Krótka wędrówka - Marianna Sołtys

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Piel­grzy­mi szli ja­kiś czas w mil­cze­niu. Mie­li czas na prze­my­śle­nie swo­ich oso­bi­stych spraw. Nie wia­do­mo było, ile ki­lo­me­trów już po­ko­na­li, ale wie­dzie­li, że prze­szli już las. Na prze­dzie ko­lum­ny wy­raź­nie się roz­ja­śnia­ło. Na­resz­cie po­łu­dnio­we słoń­ce za­czę­ło ich ogrze­wać. Mi­ja­li ja­kąś wio­skę, w któ­rej gdzie­nieg­dzie sta­ły wol­no sto­ją­ce domy, a w dali wi­dać było pola upraw­ne. Lu­dzie po­wy­cho­dzi­li ca­ły­mi ro­dzi­na­mi przed swo­je domy i po­zdra­wia­li piel­grzy­mów. Przy jezd­ni przy­go­to­wa­ne były sto­li­ki z pi­ciem. Każ­dy, kto był spra­gnio­ny, mógł uga­sić pra­gnie­nie. Gdzieś w od­da­li sły­chać było bi­cie dzwo­nów na Anioł Pań­ski. Brat Ma­te­usz wy­śpie­wał pięk­nie tę mo­dli­twę, do któ­rej do­łą­czy­li tak­że inni. Na ko­niec po­mo­dli­li się za du­sze cier­pią­ce w czyść­cu, od­ma­wia­jąc wspól­nie: "Wiecz­ny od­po­czy­nek...".

Po bar­dzo krót­kiej prze­rwie nie­stru­dzo­ny brat Ma­te­usz pa­trzał w nie­bo, roz­kła­da­jąc ręce i mó­wił en­tu­zja­stycz­nie:

- Zo­bacz­cie, ko­cha­ni, jaki mamy dzi­siaj wspa­nia­ły dzień: dzień pe­łen słoń­ca i ra­do­ści. Za­śpie­waj­my więc Panu.

W stru­ny gi­ta­ry ude­rza­ła moc­no jed­na z sióstr z chó­ru. Piel­grzy­mi po­wy­cią­ga­li swo­je śpiew­nicz­ki i wte­dy gdzieś po­nad po­la­mi roz­le­gła się pieśń mó­wią­ca o dniu, któ­ry stwo­rzył Pan Bóg dla czło­wie­ka. Dla­te­go po­win­ni oni cie­szyć się i ra­do­wać z tego po­wo­du. - Jesz­cze raz, jesz­cze raz - za­chę­cał we­so­ło prze­wod­nik. Dru­gi raz wy­szło le­piej, bar­dziej en­tu­zja­stycz­nie. Do­cho­dzi­ła go­dzi­na 13.00. Gru­pa zbli­ża­ła się na miej­sce wy­po­czyn­ku obia­do­we­go.

- Pro­si­my za­cho­wać po­rzą­dek i ci­szę. Prze­rwa po­trwa do godz. 14.00 - in­for­mo­wał brat Ma­te­usz.

Piel­grzy­mi po ko­lei szóst­ka­mi za­cho­dzi­li do pięk­ne­go sadu owo­co­we­go na­le­żą­ce­go do pry­wat­ne­go go­spo­dar­stwa. Tam na­kry­te już były bia­ły­mi ob­ru­sa­mi sto­ły z przy­go­to­wa­nym je­dze­niem. Zie­lo­na sko­szo­na tra­wa była niby-dy­wan spe­cjal­nie roz­ście­lo­ny dla za­pro­szo­nych go­ści. Taką samą so­czy­stą zie­leń mia­ły li­ście za­dba­nych drzew owo­co­wych. Doj­rze­wa­ją­ce brzo­skwi­nie, ja­bło­nie i gru­sze wy­da­wa­ły się zdzi­wio­ne przyj­ściem piel­grzy­mów, któ­rzy za­kłó­ca­li ich ci­szę. W tym za­cza­ro­wa­nym miej­scu było na­praw­dę bar­dzo przy­jem­nie. Gdzie­nieg­dzie sły­chać było wy­buch ra­do­sne­go śmie­chu. Uśmiech­nię­te i do­bro­dusz­ne ko­bie­ty z ca­łe­go ser­ca za­pra­sza­ły wszyst­kich na po­czę­stu­nek.

- To wszyst­ko jest dla was, moi ko­cha­ni, na­jedz­cie się wszy­scy do syta, aby­ście mie­li siłę iść da­lej do na­szej Pani - po­wie­dzia­ła jed­na z nich, a w oku za­krę­ci­ła się jej łza ze wzru­sze­nia.

- Zo­bacz, Hen­ry­ko - krzyk­nę­ła spon­ta­nicz­nie He­le­na - ile zno­wu jest je­dze­nia, a ja mia­łam na­dzie­ję, że będę po­ścić. Chcę schud­nąć.

He­le­na była wy­raź­nie za­wie­dzio­na.

- Ju­tro po­ści­my, bo jest pią­tek - od­po­wie­dzia­ła rze­czo­wo Hen­ry­ka. - A ty, sio­stro, wca­le nie mu­sisz się od­chu­dzać, i tak je­steś szczu­pła.

Część piel­grzy­mów za­sia­da­ła przy sto­le. Po­zo­sta­li z peł­ny­mi ta­le­rza­mi szli usiąść na tra­wie. He­le­na z Hen­ry­ką usia­dły z boku, aby roz­pro­sto­wać nogi i zdjąć cią­żą­ce buty.

Ko­bie­ty wiej­skie w ko­lo­ro­wych chu­s­tecz­kach na gło­wie i prze­pa­sa­ne far­tusz­ka­mi uwi­ja­ły się jak mo­gły, aby na­kła­dać na ta­le­rze pie­czo­ne kur­cza­ki, ko­tle­ty scha­bo­we, ziem­nia­ki i róż­ne przy­staw­ki wa­rzyw­ne. Był prze­pysz­ny, zim­ny kom­pot wi­śnio­wy. Nie bra­ko­wa­ło też róż­ne­go ro­dza­ju wy­pie­ków.

- Nie uwa­żasz, He­le­no, że mamy le­piej niż w domu? Wszyst­ko go­to­we i po­da­ne do sto­łu łącz­nie z de­se­rem, bez żad­ne­go wy­sił­ku. - Hen­ry­ka wy­raź­nie ma­ru­dzi­ła. - Źle się czu­ję w sy­tu­acji, gdzie jest prze­syt.

He­le­na wsta­ła w mil­cze­niu i od­nio­sła pu­ste ta­le­rze do kuch­ni. Hen­ry­ka mia­ła już sto­py lek­ko spuch­nię­te. Po­ło­ży­ła się na mo­ment. Wte­dy zno­wu uj­rza­ła rudą dziew­czy­nę o nie­zna­nym imie­niu, któ­ra sie­dzia­ła sa­mot­nie w tra­wie i wzrok utkwio­ny mia­ła... o rany - Hen­ry­ka zła­pa­ła się za gło­wę - w kie­row­ni­ku gru­py.

