Krucjaty Gastona de Baideaux. (#3). Miecz i kwiaty. Tom 3. Krucjaty Gastona de Baideaux - Marcin Mortka

-
Proszę czekać

 

Posłowie

 

Przed momentem odczytałem mojej Żonie ostatni akapit epilogu, z trudem opanowując coraz większą, coraz bardziej natarczywą włochatą kulę w gardle. Bo oto uświadomiłem sobie, że również i moja krucjata dobiegła końca.

Tu i ówdzie rozpowiadałem, że Miecz i kwiaty jest książką mojego życia. Bynajmniej nie miałem na myśli autoreklamy, a chciałem raczej podkreślić, jak bardzo osobista jest ta powieść. I też nie chodzi tu o utożsamienie się z Gastonem, Vittoriem, Jakubem czy którymkolwiek z bohaterów. Pisząc Miecz i kwiaty, miałem na celu podzielenie się pasją, odmalowanie mitu, który opętał mnie już dawno i trzyma wciąż mocno. Zapragnąłem stanąć skromnie w cieniu pomnika Zofii Kossak?-Szczuckiej i opowiedzieć o krucjacie po swojemu.

Tak naprawdę nie potrafię sprecyzować, co konkretnie zafascynowało mnie w owej epoce, która - jak to zwykle w ludzkich dziejach bywa - zawarła w sobie okrutny, odpychający kontrast. Z właściwą sobie drapieżnością i egoizmem świat chrześcijański sięgnął po Jerozolimę i przez niecałe dwa stulecia toczył o nią zaciekłe boje. Ludzie wielu religii, bez względu na to, czy potrafili chwycić za broń, czy też nie, ginęli w niezliczonych bitwach, napadach i masakrach ad gloriam Dei i nic, nawet wielkie ożywienie gospodarcze w rejonie Morza Śródziemnego nie usprawiedliwi takiej ilości zbytecznych ofiar. Być może to daleko idący wniosek, ale wierzę, że w jakimś stopniu nienawiść bojowników Al-Kaidy do świata Zachodu jest echem średniowiecznych krucjat.

Lecz krucjaty mają jeszcze inne oblicze, które lubię najbardziej. Lubię przyglądać się wyprawom krzyżowym jako szalonej, napędzanej po równi głęboką wiarą, żądzą łatwego zarobku i niezgłębioną durnotą inicjatywie kilku zapalczywców (pomijam tu papieży), która doprowadziła do tego, iż garść zahartowanych niedobitków wyrąbała sobie kilka udzielnych państw daleko na terytorium wroga, a następnie tych państw z różnym skutkiem broniła. Patrzę na krucjaty jako na niesamowity spektakl militarno-awanturniczy, który odsłonił dziesiątki najrozmaitszych charakterów, od skończonych łajdaków po rycerzy bez skazy, a następnie przydzielił im role w nieskończonej ilości bitew, pościgów, romansów i zwykłych awantur. Widzę w krucjatach niezgłębiony tygiel charakterów, postaw i stereotypów, widzę krzyże rycerzy zakonnych, przesłonięte twarze nomadów, ogorzałe oblicza asasynów, barwne chusty italskich żeglarzy, rycerskie herby i proporce z wersetami Koranu. Widzę warkocze pyłu, spłowiałe żagle i ponure zamczyska. Dostrzegam w tym miłość i brawurę, tchórzostwo i głupotę, szaleństwo i rozpacz.

Kocham krucjaty.

Nie wiem, czy jest jakaś inna epoka, która zrodziła tyle przedziwnych karier, przypominających wręcz baśnie lub współczesne opowieści z cyklu fantasy. Wystarczy spojrzeć na życie Beomunda z Tarentu czy króla Baldwina I, templariuszy Hugona de Payns czy Gerarda de Riderfort, krzyżowców Baliana z Ibelinu czy Konrada z Montferratu, by zrozumieć, że w Ziemi Świętej obserwujemy niezwykłe zagęszczenie jednostek wybitnych. Bez względu na to, czy byli łajdakami, politykami, zdrajcami czy wojownikami, byli w swej domenie wybitni.

Odkąd pisuję, zawsze marzyłem o tym, by do tej niezwykłej opowieści skreślonej przez historię dorzucić jeszcze kilka postaci. I tak powstali zacny Gaston ze swoim wiernym giermkiem Bernardem, Vittorio, Anzelm, Jakub, Anna i inni, którzy tańczą w korowodzie postaci historycznych, jakich w tej powieści pojawia się spora gromada. Rzecz jasna są to królowie Ryszard Lwie Serce oraz Gwidon de Lusignan, mistrz templariuszy Robert de Sablé i szpitalników Garnier z Nablusu, wielcy baronowie Konrad z Montferratu, Balian z Ibelinu i Renald z Sydonu, Maria Komnena, Starzec z Gór, Adelard z Werony i jeszcze kilkoro innych. Odmalowując ich, starałem się trzymać pilnie ram wytyczonych przez historyków i biografów, niemniej w kilku miejscach własna wyobraźnia oraz potrzeby fabuły skłoniły mnie do błogosławionego grzechu koloryzowania. I tak oto nigdzie nie natknąłem się na informację, by templariusze zamykali swych braci-grzeszników w celach pokutnych, a Starzec z Gór nadużywał trunków, o proweniencji biskupa Adelarda już nie mówiąc. W innych miejscach dopuściłem się świadomego podeptania faktów historycznych i oto zapraszam do publicznego samosmagania.

Uważny czytelnik na pewno zwrócił uwagę, że poprzestawiałem kolejność mistrzów templariuszy. W chwili, gdy Gaston de Baideaux przybywa do Ziemi Świętej, funkcję tę nadal sprawował zwolniony z saraceńskiej niewoli Gerard de Ridefort, co miało miejsce do jego śmierci podczas pierwszej bitwy pod Akką, tej samej, w której Konrad przychodzi z pomocą Gwidonowi de Lusignan. Robert de Sablé, który był przyjacielem króla Ryszarda, został mistrzem templariuszy dopiero po przybyciu tegoż do Ziemi Świętej.

Renald z Sydonu, wierny towarzysz Baliana, w rzeczywistości nie mógł w tych opisywanych wydarzeniach brać udziału, gdyż w trakcie oblężenia Akki bronił własnego zamku Beaufort. Co do samego Baliana, spodziewam się głosów krytyki ze względu na jego kryształowo czyste przedstawienie, zgoła nienaturalne jak na owe czasy. Wszelką krytykę mężnie zdzierżę, bowiem przestudiowałem życiorys barona Ibelinu we wszystkie strony i nie doszukałem się w jego życiu żadnych ciemnych plam. Co więcej, zafascynowała mnie ta postać, w której upatruję syryjskiego odpowiednika naszego Zawiszy - zahartowanego, nieprzejednanego, lojalnego rycerza, niemającego zgoła nic wspólnego z mydłkiem z Królestwa niebieskiego Scotta.

W jego przedstawieniu dopuściłem się pewnej konfabulacji. Otóż w rzeczy samej prowadził on wraz z Renaldem z Sydonu tajne rozmowy z Saracenami, ale z ramienia Konrada. Nie ma źródeł, które mówiłyby o podobnej jego działalności na rzecz Ryszarda ani o szczególnej z tym monarchą zażyłości. Nie ma również dowodów, jakoby Konrad wspierał militarnie Ryszarda - w trzecim tomie wysyła mu poczet rycerzy z Vittoriem na czele - ani też by do tego stopnia angażował się w budowanie siatek wywiadowczych.

Kolejną nieścisłością jest również rewolucja w łonie sekty asasynów, która wedle drugiego tomu trylogii miała nastąpić niedługo przed opisywanymi w nim wydarzeniami. W rzeczy samej miała miejsce o wiele wcześniej i Starzec z Gór wraz ze wszystkimi jej członkami odłamu syryjskiego w rzeczywistości zdołałby się do niej przygotować.

Przestawione w powieści miejsca historyczne - Tyr, Akkę, Baalbek, Askalon czy wreszcie Jerozolimę - starałem się odmalowywać możliwie najdokładniej, w oparciu o wszelkie dostępne mi źródła, podobnie jak wydarzenia historyczne. Byłem więc w rozpaczy, kiedy już po ukazaniu się pierwszego tomu natknąłem się na dzieło kronikarza Vinisaufa, przedstawiającego bitwę pod Akką w sposób o wiele dokładniejszy i różniący się w wielu szczegółach od mojego. Podczas bitwy pod Arsufem Salah ad-Din w pierwszej kolejności pchnął na Franków piechotę beduińską i nubijską, dopiero później jazdę, co ja przedstawiłem odwrotnie, znów kierując się względami fabuły. Również w opisie Jerozolimy jest jedno potknięcie - na zbudowanie Bramy Jafskiej, przez którą bohaterowie wjeżdżają do Świętego Miasta, w rzeczywistości trzeba by jeszcze czekać kilka stuleci. Grzmocę się w pierś i o wybaczenie żebrzę.

Podobnych rozbieżności jest zapewne wiele, a większości z nich, niecelowych, uniknąłem dzięki pomocy Ewy Leśniewskiej, której zawdzięczam wnikliwą korektę historyczną. Wraz z Marcinem Wrońskim, redaktorem językowym, człowiekiem, którego troskę o poprawność tekstu przebić może tylko cierpliwość, z jaką przekonuje do lepszych rozwiązań, stanowili dla mnie wielkie wsparcie podczas końcowych prac nad tekstem, a pomagali zwłaszcza w chwilach, gdy przestawałem w niego wierzyć.

Nastrój wielkiej przygody pomogli utrzymać również moi starzy przyjaciele, którzy zjechali się ze wszystkich stron kraju, by uczestniczyć w nagraniu dwóch krucjatowych słuchowisk, pilotujących trylogię: Memento finis oraz Al-Markish. Wydarzenia te miały miejsce w studiu nagrań Black Cat Studio Artura Lutyńskiego, który wziął również na siebie rolę reżysera dźwiękowego i stworzył obu słuchowiskom niezwykły klimat. W poszczególne role wcielali się Dawid Paul (niezniszczalny jako narrator), Filip Kopczyński, Marcin Lachowicz, Piotr Janka, Jakub Rutkowski, Adam Ossess, Michał Brywczyński oraz Adam i Anna Budzyńscy. Sam wziąłem na siebie jedynie zadanie napisania scenariuszy (nie licząc małej rólki w Memento finis - nie cenię wysoko swego głosu), lecz przy zaangażowaniu całej paczki mój wkład wydaje się mizerny. Trudno mi bowiem opisać słowami entuzjazm, jaki widziałem podczas nagrywania, i zachwyt, z jakim odtwarzałem wspomniane słuchowiska po raz pierwszy. Dziękuję wam wszystkim za zaangażowanie.

Trudno mi uwierzyć, że to już koniec. Trylogia Miecz i kwiaty zabrała mi ponad półtora roku życia, kształtowała przez ten czas moje rozmyślania i marzenia, wyznaczała tryb życia i całkiem przegnała nudę. Schowana w plikach w moim wysłużonym laptopie wędrowała wraz ze mną po Polsce i świecie. Dojrzewała w zimowe wieczory w zaśnieżonych Sudetach i na smaganych deszczem Kaszubach, na londyńskim lotnisku i w islandzkich hotelach, w pociągach InterCity i warszawskich knajpkach, na "okienkach" w szkole i w pokoiku mojego Synka. Żyła ze mną i we mnie, puchła rozdział za rozdziałem, tom za tomem, zaraziła mnie miłością do Loreeny McKennitt, mszy Gianluigiego da Palestriny i muzyki z Królestwa niebieskiego, wbiła we mnie marzenie dotarcia do Akki i Krak des Chevaliers, aż tu nagle się skończyła. Tak po prostu.

Najpiękniejsza przygoda literacka mojego życia kończy się tu i teraz, tymi właśnie słowami. I mam nadzieję, Drogi Czytelniku, że odnalazłeś na kartach Miecza i kwiatów choć cząstkę tego, o czym piszę. Jeśli tak, moje zadanie zostało wypełnione.

Dziękuję. Marcin Mortka

COPYRIGHT ? BY Marcin MortkaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2010

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-449-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE Daniel Rudnicki

REDAKCJA Kamila Michałowska

REDAKCJA MERYTORYCZNA Ewa Leśniewska

KOREKTA Renata Supryn, Magdalena Grela

SKŁAD Dariusz Haponiuk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Rozdział pierwszy

w którym Gaston de Baideaux powoli uzmysławia sobie, że należy do obozu zwycięzców i że, niestety, ma to dla niego bardzo poważne konsekwencje

Gaston de Baideaux otworzył oczy.

Oplatający mu szyję pas, jeszcze przed chwilą wrzynający się głęboko w skórę, zwiotczał w jego rękach wzniesionych nad głową. Ciemny pokój tańczył rozkołysany, zydel drżał i dygotał pod jego stopami. Echo niosło odgłos pośpiesznych kroków biegnącego człowieka.

Gaston otworzył usta, zaczerpnął tchu. Zydel zadygotał. Baideaux nie zdołał odzyskać równowagi i rymnął z całej siły o ziemię.

