Kruk. Księga III Pellinoru - Alison Croggon

-
Proszę czekać

Uwagi do tekstu

Kruk to trzecia część mojego tłumaczenia klasycznego ośmiotomowego tekstu annaryjskiego Naraudh Lar-Chanë (Zagadka Drzewnej Pieśni). Dotychczasowe entuzjastyczne reakcje czytelników potwierdzają słuszność mojego przeczucia, że historia ta powinna wyjść poza zamknięte kręgi akademickie i wypełnić swoją pierwotną funkcję. Funkcję tę poznaliśmy dokładnie z notatki przypisywanej Cadvanowi z Lirigonu, nakreślonej na pierwszej stronie jednej z zachowanych wersji Zagadki: jak twierdzi jej autor, Naraudh Lar-Chanë powstała, by "zachwycać wszystkich słuchaczy" i "wskazać tym, którzy nie znają wiedzy bardów, jak podążać światłą drogą Równowagi". A zatem dla autorów, piszących tekst dla im współczesnych, nauka była ważnym motywem, ponad nią stał jednak zachwyt.

Co do nauki: podobnie jak reszta oszałamiająco bogatych zasobów zapisanych na pergaminach i papierze trzcinowym dokumentów odkrytych w Maroku w 1991 roku i znanych pod coraz bardziej mylącą nazwą Pism annaryjskich, tekst ten to znakomite źródło dla badacza. Stanowi jedno z najbogatszych kompendiów wiedzy na temat życia codziennego w Edil-Amarandzie i kreśli wyraźny, barwny obraz wielu zamieszkujących go ludów, począwszy od złożonych kultur bardów południa, na najróżniejszych społecznościach lodowych równin północnych kończąc. Całkiem możliwe, że w swoich czasach służył temu samemu celowi co obecnie - iż powstał częściowo po to, by przekazać Annaryjczykom wiedzę na temat złożoności i bogactwa kultur, wśród których żyli - lecz wiele tysiącleci później nauki te nabrały szczególnego wyrazu, bo dzięki nim możemy ożywić cywilizację, która już dawno zniknęła z powierzchni ziemi. Przedstawione tu tłumaczenie w żaden sposób nie zdoła oddać we współczesnym języku wszystkich subtelności i misternej złożoności tekstu pierwotnego, i niezwykle tego żałuję. Mam jednak nadzieję, iż udało mi się uchwycić przynajmniej część jego urody i fascynującej akcji. Osoby zainteresowane mogą sięgnąć po źródła wymienione w Dodatkach, które załączyłam do każdego tomu.

Pierwsze dwa tomy "Ksiąg Pellinoru", Dar i Zagadka, skupiały się na osobie Maerad z Pellinoru, młodej bardki, która odkryła, że jest Jedyną, mającą według przepowiedni ocalić świat przed narastającym Mrokiem Bezimiennego. Dar opisuje jej spotkanie z mentorem i przyjacielem Cadvanem z Lirigonu i coraz bardziej niebezpieczną podróż do Norlochu, ośrodka Światła w Annarze, gdzie Maerad ma odkryć, co przeznaczył jej los, i posiąść pełnię swego Daru. Podczas podróży, przypadkiem bądź zrządzeniem losu, Maerad odnajduje swojego brata Caia z Pellinoru, którego od dawna uważała za nieżyjącego, i odkrywa zepsucie kryjące się w sercu Światła w Annarze. Zagadka relacjonuje jej przygody, gdy oboje z Cadvanem uciekają przed siłami zarówno Mroku, jak i Światła przez zielone krainy Annaru i lodowe pustkowia północy, gdzie Maerad trafia w ręce Króla Zimy, Arkana, potężnego Żywiołowca. Opowieść kończy się w dniu zimowego przesilenia, po jej ucieczce z północnej twierdzy Arkan-da i odkryciu, że Drzewna Pieśń, a przynajmniej jej połowa, została zapisana na lirze, którą Maerad odziedziczyła po matce i nosiła przy sobie od czasów dzieciństwa.

Kruk - pierwotnie księgi IV i VI Naraudh Lar-Chanë - przenosi punkt ciężkości z historii Maerad na opowieść o jej bracie Caiu, znanym jako Hem. Kiedy widzieliśmy go ostatnio, pod koniec Daru, rozstał się z siostrą, uciekając z Norlochu; obecnie powracamy do jego przybycia z bardem Salimanem do ludnego, starożytnego miasta Turbanska. Zamieszkuje je społeczność pod wieloma względami bardzo odmienna - mimo wspólnoty bardów od annaryjskiej, ukazywana oczami naiwnego, oszołomionego chłopca na mroczniejącym tle nadciągającej wojny. Coraz więcej sił Światła staje do walki z zachłannym Bezimiennym, gdy nieśmiertelny despota z Dén Ravenu, na południu znany pod imieniem Sharma, grozi zniszczeniem wszystkim kulturom Światła w Edil-Amarandzie.

Podobnie jak w poprzednich tomach, w tekście traktowałam annaryjski jako odpowiednik angielskiego, pozostawiając niezmienione niektóre wyrażenia z innych języków, najczęściej suderańskiego - mowy, którą posługiwali się mieszkańcy zarówno Suderainu, jak i półwyspu Amdridh. Niektórzy specjaliści kwestionowali tę decyzję i twierdzili, że czyniąc tak, daję czytelnikowi mylne wrażenie wagi annaryjskiego i sugeruję, iż był on językiem całego imperium, podobnie jak językiem globalnym jest angielski, co - mimo jego wielkiej popularności - nie odpowiada prawdzie. Mogę jedynie wspomnieć tu o tych protestach i wyjaśnić, iż w owym czasie uznałam to za najwłaściwsze rozwiązanie. Chciałabym też zaznaczyć, że tekst pierwotny istotnie napisano po annaryjsku.

