Krótki lot motyla bojowego - Eugeniusz Dębski

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2008
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-415-6
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE Marek Okoń
ILUSTRACJE Maciej Dębski
PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska
REDAKCJA Bożena Sęk
KOREKTA Marian Aleksandrowicz, Magdalena Byrska
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Ostry świergot telefonu wbił się w ciszę. Milt drgnął, słupek ciepłego popiołu złamał się i opadł mu na brodę, a potem w postaci niewielkiej sypkiej lawiny oprószył kołnierz mundurowej bluzy. Na złość rozmówcy odczekał siedem sygnałów i pokonany przez niezawodny eskalator dźwięku wcisnął taster odbioru.
- Z przyjemnością słucham - powiedział słodko.
- Tu Niclas...
Milt gwałtownie uderzył się pięścią w pierś, następnie - hałasując możliwie mocno - opuścił jedną nogę na płyty patio i tupnął nią dwukrotnie.
- Porucznik Brownell! - zameldował energicznie, zupełnie nie zmieniając pozycji.
- Czy jest ktoś w pobliżu? - pytanie padło dopiero po kilkusekundowej przerwie.
- Nie, panie generale - zaczął sprężyście.
- No to po co mnie bierzesz na sztorc? Jestem w gabinecie Lettsa. Doskonale widzę stąd twoje nabrzmiałe od piwska cielsko rozwalone na hamaku...
Milt zachichotał i pomachał w powietrzu palcem. Ułożył się wygodniej.
- To nie to... - powiedział łagodnie, jakby po raz nie wiadomo który tłumaczył dziecku oczywistą prawdę. - Klatkę piersiową rozsadza mi powietrze. Wiesz, że mam zwyczaj kwitować każde piwo dziękczynnym westchnieniem, a część tego powietrza zawsze zostaje mi w płucach. O!
- Nie boisz się, że kiedyś ulecisz w powietrze niczym balon wypełniony tym dziękczynieniem? - zapytał Niclas Morr i nie czekając na odpowiedź, zmieniwszy ton, mówił dalej: - Wiesz, że od niedawna mamy nowego prezydenta? Pewno nie...
- Domyśliłem się. Miałem takie przeczu...
- Zostaw. Przyjeżdża do nas. Więc szybko przyjdź do mnie. I jeszcze... Możesz w ciągu pół godziny zrobić u siebie coś na kształt porządku, Mister Augiasz?
- Nawet o tym nie marz. - Milt zamachem nóg przemieścił się do siadu i od razu wstał. Zgarnął do kieszeni papierośnicę. - Zaraz u ciebie będę - rzucił do telefonu i ruszył na ukos przez gęstwinę nisko ścielących się flawioli w stronę wejścia do swojego biura. Sprężynujące łodygi niemal podbijały mu stopy i zaraz potem na chwilę wystawiły płaskie talerze pstrych kwiatów ponad dywan innych, a po chwili, jakby zadowolone z przeglądu, opadały niżej, znikając w zwartej gęstwinie płatków, liści i łodyg.
Brownell, nie czekając, aż flegmatyczne drzwi całkowicie zejdą mu z drogi, bokiem wsunął się w korytarz i prawie biegiem dopadł swojego służbowego pokoju. Na terenie bloku DEU było to jedyne pomieszczenie, w którym zawsze panował modelowy porządek. Z tego pokoju korzystał tylko w ostateczności i zachowywał się wówczas jak malajskie dziewczęta, które tańczą wśród ostrych jak skalpele, wirujących nieustannie szabel: chodził na palcach, bez przerwy wyginał się i kręcił, byle tylko nie zahaczyć o jakiś mebel i nie przesunąć go ani o milimetr, dotykał jedynie tych przedmiotów, których musiał, i natychmiast odstawiał je na miejsce. Dzięki temu mógł swoje biuro w każdej chwili pokazać dowolnej inspekcji.
W progu zatrzymał się, obrzucił pomieszczenie uważnym kontrolnym spojrzeniem, kilka razy wciągnął powietrze nosem i niezadowolony z odczuć wśliznął się miękko do środka. W szufladzie biurka odszukał kilka małych słupków z aerożelami i wprawnie nasycił atmosferę słabym zapachem wody kolońskiej, świeżej skóry i nowego lakieru. Klasyczna mieszanka biurowa. Wycofał się za drzwi i choć trąciło to już paranoją, jeszcze raz zlustrował pomieszczenie.
Zamknięcie biura wpłynęło na niego radykalnie - energicznie rzucił się do swojej kwatery. Po drodze zdarł z siebie bluzę i odpiął w biegu pas. Obie te rzeczy już od progu płaskim łukiem wystartowały w kąt pokoju, natomiast spodnie poszybowały w innym kierunku. Milt nie dbał o to. Wydarł z uchwytu w drzwiach szafy nieskazitelnie świeży mundur, rzucił go na podłogę i podszedł do kostki telefonu. Trzema zerami wywołał okólną z priorytetem.
