Krótko mówiąc - Wojciech Eichelberger

Kup ebooka

29.00 zł
23.57 zł (23,61 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Umysł uzależniony

Na prze­ło­mie wie­ków ludzki świat ogar­niać zaczęła epi­de­mia uza­leż­nień. Zja­wi­sko to przy­biera roz­miary i formy tak wie­lo­ra­kie, tak liczne, ogar­nia takie masy ludzi, że nie spo­sób nie powziąć podej­rze­nia, że istota ludzka w swo­jej kon­struk­cji posiada jakiś pod­sta­wowy defekt, grzech pier­wo­rodny, który spra­wia, że uza­leż­nie­nie jest nam nie­zbędne do życia. Wydaje się, że nikt nie jest w sta­nie umknąć przed tą pod­stępną cho­robą. Na każ­dego przy­cho­dzi kolej. To tylko kwe­stia czasu, oko­licz­no­ści i kon­taktu z czymś, co nas uza­leż­nia -?z naszym "uza­leż­niającym aler­ge­nem". Porów­na­nie do aler­genu nie jest przy­pad­kowe. Nie tylko dla­tego, że zapa­dal­ność na uczu­le­nia rów­nież przy­biera epi­de­miczny wymiar, ale dla­tego, że nasza reak­cja na "uza­leż­niacz", podob­nie jak na aler­gen, czę­sto bywa dla nas cał­ko­wi­tym zasko­cze­niem. Oka­zuje się, że uza­leż­nić się możemy nie­malże od wszyst­kiego. Rze­sze uza­leż­nio­nych są nie­prze­li­czone. Epi­de­mia zata­cza coraz szer­sze kręgi, sie­jąc spu­sto­sze­nie w naszych ser­cach i umy­słach, w naszych związ­kach z ludźmi, w naszych rela­cjach ze świa­tem. Spra­wia, że albo się cał­ko­wi­cie izo­lu­jemy i nikt nie ma z nas żad­nego pożytku, albo, co gor­sza, uzna­jemy, że nasze uza­leż­nie­nie jest naj­lep­szą receptą na pro­blemy świata i ludzi, i czy­nimy z niego zażar­cie pro­pa­go­waną ide­olo­gię. Ale naj­bar­dziej nie­bez­pieczne jest to, że uza­leż­nie­nie staje się dla nas zastęp­czą toż­sa­mo­ścią, która uwal­nia nas od koniecz­no­ści poszu­ki­wa­nia naszej toż­sa­mo­ści praw­dzi­wej. I tak np. alko­ho­lik na pyta­nie: "Kim jesteś?", odpo­wiada: "Jestem alko­ho­likiem". Koniec, kropka. Uza­leż­niony od ide­olo­gii libe­rał czy socja­li­sta odpo­wiada: "Jestem libe­rałem" albo "Jestem socja­li­stą". Uza­leż­niony od reli­gii swoje egzy­sten­cjalne i duchowe wąt­pli­wo­ści uśpi zapo­ży­czoną reli­gijną toż­sa­mo­ścią, zagu­biony nasto­la­tek ode­tchnie z ulgą, gdy będzie mógł o sobie pomy­śleć, że jest kibi­cem pił­kar­skiego klubu. Podob­nie rzecz się ma z uza­leż­nio­nymi od sta­tusu, pie­nię­dzy, wła­snego wize­runku i wielu, wielu innymi, któ­rych nie spo­sób tu wymie­nić. W każ­dym razie owym grze­chem pier­wo­rodnym, który ska­zuje nas wszyst­kich na uza­leż­nie­nie, jest napa­wa­jący nas nie­uświa­da­mia­nymi do końca prze­ra­że­niem i roz­pa­czą brak poczu­cia naszej praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści. Uza­leż­nie­nie ma pozory ide­al­nego roz­wią­za­nia. Znie­czula lęk i roz­pacz, a jed­no­cze­śnie zapeł­nia pustkę, jaka w nas po takim zabiegu pozo­staje. Nie­stety, prę­dzej czy póź­niej, lekar­stwo oka­zuje się gor­sze od cho­roby. W dodatku masy uza­leż­nio­nych ludzi gotowe są życiem zapła­cić za swoją pozorną, zapo­ży­czoną toż­sa­mość, którą się odu­rzają. Gorącz­kowo poszu­ku­jemy kon­fliktu, aby potwier­dzać w głębi duszy wiecz­nie kwe­stio­no­wane, nasze pozorne roz­wią­za­nie. Uza­leż­nie­nie zwy­cię­skie nabiera bowiem na jakiś czas pozo­rów prawdy i odu­rza nas jesz­cze moc­niej. Dla­tego wojna i kon­flikt są nie­odwo­łal­nie wpi­sane w nasz świat, w świat uza­leż­nio­nych umy­słów.