- O ma­tecz­ko - wy­rwa­ło się jej. - Czyż­by He­le­na mia­ła ra­cję? Ta dziew­czy­na na pew­no pod­ko­chu­je się w na­szym bra­cie Ma­te­uszu - my­śla­ła prze­ra­żo­na. - Cie­ka­wa je­stem, jak to się wszyst­ko po­to­czy.

He­le­na wró­ci­ła, zo­ba­czy­ła sio­strę bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ną, ale nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi. Hen­ry­ka chcia­ła tę spra­wę wy­ja­śnić. Po­ka­za­ła jej wzro­kiem rudą dziew­czy­nę. He­le­na w od­po­wie­dzi za­śmia­ła się iro­nicz­nie i ski­nę­ła gło­wą, jak­by chcia­ła po­twier­dzić, że się nie my­li­ła.

- Zo­bacz, ta ruda dziew­czy­na zo­sta­wi­ła pau­li­nów i usia­dła zu­peł­nie sama, z boku. - Pró­bo­wa­ła ją bro­nić. - A ty my­śla­łaś nie wia­do­mo o czym i po­dej­rze­wa­łaś ją o Bóg wie co.

- Chy­ba się po­my­li­łam - od­po­wie­dzia­ła ci­chut­ko skru­szo­na He­le­na.

Na­gle je­den z bra­ci po­rząd­ko­wych za­trą­bił gło­śno i krzyk­nął do mi­kro­fo­nu:

- Wsta­je­my. Jak dys­cy­pli­na, to dys­cy­pli­na.

Po­wo­li for­mo­wa­ła się ko­lum­na. Znów na­stą­pi­ła zmia­na osób nio­są­cych wi­ze­run­ki i gło­śni­ki. Po ser­decz­nym po­że­gna­niu go­spo­da­rzy piel­grzy­mi wy­ru­szy­li w dal­szą dro­gę z pie­śnią na ustach. Sło­wa pie­śni mó­wi­ły o pew­nym grzesz­ni­ku, któ­ry idąc przez ży­cie, upa­dał i pod­no­sił się. Zwra­cał się do Boga, mó­wiąc, że jest ubo­gi i ręce ma pu­ste, ale pro­si, aby Bóg przy­jął jego mi­łość, taką, jaką ma w swo­im ser­cu. Jest bez­rad­nym grzesz­ni­kiem, do­pó­ki nie po­wsta­nie. Na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmiech do­pie­ro wte­dy, gdy Pan Bóg go roz­grze­szy. W koń­cu grzesz­nik ro­zu­mie, co to zna­czy ko­chać Pana. Ko­chać to zna­czy zry­wać z grze­chem.

Po krót­kiej prze­rwie prze­wod­nik za­rzą­dził wspól­ną mo­dli­twę: "Oj­cze nasz..."; "Zdro­waś Ma­ry­jo..."; "Chwa­ła Ojcu...", za miesz­kań­ców wio­ski, któ­ra ugo­ści­ła ich kró­lew­skim obia­dem. Oby do­bry Bóg wy­słu­chał ich proś­by i miał ich w swo­jej opie­ce.

Gru­pa mi­nę­ła już wio­skę i po­wo­li znów za­ta­pia­ła się w las. Pach­nia­ło ży­wi­cą, a po­wie­trze było wy­jąt­ko­wo rześ­kie. Przez pe­wien czas pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Punk­tu­al­nie o go­dzi­nie 15.00 brat Ma­te­usz za­brał głos mó­wiąc:

- 2000 lat temu ludz­kość z utę­sk­nie­niem spo­glą­da­ła w nie­bo, ocze­ku­jąc Me­sja­sza, któ­ry po­ło­żył­by kres jej nie­do­li. Dla­te­go Bóg w swym nie­zgłę­bio­nym mi­ło­sier­dziu dał świa­tu swe­go syna. Całe ziem­skie ży­cie Je­zu­sa było mi­ło­sier­dziem: uzdra­wiał cho­rych, kar­mił głod­nych, wskrze­szał umar­łych, po­cie­szał smut­nych, na­uczał szu­ka­ją­cych praw­dy... Jed­nak szczy­tem Jego mi­ło­sier­nej mi­ło­ści do lu­dzi było od­da­nie ży­cia na krzy­żu. Z Jego prze­bi­te­go ser­ca wy­pły­nę­ły zdro­je mi­ło­sier­dzia dla świa­ta. - Cóż no­we­go? - Mógł­by się ktoś za­py­tać. Tę praw­dę sły­sze­li­śmy już tyle razy, że nie robi już na nas więk­sze­go wra­że­nia. Przez po­nad 2000 lat lu­dzie omi­ja­li owo źró­dło, nie za­uwa­ża­jąc Go zu­peł­nie. Gdy dziś cier­pią­ca zie­mia wzno­si ku nie­bu bła­ga­nie o li­tość, Bóg przy­po­mi­na jej o swo­im otwar­tym na oścież mi­ło­sier­nym ser­cu. Ob­ja­wia­jąc się sio­strze Fau­sty­nie, mówi: "Po­wiedz zbo­la­łej ludz­ko­ści, niech się przy­tu­li do mi­ło­sier­ne­go Ser­ca Mo­je­go ... Nie znaj­dzie ludz­kość uko­je­nia, do­pó­ki nie zwró­ci się z uf­no­ścią do Mi­ło­sier­dzia Mo­je­go". Po­przez Ko­ron­kę do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go mamy oka­zję pro­sić o ła­skę mi­ło­sier­dzia dla każ­de­go z nas, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo je­ste­śmy grzesz­ni i kim je­ste­śmy.

Kie­row­nik mo­dlił się z ró­żań­cem, śpie­wa­jąc: "Oj­cze Przed­wiecz­ny...". Śpie­wem też od­po­wia­da­ła gru­pa. Ta pięk­na mo­dli­twa za­koń­czy­ła się wspól­nym, gło­śnym: "Świę­ty Boże, Świę­ty Moc­ny, Świę­ty a Nie­śmier­tel­ny, zmi­łuj się nad nami i nad ca­łym świa­tem" (3 razy).

Rozdział 3

Po skoń­czo­nej pie­śni, gdy gru­pa się wy­ci­szy­ła, brat Ma­te­usz po­pro­sił kle­ry­ka Paw­ła, aby po­wie­dział kil­ka słów na te­mat ró­żań­ca. Za­chę­ca­ją­ce bra­wa, któ­re się roz­le­gły, spe­szy­ły pau­li­na. Ob­lał się ru­mień­cem, bo z na­tu­ry był wsty­dli­wy.