- Dyżurny? Ktoś teraz pracuje?
- Nie, wszystkie stanowiska wolne. Sierżanci Kusley i Federiz są w pogotowiu. Sierżant Seykowitz nieobecny: przepustka. Pozostali na terenie bloku DEU.
- Dziękuję. To, co powiem, dotyczy wszystkich... - Milt westchnął. - Wiele albo nawet wszystko wskazuje na to, że nowy prezydent zechce zaszczycić nas swoją wizytą. Wobec tego jestem zmuszony przerwać wam niezasłużony odpoczynek i prosić, abyście zrobili, jak powiada generał, coś na kształt porządku w swoich pokojach. Proszę również o przebranie się w jakieś tam resztki mundurów. Jeśli ktoś nie wie, gdzie ma mundur albo jak takie ubranko wygląda, może się udać do oficera kwater...
- Z tym porządkiem to serio?! - ostry, wysoki, szczekliwy głos i rozmazane końcówki słów wskazywały na Butterwotha. Miał wymowę człowieka stojącego z wyciągniętą szyją i zadartą do góry brodą. Przerywając Miltowi, wyprzedził o kilka sekund pełne oburzenia wrzaski pozostałych sierżantów.
- Cicho! - krzyknął Milt, mocując się z uchwytami munduru. - Innym razem pobawimy się w dowcipną konwersację. Macie uprzątnąć tylko pokoje, do szafek nikt nie będzie zaglądał. Odpuszczę wam na to godzinę albo mniej, więc... - Brownell zawiesił głos, zamykając dyskusję.
- Myślisz, że ona... - łagodnie odezwał się któryś z Volpertów.
- Ona ma służbę! - przerwał porucznik. - Kto pierwszy skończy, zabierze się do jej pokoju albo ona sama popracuje, słyszysz? Ma być porządek. Koniec.
Plaśnięcie dłoni ucięło jakieś dobiegające jeszcze z głośnika słowa, które dotarły do uszu w postaci szczątkowego jęku. Milt dwoma skokami zdobył łazienkę, pół minuty prysznica i drugie tyle ciepłego powietrza tornada. Niecałe dziesięć minut później nieco nonszalancko, ale w ramach panującego luzu, nic więcej, zameldował się w sekretariacie generała Niclasa Morra. Po pierwszych słowach meldunku sekretarza drzwi do gabinetu otworzyły się i Milt energicznie przekroczył próg - kontaktową szynę.
- Porucznik Brownell melduje się na... - Usłyszał z tyłu sapnięcie pneumoklamki, natychmiast przerwał meldunek, zwiotczał. Dwoma krokami dopadł fotela i usiadł, nie czekając na zezwolenie.
- Robicie ze mnie durnia - westchnął Morr. - Szczegóły są następujące... - przeszedł gładko do sedna. - Nie jest to utajniona wizyta ani specjalna inspekcja, ale też nikt jej wcześniej nie planował. Znaleźliśmy się w tak zwanej delikatnej sytuacji: z jednej strony nie możemy przesadzić w staraniach i wypaść na błysk, bo od dawna już nikt w to nie wierzy, nie powinniśmy również dać pyskiem w błoto. W końcu to armia, cokolwiek o niej myśleć. Równocześnie... - westchnął znowu i umilkł.
Milt odebrał to jako wezwanie do kontynuacji.
- Równocześnie - podchwycił - ponieważ prezydent ma pod nosem kilkanaście takich jednostek jak nasza, a mimo to jedzie tutaj, może to oznaczać, że sumiennie zabiera się do swoich obowiązków i ma zamiar obejrzeć sobie to, co w siłach zbrojnych w ogóle jest warte obejrzenia. Czyli nas.
- Jak to ludzie potrafią za pomocą kilku słów nakreślić przeraźliwie szczegółowy obraz. - Morr pokiwał głową.
- Czy to inteligentna osoba? - Milt pominął pochwałę.
- Jasne. Pięć lat praktyki adwokackiej, później prokurator stanowy, dwa lata w kongresie. Błyskawiczna kariera.
- No to nie musimy się podniecać: w razie czego możesz w kilku słowach wyjaśnić specyfikę naszej sytuacji.
- Tu akurat się nie zgadzamy. - Generał uśmiechnął się szeroko. - Gdyby co, ty będziesz wyjaśniał. Ja zajmę się świtą. Nie ma potrzeby wpuszczać tam za dużo luda.
Brownell zmrużył oczy i poruszył kilka razy żuchwą, jakby rozcierał problem między zębami. Błyskawicznie wymodelował sobie przed oczami sytuację w wersji generała Morra. Skinął głową.
- Dobrze. Rozumiem, że zachowana zostaje procedura z hasłem i tak dalej?
- Oczywiście. Bez hasła...