Przeszył go ból stłuczonego ramienia. Zwinął się z cichym jękiem, zaklął szeptem, a potem znów otworzył oczy. Ból wraz z brzmieniem własnego głosu momentalnie przywrócił mu umiejętność logicznego myślenia. Otworzył oczy, tym razem szerzej.

Leżał na kamiennej podłodze zasłanej źdźbłami przegniłej słomy. W strugach światła tryskających z wąskiego, zakratowanego okna widział przewrócony zydel, zasłany szmatami barłóg oraz kubeł, ani chybi na nieczystości. W dłoniach wciąż ściskał kawałek gładko przeciętego pasa, tego samego, który jeszcze przed chwilą wgryzał się w jego szyję.

Uniósł brwi ze zdumienia.

To był jego własny pas rycerski.

Niespodziewanie zadarł głowę do góry. Wystraszony, rozchwiany wzrok utkwił w poprzecznym wręgu, na którym, za przyczyną osobliwego kaprysu losu, nadal wisiał drugi jego kawałek. Potem spojrzał na przewrócony zydel i podświadomie, targnięty mrocznym przeczuciem, dotknął swej szyi. Wyczuł wyraźne wgłębienia w miejscu, gdzie pas wbijał się w skórę.

- Co tu się stało? - wychrypiał, nie przestając się rozglądać. - Gdzie ja jestem?

Nie było odpowiedzi.

- Czy ja... Czy ja chciałem się zabić?

Mocne, drewniane drzwi nabite żelaznymi ćwiekami milczały uparcie, drwiąc z oszołomienia rycerza.

- Skoro tak, dlaczego mi się nie udało? - W jego ochrypłym głosie pojawiła się wątła nutka buńczuczności. - Dlaczego?

Bezwiednie przejechał palcem po krawędzi rzemienia.

"Ostro ścięte" - pomyślał.

"Kroki - przypomniał sobie nagle. - Kroki biegnącego. Ktoś to zrobił. Ktoś przeciął pas, uchronił mnie przed śmiercią, którą sam sobie chciałem zadać, Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego! Ktoś mnie ocalił..."

- Hej! - wyskrzeczał. - Hej!

Odrzucił resztki pasa, który plasnął w kącie niczym zdechła ryba, a potem jak wycieńczony biegacz przypadł do drzwi. Naparł na nie z desperacką siłą i aż krzyknął ze zdumienia, gdy te ustąpiły. Gaston, który podświadomie spodziewał się oporu, runął na ziemię i przetoczył się po podłodze. Gdy wreszcie usiadł i potrząsnął głową, jego oczom ukazała się niewielka komnata. Na dwóch jej ścianach znajdowały się drzwi identyczne z tymi, przez które właśnie przeleciał. Na trzeciej otwierały się schody, zalane teraz rdzawym blaskiem zachodzącego słońca. Nie namyślając się wiele, zerwał się do biegu. Potykając się, obijając o ściany, parł ku górze. Ku słońcu i wolności.

Każdy krok zdawał się wyzwalać falę wspomnień z jego podświadomości. Vittorio, Bernard, Jakub. Bitwa pod Salib. Grób Rogera. Sara. Sara i mały Roger. Wieści o przybyciu królów Anglii i Francji.

Oszołomiony nagłą myślą, Gaston potknął się i uderzył boleśnie kolanem o kamienny stopień.

"Tak! - myślał gorączkowo. - Tak! Wieść o przybyciu królów! Wtedy pożegnałem się z Sarą, spakowałem juki i wyjechałem! To... To ostatnia rzecz, którą pamiętam..."

Zacisnął powieki, próbując wydusić z obojętnej, oziębłej pamięci jakiekolwiek wspomnienie, jakiekolwiek skojarzenie. Nic. Cisza i martwota.

Ze zrezygnowaniem pokręcił głową i znów otworzył oczy. Jego wzrok niespodziewanie padł na człowieka leżącego na schodach, ledwie dwa stopnie wyżej. Gdyby się nie potknął, z pewnością wywróciłby się o niego.

Nieznajomy był nieprzytomny. Tego Gaston był pewien. Zdradzała to zarówno jego pozycja - człowiek leżał na plecach z rozrzuconymi bezwładnie ramionami i hełmem nasuniętym krzywo na oczy - jak i ogromny, paskudny krwiak, rozlewający się na prawej kości policzkowej. Nosił zwykły pas, nie rycerski, choć wielu pasowanych mogłoby mu pozazdrościć pysznej kolczugi oraz miecza z dobrej stali, po który nie zdążył nawet sięgnąć. Coraz dłuższe, łapczywie wdzierające się do korytarza promienie słońca zamieniły jego wychudłą, pokrytą ciemnym zarostem twarz w upiorną maskę cieni.

De Baideaux wzdrygnął się, wstał z wysiłkiem i ignorując ból, pokusztykał ku wyjściu, oglądając się trwożliwie, jakby w obawie, czy nieprzytomny się nie ocknie. Wytoczył się na ulicę i skulił oślepiony rdzawym słońcem. Oparł się o chropowatą ścianę, a potem odetchnął głęboko. W jego nozdrza wtłoczyła się cała masa zapachów.

Spalenizna. Końskie ścierwo. Parujący od słońca mocz. Gnijące owoce. Stęchła woda. Rynsztok. Tysiące woni odbudowywało w jego świadomości obraz miasta, co nawet podziałałoby na niego uspokajająco, gdyby nie coś jeszcze, jakiś inny, wszechwładny i złowieszczy odór, który zawisł nad pozostałymi zapachami i przykrył je płaszczem mroku.

Gaston zaniósł się kaszlem, aż poczuł w ustach żółć. Ulicą toczył się wózek zaprzężony w wychudłego muła. Za nim przemykał spłoszony kundel. W przeciwnym kierunku szło dwóch łuczników rozmawiających w cudzoziemskiej mowie, obok nich przemknął goniec, dreptał mnich w rozdeptanych sandałach. Gdzieś nad głową Gastona, wysoko nad dachami, krzyczały mewy.

Jeden z żebraków kulących się pod ścianami kamienicy po drugiej stronie nagle poderwał się i ruszył ku niemu krokiem zbyt energicznym jak na zwykłego bezdomnego. Wyminął wózek, zignorował dwie trajkoczące piskliwymi głosami ladacznice, machnięciem dłoni odpędził natarczywego kundla. Patrzył na Gastona. Szedł prosto na niego.

Ten zamarł, wręcz przykuty do ściany mocą spojrzenia mężczyzny. Znał je. Znał jego lodowatą, niezłomną moc. Teraz wyczuwał w nim dodatkowo niezmierzone pokłady gniewu. Po plecach spłynął mu dreszcz strachu, pierwszy od odzyskania przytomności.

- Ja ciebie znam - wyjąkał.

Żebrak, jakby w odpowiedzi, odrzucił kaptur. Błysnęły oczy, niebieskie, przenikliwe, tchnące mrozem jakże kontrastującym z ogorzałą cerą. Wychudłą, obsypaną rzadkim zarostem twarz ściągnęła wściekłość.

- Doprawdy? - warknął, prostując swą przygarbioną postać, rozkładając ramiona, ogromniejąc. W dłoni ściskał żebraczy kostur. - Bo ja ciebie nie.

- Jakub? - zapytał oszołomiony, niedowierzający Gaston.

Zahuczało powietrze przecinane tępym kijem. Ladacznice zawrzasnęły ze strachu. De Baideaux uchylił się ze zręcznością, która zaskoczyła nawet jego samego.

- Jakubie! - krzyknął. - To ja, Gaston!

- Wiem.

Kij przeciął powietrze tym razem z innej strony, znów trafił w próżnię, zawrócił, uderzył znowu. Zakonnik w żebraczym stroju złapał kostur oburącz i tłukł bez opamiętania. Gaston skądś wiedział, że każdy z tych ciosów mógłby pogruchotać kości mężczyźnie o wiele potężniejszemu od niego. W każdy swój cios Jakub wkładał tyle siły, że jego oblicze aż spurpurowiało, ale jednocześnie nie zapominał o celności. Atakowany zaciekle de Baideaux wyślizgnął się spod ściany, by zyskać więcej przestrzeni i wił się jak fryga, cudem unikając uderzeń zakonnika.

- Opamiętaj się! - krzyczał. - Jakubie, na litość boską!

- Nie waż się powoływać na Jego imię, łajdaku! - syczał Jakub. - Nie waż się!

I parł, waląc niestrudzenie, a Gaston cofał się, z rozpaczą usiłując przemówić mu do rozsądku. Świst kija rozrywał błagalne zdania, wokół krzyczeli ludzie, szczekały psy. Na czole de Baideaux perlił się pot.

Nagle jego plecy natrafiły na twardą przeszkodę. Gdzieś za nim ktoś jazgotał po ormiańsku, roztrzaskał się spadający garnek, smród ulicy przytłumił aromat gotowanej, mocno przyprawionej baraniny. Gaston kątem oka zauważył nadlatujący oręż Jakuba, zdołał przykucnąć, a ten wyrżnął z trzaskiem o coś drewnianego. Znów zadziałał instynkt - de Baideaux sięgnął za siebie, natrafił palcami na jakąś tyczkę, zacisnął rękę, szarpnął. Coś spadło z trzaskiem. Jazgot Ormianina przybrał na sile, Gaston odskoczył w bok, z trzaskiem materiału uwalniając tyczkę, która podtrzymywała markizę. Drąg zahuczał w jego dłoniach, ze świstem trafił w łydkę Jakuba, potem drugim końcem w jego nerki i wreszcie w plecy, by ze stukotem potoczyć się po bruku.

Dopiero teraz Gaston pozwolił sobie na upust strachu, chwilowo przytłumionego adrenaliną. Odrzuciwszy drąg, pędził przed siebie jak oszalały, byle dalej od swego więzienia, od miejsca, gdzie chciał odebrać sobie życie, byle dalej od przyjaciela, który gotów był go zakatować. Nie spojrzał nawet za siebie - wielokrotnie ćwiczył walkę z Jakubem w Krak des Chevaliers, ale nigdy, przenigdy nie widział w jego oczach takiej pasji, takiej wściekłości. Zakonnik miał co prawda jedynie kij w rękach, ale Gaston skądś wiedział, że przyjaciel chciał go zabić.

Biegł, a strach przemieszany z rozpaczą dodawał mu skrzydeł. Roztrącał tłumy pieszych, wywołując eksplozje przekleństw po italsku, przebiegał obok kościołów rozbrzmiewających echem uderzeń młotków i pokrzykiwań murarzy, kluczył między wozami wyładowanymi dobytkiem i chmarami uwijającej się służby, pędził przed siebie, nie zastanawiając się ani gdzie jest, ani dokąd zmierza. Gdzieś między dachami mignął mu wyższy budynek, ozdobiony rzędem czarnych chorągwi szpitalników, gdzieś dostrzegł inne, o wiele barwniejsze, a wśród nich chyba chorągiew Konrada z Montferratu, ale go to nie zainteresowało. Wciąż gnał na oślep, pchany strachem i szokiem. Dopiero gdy nad dachami wyrosły mury miejskie, wciąż wysokie, lecz osmolone, wyszczerbione, strzaskane w wielu miejscach uderzeniami pocisków z katapult, oblepione rzędami rusztowań, po których uwijały się istne roje robotników, zaczął zwalniać. Kiedy oczom Gastona ukazał się największy z bastionów, zatrzymał się jak wryty.

Cień fortyfikacji, rozciągnięty promieniami zachodzącego słońca, mierzył ku de Baideaux niczym grot gigantycznej włóczni, który wznosił się ku ciemniejącemu niebu, nadal strzelisty i niepokonany, choć ozdobiony chrześcijańskimi chorągwiami. Znał go doskonale. Swego czasu nienawidził go jak każdy, kto spędził pod murami Akki choć tydzień. Dotąd jednak Gaston patrzył na niego z daleka, ze zboczy wzgórza Turon.

Wieża Przeklęta.

Był w Akce.

Zacisnął powieki i potarł palcami skronie.

"Boże miłosierny - szepnął pośród otaczających go ciemności. - Boże litościwy, racz oddać mi zdrowy rozsądek. Oszalałem, ani chybi oszalałem".

Gdy pozostawił Sarę i wyruszył w drogę pod Akkę, by dołączyć do oblegających wzmocnionych hufcami króla Francji i króla Anglii, oblężenie było w toku i nic nie wskazywało na rychły sukces. Nic. Choć wytężał umysł, nie mógł sobie przypomnieć ani chwili dotarcia do armii oblegających, ani samego szturmu, o dniach po nim już nie mówiąc. Bo przecież musiało wydarzyć się coś, przez co trafił do więzienia, a potem spróbował odebrać sobie życie. Musiało zdarzyć się coś, przez co znienawidził go Jakub.

Nic. Nie pamiętał niczego. Ktoś lub coś okradło go z dobrych paru tygodni, a może nawet miesięcy życia.

Gdy otworzył oczy, niebo wokół Wieży Przeklętej wydawało się nieco ciemniejsze, jakby przesyciły je ciemne smugi dymu. Tuż nad zmasakrowanymi blankami unosiły się chmary ptactwa, łapczywe skwirlenie mew mieszało się z pełnym oburzenia krakaniem, tu i ówdzie przeszytym ostrym krzykiem sokoła. Jednocześnie w jego nozdrza znów wniknął ów ohydny zapach, który wyczuł zaraz po wyjściu na ulicę, tu o wiele silniejszy, przesycony spalenizną.

