Krótki przystanek w drodze z Auschwitz - Göran Rosenberg

-
Proszę czekać

Miej­sce

Przez długi czas wy­obrażałem so­bie, że przy­był tu­taj przez Most, bo właśnie Most sta­no­wi bramę do Miej­sca, właści­wie na­wet klucz do nie­go, lecz oczy­wiście nie mógł wje­chać Mo­stem, po­nie­waż mu­siał przy­je­chać pociągiem z południa. Przez Most wjeżdża się tyl­ko pociągiem z północy. Tyl­ko wte­dy otwie­ra się prze­past­na głębia nad Kanałem i tyl­ko wte­dy prze­kra­cza się groźną gra­nicę roz­dzie­lającą dom i świat. Jest nią nie tyle może Kanał, co sam Most. Kanał to prze­cież mimo wszyst­ko tyl­ko woda, na­to­miast Most to jest na wskroś złowro­gi pasaż, zim­ny szkie­let z na­bi­tych ni­ta­mi sta­lo­wych be­lek, po­skręca­nych i ze­spa­wa­nych w trójkąty i nie­fo­rem­ne łuki, na po­do­bieństwo pary kości­stych ra­mion, wy­ra­stających z czte­rech wiel­kich ka­mien­nych cokołów po obu stro­nach zwo­dzo­ne­go przęsła nad to­rem wod­nym.

Ten, kto przy­jeżdża pociągiem, nic z tego, rzecz ja­sna, nie wi­dzi, może nie czu­je na­wet, jak cała kon­struk­cja wi­bru­je i trzęsie się pod ciężarem lo­ko­mo­ty­wy i wa­gonów, nie słyszy wi­zgu szyn i huku sta­lo­wych sztab od­bi­jających echem me­ta­licz­ny łoskot i zgrzyt kół, nie czu­je swądu spa­le­ni­zny z iskrzących kon­taktów i ka­bli. Ten, kto nad­jeżdża pociągiem, nie może za­tem nig­dy dzie­lić stra­chu z tym, kto prze­cho­dzi przez Most. Aby zwy­czaj­nie przejść przez Most, trze­ba naj­pierw prze­być nie­wiel­ki las od­dzie­lający Miej­sce od Kanału, następnie wdra­pać się po wąskich, krętych, drew­nia­nych schod­kach na wy­so­kość dwu­dzie­stu sześciu metrów, następnie wejść na mi­ni­malną kładkę dla pie­szych, która po jed­nej stro­nie podwójne­go toru pro­wa­dzi nad samą wodą i z której można przez szpa­ry między de­ska­mi spoglądać pro­sto w otchłań i na­zbyt łatwo, przez nie­wy­soką me­ta­lową poręcz, sko­czyć w dół. W Miej­scu wciąż krążą strasz­ne opo­wieści o ta­kich, którzy to zro­bi­li, i o tym, jak ich popękane i na­puch­nięte ciała po­tem wyławia­no, i jesz­cze o tym - co Bóg o tym sądzi. Ja za­wsze trzy­mam się kur­czo­wo wewnętrznej poręczy, tej od stro­ny torów, by zrówno­ważyć tam­ten czar­ny, hip­no­tycz­ny zew. Z wyjątkiem chwi­li, kie­dy to­rem obok z hu­kiem prze­ta­cza się pociąg i me­ta­licz­ny po­dmuch szar­pie za ubra­nie, a ro­ze­dr­ga­ne de­ski szar­pią sto­py i nie zo­sta­je nic in­ne­go, jak tyl­ko chwiej­nie ba­lan­so­wać między jed­nym piekłem a dru­gim. W mo­ich kosz­mar­nych snach bez prze­rwy spa­dam z Mo­stu. W mo­ich kosz­mar­nych snach do­cie­ram też na drugą stronę. Bo­wiem po dru­giej stro­nie Mo­stu, już na dole, kie­dy się zej­dzie po równie wąskich, krętych schod­kach, za równie mrocz­nym pa­sem lasu cze­ka śmierć albo przy­najm­niej te bez­i­mien­ne podwórzo­we ban­dy, prze­ciw­ko którym podwórza z mo­jej stro­ny Mo­stu toczą bez­u­stanną i bez­li­tosną wojnę. To, że się uszło z życiem z Mo­stu, nie zna­czy jesz­cze zwy­cięstwa nad śmier­cią. Na­pa­dy i po­bi­cia na wro­gim te­re­nie to nie­zu­pełnie uro­jo­ny kosz­mar. Most jest na­tu­ral­nym punk­tem gra­nicz­nym Miej­sca i rzad­ko kie­dy tra­fia się oka­zja, aby prze­kra­czać go na własną rękę.

Gdy się przy­jeżdża pociągiem z południa, nie mija się ta­kiej gra­ni­cy, tyl­ko ano­ni­mową pa­no­ramę pól i lasów, i to dla­te­go trud­niej za­uważyć, gdzie się za­czy­na Miej­sce. Trud­niej jest też zro­zu­mieć, dla­cze­go leży tam, gdzie leży, i cze­mu stację ko­le­jową, gdzie duże pociągi w dro­dze z wiel­kie­go świa­ta i z po­wro­tem robią so­bie krótki przy­sta­nek, wy­bu­do­wa­no właśnie tu­taj, a nie w mieście, którego nazwę nosi sta­cja. Most jest tu prze­cież naj­lep­szym wyjaśnie­niem, po­nie­waż sta­cja leży tu z po­wo­du Mo­stu, Miej­sce zaś po­wstało tu z po­wo­du sta­cji, i to pew­nie dla­te­go tak chętnie wy­obrażam so­bie, że on przy­by­wa tu przez Most, kie­dy 2 sierp­nia 1947, o siódmej wie­czo­rem, wy­sia­da z pociągu, aby w tym Miej­scu, poniżej tej właśnie sta­cji, spróbować zacząć od nowa swo­je życie.

Czy to przy­pa­dek, że wy­sia­da właśnie tu? Nie, to nie jest bar­dziej przy­pad­ko­we niż co­kol­wiek, co mu się przy­tra­fiło, nim tu do­tarł. Praw­do­po­dob­nie na­wet mniej, po­nie­waż szczy­tem przy­pad­ko­wości w jego życiu jest sam fakt, że żyje. Życie każdego z nas to oczy­wiście ślepy traf, ale aku­rat na jego dro­dze śmierć była bar­dziej me­to­dycz­na i prze­wi­dy­wal­na niż u większości z nas, a za­tem fakt, że przeżył, ma w so­bie więcej z przy­pad­ku. Poza tym prze­cież do­brze wie, cze­mu wy­sia­da właśnie tu, a nie gdzie in­dziej. Nazwę sta­cji ma wy­pi­saną dokład­nie na kart­ce, którą po­ka­zał kon­duk­to­ro­wi, a ten obie­cał go uprze­dzić, gdy będą dojeżdżać. A oprócz tego na pe­ro­nie, tak jak się umówili, cze­kają na nie­go A. i S., a na­wet trze­ci ktoś, o kim z początku sądzi, że to ko­le­ga z ławy szkol­nej, z łódzkie­go gim­na­zjum. To oczy­wiście nie jest on, bo prze­cież byłoby to w naj­wyższym stop­niu nie­praw­do­po­dob­ne, ale po­nie­waż na jego dro­dze zda­rzyło mu się tyle nie­praw­do­po­do­bieństw, to jesz­cze jed­no albo dwa przyjąłby ra­czej bez zdzi­wie­nia. Tak czy in­a­czej, wszy­scy trzej stoją tam na pe­ro­nie, cze­kając na nie­go; ści­skają go i po­ma­gają mu znieść po scho­dach wa­liz­ki; od­pro­wa­dzają go następnie na kwa­terę, gdzie ma miesz­kać, opo­wia­dając po dro­dze, w tym ciągle ja­snym sierp­nio­wym zmierz­cha­niu, co wiedzą o miej­scu, do którego do­pie­ro co wszy­scy przy­by­li i o którym żaden z nich nie wie zbyt wie­le; sami z ko­lei wy­py­tują nowo przy­byłego o lu­dzi i zda­rze­nia w miej­scu, gdzie wsiadł do pociągu, a gdzie wi­dzie­li się ostat­nio. Wszy­scy oni wciąż po­zo­stają w podróży, a każde miej­sce jest wciąż tyl­ko krótkim przy­stan­kiem w dro­dze dokąd in­dziej i ci, co chwi­lo­wo są tu­taj, próbują, jak tyl­ko po­tra­fią, wy­wie­dzieć się wszyst­kie­go o tych, którzy chwi­lo­wo są tam, bo ta ru­chli­wa i nie­spo­koj­na społecz­ność to w tym mo­men­cie je­dy­na wspólno­ta, jaką mają. Z cza­sem każdy z nich, je­den po dru­gim, będzie próbował uznać któreś z tych wszyst­kich miejsc za własne i z cza­sem miej­sca te, jed­no po dru­gim, będą ich roz­dzie­lać, zwy­kle już na za­wsze, i to miej­sce także sta­nie się z cza­sem jed­nym z nich. Tyl­ko je­den z tych mężczyzn spróbuje uznać je za własne - ten, który właśnie wy­siadł z pociągu.

No cóż, ja sam o tym jesz­cze nic nie wiem, bo jesz­cze nie znam tego człowie­ka, który właśnie wy­siadł z pociągu i który jesz­cze nie jest moim oj­cem, i jesz­cze nie wie, że to jego ostat­ni przy­sta­nek. Nie sądzę na­wet, że jest w sta­nie w ogóle wy­obra­zić so­bie jakiś ostat­ni przy­sta­nek, przy­pusz­czam bo­wiem, że jesz­cze nie umie pomyśleć o ja­kim­kol­wiek miej­scu jako własnym. Mimo to sądzę, że rozgląda się sta­le dokoła cie­ka­wie, spraw­dzając, czy to jed­nak nie mogłoby być ta­kie miej­sce, bo już za­czy­na od­czu­wać po­trzebę przy­najm­niej dłuższe­go przy­stan­ku. I że dla­te­go właśnie za­uważa i za­pa­miętuje świeżo wy­bu­do­wa­ne i za­pra­szające podłużne, dwu­piętro­we blo­ki wzdłuż nowo wy­ty­czo­nej, wyłożonej kostką i ob­sa­dzo­nej rzędami jarzębin uli­cy prze­ci­nającej nowo utwo­rzo­ne osie­dle tuż poniżej sta­cji, na której właśnie wy­siadł. Sądzę też, że dla­te­go na­tych­miast chce wie­dzieć, co to za mia­sto, do którego przy­był, i jacy lu­dzie tam miesz­kają, i ja­kie są wa­run­ki pra­cy w tej wiel­kiej fa­bry­ce, gdzie ma na­dzieję zna­leźć za­trud­nie­nie, i ja­kie są ewen­tu­al­ne możliwości zna­lezienia pra­cy dla dziew­czy­ny, nie­spełna dwu­dzie­sto­dwu­let­niej, bez wy­uczo­ne­go za­wo­du, nie bar­dzo jesz­cze osłucha­nej z tu­tej­szym języ­kiem, z którym ze­tknęła się później niż on. Przy­pusz­czam zresztą, że już wcześniej wy­wie­dział się o taką pracę i że ma tyl­ko zba­dać sprawę bliżej i przede wszyst­kim spraw­dzić, czy da się za­mie­nić kwa­terę z utrzy­ma­niem na ja­kieś miesz­ka­nie, za­nim po­pro­si ją, by wsiadła do pociągu w miej­scu, które do­pie­ro co opuścił, i przy­je­chała tu, do miej­sca, dokąd do­pie­ro przy­był.

Lecz co on myśli o przyszłości w ten sierp­nio­wy wieczór 1947, to prze­cież tyl­ko spe­ku­la­cje z mo­jej stro­ny, a ja chciałbym uniknąć spe­ku­la­cji, a przede wszyst­kim nie chcę wy­bie­gać naprzód w jego życiu. Przeżył do­pie­ro lat dwa­dzieścia czte­ry i za­ra­zem przeżył już tyle, że ma pra­wo układać so­bie da­lej życie nie­ob­ciążany prze­ze mnie za­wcza­su tym, co wy­da­rzy się przez jego resztę. Pokażę jego dni tak, jak nad­chodzą, tam zaś, gdzie nie­dokład­nie widzę j e g o dni, po­zwolę im przy­cho­dzić do mnie.