Pracując nad tekstem, nie mogłam uciec od refleksji, jak wiele istnieje paraleli pomiędzy obecnymi czasami a tą starożytną historią. Na początku XXI wieku nasz świat stał się dużo bardziej mroczny, co sugeruje, przynajmniej mnie, że część opisów wojny zawartych w tomach tworzących Kruka brzmi dziwnie aktualnie. W szerszym ujęciu Naraudh Lar-Chanë dotyczy relacji istot ludzkich ze środowiskiem naturalnym, co także brzmi bardzo świeżo. Po części to kwestia uniwersalności sztuki, nie mogę się jednak powstrzymać przed smutną refleksją, iż fakt, że dziś nie jesteśmy wcale bliżsi rozwiązania owych problemów niż wówczas, gdy światem rządzili bardowie i Równowaga, niezbyt dobrze świadczy o nas, ludziach.

Tak wiele czasu poświęciłam temu tłumaczeniu, że niemal nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego; mogę śmiało rzec, iż rozpoczynając tę pracę, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zdominuje ona moje życie. Zadanie zaś nie zostało jeszcze bynajmniej ukończone: wciąż mam przed sobą dwa ostatnie, najtrudniejsze tomy. Absolutnie się nie skarżę: wiele godzin poświęconych dyskusjom na temat złożoności składni annaryjskiej bądź niuansów etyki bardów, dni spędzone w bibliotekach nad starożytnymi pismami bądź mikrofilmami, próby odszyfrowania niezrozumiałych detali dotyczących życia w utraconych krainach Edil-Amarandhu należą do najwspanialszych chwil mojego życia. Dzięki tej pracy zyskałam też wielu przyjaciół, zarówno czytelników, jak i tych, którzy pomagali mi w badaniach i którzy ogromnie wzbogacili moje życie.

Dzieło tego typu powstaje zwykle z pomocą wielu ludzi. Zabrakłoby mi miejsca, by podziękować większości z nich. Przede wszystkim, jak zawsze, pragnę podziękować mojej rodzinie, za ciepłą tolerancję mojej obsesji; mężowi Danielowi Keene za wsparcie projektu i pracę korektora oraz dzieciom: Joshui, Zoe i Benowi. Ponownie dziękuję Richardowi, Jan, Nicholasowi i Veryan Croggon za bezcenne uwagi na temat wczesnych wersji przekładu. Chris Kloet, mojej redaktorce, jestem niewymownie wdzięczna za niezłomne wsparcie i bystre oko, które ocaliło mnie przed wieloma kompromitującymi błędami. Spośród licznych kolegów, którzy zechcieli wspomóc mnie sugestiami bądź radami, pragnę podziękować zwłaszcza: profesorowi Patrickowi Insole z Wydziału Języków Starożytnych University of Leeds, który ponownie pozwolił mi cytować obficie w Dodatkach swoją monografię na temat Drzewnej Pieśni, doktorowi Randolphowi Healy z Bray College, hrabstwo Wicklow, za konsultacje dotyczące matematyki bardów z Suderainu, i profesorowi Davidowi Lloydowi z University of Southern California za celne i cenne analizy złożoności systemów politycznych i układów sił w Edil-Amarandzie oraz za liczne przemiłe rozmowy. Wreszcie chciałabym też wspomnieć o niezwykle uprzejmych i pomocnych pracownikach Libridha Museum na University of Querétaro, gdzie spędziłam wiele miesięcy, badając Naraudh Lar-Chanë.

Alison Croggon Melbourne, Australia, 2006

I Biały kruk

Kropelka potu ściekała powoli po skroni Hema. Starł ją i sięgnął po kolejne mango.

Było okropnie gorąco. Nawet w cieniu drzewa mangowego powietrze napierało na chłopaka niczym wilgotny koc. Nie poruszało nim nawet najlżejsze tchnienie wiatru: liście zwisały nieruchomo. Natomiast cykady, jakby chciały wynagrodzić brak bryzy, grały głośniej niż kiedykolwiek. Hem nie widział żadnej ze swego miejsca w połowie wysokości drzewa, na szerokim konarze, który rozwidlał się, tworząc wygodne siedzenie, lecz ich cykanie było dość głośne, by rozbolały od niego uszy.

Oparł się o pień, pozwalając, by słodki miąższ owocu rozpłynął mu się na języku. Mango stanowiły niewątpliwie ukoronowanie dnia. Nie żeby był to pomyślał z ironią - szczególnie wspaniały dzień. Powinien teraz siedzieć w Szkole Turbanska, nucić idiotyczną pieśń bardów bądź drzemać podczas nudnego wykładu na temat Równowagi. Zamiast tego ostro pokłócił się ze swoją mentorką o coś, czego już nawet nie pamiętał, i uciekł.

Po kłótni wędrował krętymi uliczkami za szkołą, zgrzany, znudzony i spragniony, póki za wysokim murem nie wypatrzył kuszących pomarańczowych owoców. Winorośl stanowiła idealną drabinę, toteż wspiął się ostrożnie i znalazł w otoczonym murami ogrodzie, bujnej oazie zieleni, pełnej drzew owocowych, kwitnących oleandrów, pnących róż i jaśminu. Na samym końcu krużganek wiódł do wspaniałego domu i Hem rozejrzał się szybko w poszukiwaniu jego mieszkańców; potem pomknął do fontanny wpadającej do wyłożonego mozaiką stawu w sercu ogrodu. Zanurzył głowę w wodzie, napawając się rozkosznym chłodem, i napił do syta.