- Wiem, wiem. Nawet Pan Bóg będzie musiał przypomnieć sobie hasło, jeśli zechce się czegoś ode mnie dowiedzieć.
Milt wstał i strzelił obcasami.
- Kiedy możemy spodziewać się Jego Ekscelencji?
- Za godzinę.
- Świetnie. Zdążę jeszcze walnąć piwo i wyczyścić zęby.
Zasalutował kciukiem. Szarpnął się do zwrotu, ale coś w twarzy Morra sprawiło, że się zatrzymał.
- Coś się stało? Niclas?
- Nie wiem... Starość. I jeden z jej symptomów: przeczucia.
- Co do starości, to rzeczywiście... - Milt pokiwał głową. - I jeden z jej symptomów: płaski, spierniczały dowcip.
Machnięciem dłoni podkreślił swą wypowiedź i skręcił w kierunku drzwi. Szedł w przekonaniu, że zaraz, już, w tej sekundzie, usłyszy drwiący głos generała, doczeka się kwestii rozpoczynającej kolejny malutki pojedynek, pojedyneczek na drwinki, kpinki i subtelne złośliwostki, generał Morr milczał jednak. Porucznik Brownell nie pozwolił więc sobie na odwracanie się i jakiekolwiek dodatkowe uwagi, wyszedł przez otwarte drzwi, przez sekretariat z pozornie zdyscyplinowanym sekretarzem markującym oddawanie honorów, przez krótki korytarz i kilka stopni na rozświetlony popołudniowym słońcem plac. Własnoręcznie wykonana pobieżna rewizja osobista upewniła go, że papierośnicę zostawił w mieszkaniu, a mina wartownika - delikatny jak mgiełka uśmieszek - zniechęciła do próby pożyczenia jakiegokolwiek papierosa. Przywołał kodowym gestem przejeżdżający nieopodal osobowy wózek i po dwóch minutach, zabrawszy po drodze papierośnicę z mieszkania, zjechał bezpośrednią windą do centrali ulokowanej cztery metry pod poziomem gruntu.
Dziesięć z jedenastu foteli ustawionych na połowie linii owalu co czterdzieści sekund testowało swoje obwody, kusząc łagodnym zielonym światłem. Wystarczyło usiąść i po podłączeniu się do wzmacniacza ulecieć duchem w barwną, niepokojącą, niezmierzoną, straszliwą krainę walki. Z wyjątkiem jednej wszystkie ścianki, na żądanie izolujące fotel od reszty centrali, były podniesione, wszystkie wzmacniacze ustawione w pozycji CZUWANIE-POSZUKIWANIE. W jedynym zajętym fotelu - Day Federiz. Swobodnie rozparta, kask zsunięty na tył głowy, lewa ręka zwisa luźno, w prawej wałek stroika, palce wolno, z przerwami, jakby niechętnie przesuwają o pół milimetra potencjometr. Układ jej ciała bardziej przypominał sielankowe wylegiwanie się nad brzegiem ruczaju: dłoń zakłóca wytyczony przez Naturę nurt strumyka, melancholijne spojrzenie romantycznie utkwione gdzieś w dalekiej przestrzeni. To skojarzenie Milt mógł prawdopodobnie łączyć z pewnym przeświadczeniem, którego nabrał półtora miesiąca wcześniej, mniej więcej w drugiej sekundzie znajomości z Day. Było to mianowicie przekonanie o zdecydowanej wyższości strojów kąpielowych nad jakimikolwiek mundurami.
Zachowując maskę służbowego zainteresowania na twarzy, Brownell podszedł do Simiego Lazy Kusleya, gestem zatrzymując sierżanta w pozycji siedzącej.
- Spokój? - zapytał, jakby mu było mało wzrokowej lustracji.
- Jak w piwnicy - półgłosem odpowiedział Simi. - Albo naprowadzanie śpi... - skrzywił się - albo po prostu przerywa. Na mój nos: to drugie.
Milt, zajęty zapalaniem papierosa, zerknął na niego spod brwi. Najpierw zaciągnął się głęboko, jeszcze raz obrzucił spojrzeniem korral i rozpartą na "sedesie" Day.
- W innej sytuacji zwolniłbym was ze służby, ale za godzinę powinni się tu zjawić goście, właściwie jeden. Nieładnie byłoby pokazać mu pustą centralę, w zasadzie sądzę, że jeszcze ktoś będzie musiał tu zejść.
- Jasne. Nie przejmuj się. Zrobimy trochę ruchu.