A za­tem tego dnia, którego wieczór jest jesz­cze wcze­sny i ja­sny, on ra­zem z trze­ma przy­ja­ciółmi, nie­zbyt bli­ski­mi, ale je­dy­ny­mi, ja­kich ma w miej­scu, gdzie przed chwilą wy­siadł z pociągu, tasz­czy dwie zdar­te i dosyć ciężkie wa­liz­ki; wszak ma tu jed­nak osiąść na jakiś nie­wia­do­my czas, a rze­czy niezbędne do życia, choćby do­pie­ro zaczętego, ważą spo­ro. Je­den gar­ni­tur oczy­wiście ma na so­bie, może ten ele­ganc­ki w ja­sno­szarą kratkę, do tego białą ko­szulę z od­po­wied­nio do­bra­nym kra­wa­tem, a na głowie ka­pe­lusz, choć wciąż jesz­cze jest lato. To było naj­gorętsze lato od stu lat i wieczór jest ciepły, i przy­jem­niej byłoby iść z gołą głową, lecz ka­pe­lusza i tak nie dałoby się za­pa­ko­wać do wa­liz­ki, a prze­cież było nie do pomyśle­nia wy­bie­rać się w podróż pociągiem w nie­zna­ne miej­sce, w no­wym kra­ju, bez ma­ry­nar­ki, w sa­mej ko­szuli. Czte­rej mężczyźni ru­szy­li pie­szo ze sta­cji, niosąc wa­liz­ki na zmianę, i A., który jest tu najdłużej, mówi, że muszą wsiąść do au­to­bu­su na następnym przy­stan­ku, bo jesz­cze zo­stał im do przejścia kawał dro­gi; w prze­ciw­nym ra­zie będzie już za późno, żeby gdzieś zjeść ko­lację, poza tym jest so­bot­ni wieczór i w mieście grają do­bry film, na który jesz­cze zdążą pójść, jeżeli się pośpieszą. Więc śpieszą się jak tyl­ko mogą i mężczy­zna, który do­pie­ro co wy­siadł z pociągu, zo­stawia je­dy­nie bagaż w wy­najętym po­ko­ju w nowo wykończo­nej wil­li i pośpiesz­nie przed­sta­wia się właści­ciel­ce, której mąż aku­rat zmarł, co zmu­siło ją do wy­najmowania tych po­kojów sa­mot­nym ro­bot­ni­kom z fa­bry­ki, choć miały być jej ele­ganc­ko urządzo­nym do­mem, która jed­nak mimo to wita go miło i uprzej­mie. Po­tem wy­chodzą szyb­ko, by uczcić fakt, że wszy­scy znaj­dują się aku­rat w jed­nym miej­scu i we wza­jem­nym to­wa­rzy­stwie. Film, na który udało im się zdążyć, roz­gry­wa się na stat­ku nie­wol­ników i gra­ny jest w ki­nie Ca­stor, przy idyl­licz­nym ba­se­nie por­to­wym w środ­ku mia­sta, gdzie w so­bot­nim bez­ru­chu spo­czy­wają ry­bac­kie łodzie z sa­ka­mi na wiel­kich obręczach, a miesz­kańcy zażywają wie­czor­nej prze­chadz­ki po na­brzeżu. Ka­pi­tan stat­ku chce skończyć z han­dlem nie­wol­nikami, po­nie­waż ma się żenić i zależy mu na re­pu­ta­cji, więc roz­ka­zu­je pierw­sze­mu ofi­ce­ro­wi zmie­nić ładu­nek i załogę, lecz kie­dy wkra­cza na pokład z młodą żoną, którą chce za­brać ze sobą w podróż poślubną, od­kry­wa, że ładu­nek i załoga są te same. To cie­ka­wa hi­sto­ria na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Wil­lia­ma Faulk­ne­ra, z Mic­key­em Ro­oney­em i Wal­la­ce'em Be­erym w ro­lach głównych, i choć roz­gry­wa się w dzie­więtna­stym wie­ku, to wy­obrażam so­bie, że mogą się z nią odro­binę utożsa­miać, po­nie­waż wszy­scy oni właśnie doświad­czy­li, jak zwy­czaj­ne na pozór stat­ki albo, w ich przy­pad­ku, zwy­czaj­ne na pozór pociągi mogą oka­zać się czymś całkiem in­nym. A jaki to sta­tek czy pociąg aku­rat te­raz ich wie­zie albo przy­najm­niej w ja­kim miej­scu aku­rat te­raz wy­sie­dli, tego bo­dajże nikt z nich jesz­cze nie jest całkiem pe­wien. Może idą po­tem do kogoś na kwa­terę i roz­ma­wiają o fil­mie, do tego piją trochę ciepłej wódki, kie­li­szek lub dwa, palą, aż ich spo­wi­ja siwy dym, opo­wia­dają so­bie to i owo, grają w kar­ty i na chwilę za­po­mi­nają, że znaj­dują się w miej­scu, którego nie znają i które ich nie zna; są jesz­cze młodzi i jest so­bot­ni wieczór, i noc roz­sre­brza księżyc w pełni, a oni chcą wy­zy­skać jak naj­le­piej ten krótki postój, przy­sta­nek w ich długiej podróży, która z woli przy­pad­ku ze­tknęła ich prze­lot­nie właśnie tu.

-

O tych trzech mężczy­znach, którzy cze­kają na pe­ro­nie, nie wiem nic więcej poza tym, że tak jak większość in­nych w tej podróży wkrótce wy­ruszą da­lej. Wiem za to, że na­za­jutrz mężczy­zna, który będzie moim oj­cem, pi­sze list do ko­bie­ty, która będzie moją matką, a która od pół roku jest jego żoną, że mia­sto, do którego właśnie przy­był, to jest Södertälje i wy­da­je się większe od mia­sta, które do­pie­ro co opuścił, to jest od Alings?s. Od­no­to­wu­je, że po­dob­nie jak wszyst­kie mia­sta w tym no­wym kra­ju wy­da­je się rzad­ko za­bu­do­wa­ne i że z dziel­ni­cy do dziel­ni­cy to pie­szo kawał dro­gi, i że wokół małego, choć nie­zbyt gęsto za­bu­do­wa­nego cen­trum roz­ciągają się duże osie­dla no­wych domków i bloków czyn­szo­wych, gdzie pod do­stat­kiem światła, po­wie­trza i zie­le­ni. Wygląda na to, że wszędzie są wy­so­kie drze­wa, ba, całe lasy rosną nie­mal tuż za oknem, a przede wszyst­kim jest tam wiel­ka fa­bry­ka far­ma­ceu­tycz­na pro­du­kująca leki, gdzie po­trze­bują młodych ko­biet, które by zwin­nie pa­ko­wały te leki do pudełek i słoiczków, a im szyb­ciej się z tym uwi­jają, tym więcej mogą za­ro­bić. "Wczo­raj wie­czo­rem wróciłem do sie­bie nie później jak o je­de­na­stej - za­pew­nia - bo chciałem się rozpa­ko­wać i obej­rzeć pokój, ale mój nowy współlo­ka­tor już spał, więc trze­ba z tym było za­cze­kać"1. Współlo­ka­tor to "młody, spo­koj­ny śli­mak", który z rana zdążył opo­wie­dzieć - po­nie­waż jest nie­dzie­la i wszy­scy mają wol­ne, a w do­mo­wej ja­dal­ni do­sta­li śnia­da­nie, ka­nap­ki z se­rem i kawę, bo w po­ko­jach nie wol­no im na­wet za­grzać wody na her­batę - że dzień ro­bo­czy w wiel­kiej fa­bry­ce ciężarówek za­czy­na się o siódmej, a kończy o czwar­tej, z półgo­dzinną przerwą na obiad o wpół do pierw­szej, i że do pra­cy można iść w zwykłym ubra­niu i prze­brać się już na miej­scu, bo po­tem można się porządnie umyć pod prysz­ni­cem. Mają też no­wo­cze­sne klo­ze­ty spłuki­wa­ne wodą, ale jak cię przy­ciśnie w cza­sie pra­cy, to trze­ba pytać o zgodę, i drzwi się w nich nie za­my­kają, nie mówiąc już o ry­glo­wa­niu, tak żeby nikt tam nie cho­dził, żeby od­począć czy się zdrzemnąć. Nic z tego jed­nak nie jest jego zda­niem szczególnie istot­ne. Pi­sze zwięźle i trochę jak­by z obo­wiązku, i zbyt pośpiesz­nym cha­rak­te­rem pi­sma, bo chce na­tych­miast nadać list. "Je­dy­ne, co jest ważne - pi­sze - to zna­leźć miesz­ka­nie albo przy­najm­niej jakiś kąt dla nas oboj­ga, gdzie można za­grzać trochę wody, urządzić so­bie dom, tak żebyś mogła wsiąść do pociągu i tu przy­je­chać".

Widać też, że się o nią nie­po­koi - może aż za bar­dzo. "Bądź ostrożna na ro­we­rze i przy kąpa­niu się", pi­sze, jak­by była małym dziec­kiem. Przez pra­wie rok, aż do tej chwi­li, byli ze sobą nie­prze­rwa­nie ra­zem, a przed­tem, pra­wie przez dwa lata - w nie­prze­rwa­nej rozłące, jeżeli można tak po­wie­dzieć. Bo "żyli w rozłące" to może niewłaściwe słowa, gdy miej­scem, gdzie ich rozłączo­no, jest ram­pa se­lek­cyj­na w Au­schwitz-Bir­ke­nau. I to, że "jed­no nie­po­koi się o dru­gie", to może także niewłaściwe słowa, bo prze­cież wszyst­ko, cze­go człowiek się w życiu oba­wia i co go może na­pa­wać nie­po­ko­jem, już się tym dwoj­gu przy­da­rzyło - nie mówiąc już o wszyst­kim tym, co było nie do pomyśle­nia, ale i tak się wy­da­rzyło - wszyst­ko z wyjątkiem tego ostat­nie­go, co w dal­szym ciągu może się wy­da­rzyć, ale po pro­stu nie ma pra­wa się wy­da­rzyć, i wo­bec cze­go słowo "nie­pokój" już nie wy­da­je się właściwe. Po­nie­waż ilość nie­pokoju wy­star­czająca, aby za­truć świat, skon­cen­tro­wała się do jed­nej czar­nej kro­pli żrącego lęku, który nie­prze­rwa­nie uno­si się nad chwi­lo­wo najsłab­szym punk­tem tego związku, wciąż tak nie­praw­do­po­dob­ne­go, że jesz­cze nie do uwie­rze­nia - dwoj­ga młodych, którzy ostat­nio roz­sta­li się na ram­pie se­lek­cyj­nej w Au­schwitz-Bir­ke­nau. Nie, którzy ostat­nio roz­sta­li się na pe­ro­nie w Alings?s.

Już nie tak łatwo odróżnić jed­no pożegna­nie od dru­gie­go. Nie, jej nie wol­no zabić się na ro­we­rze albo uto­pić się w je­zio­rze czy po­tknąć na scho­dach albo paść ofiarą ja­kie­go­kol­wiek, praw­do­po­dob­ne­go czy też nie, zrządze­nia losu, które by mogło prze­ciąć tę ostat­nią wątłą nić będącą szansą na ja­kieś nowe życie, wbrew wszyst­kie­mu. "O mnie masz się ab­so­lut­nie nie trosz­czyć - do­rzu­ca chwac­ko. - Ju­tro przed obia­dem pójdę do fa­bry­ki w spra­wie pra­cy. M. mówił, że z mo­imi me­ri­ter [kwa­li­fi­ka­cja­mi] na pew­no mnie przyjmą. Dzi­siaj pomówię z tą ko­bie­ciną, której mąż zmarł, czy się wkrótce nie zwol­ni jakiś pokój, i strasz­nie mar­twię się o cie­bie, jak mówiłem, nie wy­cho­dzisz mi ani na chwilę z myśli, i właści­wie może by było le­piej, gdy­byś tu ra­zem ze mną przy­je­chała, to byśmy nie mu­sie­li się o sie­bie bać, a wszyst­ko by i tak jakoś się ułożyło. I na pew­no wszyst­ko się wkrótce ułoży i niedługo będziesz tu u mnie".

Jako ad­res nadaw­cy po­da­je R 639 B, Södertälje. Co to za ad­res? Bez uli­cy, bez na­zwi­ska, tyl­ko jakiś kod. Ad­res do jesz­cze jed­ne­go ba­ra­ku, w ko­lej­nym obo­zie? Czy na taki ad­res może dojść od­po­wiedź? Jak długo taki ad­res będzie miał pra­wo ich roz­dzie­lać?

Dwa dni później za­czy­na pra­co­wać w tej wiel­kiej fa­bry­ce ciężarówek. Jego ro­bo­ta to spa­wa­nie rur pa­li­wo­wych w pod­wo­ziach. Za­trud­ni­li go bez pro­blemów. Su­mien­ny i pra­co­wi­ty, można prze­czy­tać w wy­stu­ka­nym na ma­szy­nie świa­dec­twie dy­rek­to­ra działu kadr z tkal­ni bawełny w Alings?s, co przy­pusz­czal­nie już wy­star­cza dy­rek­to­ro­wi per­so­nal­ne­mu w Sca­nia-Va­bis, ale na wszel­ki wy­pa­dek in­for­mu­je się go także, że mężczy­zna siedzący przed nim ma oprócz tego doświad­cze­nie w pro­duk­cji sa­mo­chodów ciężaro­wych. "Pra­co­wał przy to­cze­niu wałów do ciężarówek w fir­mie Büssin­gwer­ke w Braun­schwe­ig/Ve­chel­de od września 1944 do mar­ca 1945", za­pi­su­je skrzętnie dy­rek­tor w ru­bry­ce "doświad­cze­nie i kwa­li­fi­ka­cje" w nowo otwar­tej tecz­ce per­so­nal­nej. Nie żeby to miało, jak mówię, ja­kieś większe zna­cze­nie. Eu­ro­pa po­trze­bu­je w tym mo­men­cie więcej ciężarówek niż Sca­nia-Va­bis może wy­pro­du­ko­wać, a Sca­nia-Va­bis po­trze­bu­je więcej ro­bot­ników niż w tym mo­men­cie może zna­leźć. Wie­le eu­ro­pej­skich fa­bryk sa­mo­chodów ciężaro­wych wciąż jesz­cze leży w gru­zach i nie jest w sta­nie do­star­czyć tych wszyst­kich ciężarówek, które są niezbędne, aby je pod­nieść z ruin, nie mówiąc już o wszyst­kim in­nym w Eu­ro­pie, co nie­odzow­nie wy­ma­ga ciężarówek, aby po­wstać z ruin. Ta oko­licz­ność daje w tym mo­men­cie fa­bry­ce Sca­nia-Va­bis w Södertälje dużą prze­wagę nad, daj­my na to, firmą Büssin­gwer­ke w Brunsz­wi­ku, która w ciągu ostat­nich dwóch lat nie była w sta­nie wy­to­czyć żad­nych wałów kor­bo­wych.

