Reva
Niechaj Ojciec Świata, który w swej miłości widzi wszystko i wie wszystko, prowadzi moje ostrze.
Obserwowała wysokiego mężczyznę, który schodził z trapu na nabrzeże. Ubrany był w typowe odzienie żeglarza, uszyte z prostej burej tkaniny, i stare, ale wciąż mocne wysokie buty, a ramiona okrywała mu wełniana peleryna, solidnie już nadwerężona używaniem. Ku zdumieniu dziewczyny mężczyzna nie miał miecza ani przy pasie, ani przytroczonego na plecach. Aczkolwiek z ramienia zwisała mu płócienna torba, związana kawałkiem liny, która bez trudu pomieściłaby klingę.
Mężczyzna odwrócił się, gdy ktoś zawołał za nim z pokładu. Ten drugi miał szerokie ramiona, czarną skórę i czerwoną chustkę zawiązaną wokół szyi, co oznaczało, że jest kapitanem okrętu, który dowiózł tak sławnego pasażera do tak nieznacznego portu. Wysoki mężczyzna potrząsnął głową, uśmiechając się przy tym grzecznie, acz z rezerwą, po czym pomachał na pożegnanie przyjacielskim, ale stanowczym gestem, i odszedł raźnym krokiem, naciągając na głowę kaptur. Na nadbrzeżu roiło się od ulicznych sprzedawców, trubadurów i dziwek; większość nie poświęciła nowo przybyłemu większej uwagi, choć przyciągnął kilka spojrzeń, wyróżniał się bowiem wzrostem. Kilka ladacznic spróbowało zainteresować go swymi usługami. Niezbyt gorliwie, najwyraźniej widziały w nim kolejnego wilka morskiego, a ci zwykle mieli wiatr w kieszeniach. Roześmiał się beztrosko na ich propozycje i rozłożył ręce w kłamliwie przepraszającym geście, dając im do zrozumienia, że w istocie ma niewiele.
Głupie dziwki. On łaknie krwi, nie rozkoszy, pomyślała, kucając w zatęchłej alejce, która od trzech dni była jej domem. W budynkach po obu stronach handlowano rybami i dziewczyna wciąż jeszcze nie zdołała przyzwyczaić się do tej woni.
Mężczyzna skręcił za róg, bez wątpienia kierował się w stronę północnej bramy. Wtedy ona wyślizgnęła się ze swego ukrycia, żeby ruszyć jego śladem.
- Zalegasz z opłatą, kochana.
Znowu ten grubas. Męczył ją od chwili, gdy pojawiła się alejce, domagał się zapłaty w monetach, by nie zawiadamiać strażników o jej obecności. Ostatnimi czasy władze portu nie miały wyrozumiałości dla włóczęgów. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że grubas tak naprawdę zainteresowany jest innym rodzajem zapłaty. Mógł mieć jakieś szesnaście lat, byłby wtedy o dwa lata od niej młodszy, był jednak wyższy o cal i znacznie szerszy. Sądząc po oczach, wyłudzane monety przepuszczał na wino.
- Koniec tej szopki - powiedział. - Żeś mówiła, dzień jeszcze i znikasz, a jakoś tu cięgiem siedzisz. Zalegasz z zapłatą.
- Proszę - powiedziała wysokim, pełnym strachu głosem, robiąc przy tym krok w tył. Gdyby był trzeźwy, pewnie zastanowiłby się, dlaczego dziewczyna cofa się z ulicy w cień, gdzie jest przecież bardziej narażona na atak. - Mam pieniądze, widzisz?
Wyciągnęła dłoń, moneta błysnęła mdło w półmroku zaułka.
- Miedziak! - Odtrącił jej dłoń, dokładnie tak jak przewidziała. - Cumbraelicka dziwka! Tak, wezmę wszystkie twoje miedziaki i jeszcze tw...
Nie zamknęła pięści, jedynie zwinęła palce. Trafiła go kostkami od dołu w nos. Cios był precyzyjny, obliczony na zadanie jak największego bólu i oszołomienie przeciwnika. Głowa grubasa poleciała do tyłu. Krew trysnęła z nosa i rozbitej górnej wargi. Dziewczyna dobyła noża z ukrytej pochwy na plecach, ale nie musiała zabijać. Po oczach grubasa widziała, że chłopak w ogóle nie rozumie, co się stało. Przesunął językiem po rozbitej wardze i osunął się zemdlony na ziemię. Złapała go za kostki i wciągnęła głębiej w półmrok zaułka. Przetrząsnąwszy kieszenie, znalazła resztę swoich miedziaków, niewielką fiolkę czerwonego kwiatu i na wpół zjedzone jabłko. Zabrała pieniądze, zostawiła fiolkę i odeszła, gryząc owoc. Miną godziny, zanim ktoś w ogóle znajdzie grubasa, a nawet jeśli, to pewnie i tak uzna go za ofiarę pijackiej burdy.
Wysoki mężczyzna mignął jej na chwilę, gdy przechodził przez bramę. Uprzejmie kiwnął głową strażnikom, ale nie zdjął kaptura. Stała, kończąc jabłko, gdy tymczasem on wybrał północną drogę. Dała mu pół mili przewagi, a potem ruszyła jego śladem.
Niechaj Ojciec Świata, który w swej miłości widzi wszystko i wie wszystko, prowadzi moje ostrze.
Wysoki mężczyzna przez resztę dnia trzymał się drogi, czasami tylko przystawał, aby przyjrzeć się otoczeniu, uważnym spojrzeniem obrzucić linie drzew i horyzont. Tak jak ma w zwyczaju postępować człowiek ostrożny lub doświadczony wojownik. Z kolei ona trzymała się z dala od traktu, pozostając wśród drzew, które porastały gęsto ziemię na północ od Warnsclave, pilnowała jedynie, by nie stracić mężczyzny z oczu. Szedł równym tempem, wyciągniętym krokiem, który połykał kolejne mile z zaskakującą prędkością. Od czasu do czasu mijali go inni, głównie wozy z towarem zmierzające z i do portu, kilku samotnych jeźdźców. Nikt się nie zatrzymał, aby zamienić z wysokim mężczyzną choć słowo. W okolicznych lasach aż roiło się od rozmaitych banitów, więc rozmowa z obcym nie była mądrym posunięciem. Ale mężczyzna nie sprawiał wrażenia zmartwionego tym brakiem zainteresowania.