Simi rozciągnął w pulchnym, dziecinnym uśmiechu swoje nabrzmiałe wargi tłuściocha. W gruncie rzeczy tłuściochem był tylko z oblicza, reszta ciała sprawiała wrażenie o numer za chudej w stosunku do niemal okrągłej buzi z pucołowatymi policzkami i radosnymi oczkami przyjaźnie spoglądającymi na świat. Nawet podczas walki jego spojrzenie zmieniało się tylko o tyle, że pojawiało się w nim niewinne zaciekawienie na zmianę z żalem, nieodmiennie widocznym po każdym pojedynku bez względu na wynik. Milt pokiwał głową i nie odpowiedział. Na kilka sekund wyłączył się i wyobraził sobie, że czyjeś - wiadomo czyje! - dłonie ułożą się na jego ramionach, a jej głos, melodyjny, dźwięczny, ale z lekką chrypką (Jasper, obejrzawszy ją pierwszego dnia, stwierdził: "Ma za dużo powietrza w płucach, stąd ten pogłos"), powie: "Dzień dobry, poruczniku Brownell". Milt poruszył wargami, omal sam nie powiedział tych słów, ocknął się w porę i rzekł:
- Nie przesadźcie, nie chciałbym, żeby ktoś wpadł w lejek tylko dlatego, że będzie się popisywał przed prezydentem.
- Zrobimy to "na zimnych piecach"...
- Aha. Tak właśnie to sobie wymarzyłem. - Zaciągnął się dwa razy pod rząd i spróbował puścić kółko. Powietrze, będące tu w nieustannym ruchu, w pół sekundy rozprawiło się z jego dymem. - Chyba dodam jeszcze bliźniaków.
- Oni są najbardziej widowiskowi - zgodził się Simi. Milczał chwilę. - Przejmujesz się czymś?
- Właśnie, cholera, sam nie wiem dlaczego. Geni był jakiś dziwny...
Zgasił papierosa i wstał. Mieli jeszcze kwadrans. Najbliższą windą wyjechał na poziom mieszkalny, przeszedł korytarzem w kierunku ostatnich drzwi. Po drodze sięgnął do zegaretki i wystukał okólną drzwi zewnętrznych.
- Otwórzcie swoje pokoje, muszę je zobaczyć. Zaczynam od Hala - powiedział, przybliżając zegaretkę do ust.
Z tyłu buchnęła muzyka - ktoś otworzył już drzwi. Milt ominął otwierające się właśnie drugie, do pokoju Butterwotha, i zbliżył się do ostatnich. Otworzyły się, dopiero gdy kilka razy przycisnął płytkę sygnalną.
Hal Barnaba, ubrany tylko w obcisłe kąpielówki, spocony, z oczami pełnymi rozpaczliwej determinacji, ciskał się w beznadziejnej walce z bałaganem panującym w jego pokoju. Podłogę zakrywała warstwa niekoniecznie brudnej odzieży: mundury, trykoty, szlafrok ogromny jak płachta namiotowa, w niektórych miejscach szmaty wypiętrzały się ku górze - tam mogły czaić się hantle i sztangi Hala, o czym przekonał się kiedyś Milt, pokazując Halowi, jak można stosunkowo szybko, stosunkowo wygodnie, nie wyjmując rąk z kieszeni, uprzątnąć tę kotłowaninę. Usztywniający opatrunek zdjęto mu po czterech dniach. Brownell chwilę przyglądał się z mściwą satysfakcją, jak Hal miota się, potykając o pozornie niewinne koszule, podnosi je i upuszcza z zadziwiającym hukiem, po czym rzuca się w stronę innej rzeczy, która wydaje mu się bardziej niebezpieczna dla wyglądu pokoju.
- Za dziesięć minut przebierz się w świeży mundur, to ważniejsze niż pokój. Prędzej dam się odznaczyć, niż wpuszczę prezydenta do tego przybytku.
Zaczął cofać się wzdłuż korytarza. Zatrzymując się w progach kolejnych izb, lustrował je pobieżnie. Sabo i Delf Volpertowie siedzieli uśmiechnięci w pokoju, który faktycznie zajmowali; nic jego wyglądowi nie można było zarzucić. Milt darował sobie pokój Delfa, który od początku pobytu bliźniaków w jednostce nie był używany. Simi Laza Kusley, siedząc w korralu, zdalnie otworzył swój pokój; był w porządku. Następny, narożny, był pusty. Cztery miesiące temu sprawna brygada oczyszczania wyniosła stamtąd migiem dwie skrzynie pełne rzeczy Kosty Schankara, którego dzień wcześniej inna brygada wyniosła z korralu i zapakowała do błękitnej karetki. Milt skręcił w lewo, zatrzymał się przed drzwiami Day. Albo nie słyszała, albo nie chciała otworzyć swojego pokoju. Milt jeszcze raz uniósł lewą rękę i wystukał na zegaretce kod Day. Musiał odczekać pół minuty, zanim się w końcu zgłosiła. Nie raczyła włączyć wizji.
- Otwórz pokój, Day. Muszę wiedzieć, czy można tam wpuścić kogoś, kto być może ma wypaczone pojęcie o armii.
- Nie lubię mężczyzn w swoim pokoju - usłyszał niedbale rzucone słowa.
- Niech ci się nie wydaje, że rzucę się na twoje rzeczy i będę wdychał ledwo uchwytny aromat ciała.