Po chwili otrząsnął głowę jak pies i przyjrzał się drzewom owocowym. Rosły tam figowiec, granatowiec, dwa drzewa pomarańczowe, a także mango, największe ze wszystkich. Zauważył z żalem, że pomarańcze wciąż jeszcze nie dojrzały, a potem z łatwością wspiął się na drzewo mango i zaczął zrywać owoce, przecinając szorstką skórę rozkładanym nożykiem i odrzucając duże pestki na ziemię. Wkrótce palce pokryły mu się lepkim, słodkim sokiem.

Najadłszy się do syta, spojrzał leniwie poprzez liście na błękitną kopułę nieba, która wznosząc się, coraz bardziej jaśniała, aż do niemal bieli w zenicie. W końcu wytarł starannie dłonie o spodnie, wyciągnął coś z kieszeni i wygładził na kolanie. To był list, zapisany krzywymi literami na kawałku pergaminu. Hem nie potrafił go odcyfrować, lecz Saliman, jego opiekun, przeczytał mu go tego ranka, a potem widząc twarz Hema, oddał mu na pamiątkę.

Do Hema i Salimana - pozdrowienia!

Jak już zapewne wiecie, jeśli dotarł do Was ptak, wraz z Cadvanem bezpiecznie przybyliśmy do Thoroldu. Oboje mamy się znacznie lepiej, niż kiedy widzieliśmy się ostatnio.

W drodze tutaj bardzo chorowałam, musieliśmy też z Cadvanem walczyć z ondrilem, który okazał się wielki, ale bezpiecznie dotarliśmy do celu. Nerili udzieliła nam schronienia, resztę wieści usłyszycie od wysłannika.

Mam nadzieję, że bez przeszkód przybyliście do Turbanska i że Hem przekonał się, iż tamtejsze owoce są tak wielkie, jak zapowiadały ptaki. Myślę o Was nieustannie i bardzo za Wami tęsknię.

Z całą miłością, jaką kryje moje serce,

Maerad

Już teraz ścigały ich potwory. Hem wiedział, że ondril to rodzaj gigantycznego węża żyjącego w oceanie. Cadvan był może nawet dzielniejszy od Salimana, a Maerad (przynajmniej w dwunastoletnich oczach Hema) jeszcze odważniejsza, ale podróżowali tylko we dwoje, a Mrok miał tak wielu popleczników, kryjących się wszędzie. Gdzie w ogóle leżał ten cały Thorold? Saliman wyjaśnił, że gdzieś za morzem, i pokazał rysunek na mapie, lecz Hem nigdy nie widział morza i miał jedynie mgliste pojęcie o przedstawionych odległościach. Nic dla niego nie znaczyły.

Zapatrzył się w list, jakby siła jego spojrzenia mogła odszyfrować znaczenie liter, zamiast tego jednak rozmazały się tylko i zaczęły tańczyć mu przed oczami. Jedynym słowem, jakie rozumiał, było "Maerad". A czego jeszcze nie napisała, z jakimi innymi zagrożeniami przyszło jej się zmierzyć? List pochodził sprzed kilku dni; czy w ogóle jeszcze żyła?

Bardzo gwałtownie, jakby list go oparzył, Hem zmiął papier w kulkę i wcisnął do kieszeni. Nagle w jego umyśle pojawiło się wspomnienie chwili, gdy pierwszy raz ujrzał Maerad, kiedy otworzyła jego maleńką kryjówkę pod łóżkiem w wozie Pilanelów, a on uniósł wzrok, przerażony, spodziewając się noża, który opadnie i posieka go na kawałki, a zamiast tego spojrzał wprost w zdumione oczy siostry. Tyle że wówczas nie wiedział, że to jego siostra. To nastąpiło później... Przypomniał sobie Maerad taką, jaką widział ją po raz ostatni, w Norlochu, stojącą w drzwiach domu Nelaca, podczas gdy on z Salimanem odjeżdżali. Twarz miała bladą ze smutku i wyczerpania, wiatr unosił jej czarne włosy. Hem zagryzł wargę niemal do krwi. Nie należał do dzieci, które często płaczą, teraz jednak smutek zapiekł go w piersi. Tęsknił za Maerad bardziej, niż potrafił przyznać nawet przed samym sobą.

Maerad była jedyną osobą na całym świecie, przy której czuł się swobodnie i bezpiecznie. W krótkim czasie, który spędzili razem, pierwszy raz w życiu przestały go dręczyć koszmarne sny. Nim jeszcze odkryła, że Hem jest jej bratem, tuliła go w ramionach i gładziła po twarzy, kiedy śnił koszmary. Nawet teraz wydawało mu się to czymś zdumiewającym. Każdego innego, kto pozwoliłby sobie na podobną poufałość, poczęstowałby pięścią. Od początku jednak ufał Maerad: wyczuwał jej łagodność, a pod nią samotność i smutek. Lecz przede wszystkim zaakceptowała go takiego, jaki był, i nie chciała czegokolwiek w nim zmieniać. Maerad - pomyślał z bólem - mnie kochała.

A teraz odjechała tak daleko, że równie dobrze mogła w ogóle nie istnieć. Od ich ostatniej rozmowy minęły niemal dwa miesiące i Maerad mogła być wszędzie w Edil-Amarandzie. Tutejsi ludzie zaś mówili wyłącznie o wojnie. Temat ten czaił się w każdej rozmowie niczym tłusty, ohydny robak. Wojna mogła zabić Maerad, mogła zabić jego. Możliwe, że już nigdy się nie zobaczą.

Hem wydął policzki i wydmuchnął głośno powietrze, jakby próbował pozbyć się ponurych myśli. Oczywiście pozostawał jeszcze Saliman. Był wszystkim, czym Hem pragnął się stać: wysoki, przystojny, silny, szczodry, odważny, dowcipny... Hem go uwielbiał z żarem bliskim nabożnej czci, odkąd ujrzał go po raz pierwszy, a kiedy Saliman zaproponował, że zaopiekuje się nim i zabierze do Turbanska, wielkiego miasta na południu, by mógł chodzić tam do szkoły i nauczyć się, jak być bardem - uznał to niemal za cud.