- Pro­sta mo­dli­twa ró­żań­co­wa - za­czął po dłuż­szej chwi­li nie­pew­nym gło­sem - jest pięk­nym bu­kie­tem róż ku czci Mat­ki Naj­święt­szej. Na pew­no wszy­scy umie­cie mo­dlić się na ró­żań­cu, ale... sko­ro brat Ma­te­usz pro­sił mnie, abym po­wie­dział to, co my­ślę na ten te­mat, więc nie wy­pa­da mi od­mó­wić. - Uśmiech­nął się nie­pew­nie. Piel­grzy­mi znów za­kla­ska­li w dło­nie, aby za­chę­cić go do dal­szych ob­ja­śnień. - Ró­ża­niec - kon­ty­nu­ował Pa­weł pew­niej­szym już gło­sem i mniej się ją­ka­jąc - skła­da się z po­wszech­nie zna­nych form mo­dli­tew­nych: "Oj­cze nasz..." - we­dług brzmie­nia po­da­ne­go nam przez sa­me­go Chry­stu­sa, "Zdro­waś Ma­ry­jo..." - czy­li frag­men­tu dia­lo­gu ze sce­ny zwia­sto­wa­nia. Chcę po­wie­dzieć, że zwia­sto­wa­nie to nic in­ne­go jak ob­ja­wie­nie się ar­cha­nio­ła Ga­brie­la Ma­ryi i jego za­po­wiedź na­ro­dze­nia Je­zu­sa. Do tego do­cho­dzi uzu­peł­nie­nie proś­ba­mi po­boż­no­ści chrze­ści­jań­skiej, "Chwa­ła Ojcu..." - a więc uwiel­bie­nia Trój­cy Prze­naj­święt­szej, oraz z wy­zna­nia wia­ry - "Wie­rzę w Boga...". Pod­czas mo­dli­twy my­śli na­sze mu­si­my kie­ro­wać ku ta­jem­ni­com Od­ku­pie­nia, któ­re są naj­pięk­niej­szym ob­ra­zem mi­ło­sier­dzia Bo­że­go. Cho­dzi o naj­waż­niej­sze dzie­ło w hi­sto­rii ludz­ko­ści, o zbaw­czą mi­łość Boga do czło­wie­ka - brat pau­lin mó­wił te­raz bar­dzo spo­koj­nie, po­wo­li i płyn­nie. - Pierw­sza część ró­żań­ca obej­mu­je pięć ta­jem­nic ra­do­snych, dru­ga - pięć ta­jem­nic bo­le­snych, trze­cia - pięć ta­jem­nic chwa­leb­nych i wresz­cie ostat­nia - pięć ta­jem­nic świa­tła. Ró­ża­niec ma swo­ją bo­ga­tą tra­dy­cję w Ko­ście­le. Wier­ni od­ma­wia­ją go już od wie­lu wie­ków. Pa­cior­ki ró­żań­ca prze­su­wa­ją w swo­ich rę­kach lu­dzie mą­drzy i pro­ści, mło­dzi i sta­rzy, bo­ga­ci i bied­ni. W krąg mo­dli­twy ró­żań­co­wej włą­cza­ją się lu­dzie róż­nych na­ro­do­wo­ści, róż­nych warstw spo­łecz­nych, róż­nych ras i kon­ty­nen­tów. Z ró­żań­cem w ręku uka­zy­wa­ła się Nie­po­ka­la­na Ma­ry­ja wy­bra­nym dzie­ciom w Lo­ur­des, w Fa­ti­mie. Zna­cze­nie mo­dli­twy ró­żań­co­wej opie­wa­li pa­pie­że w wie­lu en­cy­kli­kach, a jej sku­tecz­ność po­twier­dza­ją sank­tu­aria ma­ryj­ne, nie­kie­dy w spo­sób cu­dow­ny. Nasz pa­pież Jan Pa­weł II rów­nież bar­dzo czę­sto od­ma­wiał ró­ża­niec, nie mó­wiąc już o in­nych świę­tych, któ­rzy z ró­żań­cem się nie roz­sta­wa­li. Każ­dy z nas, ma­ją­cy pie­tyzm do ró­żań­ca, może przy­to­czyć róż­ne fak­ty i prze­ży­cia, świad­czą­ce o war­to­ści tej mo­dli­twy. Sto­li­ca Apo­stol­ska, li­cząc na mi­ło­sier­dzie Boże, zwią­za­ła z ró­żań­cem roz­licz­ne ła­ski nad­przy­ro­dzo­ne. W związ­ku z tym, co po­wie­dzia­łem, na­ma­wiam wszyst­kich bar­dzo ser­decz­nie do jak naj­częst­sze­go od­ma­wia­nia ró­żań­ca, bo na­praw­dę war­to. Bóg za­płać.

- Bóg za­płać - od­po­wie­dział brat Ma­te­usz, a piel­grzy­mi po­dzię­ko­wa­li bra­wa­mi.

Gru­pa szła w mil­cze­niu. Hen­ry­ka za­my­śli­ła się. Przy­po­mi­na­ła so­bie, jak to było z tym ró­żań­cem w jej ży­ciu. Pierw­szy raz ze­tknę­ła się z nim przy Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej. Póź­niej od­ma­wia­ła go, ale tyl­ko dla­te­go, że bra­ła udział w mo­dli­twach zbio­ro­wych w ko­ście­le. Nie ro­zu­mia­ła sen­su ani mocy mo­dli­twy ró­żań­co­wej. Z bie­giem jed­nak lat sama na­uczy­ła się na nim mo­dlić i stwo­rzy­ła sama so­bie in­tym­ną roz­mo­wę z Bo­giem i Ma­ry­ją. To przy­szło jak­by samo. Prze­bie­ra­ła pa­cior­ka­mi co­raz czę­ściej i w ten spo­sób stwo­rzy­ła swój we­wnętrz­ny świat, w któ­rym było jej cał­kiem nie­źle. Z cza­sem ró­ża­niec stał się cząst­ką jej oso­bo­wo­ści, a Ma­ry­ja dro­gą ma­tecz­ką. Stwo­rzy­ła sama so­bie mo­dli­twę ró­żań­co­wą, któ­ra po­le­ga­ła na tym, że naj­pierw od­da­wa­ła cześć Trój­cy Świę­tej, póź­niej każ­dą pierw­szą dzie­siąt­ką dzię­ko­wa­ła za wszyst­ko, co do­sta­ła od ży­cia, a na­stęp­nie mo­dli­ła się za oso­by jej bli­skie, ko­cha­ne, po­wie­rza­jąc wszyst­kie ich spra­wy Panu Bogu za po­śred­nic­twem Ma­ryi. Jed­na dzie­siąt­ka ró­żań­ca po­świę­co­na była jed­nej oso­bie. Hen­ry­ka chcia­ła wy­pro­sić dla niej wie­le łask w da­nej dzie­siąt­ce. Na­stęp­nie w swo­jej wy­obraź­ni wy­sy­ła­ła swo­je­go Anio­ła Stró­ża, aby stał przy tej oso­bie, czu­wał nad nią i wspo­ma­gał ją w każ­dej po­trze­bie. Wie­dzia­ła, że Pan Bóg jest tak do­bry, że da jej na­stęp­ne­go Anio­ła Stró­ża, któ­re­go bę­dzie mo­gła zno­wu ko­muś ofia­ro­wać i tak aż do wy­czer­pa­nia...