Postarał się, by intonacja idealnie odpowiadała treści tego wyznania. Z efektu mógł być zadowolony. Day otworzyła drzwi, a ciche pyknięcie zegaretki zasygnalizowało rozłączenie. Brownell od progu obejrzał pokój - niby standardowy koszarowy living, niby można się było spodziewać słabego zapachu kobiecych kosmetyków, niby nic się nie kłóciło z tradycyjnym pojęciem izby żołnierskiej, ale Milt miał ogromną ochotę wejść i dokładnie obejrzeć inne pomieszczenia po to tylko, żeby dłużej tu pobyć. Zapytał samego siebie, kiedy przyjmuje psychiatra, i szybko poszedł dalej. Drzwi do mieszkania Jocka Seykowitza ominął z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że Jock przebywał na przepustce, co zdarzało mu się niezwykle rzadko, i Milt nie widział powodu, by akurat wtedy zaglądać mu do pokoju; po drugie - Jock cierpiał na kilkanaście, a może i więcej rodzajów alergii, z tego powodu ograniczał więc do minimum kontakty z innymi. Nie zapraszał nikogo do siebie i niesłychanie rzadko kogoś odwiedzał. Najchętniej spotykał się z ludźmi na wolnym powietrzu, ustawiał się z wiatrem i pilnował jego kierunku. Ostatni mieszkaniec bloku, Jasper Butterwoth, stał na korytarzu przy otwartych drzwiach.
- Lepiej nie wchodź do środka - powiedział, gdy Milt zbliżył się do niego. - Zbyt kruchy jest ten ład. - Wskazał dłonią pokój.
Milt podał mu rękę i zerknął nad ramieniem.
- W porządku - rzucił. - Ten alarm zarządzam na wszelki wypadek. Mamy nadzieję, że w ogóle nikt tu nie wejdzie, a jeśli już, to raczej pokażemy mu centralę, zasymulujemy poważną akcję i szybko wyprowadzimy gościa na powierzchnię. A! Właśnie... - Jeszcze raz uruchomił zegaretkę i wywołał Volpertów. - Zejdźcie za pięć minut do korralu i rozkręćcie tam dużą robotę, jeśli zjawią się goście. Na zimno, oczywiście.
Nie czekał na potwierdzenie. Bliźniacy byli solidni.
- Masz dla mnie zadanie? - spytał Jasper.
- Bądź gdzieś w pobliżu, może wysoka komisja zażyczy sobie alarmu albo przyjaznej pogawędki. Oni nie mogą się wyzwolić ze schematów.
Jasper skinął głową i odszedł.
Przez łącznik między pierwszym i drugim patio Brownell wrócił do części biurowej i rozsiadł się w fotelu przy swoim, ale właściwie obcym biurku. Usunął z blatu wczorajsze wydruki meldunkowe i zażądał nowych, po czym złożył je pod przezroczystą szybkę korektora i naniósł kilka podkreśleń. Zadowolony z wyniku ułożył jeszcze na biurku papierośnicę, chcąc złamać nadzwyczajny porządek, i włączył komunikator. Monotonny głos spikera jednostki rozproszył ciszę. Milt ułożył się wygodniej w fotelu, spojrzenie wycelował w blok monitorów; szesnaście sztuk, cztery na cztery, dawało podgląd na centralę, oba patio, wszystkie korytarze opasujące sekcję mieszkalną i biuro. W korralu nic się nie zmieniło: Day ciągle niedbale gmerała w eterze, niby szukając przeciwnika, ale - na tyle Milt już ją znał - w gruncie rzeczy pozorowała działanie. Simi wgryzał się w jakieś nuty, poruszał wargami, palce prawej ręki zginały się, jakby przebierał nimi po strunach, co jakiś czas kiwał głową zadowolony, a po chwili zły na siebie wracał o kilkanaście taktów i ponownie "przegrywał" je na sucho.
Sierżant Jasper Butterwoth wyszedł na drugie patio i z marszu wskoczył do basenu. Ekrany korytarzowe wyglądały, jakby we wszystkich naraz naciśnięto stop-klatkę. Cisza i bezruch. Milt zagwizdał głośno. Jeden z monitorów jakby zareagował na ten głos, w płaszczyźnie ekranu rozjarzył się prostokąt drzwi, ukazując pośrodku czarną sylwetkę. Milt zaklął, widząc, że to kobieta, i szarpnął do siebie sterownik, w podnieceniu pomylił się dwukrotnie, zanim udało mu się wciągnąć obraz jej twarzy na ekran jednego z monitorów. Chwilę wpatrywał się w europejskie rysy Murzynki, a potem, gdy ją rozpoznał, gdy dotarło do niego, kto zjawił się niespodziewanie w bloku, gdy przetrawił tę informację, zerwał się i wyskoczył z biura. Biegiem dotarł do części mieszkalnej. Tu, niewidoczny dla Elli Readlef Trewinkard, podbiegł do rogu, zwolnił i spokojnie wyszedł na prostą.