Od kiedy Hem zyskał Mowę i zaczął rozmawiać z ptakami, marzył o tym, by dotrzeć na południe, gdzie - jak mówiły ptaki - rosły drzewa pełne barwnych owoców, wielkich jak jego głowa. A teraz tu był. Mieszkał w wielkim domu bardów z Salimanem, miał tyle jedzenia, ile tylko zapragnął, i ubierał się we wspaniałe stroje zamiast w szmaty, do których przywykł. Lecz choć siedział właśnie na drzewie otoczony słodkimi owocami, o których niegdyś marzył, szczęście wydawało mu się równie nieuchwytne jak dawniej.

Po pierwsze wyjazd do Turbanska oznaczał, że musiał rozstać się z Maerad. Niesprawiedliwość tego faktu zraniła go głęboko, choć nawet w najbardziej ponurym nastroju Hem musiał przyznać, że to niczyja wina. Odkrył też, że nieszczególnie lubi szkołę. Nie przywykł do siedzenia bez ruchu, do skupiania uwagi i źle znosił krytykę nauczycieli, nawet najłagodniejszą. Wszyscy upierali się też, żeby nazywać go Caiem - imieniem z dzieciństwa, które nosił, nim Próżni go porwali i umieścili w sierocińcu, gdzie spędził większą część życia. Nieustannie zapominał, że to jego imię, i wpadał w kłopoty, ignorując polecenia nauczycieli, choć tak naprawdę w ogóle nie wiedział, że mówią do niego.

Hem jakiś czas rozmyślał nad niesprawiedliwością bardów, odruchowo zrywając i zjadając kolejne mango. To przecież nie jego wina, że niczego nie wie. Nikt nie rozumiał, jak trudno przychodziło mu czasami czytanie i pisanie, a kiedy zacinał się na jakimś słowie, pogardliwe spojrzenia siedmiolatków, z którymi dzielił klasę, raniły jego dumę.

Lecz sedno problemów Hema stanowił fakt, że był samotny. Saliman, jedyny człowiek w Turbansku, któremu ufał, często wyjeżdżał bądź był zajęty sprawami bardów. Ostatnio zaś nieustannie zdawał się zaprzątnięty innymi rzeczami, nawet gdy znajdował chwilę, by zamienić parę słów z podopiecznym. Hem był w szkole jedynym dzieckiem z północy, bladooliwkowa twarz wyróżniała go spomiędzy tłumu czarnoskórych mieszkańców Turbanska, którzy uważali go za nieokrzesanego dziwaka. Zdążył już zostać weteranem kilkunastu bójek; teraz go unikali, bo walczył nieczysto: nie cofał się przed wbijaniem palców w oczy, szarpaniem za włosy i gryzieniem. Nie znał suderańskiego, co ograniczało jego możliwości porozumienia się do Mowy, a - pomyślał z przygnębieniem Hem, ciskając wielką pestką, tak że odbiła się gdzieś między liśćmi - w Mowie nie da się kłamać, bo zmusza do przekręcania własnych słów. Ostatnio okazało się to doprawdy irytujące. Choć (może na szczęście) oznaczało też, że inni uczniowie nie rozumieli jego annaryjskich wyzwisk i przekleństw.

Przypomniał sobie wczorajsze zajęcia, kiedy tak bardzo się nudził, że zakręciło mu się w głowie. Zapominając o wszystkim, ziewnął otwarcie. Mentorka Urbika, nucąca w Mowie Pierwszą pieśń Stworzenia, przerwała w pół zwrotki i przygwoździła Hema przenikliwym spojrzeniem. Było to spojrzenie pełne ironii, rozdrażnienia i współczucia, Hemowi jednak umknęły jego subtelności. Był zbyt zajęty nerwowym dłubaniem przy sandałach.

- Młodszy bardzie Caiu, czyżby wielkie tajemnice Stworzenia cię nudziły? - spytała Urbika.

Pozostałe dzieci zachichotały i obróciły się, patrząc na Hema, który dopiero po chwili zorientował się, że mentorka mówi do niego. Uniósł głowę i zauważył, że cała klasa wbija w niego wzrok, kipiąc tłumionym rozbawieniem.

- Eee, tak, to znaczy nie, tak, owszem, nudzą - odparł, nagle zarumieniony, z policzkami piekącymi od upokorzenia.

Urbika obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem, kolejnym uciszyła klasę i więcej o tym nie wspominała, Hem jednak rozmyślał o tym drobnym incydencie przez resztę dnia. Nikomu nie wolno się z niego śmiać, nikomu. Któregoś dnia zapłacą mu za to...

Nagle odgłos, który już wcześniej podświadomie słyszał, przebił się do pokładów jego świadomości. Pod stopami Hema wybuchł jakiś zamęt. Spojrzał w dół między liście i ujrzał na ziemi kłębowisko pierza: sześć czy siedem kruków coś atakowało. Zaciekawiony zeskoczył z konaru na ziemię, tuż obok walczących ptaków. Kruki były tak bardzo zajęte, że w ogóle go nie dostrzegły. Teraz zobaczył, że zawzięcie dziobią białego ptaka, który najwyraźniej zrezygnował już z prób ucieczki i na próżno usiłował ukryć głowę pod skrzydłem. W miejscach gdzie dzioby napastników rozdarły skórę, jego pióra pokryły się plamami krwi.

Ogarnięty nagłym gniewem Hem uniósł dłoń i wykrzyknął w Mowie:

- Der ni, mulchar! - Precz stąd, padlinożercy!