Dwa ty­go­dnie później pod ad­re­sem pocz­to­wym R 639 B w Södertälje otwie­ra się nowa możliwość i ów nie­pokój, którego in­a­czej nie da się zażegnać, zo­sta­je uśmie­rzo­ny tym spo­so­bem, że ko­bie­ta, która ma być moją matką, uda­je się pociągiem do mężczy­zny, który ma być moim oj­cem, aby za­miesz­kać ra­zem z nim w wy­najętym po­ko­ju bez kuch­ni. Tam we wcze­sne, szyb­ko mrocz­niejące je­sien­ne po­ran­ki za­grze­wają so­bie wodę na her­batę po kry­jo­mu, na odwróco­nym do góry żelaz­ku, za­nim on uda się do swo­jej fa­bry­ki ciężarówek, ona zaś do fa­bry­ki me­dy­ka­mentów, a po ja­kimś cza­sie do pew­nej ro­dzin­nej fa­bry­ki kon­fek­cji, gdzie wszy­wa pod­szew­ki do płasz­czy, na akord i w takt mu­zy­ki. "Dziewczęta nie lubią mu­zy­ki mar­szo­wej, poza tym wszyst­ko, od mu­zy­ki poważnej do po­pu­lar­nych szla­gierów", mówi dy­rek­tor fa­bry­ki lo­kal­nej ga­ze­cie. Ona jest młoda i zręczna i ma już rocz­ne doświad­cze­nie w pra­cy szwacz­ki na­by­te w Szwedz­kich Zjed­no­czo­nych Fa­bry­kach Lnu SA w Alings?s, i w do­bry dzień, przy ośmiu go­dzi­nach pra­cy, po­tra­fi dojść do sie­dem­dzie­sięciu pięciu öre za go­dzinę, co ra­zem z nie­dużą, cho­ciaż większą pensją z fa­bry­ki ciężarówek po­zwa­la im wkrótce jakoś stanąć na nogi. Już 1 paździer­ni­ka 1947 mogą wy­nająć so­bie z dru­giej ręki ka­wa­lerkę z małą ku­chenką i z praw­dzi­wym ad­re­sem, Vil­la­ga­tan 22. Rok później pod tym ad­re­sem, w domu, z którego nie mam żad­nych wspo­mnień, ten młody człowiek zo­sta­nie moim oj­cem, a ta dziew­czy­na moją matką. Na­to­miast do domu, z którego mam wie­le wspo­mnień, prze­no­si­my się jakiś ko­lej­ny rok albo dwa lata później; co in­ne­go mówią do­ku­men­ty, a co in­ne­go po­sta­rzała pamięć, ale to bez zna­cze­nia, to tam się za­czy­na, w domu poniżej sta­cji ko­le­jo­wej, gdzie młody człowiek, który będzie moim oj­cem, wy­sia­da z pociągu w pew­ne sierp­nio­we popołudnie 1947, w tym domu, który widać z góry z okna wa­go­nu po le­wej ręce, gdy się nad­jeżdża pociągiem z północy, przez Most.

To właśnie jest Miej­sce. To tu mój świat na­bie­ra swo­ich pierw­szych barw, blasków, za­pachów, dźwięków, gestów, imion, słów. Nie je­stem pe­wien, jak wcze­sne do­zna­nia człowiek jest w sta­nie za­pa­miętać, niektórzy twierdzą, że sięgają do przeżyć dwu­lat­ka, moje pierw­sze wspo­mnie­nie to śnieg i mróz, więc przy­pusz­czal­nie jest trochę później­sze, uro­dziłem się bo­wiem w paździer­ni­ku, na­to­miast je­stem nie­mal pe­wien, że jesz­cze za­nim za­czy­nam pamiętać ten świat, który spo­ty­kam po raz pierw­szy, on już od­cisnął we mnie swo­je ślady całkiem poza pamięcią, więc na­wet to, cze­go nie będę pamiętał, nie będzie także za­po­mnia­ne. To jest Miej­sce, którego piętno za­wsze będę nosić w so­bie, choćbym był święcie prze­ko­na­ny, że to ja sam sie­bie ufor­mo­wałem.

To jest różnica między mną a nimi. Oni spo­tka­li świat po raz pierw­szy w zupełnie in­nym miej­scu i noszą w so­bie świat zupełnie inny, i tyle dla nich już się zaczęło i skończyło, i ciągle jesz­cze nie jest pew­ne, czy coś tu­taj może się zacząć od nowa, po­nie­waż tylu rze­czy, których nie mogą albo nie chcą już pamiętać, nie mogą także za­po­mnieć. Im te bar­wy i bla­ski, i za­pa­chy, i dźwięki, i głosy tego miej­sca często będą przy­po­mi­nały o czymś in­nym, cza­sem nie­ja­snym dla nich sa­mych. Aby mimo to cho­ciaż z grub­sza udało im się przy­swoić to miej­sce, muszą je po­znać tak dokład­nie i po­zwo­lić mu od­cisnąć w so­bie ślady tak głębo­kie, że kie­dyś właśnie o tym miej­scu pomyślą so­bie, słysząc nocą, jak się prze­ta­cza pociąg to­wa­ro­wy, lub czując za­pach smażone­go śle­dzia na klat­ce scho­do­wej czy spa­ce­rując pod wy­so­ki­mi so­sna­mi, czy spo­ty­kając smo­li­sty po­wiew od Bałtyku, czy widząc czer­wień jarzębin je­sie­nią, czy patrząc na swo­je dzie­ci.

-

Tym, co ich wcześnie przy­wiązuje do Miej­sca, jest Dziec­ko, którym przy­pad­kiem je­stem ja. Nie chciałbym wy­ol­brzy­miać własnej roli w tym kon­tekście i możliwe, że się mylę, jed­nak dziec­ko, przy­najm­niej od stro­ny prak­tycz­nej, utrud­nia dalszą podróż. Bo je­chać da­lej z na­dzieją w ser­cu, wa­lizką w ręku i ka­pe­lu­szem na ba­kier to jed­no. Lecz je­chać da­lej z no­wo­rod­kiem - to już zupełnie inna spra­wa. Przez wzgląd na Dziec­ko krótki przy­sta­nek musi wydłużyć się na czas nie­określony, a wiel­kie pla­ny związane z dalszą drogą trze­ba roz­mie­nić na drob­ne pla­ny związane z miej­scem, gdzie aku­rat się znaj­dują, co Miej­sce za­raz po­twier­dza za po­mocą cudu.

Nie­dobór miesz­kań - bo­stads­brist - to jed­no z pierw­szych słów, ja­ki­mi wita ich język Miej­sca. Nie­dobór i Nie­do­sta­tek. W lo­kal­nej ga­ze­cie, która na­zy­wa się "Stoc­kholms Läns & Södertälje Tid­ning"2, na co dzień na­zy­wa­nej "Länstid­nin­gen", re­por­taż o ro­dzi­nie miesz­kającej w na­mio­cie przy kąpie­li­sku. O ro­bot­ni­czych ba­ra­kach Sca­nii-Va­bis. "Ka­ta­stro­fal­ny nie­dobór miesz­kań w ostrym świe­tle", woła czołówka z 19 lip­ca 1948.

Nie żeby po­trze­bo­wa­li czy­tać lo­kal­ny dzien­nik, aby wie­dzieć. Każdy w Miej­scu może powie­dzieć im, że własne miesz­ka­nie to cud.

A mimo to ten cud się zda­rza. Pra­wie nowo wy­bu­do­wa­ne miesz­ka­nie, mały po­ko­ik z kuch­nią, łazienką z to­a­letą i bieżącą ciepłą wodą, w piw­ni­cy sąsied­nie­go domu pral­nia opa­la­na drew­nem i zsyp na śmie­ci na klat­ce scho­do­wej, otwór na li­sty i ta­blicz­ka z na­zwi­skiem na drzwiach. W po­ko­iku wer­sal­ka, okrągły sto­lik z re­gu­lo­waną wy­so­kością i przedłużanym, bej­co­wa­nym na orzech bla­tem, do tego czte­ry ta­pi­ce­ro­wa­ne krzesła od kom­ple­tu. We wnęce łóżko dzie­cięce. W kącie, na przy­kry­tym ko­ron­kową ser­wetą sto­liku ga­ze­to­wym, ra­dio­od­bior­nik mar­ki Phi­lips. Gdzieś także bie­liźniar­ka z szu­fla­da­mi na pościel, ręczni­ki i dzie­cięce ciusz­ki. W kuch­ni ława do spa­nia z ja­sne­go drew­na, lodówka i zle­wo­zmy­wak, i za­su­wa­na szaf­ka ścien­na, po­ma­lo­wa­na na sza­ro, z drzwicz­ka­mi z płyty pilśnio­wej, ser­wis stołowy w nie­bie­ski deseń, na sześć osób. Na ścia­nie nad ra­dio­od­bior­nikiem ob­raz olej­ny: żółte i czer­wo­ne kwia­ty w nie­bie­skim wa­zo­nie. W piw­ni­cy dwa używa­ne ro­we­ry, z cze­go je­den z fo­te­li­kiem dla dziec­ka, za­wie­szo­ne na ha­kach w su­fi­cie. Szu­kam także spa­ce­ro­we­go wózka, ale nie wiem za bar­dzo, gdzie go mam umieścić. Wiem tyl­ko, że gdzieś mu­siało być na nie­go miej­sce, tak samo jak później mu­siało być miej­sce na drew­nianą ko­lejkę i półkę na książki dla dzie­ci wypożyczo­ne z miej­skiej bi­blio­te­ki, i pudło z przegródka­mi z pod­sta­wo­wym ze­sta­wem klocków Mec­ca­no, i tyl­ko parę, za to dro­gich, od­la­nych z me­ta­lu mi­nia­tu­ro­wych sa­mo­chodów, a wśród nich, tu je­stem pe­wien, czar­ne vo­lvo PV 444. W miesz­kan­ku jed­no­po­ko­jo­wym wyraźnie widać, ile miej­sca zaj­mu­je choćby jed­no dziec­ko.

W tym miesz­kan­ku Dziec­ko zaj­mu­je więcej miej­sca, niż widać. Wokół Dziec­ka rosnący ko­kon z am­bi­cji i planów. Tek­tu­ro­we pudełko z wy­stru­ga­ny­mi ręcznie kloc­ka­mi z drew­na, na których na­ma­lo­wa­ne są li­te­ry, to nie tyl­ko Za­baw­ka, ale także Pro­jekt, a te wciąż nowe kom­bi­na­cje li­ter, które Dziec­ko wraz z młodym człowie­kiem, będącym te­raz jego oj­cem, w długie nie­dziel­ne popołudnia układa so­bie w po­ko­ju na podłodze, to nie są tyl­ko słowa w no­wym języku, lecz także ce­giełki no­we­go świa­ta. Dziec­ko uczy­ni to Miej­sce swo­im miej­scem i umożliwi im w ten sposób nowy świat - oto i Pro­jekt, który szyb­ko wypełnia miesz­kan­ko swym nie­wi­dzial­nym in­wen­ta­rzem ma­rzeń i ocze­ki­wań. Prze­cież tym dwoj­gu nowo przy­byłym nie trze­ba da­chu nad głową, tyl­ko twar­de­go grun­tu pod no­ga­mi, a tam, gdzie Dziec­ko zapuści ko­rze­nie, może i oni z cza­sem znajdą punkt opar­cia.

Tym Dziec­kiem je­stem więc ja. A Miej­sce, które mam uczy­nić ich miej­scem, czy­niąc je moim własnym, ma swo­je geo­gra­ficz­ne cen­trum w otyn­ko­wa­nym na ja­snożółto dwu­piętro­wym blo­ku z dwie­ma klat­ka­mi scho­do­wy­mi i osiem­na­sto­ma miesz­ka­nia­mi poniżej pe­ro­nu pierw­sze­go sta­cji ko­le­jo­wej, gdzie duże składy pasażer­skie w dro­dze na południe za­wsze stają na krótko, także eks­pre­sy, także noc­ne składy, także do Ko­pen­ha­gi i Ham­bur­ga. Przez okna kuch­ni i po­ko­ju małego M-1 na pierw­szym piętrze blo­ku tuż pod la­sem widać, jak lu­dzie po­ru­szają się w wa­go­nach. I jak ru­szają ra­zem z wa­go­na­mi. Z każdym pociągiem nowy świat za re­flek­sa­mi wa­go­no­wej szy­by, nie­mo nieświa­dom swo­je­go krótkie­go przy­stan­ku w tym świe­cie, który ma być moim.