- Milt! - krzyknęła Ella, ujrzawszy go kilkanaście metrów przed sobą, puściła się biegiem w jego kierunku i prawie nie hamując, rzuciła mu się na szyję i uścisnęła go mocno.
Milt usłyszał za plecami uderzenie o podłogę małej torebki. Czule poklepał Ellę po plecach i pocałował w szyję tuż pod uchem; pisnęła i przytuliła się mocniej. Delikatnie odsunął ją od siebie i uśmiechnął się, próbując złagodzić pytanie, które musiał zadać:
- Skąd się tu wzięłaś?
- W żargonie wojskowym znaczy to: "Serdecznie witam", tak? - Pulchne wargi rozciągały się w uśmiechu, odsłaniając drobne, oślepiająco białe zęby.
- "Serdecznie witam" w żargonie wojskowym znaczy: "Odpieprzcie się". Natomiast: "Skąd się tu wzięłaś" znaczy: "Skąd się tu wzięłaś". Nie dziwisz się chyba, że jestem nieco... hm, zaskoczony...
- Dziwię się, ale mniejsza o to. Po prostu... - Ella schyliła się i podniosła torebkę. Milt usiłował ją wyprzedzić, lecz nie zdążył. - Jak tylko się dowiedziałam, że tu jesteś, od razu postanowiłam cię odwiedzić. - Wzruszyła ramionami. - Nie widzieliśmy się... Ile? - Zmarszczyła nos. - Dwanaście? Tak, dwanaście lat.
Milt skinął głową i przygryzł wargi. Rzucił spojrzenie za plecy Elli. Obejrzała się.
- Czekasz na kogoś?
- Taak... Wiesz co? - Położył jej rękę na ramieniu. - Chodźmy do mnie, będę mógł czuwać nad sytuacją i porozmawiać z tobą. - Pociągnął ją lekko. Wyczuł jakby nieznaczny opór, po sekundzie jednak Ella uśmiechnęła się i bez protestów pozwoliła się poprowadzić. - Mamy wizytację - wyjaśnił Milt. - Nic szczególnego, ale armia, jakakolwiek aktualnie jest, powinna się jakoś prezentować. - Przeszli już prawie cały korytarz. - Poczekasz u mnie w pokoju, to nie powinno potrwać długo, potem urwę się i pojedziemy gdzieś na kolację, dobrze?
- Może pojedziemy... - Ella powiedziała to jakoś dziwnie, figlarnie, jakby się tylko przekomarzała i równocześnie zastanawiała nad czymś. - To ktoś ważny?
- Jak by ci to powiedzieć... Ważny, sam nowy prezydent... - Jej ramię, czuł to, trzymając ją za łokieć, drgnęło i na pół sekundy zesztywniało. - A wiesz chyba, co obecnie znaczy armia i co znaczy prezydent. - Wzruszył ramionami i pociągnął ją w prawo, zamierzając przez łącznik wejść do biura.
Ella jednak szarpnęła się w kierunku drzwi na patio z basenem.
- Co tam jest? - zapytała i zanim Milt zdążył ją powstrzymać, uwolniła rękę i wyszła na patio. - Ho, ho! Nieźle tu macie! - Zatrzymała się w progu i obejrzała przez ramię na zbliżającego się Brownella. - Jednostka specjalna? - zapytała.
- Jaka tam jednostka specjalna... - Machnął pogardliwie ręką. - Do służby w armii, nawet takiej, jaką jeszcze podobno jest nasza, nie znajdziesz wielu chętnych, dlatego musimy przynajmniej stwarzać takie warunki, żeby ktokolwiek zechciał zająć się choćby konserwacją sprzętu. Chodźmy lepiej do...
Ella szybko wyszła na patio, gdzie zatrzymała się po przejściu kilku kroków. Rozglądała się po basenie, leżakach, parasolach, palcami prawej dłoni łagodnie przebierając po kwiatach krzewu aglicji. Milt westchnął i podszedł do niej.
- Ella... - powiedział, kładąc jej dłoń na ramieniu. - Zrozum...
Zza pstrego parawanu wyłonił się Jasper, potknął się jakby, zawahał, zerknął na swoje błyszczące od solenizatora ciało i podjął decyzję. Dziwnym, marszowym niemal krokiem podszedł i wyprężył się. Milt pokręcił z politowaniem głową, otworzył usta i tak został, gdy Jasper wyskandował:
- Pani prezydent! Sierżant Jasper Butterwoth. Oddział nasłuchu i dekodowania.
