2
Bruno Schulz bywał w Zakopanem w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku wielokrotnie. Krupówki z pewnością znał. Wszak do tatrzańskiego uzdrowiska przyjeżdżał ze względu na spotkania z ludźmi, a nie turystyczne uciechy - miał lęk wysokości i w góry nie chodził. A życie towarzyskie koncentrowało się wtedy w kawiarniach i restauracjach usadowionych przy Krupówkach. Ponadto autor Sklepów cynamonowych urodził się i całe życie spędził w Galicji. Jego twórczość wyrasta z ducha tej osobliwej kulturowej przestrzeni. Zakopane, mimo wszystkich swych odrębności, także wywodzi się z tego obszaru. Z Drohobycza do Zakopanego i daleko, i blisko. Opowiadanie Ulica Krokodyli, wchodzące w skład zbioru Sklepy cynamonowe, ma zmąconą relację z naszą ulicą. Z pewnością nie jest to oczywiste odwzorowanie. Nie istnieją żadne dowody na to, że tworząc tak niezwykły obraz, Schulz odwoływał się także do zakopiańskich powidoków. Ale na głębszym poziomie Ulica Krokodyli traktuje również o Krupówkach. W liście do Stanisława Ignacego Witkiewicza - wielkiej gwiazdy Krupówek tamtego czasu - napisał osobliwy nauczyciel z Drohobycza tak:
Sklepy cynamonowe dają pewną receptę na rzeczywistość, statuują pewien specjalny rodzaj substancji. Substancja tamtejszej rzeczywistości jest w stanie nieustannej fermentacji, kiełkowania, utajonego życia. Nie ma przedmiotów martwych, twardych, ograniczonych. Wszystko dyfunduje poza swoje granice, trwa tylko na chwilę w pewnym kształcie, ażeby go przy pierwszej sposobności opuścić. W zwyczajach, w sposobach bycia tej rzeczywistości przejawia się pewnego rodzaju zasada - panmaskarada. Rzeczywistość przybiera pewne kształty tylko dla pozoru, dla żartu, dla zabawy. [...] Życie substancji polega na zużywaniu niezmiernej ilości masek. Ta wędrówka form jest istotą życia. [...] Obecna tam jest nieustanna atmosfera kulis, tylnej strony sceny...[3]
Widok z kamienicy Zwolińskich na hotel Morskie Oko, fot. S. Zwoliński
I jeszcze fragmenty z samego opowiadania.
Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użyteczności. Duch czasu, mechanizm ekonomiki nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił chciwe korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę. [...]
Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nieheblowane drzewo portali, szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, [...] wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. [...]
Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny, przez gmin, [...] przez istną lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich efemerycznych środowiskach. [...] Najlepsi nie byli czasem wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania. [...] Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało z pęt niską naturę. [...]
Wszystko tam było szare, jak na jednobarwnych fotografiach, jak w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłą metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się w istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu, jak ekscytacje fantazji, pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków. [...]
A jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy, troskliwie ukrywany sekret ulicy Krokodyli? [...]
Mówiliśmy o imitatywnym i iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają zbyt ostateczne i stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i niezdecydowany charakter jej rzeczywistości. [...]
Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała ona nie jest niczym innym, jak fermentacją pragnień przedwcześnie wybujałą i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości kiełkuje tutaj każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i rośnie w pustą wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja puszystych chwastów, bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej tkanki majaku i haszyszu. Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i rozwiązły fluid grzechu i domy, sklepy, ludzie wydają się niekiedy dreszczem na jej gorączkowym ciele, gęsią skórką na jej febrycznych marzeniach. Nigdzie jak tu, nie czujemy się tak zagrożeni możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i bezwładni rozkosznym struchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.
Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa, atmosfera gaśnie i przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w nicość, oszalałe, szare maki ekscytacji rozsypują się w popiół. [...]
Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego, jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet[4].
Tyle wspaniały Bruno. Skąd ta widokówka? Cóż na niej z tak niebywałą ekspresją "widzący z Galicji", "widzący Galicję" objawia, uwydatnia? No przecież nie konkretne miejsce w rodzinnym Drohobyczu, ogarniętym naftową gorączką. Tym bardziej nie oczywistą i znajomą zakopiańską przestrzeń, która dzieli z tamtą, domową, podniesioną temperaturę istnienia. Także i tu znaleziono "skarb", a jego eksploatacja może nie postawiła na głowie, ale dramatycznie odmieniła tutejsze istnienie. Kiedy jednak przeczytamy Ulicę Krokodyli nie jak opowieść o wydarzeniu dziejącym się w określonym czasie i miejscu, ale o procesie metamorfozy, przemiany, o odchodzeniu i poczynaniu, o energiach i emocjach, które temu towarzyszą, wówczas proza Schulza stanie się fascynującą mapą Krupówek. Być może także innych galicyjskich ulic w miejscach, które z różnych przyczyn wypchnięte zostały ze, zdawałoby się, na zawsze zastygłego, niezmiennego niebycia. Mapą pewnego życia, istnienia, dla którego czas i miejsce są sceną z wciąż zmieniającymi się dekoracjami. Klondike w Galicji, gorączka złota pod Tatrami i Krupówki - słowo/obraz/terytorium tego wydarzenia.
K.S.