Zemdliło go, ale opanował skurcze i ruszył ku najbliższej bramie miejskiej. Smród z każdym krokiem stawał się intensywniejszy, zarówno robotnicy na murach, jak i strażnicy przy bramie wydawali się nim odurzeni, wręcz zatruci. Kilku zwróciło uwagę na Gastona, lecz żaden go nie zatrzymał. Na twarzy któregoś z żołnierzy dostrzegł chyba politowanie.

Gdy przeszedł przez most zwodzony i wyszedł na równinę, rozciągającą się u murów miejskich Akki, w jednej chwili zrozumiał, że strażnik miał prawo tak pomyśleć. Jak okiem sięgnąć, ziemia poryta była przez ludzi i konie oraz zasłana szczątkami broni i wszelkimi innymi śmieciami. Wzgardzili nimi nawet mało wybredni amatorzy łupów, którzy wypełzają na pola bitew, gdy ledwie ucichnie szczęk oręża. Lecz nie to przykuło jego uwagę. W odległości dwóch, trzech strzałów z łuku piętrzyły się stosy ciał ludzi oraz koni, niekiedy niknące w gęstych splotach tłustego dymu bijącego z trzech wielkich ognisk. Od czasu do czasu z tłumu wynurzała się jakaś postać i wolno, niczym cierpiętnik w pogańskim Hadesie, podchodziła do stosu i wyszarpywała z niego ludzkie zwłoki. Setki obsiadających ciała ptaków wzbijały się wówczas w powietrze, z furią bijąc skrzydłami, a człowiek wlókł ciało do ognia i ciskał je w płomienie. Dym buchał gęściej, nienasycone płomienie rosły, ptaki krzyczały gniewnie, jakby nie mogły się pogodzić ze stratą.

Gaston wpatrywał się w to przerażające widowisko, jakby żywcem wycięte z sennego koszmaru o zarazie. Prócz ludzi palących trupy na równinie nie było nikogo, widoczne stąd wzgórze Turon, o zboczach porytych opustoszałymi już umocnieniami, wydawało się porzucone i zapomniane, jakby należało do innej, zakończonej już epoki.

Nagle Gaston odniósł wrażenie, że wśród ludzi palących zwłoki dostrzega znajomą postać.

Jego sercem naraz targnęła nadzieja. Nie czekał ani chwili. Zerwał się do biegu. Pędził pod sklepieniem rozwrzeszczanego ptactwa, pod zatrutym dymami niebem, prosto ku żarłocznym ogniom, wokół których snuło się kilku przygarbionych troglodytów.

I jeden barczysty, brodaty kudłacz, przerastający pozostałych o przynajmniej pół głowy.

- Bernard! - wysapał. - Bernardzie!

Olbrzym, dawny sługa rodu de Baideaux, puścił nogi ciągniętego po ziemi saraceńskiego trupa, wyprostował się i odwrócił powoli. Coś w jego postawie - oraz w jego spojrzeniu - ostudziło radość Gastona, który zwolnił i w końcu zatrzymał się na kilka kroków przed nim.

- Bernardzie? - zapytał nieśmiało.

Zmienił się. Skurczył, zmarniał, jego twarz wychudła, cera pożółkła. Wyglądał jak po długiej, ciężkiej chorobie. Jego spojrzenie, czyste i niezmącone, mówiło jednak, że nawet jeśli ucierpiało jego ciało, duch miał się doskonale. Przez kilka długich jak wieczność chwil patrzył na Gastona z całkowitą, bezbrzeżną obojętnością, po czym uniósł lekko krzaczastą brew, złapał zabitego Saracena za kostki i powlókł go w stronę stosu.

- Bernardzie! - zawołał Gaston z rozpaczą w głosie. - Zatrzymaj się, proszę! Ja... Ja nie wiem, co się dzieje! Nie wiem, co tu robię! Niczego nie rozumiem! Zaczekaj, proszę!

Bernard zatrzymał się i odwrócił powoli. Gaston poczuł, jak na powrót płonie w nim nadzieja, lecz spojrzenie dawnego parobka rodu de Baideaux rozwiało jego złudzenia. Tym razem, miast obojętności, wyczytał w nim złość i obrzydzenie. Potem jego twarz zakrył kłąb ciemnego dymu.

Młodzieniec odwrócił spojrzenie, a potem odszedł.

Legat papieski Adelard z Werony ujął pucharek z winem, a drugą dłonią leniwie przywołał służącego. Ten bez słowa wyrósł przy fotelu wysłannika rzymskiego i zabrał się za zbieranie naczyń. Jego towarzysz, równie cichy i dyskretny, ustawił wazę z owocami i podmienił karafkę z winem na pełną, a potem, jakby czytając w myślach swego suzerena, rozchylił szerzej okiennice. Do wnętrza komnaty wpadł ożywczy, chłodny wiatr znad morza. Adelard zapatrzył się w widoczną ponad dachami toń morza, migotliwą, zalaną czerwienią zachodzącego słońca.

- Cicho się zrobiło - powiedział, niespodziewanie przerywając ciszę.

- Co rzekliście, Wasza Świątobliwość? - zapytał Balian z Ibelinu i podniósł wzrok na dostojnika, z niechęcią otrząsając się z myśli o małżonce, której nie widział od wielu miesięcy. Ramię noszone na temblaku zakłuło znanym bólem.

- Że cicho się zrobiło. - Dłoń z pucharkiem wskazała wody przystani akkańskiej, na której unosiło się zaledwie kilka drobnych łodzi rybackich. - Jeszcze parę dni temu na tych wodach kotwiczyły statki Anglików, kilku republik italskich, obu zakonów, a teraz? Ledwie król Ryszard na wojnę pociągnął, a miasto ogarnęła cisza. Gdy tylko zakończą się prace w kościołach, które Saraceni na meczety obrócili, chyba tylko na dziwki przyjdzie nam liczyć.

- Wybaczcie, Wasza Świątobliwość, ale nie nadążam - zmarszczył brwi Balian. Pokręcił głową i służący legata, który właśnie zamierzał napełnić jego pucharek, skłonił się i odstąpił płynnie, niemalże bezszelestnie. Baron z Ibelinu po raz kolejny obrzucił go ukradkowym, zaciekawionym spojrzeniem. Obaj usługujący im ludzie - ciemnowłosi, śniadoskórzy mężczyźni w trudnym do ustalenia wieku - natychmiast przykuli jego uwagę, ledwie wszedł do komnat zajmowanych przez papieskiego wysłannika. Twarze mieli zbyt harde i zacięte, a ruchy zbyt płynne, by byli tylko i wyłącznie służącymi. Jednocześnie w ich postawie brakowało typowej dla rycerzy nonszalancji, co jego zdaniem czyniło z nich niebezpiecznych przeciwników. Wykorzystywał teraz każdą dogodną sytuację, by się im przyjrzeć i wychwycić jak najwięcej szczegółów.

- No, ludzie mówią, że portowe dziwki już lamentują - z humorem oznajmił legat. - Ponoć król Ryszard zezwolił jedynie praczkom do swej armii dołączyć.

- Potwierdzacie, Wasza Świątobliwość, że ze wszech miar zasługujecie na zaufanie, którym was Ojciec Święty obdarzył. - Balian starannie zamaskował ironię w swym głosie. - Rzeczywiście znacie się na ludziach. Jak mało który sługa Kościoła.

- Cóż - uśmiech Adelarda pogłębił się, co oznaczało, że ironię wychwycił. - Wy, baronie, jak na zwierciadło syryjskiego rycerstwa przystało, dziwek nie dostrzegacie?

- Ależ dostrzegam. I z bata strzelam, by mi z drogi zeszły. Wybaczcie, Wasza Świątobliwość, żem niezbyt skory do rozwodzenia się w tej akurat sprawie. Pomyślałem, że zaprosiliście mnie tu w innym celu. Ważniejszym.

Zerknął przy tym kuso na legata, który uśmiechnął się nieznacznie. W trudny do określenia, niepokojący sposób przypominał mu służących, którzy zakończyli już sprzątanie ze stołu i znieruchomieli przy drzwiach. W niczym nie był podobny do duchownych swego czasu, którzy albo bez umiaru oddawali się uciechom życia doczesnego, albo pogrążali w skrajnej ascezie. Podobnie jak jego ludzie, był człowiekiem szczupłym i wyprostowanym, w niemożliwym do określenia wieku. Znać było po nim, że kryje w sobie wielką sprawność i siłę fizyczną, choć Balian nie przypominał sobie, by legat kiedykolwiek dobył broni podczas oblężenia Akki. Długie, siwiejące włosy spinał srebrną klamrą, która zresztą stanowiła jedyny kosztowny element jego ubioru, składającego się z niewyszukanej szaty duchownej i zawieszonego na piersi krzyża. Bezustannie przygryzał wargi, co zwiastowało nieustępliwość i tłumione emocje, choć podczas niekończących się narad w kwestiach sukcesji, które ciągnęły się po upadku Akki, zawsze przemawiał łagodnym głosem i nigdy nie pozwolił sobie na wybuch. Znacznie bardziej niepokoiły jego oczy, czarne jak dwie krople atramentu, pozostające w ciągłym ruchu, nieustannie badające, przeszywające. Baron Ibelinu, choć był wytrawnym politykiem i negocjatorem, cieszył się w duchu, iż legat papieski siedzi zwrócony do niego bokiem.

- Powinienem był zapamiętać z naszych narad - powiedział w końcu - że nie zwykliście marnować czasu na zwykłe pogawędki. Coś mi mówiło, że ledwie król Ryszard opuści miasto, natychmiast powrócicie do kwestii, w której tak naprawdę sprowadziliście mnie z Rzymu.

- Nie wydaje mi się, byśmy mieli wybór, Wasza Świątobliwość - rzekł Balian. Nagle pożałował, że odpędził służącego chcącego napełnić jego pucharek, ale uznał, że podczas rozmowy z Adelardem lepiej zachować czysty umysł. - Mam wrażenie, że z każdą upływającą godziną nasza sytuacja staje się coraz gorsza. Narady...

Urwał. Odwrócił się tyłem do rozmówcy. Kłótnie syryjskiego rycerstwa, mistrzów obu zakonów oraz krzyżowców z Europy z chwilą przybycia królów Anglii i Francji nabrały gwałtowności, tym bardziej że ich przedmiotem stała się kwestia sukcesji. Podczas jesiennej zarazy śmierć zabrała Sybillę, małżonkę króla jerozolimskiego, Gwidona de Lusignan, tym samym pozbawiając go praw do korony. Markiz Konrad z Montferratu, któremu sprzyjała większość rycerstwa syryjskiego, uznał to za dobrą monetę, zwłaszcza że mógł liczyć także na poparcie króla Francji, Filipa. Zamieszanie wywołał gwałtowny sprzeciw władcy Anglii, Ryszarda, który nie przepadał za swoim francuskim sojusznikiem, a na dodatek był seniorem brata Gwidona, Gotfryda de Lusignan. Baronowie syryjscy poczuli się rozdarci między stronnictwem Konrada i Filipa, którego, nawiasem mówiąc, w większości uznawali za swego seniora, a stronnictwem Ryszarda, który potwierdził swą sławę doskonałego wodza najpierw podporządkowaniem sobie Cypru, a potem tryumfalnym zdobyciem Akki. Rudowłosy Anglik, w przeciwieństwie do umiarkowanego, mało przedsiębiorczego Filipa francuskiego, wszem i wobec obnosił się ze swoim zamiarem doprowadzenia krucjaty do odbicia Jerozolimy. Narady i kłótnie, ku rosnącej frustracji Baliana, trwały dobrych parę dni, aż wreszcie postanowiono, że Gwidon zatrzyma swe berło aż do śmierci, a następnie przejdzie ono na ród Konrada, który do tego czasu będzie panował w Tyrze, Bejrucie i Sydonie. Miał on również otrzymać wtedy połowę dochodów Gwidona.

Balian z ulgą doczekał tej chwili, lecz ledwie ustalono kwestię sukcesji, a między królami Francji i Anglii wybuchł kolejny konflikt - schorowany Filip postanowił bowiem wracać do kraju, twierdząc, że zdobywając Akkę, spełnił swój chrześcijański obowiązek, na co wojowniczy Ryszard nie chciał się zgodzić. Podejrzewał, nie bez podstaw, że Filip wykorzysta jego nieobecność, by atakować angielskie włości we Francji. Legat papieski z werwą zabrał się za godzenie zwaśnionych monarchów, a zgorzkniały, sfrustrowany Balian spędzał dnie na modlitwach lub dzikiej jeździe konno po okolicy. Wreszcie Filip postawił na swoim i po podpisaniu stosownych paktów z Ryszardem, w których obiecał, że nie zaatakuje francuskich posiadłości Ryszarda, wsiadł na okręt, a rozgoryczony Anglik, uznawszy Francuza za tchórza i dezertera, stanął na czele armii, z którą wymaszerował w pole. Wtedy to Adelard z Werony przypomniał sobie o Balianie i sprawie, o jakiej napisał do Rzymu.