Gru­pa za­czę­ła od­ma­wiać chwa­leb­ną część ró­żań­ca. Szli as­fal­to­wą jezd­nią zwar­tą ko­lum­ną. Po obu stro­nach w dal­szym cią­gu to­wa­rzy­szył im las. Było chłod­no, po­nie­waż pro­mie­nie sło­necz­ne za­trzy­my­wa­ły się wśród wy­so­kich, roz­ło­ży­stych ko­na­rów drzew. Twa­rze wę­dru­ją­cych były ra­do­sne. Pa­no­wa­ło ogól­ne sku­pie­nie i za­in­te­re­so­wa­nie tym, co dzia­ło się w gru­pie. Je­den z bra­ci idą­cych obok Hen­ry­ki pod­szedł do ko­bie­ty pcha­ją­cej wó­zek i za­stą­pił ją przy cho­rym. Obok bra­ta Ma­te­usza szła ruda dziew­czy­na, ta sama, któ­ra na przy­stan­ku sie­dzia­ła sa­mot­nie.

Pau­lin przy­stą­pił do roz­wa­ża­nia czę­ści pierw­szej ró­żań­ca - Zmar­twych­wsta­nie Pana Je­zu­sa.

- Ra­duj­my się wszy­scy z chwa­ły i zwy­cię­stwa Pana Je­zu­sa, bo oto On zwy­cię­żył grzech, gła­dząc go swo­ją krwią - mó­wił do mi­kro­fo­nu gło­śno i wy­raź­nie. - Zwy­cię­żył sza­ta­na, wy­ry­wa­jąc lu­dzi z jego mocy. Zwy­cię­żył śmierć, zmar­twych­wsta­jąc. Obudź więc w so­bie, piel­grzy­mie, wia­rę w Je­zu­sa i Jego Ob­ja­wie­nie. Dzię­kuj Mu, że swo­ją śmier­cią i zmar­twych­wsta­niem wy­słu­żył ci zmar­twych­wsta­nie do ży­cia wiecz­ne­go. I pa­mię­taj, że aby z Nim zmar­twych­wstać do ży­cia chwa­ły, trze­ba zmar­twych­wstać z grze­chu. Trze­ba być jak Je­zus po­słusz­nym Bogu aż do śmier­ci. Ra­duj się więc, dro­gi piel­grzy­mie, ra­zem z Ma­ry­ją i przez Jej ra­dość proś Ją, by Je­zus zmar­twych­wstał w to­bie przez ła­skę... i przy­go­to­wał cię do zmar­twych­wsta­nia cia­ła w dzień osta­tecz­ny.

Na­stą­pi­ła krót­ka chwi­la ci­szy na sku­pie­nie we­wnętrz­ne. Hen­ry­ka po­smut­nia­ła. Przy­po­mnia­ła so­bie dwóch mło­dych chłop­ców, któ­rych bar­dzo do­brze zna­ła i któ­rzy ode­szli z tego świa­ta sta­now­czo za wcze­śnie. Naj­smut­niej­sze było to, że żyli oni tu­taj, na zie­mi bez Boga. Po ja­kimś cza­sie, po ich śmier­ci przy­śni­li się Hen­ry­ce, że leżą w czar­nych pla­sti­ko­wych wor­kach, gdzieś pod pło­tem. Hen­ry­ka zro­zu­mia­ła, że po­trze­bu­ją mo­dli­twy. W związ­ku z tym za­mó­wi­ła za ich du­sze mszę świę­tą. Prócz tego mo­dli­ła się go­rą­co, aby do­bry Bóg zli­to­wał się nad nimi i wziął ich cho­ciaż do czyść­ca. W od­po­wie­dzi, na­stęp­nej nocy znów przy­śni­li się jej. Tym ra­zem wor­ki się po­ru­sza­ły, ale wciąż były za­mknię­te. Hen­ry­ka mia­ła ser­ce ści­śnię­te z prze­ra­że­nia, że nie może po­móc tym du­szom. Była zbyt grzesz­na, aby co­kol­wiek dla nich zro­bić. Bóg nie chciał jej wy­słu­chać. Nie było już ni­ko­go, kto mógł­by się za nich mo­dlić. Zro­zu­mia­ła, że oni... prze­pa­dli na za­wsze. Nie chcia­ła do­pu­ścić so­bie my­śli, że już nig­dy nie od­ży­ją, dla­te­go w swo­ich skrom­nych mo­dli­twach za­wsze o nich pa­mię­ta­ła.

Kie­row­nik gru­py przy­stą­pił do od­czy­ta­nia in­ten­cji ró­żań­co­wych, któ­re skie­ro­wa­ne były do Ma­ryi. Jed­ną ręką się­gał po kar­tecz­ki do ka­pe­lu­sza, nie­sio­ne­go przez rudą dziew­czy­nę, a w dru­giej trzy­mał mi­kro­fon i czy­tał:

Pro­szę o szczę­śli­we roz­wią­za­nie dla mo­jej cór­ki. Mat­ka. Pro­szę Mat­kę Prze­naj­święt­szą o szczę­śli­we zda­nie ma­tu­ry i opie­kę na dal­szej dro­dze mo­je­go ży­cia. Pąt­nicz­ka. Dzię­ku­ję Pani Ja­sno­gór­skiej za wszyst­ko, co mam tu na zie­mi. Po­kor­ny słu­ga. Dzię­ku­ję Ci, Mat­ko Boża, za to, że mogę do Cie­bie iść pięt­na­sty już raz i za wszyst­kie ła­ski, któ­ry­mi ob­da­rzasz mnie i całą moją ro­dzi­nę. Pąt­nicz­ka. Miej w opie­ce, Mat­ko Boża, wszyst­kich tych, któ­rzy nie mo­gli pójść z nami na piel­grzym­kę. Sio­stra. Pro­si­my o zdro­wie dla wszyst­kich piel­grzy­mów, aby szczę­śli­wie za­szli na Ja­sną Górę. Brat.

Na­stęp­nie wspól­nie zo­sta­ła od­mó­wio­na pierw­sza dzie­siąt­ka ró­żań­ca świę­te­go.