Gdy na drodze zapanowały ciemności, opuścił szlak i wszedł do lasu, szukając miejsca na obozowisko. Dziewczyna podążyła jego śladem do polanki, skrytej pod potężnymi gałęziami cisu. Schowała się w płytkim rowie za kępą ciernistych janowców i przyglądała się zza paproci, jak szykował obóz. A szykował z niezwykłą sprawnością, kolejne czynności wykonywał z niemalże odruchową wprawą doświadczonego wędrowca: zebrał drewno, rozpalił ogień, oczyścił ziemię, rozłożył posłanie i wszystko to, zdawałoby się, w kilka chwil zaledwie.
Skończywszy, usiadł, opierając się o cis, i zabrał do kolacji, którą stanowiła porcja suszonej wołowiny. Spłukał posiłek łykiem z manierki i zapatrzył się w ognisko. Na jego twarzy malowało się niezwykłe skupienie, zupełnie jakby przysłuchiwał się jakiejś rozmowie. Dziewczyna spięła się w obawie, że została odkryta, błyskawicznie sięgnęła po nóż. Czyżby mnie wyczuł? - pomyślała. Kapłan przestrzegał ją przed Mrokiem w tym człowieku, powtarzał, że to najbardziej niebezpieczny z przeciwników, z jakimi przyjdzie się jej mierzyć. Roześmiała się wtedy i cisnęła nożem w tarczę umieszczoną na ścianie stodoły, gdzie kapłan szkolił ją przez tyle lat. Ostrze wbiło się w sam środek celu i rozłupało go na pół. "Ojciec mi błogosławi, pamiętasz?" - odpowiedziała, a kapłan wychłostał ją za pychę i bluźnierstwo, jakim było przypisywanie sobie wiedzy o zamiarach Ojca Świata.
Przez kolejną godzinę obserwowała mężczyznę, wpatrując się w jego skupioną minę, aż ten wreszcie zamrugał, rozejrzał się ostatni raz i, zawinąwszy w opończę, ułożył do snu. Zmusiła się, aby zaczekać jeszcze, póki nocne niebo nie ściemniało całkowicie, a w lesie nie zapanował nieprzenikniony niemal mrok. Jedynym źródłem światła była mdła łuna dogasającego ogniska.
Powoli wychyliła się ze swojego rowu, nóż trzymała klingą do siebie, przycisnąwszy ostrze do przedramienia, aby ukryć jego błysk. Zbliżyła się do mężczyzny bezszelestnie, skradając się z całą zręcznością i wprawą, wpojonymi batami przez kapłana od chwili, gdy skończyła sześć lat. Równie cicho, co każdy leśny drapieżnik. Mężczyzna leżał na plecach, głowę miał lekko przechyloną na bok, szyję odsłoniętą. Bez trudu mogła go teraz zabić, ale cel jej misji był jasny. "Miecz" - powtarzał kapłan setki razy. "Miecz to wszystko, śmierć to sprawa drugorzędna".
Zmieniła chwyt na rękojeści. Teraz trzymała nóż gotowy do ciosu. "Większość ludzi mówi, gdy czuje stal na gardle" - uczył ją kapłan. "Niechaj Ojciec Świata, który w swej miłości widzi wszystko i wie wszystko, prowadzi twe ostrze".
Skoczyła na śpiącego, mierząc nożem w odsłonięte gardło.
Powietrze wyrwało się jej z płuc ze świstem, gdy coś twardego uderzyło ją w pierś. Buty, uświadomiła sobie z jękiem. W tej samej chwili poleciała, wyrzucona do góry ruchem nóg. Odepchnął ją o dobre dziesięć stóp.
Poderwała się natychmiast, kierując ostrze tam, gdzie musiał się znaleźć po swym ataku. Lecz nóż przeciął tylko powietrze. Wysoki mężczyzna stał obok cisu, patrząc na nią z miną, która musiała obudzić wściekłość. Był rozbawiony.
Dziewczyna rzuciła się do ataku z warknięciem, zapominając o ostrożności, jakiej nauczyła ją kapłańska laska.
Zamarkowała atak z lewej i skoczyła, tnąc z góry, żeby przebić jego ramię... ale ostrze ponownie przeszyło tylko powietrze. Zachwiała się, wytrącona z równowagi. Obróciwszy się, zobaczyła, że stoi spokojnie, wciąż wyraźnie rozbawiony.
Natarła, poruszając nożem w skomplikowanej sekwencji pchnięć i cięć, którym towarzyszyła oszałamiająco szybka seria kopnięć i uderzeń. Żadne nie doszło celu.
Zmusiła się, żeby przestać, oddychając ciężko i tłumiąc wzbierającą w sercu falę nienawiści i szału. "Jeżeli atak się nie powiedzie, wycofaj się" - głos kapłana rozbrzmiewał wyraźnie w jej umyśle. "Z cienia wypatruj kolejnej okazji. Ojciec zawsze wynagradza cierpliwość".
Parsknęła wściekle, obnażając zęby, po czym odwróciła się, by uciec pod osłonę mroku.
- Masz oczy swojego ojca.
UCIEKAJ! - krzyczał kapłan w jej myślach. Ale ona zatrzymała się i odwróciła powoli. Rozbawienie, malujące się dotychczas na twarzy mężczyzny, zastąpił chyba smutek.
- Gdzie to jest? - zapytała. - Gdzie miecz mojego ojca, Ostrze Mroku?
Uniósł brwi.
- Ostrze Mroku? Nie słyszałem tego przydomku od lat. - Cofnął się do swojego obozu. Dorzucił gałęzi do wygasłego ogniska i ponownie je rozpalił przy użyciu krzesiwa.
Dziewczyna odwróciła się ku drzewom, by niemal natychmiast ponownie spojrzeć w jego stronę. Nienawiść do samej siebie i frustracja paliły ją w piersi. Słabeusz, tchórz...
- Zostań, jeśli zostajesz, albo uciekaj, jeśli uciekasz - rzucił.
Odetchnęła głęboko, by się uspokoić, schowała nóż i usiadła po przeciwnej stronie ogniska.