- Narady wydawały się nigdy nie skończyć, prawda? - zapytał legat papieski z jeszcze szerszym uśmiechem. - Zaiste, prędzej człowiek by ogień z wodą pogodził niż pokłóconych nobili. Napatrzyłem się na wasze kuse spojrzenia, baronie, napatrzyłem. Zanim jednakowoż odsądzicie mnie od czci i wiary...

- Wybaczcie, ale dość mam tych czczych gadek, Wasza Świątobliwość - warknął niespodziewanie Balian, zaciskając pięści, aż w ranionym ramieniu odezwał się znów ból. - Wierzcie mi, nasłuchałem się ostatnio słów i dość już ich mam. Mdli mnie od nich. Walczę o Outremer odkąd potrafię się na koniu utrzymać i nic mi z tego nie przychodzi, nic! Bo każdy sojusznik, na którego natrafiam, jedynie gadać potrafi! Gadać i wykłócać się! Więcej czasu zmarnowaliśmy na wzajemnych sporach niźli na walce z Salah ad?-Dinem, Wasza Świątobliwość! A teraz, gdy odkryliśmy wroga o wiele groźniejszego od wszystkich sułtanów, szejków i bejów razem wziętych, nawet wy, możny wysłannik następcy świętego Piotra, jedyny, na którego liczyć mogę, wolicie nobili godzić aniżeli...

Urwał, jakby mu tchu zabrakło, równie gwałtownie jak zaczął, i machnął zdrową ręką, odwracając jednocześnie głowę. W pełni uświadomił sobie bowiem znaczenie swych słów - w istocie, poza nim, tajemniczym delegatem papieża o niepokojącym spojrzeniu, ściągniętym błagalnymi listami do Stolicy Apostolskiej, nie znał nikogo, kto by mógł mu w tej walce pomóc.

Uśmiech Adelarda z Werony pogłębił się, jakby duchowny czytał w myślach Baliana.

- Na szczęście dla nas wszystkich mylisz się, baronie... - zaczął głosem łagodnym, którym zwykł przemawiać do najbardziej wzburzonych rozmówców. Balian jednakże, który poznał go podczas niekończących się narad o przyszłość Outremer, nie dał się zmanipulować tak łatwo.

- A może tu chodzi o coś jeszcze innego, Wasza Świątobliwość? - syknął, zniżając głos. Jego oczy ziały teraz wściekłością. - Może wasi dostojni przyjaciele w dalekim Rzymie, z Ojcem Świętym na czele, wspólnie postukali się palcami w czoło, czytając niezgrabnie nakreślony list jakiegoś pulana, któremu najwyraźniej od słońca odbiło? Który śmiał przed diabłem w Ziemi Świętej ostrzegać? Może to właśnie dlatego nie chcieliście ze mną wcześniej rozmawiać, co? Najpierw załatwmy sprawę sukcesji, potem pogódźmy monarchów, a na końcu, nim wrócimy do Rzymu, wyperswadujmy staremu baronowi jego zabobony! Tak to miało wyglądać?

- Nie, bynajmniej - odparł legat papieski, wyraźnie rozbawiony wybuchem Baliana. - W rzeczywistości, kilka osób z najbliższego otoczenia papieża odebrało wasze słowa jak majaki szaleńca, ale mnie poinstruowano, bym wziął je na poważnie.

- Tak? Przykro mi, Wasza Świątobliwość, lecz nie udało się wam. Gaston de Baideaux zniknął kilka dni temu.

- Nie. Nie zniknął. - Legat papieski upił łyczek wina, nie spuszczając wzroku z rycerza. - Jest pod dobrą opieką. Moją opieką.

- Co takiego? - osłupiał Balian.

- Nie zarzucajcie mi bezczynności, baronie. - Adelard odstawił pucharek i spojrzał prosto w błyszczące znużeniem oczy Baliana. - Nie zasypiam gruszek w popiele od chwili swego przybycia do Akki, panie. Zdołałem już kilka spraw rozgryźć; więcej, niż wam się wydaje. Doprowadzę do zguby tego, kogo nazywacie wrogiem większym od wszystkich sułtanów razem wziętych.

Niespodziewanie drzwi uchyliły się i na progu stanął trzeci z ludzi legata, z pozoru podobny do pozostałych, ale rozczochrany, w kolczudze i z mieczem u boku. Na jego twarzy rozlewał się paskudny siniak, chwiał się, ale patrzył przytomnie, bez strachu.

- Wasza Świątobliwość, więzień uciekł - powiedział bez wstępów.

Adelard nabrał głęboko tchu, jakby szykując się do zadania serii pytań, ale wypuścił powietrze ze świstem i spojrzał na Baliana.

- Nazwałbym to boskim kaprysem, gdybym nie miał pewności, że Bóg w swej łasce i mądrości skrzętnie omija miejsca, po których stąpał Jego syn. Zbyt wiele na nich szaleństwa i namiętności. Nie lękajcie się, baronie. Nie wiem, w jaki sposób de Baideaux się wymknął, ale złapię tego skurwysyna. Złapię go, zanim doprowadzi do kolejnych, strasznych czynów.

 

Rozdział drugi

w którym nadchodzi wieczór, a wraz z nim namiętności. niestety, raczej z gatunku tych złowróżbnych

Gaston de Baideaux pędził przez noc.

Z każdym uderzeniem kopyt końskich zostawiał za sobą wszystko, co składało się na jego dotychczasowe życie. Zostawiał dwóch przyjaciół, których był pewien, a którzy niespodziewanie zwrócili się przeciwko niemu. Zostawiał godność i honor - bądź co bądź jechał na koniu, którego skradł z obozu kilku kupców, nie wpuszczonych przed zmrokiem do Akki. Zostawiał swój pas rycerski, przecięty nieznanym mieczem w nieznanym lochu, własne imię i wreszcie miejsce, które zdobył dla siebie na tym świecie.

Nad jego głową niczym nietoperze furkotały pytania, na które nie znał odpowiedzi. Co działo się przez te miesiące od opuszczenia Sary do wyzwolenia Akki? Dlaczego Jakub i Bernard odwrócili się od niego? Czym zasłużył sobie na ich nienawiść? Dlaczego trafił do lochu?

Gaston kręcił głową i ocierał łzy, nie wiadomo, czy wyciśnięte pędem końskiego biegu, czy rozpaczą. Zaciskał zęby, z całej siły broniąc się przed kolejnym atakiem rozpaczy.

Co się dzieje z Sarą? Czy ona i Roger są bezpieczni?

Uniósł głowę wysoko, ku gwiazdom rozsianym na wrześniowym niebie.

- Boże, pomóż mi - wyszeptał przez wiatr, łzy i tętent kopyt.

Jakby w odpowiedzi, z ciemnych, obojętnych otchłani jego pamięci nadbiegł czyjś okrzyk: "Jesteś żmiją, de Baideaux! Podłą żmiją o sercu czarnym jak piekło! Jesteś gorszym łajdakiem od samego de Rideforta!".

Rozpoznał ten krzyk. To był głos Baliana z Ibelinu.

Skulił się nad końską grzywą i popędził zmęczonego już konia. Miał jeszcze do kogo się zwrócić na tym świecie. Miał jeszcze jednego przyjaciela, który postanowił trzymać się na uboczu wszelkich wydarzeń. Gastonowi pozostał cień nadziei, że przynajmniej on nie miał powodów, by go nienawidzić.

W tej samej chwili ten, który nienawidził go najbardziej, prowizor zakonu templariuszy Rupert de Saint Jérome, uchylił płachtę namiotu i wyjrzał w ciemność rozświetloną tysiącem niespokojnych ogni. Przez moment stał i nasłuchiwał niesionej wiatrem, niekończącej się pieśni obozów wojskowych, na którą składał się szmer niezliczonych rozmów, parskanie koni, trzask palonego drwa oraz szczęk broni. Na próżno byłoby jednak czekać na stały refren owej pieśni, jakim były wybuchy śmiechu i radosne śpiewy. Król Ryszard surowo zakazał wszelakich rozrywek, a zważywszy na jego nastrój od czasu wyjazdu z Akki, nikt nie ośmielał się podważyć jego woli.

W obozowisku templariuszy, tradycyjnie wzorowo uporządkowanym, podobne ekscesy nie miałyby miejsca nawet w czasach pokoju, nawet pod wodzą człowieka o wiele słabszego charakterem od króla Anglików. Nie to, co u szpitalników.

Usta Ruperta rozchyliły się w szyderczym uśmiechu. Dobrze wiedział o licznych przypadkach naruszenia reguły w Krak des Chevaliers, o pijaństwie, które zarządził i nadzorował tamtejszy kasztelan Henryk de Treviere. Kilku braci, których wysłał do papieża ze specjalnym listem w tej sprawie, powinno już stukać do bram Rzymu.

"Doskonale - pomyślał. - Utrę nosa temu pyszałkowi Garnierowi z Nablusu. Popamięta mnie, suczy syn... Och, jeszcze mnie popamięta".

Oczy templariusza błyszczały dziko, odbijając blask najbliższych pochodni. Wbijał wzrok w ciemność, daleko poza namioty rycerstwa burgundzkiego i miejscowych baronów, tam, gdzie obozowali szpitalnicy. Patrzył z nienawiścią podsycaną bezsilnością, a jego dłoń bezwiednie gniotła rękojeść miecza.

Och tak, nienawidził ich. Nienawidził tych parweniuszy, którzy skradli regułę i metody walki templariuszy, przybłędów, którzy ośmielali się rywalizować z nimi zarówno w gromadzeniu bogactw, jak i wpływów, którzy bezczelnie podważali ich męstwo i z szyderczymi uśmiechami zajmowali odmienne stanowiska w każdej, dosłownie w każdej kwestii po zdobyciu Akki. I jeszcze mieli czelność nazywać to miasto swoim! A ten ich nowy mistrz, Garnier z Nablusu...

Rupert zacisnął zęby i pochylił głowę. Był człowiekiem mężnym i nieustępliwym, a osobliwy pakt, jaki ostatnio zawarł zakon, dodał mu tylko pewności siebie. Wszystkie te cechy gasły jednak w obliczu Garniera z Nablusu, człowieka śmiałego do szaleństwa, wyrachowanego niczym italski handlarz i bezczelnego jak sam Belzebub. Starczyło jedno jego słowo, jeden cyniczny komentarz czy złośliwy uśmieszek, by opanowanie Ruperta znikało jak płatek śniegu na rozgrzanej dłoni i nie wracało przez parę dni. Stary prowizor podświadomie wyczuwał w szpitalniku wielkie zagrożenie, którego nie umiał nazwać ani określić, na które nie potrafił się nawet przygotować. Za nic nie mógł uspokoić skołatanych nerwów, nie pomagało nawet przeglądanie się w lustrze, które do niedawna jeszcze stanowiło jego ulubione zajęcie.

Bezwiednie potarł dłonią policzek i pomacał zaskakująco jędrną skórę. Miał teraz długą brodę, ale nawet ona nie była w stanie zamaskować łagodniejących, coraz młodszych rysów twarzy. Za dnia nosił hełm, celowo garbił się w siodle, ale dobrze wiedział, że długo nie ukryje swej przemiany. Ich Pan dotrzymał słowa - stary zakonnik młodniał w oczach, jego oczy odzyskiwały blask, a sylwetka energię.

"Wielki jesteś, Panie, a jam Twoim mizernym sługą - westchnął w myślach. - Daj mi tylko kolejną szansę, by odpłacić się za Twą łaskę".

I wbił wzrok, tym razem błagalny, w pocięte płomieniami ognisk ciemności, lecz te pozostały obojętne. Nie zgęstniały na tyle, by uformować sylwetkę, o której śnił i marzył. Postać ciemnowłosego mężczyzny, którego pojawienie się zawsze oznaczało nowe obietnice i wyzwania.

Pan nie odwiedzał ich od tygodni.

- Mistrzu - odezwał się ktoś za jego plecami. - Mistrzu, czas na spoczynek.

Ismail, jego pokorny saraceński sługa, który nigdy nie nauczył się prawidłowo wymawiać słów we frankijskiej mowie, stał za jego plecami z pochyloną nisko głową, nie unosząc spojrzenia. Rupert westchnął i pokiwał głową. Zasunął płachtę namiotu i usiadł na zydlu. Sługa zaczął zdejmować szaty swojego pana, by natrzeć odmłodniałe ciało olejkami. Uniósł głowę dopiero, gdy znalazł się za plecami zakonnika. Jego ciemne oczy, gorące, przymrużone jak u pustynnego sokoła, niespodziewanie błysnęły furią zupełnie nieprzystającą do łagodności, z jaką wodził dłońmi po karku templariusza.

Nie patrzył jednak przy tym na Ruperta. Pasja w jego spojrzeniu nie dotyczyła mistrza, a wypalała wspomnienie pewnego miejsca, z jakim związał się nieopatrznie, a które przeklęło go na wieki.

Starzec z Gór nie był szczególnie pijany, ale robił wszystko, by jego podwładni i współwyznawcy takie właśnie odnieśli wrażenie. Wielu z nich na własnej skórze doświadczyło, jak nieobliczalny i rozszalały bywa przywódca asasynów po wypiciu kilku kubków cypryjskiego wina, a ten nie miał nic przeciwko utrwalaniu takiego wizerunku. Skoro zniesiono szariat, który do niedawna nadawał sens życiu członków sekty, niechże zastąpi go strach.

