Krótki przewodnik po duchowości wspólnoty - ks. Grzegorz Strzelczyk

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (27,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Razem wierzyć

Dlaczego nie osobno

W centrum nauczania o tak zwanym życiu duchowym stawia się zwykle - przynajmniej współcześ­nie - osobistą relację z Bogiem. Oczywiście, jest do pomyślenia takie podejście: "interesuje mnie tylko ja i mój Bóg". I gdyby było tak, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo jedynego Boga ścisłego monoteizmu, który jest absolutnym samotnikiem, to może nie przeszkadzałoby nam, że człowiek jest wpatrzony w niebo i na boki się za bardzo nie rozgląda. Jednak w optyce wiary w Boga w Trójcy, w którym wielość i jedność są tak samo znaczące, sytuacja poważnie się komplikuje. Jeżeli zostaliśmy bowiem stworzeni na obraz i podobieństwo takiego Boga, to drugi człowiek nie jest tak do końca na zewnątrz naszego życia. Powinien nas interesować, choćby dlatego, że współokreśla to, kim jesteśmy. W chrześcijaństwie zatem zarówno przeżywanie swojej duchowości, jak i chociażby rozumienie sakramentów są specyficzne właśnie ze względu na osobliwy sposób postrzegania Boga (i człowieka w związku z tym).

Przypomnijmy to, co akcentuje także chrystologia, a co najlepiej ujął Sobór Chalcedoński w V wieku: Chrystus jest współistotny Ojcu co do Bóstwa i współistotny nam co do człowieczeństwa. Istnieje zatem daleko idąca analogia pomiędzy tym, jak ściśle są ze sobą złączone Osoby w Bogu, a tym, jak my, ludzie, jesteśmy połączeni. Z jedną zasadniczą różnicą - jesteśmy materialni, w związku z tym stanowimy znacznie wyraźniej osobne jednostki. Rodzi się pytanie: ilu jest ludzi z punktu widzenia definicji chalcedońskiej? Jeżeli Bóg jest jeden (przez współistotność Osób), to ile jest "człowieków"? Też jeden. Zasadniczo istnieje jeden człowiek. Ludzie, wielość to jest drugi aspekt człowieka. W istocie tak, jak wierzymy "w jednego Boga", tak też powinniśmy wierzyć w jednego człowieka. I ten jeden człowiek jest wieloma ludzkimi osobami.

W konsekwencji również nasze przeżywanie relacji do Boga musi dokonywać się przy jednoczesnym i intensywnym przeżywaniu relacji do bliźniego. Jakakolwiek próba wycofania się z relacji poziomych jest duchowym samobójstwem - ­zaprzeczaniem tego, jak jesteśmy stworzeni, ukształtowani przez Boga. Nie wolno - i w teorii, i w praktyce - tracić z oczu tego, że jesteśmy "zrobieni" tak, że wręcz do bólu tych innych potrzebujemy. I oni nas potrzebują. Jesteśmy bez nich jakoś "niedokończeni". Pełnia to jest ów jeden człowiek z ludzi się składający. W związku z tym każda próba budowania indywidualistycznej duchowości - której celem byłoby to, że: "ja się teraz będę dobrze czuł z moim Bogiem i nikt mi nie będzie w tym przeszkadzać" - to jest, delikatnie mówiąc, niekoniecznie chrześcijańskie. A niedelikatnie mówiąc: to z chrześcijaństwem poważnie się rozmija!

Niestety kontekst, w którym żyjemy, kultura, społeczeństwa mają tendencję do indywidualizmu. Mimo że nauki o człowieku podpowiadają, że jesteśmy zwierzętami dramatycznie stadnymi, to kultura, w której żyjemy, jest kulturą w dużej mierze indywidualistyczną, budującą w człowieku przekonanie, że jest sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, że jest samodzielny i samowystarczalny. Tymczasem nigdy nie byliśmy tak mało samowystarczalni, jeśli chodzi na przykład o zaspokajanie podstawowych potrzeb.

Przyjrzyjmy się temu zagadnieniu bliżej: kilkaset lat temu przeciętny chłop na wsi potrafił sam zrobić niemal wszystko, co było mu do życia potrzebne. Nie mając nikogo dookoła, zdołał przeżyć. Napotykał z pewnością różne trudności, ale sam był w stanie zasiać, zebrać, zemleć, upolować, zabić, oprawić, wysuszyć - wszystko to, co było związane z zaspokojeniem elementarnych potrzeb, po prostu umiał zrobić.

Spróbujmy dzisiaj wyobrazić sobie, że musimy przeżyć w gospodarstwie w lesie. Mamy trochę ziarna, trochę zwierząt, kawałek wykarczowanej ziemi. Ale trzeba polować, żeby uzupełnić zasoby, uprawiać, oporządzać... Jakie mielibyśmy szanse na przeżycie - bez podręczników i filmików instruktażowych o tym, jak się konserwuje mięso albo jak się oprawia zwierzę? Bo upolowanego nie da się przecież tak od razu zjeść - ono ma sierść, wnętrzności. Nie wszystko nadaje się do jedzenia...