- Część dru­ga ró­żań­ca - kon­ty­nu­ował roz­wa­ża­nie kie­row­nik. - Wnie­bo­wstą­pie­nie Pana Je­zu­sa. Ra­duj się z Je­zu­sem, dro­gi piel­grzy­mie, któ­ry wra­cał do chwa­ły Ojca Swe­go. Je­zus wstę­pu­je do nie­ba dla nas, po to, by być nie­ustan­nie po­śred­ni­kiem na­szym, by przy­go­to­wać nam miej­sce wśród anio­łów i świę­tych. Obudź więc w so­bie, dro­gi piel­grzy­mie, pra­gnie­nie ży­cia z Je­zu­sem w Jego Chwa­le. Ciesz się, że Je­zus w nie­bie cze­ka na Cie­bie. Za­chę­caj się do gor­li­wo­ści w Jego służ­bie, do dźwi­ga­nia krzy­ża, bo ci będą z Nim kró­lo­wać, któ­rzy będą z Nim cier­pieć. Proś więc Je­zu­sa, by jako po­śred­nik pa­mię­tał za­wsze o to­bie. Ra­duj się z Ma­ry­ją, dro­gi piel­grzy­mie, i proś Ją, by pro­wa­dzi­ła Cię do nie­ba.

Na­stą­pi­ła kil­ku­na­sto­se­kun­do­wa ci­sza. Hen­ry­ka za­my­śli­ła się. My­śla­ła o swo­jej ma­mie, któ­ra ode­szła do nie­ba. Przy­po­mi­na­ła so­bie o swo­jej mi­ło­ści do niej. Była w niej bar­dzo za­wsze za­ko­cha­na, i pra­gnę­ła też od niej mi­ło­ści. Ale ona jako mat­ka mia­ła jesz­cze inne dzie­ci, któ­re też ko­cha­ła, a tak­że mnó­stwo pra­cy. Hen­ry­ka była za­wsze, od­kąd pa­mię­ta, za­zdro­sna o jej mi­łość, bo chcia­ła mieć mat­kę za­wsze bli­sko sie­bie. To było nie­moż­li­we, ale jej na­tu­ra do­ma­ga­ła się mi­ło­ści. Gdy mi­nę­ło ileś lat od śmier­ci mat­ki, pew­ne­go razu opo­wia­da­ła o swo­jej ko­cha­nej ma­mie ze łza­mi w oczach pew­nej ko­le­żan­ce. Zu­peł­nie przy­pad­ko­wo. Wte­dy w nocy przy­śni­ła się jej. Była uśmiech­nię­ta, ra­do­sna i ze łza­mi w oczach mó­wi­ła: - Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję. Hen­ry­ka była szczę­śli­wa, że przy­śni­ła się jej, ale słów po­dzię­ko­wań nie ro­zu­mia­ła. Zro­zu­mia­ła wte­dy rów­nież, że jest nie­bo.

Gru­pa od­ma­wia­ła ró­ża­niec w na­stę­pu­ją­cych in­ten­cjach: jed­na z có­rek pro­si­ła Ma­tecz­kę Ja­sno­gór­ską o zdro­wie dla swo­jej mat­ki, aby ta dziel­nie zno­si­ła swo­ją cho­ro­bę i mia­ła na­dzie­ję na wy­zdro­wie­nie; ja­kaś żona pro­si­ła Ma­ry­ję Prze­naj­święt­szą, aby uczy­ni­ła cud i wy­rwa­ła jej męża z na­ło­gu pi­jań­stwa; pew­na pąt­nicz­ka po­wie­rzy­ła ma­cie­rzyń­skiej opie­ce swo­ją ro­dzi­nę; Nie­zna­ny słu­ga Ma­ryi po­wie­rzył wszyst­kie swo­je spra­wy ziem­skie w Jej ręce, aby Ona je uświę­ca­ła i ofia­ro­wa­ła swo­je­mu sy­no­wi. Na za­koń­cze­nie je­den z pąt­ni­ków pro­sił, aby dro­ga Mat­ka oświe­ca­ła jego ścież­ki ży­cia, nie chce wię­cej błą­dzić, woli nieść krzyż Jej Syna; na­stęp­na in­ten­cja była o po­kój na świe­cie.

Na­stęp­nie gru­pa mo­dli­ła się wspól­nie, od­ma­wia­jąc dru­gą cząst­kę ró­żań­ca.

Póź­niej brat Ma­te­usz przy­stą­pił do roz­wa­żań trze­ciej czę­ści ró­żań­ca:

- Ze­sła­nie Du­cha Świę­te­go na apo­sto­łów. Dzię­kuj Je­zu­so­wi, dro­gi piel­grzy­mie, za to, że tak jak nam obie­cał, tak nam ze­słał Du­cha po­cie­szy­cie­la. Dzię­kuj Du­cho­wi Świę­te­mu, że zstą­pił na cały Ko­ściół, aby uświę­cać wier­nych i ze­spa­lać z Je­zu­sem. Proś Go o Jego dary. Bła­gaj, aby cię uświę­cał, po­cie­szał, umac­niał. Po­le­caj się Ma­ryi, piel­grzy­mie, i proś Ją, aby tak jak apo­sto­łom, tak i to­bie wy­jed­na­ła ob­fi­tość da­rów Du­cha Świę­te­go.

Znów na­stą­pi­ła ci­sza, aby moż­na było za­sta­no­wić się nad prze­czy­ta­nym tek­stem. Hen­ry­ka w tym cza­sie rów­nież my­śla­ła o Du­chu Świę­tym. Zro­zu­mia­ła, że dzię­ki ro­dzi­com, co ją ochrzci­li, za­miesz­kał On w niej, po­dob­nie jak w każ­dym in­nym czło­wie­ku za­miesz­ku­je, wła­śnie w mo­men­cie Chrztu Świę­te­go. Duch Świę­ty zo­stał dany jej po to, aby za­miesz­kał w jej wnę­trzu, aby wy­kształ­to­wał w niej Boży cha­rak­ter. Ta trze­cia oso­ba Bo­ska mia­ła zbu­do­wać w jej ży­ciu mi­łość, ra­dość, po­kój, cier­pli­wość, uprzej­mość, do­broć, wier­ność, ła­god­ność, opa­no­wa­nie. Póź­niej jako oso­ba do­ro­sła zo­sta­ła bierz­mo­wa­na, tak jak inni lu­dzie. Sa­kra­ment ten był do­peł­nie­niem i umoc­nie­niem tego, co zo­sta­ło za­po­cząt­ko­wa­ne Chrztem Świę­tym. Do­sta­ła wte­dy jak­by nowe ży­cie z wody i Du­cha. Ale za­da­ła sama so­bie py­ta­nie, czy te­raz On, Duch Świę­ty, rów­nież miesz­ka w niej? Czy po­przez swo­je nędz­ne ży­cie, któ­re pro­wa­dzi­ła do mo­men­tu piel­grzym­ki, nie wy­pę­dzi­ła Go ze swo­je­go ser­ca? Za­wsty­dzo­na spu­ści­ła gło­wę i po­wie­dzia­ła skru­szo­na: - Boże, pro­szę Cię, wy­bacz mi wszyst­ko.

