świadkiem zabawnej
sytuacji. Jeden z nich poszedł do toalety, a ona, przechodząc,
zerknęła tam i zawołała: "Na stojąco, jak chłopaki! Nie na
siedząco, jak dziewczynki!". Popatrzyłem na nią zdumiony, a ona
na to: "No co? Ojciec cały dzień w pracy, a przecież ktoś musi
go nauczyć!".
Ojcowie często są nieobecni. Jedni dużo
pracują, inni są słabi, uciekają z domu i piją, a jeszcze
inni są nieobecni z powodu rozwodów. Myślę, że na skutek zmian,
które dokonały się w naszym społeczeństwie, w naszej kulturze,
stało coś takiego, że wobec tego zadania, którym jest bycie
mężczyzną, bardzo często czujemy się zagubieni. Ciągle ktoś
od nas oczekuje, że będziemy swoją męskość udowadniać. Ale nie
mamy wzorców i czujemy się przytłoczeni obowiązkami, którym nie
jesteśmy w stanie podołać. Wydaje się, że nie ma takiego miejsca,
w którym moglibyśmy zaczerpnąć siły i otuchy. Nie ma takiego
miejsca, w którym usłyszelibyśmy: "Chłopie, ty jesteś ważny,
ty jesteś cenny! Ja ciebie kocham. Dobrze, że jesteś!". Otóż jest
takie miejsce i ktoś taki również jest - to Chrystus.
Panowie! Ta dzisiejsza Ewangelia jest również
do was. Tak, wprawdzie trudno nam wyobrazić sobie, że obmywamy
łzami stopy Jezusa i ocieramy je naszymi włosami... Ale są
inne sposoby. Zobaczcie, św. Piotr przytłoczony tym, co zrobił,
rozpłakał się - w samotności się rozpłakał! Bardzo często
mężczyźni tak właśnie przeżywają rozpacz, że nie pójdą do
nikogo i nie powiedzą: "Zdradziłem, nie udało mi się!". Piotr
też nie pobiegł do Jezusa, nie przypadł Mu do stóp, bo wciąż
się bał, że go rozpoznają. Wciąż jeszcze tchórzył i szlochał
w samotności. A potem poszedł na ryby, bo coś trzeba było zrobić,
jakoś zagadać tę klęskę. Ale Pan Jezus go odnalazł! Odnalazł go tam
i nie wygarniał mu niczego. Ani nie mówił: "Słuchaj, postanowiłem
założyć Kościół i musimy ułożyć plan działania. Teraz ma
być tak, tak i tak...". Zamiast tego zapytał: "Piotrze, kochasz
Mnie?". Rozumiecie? Pan Jezus zapytał go o miłość! A Piotr
odpowiedział, że tak, że kocha. No to usłyszał: "Paś moje
baranki!" (zob. J 21,15-17).
Na tym się to wszystko opiera - na odkryciu,
że kocham i jestem kochany. Nie tylko na tym, że mam jakieś
zadania, że mam obowiązki. Bo jak my wtedy reagujemy? Bardzo często
ucieczką. Czujemy się samotni, czujemy się bezsilni i wiemy,
że zawodzimy, więc uciekamy. Chcemy jak najdłużej nosić
krótkie spodnie, chcemy ciągle się bawić i nie podejmować za
nic odpowiedzialności. Wolimy uciec, bo się boimy, że będziemy
oceniani przez nasze dziewczyny, nasze żony, nasze dzieci. I jeszcze
do tego przez Pana Boga, który przyjdzie i powie: "Znowu byłeś
do niczego!". Tylko że to nie jest prawda, bo Pan Jezus powie
coś zupełnie innego: "Stary, kochasz Mnie? Nie patrz na to,
że jestem facetem, tym się nie przejmuj! Kochasz Mnie?". Odważ
się odpowiedzieć Mu: "Tak, Panie, Ty wiesz...". A wtedy
i ty usłyszysz, że On cię kocha, że ty też jesteś ważny dla
Niego.
Pamiętam, jak wiele lat temu usłyszałem jakiś
list - nie wiem, czy to był list episkopatu, czy jednego biskupa,
w każdym razie było to z okazji zbliżającego się sierpnia jako
miesiąca trzeźwości. Było tam bardzo dużo o tym, że trzeba
zachować trzeźwość, bo ojczyzna tego wymaga, bo rodzina tego
wymaga. Ale niestety, nie było ani słowa o tym, że trzeba zachować
trzeźwość, bo ty jesteś tego wart. Po prostu dlatego, że ty jesteś
ważny, to o ciebie chodzi, a nie tylko o ojczyznę - z całym
szacunkiem - i o rodzinę.
Kochani panowie, moje drogie panie! Ta dzisiejsza
Ewangelia jest dla was wszystkich. Ona jest o was wszystkich. Spróbujcie
w nią uwierzyć! Spróbujcie odkryć Chrystusa jako Tego, przed którym
nie musicie się wstydzić i jako Tego, który naprawdę, nad wszystko
was kocha. I jako Tego, który wam poda rękę, który was przygarnie,
przytuli - nawet jeśli się tego trochę wstydzicie - i który
będzie z wami szedł aż do końca. Amen.
[3] Patrz kazanie Grzech przeciwko
Duchowi Świętemu, s. 14.