Z jego palców wystrzeliła błękitna, świetlista błyskawica i trafiła w atakujące kruki, które zaskrzeczały zdumione i przestraszone i odleciały, trzepocząc skrzydłami, w obłoku smrodu palonego pierza. Ich ofiara leżała na ziemi w kręgu rozrzuconych białych piór o zakrwawionych koniuszkach. Oczy ptaka były zamknięte, a jego pierś unosiła się ciężko. Hem podniósł go bardzo ostrożnie, czując, jak drży w jego dłoniach. Odruchowo westchnął, odkrywając, jaki ptak był lekki: pod piórami ciałko było takie małe, zaledwie strzępek życia.

- Czy jesteś ranny, mój mały? - spytał w Mowie.

Na dźwięk jego głosu ptak otworzył oczy i niemal natychmiast znów je zamknął. Hem pożałował, że wcześniej nie zwrócił uwagi na hałas; możliwe, że teraz zwierzątko umrze z powodu szoku. Przytulił je do piersi, osłaniając jego główkę dłońmi, by stworzyć złudzenie ciemności, dzięki czemu może poczuje się choć trochę lepiej. Bez wątpienia ptak już dawno przekroczył granice przerażenia.

Hem pomyślał właśnie, że chyba czas zmykać z ogrodu, gdy z krużganków za jego plecami dobiegł gniewny okrzyk. Chłopak wzdrygnął się i rozejrzał gorączkowo w poszukiwaniu drogi odwrotu. Z domu ku niemu biegł potężny, bardzo wysoki mężczyzna w długiej zielonej szacie, krzycząc po suderańsku. Jedyną możliwość ucieczki oferowało drzewo mango; musiałby wspiąć się na nie i zeskoczyć po drugiej stronie muru, jednakże przeszkadzał mu ptak - Hem nie chciał go dodatkowo wystraszyć nagłymi ruchami. Ocenił swoje szanse, zaklął i uznał, że nie ma wyboru, musi zostać.

Kiedy mężczyzna dotarł do niego, dysząc ciężko z wysiłku i ze złości, uniósł rękę, by trzepnąć Hema w głowę. Chłopak wzdrygnął się, czekając na cios, tamten jednak zastygł z ręką wysoko w górze, patrząc na niego ze zdumieniem i narastającą furią. Z jego ust posypały się pytania, których Hem nie rozumiał, poza słowem djella, które, jak wiedział, oznaczało barda. Pojął, iż nie został ukarany z miejsca tylko dlatego, iż gospodarz rozpoznał charakterystyczny strój ucznia Szkoły Turbanska. Uśmiechnął się tak rozbrajająco, jak tylko potrafił, i za każdym razem gdy tamten milkł, by nabrać tchu, powtarzał: - Saliman Turbansk de.

Mężczyzna patrzył na niego z powątpiewaniem, w końcu chwycił go boleśnie za ucho i wciągnął do domu. Hem skupił się na tym, by nie upaść i nie zranić uratowanego ptaka. Gospodarz przeciągnął go szybko przez szerokie korytarze i cieniste pokoje pachnące drewnem sandałowym, w których chłopiec dostrzegał błyski złota, szkarłatu i lazuru. W końcu znaleźli się w wielkim atrium. Mężczyzna otworzył ogromne drzwi z brązu i wyszedł na zalaną oślepiającym słońcem ulicę. Przez moment Hem sądził z ulgą, że to już koniec, ale bezlitosny uścisk na jego uchu nie zniknął. Upokorzony dał się poprowadzić ulicami aż do domu Salimana, na szczęście stojącego niedaleko. Tam jego prześladowca uderzył w mosiężny dzwon i czekał bez ruchu, aż ktoś otworzy.

Na oszołomioną młodszą bardkę, która stanęła w drzwiach, spadł rwący potok suderańskich słów. Dziewczyna rozłożyła ręce, by go powstrzymać, spojrzała ostro na Hema i najwyraźniej zaprosiła mężczyznę do środka. On jednak pokręcił głową, toteż pobiegła po Salimana. Hem i jego towarzysz dłuższą chwilę stali na dworze w upale w absolutnej ciszy. Hem zabijał czas, wpatrując się we frontowy próg, i zaciskał zęby, walcząc z bólem ucha. Ptak w jego dłoniach wciąż żył; czuł na palcach trzepot małego serca.

W końcu Saliman podszedł do drzwi. Na widok Hema jego brwi uniosły się aż po linię włosów.

- Hem! - rzucił. - Co porabiałeś? Alimbarze el Nad! Witaj!

Mężczyzna, wyraźnie dodatkowo urażony koniecznością czekania, przedstawił donośnie swoją skargę. Saliman odpowiedział po suderańsku i Hem przestał próbować śledzić ich rozmowę. W końcu Alimbar go puścił. Chłopiec stał cierpliwie, rozcierając ucho wolną ręką. Wyglądało na to, że Saliman próbuje zaprosić tamtego do środka, a Alimbar upiera się, że nie wejdzie.

Po jeszcze paru wymienionych zdaniach uspokoił się nieco i w końcu skłonił przed bardem, który otworzył przed nim drzwi. Potem Saliman odwrócił się do Hema i wezwał jego także. Wzrok miał twardy.

- Chodź - rzucił po annaryjsku. - Zajmę się tobą później. Masz teraz wrócić do swojego pokoju i z niego nie wychodzić.

Hem, dotąd zupełnie nieprzejęty wściekłością Alimbara, wzdrygnął się przed gniewem Salimana. Potulnie kiwnął głową i odbiegł.