I święta wojna.

Starzec trzasnął drzwiami, a echo pomknęło ciemnymi korytarzami Al?-Kadmus, docierając do każdego, najmniejszego nawet zakamarka twierdzy, mrożąc na ułamek sekundy serce każdego, kto w niej mieszkał. Udał, że przez swój gwałtowny gest niemalże nie stracił równowagi, złapał się futryny, odkaszlnął, splunął i zaryczał:

- Hasan!

Chrapliwy okrzyk pomknął przed siebie niczym głos rozbudzonego piaskowego dżina, a Starzec ciął ciemność swymi przekrwionymi oczyma.

- Hasan, szakalu!

Minęły już czasy, kiedy przyjmował posłańców w swej wieży w Masjafie lub w Al-Kadmus, wpatrywał się w nich w milczeniu i przemawiał łagodnym głosem, zgoła niepasującym do jego surowych rysów twarzy. Minęły czasy, gdy modlił się całymi godzinami lub cierpliwie nauczał swych wiernych. Teraz coś innego wypełniało jego umysł, kierowało czynami.

Hasan, którego wypatrzył przed paroma chwilami na dziedzińcu Al-Kadmus, pędził zdyszany, a ujrzawszy straszliwe, przymrużone oczy Starca, natychmiast przypadł do zimnej, kamiennej posadzki. Trząsł się na całym ciele, bynajmniej nie z zimna.

- Kiedy powróciłeś do Al-Kadmus, Hasanie? - wycharczał Starzec z Gór, biorąc się pod boki.

- Ledwie... Ledwie co przyjechałem, sahib, ledwie...

- Łżesz - parsknął Starzec. - Łżesz jak najpodlejszy handlarz wielbłądzim nawozem. Nawet szakale wyć zaczynają, gdy słyszą twoje kłamstwa, Hasanie synu Ibrahima. Wróciłeś do twierdzy dobrą godzinę temu. Cóż sprawiło, że nie przybiegłeś wprzódy pokłonić się mnie, temu, który ukochał was wszystkich? Temu, który z największym utęsknieniem oczekuje waszych powrotów?

- Ja... Ja...

- Stul pysk! A więc byłeś w Hamie?

- I... I w Himsie, czcigodny, oby blask gwiazd...

- Stul pysk! Znalazłeś ją?

- Nie, sahib, znikła jak...

Starzec ryknął z wściekłością i z całej siły kopnął klęczącego Hasana w bok. Ten skulił się z głuchym jękiem, ale sędziwy nizaryta ponowił uderzenie, a potem wymierzył cios raz jeszcze. Zdyszany, oparł się łokciem o chłodną ścianę, przymknął oczy.

"A może już nie potrzebuję wina? - pomyślał. - Może zburzyłem już mur, który oddzielał mnie od szaleństwa? Po kres swych dni przeklinać będę dzień, w którym zgodziłem się spotkać z tymi plugawymi Al-Farandż, z Balianem ibn Barzan i Al-Markish. To przez nich ją straciłem. Przez nich i swą głupotę. Gdybym nie uległ podszeptom Iblisa, nadal miałbym tę dziewczynkę, nadal byłbym panem losu, wiedziałbym wszystko, co kryje się w najciemniejszych zakamarkach tej krainy. Czuję, że z każdym dniem jest mi coraz trudniej oprzeć się szaleństwu. Może nie powinienem już się bronić? Może czas już zarzucić owe bezskuteczne poszukiwania i utopić ten świat we krwi? Przecież mogę to zrobić w każdej chwili..."

Uśmiechnął się blado, a jego ostre, zaskakująco białe zęby błysnęły w blasku gwiazd. Przez moment wpatrywał się w przyszłość, wyliczał w myślach swych zabójców, których pracowicie, z sumienną cierpliwością godną ogrodnika w ogrodach pałacowych bagdadzkiego kalifa, umieszczał we wszystkich miastach, zarówno pod władzą Salah ad-Dina, jak i Al-Farandż. Starczyło, by rozesłał sygnał, a błysną noże wyszarpywane spod fałd burnusów, tryśnie krew na prażony słońcem pył ulicy, zatrzęsie się świat w posadach...

Lecz nie.

"Nie - napomniał sam siebie, w pijackim odruchu unosząc palec i grożąc ciemnościom. - Nie. Póki co nikt o nas nie pamięta. Jesteśmy bezpieczni. Poczekajmy, aż się zakończy ta przepierka o Jerozolimę. Bez względu na to, który z tych psów zwycięży, będzie chciał uporządkować kwestię synów Nizara. Wtedy przedstawię psu niewiernemu nasze warunki i pokażę, co go czeka, gdy ich nie spełni".

Ciszę panującą w korytarzu, przerywaną jedynie świstem chłodnego wiatru i pojękiwaniem Hasana, przerwało nagłe skrzypnięcie drzwi. Zza framugi wychynęła czyjaś głowa, kobieca, ozdobiona grzywą splątanych włosów. Jej właścicielka ujrzała go, ujrzała jego wściekły wzrok i cofnęła się czym prędzej. Drzwi zamknęły się z delikatnym cmoknięciem.

- A to kto był? - warknął Starzec z Gór.

- Ta frankijska suka, sahib, którą Ismail przywlókł swego czasu do twierdzy, sahib - wyjąkał Hasan.

- Niewiarygodne. - Starzec wydął suche, spękane wargi. - Cóż jeszcze tu robi? Natychmiast ją wygnasz, Hasan. Osobiście. A potem zamkniesz się w swej celi na dobę, gdzie przemyślisz sobie, czy chciałbyś pokazać reszcie naszej sekty, jak wielce mnie miłujesz i rzucić się dla mnie z blanek wieży, czy może gotów jesteś odłożyć to na później, a w międzyczasie powrócić do poszukiwań... Do poszukiwań, wiesz kogo.

W błyszczących oczach Hasana widać było strach. Trzęsąc się jak liść na wietrze, otwierał i zamykał usta, bezskutecznie usiłując przekonująco dobrać słowa, ale Starzec z Gór nawet na niego nie patrzył.

"Tak, a póki co będę nadal jej szukał - pomyślał. - Niebo i ziemię przetrząsnę, a znajdę. Nie mogę bowiem tkać przyszłości, gdy wciąż nie znam przeszłości. Ktoś musi ją odnaleźć".

Miecz ze świstem przeciął powietrze, niewysoki, garbaty mężczyzna zatoczył się, bluzgnął krwią na gorący piasek. Jego towarzysz zdążył się poderwać i wyszarpnąć sztylet o wąskim ostrzu, ale zbrukane ostrze już wracało, niepowstrzymane, ciągnąc za sobą warkocz krwi. Wgryzł się głęboko w ramię, a potem cofnął, wydzierając z niego strumień posoki, pomknął ku górze i znów opadł, z chrzęstem zmiażdżył czaszkę. Sztylet, wypuszczony z martwych palców, upadł na ziemię, a miecz zatoczył łuk i dobił ranionego garbusa.

Wszystko to trwało raptem nie dłużej niż kilka uderzeń serca znużonego biegacza. Obyło się bez ani jednego wrzasku, ani jednego jęku. Tylko sęp, kołujący wysoko na tle spłowiałego, niebieskiego nieba, zakrzyczał przeciągle, jakby z radości.

Zielony Rycerz ze świstem wypuścił powietrze z płuc i przyklęknął, by otrzeć klingę miecza z krwi rąbkiem szaty jednego z zabitych przed chwilą ludzi. Czyścił ją powoli, metodycznie. Nie musiał się już spieszyć. W końcu wstał i wolnym krokiem wyszedł zza kępy skarłowaciałych akacji, odganiając pierwsze muchy, które zdążyły się już zlecieć nad zwłoki. Sęp zakrzyknął raz jeszcze, tym razem z ulgą.

Powietrze było rozedrgane od gorąca, ale Zielonemu Rycerzowi wydawało się, że widzi skromną lepiankę z niewysoką zagrodą dla kóz, przytuloną do spękanej od gorąca, dającej niewiele cienia skały. Zerknął na słońce - wyglądało na to, że zanim mężczyzna dotrze na miejsce, dolna krawędź dotknie już horyzontu, a spłowiały błękit nieba nabierze głębi, zwiastując nadciągający chłód nocy. Nie przejmował się tym, zyskał właśnie trochę czasu.

Był zmęczony. Jak nigdy dotąd na tym padole.

Jako pierwsze dostrzegły go kozy. Wychudłe, kudłate cienie przyglądały mu się wytrzeszczonymi, przestraszonymi oczami, pobekując niepewnie. Przewodnik stada - stary cap o czarnej, postrzępionej bródce - zabeczał jękliwie, niemalże z oburzeniem, ale ledwie rycerz podszedł bliżej, a skwapliwie usunął się na bok, a za nim całe stadko. Zielony Rycerz ujrzał wówczas maleńką lepiankę, z bliska prezentującą się jeszcze gorzej niż z oddali, chylącą się ku ziemi zagródkę oraz Adalberta rozpalającego ogienek na zewnątrz. Obok niego na rozesłanej na ziemi skórze leżało małe koźlątko, z nóżką owiniętą brudnymi szmatkami. Spoza szmatek sterczały prowizoryczne usztywnienia, jakie nakładano przy złamanych kończynach.

Wtedy poczuł na sobie wzrok kogoś innego i uśmiechnął się lekko pod wąsem. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto obdarzył go swoim spojrzeniem. Nie miał wątpliwości, że to nie kozy dostrzegły go jako pierwsze. Przystanął i przez moment przyglądał się uwijającemu się, mamroczącemu coś pod nosem kapłanowi.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - rzekł w końcu.

Z prędkością, jakiej nikt by się po nim nie spodziewał, Adalbert porwał oparty o ścianę lepianki kostur i odwrócił się jak fryga, przestraszony, wściekły, gotów drogo sprzedać swe życie. Jego wzrok desperacko omiatał okolicę.

- Cóż to za czasy, że ludzie za kij chwytają, imię Chrystusa słysząc - powiedział Zielony Rycerz i pokazał puste dłonie. - W pokoju przybywam, Adalbercie. A twa podopieczna siedzi tam, na skale.

Były kapelan rodu de Baideaux zerknął we wskazanym kierunku i widocznie się rozluźnił. Dziewczynka, nadal w swej zgrzebnej szarej szacie, z potarganymi kosmykami włosów, przesłaniającymi umorusane policzki, siedziała na kamieniu, opierając brodę na dłoniach wspartych o kolana, i wpatrywała się w obu mężczyzn.

Adalbert nie pozwolił sobie na dłuższe rozluźnienie.

- Skąd znasz moje imię? - najeżył się, unosząc ponownie kij. - Czego od nas... ode mnie chcesz?

- Od was - poprawił go rycerz i ignorując księdza, przykucnął przy ranionym koźlątku, które zabeczało i polizało jego dłoń. - Co mu się stało?

- Ześlizgnęło się ze skały i złamało... Hej, co to ma znaczyć? Dlaczego zmieniasz temat? I kim ty, na litość boską, jesteś?

- Nie zmieniam tematu - powiedział wąsacz, gładząc kark zwierzęcia. - Przecież jeszcze go nie rozpocząłem. To, kim jestem, nie powinno mieć żadnego znaczenia. Istotne jest to, że jestem byłym towarzyszem Gastona de Baideaux.

- To on cię przysłał?

- Nie. Ale przybywam właściwie w jego imieniu.

- Nie mam już z nim nic wspólnego - oznajmił Adalbert i odwrócił głowę. - Nie służę już rodowi de Baideaux. Nasze drogi rozeszły się, gdy...

- Gdy spotkałeś ową dziewczynkę, która potrafi odczytywać przeszłość - dokończył za niego rycerz. - Dzięki niej zyskałeś możliwość, by spojrzeć na grzechy popełnione za dawnych dni. Mogłeś choć na chwilę wrócić do Pikardii, w strony rodzinne i przyjrzeć się... Jak jej było? Łucji?

Ciałem Adalberta wstrząsnął zauważalny dreszcz. Stał pobladły, z szeroko rozwartymi oczyma. Jego wargi drżały, niezdolne do ułożenia zdania.

- Precz, szatanie... - wyjąkał w końcu.

- Nie jestem szatanem - żachnął się Zielony Rycerz i wstał. - Wręcz przeciwnie. Po prostu Bóg pozwala mi czasem ujrzeć pewne rzeczy. Wiem o Łucji, która miłowała się w twoich płomiennych kazaniach i melodyjnym śpiewie. Wiem o pewnej grobli, na której owa miłość zyskała materialną formę. Wiem o przerażeniu, z jakim zareagowałeś na wieść o tym, że Łucja jest brzemienna i o zapale, z jakim nagle zacząłeś namawiać swego panicza de Baideaux do wzięcia udziału w krucjacie.

- Jeśli przybyłeś tu, by mnie dręczyć czy potępiać... - Adalbert wyprostował się, a jego oczy zalśniły stalą.

- Nie. Nie po to tu przybyłem. Opiekując się tą dziewczynką, Adalbercie, udowadniasz, jak bardzo żałujesz swego tchórzostwa. Prosząc ją, by ci pokazała, jak wyglądało ich życie wczoraj, tydzień, miesiąc temu, jedynie pogłębiasz swój żal. Być może o wiele prościej byłoby po prostu wrócić do Pikardii, ale póki co, mój drogi Adalbercie, cieszę się, że jesteś tutaj z nami. Bo dziecko, którym się opiekujesz, jest potrzebne nam wszystkim.