Patrzył prosto w oczy Elli, ale Milt, choć oszołomiony do granic możliwości, spostrzegł, że Butterwoth kątem oka widzi jego otwarte usta i wytrzeszczone oczy i z tego zapewne powodu usta wyginają mu się w dziwnym uśmiechu. Zamknął swoje, natychmiast uświadamiając sobie przyczyny dziwnego zachowania generała i cień uśmiechu na jego twarzy przy pożegnaniu. Generał zrozumiał, że Milt nie ma pojęcia, kim jest nowy prezydent, i nie chciał psuć sobie widowiska. Kamery były również na patio. Milt zawył w duchu.
- Teraz, jeśli pani prezydent pozwoli, chciałbym zaprosić panią do swojego biura. Sierżancie Butterwoth - energicznie, już opanowany, rzucił w kierunku Jaspera - jesteście wolni. Dziękuję. Tędy, pani prezydent...
Wskazał kierunek i wykonał krok do tyłu wraz ze zwrotem w kierunku Elli. Przygryzła wargę i poszła przodem, nie patrząc na niego. Milt, pogroziwszy pięścią czerwonemu z wysiłku Jasperowi, ponuro pomaszerował za panią prezydent.
Dogonił ją dopiero przed drzwiami biura, smętnie kiwając głową, trzasnął w klamkę i pełnym rezygnacji gestem zaprosił ją do wnętrza. Po wejściu szybko dopadł konsolety, by wyłączyć cały obwód podglądu, dopiero potem energicznie otworzył oficjalny barek i nie troszcząc się o czystość tacki, nalał nieco koniaku Elli i cztery razy więcej sobie.
- No, zaklnij, nie przejmuj się mną - powiedziała, gdy podał jej kieliszek. - Widzę, że pękniesz, jeśli sobie nie ulżysz.
Jednym łykiem opróżniła swój kieliszek i przekrzywiła nieco głowę, patrząc radośnie na Milta. Prawie tak samo szybko wypił swój koniak, po czym spojrzał na nią poważnie.
- Gdyby gdzieś w tej jednostce był jakiś czołg, kazałbym wsadzić sobie lufę w tyłek i wystrzelić. Dla pewności ze trzy razy - dodał po chwili milczenia. - Nikt tak jeszcze nie zrobił w plecy Milta Brownella.
- Nikt prócz niego samego nie mógłby tego tak zgrabnie zrobić - uzupełniła Ella i podała mu swój kieliszek. - Na pewno masz ochotę jeszcze się napić...
Milt skinął głową i napełnił oba kieliszki. Usiedli na kanapie. On kręcił w podziwie głową, ona przyglądała mu się z lekkim radosnym uśmiechem.
- Niclas zrozumiał, że nie mam pojęcia, kto wygrał wybory, zresztą sam mu to powiedziałem - ponuro oświadczył Brownell. - Musiał mieć cholerną radochę... Co prawda jeden z moich podwładnych chciał mnie ostrzec, ale myślałem, że ma na myśli naszą koleżankę.
- Nie powiem, generałowi dziwnie skrzyły się oczy, gdy podprowadził mnie pod blok i zabrał asystę gdzieś na pokaz. Spodziewałam się jakiejś niespodzianki, jeśli tak można powiedzieć, ale... - Wzruszyła ramionami.
- Ależ ze mnie dureń! - Milt się roześmiał. - Przecież mam zastrzeżony adres, a ty sama powiedziałaś, że dowiedziałaś się, gdzie jestem. Należało mi się, nie?
- Czy ja wiem? Trochę tak. Szczerze mówiąc, poczułam się leciutko urażona, że nie wiesz, w jakiej roli składam ci wizytę. To dla mnie też cenne odkrycie, bo dotychczas wydawało mi się, że nie jestem próżna.
Stuknęli się kieliszkami i wypili po łyku. Chwilę chichotali.
- Wypijmy, bo się rozleje - zaproponował Milt.
- Zgoda - parsknęła Ella.
Wypili, Milt wyjął papierośnicę i podsunął ją Elli, a gdy pokręciła przecząco głową, zapalił sam.
- Oddział nasłuchu i dekodowania - powiedziała Ella. - Tu wylądowałeś... - Pokręciła w niedowierzaniu głową. - Miałeś raczej skłonności humanistyczne. Przynajmniej dwanaście lat temu.
- Niewiele się zmieniło. Nie naprawiam tu przecież komputerów. - Wzruszył ramionami.
- Milt, przestańmy się wygłupiać. - Ella postawiła na podłodze swój kieliszek i przesunęła się na kanapie, aby siedzieć na wprost porucznika. - Sześć a, cztery be, dwa ce - powiedziała.
- W porządku - westchnął Milt. - Choć łudziłem się, że nie użyjesz hasła.
- To oczywiste, że nowy prezydent po otrzymaniu hasła, które ma mu otworzyć drzwi do największej tajemnicy państwa, chce ją jak najszybciej poznać... O Boże! - Zakryła dłonią usta. - Milt!
- Nie martw się, nie ma tu podsłuchu i jesteśmy akustycznie odizolowani na wszelkie możliwe sposoby. Nie jestem aż takim gamoniem.