Już u siebie Hem ostrożnie położył ptaka na łóżku. Zwierzątko zaskrzeczało cicho, leżąc bez ruchu z zamkniętymi oczami. Jego pierś unosiła się ciężko. Chłopiec, dobrze znający ptaki, zdumiał się; najwyraźniej ten należał do jakiegoś nieznanego mu gatunku. Wyglądał jak kruk, ale pióra miał białe. Niewątpliwie był to jeszcze pisklak, któremu dopiero co wyrosło dorosłe upierzenie; pióra na skrzydłach i ogonie miał krótkie i grube, a sam robił wrażenie wychudzonego i jakby niedokończonego.

Hem ostrożnie zbadał jego obrażenia. Nie znalazł żadnych poważniejszych ran, oprócz paru bolesnych skaleczeń tułowia i szyi, możliwe jednak, iż po ataku pozostały także niewidoczne obrażenia wewnętrzne. Nie wyczuł żadnych złamań kości, a ranki przestały już krwawić. Najbardziej obawiał się wstrząsu; ptaki często umierają po takich przeżyciach. Rozejrzał się po pokoju i ujrzał skrzynię, w której przechowywał zapasowe ubrania. Szybko wyrzucił je na łóżko, rozłożył na dnie płótno służące mu do wycierania się i ostrożnie umieścił tam ptaka.

- Proszę, mój mały - wymamrotał w Mowie. - Teraz jesteś bezpieczny.

Ptak pisnął cicho, jakby chciał mu podziękować, i Hem zamknął wieko, by zwierzątko poczuło się bezpieczne w ciemności. Nagle przestraszył się, że może mu zabraknąć powietrza, i wcisnął koszulę pod pokrywę, by nie domknęła się do końca.

Jeśli pożyje godzinę - pomyślał - będzie miał szansę. Dwie godziny - większą szansę. Jeśli dotrwa do jutra, z pewnością przeżyje.

Będzie potrzebował wody. Hem miał dzbanek i kubek na biurku, ale brakowało mu naczynia dla ptaka. Z łatwością mógł je znaleźć w kuchni, lecz nie śmiał opuścić swojego pokoju - gdyby Saliman zjawił się pod jego nieobecność, rozgniewałby się jeszcze bardziej. Będzie musiał zaczekać na jego przybycie.

Siedział na łóżku, wiercąc się nerwowo i zastanawiając, jak opiekun ukarze go za najnowszą eskapadę. Czy wyrzuci go z domu bardów? Hem z niepokojem rozważał tę możliwość - według niego wyglądała całkiem prawdopodobnie. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym mniej widział powodów, dla których Saliman miałby go zatrzymać; żaden z innych młodszych bardów nie przepadał za Hemem, a on sam stale pakował się w kłopoty, nie błyszczał też w szkole... Po krótkim czasie obawy zamieniły się w pewność. Jeśli Saliman go wyrzuci, gdzie będzie mógł zamieszkać? Chyba na ulicy. Może znajdzie pracę na targowisku jako krzykacz, noszący towary i zachwalający głośno ich zalety. Mógłby być w tym dobry - i wtedy przypomniał sobie, że nie zna suderańskiego. Zatem będzie musiał zostać złodziejem. Potrafił całkiem nieźle kraść, choć teraz, odkąd wyrósł, będzie trudniej: był już wysoki, a w Turbansku jego jasna skóra oznaczała, że nie zdołałby rozpłynąć się niepostrzeżenie w tłumie. W takim razie musi wyruszyć na północ i odnaleźć Maerad - po drodze mógłby kraść, by się wyżywić. Rzecz w tym, że tęskniłby za Salimanem. Pozostawał jeszcze problem Cadvana, mentora Maerad. Hem podziwiał go równie mocno jak Salimana, lecz Cadvan budził w nim głęboki lęk. Dobrze pamiętał, jaki potrafi być surowy. Gdyby odszukał Maerad, znalazłby też Cadvana, a ten z pewnością rozgniewałby się na niego... Lecz z drugiej strony, Maerad by go obroniła. I wtedy w trójkę mogliby razem wyruszyć na spotkanie przygody.

Hem jakiś czas rozważał swoją nową przyszłość, snując przyjemne fantazje, w których kluczową rolę odgrywały jego bohaterskie czyny. Nagle przypomniał sobie o ptaku. Siedział bardzo cicho i Hem uznał, że z pewnością umarł. Okazało się jednak, iż ptak wstał, a gdy wieko się uniosło, umknął w kąt, próbując się ukryć. Hem wydał z siebie kilka kojących dźwięków, nie próbował jednak do niego przemawiać ani go podnosić. Zauważył z ulgą, że ptak nie rozdziawia dzioba z pragnienia, i ostrożnie opuścił wieko.

Zdawało mu się, że minęły wieki, nim usłyszał kroki na korytarzu, a potem ktoś zapukał do drzwi. Po chwili, podczas której Hem szykował się na wyrzuty i zastanawiał, czemu drzwi się nie otwierają, usłyszał głos Salimana:

- Hemie? Mogę wejść?

Wciąż nie przywykł do tej uprzejmości.

- Tak, tak, wejdź - odparł z zapartym tchem, gramoląc się do drzwi i otwierając je.

Saliman stał na korytarzu odziany w czerwone szaty barda Turbanska. Długie czarne włosy zaplótł z tyłu w misterne warkoczyki, na ramieniu miał przypiętą złotą broszę w kształcie słońca. Hem zerknął nerwowo na jego ciemną twarz i pomyślał, że nie wygląda na bardzo rozzłoszczonego; z pewnością na jego wargach zatańczył ulotny uśmiech. A może jednak nie...

W istocie Saliman wpatrywał się zdumiony w stertę ubrań rozrzuconych na łóżku.

- Mam nadzieję, Hemie, że nie planujesz ucieczki - rzekł, podnosząc błękitną tunikę.