Po­dob­no na­wet za­gra­nicz­ne ko­ro­no­wa­ne głowy robiły tu­taj krótki postój, wi­ta­ne przez tłum lu­dzi na pe­ro­nie ma­chający chorągiew­ka­mi; królew­skie wa­go­ny prze­ta­cza­no wte­dy na bocz­ny tor, gdzie ser­wo­wa­no królew­skie śnia­da­nie, a następnie włącza­no je do królew­skiego szwedz­kie­go pociągu na ostat­ni pa­rad­ny od­ci­nek podróży, wjazd na Dwo­rzec Cen­tral­ny w Sztok­hol­mie i do­jazd pod królew­ski za­mek, jed­nak ta­kie­go świa­ta nig­dy nie wi­działem przez na­sze ku­chen­ne okno. Przy­pusz­czal­nie było to jesz­cze przed wojną, za­nim zbu­do­wa­no nasz dom i za­nim się uro­dziłem, i je­dy­ne, co wte­dy było widać z wa­go­nu, gdy­by przy­pad­kiem ktoś ze­chciał spoj­rzeć w naszą stronę, to kawał piasz­czy­ste­go wrzo­so­wi­ska i rzad­ki so­sno­wy las.

Całkiem pew­ne jest w każdym ra­zie, że ame­ry­kański ge­ne­rał wojsk pan­cer­nych, Pat­ton, parę mie­sięcy po zakończe­niu woj­ny miał krótki postój na pe­ro­nie pierw­szym, za­nim wsiadł do pociągu 21.53 do Malmö. Wcześniej tego dnia wi­zy­to­wał Sörmlandz­ki Pułk Pan­cer­ny w Strängnäs, gdzie stu­dio­wał dwu­dzie­sto­dwu­to­no­wy szwedz­ki czołg, mo­del 42, oraz opan­ce­rzo­ny trans­por­ter szwedz­kiej kon­struk­cji, SKP, zbu­do­wa­ny przez Sca­nię-Va­bis; ge­ne­rał stwier­dził przy tym, że szwedz­ki wóz jest lep­szy od swo­ich ame­ry­kańskich od­po­wied­ników. Cho­ciaż to mogła być tyl­ko kur­tu­azja. Poza tym nie był chy­ba całkiem w zgo­dzie z ame­ry­kańskim dowództwem woj­sko­wym, które właśnie ode­brało mu ko­mendę nad trze­cią armią. Było to wie­czo­rem 3 grud­nia 1945 i spo­ry tłum zgro­ma­dził się na sta­cji, aby uczcić "po­pu­lar­ne­go ge­ne­rała". Gdy pociąg z Pat­to­nem szarpnął, by ru­szyć na południe, roz­legły się głośne wi­wa­ty. To także działo się przed moim uro­dze­niem, ale w tym cza­sie nasz dom już stał tam, gdzie stoi, w pierw­szym rzędzie wi­dow­ni, do­pie­ro co wykończo­ny i od­da­ny lo­ka­to­rom, i może paru z tych no­wych miesz­kańców otwo­rzyło w ten późny gru­dnio­wy wieczór swo­je okna od stro­ny pe­ro­nu, aby choć z dala spróbować zo­ba­czyć człowie­ka, który za­le­d­wie rok wcześniej równie ge­nial­nie jak bez­względnie zmiażdżył nie­miec­ki opór na północy Fran­cji. Geo­r­ge S. Pat­ton - brzmiało jego pełne na­zwi­sko. Ja pamiętam go tyl­ko jako Geo­r­ge'a C. Scot­ta w Ostat­nich dniach Pat­to­na i pew­nie dla­te­go wi­wa­to­wałbym trochę oszczędniej, ale ci, którzy na pe­ro­nie, za oknem na­szej przyszłej kuch­ni, bez naj­mniej­szych oporów wzno­si­li okrzy­ki na cześć praw­dzi­we­go Pat­to­na i wi­dzie­li na własne oczy, jak wsia­da do pociągu do Malmö, i może czu­li jesz­cze podskórny wo­jen­ny nie­pokój, pew­nie już nig­dy nie za­po­mnie­li, co wi­dzie­li, po­nie­waż przyszło im należeć do ostat­nich, którzy wi­dzie­li ge­ne­rała Geo­r­ge'a S. Pat­to­na żywe­go. Po­nad dwa ty­go­dnie później, 21 grud­nia 1945, zmarł on w następstwie ka­ta­stro­fy sa­mo­cho­do­wej pod Man­n­he­im, w po­ko­na­nych i oku­po­wa­nych Niem­czech.

Moje zaś pierw­sze własne wspo­mnie­nie sta­cji za ku­chen­nym oknem to pociągi, które nig­dy nie stają i nig­dy się nie kończą, tyl­ko wiecz­nie stu­koczą po no­cach w swo­ich cia­sno scze­pio­nych ka­ra­wa­nach kry­tych wa­gonów to­wa­ro­wych i lor, jęczących i zgrzy­tających jak zbyt obłado­wa­ni kaj­da­nia­rze w ja­kiejś eks­pe­dy­cji kar­nej. Pamiętam je głównie dla­te­go, że to one jako pierw­sze budzą mnie, gdy w oknach trzęsą się szy­by, a złącza szyn tłuką o koła i trza­skające błyska­wi­ce z podwójnych lo­ko­mo­tyw wdzie­rają się przez zasłony, i stęchły za­pach che­mi­ka­liów i zgni­li­zny sta­cza się ku nam z pe­ronów, i wpa­da do na­szych łóżek i snów.

Na wąskim pa­sie zie­mi od­dzie­lającym blo­ki od stro­me­go zbo­cza, które wzno­si się aż do siat­ki przy pe­ro­nach, ar­chi­tek­ci Miej­sca po­zo­sta­wi­li trochę so­sen, a pod drze­wa­mi po­zwo­li­li rosnąć tra­wie i białej ko­ni­czy­nie. To moje pierw­sze miej­sce za­baw. Szu­kam w tra­wie czte­ro­list­nych ko­ni­czy­nek i bawię się wśród drzew w cho­wa­ne­go, i pusz­czam łódki z kory w kałużach na ścieżce pod na­sy­pem ko­le­jo­wym. Czte­ro­list­na ko­ni­czyn­ka jest wcze­snym zna­kiem for­tu­ny, a podwójna czte­ro­list­na ko­ni­czyn­ka - moim wcze­snym mi­ste­rium. Z cza­sem za­bawy stają się co­raz zu­chwal­sze, co­raz bar­dziej ab­sor­bujące, popołudnia wydłużają się co­raz bar­dziej i co­raz trud­niej od razu rzu­cić wszyst­ko, gdy okno w na­szej kuch­ni się otwo­rzy i ktoś zawoła, że czas już do domu. Ten głos z okna w kuch­ni woła mnie po pol­sku. Woła mnie tam­ta młoda ko­bie­ta, która te­raz jest moją matką, i woła w pierw­szym języku, którego się na­uczyłem, i pierw­szym, który za­pomnę. Zimą naj­większy spłache­tek tra­wy między so­sna­mi po­le­wa się porządnie wodą i star­si chłopcy schodzą na dół ze swo­imi ki­ja­mi ho­ke­jo­wy­mi, i za­bawy robią się bru­tal­niej­sze, i wcześniej za­pa­da zmrok, w wołaniach z okna słychać te­raz bar­dziej nie­spo­koj­ny ton. I wkrótce inny język.

Ni­cze­go nie chcą po­zo­sta­wić przy­pad­ko­wi. Nic nie może od­dzie­lać Dziec­ka od Miej­sca. Żadne obce słowa. Żadne obce imio­na. Nic, co by mogło po­zba­wić Dziec­ko punk­tu opar­cia dla nich wszyst­kich. Więc gdy spo­strze­gają, że pierw­sze słowa Dziec­ka są w ob­cym języku, zmu­szają się, by zwra­cać się do nie­go w języku, który jesz­cze jest obcy im sa­mym, i za­dbać o to, aby w ręce Dziec­ka wcześnie tra­fiły książki w tym no­wym języku, i wcześnie uczyć je układać na podłodze słowa w tym no­wym języku ze sporządzo­nych własnoręcznie drew­nia­nych klocków z li­te­ra­mi.

Imię dziec­ka, za radą no­wych przy­ja­ciół, już wcześniej za­bez­pie­czy­li. Naj­zwy­klej­sze w no­wym języku imię chłopca. Imię jest ważne, po­wie­dzie­li przy­ja­ciele. Obce imię zwra­ca uwagę i sta­nie się obciążeniem. Dla­te­go pla­no­wa­ne imię Ger­szon, na cześć dziad­ka Dziec­ka, musi ustąpić Göra­no­wi, imie­niu, które jest jak wymyślone spe­cjal­nie po to, by odróżnić ob­cych od miej­sco­wych. Pro­bie­rzem jest szczególna in­to­na­cja długie­go ö. Mo­gli mu także dać na imię Ja­kob, po dru­gim dziad­ku, Ja­ku­bie; byłoby łatwiej­sze w wy­mo­wie i właści­wie wca­le by się nie wyróżniało, bo jest przyjęte także tu­taj, ale wy­da­je mi się, że w kwe­stii imie­nia chcą za­bez­pie­czyć się stu­pro­cen­to­wo. Dają mu też na imię Ja­kob, ale dru­gim imie­niem nie woła się ni­ko­go przez ku­chen­ne okno.

-

Co do Języka nie po­my­li­li się w ra­chu­bach. Może i co do Imie­nia, ale tu trud­niej już o pew­ność. Na­to­miast pew­ne jest, że Dziec­ko wra­sta w Miej­sce naj­pierw przez Język. Właśnie w tym miej­scu Dziec­ko wi­dzi wszyst­ko po raz pierw­szy, i to na­prawdę w s z y s t k o, bez tego zmęczo­ne­go rozróżnia­nia, które przy­cho­dzi z wiedzą o tym, jak wszyst­ko na świe­cie po­win­no się na­zy­wać, i z doświad­cze­niem, jak po­win­no wyglądać.

Pierw­szym pta­kiem jest wróbel w krza­ku ber­be­ry­su pod skle­pem na­białowym. Pierw­sza wie­wiórka wdra­pu­je się po pierw­szej ko­rze na pierwszą sosnę pod ku­chen­nym oknem. Pierw­szy skraj lasu ciągnie się wzdłuż pierw­szej dro­gi do szkoły. Pierw­sza leśna ścieżka usłana jest pierw­szym na­grza­nym świer­ko­wym igli­wiem i oto­czo­na pierw­szymi ja­go­da­mi. Pierw­sza woń ki­szo­ne­go śle­dzia do­bie­ga z par­te­ru, od Hed­manów. Pierw­sza uli­ca to Her­tig Carls väg, a wzdłuż niej pierw­szy ulicz­ny chod­nik (baw się wyłącznie na chod­niku!) i pierw­sza ścieżka ro­we­ro­wa (tyl­ko uważaj na ro­we­ry!), i pierw­sze jarzębiny. Jest także wy­bru­ko­wa­na pierwszą kostką gra­ni­tową, o którą obi­jają się i dud­nią pierw­sze opo­ny sa­mo­cho­do­we. Pierw­sze auto należy do ojca An­der­sa, sąsia­da zza ścia­ny, i cza­sa­mi trze­ba je uru­cha­miać korbą, a ja nie sięgam na­wet do szy­by, kie­dy ba­wi­my się na przed­nim sie­dze­niu, kręcąc kie­row­nicą. Pierw­si śmie­cia­rze w mo­jej pierw­szej śmie­ciar­ce za­ha­czają pierw­sze po­jem­ni­ki na śmie­ci na pod­nośniku z tyłu wozu i na­ci­skają gu­zik, tak że po­jem­nik je­dzie wy­so­ko, jest przy­ci­ska­ny do okrągłej dziu­ry i prze­wra­ca­ny do góry no­ga­mi, śmie­ci zwa­lają się do brzu­cha śmie­ciarki, reszt­ki wytrząsa się pa­ro­ma szarp­nięcia­mi za uchwyt, a po­tem kubeł zjeżdża zno­wu na dół, jest od­ha­cza­ny i na moc­nych ple­cach od­no­szo­ny z po­wro­tem do ta­jem­ne­go po­miesz­cze­nia za za­mkniętymi na klucz drzwia­mi w zim­nej, be­to­no­wej piw­ni­cy w no­wym blo­ku, gdzie miesz­ka­my. Moja pierw­sza śmie­ciarka jest mar­ki Nor­ba i zo­stała za­ku­pio­na w trzech kosz­tow­nych eg­zem­pla­rzach przez Zakład Oczysz­cza­nia Mia­sta Södertälje jako krok ku czyst­szej i spraw­niej­szej pro­ce­du­rze wy­wo­zu śmie­ci, po­nie­waż jest wy­po­sażona w "osłonę do bez­pyłowe­go załadun­ku, urządze­nie do me­cha­nicz­ne­go opróżnia­nia po­jem­ników, zgnia­tarkę wewnątrz kon­te­ne­ra i me­cha­nizm wy­sy­pujący". Mój pierw­szy zsyp na śmie­ci to przy­pusz­czal­nie krok wstecz, po­nie­waż szyb spro­wa­dzający śmie­ci do ko­mo­ry zsy­po­wej na dole zo­stał źle skon­stru­owa­ny i na końcu skręca, przez co śmie­ci cza­sa­mi tam grzęzną i zsyp się za­ty­ka. I to po­mi­mo że w in­struk­cji wy­działu bu­dow­la­ne­go z 5 li­sto­pa­da 1940, do­tyczącej zsypów na śmie­ci, na­pi­sa­no wyraźnie, że "szyb po­wi­nien być na całej długości pio­no­wy i pro­sty, a w dol­nej części całym swym prze­kro­jem wy­cho­dzić na po­jem­nik na śmie­ci w taki sposób, aby pio­no­wa li­nia wewnętrznej ścia­ny szy­bu zna­lazła się w obrębie po­jem­nika w od­ległości co naj­mniej 5 cm od jego krawędzi". Można tam też prze­czy­tać, że "ko­mo­ra zsy­po­wa ma być wy­po­sażona w oświe­tle­nie elek­trycz­ne, tak aby cała była do­brze oświe­tlo­na". Mój pierw­szy zsyp nie jest do­brze oświe­tlo­ny. Z ciem­ne­go i zim­ne­go po­miesz­cze­nia do­bie­ga słodko-kwaśny odór ku­chen­nych od­padków i su­ro­wy po­wiew mo­kre­go be­to­nu.