- O Boże - powtórzyła - całe szczęście. To ze mnie fujara...
- No to skoro oboje już wiemy, z kim mamy do czynienia... - Milt zawiesił na kilka sekund głos, zapalając papierosa - słucham pytań.
- Pytań mam aż za dużo. - Ella również przerwała na chwilę, sięgnęła do torebki i szybko połknęła jakąś drażetkę. - Gdy pełna otuchy i napęczniała z dumy po objęciu gabinetu, w którym nigdy jeszcze gospodarzem nie była kobieta, w dodatku wyraźnie czarnoskóra... - westchnęła.
- Daj spokój - jęknął Milt. - Ilu znasz wyraźnie białych? Każdy ma jakąś domieszkę innej krwi, to musiało nastąpić i od dawna już nikt nie ma o to do losu pretensji.
- Zgoda, ale tak sobie myślałam. No i wiesz... Jestem realistką, wiem, czym jest urząd prezydenta, to nie to samo co sto lat temu. Przecież teraz, po serii wielkich układów antywojennych i rozbrojeniowych, to funkcja niemal wyłącznie reprezentacyjna.
Mówiła spokojnie. Milt, chociaż czujnie słuchał, nie mógł się dopatrzyć w jej słowach żalu czy pretensji do losu, że tak zdeprecjonował stanowisko najważniejszej osoby w państwie. Mimo to odruchowo powiedział:
- Ella, nie przesadzaj...
- Poczekaj, muszę się wygadać. - Powstrzymała go, nakrywając jego dłoń swoją. - Komu mam się wypłakać, jak nie byłemu kochankowi?
Milt uniósł brwi i zrobił minę: "No cóż, skoro tak mówisz...".
- Po prostu chcę, żebyś wiedział, jak to wcześniej wyglądało z mojej perspektywy. Skoro nie wiedziałeś, kim jest nowy prezydent... nawiasem mówiąc, to znakomicie potwierdza moje przekonanie o randze tego urzędu... to pewnie nie wiesz i tego, że poprzedni, precedens w naszej historii, zrzekł się stanowiska z niewiadomych przyczyn. Nawet najdociekliwsi dziennikarze nie mogli niczego sensownego wywąchać. Tylko kilka osób znało powód, ja się dowiedziałam po objęciu urzędu: Sam Deveraux, żegnając się ze swym gabinetem, powiedział mi, dlaczego tak postąpił. Teraz to już nie jest ważne, był po prostu chory, zostało mu najwyżej pół roku normalnego życia, potem najprawdopodobniej krótkie szaleństwo zakończone śmiercią w męczarniach. Tydzień potem odbył samodzielny lot zakończony "nieudanym lądowaniem". On zresztą najgoręcej namawiał mnie do kandydowania w wyborach nadzwyczajnych. Nie było zbyt wielu chętnych, co też jest symptomatyczne. Wygrałam. Wtedy Sam zaprosił mnie na kieliszek i bez świadków wprowadził w... jak to nazwał, jedyną rzecz, dla której warto się postarać o mądrego prezydenta. Domyślasz się, że chodzi o "Tipsy", czyli o te kilka jednostek, kilkadziesiąt osób, które wbrew wszelkim traktatom prowadzą najbardziej utajnioną, najbardziej problematyczną wojnę. Mam rację?
- Tak...
- Spędziłam noc nad raportami... Daj mi papierosa. - Trzęsącymi się palcami, nieomal łamiąc, wydostała go z papierośnicy.
Nawet nie zauważyła, że jest samozapłonowy, czekała, aż Milt poda jej ogień, dopiero gdy wskazał palcem dymiący czubek, podziękowała ruchem głowy i nerwowo zapaliła papierosa. Zaciągnęła się bez wprawy i bez przyjemności. Milt postanowił dać jej czas na opanowanie się, wstał i przyniósł dwie szklaneczki napełnione do połowy ostrą mieszanką spirytusu i dużej ilości cepsu. Ella ochłonęła nieco, umoczyła wargi w alkoholu i starannie je oblizała. Odetchnęła głęboko.
- Posiadłam makabryczną tajemnicę, omal nie oszalałam. Miotałam się po mieszkaniu, aż kilka osób wpadło w panikę, musiałam skorzystać z seansu hipnozy. Byłam taka roztrzęsiona, że nawet nie skojarzyłam znajomego przecież nazwiska z tobą. Dopiero po dwóch dniach coś sobie skojarzyłam, przejrzałam jeszcze raz tę nieszczęsną dokumentację, zorientowałam się, że jedną z ośmiu osób całkowicie wprowadzonych w sprawę o kryptonimie "Tipsy" jest pułkownik Milt Brownell pełniący obowiązki porucznika w pewnej peryferyjnej bazie. Już nieco spokojniejsza odczekałam dla przyzwoitości dwa tygodnie i jestem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.