- Mrok cię ocalił - stwierdziła oskarżycielsko. - Twe przeklęte sztuczki są zniewagą dla miłości Ojca.
Odpowiedział jej rozbawionym chrząknięciem, nie przestając dokarmiać ognia.
- Masz na podeszwach gnój z Warnsclave - powiedział. - Miejski gnój ma charakterystyczny zapach. Powinnaś była schować się pod wiatr.
Spojrzała na swoje buty i zaklęła w myślach, powstrzymując się przed ich oskrobaniem.
- Wiem, że Mrok w tobie daje ci wiedzę - nie ustawała. - Skąd inaczej mógłbyś wiedzieć o moim ojcu?
- Jak powiedziałem, masz jego oczy - odparł. Sięgnął po skórzaną sakwę i rzucił dziewczynie ponad płomieniami. - Proszę, wyglądasz na głodną.
W środku znajdowały się suszona wołowina i trochę ciasteczek owsianych. Zignorowała jedzenie, tak samo jak wściekłe burczenie w brzuchu.
- Ty to wiesz na pewno. W końcu go zabiłeś.
- Prawdę powiedziawszy, to nie ja. A co do człowieka, który to zrobił... - Zamilkł i sposępniał. - Cóż, on też nie żyje.
- Ale to ty dałeś rozkaz - zaprotestowała. - Gdy zaatakowałeś świętą misję...
- Hentes Mustor był szalonym fanatykiem, który zamordował własnego ojca i wciągnął Królestwo w niepotrzebną wojnę.
- Ostrze Prawdy wymierzył zdrajcy sprawiedliwość wedle praw Ojca i usiłował wyzwolić nas z twego heretyckiego dominium. Wszystko, co zrobił, zrobił w służbie miłościwego Ojca...
- Doprawdy? Tak ci powiedział?
Zamilkła, pochyliła głowę, aby ukryć wzbierający gniew. Jej ojciec nic nie powiedział. Nigdy go nie spotkała, z czego ten ogarnięty Mrokiem heretyk najwyraźniej doskonale zdawał sobie sprawę.
- Powiedz mi tylko, gdzie jest miecz - wychrypiała. - Miecz mego ojca. Należy mi się z mocy prawa.
- To właśnie twoje zadanie? Święta wyprawa po kawałek naostrzonej stali?
Sięgnął po przewiązany pakiet, który leżał oparty o pień, i podał dziewczynie.
- Weź ten, jeśli chcesz - powiedział. - Jest z pewnością wykonany lepiej niż tamten należący do twojego ojca.
- Miecz Ostrza Prawdy jest świętą relikwią opisaną w Jedenastej Księdze, pobłogosławioną przez Ojca Świata, aby przynieść jedność Umiłowanym i położyć kres heretyckiemu dominium.
Mężczyzna zdawał się jeszcze bardziej rozbawiony jej słowami.
- Ściśle mówiąc, była to zwykła broń renfaelickiego wzoru - stwierdził. - Z rodzaju tych używanych przez ubogich rycerzy i gwardzistów. Ani śladu złota czy drogich kamieni, które nadawałyby mu wartość.
Pomimo pogardliwego tonu w jego słowach było coś fascynującego.
- Widziałeś, jak ograbiono ciało mego ojca, męczennika, z miecza. Powiedz mi, gdzie się znajduje, bo inaczej przysięgam ci, że będziesz musiał mnie zabić, ponieważ będę cię prześladować po kres twych dni, Ostrze Mroku.
- Vaelin - powiedział, odkładając na bok swój tobołek.
- Co?
- Tak mi na imię. Sądzisz, że mogłabyś go używać? Może być lord Al Sorna, jeżeli jesteś zwolenniczką formalności.
- Myślałam, że powinnam nazywać cię bratem.
- Już nie.
Zawahała się, zaskoczona. A więc nie był już członkiem Zakonu? Absurd, to na pewno jakaś sztuczka.
- Jak wiedziałaś, gdzie złapać mój trop? - zapytał.
- Statek zawinął do portu przy Południowej Wieży, zanim dotarł do Warnsclave. Nie powinieneś oczekiwać, że ktoś tak znienawidzony jak ty pozostanie nierozpoznany. Wieści roznoszą się szybko wśród Umiłowanych.
- Zatem nie jesteś osamotniona w tym wielkim przedsięwzięciu.
Przełknęła cisnącą się na usta falę przekleństw. Czemu nie wyjawisz mu wszystkich swoich sekretów, ty bezwartościowa suko?! Wstała, odwracając się do mężczyzny plecami.
- To się tu nie skończy.
- Wiem, gdzie go znaleźć.
Znów się zawahała i zerknęła szybko za siebie. Tym razem spoglądał na nią zupełnie poważnie.
- Zatem mi powiedz.
- Powiem, ale pod pewnym warunkiem.
Splotła mocno ręce na piersi, krzywiąc się z niesmakiem i pogardą.
- A więc wielki Vaelin Al Sorna targuje się o ciało kobiety, jak każdy inny mężczyzna.
- Bynajmniej. Jak sama stwierdziłaś, nie mogę wciąż liczyć na to, że pozostanę nierozpoznany. Potrzebuję czegoś w rodzaju przebrania.
- Przebrania?
- Tak, i to ty będziesz moim przebraniem. Będziemy podróżować razem... - Urwał, namyślając się przez chwilę. - Jako brat i siostra.
Podróżować... z nim?! Na samą myśl poczuła mdłości. Ale miecz... Miecz jest wszystkim. Niech Ojciec mi przebaczy.
- Jak daleko? - zapytała.
- Do Varinshold.
- To trzy tygodnie drogi!
- Dłużej. Mam po drodze coś do załatwienia.
- I powiesz mi, gdzie znajduje się miecz, jak już dostaniemy się do Varinshold?
- Masz moje słowo.
Usiadła ponownie, nie patrząc na niego. To, jak łatwo nią manipulował, sprawiało, że go nienawidziła.
- Zgoda.
- W takim razie najlepiej idź spać. - Odsunął się od ognia, ułożył wygodnie i owinął płaszczem. - Aha... Jak mam cię nazywać?