- Nie oddam jej - wycedził Adalbert. - Złapał ją Starzec z Gór, ręce wyciągał po nią Konrad z Montferratu, Bóg jeden raczy wiedzieć, kto jeszcze zapragnie jej dla siebie. Nie oddam jej. Nie wypuszczę jej stąd. Jest tu bezpieczna.

- Bezpieczna? - Zielony Rycerz zmarszczył krzaczaste brwi. - Adalbercie, ty naprawdę nie doceniasz ludzkiej pomysłowości i determinacji. Udaj się z rana w kierunku owych wzgórz - machnął ręką tam, skąd przyszedł. - Za kępą karłowatej akacji znajdziesz dwa trupy. Miejscowi, najprawdopodobniej nizaryci.

- Co się z nimi stało? - zadrżał znów mnich.

- Nic godnego uwagi. W każdym razie nie żyją.

- Skąd wiedziałeś, że tam są?

- Jak już mówiłem, Bóg w swej łasce czasem pozwala mi zobaczyć pewne rzeczy, choć rzadko kiedy przejmuje się wyjaśnieniem mi tego czy owego. Stąd też wiem, Adalbercie, że czas chowania się na pustkowiu minął. Nadchodzi okres decydujących zmagań i Gaston de Baideaux będzie potrzebował każdej pomocy. Każdej. Musisz wziąć to dziecko za rękę, opuścić waszą kryjówkę i spróbować go odnaleźć.

Nagle rycerz urwał i znów ukucnął przy koźlęciu. Powoli, z czułością drapał je pod brodą, aż zwierzę zamykało oczy. Adalbert milczał. Nad ich głowami ciemniało niebo, tu i ówdzie gwiazdy przebijały się już na firmament.

- Wiem, dlaczego nic nie mówisz - odezwał się po chwili rycerz. - Na pewno poprosiłeś małą, by ci pokazała przeszłość, prawda? Wiesz, co wydarzyło się pod Akką? Wiesz, co zrobił Gaston?

Milczenie Adalberta było najlepszą odpowiedzią.

- Miej świadomość, że to tylko część jego przewin. I to ta drobna.

Zielony Rycerz przestał pieścić koźlątko. Ujął je delikatnie i postawił na nóżki, a potem klepnął w zadek. Koźlątko zabeczało i podskakując, raźno ruszyło w kierunku swego stada. Poruszało się rączo i sprawnie, zupełnie jakby złamana noga była jedynie wytworem wyobraźni Adalberta.

- A mimo tego - podjął Zielony Rycerz - mimo tego trzeba mu pomóc. I twoja w tym głowa jak.

Było już grubo po północy, gdy skradziony koń zaczął się potykać, a Gaston uzmysłowił sobie, że od dłuższego czasu zaciera mu się granica między jawą a snem. W końcu zsunął się z grzbietu wierzchowca i na poły przytomny zaprowadził go między skały. Tam zmusił do położenia się, a sam wtulił twarz w spoconą sierść zwierzęcia i zanurzył się w świat majaków.

"Stałeś się żmiją, de Baideaux! Podłą żmiją!" - krzyczał dobrze mu znany głos, szlachetny, lecz ociekający nienawiścią, która raniła jego serce.

"A niech ich wszystkich szlag trafi! - grzmiał inny, potężny, wręcz stworzony do wykrzykiwania rozkazów na polu bitwy. - Niech ich piekło pochłonie! Masz rację, de Baideaux, pokażemy temu łajdakowi, że nie wolno mi grać na nosie!"

"A więc tak wygląda twój sekret - szeptał ktoś inny, zdumiony i oszołomiony. - Zaczynam powoli rozumieć, skąd twój pomysł na owo imię zakonne".

"Ha, ha, dajże pyska, de Baideaux! - bełkotał jeszcze inny, ledwie zrozumiały z przepicia głos. - Ty to wiesz, jak pokazać niewiernym ich miejsce! Jeszcze kilku takich jak ty i Jerozolima byłaby już nasza! Deus le volt!"

"Zdradziłeś nas wszystkich" - szepnął Jakub.

"Puść mnie! Puść mnie, skurwysynu!" - krzyczała Anna.

 

Rozdział trzeci

w którym dzielni rycerze popadają w poważne tarapaty. Tym razem - wyjątkowo - nie z własnej winy

Anzelm de Fidou uniósł głowę i rozejrzał się uważnie, zaintrygowany.

Słońce z wolna kończyło swą wędrówkę po znużonym, bladoniebieskim nieboskłonie i dotykało już postrzępionych szczytów wysokich skał, u stóp których tuliły się niewielkie domostwa. Gromadka dzieci kopała, wrzeszcząc, skórzaną piłkę, niemalże niknąc w tumanach kurzu. Inne, starsze, spędzały kozy z lichych pastwisk, z niecierpliwością przepędzając rówieśników z drogi. Przy studni trajkotało parę niewiast w zgrzebnych szatach, inne dźwigały już wiadra z wodą w kierunku obejść. Kilku staruszków siedziało w milczeniu na progu największego z domostw, nieopodal którego majestatycznie kroczyły wychudzone kury.

Nic.

Anzelm odwrócił się i spojrzał na trakt do Salib. Nic. Podobnie na szerokiej, ciągnącej się aż pod rozedrgany horyzont równinie, wyprażonej tygodniami upałów.

Mimo to coś było nie tak. Anzelm miał tę pewność. Jego wilcze, niemalże nadprzyrodzone zmysły nie stępiały w końcu aż tak bardzo. Byłby gotów przysiąc, że coś zakłóciło cichą harmonię owej malutkiej, bezimiennej wioseczki, która, jak wiele innych, wyrosła niespostrzeżenie na skraju wielkiego świata, gdy opadł kurz po walkach i ucichł szczęk oręża, i żyła ukradkiem, stanowiąc przystań dla wciąż nowych sierot i wygnańców. Gdy Anzelm przybył tu rok temu, w cieniu wielkiej skały mieszkało zaledwie kilka wystraszonych kobiet z gromadką dzieci. Dziś mógł naliczyć ponad stu mieszkańców.

Tym niemniej nie było ich wciąż na tyle, aby zaczęło go to drażnić, by najdrobniejsze nawet szczegóły przechodziły niezauważone. Przywykł nawet do wrzasków dziecięcych, które z początku uznawał za nie do zniesienia.

Właśnie zuważył kątem oka punkcik rysujący się na horyzoncie.

Anzelm otarł pot z czoła - nawet pod wieczór upał był tu nie do wytrzymania - i oparł się na łopacie, wbijając wzrok w przybysza. Odniósł wrażenie, że to samotny jeździec, chwilę później nabrał pewności, że to mężczyzna lekkozbrojny lub zgoła bez broni, a potem, jeszcze nim ten wynurzył się z chmury pyłu, doszedł do wniosku, że go zna. Przyglądał mu się przez moment, by wreszcie wbić łopatę w kopany właśnie rów melioracyjny i wziąć się pod boki.

- No, no... - mruknął do siebie, a następnie podszedł do bukłaka, który zawiesił w cieniu ciernistego krzaka.

Jeździec ostro ściągnął wodze, aż wycieńczony, spieniony koń nieomal się przewrócił. Mężczyzna zsunął się z siodła, zatoczył, w ostatniej chwili złapał za uzdę, ratując się przed upadkiem. Pył pokrył jego mokrą od potu twarz. Widać było tylko oczy - rozszerzone, szkliste z niewyspania i zmęczenia. Nie nosił broni, miał na sobie jedynie brudną, podartą koszulę, a przetłuszczone, zakurzone włosy zlepiły się w strąki. Anzelm jednakże rozpoznał go od razu.

- No, no - powtórzył i rzucił mu bukłak. - Coś podobnego. Myślałem, że kiedyś mnie odwiedzisz, Gastonie, ale po prawdzie sądziłem, że los potraktuje cię o wiele lepiej. Ciebie, weterana spod Salib, w łachmanach zastać się nie spodziewałem.

Gaston nie złapał bukłaka, nachylił się po niego z trudem i z jeszcze większym wyrwał zeń korek. Potem pił, pił i pił bez końca, a krople wody żłobiły sobie szlak po brudnej skórze twarzy.

- Jeśli chcesz, złapię cię za kostki i wsadzę łbem do studni - zaproponował krzywo uśmiechnięty Anzelm, ale wtedy Gaston oderwał bukłak od ust i zadał najdziwniejsze pytanie, jakie de Fidou kiedykolwiek usłyszał:

- Anzelmie, co się ze mną działo?

Odmieniec zmarszczył brwi i założył ramiona na szerokiej piersi. Przekrzywił lekko głowę.

- Nie sądzisz, że to ja powinienem zadać to pytanie? - odezwał się po chwili namysłu.

Gaston odetchnął, na poły z ulgą, na poły z rezygnacją. Przez moment tarł brudne od piachu powieki, aż w końcu uniósł zaczerwienione, załzawione oczy i spróbował się uśmiechnąć.

- Czyli nic nie wiesz? - spytał.

- Coś tam wiem. - Anzelm wziął od niego niemalże pusty bukłak i podał rękę swojemu rozmówcy. - Musisz się obmyć, przebrać w coś mniej złachmanionego i podjeść, przyjacielu. Pogadamy, jak już zaczniesz przypominać człowieka, bo trzeba nam pogadać.

Wyblakłe od upałów niebo z wolna ciemniało, z ulgą poddając się chłodnemu tchnieniu nadchodzącej przy akompaniamencie szaleńczej symfonii cykad nocy. Robiło się zimno. Wokół ust dwóch przyjaciół, opartych o glinianą ścianę chatki Anzelma, pojawiły się już kłęby pary. Gdzieś niosło się niecierpliwe pokrzykiwanie jakiejś kobiety, przerywane oburzonym gdakaniem kilku kur, skądś niósł się perlisty śmiech dzieci, w dali zabeczała koza. Cicha, zapomniana wioseczka milkła pod delikatnym dotykiem nadciągającej nocy.

Gaston i Anzelm nie odzywali się ni słowem, trawiąc w myślach krótką, chaotyczną opowieść, którą wyrzucił z siebie de Baideaux.

- Jasna cholera - wymruczał wreszcie odmieniec i pokręcił głową z niedowierzaniem. - Wierzyć mi się w to nie chce.

- Mnie też nie. - Gaston podciągnął kolana i oparł na nich brodę. - Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, jest pożegnanie z Sarą. A potem budzę się w celi, najwyraźniej kilka miesięcy później, próbując się powiesić. Dlaczego chciałem się zabić? Co się ze mną działo przez cały ten czas? Dlaczego Jakub i Bernard odwrócili się ode mnie?

- Nie mam pojęcia, Gastonie - przyznał Anzelm. - Mogę tylko przypuszczać, że powodem było coś naprawdę poważnego. Dwóch ludzi równie szczerych, jak ten szpitalnik i twój kudłaty milczący druh, ze świeczką można by szukać.

- Nie pocieszasz mnie.

- Wybacz. Nie wyściubiłem z tej wioski nosa od czasu naszej bitwy w obronie Salib i nie mam bladego pojęcia o wydarzeniach w wielkim świecie. Ci, którzy tu docierali, włóczyli się po bezdrożach podobnych temu, a jedyne, czego szukali, to namiastki spokoju. Szczerze powiedziawszy, jestem zdumiony, że te lebiegi Gwidonowe w końcu wzięły Akkę. Byłem przekonany, że będą oblegać tę twierdzę do dnia Sądu Ostatecznego.

- Ech, kto się w tym wszystkim rozezna, Anzelmie - wzruszył ramionami Gaston. - Może ów dzień już nastąpił?

- Nie miałbym w sumie nic przeciwko.

Znów milczeli przez chwilę, spoglądając na pierwsze gwiazdy przebijające się przez ciemniejący nieboskłon. Znad odległych wzgórz wypływał cieniutki księżyc.

- Żałuję, że nie mogę ci pomóc - odezwał się wreszcie de Fidou. - Powinienem. Uwolniłeś mnie od mojego przekleństwa, jestem ci wiele winien.

- Pomogłeś mi o wiele więcej, niż ci się wydaje. - Gaston zmusił się do uśmiechu. - To nic, że niewiele się od ciebie dowiedziałem. Może to i lepiej. Może jeszcze po prostu nie jestem gotów usłyszeć o tym, co się tak naprawdę stało. Póki co cieszę się, że mogę sobie pomilczeć w twoim towarzystwie. Jak dawniej.

- Jak dawniej. - Anzelm również się uśmiechnął. - Wydawało nam się wówczas, że życie nie mogło być trudniejsze i bardziej skomplikowane, prawda? A tu masz...

- Wygląda na to, że twoje jest dość proste. - Gaston skinął głową w kierunku niknących w półmroku zabudowań.