Moją pierwszą śmie­ciarką mogę prze­je­chać się z moim pierw­szym śmie­cia­rzem wcze­snym ran­kiem, gdy ci dwo­je nowo przy­by­li, którzy zo­sta­li moim oj­cem i moją matką, jesz­cze śpią na wer­sal­ce w po­ko­ju i ro­le­ta jest ciągle spusz­czo­na, a uli­ca za oknem leży ci­cha, nie licząc har­mi­de­ru wróbli w krza­ku ber­be­ry­su i prze­ciągłego zgrzy­tu pierw­szych po­ran­nych pociągów odjeżdżających na południe. Moje pierw­sze po­ran­ki są za­wsze wcze­sne i ja­sne, i w je­den z ta­kich po­ranków wy­kra­dam się przez drzwi na klatkę i scho­da­mi w dół, i na za­la­ny słońcem chod­nik, po­nie­waż nie mam cier­pli­wości, by wy­le­gi­wać się na moim posłaniu w kuch­ni, a nie chcę bu­dzić tych dwoj­ga, którzy śpią, dopóki nie za­dzwo­ni bu­dzik, a na uli­cy nie roz­legną się wołania i odgłosy na­ra­stającej ro­we­ro­wej ka­ra­wa­ny, która zgrzy­tając łańcu­cha­mi i po­skrzy­pując sio­dełkami, to­czy się jarzębi­nową aleją ze swo­im co­dzien­nym ładun­kiem: kar­to­no­wy­mi po­jem­ni­ka­mi z pro­wian­tem i półśpiącymi cy­kli­sta­mi.

Wcześnie więc obej­muję miej­sce w po­sia­da­nie, ci dwo­je tego nie za­uważają, cza­sa­mi wręcz dosłownie śpią. Mam za­bro­nio­ne za­da­wać się z ob­cy­mi oraz przyj­mo­wać co­kol­wiek od ob­cych, ale śmie­cia­rze nie są prze­cież obcy. Przy­na­leżą do miej­sca tak samo jak do­ke­rzy i ma­ry­na­rze w sta­rym por­cie, gdzie łowię moją pierwszą płotkę, i ubra­ni na biało pie­ka­rze, i sprze­daw­cy w pie­kar­ni po dru­giej stro­nie uli­cy, gdzie ku­puję moją pierwszą chru­piącą bułkę i gdzie spod przy­kry­wy w la­dzie li­trową miarką z długą rączką na­le­wają mi moje pierw­sze mle­ko. Spe­cjal­nością pie­kar­ni jest słod­kie pie­czy­wo na­zy­wa­ne chałką SS, od pie­kar­ni SS, która swą nazwę bie­rze od lo­ka­li­za­cji, to zna­czy Södertälje Södra, ale my tej bułki nie ku­pu­je­my. Za­raz na lewo od wejścia do skle­pu leżą moje pierw­sze bu­tel­ki oranżady w ciem­no­zie­lo­nych drew­nia­nych skrzyn­kach, ułożonych jed­na na dru­giej pod ścianą. Ta ab­so­lut­nie pierw­sza na­zy­wa się Po­mril i ma smak jabłkowy.

Mogę prze­je­chać w szo­fer­ce śmie­ciar­ki od tego krańca jarzębi­no­wej alei, gdzie stoi nasz dom, na sa­mym końcu, już pod la­sem, i gdzie za­czy­na się dro­ga przez las do Mor­skie­go Kąpie­li­ska, do dru­gie­go krańca alei, gdzie kończą się blo­ki, a uli­ca skręca ostro w lewo i zni­ka pod ko­le­jo­wym wia­duk­tem. Las i dro­ga do Mor­skie­go Kąpie­li­ska należą do na­sze­go te­ry­to­rium, ale dro­ga za wia­duk­tem już nie. Za wia­duk­tem leży ta wiel­ka fa­bry­ka, która połyka ro­we­ro­we ka­ra­wa­ny, a wy­plu­wa sa­mo­cho­dy ciężaro­we i która za swy­mi bra­ma­mi kry­je świat, do którego nie mogę się zbliżyć za po­mocą nazw. Mój tata jest mon­te­rem rur, ale co mon­ter rur ma wspólne­go z tatą, tego nie wiem. Równie do­brze mógłby być od­lew­ni­kiem, fre­ze­rem, row­ka­rzem, urzędni­kiem, bla­cha­rzem, ope­ra­to­rem ma­szyn na kar­ty per­fo­ro­wa­ne, wyważaczem, dy­rek­to­rem, ko­wa­lem, bry­ga­dzistą, szli­fie­rzem, po­mocnikiem to­ka­rza albo inżynie­rem. Tych słów ze świa­ta za bra­ma­mi fa­bry­ki nie da się zo­ba­czyć ani powąchać, więc nie na­zy­wają one ni­cze­go w moim świe­cie. To wcześnie od­dzie­la ten świat, który ma stać się moim, od tego, który tata musi usiłować uczy­nić własnym, po­nie­waż co­dzien­nie o siódmej rano zni­ka ze swo­im ro­we­rem za czymś, co się na­zy­wa bramą pod­wo­ziową, i nie widzę go, dopóki mama nie zawoła z okna w kuch­ni, że czas na ko­lację.

Gra­ni­ce mo­je­go świa­ta są ostre i re­stryk­tyw­ne, i dwaj śmie­cia­rze, którzy sa­dzają mnie w szo­fer­ce w miej­scu, skąd mam naj­lep­szy wi­dok, do­brze wiedzą, którędy one prze­bie­gają; tory ru­chli­wej ma­gi­stra­li ko­le­jo­wej, wia­dukt nad ulicą, most ko­le­jo­wy nad kanałem, sam kanał, stro­me na­brzeża w por­cie, szpi­cza­ste ogro­dze­nia wokół fa­bryk i składów węgla wzdłuż brzegów za­to­ki Hal­lfjärden.

Stal i woda. Ogro­dze­nia i ślepe ulicz­ki. Ba­rie­ry i głębie.

Je­dy­na dro­ga, która nie kończy się czymś twar­dym i trud­nym do sfor­so­wa­nia, to dro­ga ciągnąca się da­lej tam, gdzie kończy się gra­ni­to­wa kost­ka, a za­czy­na las, i wokół której wiosną kwitną pier­wiosn­ki i kon­wa­lie, i którą la­tem zapełnią ro­we­ry, a z cza­sem także sa­mo­cho­dy, i która pod­czas długich nie­dziel­nych spa­cerów z tatą wy­da­je się nie mieć końca. To dro­ga do Mor­skie­go Kąpie­li­ska, kończąca się piasz­czystą plażą. Kąpie­li­sko to naj­bar­dziej otwar­ta i naj­bar­dziej gościn­na z gra­nic mo­je­go świa­ta, lecz to tak czy in­a­czej gra­nica i dro­ga nie pro­wa­dzi da­lej, i mój świat na tym się kończy.

To w znacz­nej części świeżo wy­bu­do­wa­ne osie­dle, gdzie śmie­ciar­ka przy­sta­je przy każdym domu i sta­ran­nie wytrząsa reszt­ki z każdego kubła na śmie­ci, te­ren tak nie­wiel­ki, że dziec­ko wcześnie samo może po­znać go jak własną kie­szeń, jest w grun­cie rze­czy bez­li­tośnie ogra­ni­czoną en­klawą, złożoną głównie ze sta­cji ko­le­jo­wej z należącymi do niej do­ma­mi służbo­wy­mi z czer­wo­nej cegły, z szes­na­stu nowo zbu­do­wa­nych, otyn­ko­wa­nych na żółto lub na sza­ro dwu­piętro­wych bloków po obu stro­nach wy­bru­ko­wa­nej kostką alei, z paru bocz­nych uli­czek z piętro­wy­mi wil­la­mi, ryn­ku, dwóch placów za­baw, żłobka, urzędu pocz­to­we­go, dwóch sklepów spożyw­czych - Klings ze spływającą wodą chłod­niczą na wi­try­nie i Kon­sum z pierwszą skle­pową za­mrażarką - tra­fi­ki, małej pa­sman­te­rii, pie­kar­ni i cu­kie­ren­ki. Na pla­cy­ku przy sta­cji kiosk z ga­ze­ta­mi i bud­ka te­le­fo­nicz­na, gdzie spod wyj­mo­wa­nej podłogi z drew­nia­nych li­ste­wek pobłyskują upusz­czo­ne drob­ne mo­ne­ty. To szczel­nie oto­czo­na idyl­la, do której można do­stać się tyl­ko ciem­ny­mi pasażami pod to­rem ko­le­jo­wym lub ba­lan­sując nad prze­paścią na ko­le­jo­wym moście, lub przełażąc przez za­ka­za­ne to­ro­wi­ska, lub skacząc po zdra­dli­wych krach, lub robiąc dziu­ry w ozna­czo­nych tru­pią czaszką fa­brycz­nych ogro­dze­niach.

A z dru­giej stro­ny jest to miej­sce, które łatwo można zba­dać i wziąć w po­sia­da­nie. Nie tyl­ko dla­te­go, że jest ta­kie małe i tak okro­jo­ne, lecz także dla­te­go, że jest ta­kie nowe. Prak­tycz­nie nie­mal bez hi­sto­rii. Jesz­cze nie­daw­no nie było tu lu­dzi, tyl­ko so­sno­wy las i pia­ski. Jesz­cze nie­daw­no nie prze­bie­gała tędy ko­lej i nikt nie myślał o tym, by ją tu po­pro­wa­dzić. Jesz­cze nie­daw­no pla­no­wa­no tu coś całkiem in­ne­go, coś wspa­nial­sze­go i za­kro­jo­ne­go na większą skalę. Jesz­cze nie­daw­no na tym bez­pla­no­wym odlu­dziu miało wy­rosnąć za­pla­no­wa­ne szczegółowo ide­al­ne mia­sto. "Leśne oko­li­ce Näset na południe od mia­sta" mia­no za­mie­nić w raj ro­bot­ni­czych domków własnościo­wych; jed­no­ro­dzin­ne dom­ki sku­pio­ne w grup­ki z własnym podwórkiem, espla­na­da wśród parków i wzgórz, ry­nek z halą tar­gową, łaźnie, kościół na małym wznie­sie­niu, przy fa­bry­kach park spor­tu i re­kre­acji, nad­mor­skie kąpie­li­sko.

Do­pie­ro dużo później w życiu do­wia­duję się, że miej­sce, w którym uczę się na­zy­wać świat, to wy­ko­le­jo­ne ma­rze­nie pla­nistów.

Ar­chi­tekt, który śnił ten sen, na­zy­wał się Per Olof Hal­l­man i czer­pał in­spi­rację z ru­chu społecz­ne­go pragnącego zastąpić re­gu­lar­ny i obcy przy­ro­dzie ideał mia­sta epo­ki in­du­stria­li­zmu czymś bar­dziej or­ga­nicz­nym i zgod­nym z na­turą. Plan miał być do­pa­so­wy­wa­ny do te­re­nu, nie te­ren do pla­nu. Uli­ce miały omi­jać wzgórza i wspi­nać się po wznie­sie­niach, a nie prze­bi­jać się przez nie. Za­sta­ne uwa­run­ko­wa­nia miały być wy­ko­rzy­sty­wa­ne, a nie usu­wa­ne. "Ar­chi­tekt miej­ski, który nie zna te­re­nu, może pa­ro­ma pociągnięcia­mi ołówka nie­mal zruj­no­wać struk­turę osie­dla", pisał Hal­l­man w 1901 roku. Dwa lata później przed­sta­wił swój pro­jekt za­bu­do­wy i za­go­spo­da­ro­wa­nia "południo­wej części pod­miej­skich par­ce­li mia­sta Södertälje".