Rozwój cywilizacyjny sprawił, że żyjemy w gigantycznym paradoksie - potrafimy trwać w przekonaniu o osobistej autonomii i niezależności, podczas gdy prawie we wszystkim od wszystkich zależymy. I to globalnie. Zwróćmy uwagę, że nigdy jeszcze powiązania między ludźmi nie były tak zglobalizowane, a przez to zanonimizowane. Wcześniej zależało się od rodzinnego stada - to znaczy od stosunkowo małej grupy. W związku z tym łatwo było też myśleć plemiennie i wiedzieć, że moim bliźnim jest ten, "co do płota". Od tego drugiego - "za płotem", to już mniej zależę. Ale teraz, gdy od czasu do czasu korzystamy z telefonu komórkowego czy z zegarka, to nawet nie zdajemy sobie sprawy, że działają one dzięki temu, że na przykład jacyś chłopcy w kopalni w Afryce pozyskują minerały, z których pochodzi lit niezbędny we współczesnych akumulatorach. Nie wspominam nawet o tym, że większość ludzi w ogóle nie wie, co to jest lit...

Gdybyśmy teraz sprawdzili, gdzie zostały wyprodukowane nasze ubrania, to dowiedzielibyśmy się, że od Bangladeszu - wiemy w ogóle, gdzie to jest? - poprzez Indie i jeszcze inne państwa. A mog­łoby się okazać, że wprawdzie w Bangladeszu tę bluzkę uszyli, ale bawełna do jej produkcji pochodzi z Ameryki Południowej, a barwniki z Australii bądź z innej części świata i tak dalej. Nigdy jeszcze ta zależność, która jest w nas istotowa, metafizyczna nie była tak bardzo zrealizowana w codziennej praktyce. A ona ze swej natury jest właśnie uniwersalna: istnieje jeden człowiek, w związku z tym wszyscy są moimi bliźnimi. Wydaje się, że dopiero teraz przez globalizację dochodzimy do kultury, która tak rzeczywiście działa. Możemy nie znać "tych tam" z Bangladeszu, którzy uszyli spodnie i bluzki, w które się ubieramy, ale bez nich bylibyśmy nadzy - także w metaforycznym, głębszym sensie tego słowa.

To, jak nas Trójjedyny Bóg stworzył, domaga się wspólnotowej duchowości, czyli uwzględnienia innych ludzi w naszym przeżywaniu relacji z Bogiem. Których ludzi? - zapytamy. Wszystkich. W różnym stopniu oczywiście, bo niektórych możemy spotkać tylko wirtualnie albo wręcz w wyobrażeniu - tych się, swoją drogą, kocha najłatwiej, rzecz jasna. Im bardziej wirtualna jest miłość, tym jest w ogóle łatwiejsza. Ale właśnie przez globalizację kultury nasze wybory przekładają się na globalizację solidarności i miłości. To znaczy, że naszymi decyzjami, na przykład co do tego, co kupujemy, gdzie kupujemy, na co wydajemy pieniądze i tak dalej, faktycznie możemy okazywać miłość (lub nie) bliźnim na innych kontynentach.

Zatem duchowość chrześcijańska zawsze patrzy tak na prawo, jak i lewo, mimo że głównie spoziera do góry. Nie wolno nam się jednak tylko zwertykalizować. Zawsze musimy wiedzieć, co się dzieje zarówno po naszej prawej, jak i lewej stronie. Jeżeli stracimy innych z oczu, zagubimy się - "my jako my", zagubię się "ja jako ja". Wtedy też nasza relacja do góry, do Boga będzie szwankować, bo będziemy niedomagać.

Zresztą, kiedy prawowiernie przeżywamy relację do Boga nawet w jej wymiarze pionowym, to ona też jest zmnożona, bo przecież Bóg jest trójny1. Stajemy zawsze wobec Ojca, obok Syna i w Duchu Świętym. Zwróćmy uwagę zwłaszcza na owo "obok Syna". Nie możemy inaczej stawać wobec Ojca, jak właśnie "obok" Syna. On nam poprzez wcielenie w ogóle umożliwia stanięcie w tym miejscu. Mamy "śmiały przystęp do [Ojca]" (Ef 3,12). Ale dlaczego? Dlatego że stoi przy nas Chrystus. Najpierw zostaliśmy zaproszeni przez człowieka. Człowieka, który jest też Bogiem, ale zaproszenie przychodzi do nas przez konkretne, w historii zanurzone człowieczeństwo. W związku z tym nasze doświadczenie duchowe jest wspólnotowe w swej istocie nawet wtedy, gdy sobie tego jasno nie uświadamiamy. Bo to nie jest tylko: "ja i jednoosobowy Bóg". To jest: "ja i Oni". A jeśli jeszcze do tego dołożyć świadomość, że w Bogu są już jakoś ci, którzy doszli do pełni zbawienia, to się robi naprawdę duża wspólnota.