Zauważyła, że spytał "jak mam cię nazywać", nie "jak masz na imię". Spodziewał się, że nie powie mu prawdy. Zdecydowała się go rozczarować. Chciała, aby znał imię kobiety, która go zabije.
- Reva - powiedziała.
Otrzymałam imię po matce, dodała w myślach.
Obudziła się gwałtownie, gdy zaczął rozgrzebywać wygasłe ognisko.
- Lepiej coś zjedz. - Ruchem głowy wskazał sakwę. - Mamy dziś przed sobą wiele mil.
Zjadła dwa owsiane ciasteczka, popijając wodą z jego manierki. Głód był jej dobrym znajomym, nie pamiętała dnia, w którym nie dałby o sobie znać. "Prawdziwi Umiłowani - powiedział kapłan, gdy po raz pierwszy zostawił ją samą na noc na zewnątrz - potrzebują jedynie miłości Ojca, by się pożywić".
Ruszyli w drogę, nim słońce znalazło się nad drzewami. Al Sorna nadał zabójcze tempo, idąc swym równym, wyciągniętym krokiem.
- Dlaczego nie kupiłeś w Warnsclave konia? - zainteresowała się. - Przecież szlachta wszędzie jeździ wierzchem.
- Ledwie mi wystarcza na jedzenie, a co dopiero na wierzchowca - odparł. - Poza tym pieszy wędrowiec przyciąga mniej uwagi.
Nie mogła zrozumieć, czemu tak mu zależy na ukryciu się przed własnymi ludźmi. Wystarczyłoby, żeby w Warnsclave wspomniał, kim jest, a daliby mu tyle złota, ile zdołałby udźwignąć, i całą stajnię do wyboru.
Jednak on się ukrywał. Za każdym razem, gdy mijali jakiś wóz, odwracał spojrzenie i poprawiał nasunięty kaptur. Nie wiedziała, po co wrócił, ale na pewno nie po chwałę.
- Nieźle sobie radzisz z nożem - skomentował, gdy zrobili sobie krótki odpoczynek przy kamieniu milowym.
- Nie dość - mruknęła.
- Takie umiejętności trzeba nieustannie ćwiczyć.
Zjadła ciastko bez słowa.
- Ja bym nie zawiódł, mając tyle lat, co ty. - W jego tonie nie usłyszała drwiny, tylko proste stwierdzenie faktu.
- To dlatego, że twój bezbożny Zakon chłostał cię jak psa od dzieciństwa i szkolił w sztuce śmierci.
Ku jej zaskoczeniu roześmiał się rozbawiony.
- W rzeczy samej. Jakiej broni jeszcze używasz?
Nachmurzyła się i potrząsnęła głową. Nie chciała mówić mu więcej o sobie.
- Na pewno wiesz, jak się posługiwać łukiem - nie ustawał. - Wszyscy Cumbraelici są łucznikami.
- Ja nie - warknęła ze złością. I była to prawda. Kapłan uznał, że nóż będzie dla niej wystarczającą bronią, gdyż, jak stwierdził, łuk jest nieodpowiedni dla kobiet. Sam miał łuk, rzecz jasna, jak każdy cumbraelicki mężczyzna, kapłan czy nie. Ból wskutek lania, jakie jej sprawił, gdy zorientował się, że potajemnie stara się nauczyć strzelać, dorównywał upokorzeniu płynącemu z odkrycia, iż do naciągnięcia cięciwy potrzeba więcej sił, niż miała. Był to dla niej wyjątkowo drażliwy temat.
Al Sorna nie drążył już tej kwestii. Podjęli wędrówkę i do wieczora przeszli kolejne dwadzieścia mil. Tego wieczoru jej towarzysz wziął się do rozbijania obozu szybciej niż poprzedniego dnia, a gdy skończył, zniknął w lesie, poleciwszy jej uprzednio, aby pilnowała płonącego ogniska.
- Gdzie idziesz? - zapytała, podejrzewając, że odejdzie i po prostu ją zostawi.
- Zobaczyć, jakie dary ma nam las do zaoferowania - odpowiedział.
Wrócił wraz z zapadnięciem zmroku, niosąc długą jesionową gałąź. Po posiłku zasiadł przy ognisku i zaczął obrabiać gałąź żeglarskim nożem, z wprawą odcinając gałązki. Nie wyjaśnił, co robi, a ona nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta pytania.
- Co robisz?
- Łuk.
Prychnęła, czując wzbierającą złość.
- Nic od ciebie nie chcę, Ostrze Mroku - powiedziała.
- To dla mnie - odparł, nie podnosząc wzroku. - Niedługo będziemy potrzebowali mięsa.
Pracował nad łukiem przez dwie kolejne noce, zwężając gryfy i wyrabiając majdan. Cięciwę zrobił z zapasowej rzemiennej sznurówki.
- Nigdy nie byłem zbyt dobrym łucznikiem - zakpił, szarpnąwszy cięciwę, która odpowiedziała niskim brzęknięciem. - Za to mój brat Dentos strzelał, jakby się urodził z łukiem w dłoni.
Reva znała historię brata Dentosa. Była częścią legendy Al Sorny. Słynny brat łucznik ocalił Al Sornę, gdy ten podkładał ogień pod alpirańskie machiny oblężnicze, tylko po to, by następnego dnia samemu zginąć w zasadzce zgotowanej przez tchórzliwych Alpiran. Wedle opowieści Ostrze Mroku w furii zalał piaski krwią, tnąc błagających o litość napastników. Nie wierzyła ani w tę, ani w inne bajeczki z życia Vaelina Al Sorny, lecz niewymuszona łatwość, z jaką poradził sobie z jej atakiem pierwszej nocy, kazała Revie zastanowić się, czy w legendach nie ma czasem ziarnka prawdy.
Zrobił strzały z kolejnej gałęzi jesionu, ostrząc nożem ich końce, nie miał bowiem metalowych grotów.
- Powinno wystarczyć na ptaki - stwierdził. - Na dzika jednak nie. Trzeba stali, aby przebić się przez jego żebra.