Am­bi­cje Hal­l­ma­na, i całego ru­chu, były nie­ba­ga­tel­ne. Chcia­no usunąć ołówkiem urba­ni­sty ciem­ne stro­ny in­du­stria­li­za­cji: brud, zatłocze­nie, de­wa­stację śro­do­wi­ska i społecz­ne nie­spra­wie­dli­wości; a z dru­giej stro­ny wy­ko­rzy­stać ukry­te szan­se in­du­stria­li­za­cji - ołówkiem urba­ni­sty stwo­rzyć bar­dziej wol­ne i równe, żyjące bliżej na­tu­ry społeczeństwo. Jed­nym z pio­nierów ru­chu był Au­striak, Ca­mil­lo Sit­te, który chciał od­two­rzyć ludz­ki kli­mat właściwy śre­dnio­wiecz­nym mia­stom z ich krętymi zaułkami i nie­re­gu­lar­ny­mi pla­ca­mi. Inną ważną po­sta­cią był An­glik, Ebe­ne­zer Ho­ward, który pragnął stwo­rzyć nowe połącze­nie między wsią i mia­stem, rol­nic­twem i prze­mysłem, sa­dem i podwórzem. Wiel­kie, prze­lud­nio­ne mia­sta miały być zde­cen­tra­li­zo­wa­ne, na­to­miast wiej­skie oko­li­ce - za­bu­do­wa­ne roz­ległymi i zie­lo­ny­mi mia­stami ogro­da­mi. Przy odro­bi­nie prze­wi­dującej urba­ni­styki można by po­ko­jo­wo zbu­rzyć ko­sza­ry ka­pi­ta­li­zmu i po­ko­jo­wo skon­stru­ować nowe, lep­sze społeczeństwo. Po­ko­jo­wa ścieżka do rze­czy­wi­stej re­for­my - za­ty­tułował Ebe­ne­zer Ho­ward swoją książkę, którą Per Olof Hal­l­man pra­wie na pew­no prze­czy­tał, za­nim przyłożył kreślar­ski ołówek do roz­ciągniętych na południu pod­miej­skich lasów i pu­sta­ci. Tu­taj nie było ko­szar, które by trze­ba zbu­rzyć, ulic, które by trze­ba wy­ty­czać na nowo, wspo­mnień, które trze­ba wy­ko­pać, tra­dy­cji, które trze­ba złamać.

Tu­taj nie było także jesz­cze pla­nu wy­so­kich torów ko­le­jo­wych, które miały prze­dzie­lić to miej­sce na pół, ani głębo­kiej bruz­dy kanału, która ode­tnie je na północy, nie było oczy­wiście także pla­nu mo­stu ko­le­jo­we­go ani wia­duk­tu, ani fa­brycz­nych ogro­dzeń, ani naf­to­wych ter­mi­na­li, które za chwilę zmie­nią w ma­ku­la­turę urba­ni­stycz­ny sen Pera Olo­fa Hal­l­ma­na.

O wie­le później zro­zu­miałem, że to jest w jakiś sposób spe­cjal­ność tego miej­sca. Że tu nic nig­dy nie wy­cho­dzi tak jak w pla­nach. Jak za­bu­do­wa tych pod­miej­skich par­ce­li. Czy prze­bieg li­nii ko­le­jo­wej. Czy kanału. Czy Mor­skie Kąpie­li­sko. Czy lud­ność tego mia­sta. Czy to mia­sto.

Jak­by przy­pa­dek zapałał szczególną miłością właśnie do tego miej­sca. I że ten przy­pa­dek przy­ciągnął do sie­bie jak ma­gnes naj­bar­dziej przy­pad­ko­wy z ludz­kich losów. I że może właśnie dla­te­go to było naj­mniej przy­pad­ko­we w opo­wieści o człowie­ku, który wy­siadł tu z pociągu, aby od nowa roz­począć swo­je życie. To w grun­cie rze­czy ide­al­nie wy­bra­ne miej­sce, aby tak właśnie zro­bić, zda­rzało mi się myśleć już o wie­le później; żad­nych moc­nych więzi z przeszłością, żad­nych usta­lo­nych planów na przyszłość, żad­ne­go go­to­we­go sce­na­riu­sza, by w nie­go wejść - czy zo­stać z nie­go wytrąco­nym.

Ach, ale to o wie­le później! Jakże zdra­dli­wie się na­rzu­ca! Ta ściągająca wszyst­ko do banału, po­mniej­szająca, mędrko­wa­ta, porządkująca świat post fac­tum per­spek­ty­wa. Jak łatwo jed­nym pociągnięciem pióra albo dwo­ma wpi­sać lu­dzi w opo­wieść, która dla nich wciąż musi być nie­na­pi­sa­na, obciążyć ich wiedzą, której jesz­cze nie mogą po­sia­dać, za­mknąć im ho­ry­zon­ty, które dla nich muszą po­zo­stać sze­ro­ko otwar­te.

-

Będę więc szcze­ry co do tej mądrości post fac­tum, jest bo­wiem wszech­obec­na i nie­uchron­na, i zdra­dli­wa. Kie­dy od­bie­gam od opo­wieści o mnie sa­mym jako ge­ne­ra­le Pat­to­nie w czołgu prze­bra­nym za śmie­ciarkę w trak­cie in­spek­cji mo­je­go właśnie zdo­by­te­go te­ry­to­rium (by zro­bić dy­gresję o Perze Olo­fie Hal­l­ma­nie i jego zakończo­nym fia­skiem pro­jek­cie urba­ni­za­cyj­nym dla pod­miej­skich par­ce­li na południu), mam pięć lat i za kil­ka mie­sięcy zo­stanę przyłapa­ny na tym, jak skaczę po krach na ka­na­le. Przy­wie­dzie mnie do złego Tom­my Hed­man, który jest star­szy o dwa lata, miesz­ka po pra­wej stro­nie na par­te­rze i po­cho­dzi z Fa­lun, i ma ro­dziców, którzy raz do roku jedzą ki­szo­ne­go śle­dzia, mimo że moi ro­dzice przy­pusz­czają, że to jakaś gnijąca tor­ba ze śmie­cia­mi, która utknęła na dole, w skon­stru­owa­nym niewłaści­wie wy­lo­cie zsy­pu na śmie­ci. Do Hed­manów nie wol­no mi wcho­dzić i nie wol­no mi bawić się z Tom­mym.

A więc, mówiąc szcze­rze, z tych zda­rzeń pamiętam w naj­lep­szym ra­zie tyl­ko ja­kieś ułomki. Ten wcze­sny ra­nek ze śmie­cia­rza­mi to ułomki śpiącego miesz­ka­nia, na­grza­ne­go słońcem tro­tu­aru, słodko-kwaśnych śmie­ci, szczęku po­jem­ników, po­pla­mio­nych ole­jem dre­lichów i lepiącego się do gołych nóg pla­sti­ko­we­go sie­dze­nia. Nie je­stem na­wet pe­wien, czy te ułomki są praw­dzi­we, ani tym bar­dziej, czy ułożyłem je właści­wie. Nie je­stem także pe­wien, że pamiętam te ułomki, jeśli przez pamięta­nie ro­zu­mie się ak­tyw­ne przy­po­mnie­nie cze­goś. Bo jak przy­po­mnieć so­bie coś, cze­mu jesz­cze nie nadało się imie­nia, a za­tem coś, dla cze­go jesz­cze nie ma się żad­ne­go słowa?

Za­tem re­flek­sy ra­czej niż ułomki: mętne od­bi­cia zmysłowych doświad­czeń, cie­le­snych do­znań bez słów i porządku. Ska­ka­nie po lo­do­wych krach: tar­cie zlo­do­wa­ciałych spodni o po­si­niałą z zim­na skórę, światło kre­do­wo­białych twa­rzy w czar­nym otwo­rze drzwi, ścisk twar­dych dłoni, ostre dźwięki głosów, do­znanie la­nia. La­nie jest w moim świe­cie słowem-do­znaniem kry lo­do­wej.

Do­pie­ro o wie­le później znajdą się słowa na roz­pacz i strach, a jesz­cze później na kosz­ma­ry, które ta­pe­to­wały to miesz­kan­ko z okna­mi na tory ko­le­jo­we, a jesz­cze później na to, co mężczy­zna będący moim oj­cem i ko­bie­ta będąca moją matką mo­gli myśleć i czuć, gdy ich ze­bra­ne kosz­ma­ry na­gle stoją przed nimi, na ich pro­gu, w mrocz­nej zi­mo­wej sie­ni, ocie­kając czarną jak noc wodą, chrzęszcząc pod ich sto­pa­mi kru­chym lo­dem, parząc ich skórę śmier­tel­nym chłodem.

Do­pie­ro o wie­le później do­zna­nia mogą stać się opo­wia­da­nia­mi. Do­pie­ro o wie­le później nie­me stre­fy bezsłowia mogą wypełnić się roz­pro­szo­ny­mi ułomka­mi języka. Do­pie­ro o wie­le później zjeżdżam za Tom­mym po śli­zgaw­ce ze stro­me­go zbo­cza na brzeg kanału koło mo­stu ko­le­jo­we­go i z rozpędu wy­pa­dam na trzeszczący lód, i widzę, jak otwie­rają się nam pod no­ga­mi ciem­ne szcze­li­ny wody, czuję, jak sto­py ześli­zgują się i buty na­bie­rają wody, a zim­ne, ze­sztyw­niałe spodnie trą o ciało w trud­nej dro­dze do domu, do do­znań stra­chu i la­nia.

Do­pie­ro o wie­le później mogę stać się dziec­kiem, które opo­wia­da. Do­pie­ro o wie­le później mogę kopać, szu­kając ułomków w tam­tych nie­mych stre­fach, od­sie­wać je przez złoża cza­su i składać w jakąś opo­wieść. To nie dziec­ko pamięta, tyl­ko ja o wie­le później próbuję pamiętać dzie­cięce do­zna­nia.

"Pamięć nie jest narzędziem ba­da­nia przeszłości - pi­sze Wal­ter Ben­ja­min w ese­ju o swo­im ber­lińskim dzie­ciństwie. - Pamięć jest tyl­ko żywiołem mi­nio­ne­go, jak zie­mia jest żywiołem, w którym spo­czy­wają po­grze­ba­ne mia­sta. Ten, kto szu­ka swo­jej po­grze­ba­nej przeszłości, musi postępować jak ko­pacz - bez wa­ha­nia, raz po raz po­wra­cać do tych sa­mych miejsc, roztrząsać je i prze­rzu­cać, tak jak prze­rzu­ca się zie­mię. Bo tyl­ko naj­skru­pu­lat­niej­sze przeszu­kanie tych złóż po­zwo­li od­kryć tkwiące w nich praw­dzi­we skar­by: ob­ra­zy, które wy­rwa­ne ze wszyst­kich swych daw­nych kon­tekstów błyszczą jak klej­no­ty w trzeźwych sa­lo­nach na­sze­go późnego zro­zu­mie­nia - jak ułomki ruin lub tor­sy w ga­le­rii ko­lek­cjo­ne­ra".

Ob­raz błyszczącej żółtej blasz­ki, ostrej i nie­re­gu­lar­nej jak cien­ko roz­wałko­wa­ne cia­sto na pier­nicz­ki, wiel­kości drob­nej, pięcioöro­wej mo­ne­ty. Pa­rzy w rękę.

Później­sze zro­zu­mie­nie. Bie­gnie­my z krzy­kiem po podkładach toru ko­le­jo­we­go, który ciągnie się wzdłuż mo­jej pierw­szej dro­gi do szkoły i pro­wa­dzi do fa­bry­ki, gdzie pro­du­ku­je się se­pa­ra­to­ry do mle­ka. Pro­wa­dzi także do fa­bry­ki, gdzie pro­du­ku­je się ele­men­ty bu­dow­la­ne z lek­kie­go be­to­nu, i do czar­nych hałd węgla i kok­su pod wy­so­ki­mi żura­wia­mi w por­cie, i do gi­gan­tycz­ne­go si­lo­su zbożowe­go, którego prze­zna­cze­nie jesz­cze nie jest dla nas ja­sne. Bie­gnie­my jed­nak po to­rze do fa­bry­ki se­pa­ra­torów, po­nie­waż szkoła leży przy fa­bry­ce i co­dzien­nie idzie­my ko­lumną do słyn­nej fa­brycz­nej stołówki ("ma­rze­nie każdej pani domu: ma­szy­ny, ma­szy­ny i jesz­cze raz ma­szy­ny wszel­kie­go ro­dza­ju"), aby spożyć bezpłatny szkol­ny obiad, który właśnie zaczął nam wszyst­kim przysługi­wać, ale na który już zaczęliśmy trochę wy­brzy­dzać.