Aby wydo­stać się z tego błęd­nego koła, musimy przede wszyst­kim zdać sobie sprawę z tego mecha­ni­zmu, z tego, co robimy z naszym życiem. A potem odzy­skać wiarę i nadzieję na odna­le­zie­nie naszej praw­dzi­wej, jed­no­czą­cej wszyst­kich ludzi, toż­sa­mo­ści. Tylko nie wolno nam usta­wać w zapy­ty­wa­niu, w wąt­pie­niu i w towa­rzy­szą­cej temu poko­rze aż do ostat­nich chwil naszego życia.

Wtedy uza­leż­nie­nie nas nie dogoni, nie sta­nie się łatwą pokusą, a świat sta­nie się lep­szy.

Sys­tem eko­no­miczny, w któ­rym żyjemy, w coraz mniej­szym stop­niu nam służy. Nie pozwala żyć po ludzku, reali­zo­wać naj­istot­niej­szych aspi­ra­cji: potrzeby poświę­ca­nia innym czasu i uwagi, potrzeby uczest­ni­cze­nia w spo­łecz­no­ści, która uczy, wspiera i chroni, potrzeby two­rze­nia trwa­łych związ­ków, kocha­nia się, przy­jaź­nie­nia i wycho­wy­wa­nia dzieci, bycia w zgo­dzie z przy­rodą, ze sobą oraz z wła­snym sumie­niem, potrzeby wol­nego czasu, wol­nej twór­czo­ści, doświad­cza­nia rado­ści i zachwytu, potrzeby ducho­wych poszu­ki­wań i czy­nie­nia dobra.

Nara­sta­jąca fru­stra­cja z powodu nie­moż­no­ści zaspo­ko­je­nia tych potrzeb czyni nas coraz bar­dziej nie­szczę­śli­wymi, agre­syw­nymi, cho­rymi i zagu­bio­nymi. W zamian dosta­jemy wszy­scy tę samą pro­po­zy­cję: mamy stać się super wydaj­nymi pro­du­cen­tami i kon­su­men­tami żyją­cymi ilu­zją kon­sump­cyj­nego raju. Wma­wiamy sobie, że szczę­śliwi są ci, któ­rzy mogą sobie dużo kupić, a w rezul­ta­cie naszą wol­ność redu­ku­jemy do wyboru rodzaju śmierci. Albo umrzemy z prze­pra­co­wa­nia, albo z głodu. Jeśli chcemy mieć czas i siły na robie­nie tego, czego potrze­bu­jemy bar­dziej niż powie­trza, to nie będziemy mieli na jedze­nie i na rachunki, a dzieci będą się nas wsty­dzić. Ponie­waż śmierć z prze­pra­co­wa­nia wydaje się nam mniej praw­do­po­dobna, sta­jemy w sze­regu budow­ni­czych i żoł­nie­rzy sys­temu, który kon­su­muje nie tylko pro­dukty i usługi, lecz przede wszyst­kim tych, któ­rzy mu służą. Mało tego. Pożera nawet ideę, która go powo­łała do życia i wspiera. Z wolna prze­żuwa demo­kra­cję. Upra­gniony wolny rynek oka­zał się tar­giem nie­wol­ni­ków. Pułapką. Jed­no­kie­run­kową ślepą uliczką, którą z obłę­dem w oczach pędzą umę­czeni ludzie poru­szani uza­leż­nie­niem od pracy, pie­nią­dza, sło­dy­czy, alko­holu, seksu, papie­ro­sów, nar­ko­ty­ków, leków i przed­mio­tów -?od luk­susu, suk­cesu, popu­lar­no­ści i zna­cze­nia. Nikt nie zważa na tych, któ­rzy padają z wyczer­pa­nia pora­żeni lękiem i roz­pa­czą -?zawsty­dzeni swoją sła­bo­ścią. A padają zarówno biedni, jak i bogaci, wielcy i mali. Nie łudźmy się. Nie ma takich, któ­rym ten sys­tem służy. Ci, któ­rzy wydają się na nim korzy­stać, w isto­cie naj­wię­cej tracą, są najbar­dziej zagro­żeni.