Podniósł łuk i skierował się między drzewa. Odczekała chwilę, zaklęła i podążyła za nim. Znalazła go za gałęziami wiekowego dębu ze strzałą założoną na cięciwę. Czekał w absolutnym bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w małej polance przed nimi. Reva zbliżała się ostrożnie, ale stanęła przy tym na suchej gałązce i głośny trzask poniósł się nad polanką. Trzy bażanty poderwały się z trawy, ciężko młócąc skrzydłami. Brzęknęła cięciwa i jeden ptak spadł na ziemię, gubiąc po drodze pióra. Al Sorna spojrzał na Revę z wyrzutem, po czym udał się po zdobycz.
Niezbyt dobry łucznik, pomyślała kwaśno. Kłamca.
Rankiem zbudziła się i odkryła, że jest sama. Ostrze Mroku bez wątpienia udał się na polowanie, aczkolwiek jego łuk pozostał na miejscu, oparty o zwalone drzewo. Miała dziwne uczucie, jakby niezwykłej ciężkości. Zrozumiała, że po raz pierwszy, odkąd sięgała pamięcią, obudziła się z pełnym żołądkiem. Al Sorna upolował i upiekł bażanta, doprawiając oskubaną z piór skórę cytrynową macierzanką. Tłuszcz płynął Revie po brodzie, gdy pałaszowała swoją porcję. Zauważyła, że Al Sorna uśmiecha się, patrząc na nią, zachmurzyła się i odwróciła, ale nie przestała jeść.
Teraz jej spojrzenie zatrzymało się na łuku. Był krótszy niż ten, który przez tyle lat powodował jej frustrację. Łęczysko miał cieńsze i niewątpliwie łatwiej dawało się nagiąć. Rozejrzała się szybko i podniosła broń, nałożyła na cięciwę strzałę wyciągniętą z prowizorycznego kołczanu Al Sorny. Łuk trzymało się lekko, wygodnie. Wycelowała w wąski pień srebrzystej brzozy oddalonej o jakieś dziesięć jardów. Wydawał się najłatwiejszym celem w zasięgu wzroku. Łuk trudniej było napiąć, niż się spodziewała, co obudziło w Revie wspomnienia godzin bezowocnych ćwiczeń z długim łukiem kapłana. W końcu dociągnęła cięciwę do ust. Strzała przeleciała nad koroną brzozy i zniknęła w kępie paproci.
- Nieźle.
Al Sorna przeszukiwał leśne runo, w płaszczu niósł świeżo zebrane grzyby.
Reva odrzuciła łuk i usiadła, wyciągając nóż.
- Jest niewyważony - burknęła. - Znosi na bok.
Ujęła włosy na karku i zabrała się do odprawianego dwa razy w tygodniu rytualnego strzyżenia.
- Nie rób tego - poprosił Al Sorna. - Masz uchodzić za moją siostrę, a asraelickie kobiety noszą długie włosy.
- Asraelickie kobiety to próżne ladacznice! - Ostentacyjnie obcięła pukiel włosów i pozwoliła mu opaść.
- No cóż, zawsze można powiedzieć, że nie jesteś zbyt bystra - westchnął Al Sorna. - Obcinałaś sobie włosy jako dziecko i nasza mama nie potrafiła cię od tego odzwyczaić.
- Ani się waż! - Popatrzyła na niego ze złością. Odpowiedział uśmiechem. Zgrzytnęła zębami i schowała nóż.
Położył łuk i kołczan pełen strzał obok niej.
- Zatrzymaj go. Zrobię sobie nowy.
Następny ranek zastał ich już w drodze. Al Sorna wciąż szedł w tym samym tempie, ale Reva coraz łatwiej dotrzymywała mu kroku, bez wątpienia dlatego, że jadała dużo lepiej. Szli od godziny, gdy Al Sorna zatrzymał się z uniesioną lekko głową. Zobaczyła, że jego nozdrza się poruszyły. Chwilę później Reva też to poczuła, woń niesioną bryzą z zachodu, woń zepsucia, kwaśną i przykrą. Znała ten zapach, podobnie jak bez wątpienia znał go Ostrze Mroku.
Nie odezwał się słowem, ale zeszli z traktu, kierując się w stronę lasu, który stawał się rzadszy, im dalej na północ docierali, wciąż jednak trafiały się po drodze partie naprawdę gęste, gdzie mogli rozbić obóz albo zapolować. Zauważyła zmianę, jaka zaszła w sposobie poruszania się jej towarzysza, gdy tylko zbliżyli się do drzew. Lekkie pochylenie pleców, luźno opuszczone ręce. Palce rozłożone, jakby gotowe coś pochwycić. Widziała, jak kapłan poruszał się w podobny sposób, lecz nigdy z taką niewymuszoną gracją. Zrozumiała nagle, że Al Sorna przewyższał jej dawnego nauczyciela umiejętnościami, co do tej pory uważała po prostu za niemożliwe. Była przekonana, że nikt nie zdołałby pokonać kapłana, którego zdolności pochodziły z błogosławieństwa samego Ojca Świata. Jednak ten heretyk, ten wróg Umiłowanych, poruszał się z tak drapieżnym wdziękiem, że nie miała żadnych wątpliwości, który z tych dwóch by zwyciężył. Byłam głupia, uznała, rzucając mu wtedy wyzwanie. Gdy nadejdzie czas, żeby go zabić, będę musiała wykazać się przebiegłością... lub większymi umiejętnościami.
Szła tuż za Al Sorną. Niosła ze sobą łuk, zastanawiając się, czy nie byłoby lepiej od razu nałożyć strzałę na cięciwę, ale uznała, że nie. Jako łucznik nie stanowiła większego zagrożenia dla tego, co mogło kryć się w lesie. Zamiast tego wyciągnęła nóż, lustrując otoczenie, jednak dostrzegała jedynie ruch gałęzi na wietrze.
Na zwłoki natknęli się po dwudziestu jardach. Trzy ciała: mężczyzny, kobiety i dziecka. Mężczyzna został przywiązany do drzewa i zakneblowany konopnym sznurem. Na jego nagim torsie zaschnięta krew pozostawiła brązowe ślady. Kobieta była naga, liczne otarcia, płytkie cięcia i sińce na ciele świadczyły o tym, że umierała długo. Odcięto jej też jeden palec, sądząc z ilości krwi, zrobiono to, gdy jeszcze żyła. Chłopiec nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat. Też był nagi i podobnie umęczony jak kobieta.