Nie, to mu­siało być w dro­dze ze szkoły do domu. W dro­dze do szkoły, rano, kie­dy za­wsze je­steśmy spóźnie­ni i mu­si­my gonić, żeby zdążyć, nikt nie wpadłby na ten po­mysł. Czy­li jest popołudnie i bie­gnie­my, skacząc po podkładach, od stro­ny fa­bry­ki, i to od tyłu, z fa­bry­ki, nad­jeżdża pociąg. Nie, nie pociąg właści­wie, tyl­ko mała lo­ko­mo­ty­wa ma­new­ro­wa, która robi dużo hałasu, bo to spa­li­nowóz. Wszyst­ko w porządku, bo słyszy­my ją i wi­dzi­my, jak nad­jeżdża, a nad­jeżdża dosyć po­wo­li. Choć jed­nak jest trochę ry­zy­ka, bo ktoś wymyślił, że urządzi­my za­wo­dy, kto ostat­ni ze­sko­czy z toru. Tym ra­zem to nie Tom­my, jest za duży, żeby cho­dzić do mo­jej kla­sy. Za­tem kto? Ob­raz nie chce się wy­kla­ro­wać.

Lo­ko­mo­ty­wa zbliża się, nikt nie ze­ska­ku­je, wpa­dam na pe­wien po­mysł.

Czy to ja kładę na szy­nie mo­netę? Dwa öre. Czy to fak­tycz­nie mój po­mysł?

Cho­wa­my się w zaśmie­co­nym i zarośniętym ziel­skiem ro­wie, pa­trzy­my, jak lo­ko­mo­ty­wa rośnie aż do nie­ba. Zie­mia drży. Szy­ny wyją. Mo­ne­ta wi­bru­je.

Na miej­scu mo­ne­ty wy­obrażam so­bie sie­bie.

Błyszcząca żółta blasz­ka, większa niż pięć öre, leży roz­wałko­wa­na na szy­nie. Pa­rzy w rękę.

Ob­raz An­der­sa i mnie na chod­ni­ku przed na­szym do­mem.

Wypróbo­wuję pew­ne słowo, które u kogoś posłyszałem, może u Tom­my'ego. Jak jesz­cze raz po­wiesz to słowo, to nie wej­dziesz na ucztę Pana Boga w nie­bie, mówi An­ders.

Py­tam go, kto to Pan Bóg. I gdzie leży Nie­bo. I kto jest za­pro­szo­ny na tę ucztę.

Później­sze zro­zu­mie­nie. Tak oto do mo­je­go świa­ta dołączają Bóg i Nie­bo. Skończyłem czte­ry lata i umiem czy­tać słowa, które tata układa na podłodze z klocków z li­te­ra­mi, ale Boga i Nie­ba nig­dy nie ułożył. Piekła też nie. Te słowa An­ders po­znał wcześniej ode mnie i to od nie­go uczę się ich po raz pierw­szy, i właśnie tam, na chod­ni­ku przed klatką scho­dową na­sze­go blo­ku przy jarzębi­no­wej alei, Bóg, Nie­bo i Piekło na za­wsze wiążą się z do­zna­niem ja­kiejś cu­dzej uczty.

Właśnie do ta­kich do­znań próbuję się do­ko­pać, kie­dy o wie­le później chcę opo­wie­dzieć, jak po­wsta­je mój świat; do­znań ob­razów, dźwięków i za­pachów z mo­mentów, kie­dy po raz pierw­szy na­daję świa­tu imio­na. I w naj­lep­szym ra­zie - do­znania małego, ciem­nowłose­go chłopca, który nie wie­dzieć cze­mu nosi moje imię i który w jakiś sposób jest mną, i który na nie­wiel­kim spłachet­ku zie­mi między mo­stem ko­le­jo­wym a Mor­skim Kąpie­li­skiem, por­tem i wałem ko­le­jo­wym właśnie czy­ni świat swo­im własnym.

Cza­sa­mi wstydzę się trochę za nie­go. Nie dla­te­go, że mat­ka ubie­ra go w swe­ter zro­bio­ny w domu na dru­tach i w pum­py, a kie­dyś na­wet, chy­ba przy ja­kiejś odświętnej oka­zji, także w bru­natną, na­kra­pianą wełnianą cy­klistówkę, co może spra­wia, że ten mały chłopiec aku­rat wte­dy się wsty­dzi, po­nie­waż w jego świe­cie nikt nie ubie­ra się w ten sposób. Być może on się wsty­dzi, lecz nie ja. Nie ten, kim je­stem o wie­le później. To, cze­go trochę wstydzę się o wie­le później, to jego za­cho­wa­nie. Tego, że tak często dzwo­ni do drzwi Ric­kar­da i Bos­se­go w sąsied­nim blo­ku i w mil­cze­niu za­grze­bu­je się w sto­sach ich ko­miksów, na­wet kie­dy ko­legów nie ma w domu. Mogę za­cze­kać, mówi chłopiec ich mat­ce i prze­pa­da w naj­now­szej przy­go­dzie ka­pi­ta­na Mi­kie­go z se­rii "Dzi­ki Zachód", po dwa­dzieścia pięć öre, wy­chodzącej co ty­dzień w for­ma­cie książecz­ki cze­ko­wej; na końcu ban­dy­ci za­wsze mają już ka­pi­ta­na na musz­ce, co każe chłopcu czy­tać nu­mer za nu­merem, stos za sto­sem.

Wstydzę się tego, że czy­ta tak dużo ko­miksów, sko­ro wiem, jak wie­le sta­rań dokłada jego tata, żeby wca­le nie czy­tał ko­miksów, tyl­ko spe­cjal­nie do­bra­ne lek­tu­ry, które on przy­no­si mu co dwa ty­go­dnie z miej­skiej bi­blio­te­ki w brązo­wej skórza­nej tecz­ce.

Te książki oczy­wiście też czy­tu­je, cza­sa­mi z la­tarką pod kołdrą, gdy lam­pa do czy­ta­nia jest już zga­szo­na na noc. Albo la­tem, kie­dy na dwo­rze wciąż jest ja­sno, z książką przy po­sze­rzo­nej szcze­li­nie światła na krawędzi ro­le­ty. Któregoś razu, po późnym wie­czo­rze z Sher­loc­kiem Hol­me­sem i za­gadką na­kra­pia­nej prze­pa­ski, boi się zasnąć ple­ca­mi do ścia­ny w oba­wie, że wypełznie z niej mor­der­czy ja­do­wi­ty wąż. Po późnym wie­czo­rze z Al­la­nem Poe i przy­pad­kiem pana Wal­de­ma­ra w ogóle boi się zasnąć, żeby się nie roz­puścić w po­twor­nej zgni­liźnie.

Jed­nak ko­mik­sy mają być chłopcu oszczędzo­ne. Po­dob­nie jak i wie­le in­nych rze­czy, które zda­niem tych dwoj­ga nowo przy­byłych mogłyby znisz­czyć świat, który chłopiec aku­rat czy­ni swo­im, a który dla nich jest je­dyną szansą i na­dzieją.

Zresztą nie oni jed­ni się nie­po­koją. Od mamy Pera-Olo­fa z blo­ku nu­mer 43 chłopiec, który jest w pe­wien sposób mną, do­sta­je książkę pod tytułem "młodzież na złej dro­dze" czy "wiel­ko­miej­skie za­grożenia", czy może "bez­bożne in­fer­no" albo coś w tym sty­lu, i ma ją za­nieść do domu, ma­mie albo ta­cie. Mam wte­dy ja­kieś sie­dem, osiem lat i młodszą sio­strzyczkę, i już prze­nieśliśmy się na drugą stronę uli­cy z ka­wa­ler­ki w blo­ku nu­mer 42 do dwóch po­kojów w blo­ku nu­mer 45, a ja jak jed­no­oso­bo­wa chma­ra sza­rańczy pochłaniam wszyst­ko na mej dro­dze, co tyl­ko da się prze­czy­tać, choćby to były szyl­dy skle­po­we na Stor­ga­tan czy opa­ko­wa­nie płatków owsia­nych na ku­chen­nym sto­le. Okładką książka przy­po­mi­na po­wieść bru­kową, czar­na dłoń chwy­ta obnażone dam­skie ramię na płomie­ni­stym tle, czy coś w tym sty­lu, i łatwo może być za taką wzięta. Ale to nie dla­te­go tata za­bie­ra mi książkę, a na­wet chce, żebym na­tych­miast odniósł ją i po­dziękował za pożycze­nie, cze­go nie mogę zro­bić, po­nie­waż jest po­da­ro­wa­na, a nie pożyczo­na. Ma to coś wspólne­go z ro­dzi­ca­mi Pera-Olo­fa i z czymś, co tata na­zy­wa pro­pa­gandą. Książka z tą uwo­dzi­cielską okładką jest pro­pa­gandą re­li­gii ro­dziców Pera-Olo­fa, która nie jest re­li­gią mo­ich ro­dziców. Ro­dzi­ce Pera-Olo­fa są zie­lo­noświątkow­ca­mi czy człon­ka­mi Szwedz­kie­go Związku Mi­syj­ne­go lub cze­goś ta­kie­go. Do tra­dy­cji zie­lo­noświątkowców i członków Związku Mi­syj­ne­go należy, zda­je się, zwy­czaj, że także dzie­ci piją kawę. Per-Olof w każdym ra­zie za­wsze pije kawę z ro­dzi­ca­mi. W re­li­gii mo­ich ro­dziców pa­nu­je, zda­je się, zwy­czaj, że dzie­ciom nie wol­no pod żad­nym po­zo­rem pić kawy. Mnie w każdym ra­zie nie wol­no na­wet jej spróbować, gdy piją. Moją pierwszą kawę piję u cio­ci Ilo­ny w tra­fi­ce na Strängnäsvägen, kie­dy mam dzie­sięć lat, a ona ufa mi na tyle, że mogę przyj­mo­wać zapłaty i li­czyć drob­ne, i wbi­jać te kwo­ty na kasę, choć nie na kasę to­to­lot­ka, z którą trze­ba szczególnie uważać. Kawa go­tu­je się przez cały dzień i ma gorz­ki smak, i wca­le mnie nie ciągnie, żeby zo­stać zie­lo­noświątkow­cem.

Ale to praw­da, że nie­po­koją się także ro­dzi­ce Pera-Olo­fa. Mar­twią się o to, co będzie ze świa­tem, gdy młodzież jest na złej dro­dze i ro­dzi­na jest w sta­nie rozkładu, i szerzą się po­ran­ki fil­mo­we i ko­mik­sy, i prze­kleństwa, i mu­zy­ka roc­ko­wa, i roz­pu­sta, i po­wszech­na bez­bożność. I o to, co się sta­nie z ciem­nowłosym ko­legą Pera-Olo­fa z sąsied­nie­go blo­ku, jeżeli nikt nie wskaże mu dro­gi i praw­dy.

A z dru­giej stro­ny może być i tak, że nikt małemu chłopcu nie wci­ska tej książecz­ki z zachęcającą okładką, tyl­ko on sam grzecz­nie pyta, czy mógłby ją pożyczyć, a wte­dy mama Pera-Olo­fa łaska­wie daje mu ją jako pre­zent i mówi, że tata i mama też może ze­chcą ją so­bie prze­czy­tać, i że to wszyst­ko wca­le nie ozna­cza, iż ro­dzi­ce Pera-Olo­fa się mar­twią, tyl­ko że są miłymi ludźmi.

O wie­le później mam jako punkt wyjścia tyl­ko ten ułomek. Tata od­bie­ra mi, za­ska­kująco szorst­ko, pewną książkę (nie ko­miks, broń Boże), i ma to związek z za­pa­chem kawy w kuch­ni mamy Pera-Olo­fa. Oraz z do­zna­niem nie­po­ko­ju.

O wie­le później wypełniam mar­twe pola między do­zna­niem a pamięcią.

Dokładam późne zna­le­zi­ska z lo­kal­nej ga­ze­ty.

Aby uczcić pierw­szy dzień Wiel­ka­no­cy 1952, w ki­nie Roxy wyświe­tla­ny jest film o wiel­ko­miej­skich sie­dli­skach roz­pu­sty, z przed­mową pa­sto­ra K.-E. Kej­ne­go3.

Na ze­bra­niu go­spo­dyń do­mo­wych re­dak­tor Stu­re Ols­son prze­strze­ga przed poważnymi pro­ble­ma­mi, ja­kie grożą dzie­ciom chodzącym do kina. "Ido­la­mi nie­przy­sto­so­wa­nych stają się ciem­ne typy, im­pul­sy do przestępczych działań biorą się z ta­nich filmów kry­mi­nal­nych. Łobu­zer­skie często za­cho­wa­nie dzie­ci, które pod­czas po­ran­nych se­ansów z reguły są na wi­dow­ni same, też może być fa­tal­ne w skut­kach dla roz­wo­ju młodych".

"Nig­dy więcej Fli­pa i Fla­pa", de­kla­ru­je jakaś "mama kry­tycz­na wo­bec ki­no­wych po­ranków".

Chłopiec uwiel­bia cho­dzić na po­ran­ki. Równie zachłan­nie jak połyka książki, pochłania też fil­my. Nie da się za­prze­czyć, że na po­ran­kach pa­nu­je dzi­ka wrza­wa. Może i łobu­zer­ka. Gdy film się za­czy­na, wszy­scy składają bi­le­ty na pół, żeby w nie dmu­chać. Aby wy­do­być pożądany dźwięk, trze­ba mieć trochę wpra­wy. Złożony bi­let trzy­ma się między kciu­ka­mi, dłonie stu­lo­ne w mi­seczkę, i dmu­cha się ostrożnie, tak by pa­pier zaczął wi­bro­wać. W naj­lep­szym ra­zie brzmi to prze­raźli­wie. Chłopiec jest do­bry w dmu­chaniu w bi­le­ty. Na po­ran­kach uczy się wie­lu rze­czy, na przykład trzy­mać stronę In­dian prze­ciw­ko białym. Uczy się tego na in­diańskim fil­mie Białe pióro, który ogląda trzy razy. Kie­dy dzie­ci bawią się w In­dian i białych, co często robią w le­sie, który za­czy­na się tam, gdzie się kończy jarzębi­no­wa ale­ja, chłopiec o ciem­nych włosach jest za­wsze In­dianinem.