- Tak - potwierdził Anzelm. - Proste. Dołożyłem wszelkich starań, by tak się stało. Zakopałem swój miecz pod progiem tej chatynki, a potem znalazłem jakiś pług i wynędzniałą szkapę po saraceńskim łuczniku, zmajstrowałem sobie łopatę i zakasałem rękawy. Pomagam tym ludziom jak mogę. Oram, kopię rowy nawadniające, uczę ich uprawy roli. Mam trochę uciułanego grosza. Chcę za to kupić parę drzewek oliwkowych. I jakoś czas płynie. Jestem szczęśliwy.

- Większość z tych ludzi to kobiety. - Gaston uniósł lekko brew.

- A jakżeby inaczej - parsknął Anzelm. - Mężczyźni są przecież potrzebni wielkiej sprawie. Trzeba rozbić tysiące głów zanim ludzie zrozumieją, że jedna religia gówno różni się od drugiej.

- Miałem co innego na myśli.

- A, o to ci chodzi? - Anzelm znów się uśmiechnął. - Nie, skądże. Zbyt wiele przeszedłem, by mieć ochotę na żeniaczkę. Kilka tutejszych pań najwyraźniej ma inne zdanie i coraz śmielej zerka na mnie znad czadorów, ale odpowiadam jedynie uprzejmym uśmiechem. Nie. W przeciwieństwie do ciebie, jak sądzę...

Gaston odetchnął. Wyobrażenie Sary, które tonęło gdzieś w natłoku jego myśli, niespodziewanie nabrało ostrości i przesłoniło mu cały świat. Widział ją, jak stoi na progu chaty i trzyma w swej dłoni rączkę Rogera, a drugą unosi, by pomachać mu na pożegnanie. Widział jej uśmiech, wymuszony, rozmazany przez łzy. Włosy, wyłuskiwane spod chusty przez wiatr. Niepokój na pucołowatej buzi Rogera, który co rusz spoglądał ku mamie, zadając jej nieme, wystraszone pytanie. Gaston poczuł, jak wilgotnieją mu powieki i z całej siły zacisnął pięści.

- Tak - odpowiedział z trudem. - Ale akurat o tym nie chcę jeszcze rozmawiać.

- W porządku - odpowiedział krótko Anzelm i spojrzał ku gwiazdom. Jego mądre, zielone oczy jaśniały spokojem, o który walczył tak długo, który tak bardzo sobie ukochał.

Księżyc płynął nad wzgórzami niczym kruchy okręt, pchany tchnieniem nocy, a dwaj krzyżowcy, wyrzuceni poza czas, siedzieli w milczeniu, ciesząc się swym towarzystwem. Ich myśli zaś błądziły po ścieżkach przeszłości, nieświadomie odnajdując tych, których zwali przyjaciółmi.

Rozpędzona galera rąbnęła w burtę ściganego statku z takim impetem, że Vittorio niemalże stracił równowagę. W ostatniej chwili złapał się jakiejś liny, zakołysał, machnął mieczem.

- Naprzód! - wrzasnął nieco piskliwiej niż zamierzał.

Cieniutki rożek księżyca strząsnął z siebie chmury, zalał oba pokłady srebrnym blaskiem. Przez chwilę, krótszą od mrugnięcia, mężczyzna ujrzał nadlatujące bełty, czarne i śmiercionośne. Skulił się podświadomie - jeden z wizgiem przemknął obok jego głowy - ale wtedy znad pokładu galery wyfrunęły liny z kotwiczkami, które z żarłocznym mlaśnięciem wgryzły się w burtę zatrzymanej jednostki. W ciemnościach sprawne dłonie wiązały sznury, inne napinały łuki, unosiły topory.

- Naprzód! - podjął jego okrzyk Harald. Olbrzymi Dun wskoczył na burtę, zachwiał się, gdy w jego kolczugę wgryzły się dwie strzały, ale po chwili już lądował na deskach zatrzymanego statku, a za nim kolejni, uzbrojeni po zęby, pijani żądzą walki, niepowstrzymani. Ciemne sylwetki najeżone ostrzami, przygarbione, zalały pokład, pognały ku nielicznym obrońcom, nie zważając na słane w rozpaczy strzały.

Vittorio przeskoczył burtę, wylądował twardo z drapieżnym grymasem malującym się na twarzy i tym razem natychmiast złapał równowagę. Rozpędzone ostrze włóczni wychynęło znikąd, godząc prosto w jego brzuch. Uskoczył, wykręcił piruet, z całej siły spuścił miecz na plecy szarżującego marynarza, wykręcił kolejny piruet, rozejrzał się gwałtownie. Jak zwykle, gdy ogłuszenie zgiełkiem bitewnym i hukiem własnej krwi sięgnęło zenitu, budził się w nim szósty zmysł wojownika. Tam, gdzie inny dostrzegłby jedynie gęstą ciżbę mordujących się barbarzyńców, on dostrzegał emocje, intencje, nastroje. Nie dbał o to, że jedynym źródłem światła był wąziutki księżyc wspierany przez rozbujaną latarenkę, ani o to, że pod nogami kołysał się śliski od krwi pokład.

Był morskim wojownikiem. Znów był piratem.

Wpadł między walczących, między ledwie powłóczących nogami pielgrzymów, niczym upojony swą młodością tancerz. Parł przed siebie, zwinnie unikał zadawanych w rozpaczy ciosów, pląsał między opadającymi ostrzami, samemu tnąc z rzadka, ale zawsze celnie. Co rusz przypadał do niego któryś z przeciwników, ale ich ciosy trafiały w próżnię za plecami Italczyka, napotykały na kolumnę masztu, traciły impet na linach czy płótnie żaglowym, a Vittorio, kierowany nieomylnym instynktem, odwracał się i w jednym płynnym wypadzie gasił blask przerażenia w oczach tego, który go zaatakował. Jakaś strzała ugodziła go w ramię, jednak ledwie to dostrzegł. Prześlizgnął się pod opadającym toporem, ugodził w trzymające go ramię, a potem natychmiast zawirował, by wbić ostrze aż po jelec w plecy majtka walczącego z Haraldem. Wyszarpnął miecz, uwalniając strugę czarnej krwi i już zwrócił się ku kolejnemu przeciwnikowi, gdy ten, ujrzawszy dziki blask w oczach Vittoria, z wrzaskiem przerażenia rzucił broń, przypadł do burty i wyskoczył na zewnątrz.

Plusk wody otrzeźwił nielicznych ocalałych obrońców. Niektórzy rzucali broń na deski pokładu i unosili z drżeniem ramiona, inni przeskakiwali przez burtę. Nagle ucichły ochrypłe wrzaski w języku arabskim, italskim i w langue d'o?l i zapadła cisza, głęboka i kłująca w uszy. Słychać było tylko chrapliwe oddechy najbliższych wojów i cichy plusk fal uwięzionych między kadłubami obu okrętów. Nocny wicher poruszył delikatnie obwisłym żaglem zdobytego statku, jakby przypominając rozjuszonym walką ludziom, że nadal znajdują się pośród obcego sobie żywiołu.

Vittorio wolno wypuścił powietrze z płuc i wsparł się na mieczu. Uniesienie bitewne, które przydawało mu szybkości i czyniło niewrażliwym na ból, ustąpiło szybko, oddając pole znużeniu i zniechęceniu. Jego wzrok również stracił na ostrości - Italczyk zamrugał, przetarł dłonią oczy i odszukał wzrokiem swego zastępcę.

- Haraldzie - odezwał się ochrypłym głosem.

Dun uniósł kudłaty łeb i spojrzał na niego z niechęcią, a potem splunął krwią.

- Wiem - charknął. - Sprawdzić ładunek. Powiązać jeńców. Odesłać rannych na galerę. Przydzielić nową załogę. Wiem, kurwa. Wszystko doskonale wiem.

Z wściekłym grymasem na zakrwawionej twarzy złapał za strzałę sterczącą z ramienia i nadal wbijając spojrzenie w Vittoria, ułamał ją jednym szarpnięciem. Przez jego dziką twarz nie przebiegła nawet najmniejsza oznaka bólu.

"Zrobiłbyś to samo, przybłędo?" - pytały jego lodowate, bladoniebieskie oczy, rozjarzone od tłumionej furii.

"Nienawidzi mnie - pomyślał po raz tysięczny Vittorio. - Nienawidzi mnie, bo zająłem jego miejsce u boku Konrada z Montferratu. Nienawidzi mnie, bo to ja teraz jestem najdzikszym ogarem naszego dzielnego markiza. Ja, nie on. Nienawidzi i zrobi wszystko, by mnie zakasować. Prześcignie mnie w drodze na wrogi pokład, wyrwie sobie strzałę z rany przy ludziach, wypije kadź piwa tam, gdzie ja wychylę kufelek i wydyma tabun dziwek za każdą moją. Gdybym kiedyś przy nim wdepnął w gówno, to idę o zakład, że zaryje mordą w stertę gnoju".

- Wiem, że wiesz - uśmiechnął się krzywo. - Przecież osobiście wbiłem ci to do tej twojej zakutej pały, wygrywając przy tym zakład z markizem, który zaklinał, że więcej niż trzech poleceń naraz nie spamiętasz. Nie złość się - dodał, widząc, że twarz Duna purpurowieje. - W tym tempie za rok będziesz w stanie spamiętać już pięć, a wtedy markiz w ramach zasług da ci nową kozę do rżnięcia. Chyba że się zanadto przyzwyczaiłeś do starej.

Harald ściskał rękojeść miecza z taką furią, że na jego czole pojawiły się żyły. Widać było, że powstrzymuje się ostatkiem sił woli, by go nie użyć. Ludzie otaczali ich milczącym kręgiem - ich oczy wciąż błyszczały żądzą krwi, łaknęli kolejnego starcia.

"Po co ja to robię? - Vittorio zapytał się w myślach. - Po co drażnię tego olbrzyma?"

Westchnął i odwrócił wzrok ku księżycowi. Znał odpowiedź na to pytanie. Doskonale wiedział, dlaczego robi wszystko, by rozjuszyć tego ogromnego zbira, który potrafiłby zmiażdżyć mu czaszkę, ścisnąwszy ją dłońmi. Odkrył to podczas licznych ostatnio bezsennych nocy, w trakcie samotnego wychylania kolejnych dzbanów tyryjskiego wina. Doprowadzał Haralda do furii, bo chciał zakończyć to wszystko.

Nie był pewien, co tak naprawdę chciał zakończyć. Bynajmniej nie życzył sobie śmierci z ręki ogromnego Duna - pomimo dręczących go wątpliwości nosił w sobie za dużo zdrowego rozsądku, by w tak oczywisty sposób dopraszać się o guza - ale marzył o czymś, co pozbawi go złudzeń co do dalszej służby pod rozkazami Konrada z Montferratu. Gdyby kiedykolwiek zdobył się na ułożenie listy największych osobistych błędów, zaproponowanie markizowi swych usług należałoby do ścisłej czołówki. Upojony sławą bohatera spod Salib, z pychą zażądał dla siebie godności przywódcy jego hufców, marząc o zwycięskich pochodach pod sztandarem słynnego rodu, a gdy ten uległ jego argumentom i w końcu się zgodził, Vittorio pozwolił sobie na chwilę przedwczesnego tryumfu. Nie przewidział tylko, że Konrad należy do najbardziej podstępnych i wyrachowanych graczy Outremer. Nie przewidział, że zajęty własnymi interesami, nie zgodzi się wesprzeć militarnie Ryszarda angielskiego i wraz ze swymi rycerzami pozostanie w Tyrze. Nie przewidział też, że jedynym awansem, jaki Konrad był mu w stanie zaoferować, było stanowisko szefa najemnej bandy zbirów, która z ramienia markiza zajmowała się "uczciwymi rycerskimi najazdami", reperując w ten sposób wydatnie budżet przyszłego króla.

Nie tak sobie to wszystko wyobrażał. Zgorzkniał, sposępniał, przestał dbać o wygląd, chętniej pił i wdawał się w awantury, a podczas walk dokonywał wprost cudów męstwa. W wirze walki czuł się zresztą doskonale, bo wtedy znikały jego wątpliwości, odepchnięte furią i uniesieniem bitewnym. Gdy tylko cichła wrzawa, ponownie przypełzało zwątpienie, wpijało się w jego serce, sączyło truciznę do krwi. Co rusz łapał się na tym, że wspomina szaleńczą włóczęgę u boku Gastona - choć uważał się za cynicznego oportunistę i bezwzględnego pragmatyka, tęsknił za niekończącym się wygnaniem, desperackimi ucieczkami i walką o nic. Wieści o zdobyciu Akki, a potem wyruszeniu armii Ryszarda, uczcił kilkoma nocami mrocznego, samotnego pijaństwa. Tysiąc razy zastanawiał się, czy nie wypowiedzieć Konradowi służby i nie ruszyć w pole w poszukiwaniu szczęścia, ale tylekroć zatrzymywała go wątła nadzieja, że być może los da mu jeszcze szansę zdobycia sławy u boku markiza.

Potem doszły go wieści, które utwierdziły go w przekonaniu, że Gaston de Baideaux nie będzie już potrzebował jego towarzystwa.

- Dajmy temu spokój. - Pokręcił głową i spróbował się uśmiechnąć. - Poniosło mnie, Haraldzie. Jeśli chcesz, strzel mnie w pysk i bierzmy się do roboty. Mam ochotę jeszcze dzisiaj znaleźć jakieś roztańczone dziewczę i przerżnąć je za sułtańskie srebro.