- Banici - stwierdziła Reva. Przyjrzała się uważniej mężczyźnie, odnotowując, jak głęboko konopny knebel wrzynał mu się w policzki. - Chyba zmusili go, by patrzył.
Al Sorna przyglądał się śladom kaźni z intensywnością, jakiej Reva nie widziała dotąd w jego oczach. Obszedł ciała, szukając wszelkich śladów na ziemi.
- Zginęli jakieś półtora dnia temu - oświadczyła. - Ślad już dawno ostygł. Ci, co to zrobili, siedzą w najbliższym miasteczku, gdzie piją i chędożą za to, co udało im się zrabować.
Rzucił jej przeszywające spojrzenie.
- Miłość twojego Ojca Świata czyni cię całkiem zimną - powiedział.
Ze złością zacisnęła dłoń na rękojeści noża.
- W tym kraju roi się od złodziei i morderców, Ostrze Mroku. Widziałam już śmierć. Mieliśmy szczęście, że sami nie zainteresowaliśmy bandytów.
Spojrzenie Al Sorny złagodniało nieco, straciło tę drapieżną gotowość.
- Młyn Rhana leży najbliżej.
- Ale nie jest nam po drodze.
- Wiem.
Podszedł do trupa mężczyzny i rozciął więzy swoim żeglarskim nożem.
- Nazbieraj drewna - polecił jej. - Dużo drewna.
Trzeba było całego dnia, żeby dotarli do Młyna Rhana. Miasteczko okazało się niezbyt imponującą zbieraniną domów skupionych wokół wodnego młyna na brzegu rzeki Avern. Dotarli doń nocą i trafili w sam środek jakiegoś festynu czy święta. Dookoła paliło się mnóstwo pochodni, a mieszkańcy tłoczyli się przy ustawionych w półkole szarych wozach.
- Aktorzy - stwierdziła Reva z niesmakiem, patrząc na frywolne, a nawet i sprośne malunki, jakimi ozdobiono wozy. Bez pośpiechu torowali sobie drogę przez tłum. Al Sorna jak zawsze chował twarz w kapturze. Zresztą spojrzenia ciżby przykuwała drewniana scena wzniesiona pośrodku półkola.
Mężczyzna znajdujący się na scenie miał szczupłą twarz i koszulę z jasnoczerwonego jedwabiu oraz obcisłe czarno-żółte portki. Śpiewał i grał na mandolinie, a kobieta w szyfonowej sukni uświetniała jego występ tańcem. Mężczyzna grał z wyraźną wprawą, głos miał melodyjny i czysty, ale to taniec kobiety przykuł uwagę Revy. Precyzyjny wdzięk ruchów przyciągał jej wzrok niczym płomień przyciąga ćmę. Nagie ramiona tancerki wydawały się lśnić w świetle pochodni, tak samo jak oczy ukryte za welonem: promienne i niebieskie.
Reva odwróciła wzrok i zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie przebiły skórę. Ojcze Świata, raz jeszcze proszę o Twe przebaczenie...
- Dłoń mej kochanki w mojej miękko spoczywa. - Mężczyzna w czerwonej koszuli śpiewał ostatnie wersy "Przez dolinę". - Po jej policzku lśniąca łza zaś spływa. W Zaświaty zabiorę uśmiech mej miłej, i tam miłości czekać będę... - Przerwał, otwierając szeroko oczy, gdy dostrzegł kogoś w tłumie publiczności. Reva podążyła za jego spojrzeniem i odkryła, że śpiewak spogląda prosto na osłoniętą kapturem twarz Al Sorny. - ...chwilę - dokończył z wyraźnym trudem.
Mimo tego potknięcia publika nie szczędziła mu oklasków.
- Dziękuję wam, przyjaciele! - Skłonił się głęboko i wskazał tancerkę. - Urocza Ellora i ja dziękujemy wam najpokorniej. Okażcie, proszę, swe zadowolenie w tradycyjny sposób.
Kiwnął na wiadro ustawione na przedzie sceny.
- A teraz, drodzy przyjaciele - ściszył głos - przygotujcie się na nasz ostatni występ tej nocy. Opowieść o wielkiej przygodzie i podłej zdradzie. O krwi przelanej i skarbie skradzionym. Przygotujcie się na "Zemstę pirata"!
Trubadur rozłożył szeroko ramiona, po czym ujął dłoń dziewczyny i opuścili scenę raźnym krokiem, on nieco mniej zgrabnie z uwagi na wyraźne utykanie. Ich miejsce zajęło dwóch mężczyzn w strojach naśladujących typowy ubiór meldeńskiego żeglarza.
- Widzę okręt, kapitanie! - powiedział niższy z nich, gdy oklaski ucichły. Trzymał przy oku drewnianą lunetę, obserwując wyimaginowany horyzont. - Królewska jednostka, o ile znam się na tych sprawach. Łakomy kąsek nam się trafił, na bogów!
- Łakomy, w rzeczy samej! - zgodził się wyższy. Jego twarz okalała rzadka broda z wełny, głowę zdobiła czerwona chusta. - I wiele krwi do przelania - dodał. - By ugasić pragnienie naszych bogów.
Aktorzy na scenie zanosili się diabolicznym śmiechem, tymczasem Al Sorna delikatnie dotknął ramienia Revy i skinął głową w lewo. Ruszyła za nim, kiedy skierował się ku wolnej przestrzeni między dwoma wozami. Nie zdziwiła się, zobaczywszy tam muzyka, którego oczy jarzyły się w ciemnościach, gdy zachłannie wpatrywał się w Al Sornę zsuwającego kaptur.
- Sierżancie Norin.
- Mój panie - szepnął trubadur. - Słyszałem... To znaczy krążyły pogłoski, ale...
Al Sorna postąpił do przodu i uścisnął tamtego ciepło. Reva zauważyła, że grajek przyjął owo powitanie z prawdziwym zaskoczeniem.
- Bardzo dobrze cię widzieć, Janril - oświadczył Al Sorna, cofając się o krok. - Naprawdę bardzo dobrze.