Mówimy z auto­iro­nią, że uczest­ni­czymy w wyścigu szczu­rów. Zapo­mi­namy, że wyścig nie jest natu­ral­nym spo­so­bem szczu­rzego życia. Wyścigi zgo­to­wali szczu­rom ludzie -?psy­cho­lo­go­wie bada­jący w labo­ra­to­riach tajem­nice mecha­ni­zmu ucze­nia się i inte­li­gen­cji ssa­ków.

Wygło­dzone szczury wpusz­czano do labi­ryn­tów i obser­wo­wano, jak prędko nauczą się naj­prost­szej drogi do karm­nika. Nie mogąc zna­leźć drogi w krę­tych labi­ryn­tach, szczury wal­czyły i ginęły. Gdy się jej w końcu nauczyły, bie­gały do upa­dłego i trudno było zmie­nić cokol­wiek w ich zacho­wa­niu.

Szczury nie miały wyboru. Aby zdo­być coś do zje­dze­nia i prze­żyć, nie­świa­do­mie skła­dały swe życie w ofie­rze na ołta­rzu nauki. Ale my nie musimy poświę­cać życia dla pie­nię­dzy i przed­mio­tów. Nikt nas nie wpu­ścił w ten labi­rynt. Sami się wpu­ści­li­śmy. Skoro tak, to powin­ni­śmy potra­fić z niego wyjść.

Pro­blem w tym, że tyle już razy pró­bo­wa­li­śmy two­rzyć sys­tem słu­żący ludziom i zawsze oka­zy­wało się, że to ludzie muszą słu­żyć sys­temowi. Wygląda więc na to, że przy­czyna tkwi w nas -?w tym, że nie potra­fimy docho­wać wier­no­ści naszym naj­głęb­szym potrze­bom.

Czyżby jedyna nadzieja była w tych pada­ją­cych z wyczer­pa­nia, doświad­cza­ją­cych lek­cji pokory wobec wła­snej czło­wie­czej natury, która zdra­dzana i igno­ro­wana prę­dzej czy póź­niej upo­mni się swoje dobra? (Oby tylko chcieli, nie wsty­dzili się i zdą­żali dawać świa­dec­two). Czyżby to oni, któ­rzy nie chcą się już ści­gać, byli awan­gardą nowego wieku? Myślę, że nadzieja rów­nież w tych, któ­rzy zechcą być mądrzy przed szkodą - któ­rzy potra­fili się zatrzy­mać, pozwolą wła­snej duszy, by ich dogo­niła, i zaczną jej słu­chać. To nie takie trudne. Wystar­czy raz dzien­nie, naj­le­piej w cza­sie, gdy prze­ży­wamy spa­dek ener­gii i poja­wia się sen­ność, wyłą­czyć się z wszel­kiej aktyw­no­ści na nie wię­cej niż dzie­sięć minut i świa­do­mie, uważ­nie oddy­chać, igno­ru­jąc wszystko, co poza tym poja­wia się na wid­no­kręgu umy­słu. Poza tym regu­lar­nie dzień święty świę­cić cho­dząc na dłu­gie spa­cery po lasach i polach. Jeśli jeste­śmy już uza­leż­nieni od pracy, pośpie­chu i adre­na­liny, to raz na rok wyjeż­dżajmy na urlop nie krót­szy niż trzy tygo­dnie. Pierw­szy tydzień będzie męką detoksu, odtru­wa­nia -?dogo­nią nas lęk, nie­po­kój, napię­cie. Drugi będzie męką odwyku -?dogoni nas smu­tek i nie­ja­sna, acz doj­mu­jąca tęsk­nota. To tęsk­nota za sobą. Jeśli wytrwamy, to trzeci tydzień sta­nie się oka­zją do reflek­sji, opa­mię­ta­nia i głę­bo­kiego wypo­czynku. Powo­dze­nia.