No tak, może jest powód do nie­po­ko­ju.

Bo czyż nie widzę tego ciem­nowłose­go mal­ca w gro­ma­dzie łobuzów, co urządzają kocią mu­zykę, rzępoląc na czym się da pod oknem ro­dzi­ny S. z par­te­ru blo­ku nu­mer 38? Co tam, na miłość boską, robi on, który nie­ba­wem będzie nosił pudło ze skrzyp­ca­mi i prze­zwi­sko rzępoła?

I czy nie włóczy się z bandą star­szych chłopaków, którzy pew­ne­go wio­sen­ne­go dnia, wcze­snym ran­kiem, wołają kärring [jędza] za panną Ber­ger­man, kie­dy przy fa­bry­ce Bal­tic mija ich na ro­we­rze w dro­dze do szkoły? Nie widzę, kto go do tego pro­wo­ku­je, i nie ro­zu­miem, jak on może dać się spro­wo­ko­wać, bo prze­cież wiem, że uwiel­bia pannę Ber­ger­man i dałby się za nią po­sie­kać, i że na za­wsze za­pa­mięta, jak na wie­trze od stro­ny por­tu, aż ciężkim od fa­brycz­nych woni, łopo­cze jej su­kien­ka w kwia­ty i jak jej rude włosy pieszczą jej jasną, pie­go­watą twarz, kie­dy zdzi­wio­na od­wra­ca się i pa­trzy na nich, i że już za­wsze będzie tam stała przed nim, w tam­tej skrzy­piącej kla­sie w żółtej drew­nia­nej wil­li, i tłuma­czyła z nie­ziem­skim uśmie­chem, że słowo kärring wzięło się od słowa kär [ko­cha­ny], które ozna­cza lubić.

I jak wstyd pali w żołądku.

To, cze­go wstydzę się o wie­le później, nie, nie wstydzę, bo to za moc­ne, chłopiec jest w końcu tyl­ko dziec­kiem, lecz co spra­wia, że czuję się zażeno­wa­ny, to jego ciągłe sta­ra­nia, żeby się do­pa­so­wać, nie wyróżniać się, za­cho­wy­wać się jak inni, cho­ciaż nie jest jak inni. To, jak łatwo Miej­sce przy­ciąga go do sie­bie i wciąga, przywłasz­cza go so­bie. To, jak ule­gle on po­zwa­la Miej­scu od­gra­dzać ro­dziców od sie­bie. Jak bez­tro­sko zo­sta­wia ich świat poza sobą, a swój układa poza nimi.

Jak źle się wywiązuje ze swo­jej części Pro­jek­tu.

Nie, chłopiec nie jest Pat­to­nem, który w ich imie­niu anek­tu­je Miej­sce. Jest de­zer­te­rem, który na­zbyt łatwo po­zwa­la wziąć się w po­sia­da­nie Miej­scu i na­zbyt często zwra­ca je prze­ciw­ko nim. Zbyt często uda­je, że nie słyszy, gdy mówią do nie­go w języku, który jest jesz­cze ich języ­kiem, i zbyt często uda­je kogoś in­ne­go, kie­dy ka­leczą język, który jest już jego języ­kiem. Wier­ci im dziurę w brzu­chu, aż po­zwa­lają mu cho­dzić na lek­cje re­li­gii, mimo że nie musi. I może mieć cho­inkę na święta jak wszy­scy, cho­ciaż wie, że nie jest jak wszy­scy.

Jest inny, i wie o tym, i nie chce być inny.

Mogę go do pew­ne­go stop­nia zro­zu­mieć. I do pew­ne­go stop­nia właśnie o to cho­dzi w Pro­jek­cie: by Dziec­ko uczy­niło Miej­sce swo­im miej­scem, aby im także umożliwić jakiś nowy świat.

W Pro­jek­cie nie cho­dzi o to, aby Miej­sce od­wra­cało od nich Dziec­ko. I co o wie­le później trud­no mi wyjaśnić, to dla­cze­go tak łatwo na to Miej­scu po­zwa­lał.

Lato 1956. Chłopiec właśnie zakończył swój pierw­szy rok szkol­ny i po­wi­nien był prze­cież pojąć to czy owo. Ale gdy mar­na reszt­ka jego pra­wie wytępio­nej ro­dzi­ny przy­jeżdża z dru­giej stro­ny kuli ziem­skiej, aby od­wie­dzić raj przy jarzębi­no­wej alei, i nad­zwy­czaj miękko wta­pia się w małe M-2 na par­te­rze blo­ku nu­mer 45, on szyb­ko pod­no­si zwo­dzo­ny most i kry­je się za ba­ry­kadą z ko­miksów i wymówek.

Ciot­ka Blu­ma ma buj­ne kształty i donośny głos, i śnia­da­nia przyrządza tak jak w Izra­elu, z sałatką z drob­no po­kro­jo­nych wa­rzyw. Ku­zy­ni, jego rówieśnicy Izak i Ja­kob, ru­dowłosi i roz­bry­ka­ni, za­raz próbują go wyciągać na różne eska­pa­dy.

To mogłoby być faj­ne lato. Kąpie­li­sko. Las. Plac za­baw. Port. Nie­dziel­ne prze­jażdżki no­wiut­kim au­tem z miej­scem na dwójkę po­zgi­na­nych dzie­ci w cia­snej prze­strze­ni między tyl­nym sie­dze­niem a sil­ni­kiem.

I fak­tycz­nie wszyst­ko tam jest. Od lasu po­czy­nając. Jego ku­zy­ni nie mogą się na­cie­szyć la­sem. Jesz­cze nig­dy ta­kie­go nie wi­dzie­li. Ścieżki usłane igli­wiem, szałasy, ciepłe pnie so­sen na po­la­nie. Tego lata zbie­rają w le­sie dużo jagód. Jego ku­zy­ni prze­pa­dają za ja­go­da­mi. Któregoś dnia Izak, a może Ja­kob, pro­po­nu­je, by po­za­mie­nia­li miej­sca­mi pla­sti­ko­we szu­flad­ki na dole ku­chen­nej szaf­ki, i parę go­dzin później ich świeżo ze­bra­ne ja­go­dy są pie­czołowi­cie po­sy­pa­ne solą.

Więc niby robią różne rze­czy ra­zem.

A jed­nak nie. Jest tak, jak­by chłopiec nie chciał dopuścić ich do sie­bie. Jak­by się bał, że coś mu od­biorą, na­ruszą jego po­zycję w Miej­scu, zro­bią go ob­cym, zro­bią go tak in­nym, jak w głębi du­szy prze­czu­wa, że jest.

To praw­da, że ku­zy­ni mówią języ­kiem, którego on nie ro­zu­mie, i robią rze­czy, z którymi nie chce być ko­ja­rzo­ny, na przykład pożyczają so­bie na podwórzu stojące lu­zem ro­we­ry i zo­sta­wiają je po­tem gdzie po­pad­nie. Prawdą jest także, że jarzębi­no­wa ale­ja sta­no­wi mały i za­mknięty świat, do którego nie wpusz­cza się ni­ko­go ot tak so­bie, ani z Viksängen po dru­giej stro­nie mo­stu ko­le­jo­we­go, ani z Tel Awi­wu po dru­giej stro­nie kuli ziem­skiej.

Ale prawdą jest także, że oni próbują przy­sto­so­wać się, jak tyl­ko po­tra­fią, i że nad po­dziw prędko uczą się języka, i że pod ko­niec lata po­ru­szają się po Miej­scu swo­bod­nie, jak u sie­bie w domu, i do sa­me­go końca są otwar­ci i życz­li­wi wo­bec nie­gościn­ne­go ku­zy­na, który cho­wa się wśród ko­miksów u Ber­ti­la na pierw­szym piętrze blo­ku nu­mer 47 i uda­je, że nie słyszy, kie­dy wołają na podwórzu pod oknem jego imię. Berrr­ra, wołają ze swo­im gardłowym "r" i zaśmie­wają się, bo wiedzą, że tak zdrab­nia się imię Ber­ti­la i że on u nie­go się ukry­wa.

Zo­stają tak długo, aż jarzębiny czer­wie­nieją, za­czy­na się szkoła i już nic nie może się wcisnąć między chłopca a jego świat.

Świat chłopca i ni­czyj więcej. Ro­dziców też nie.

Naj­mniej świat ro­dziców.

Zda­rza się parę razy, że jego świat odtrąca go z po­wro­tem ku ich świa­tu i ich cie­nie na mo­ment wdzie­rają się w nie­go, po­zo­sta­wiając do­zna­nie mro­ku i chłodu.

Któregoś zi­mo­we­go dnia kil­ko­ro dzie­ci rzu­ca pigułami w ich ku­chen­ne okno, wołając "Żydzi". Miesz­ka­nie leży na par­te­rze, w 45-ce, i okno wy­cho­dzi na podwórko. Chłopiec słyszy, jak śnieg wali głucho o szybę, i wi­dzi, jak mama robi się biała na twa­rzy. Całkiem bie­le­je i cich­nie. Nic nie mówi. Ani do dzie­ci na podwórku, ani do chłopca w kuch­ni. Nie mówi też nic ta­cie, kie­dy ten wra­ca z fa­bry­ki. Przy­najm­niej kie­dy chłopiec słyszy.

Gdy wiosną top­nieją śnie­gi, po­ja­wiają się kul­ki. W Miej­scu gra w kul­ki to ozna­ka wio­sny. Jed­no­barw­ne ka­mien­ne kul­ki kosz­tują po jed­no öre za sztukę, można je kupić w tra­fi­ce, obciążają i wy­py­chają kie­sze­nie. Niektórzy prze­cho­wują swo­je kul­ki w spe­cjal­nie uszy­tych, dyn­dających u pasa wo­recz­kach. Są także kul­ki ze lśniącej sta­li i z ko­lo­ro­we­go szkła. Le­piej się nimi rzu­ca niż kul­ka­mi ka­mien­ny­mi, bo są cięższe i większe, lecz także droższe i dla­te­go nie­wie­lu nimi ry­zy­ku­je w grze. Niektórzy ciągle tracą swo­je kul­ki i muszą za­do­wo­lić się ki­bi­co­wa­niem albo próbują wyżebrać pie­niądze na nowe. Staw­ka w grze w kul­ki jest wy­so­ka, zwłasz­cza w tej jej od­mia­nie, która po­le­ga na ce­lo­wa­niu w pi­ra­midkę, czy­li pirkę. Pir­ka składa się z trzech ku­lek, które wci­ska się w zie­mię, i kul­ki, którą kładzie się na wierz­chu. Kto tra­fi w pirkę, może usta­wić ją zno­wu i wy­gry­wa wszyst­kie te kul­ki, które w nią nie tra­fią.

Ist­nie­je parę spo­sobów oszu­ki­wa­nia w pirkę. Naj­bar­dziej podstępny po­le­ga na tym, że te trzy kul­ki u pod­sta­wy pi­ra­mid­ki wci­ska się trochę za moc­no i trochę za głęboko, tak że po­wierzch­nia do ce­lo­wa­nia zmniej­sza się i pir­ka jest sta­bil­niej­sza, dla­te­go trud­niej wybić górną kulkę.

O ta­kiej pir­ce, do­wia­du­je się chłopiec, mówi się "żydow­ska".

Do­wia­du­je się też, że ist­nieją kul­ko­we żydy.

Żyd kul­ko­wy to ktoś, kto usta­wia żydowską pirkę albo zbie­ra więcej ku­lek, niż wy­grał, albo ściu­bi kulkę do kul­ki, za­miast nimi grać, albo tyl­ko przy­pad­kiem wej­dzie w drogę ja­kie­muś roz­cza­ro­wa­ne­mu czy sfru­stro­wa­ne­mu gra­czo­wi. Kul­ko­wy żyd to po­wszech­ne w se­zo­nie kul­ko­wym wy­zwi­sko. Najczęściej: "ty cho­ler­ny żydzie kul­ko­wy".

Chłopiec nieczęsto bywa na­zy­wa­ny kul­ko­wym żydem, po­nie­waż jest mar­nym gra­czem i ciągle tra­ci swo­je kul­ki, i rzad­ko kogoś iry­tu­je lub komuś za­graża, ale za każdym ra­zem ser­ce w nim za­mie­ra, gdy słyszy słowo Żyd w tej albo in­nej kom­bi­na­cji. Wie, że mama i tata są Żyda­mi, i on sam, i jego sio­strzycz­ka, i ro­dzi­na Kle­inów po dru­giej stro­nie mo­stu ko­le­jo­we­go, i cio­cia Ilon­ka na dru­gim końcu jarzębi­no­wej alei. I cho­ciaż nie wie, co to zna­czy, to ro­zu­mie, że ma to związek z ich cie­nia­mi.