- Krążą tysiące opowieści o twojej śmierci - powiedział grajek Al Sornie przy wieczerzy. Zaprosił ich do wozu, który dzielił z Ellorą. Tancerka przebrała się w prostą, zieloną suknię i podała posiłek, na który składała się kapusta z mięsem oraz placki z grzybami. Reva unikała patrzenia w jej stronę, z całej siły skupiając się na jedzeniu. Al Sorna przedstawił ją jako "Revę, udawaną siostrę na kilka najbliższych tygodni".
Janril Norin tylko skinął głową i zapewnił, że jest mile widziana. Jeżeli był ciekaw, na czym polega natura ich relacji, starannie to ukrywał. Żołnierze nie kwestionują decyzji swych dowódców, pomyślała.
- A kolejne tysiące o twej ucieczce - ciągnął Norin. - Mówi się, że z łańcuchów wyrobiłeś sobie buzdygan i z pomocą Umarłych wyrąbałeś drogę z lochów cesarza. Napisałem o tym piosenkę, zawsze dobrze przyjmowaną.
- Cóż, obawiam się, że musisz napisać inną - odparł Al Sorna. - O tym, jak po prostu mnie wypuścili.
- Myślałam, że najpierw udałeś się na Wyspy Meldeńskie - wtrąciła Reva, pozwalając, by usłyszał niedowierzanie w jej głosie. - Zabiłeś piratów i uratowałeś księżniczkę.
Wzruszył ramionami.
- Wszystko, czego dokonałem na Wyspach, było częścią sztuki, aczkolwiek marny ze mnie aktor.
- Aktor czy nie, mój panie - wtrącił Norin - wiedz, że jesteś mile widziany w naszej kompanii, jak długo tylko zechcesz.
- Zdążamy do Varinshold. Jeżeli jedziecie w tamtym kierunku, z przyjemnością będziemy wam towarzyszyć.
- Jedziemy na południe - odezwała się Ellora. - Święto Letniego Przesilenia w Maelinscove zawsze przynosi pokaźny zarobek.
W jej tonie słychać było ostrożność, jak i to, że nie czuła się dobrze w obecności Ostrza Mroku.
Jest na tyle bystra, by wiedzieć, że wszędzie niesie za sobą śmierć, pomyślała Reva.
- Jedziemy na północ - zdecydował Norin stanowczo. - Festyn w Varinshold i tak przyniesie zyski.
- Odpracujemy - zapewnił Al Sorna Ellorę.
- Nie ma mowy, mój panie - zaprotestował Norin. - Twój miecz w naszej kompanii jest wystarczającą zapłatą. Ostatnimi czasy bandyci rozplenili się jak grzyby po deszczu.
- Skoro o nich mowa, natknęliśmy się na ich dzieło kilka mil stąd. Obrabowali i wyrżnęli całą rodzinę. Prawdę mówiąc, przybyłem tu wymierzyć sprawiedliwość. Widziałeś jakichś kandydatów?
Norin zastanawiał się przez chwilę.
- Tego popołudnia widzieliśmy bandę łobuzów w piwiarni. Byli nędznie ubrani, ale mieli za co pić. Zwrócili moją uwagę, bo jeden miał złoty pierścień na łańcuszku. Zbyt mały na mężczyznę, o ile się na tym znam. Zrobili trochę rabanu, gdy piwowar odmówił im sprzedaży córki. Straż kazała im się uspokoić i wynosić. Milę lub dwie w dół rzeki znajduje się obozowisko włóczęgów. Jeśli nie wrócili do lasu, to pewnie tam ich znajdziemy.
Spojrzenie Ellory błysnęło gniewem, gdy usłyszała owo "my".
- Jeżeli się upili, to będą odsypiać - powiedział Al Sorna. - O poranku niewątpliwie wciąż tam będą. Jednak wymierzenie sprawiedliwości oznacza wciągnięcie w tę sprawę straży, a miałem nadzieję nie zwracać na siebie uwagi.
- Istnieją inne formy wymierzania sprawiedliwości, mój panie - zauważył Norin. - Był czas, gdy dość regularnie zajmowaliśmy się banitami.
Al Sorna zerknął na owinięty w płótno miecz, oparty o ścianę wozu.
- Nie. Nie jestem już lordem marszałkiem i nie działam w imieniu króla. No cóż, najwyraźniej nie ma na to rady. Rankiem poszukam kapitana straży.
Po posiłku Norin zasiadł na schodkach wozu, grając na mandolinie i śpiewając do wtóru z Ellorą. Pozostali aktorzy zgromadzili się dookoła, domagając się od Janrila swych ulubionych piosenek i przyśpiewek. Reva i Al Sorna przyciągnęli kilka ciekawskich spojrzeń, niektórzy najwyraźniej odgadli tożsamość przybysza. Jednakże stwierdzenie Norina, że zarówno dziewczyna, jak i stary przyjaciel z Watahy są jego gośćmi i należy uszanować ich prywatność, najwyraźniej wystarczyło, by nikt o nic nie pytał.
- Nie wygląda na żołnierza - zauważyła Reva. Razem z Al Sorną siedzieli w pewnym oddaleniu od reszty towarzystwa, rozpaliwszy ogień, by chronił ich przed chłodem nocy.
- Zawsze był bardziej pieśniarzem - odpowiedział Vaelin. - Choć tęgi z niego wojownik, gdy zajdzie potrzeba. Cieszę się, że zdecydował się przejść na emeryturę. Sprawia wrażenie szczęśliwego z tym, co ma.
Reva zerknęła szybko w stronę Ellory, która z uśmiechem opierała się o kolano Norina. Nie zdziwiłabym się, pomyślała.
Zrobiło się późno i towarzystwo rozeszło się do swych wozów. Norin i Ellora też udali się na spoczynek. Przedtem jednak dali swym gościom grube koce i miękkie futra. Reva nie mogła się nadziwić, jak bardzo były wygodne. Dotąd sypiała zawsze na twardej ziemi. "Komfort jest pułapką" - nauczał kapłan. "Przeszkodą dla miłości Ojca. Czyni nas słabymi, bezbronnymi wobec heretyckiego dominium". Z tymi słowy spuścił Revie lanie za zbrodnię, jaką było ukrywanie w stodole worka słomy, służącego jej za siennik.