Chłopiec przełknął głośno ślinę.

- Nie - odparł. - Ja... musiałem gdzieś schować ptaka.

Saliman popatrzył na niego bez wyrazu.

- Ptaka? - powtórzył.

- Jest ranny. A ptaki potrzebują ciemnego miejsca, żeby się nie bać. No więc... - Zająknął się i umilkł. Może w domach bardów nie wolno chować w skrzyniach rannych ptaków?

- Tak?

- No więc wsadziłem go do skrzyni... - Machnął ręką, wskazując ogólnie drugą stronę pokoju. - Ale najpierw wyjąłem wszystkie ubrania. Żeby się nie pobrudziły. Nie sądziłem, że to coś złego - dodał pospiesznie, przyjmując najbardziej cnotliwą minę, jaką umiał, choć dotąd nigdy nie przejmował się tym, czy jego ubranie pozostanie czyste. - Chciałem tylko pomóc ptakowi.

Saliman stał nieruchomo, przenikliwie wpatrując się w podopiecznego. Potem usiadł na łóżku i podparł głowę w geście rozpaczy, na którego widok Hem uśmiechnął się wbrew sobie, choć bardzo uważał, aby przegnać uśmiech, kiedy mężczyzna uniósł wzrok.

- Hemie - rzekł w końcu Saliman - masz pojęcie, do czyjego ogrodu się dziś zakradłeś?

Chłopiec pokręcił głową.

- Odbyłem właśnie bardzo długą i bardzo nudną rozmowę z Alimbarem el Nadem. To konsul Ernani Turbanska, piąty w hierarchii władzy po samej Ernani. Najwyraźniej znalazł cię w swoim prywatnym ogrodzie, z którego korzysta jedynie on sam. Nawet jego służbie nie wolno tam wchodzić. A jednak ty bardziej martwisz się, czy nie pobrudzisz ubrań... - Pokręcił głową. - Co tam robiłeś?

Hem wbił wzrok w podłogę. Nie zamierzał przyznać, że kradł mango, skoro nikt go o to nie oskarżył; za coś takiego wyleciałby z pewnością. Saliman westchnął ciężko i wstał.

- Po bardzo wielu gładkich słówkach i słodkich przysmakach, i po tym, jak zaofiarowałem się rzucić zaklęcie obfitości na jego dom - a wiedz, że to niezwykle wyczerpujący i skomplikowany urok - oraz przyrzekłem, iż solidnie cię wychłoszczę, zdołałem go udobruchać. Alimbar to człek popędliwy i niecierpliwy, szybko się obraża, a także, muszę przyznać, obraża innych. Co najmniej trzy razy musiałem przełknąć dumę, a to bardzo trudne dla Salimana z Turbanska. Mogłeś jednak spowodować poważne tarcia pomiędzy Szkołą Turbanska a dworem, i to w najgorszym możliwym momencie.

Hem wpatrywał się w podłogę tak mocno, że zapiekły go oczy; jedynie częściowo docierało do niego znaczenie słów Salimana.

- Hemie - podjął tamten z powagą. - Jestem na ciebie bardzo rozgniewany i powinienem cię ukarać. Lecz szczerze mówiąc, nie wierzę, że to by cokolwiek naprawiło. Nie zbiję cię zatem, choć być może tylko dlatego, by ocalić resztki własnej dumy.

- I mnie nie odeślesz? - Hem usłyszał, jak wbrew jego woli łamie mu się głos. Saliman popatrzył na niego zdumiony.

- Odeślę? Decyzja o tym, czy tu zostaniesz, czy nie, należy wyłącznie do ciebie, Hemie, nie do mnie. Nie, nie odeślę cię.

Hem mimowolnie westchnął z ulgą. Nie bał się chłosty, choć od spotkania z Maerad nikt go nie bił i być może stracił część dawnej odporności. Teraz jednak Saliman stał zwrócony do niego plecami i wyglądał przez okno. Długo milczał i Hem zaczął się wstydzić swoich uczynków.

- Przykro mi - wymamrotał, gdy cisza ciągnęła się zbyt długo.

- Ale czy naprawdę, Hemie? - Saliman obrócił się ku niemu. - Naprawdę ci przykro? Same słowa nie wystarczą, jeśli potem znów to zrobisz.

Jego twarz była bardzo poważna i chłopiec poczuł nagły ucisk w żołądku.

To nie był strach. Kiedy Saliman był z niego zadowolony, Hem czuł oszałamiającą radość, lecz zawód opiekuna ranił go bardziej niż jakakolwiek chłosta. Saliman był jedną z nielicznych istot ludzkich, które bezkrytycznie szanował, a w ciemnych oczach opiekuna, zdających się widzieć wszystko bez uprzedzeń i obaw, kryła się niepokojąca moc.

- I? - Głos Salimana zabrzmiał łagodnie, lecz pod aksamitem zadźwięczała stal.

- Naprawdę mi przykro - odparł Hem nieco wyraźniej. - Nie chciałem narobić ci kłopotów.

Saliman znów westchnął. Usiadł na łóżku i poklepał poduszki obok.

- Usiądź, Hemie. Powiedz mi, bardzo jesteś nieszczęśliwy?

Chłopak zamrugał, zaskoczony tym pytaniem. Nie rozmawiał z Salimanem o swoich uczuciach. Otworzył usta i znów je zamknął.

- Urbika mówi mi, że nie znalazłeś sobie przyjaciół - ciągnął Saliman. - Twierdzi też, że masz kłopoty z suderańskim, co nie pomaga.