- To będziesz musiał jakiś inny statek zatrzymać - wyszczerzył pożółkłe zęby Dun. - Chyba że ci zostało z innych napadów, italska moczymordo.

- Co takiego? - Vittorio zmarszczył ciemne brwi.

- Bo to nie sułtańska krypa. Słyszałeś, by krzyczeli te swoje "Allach Akbar"? - Harald trącił nogą jakiegoś trupa i spojrzał na Vittoria z szyderstwem.

- To kogośmy zatem obrobili?

- Asasynów! - roześmiał się złowrogo Harald. - Tych popaprańców Starca z Gór! Niezła kabała, nie?

- Pies szczał na asasynów, Saracenów i całą resztę tych nieszczęsnych pomyleńców - warknął Vittorio. - Do roboty, Harald.

Odwrócił się powoli, by zademonstrować swą wyższość i wparł się obiema dłońmi w okrężnicę, tym razem tylko i wyłącznie po to, by utrzymać równowagę. Po jego trzewiach rozlewało się bowiem lodowate zimno, a kolana stały się dziwnie miękkie, jakby zaraz miał stracić przytomność. Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w opromienione księżycową poświatą fale, gdzie wciąż widać było kilku pływaków.

"Tylko tego jeszcze brakowało - pomyślał oszołomiony. - O, kurwa mać. Szkoda, że cię tu nie ma, Gastonie. Przekonałbyś się na własne oczy, że ktoś inny zakasował cię w umiejętności wpadania w gówno..."

Gaston drgnął i usiadł gwałtownie wybudzony z nerwowego, niespokojnego snu. Blask gwiazd ukłuł go w oczy, zamrugał raz i drugi, lecz postać jego przyjaciela dopiero po chwili nabrała ostrości. I wtedy zrozumiał, że coś się stało.

Powieki Anzelma były przymknięte, przesłonięte mgłą, jakby wpatrywały się w jakiś punkt poza czasem. Jego ciało zastygło niczym posąg, nozdrza rozchylały się lekko, łapiąc niewyczuwalne wonie. Gaston odniósł wrażenie, że uwaga de Fidou skupia się na linii ciemnych mrocznych wzgórz na horyzoncie, skąd on sam przyjechał wcześniej tego dnia, i z niezrozumiałego powodu przeszył go dreszcz lęku.

- Co się dzieje? - zapytał cicho.

- Ktoś tu zmierza - odparł Anzelm i podniósł się jednym płynnym ruchem. - Pójdę zobaczyć, kto zacz. A ty schowaj się w zagrodzie z kozami.

- Co takiego?

- Schowaj się.

- Anzelmie, nie mogę się chować. Niewykluczone, że ten ktoś zmierza tu po mnie. Nie mogę narażać na niebezpieczeństwo ciebie i całej...

- Zamknij się. I schowaj się. Natychmiast, Gastonie.

Podniósł się chłodny nocny wiatr, z gatunku tych, które ukochał sobie najbardziej, bo studziły jego myśli, gdy zbyt gęsto osaczały go wspomnienia z przeszłości. Stał wyprostowany, z ramionami założonymi na piersi, z twarzą przesłoniętą włosami, bez broni, ale niebezpieczny niczym gniew bogów. Samotny, ale niezniszczalny jak twierdza. Stał plecami zwrócony do zapomnianej wioseczki, spokojny o jej bezpieczeństwo, spokojny o siebie. Stał i wpatrywał się w nadciągające konie.

Jeźdźcy wychynęli z nocy i bez słowa, bez najcichszego nawet polecenia otoczyli go milczącym, niewzruszonym kręgiem. Bez emocji patrzył po ich twarzach, obojętnych, niezłomnych, skrytych w cieniu hełmów, aż w końcu przeniósł wzrok na tego, który zdawał się im przewodzić. Jedynego męża bez hełmu, noszącego za to wielki krzyż na piersi. Ten odpowiedział spojrzeniem równie mocnym jak jego własne.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - wyrzekł dźwięcznym głosem.

- I ja Go chwalę - odparł spokojnie. - Kim jesteście, szlachetny panie, i w czym pomóc wam mogę?

- Zwę się Adelard Cattaneo, jestem biskupem Werony i legatem papieża Klemensa III - rzekł człowiek z krzyżem na piersi. - Zbiegłego więźnia poszukuję. To możny rycerz, zwie się Gaston de Baideaux.

- Nie ma go tu, Wasza Wielebność.

- Nie ma go tu - powtórzył legat i uniósł głowę, jakby delektował się smakiem kłamstwa. - To ci dopiero. Wszelkie ślady wiodły tu, do tejże wioseczki, a wy mi mówicie...

- To mała wioseczka, Wasza Wielebność. Mysz się nie prześlizgnie, by ludzie gadać nie zaczęli. Nie ma tu tego waszego de Baideaux.

- Doprawdy? - Adelard założył ramiona na piersi. Wpatrywał się w odmieńca ciemnymi, mocno zmrużonymi oczyma, a wiatr targał jego siwą kitą. - A jeśli skrył się gdzieś w wiosce? W obórce, wśród zabudowań, pod kiecką jakiejś młódki?

- Marnujecie swój czas, Wasza Wielebność.

- Gaston de Baideaux wyrządził wiele zła. - Legat papieski pochylił się w siodle, wbijając wzrok w postać swego rozmówcy. - Bardzo wiele. Dołożę wszelkich starań, by go odnaleźć i choćbym miał do samego piekła za nim zejść, zrobię to i bynajmniej nie nazwę tego marnotrawstwem czasu. Dlatego też, dobry człowieku, zejdziecie mi z drogi i pozwolicie...

- Nie.

- Wiesz, że oni - legat wystawił kciuki, wskazując swoich przybocznych - mogą cię złapać, powalić i oćwiczyć jak byle kmiota?

- Wiem, że mogą chcieć to zrobić. - Zielone oczy jego rozmówcy zapłonęły dziwnym blaskiem. - I najlepiej by było, aby na tym poprzestali. Bo w przeciwnym razie musielibyście, Wasza Wielebność, nowych przybocznych sobie poszukać.

Adelard wyprostował się w siodle, jakby dotknięty do żywego zniewagą. Któryś z jego ludzi sięgnął po bicz, ale legat niespodziewanie znieruchomiał i wstrzymał go uniesioną dłonią. Przez długą chwilę wpatrywał się w płonące, zielone oczy de Fidou.

- Znam cię - powiedział wreszcie. - Rozpoznałem cię. Nazywasz się Anzelm de Fidou i jesteś przyjacielem de Baideaux.

- Nazywam się Anzelm de Fidou i jestem przyjacielem wioski widniejącej za moimi plecami. Przysięgałem przed sobą samym, że będę jej bronić i zrobię to, bo zagrażacie jej spokojowi, Wasza Wielebność. Gastona zaś nie widziałem od czasu bitwy pod Salib.

- Jesteś plugastwem, de Fidou. Samo twoje istnienie to obraza dla Boga.

- Zatem daj znak swoim ludziom. Ukarz mnie. - Oczy Anzelma błyszczały zuchwale.

Adelard z Werony przymknął powieki, a gdy je otworzył, w jego spojrzeniu błysnęła drwina przemieszana z lodowatą obietnicą zemsty. Bez słowa zawrócił konia i umknął w mrok, a jego przyboczni w ślad za nim.

Gaston nie mógł oderwać oczu od jeźdźców otaczających samotnego Anzelma. Widział wielu wojowników Ziemi Świętej, spośród których kilku otaczała już legenda - przyglądał się templariuszom, walczył u boku szpitalników, zetknął się z asasynami, spotkał się z niedobitkami tajnego oddziału zabójców utworzonego przez jego brata, miał okazję obserwować w akcji turkopoli, egipskich mameluków, tureckich najemników i syryjskich nobili - ale nigdy nie spotkał się z mężami, którzy zrobiliby na nim takie wrażenie. Ciemności nocy przesłoniły ich sylwetki. De Baideaux wiedział jedynie, że mają na sobie kolczugi bądź zbroje lamelkowe, a głowy chronią hełmami, ale wiele szczegółów dopowiedziała mu intuicja. Skądś wiedział, że są bardziej ważni od zwykłych pachołków, ale to nie rycerze - wewnętrzny głos podpowiadał mu, że wzgardziliby takimi zaszczytami jak pas rycerski. W ich niewzruszonej, posągowej wprost wyniosłości kryła się niezmierzona siła, od której Gastonowi co rusz przemykały dreszcze po plecach. Wpatrywał się w samotnego, otoczonego przez nich Anzelma i nieświadomie, z coraz większą rozpaczą szeptał modlitwy. Nie dbał o to, że wystraszone jego obecnością kozy beczą coraz głośniej, a niektóre próbują bóść go w plecy. Krył się za usypanym z kamieni ogrodzeniem i z bijącym mocno sercem żebrał u Boga o łaskę dla swego niespełna rozumu przyjaciela.

W chwili, gdy tajemniczy jeźdźcy zawrócili i pomknęli w mrok, jakby nagle Anzelm przestał być dla nich istotny, Gastona ogarnęła ulga tak ogromna, że nieomal stracił przytomność. Opary nieświadomości rozpędził głos Anzelma i stukot raciczek wystraszonych kóz.

- Naraziłeś się Rzymowi, Gastonie - powiedział de Fidou, nawet nie maskując rozbawienia. - Ciekawe, co by na to Vittorio powiedział.

- Odjechali? - wyjąkał Gaston.

- Tak, ale nie na długo. Ten klecha mnie rozpoznał. Wie, że cię ukrywam.

- Skoro wie, to dlaczego odjechał?

- Nie wiem - głos rycerza-odmieńca stwardniał. - Chodź, musimy się przygotować.

- Co? Do czego?

- Uciekajmy stąd.

- Anzelmie...

- Tak, wiem. Mają konie, jest ich wielu, wyglądają na zdecydowanych. Ale nie znają wszystkich ścieżek wśród tych wzgórz. Przy odrobinie szczęścia jutro koło południa dotrzemy do Baalbek.

- Ja nie o tym. - Gaston pokręcił głową. - Wybrałeś dla siebie inne życie, Anzelmie, a ja nie mam prawa ci go teraz zabierać. Przez cały czas umierałem ze strachu, że któryś uniesie broń i...

- I wstąpi we mnie szał? - skrzywił się Anzelm.

- Nie. Że cię zabije.

- Wzruszające. Wyłaź z zagrody. Zabierzemy, co trzeba i ruszamy w drogę.

- Ja wyruszam. Ty zostajesz. Nie mam prawa...

- Ten człowiek mnie rozpoznał - powtórzył Anzelm ze zrezygnowaniem i oparł się ciężko o kamienną zagrodę, aż zachrzęściły gorzej dopasowane głazy. - Nazwał mnie nawet plugastwem, do czego w sumie pretensji nie mam. Gorzej, że zwiastuje to kłopoty nie tylko dla ciebie. Jeśli istnieje na tym świecie coś podlejszego, bardziej podstępnego i spiskującego od zwykłego klechy, to jest to chyba tylko ambitny klecha. Ten zaś cuchnął ambicją na milę. Jestem pewien, że gdy już załatwi sprawę z tobą, wróci tu po mnie. Nie mam na co czekać. No, wyłaź już z tej zagrody.

- Przepraszam.

- Posłuchaj. - Oczy Anzelma zwęziły się niebezpiecznie. - Moje przekleństwo nie odezwało się przez ostatnich kilka miesięcy. Nie dało o sobie znać również podczas mego spotkania z wielebnym Adelardem, co mnie w sumie dziwi. Jednak obiecuję ci, de Baideaux, że jeśli jeszcze raz mnie przeprosisz lub bąkniesz coś o winie, strachu czy odbieraniu prawa, zobaczysz furię, jakiej świat nie widział. A jeśli zaraz nie wyleziesz z tej zagrody, obmacywanie kóz wejdzie ci w krew i Kościół będzie miał na ciebie kolejnego haka.

Widok z wierzchołka skały, na której siedział wąsaty rycerz z zieloną, przewieszoną przez plecy tarczą, był nie najlepszy, ale obserwator bez trudu domyślił się, co zaszło. Pokręcił głową z podziwem na widok Anzelma, samotnie i bez broni wychodzącego naprzeciw kilku uzbrojonym jeźdźcom i odetchnął z ulgą, gdy ci zawrócili, a on skierował się spokojnym, powolnym krokiem w stronę wioski. Rycerz spoważniał, gdy de Fidou nachylił się nad zagrodą dla kóz i wyciągnął prawicę, by pomóc wyjść Gastonowi. Domyślił się, co nastąpi dalej.

- Wiem, że nie zasługuję już na łaskę - szepnął do wiatru. - Wiem, że złamałem wszelkie zasady. Jednakże ośmielę się, Panie, i poproszę Cię raz jeszcze o Twe wsparcie i błogosławieństwo. Niebawem czeka mnie walka, być może ostatnia, o tych, których kocham. Pomóż mi, Panie, by nie okazała się ona walką na marne. - Z tymi słowy pochylił głowę i zatopił się w modlitwie. Wiatr troskliwie otulił go połami znoszonego, zakurzonego płaszcza.

W chwilę później uderzył nieco mocniej. Jego suchy posmak zwiastował rychłe nadejście burzy piaskowej.