Od­czy­ty­wa­ne były in­ten­cje do wspól­nej mo­dli­twy ró­żań­co­wej: pew­na sio­stra pro­si­ła o mo­dli­twę za zmar­łych z jej ro­dzi­ny, aby ich du­sze zna­la­zły wiecz­ny spo­kój w nie­bie; ktoś dru­gi pro­sił Ma­ry­ję, aby chro­ni­ła ją przed zły­mi ludź­mi, aby lek­ko scho­dzi­li z jej dro­gi ży­cia; pe­wien piel­grzym za­wie­rzył Ma­ryi swo­je dzie­ci, aby ży­cie ich po­do­ba­ło się Panu Bogu; na­stęp­ny piel­grzym pro­sił Ma­ry­ję, aby czu­wa­ła nad na­szym kra­jem i bro­ni­ła nasz na­ród przed wszel­kim złem; pąt­nicz­ka pro­si­ła o ła­skę po­ko­ry, a ja­kiś nie­zna­ny brat pro­sił, aby mógł mieć w ser­cu swo­im ukry­te rany Je­zu­sa.

Po wspól­nym od­mó­wie­niu trze­ciej dzie­siąt­ki ró­żań­ca Hen­ry­ka za­uwa­ży­ła, że czas na piel­grzym­ce biegł bar­dzo szyb­ko. Wy­star­czy­ło tyl­ko sku­pić się nad tym, co dzia­ło się w gru­pie, a zu­peł­nie gu­bi­ło się ra­chu­bę cza­su.

- Przy­stę­pu­je­my te­raz do czwar­tej czę­ści ró­żań­ca - mó­wił nie­stru­dzo­ny brat Ma­te­usz. - Wnie­bo­wzię­cie Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Ra­duj się, piel­grzy­mie, z chwa­ły Ma­ryi wzię­tej z du­szą i cia­łem do nie­ba. Dzię­kuj Je­zu­so­wi, że miał taką świę­tą mat­kę, któ­ra za­wsze za­chę­ca­ła nas do kro­cze­nia tu­taj po zie­mi z twa­rzą zwró­co­ną ku nie­bu. Proś więc Ma­ry­ję, dro­gi piel­grzy­mie, aby two­je my­śli, uczu­cia i pra­gnie­nia do nie­ba kie­ro­wa­ła.

Znów za­pa­dła ci­sza. Hen­ry­ka spoj­rza­ła na idą­cą obok sio­strę. He­le­na pła­ka­ła. Szła pro­sto przed sie­bie, a po twa­rzy cie­kły jej w ci­szy łzy. Zro­bi­ło się jej bar­dzo przy­kro.

- Czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, co się dzie­je? - Hen­ry­ka do­tknę­ła ją de­li­kat­nie za ło­kieć. - Pro­szę cię, po­wiedz mi, zo­ba­czysz, że bę­dzie ci lżej - na­le­ga­ła, bo w ten spo­sób chcia­ła po­móc ko­le­żan­ce. Tam­ta wes­tchnę­ła głę­bo­ko i po­wie­dzia­ła szep­tem:

- Ależ to nic ta­kie­go, wzru­szy­łam się, bo po­my­śla­łam o swo­im mężu, któ­ry żyje obok mnie bez Boga, bez Je­zu­sa, bez Ma­ryi.

- Nie przej­muj się - Hen­ry­ka pu­ści­ła do niej oczko - nie on je­den. W tym mo­men­cie zro­bi­ło się jej strasz­nie przy­kro. Po­my­śla­ła o lu­dziach, któ­rzy żyli bez Boga, i o ich strasz­nych we­wnętrz­nych cier­pie­niach. Nie­świa­do­mie nie wie­dzie­li, co tra­ci­li.

Brat Ma­te­usz znów wy­cią­gał kar­tecz­ki z ka­pe­lu­sza. Je­den z bra­ci pro­sił Mat­kę Prze­naj­święt­szą, aby przez swo­je znę­ka­ne ser­ce upro­si­ła mu cno­tę po­ko­ry i dar świę­tej bo­jaź­ni Bo­żej; ja­kiś piel­grzym pro­sił Mat­kę Bożą, aby po­mo­gła mu po­pra­wić oce­ny w nad­cho­dzą­cym roku szkol­nym; na­stęp­na pąt­nicz­ka pro­si­ła Ma­ry­ję, aby za­wsze z nią była i po­mo­gła jej nieść swój krzyż Je­zu­so­wy; pew­na sio­stra bła­ga­ła Ma­ry­ję, aby nie po­zwo­li­ła jej nig­dy stra­cić swo­jej oso­bo­wo­ści; pąt­nicz­ka dzię­ko­wa­ła Ma­ryi za dzie­ci, któ­re były jej je­dy­ną ra­do­ścią w ży­ciu; żona pro­si­ła o zdro­wie dla swo­je­go męża; ktoś pro­sił o mo­dli­twę za oj­czy­znę. Po chwi­li roz­brzmie­wa­ła wspól­na mo­dli­twa ró­żań­co­wa: "Oj­cze nasz...", "Zdro­waś Ma­ry­jo... Świę­ta Ma­ry­jo...", "Chwa­ła Ojcu i Sy­no­wi i Du­cho­wi...".

- Część pią­ta ró­żań­ca - koń­czył już mo­dli­twę kie­row­nik. - Uko­ro­no­wa­nie Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny w nie­bie, oraz chwa­ła anio­łów i świę­tych. Ra­duj się więc, dro­gi piel­grzy­mie, z chwa­ły Ma­ryi, jako kró­lo­wej nie­ba i zie­mi. Lecz pa­mię­taj, że Je­zus uczcił tak Mat­kę Swo­ją, bo Ona z Nim współ­cier­pia­ła... Sta­ła pod Jego krzy­żem. Dla­te­go też i w chwa­le stoi obok Nie­go kró­la, jako kró­lo­wa... Je­zus, ko­ro­nu­jąc Ma­ry­ję, od­dał Jej wszel­kie skar­by nie­ba. Dla­te­go jest Ona na­szą po­śred­nicz­ką wszel­kich łask. Do niej się więc zwra­caj z uf­no­ścią w każ­dej po­trze­bie.

Po­wyż­sze czy­ta­nie prze­bie­ga­ło w zu­peł­nej ci­szy. W sku­pie­niu od­czy­ty­wa­ne były rów­nież in­ten­cje. W po­bli­żu bra­ta Ma­te­usza cią­gle prze­by­wa­ła ruda dziew­czy­na. Hen­ry­ka roz­po­zna­ła ją na­tych­miast. Była szczu­pła, wy­so­ka i ład­na. Wło­sy sple­cio­ne w gru­by war­kocz, a spod be­re­tu świe­ci­ły nie­bie­skie, duże oczy.

- Czy wiesz, kto to jest? - za­py­ta­ła He­le­nę.

- To jed­na z te­go­rocz­nych ma­tu­rzy­stek, pa­mię­tam ją z na­sze­go ko­ścio­ła.