Wbrew sobie Hem się zarumienił. Nie zachwycała go świadomość, że inni mogą go tak obserwować. Walczył sam z sobą. Od dawna pragnął otworzyć serce przed Salimanem, opowiedzieć mu o swych kłopotach. Opiekun z pewnością zrozumie jego ciągłe koszmarne sny, problemy z porozumieniem się z ludźmi, to, jak nie znosił innych młodszych bardów. Wiedział, że opiekun go nie osądzi. Teraz jednak, kiedy szansa nadeszła, miał wrażenie, jakby ktoś okręcił mu szczęki ciasno drutem.

- Tęsknię za Maerad - powiedział w końcu.

- Tej rany, niestety, uleczyć nie mogę - odparł łagodnie Saliman. - Choć może zdołam pomóc w innych kwestiach.

Znów zapadła długa cisza.

- No cóż - mruknął wreszcie bard, widząc wyraźnie, że Hem nic więcej nie powie. - Może powinniśmy obejrzeć tego twojego ptaka.

Chłopak uradowany zmianą tematu otworzył skrzynię. Ptak skulił się w kącie, patrząc na nich niemrugającymi oczami. Saliman podniósł go ostrożnie, szepcząc w Mowie, i pisklak w jego dłoni odprężył się.

- Myślisz, że nic mu nie będzie? - Hem obserwował go niespokojnie.

- Sądzę, że nie odniósł większych ran.

Mężczyzna zbadał uważnie ptaka, cały czas mamrocząc w Mowie. Czyniąc to, zaczął jarzyć się słabo osobliwym, wewnętrznym światłem. Hem, który do tej pory widział już kilku bardów przywołujących swój Dar, pojął, że Saliman rzuca zaklęcie uzdrawiające, i odetchnął. Czuł się dziwnie związany z tym pokaleczonym, sponiewieranym ptakiem i ulżyło mu, że zostanie uzdrowiony. Sam też mógł to zrobić, ale nie do końca ufał swoim umiejętnościom.

Po chwili Saliman skończył i zwabił ptaka na przegub Hema, gdzie ten przysiadł spokojnie niczym oswojony sokół. Hem czuł na skórze chłodne nóżki, pazurki wbiły mu się w skórę z zaskakującą siłą. Zaćwierkał do ptaka, a potem spytał w Mowie:

- Dobrze się czujesz, mój mały?

- Lepiej - odparł ptak. - Głodny! - Wydał z siebie pytający dźwięk, bardzo przypominający świst, jakim nowo wyklute pisklę prosi o jedzenie.

- To jeszcze niemal pisklak - Saliman uśmiechnął się. - Ale jaki?

- Sądziłem, że ty będziesz wiedział - odparł z zapałem Hem. - Wygląda jak odmiana kruka...

- Owszem, ale jest biały. - Bard przyjrzał mu się, przekrzywiając głowę na bok. - Jak go znalazłeś?

- No cóż, siedziałem na drzewie mango, kiedy... - Hem urwał.

Saliman zerknął na niego z ironią.

- Od początku podejrzewałem, że urządziłeś sobie napaść na drzewa owocowe Alimbara. To bardzo kosztowne owoce. I?

Hem zarumienił się, przeklinając własną nieostrożność, i opowiedział dokładnie, jak znalazł ptaka. Saliman słuchał z uwagą, potem pogładził pisklę po łepku.

- Wyrzutek, co? Może nie będzie chciał wrócić do swoich, którzy tak go prześladują. Myślę, że inne kruki potraktowały go tak, bo różni się od nich.

Kruki tak postępują. Możliwe, że znalazłeś sobie towarzysza, Hemie. - Wstał.

Tobie pozostawię decyzję, czy zechcesz zaopiekować się krukiem. Mam do załatwienia wiele spraw i jestem już bardzo spóźniony.

Podszedł do drzwi i odwrócił się.

- Nie zapomniałem o twoich przewinach - dodał. - Dziś więcej o nich nie wspomnimy. Ale muszę przemyśleć kilka spraw i sądzę, że ty także powinieneś.

To rzekłszy, wyszedł.

Hem przytaknął z roztargnieniem; całą uwagę skupiał na ptaku, który wydawał się teraz pełen energii, lecz nieco wychudzony. Kiedy wyrosną mu pióra i zniknie wystający spomiędzy nich szary puch, nadający mu wygląd obdartusa, będzie wyglądał lepiej.

- Chcesz zostać ze mną? - zaproponował Hem. - Mogę się tobą zająć.

- Nakarmisz? - spytał ptak.

- Tak, nakarmię cię. I ochronię przed pozostałymi. Będziesz bezpieczniejszy.

Ptak napuszył się, uniósł ogonek i zabrudził podłogę.

- Ale to będziesz musiał robić na dworze - dodał Hem, myśląc ze zgrozą o surowym ochmistrzu Salimana. - Bo inaczej ludzie zezłoszczą się na mnie.

Ptak obrócił głowę, przygważdżając Hema spojrzeniem jednego oka.

- Zostaję - oznajmił.

- No to jak masz na imię? - spytał Hem.

- Imię?

- Jak cię nazywają?

- Nie dostałem imienia - oznajmił kruk. - Stado mnie nie nazwało, gdy wyrosły mi pióra, bo jestem złego koloru. Nie mam imienia.

- Musisz jakieś mieć. - Hem zastanowił się chwilę i przypomniał sobie, jakim słowem określali ptaki Pilanelowie, z którymi krótko podróżował. - Co powiesz na "Irc"?

- Irc? - Ptak zakołysał się komicznie na jego przegubie. - Irc! Mam imię! Irc! - Znów zabrudził podłogę.

- Już ci mówiłem - upomniał go Hem. - Musisz to robić na dworze.

- Nakarm? Głodny!

- No dobrze, Ircu. - Hem westchnął, ale tylko udawał zniecierpliwienie. - Nakarmię cię.