Odczekała dwie godziny. Al Sorna nigdy nie chrapał, gdy spał, prawie w ogóle nie wydawał żadnych dźwięków ani się nie ruszał. Obserwowała jeszcze przez jakiś czas, jak jego pierś łagodnie unosi się i opada, dla pewności, i dopiero wtedy wysunęła się spod koca, zebrała buty i boso podreptała do rzeki. Na brzegu ochlapała sobie twarz wodą, aby przepędzić resztki zmęczenia, wciągnęła obuwie i ruszyła z nurtem.
Nietrudno było znaleźć obozowisko włóczęgów. Woń palonego drewna zdradziła jego położenie, zanim jeszcze Reva dostrzegła zbieraninę namiotów i bud. W obozie paliło się tylko jedno ognisko. Nad nim dudnił ochrypły rechot, czterech mężczyzn grzało się przy płomieniach, przekazując sobie flaszkę z rąk do rąk. Pewnie odstraszyli resztę, pomyślała. Podkradła się bliżej, żeby móc słyszeć ich głosy.
- Zerżnąłeś tę sukę, gdy już była martwa, Kella! - zarechotał jeden z mężczyzn. - Żeby chędożyć trupa! Jesteś paskudnym zwierzakiem!
- Przynajmniej nie zerżnąłem chłopaka - odgryzł się ten drugi. - To dopiero wbrew naturze.
Reva nie widziała powodów, aby dłużej się ukrywać czy zwlekać. Musiała to załatwić szybko, nim Al Sorna zauważy jej nieobecność.
Mężczyźni umilkli, gdy wkroczyła do obozu, ale ich zaskoczenie szybko ustąpiło podsycanemu pijaństwem pożądaniu.
- Szukasz noclegu, słodziutka? - odezwał się największy z nich.
Miał imponującą szczotę potarganych włosów i wynędzniałe oblicze człowieka, który żyje z dnia na dzień, bez stałego schronienia i stałych posiłków. Złoty pierścionek zwisał mu z łańcuszka na szyi. "Zbyt mały jak na mężczyznę, o ile znam się na rzeczy". Reva przypomniała sobie zwłoki kobiety w lesie i jej odcięty palec.
Milczała, wpatrując się w nich tylko.
- Mamy wystarczająco miejsca - mówił tamten, chwiejnie podchodząc bliżej. - Cała reszta, nie wiedzieć czemu, gdzieś spieprzyła.
Reva pochwyciła spojrzenie włóczęgi, nadal bez słowa. Może i był pijany, ale jego instynkt chyba musiał się przecknąć, bo mężczyzna zatrzymał się kilka stóp przed nią, obserwując ją spod przymrużonych nagle powiek.
- Czego tu szukasz, słodziut...
Dobyła noża tak szybko, że stał się jedynie rozmazanym błyskiem. Zanurkowała i wyprostowała się w jednym płynnym ruchu. Cięła bandytę w szyję, uwolniła ostrze, przekręcając je jednocześnie. Upadł, ściskając gardło. Krew tryskała mu między palcami.
Drugi, którego zabiła, był zbyt zaskoczony, aby zareagować, gdy do niego doskoczyła i wbiła mu nóż głęboko u nasady karku raz i drugi. Zwróciła się zaraz w stronę trzeciego, który szarpał się z pałką przytroczoną do pasa. Udało mu się zamachnąć. Reva z łatwością uniknęła ciosu. Przetoczyła się po ziemi i podcięła bandycie ścięgno. Upadł przy akompaniamencie wrzasków i przekleństw. Reva odwróciła się w stronę czwartego. Ten rozgorączkowanym spojrzeniem obrzucił kompanów i dziewczynę, nerwowo obracając w palcach długi nóż. Posłał Revie ostatnie, przepełnione strachem spojrzenie, cisnął broń na ziemię i rzucił się do ucieczki. Niemal udało mu się skryć w zbawiennej ciemności, gdy ostrze Revy ugodziło go między łopatki.
Podeszła do ciała dużego mężczyzny, obróciła je, aby zabrać pierścień. Bandyta miał jeszcze dobrej jakości myśliwski nóż przy pasie. Standardowe wyposażenie Gwardii Królewskiej z regimentowym znakiem na rękojeści. Wzięła nóż, schowała pierścień do kieszeni i podeszła do banity z przeciętym ścięgnem, który, zapluwając się, żebrał wśród szlochów o litość.
- Nie bój się, Kella - powiedziała. - Obiecuję, że nie zerżnę twojego trupa.
Ellora przygotowała śniadanie złożone ze smażonych na maśle jajek i grzybów. Jest równie dobrą kucharką, jak tancerką, przyznała w myślach Reva, pochłaniając posiłek. Odczekała, aż Ellora i Norin pójdą zająć się końmi, które ciągnęły ich wóz, dopiero wtedy wyjęła pierścień i rzuciła Al Sornie. Vaelin przyglądał się mu przez długą chwilę.
- Słońce i księżyc - odezwał się miękko.
- Słucham? - Reva zmarszczyła brwi.
Pokazał jej grawiurę po wewnętrznej stronie: dwa koła, jedno spowite płomieniem.
- Byli Niegodnymi.
Wzruszyła ramionami, wracając do posiłku.
- Ciała? - rzucił.
- Na dnie rzeki, obciążone.
- Fachowa robota.
Podniosła wzrok na dźwięk twardej nuty w głosie Al Sorny i dostrzegła w jego oczach coś, co tylko podsyciło jej gniew. Rozczarowanie.
- Nie jestem tutaj dlatego, że mam na to ochotę, Ostrze Mroku - powiedziała. - Jestem tu, żeby odzyskać miecz Ostrza Prawdy, aby zasłużyć na miłość Ojca przez pogrążenie waszego plugawego Królestwa. Nie jestem twoją przyjaciółką, siostrą ani uczennicą. Mam gdzieś twoją aprobatę.
Janril Norin odkaszlnął, przerywając ciężką ciszę, jaka zapadła po tych słowach.
- Najlepiej rozejrzeć się za kapitanem straży, jeżeli chcesz to zrobić dzisiaj, mój panie - powiedział.
- To nie będzie konieczne, Janril - odparł Al Sorna, odrzucając pierścień do Revy. - Zatrzymaj go. Zasłużyłaś.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.