In­ten­cje na ró­ża­niec były na­stę­pu­ją­ce: je­den z piel­grzy­mów dzię­ko­wał Mat­ce Bo­żej za swo­je uczest­nic­two w piel­grzym­ce; pe­wien po­kor­ny słu­ga pro­sił Ma­ry­ję, aby wy­ba­czy­ła mu wszel­kie uchy­bie­nia w jego ży­ciu; je­den z bra­ci prze­pra­szał Ma­ry­ję za wszel­kie wy­rzą­dzo­ne przez nie­go zło swo­im naj­bliż­szym oso­bom; ktoś na­stęp­ny dzię­ko­wał za sio­strę, któ­ra po­mo­gła mu uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce; ktoś jesz­cze pro­sił Ma­ry­ję o wsta­wien­nic­two do Boga, aby wy­pra­sza­ła u Nie­go ła­ski dla nie­go i ca­łej jego ro­dzi­ny. Gru­pa znów mo­dli­ła się wspól­nie, od­ma­wia­jąc ostat­nią cząst­kę ró­żań­ca, a na za­koń­cze­nie: "Pod Two­ją obro­nę...". Po skoń­czo­nej mo­dli­twie He­le­na za­czę­ła roz­mo­wę na te­mat ru­dej dziew­czy­ny.

- Po­do­ba ci się ta sio­stra, co krę­ci się obok pau­li­nów? - za­py­ta­ła znie­nac­ka. - Nie wiem, na co ona li­czy, ale wy­raź­nie coś mi tu śmier­dzi - mó­wiąc to, zgor­szo­na wy­krzy­wi­ła usta.

- Co ty po­dej­rze­wasz? - Hen­ry­ka wzię­ła w obro­nę mło­dą sio­strę. - Prze­cież to jest nie­win­ne dziec­ko, a ja­sne, że taki Ma­te­usz może się po­do­bać. Ja sama je­stem pod jego uro­kiem. Wspa­nia­ły chło­pak. He­le­no, czy ty na­praw­dę nie ro­zu­miesz mi­ło­ści bra­ter­skiej, chrze­ści­jań­skiej? Mło­dzi na pew­no my­ślą in­a­czej, są wzglę­dem sie­bie otwar­ci, bar­dziej spon­ta­nicz­ni. Szyb­ciej się do­ga­du­ją i do­cho­dzą do po­ro­zu­mie­nia. My­ślę, że łą­czy ich tyl­ko i wy­łącz­nie przy­jaźń bra­ter­ska i wspól­ne spra­wy piel­grzym­ko­we. Sama po­wie­dzia­łaś, że znasz tę dziew­czy­nę z ko­ścio­ła.

He­le­na nic nie od­po­wie­dzia­ła.

Rozdział 1

Hen­ry­ka, dzię­ki ko­ścio­ło­wi w swo­im mie­ście, sta­ła się po­boż­ną ko­bie­tą, po­dob­nie jak wie­le in­nych pa­ra­fia­nek. Była wdzięcz­na swo­je­mu ko­ścio­ło­wi, że od­pra­wiał prze­pięk­ne na­bo­żeń­stwa, któ­re tak wcią­ga­ły, że z cza­sem nie moż­na było bez nich żyć. Dzię­ki temu po­ko­cha­ła też mo­dli­twę. Naj­bar­dziej po­do­ba­ła się jej mo­dli­twa do Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej, któ­rej na­uczy­ła się na pa­mięć. Brzmi ona w ten spo­sób:

"O Ma­ry­jo, na­sza dro­ga Pani Czę­sto­chow­ska, spójrz ła­ska­wie na Two­je dzie­ci w tym udrę­czo­nym i grzesz­nym świe­cie. Obej­mij nas Swo­ją ko­cha­ją­cą i Ma­cie­rzyń­ską opie­ką. Broń na­szej mło­dzie­ży od bez­boż­nych ście­żek; po­móż na­szym dro­gim dzie­ciom do­żyć sę­dzi­we­go wie­ku, aby się przy­go­to­wa­ły do po­dró­ży do domu Ojca; osłoń na­sze bez­bron­ne, nie­na­ro­dzo­ne dzie­ci od hor­ro­ru abor­cji i bądź na­szą siłą prze­ciw wszyst­kim grze­chom. Za­cho­waj Two­je dzie­ci od wszel­kiej nie­na­wi­ści, dys­kry­mi­na­cji i woj­ny. Na­peł­nij na­sze ser­ca, na­sze domy i nasz świat tym po­ko­jem i mi­ło­ścią, któ­ra po­cho­dzi od Two­je­go Syna, któ­re­go Ty obej­mu­jesz tak czu­le. O, Kró­lo­wo i Mat­ko, bądź na­szą Po­cie­szy­ciel­ką i Siłą! W Imię Je­zu­sa my mo­dli­my się. Amen".

W mło­do­ści Hen­ry­ka po­dró­żo­wa­ła tro­chę po świe­cie i mia­ła to szczę­ście, że wi­dzia­ła nie­któ­re miej­sca kul­tu re­li­gij­ne­go, po­świę­co­ne­go Naj­święt­szej Pa­nien­ce. Gdy­by ktoś ją za­py­tał, któ­re było naj­pięk­niej­sze z tych, co wi­dzia­ła, nie umia­ła­by dać jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Wszyst­kie były pięk­ne. Wszyst­kie były prze­bo­ga­te, do­stoj­ne i tchnę­ły swo­ją in­dy­wi­du­al­no­ścią. I wszyst­kie one stwo­rzo­ne były spe­cjal­nie dla Ma­ryi, Mat­ki Boga: pro­stej, pięk­nej i świę­tej nie­wia­sty, któ­ra ob­ja­wi­ła się wie­lu lu­dziom na zie­mi i ode­gra­ła wiel­ką rolę w zba­wie­niu czło­wie­ka.

Hen­ry­ka lu­bi­ła mo­dlić się w swo­im ko­ście­le pw. św. Lu­dwi­ka we Wło­da­wie. Przy­cho­dzi­ła do nie­go od dzie­ciń­stwa. Mia­ła swo­je sta­łe miej­sce w ław­ce na­prze­ciw oł­ta­rza. Po­grą­ża­jąc się w mo­dli­twie i uczest­ni­cząc we mszy świę­tej, wy­ci­sza­ła się we­wnętrz­nie. A tak na­praw­dę to ucie­ka­ła od ota­cza­ją­ce­go ją złe­go świa­ta. Ko­ściół był jej przy­sta­nią, w któ­rej czu­ła się bez­piecz­nie i gdzie było jej do­brze. Była wdzięcz­na ko­ścio­ło­wi, że ist­niał, że za­wsze był otwar­ty i za­wsze moż­na było tam wejść. Była szczę­śli­wa zwłasz­cza wte­dy, gdy nie mia­ła do­kąd pójść.

W roku 1992 ko­ściół we Wło­da­wie nad Bu­giem wró­cił w ręce bra­ci pau­li­nów, któ­rzy spro­wa­dzi­li do nie­go ko­pię ob­ra­zu ja­sno­gór­skie­go, przed­sta­wia­ją­ce­go Ma­ry­ję z dzie­ciąt­kiem na rę­kach. Od tego mo­men­tu Hen­ry­ka uwa­gę swą prze­nio­sła z ta­ber­na­ku­lum na ob­raz Pani Ja­sno­gór­skiej wid­nie­ją­ce­go nad nim. Uwiel­bia­ła spe­cjal­ne na­bo­żeń­stwa ma­ryj­ne. Mo­gła w nie­skoń­czo­ność przy­glą­dać się twa­rzy Ma­ryi, któ­ra w jej oczach była bar­dzo smut­na, za­tro­ska­na, peł­na bólu we­wnętrz­ne­go, ale jed­no­cze­śnie pięk­na i po­sia­da­ją­ca swój ma­je­stat.

Hen­ry­ka uro­dzi­ła się dzie­sięć lat po dru­giej woj­nie świa­to­wej w bar­dzo bied­nej ro­dzi­nie. Nie zna­ła na tyle Boga, aby móc zro­zu­mieć swo­je przyj­ście na świat. Nikt jej tego nie wy­ja­śnił. Po co się uro­dzi­ła, sama nie wie­dzia­ła, po­nie­waż w swo­im śro­do­wi­sku za­wsze było jej źle i czu­ła się bar­dzo nie­szczę­śli­wa. Nie raz prze­kli­na­ła Boga za to, że ją stwo­rzył. Mia­ła pre­ten­sje do Nie­go, że stwo­rzył złych lu­dzi i w tym świe­cie przy­szło jej żyć. Nie ro­zu­mia­ła, po co Pan Bóg zro­bił z niej świad­ka nie­mo­ral­nych wy­da­rzeń, gdzie zło go­ni­ło zło i nig­dy nie wia­do­mo było, gdzie jest po­czą­tek, a gdzie ko­niec. A w tym wszyst­kim bez­bron­ny, bied­ny czło­wiek ogar­nię­ty nie­mo­cą, bez­sil­ny.

Pa­nu­ją­cy sys­tem po­li­tycz­ny po­zba­wiał spo­łe­czeń­stwo war­to­ści mo­ral­nych, zmu­szał lu­dzi do dziw­nych rze­czy, do oso­bi­ste­go znie­wo­le­nia. Na przy­kład obo­wiąz­ko­we było uczest­nic­two w Pol­skiej Zjed­no­czo­nej Par­tii Ro­bot­ni­czej czy przy­na­leż­ność do służb bez­pie­czeń­stwa, zmu­sza­no do wie­lu in­nych złych rze­czy, któ­re do­pro­wa­dza­ły lu­dzi do utra­ty god­no­ści oso­bi­stej. Lu­dzie czę­sto na­wet sami nie wie­dzie­li, byli nie­świa­do­mi, jak od­bie­ra­ło się im czło­wie­czeń­stwo, jak za­cie­ra­ły się róż­ni­ce mię­dzy do­brem a złem. Wie­lu z nich ucie­ka­ło za gra­ni­cę, je­śli tyl­ko mie­li taką moż­li­wość, a ci, co po­zo­sta­li w kra­ju mo­dli­li się bar­dzo go­rą­co, bo dla wie­lu z nich mo­dli­twa była osta­tecz­ną na­dzie­ją na prze­trwa­nie.

Było to 1.08.1995 roku. W tym dniu wy­ru­sza­ła pięt­na­sta z ko­lei pie­sza piel­grzym­ka z Wło­da­wy do Czę­sto­cho­wy. Piel­grzy­mi mie­li do po­ko­na­nia 450 ki­lo­me­trów. Hen­ry­ka za­wsze ma­rzy­ła o pój­ściu na piel­grzym­kę, ale w jej przy­pad­ku tyl­ko na ma­rze­niach się koń­czy­ło. Było jej po pro­stu bar­dzo trud­no wy­rwać się od obo­wiąz­ków dnia co­dzien­ne­go. Za­wsze coś wy­pa­da­ło. Jed­nak tym ra­zem chęć prze­ży­cia tak wiel­kiej przy­go­dy oka­za­ła się sil­niej­sza niż wszyst­ko inne. Sama oso­bi­ście wie­dzia­ła, że Ma­ry­ja ist­nie­je. Nie mo­gła za­po­mnieć, jak przy­szła do niej pew­nej nocy w szpi­ta­lu, gdy le­ża­ła w bó­lach po­ro­do­wych. Była w ko­lo­rze nie­ba, pro­mie­ni­sta i mia­ła wy­cią­gnię­te dło­nie. Przy­szła po jej dziec­ko, dziew­czyn­kę. Po kil­ku la­tach po tym wy­da­rze­niu, po za­go­jo­nych już w ser­cu ra­nach i gdy ból zo­stał lek­ko przy­ćmio­ny, na­stał w koń­cu ten pięk­ny dzień. Przy­szedł ten wy­ma­rzo­ny dzień, że ona rów­nież sta­ła się pąt­nicz­ką. Ostat­niej nocy przed wy­mar­szem źle spa­ła, po­nie­waż gło­wa jej peł­na była obaw i py­tań bez od­po­wie­dzi. Tłu­ma­czy­ła so­bie, że prze­cież jest zdro­wa, że nic jej nie do­le­ga i nie po­win­no być pro­ble­mów. Poza tym bała się, aby nie za­spać, bo całe jej przy­go­to­wa­nie po­szło­by na mar­ne.

Wy­szła z domu o go­dzi­nie 6.00, po­zo­sta­wia­jąc śpią­cych jesz­cze do­mow­ni­ków. Od­da­ła ba­gaż do sto­ją­ce­go przy ko­ście­le sa­mo­cho­du cię­ża­ro­we­go i we­szła do świą­ty­ni. Punk­tu­al­nie o go­dzi­nie 7.00 roz­po­czę­ła się msza świę­ta, ce­le­bro­wa­na przez prze­ora pa­ra­fii. Hen­ry­ka mia­ła mie­sza­ne uczu­cia. Tak na­praw­dę to nie lu­bi­ła sama sie­bie. Czu­ła się bar­dzo grzesz­na. Czu­ła, że jej du­sza jest bar­dzo ubo­ga i nie­świa­do­ma wie­lu rze­czy. Przy­szła jej na­wet do gło­wy myśl, że nie jest god­na, aby uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce. W ko­ście­le był tłum lu­dzi, po­nie­waż oprócz pąt­ni­ków byli ci, któ­rzy ich od­pro­wa­dza­li. Po­ran­na msza świę­ta, przy peł­nym oświe­tle­niu wnę­trza, była cu­dow­na. Hen­ry­ka była bar­dzo wzru­szo­na. W oczach krę­ci­ły się jej łzy szczę­ścia. Nie mo­gła uwie­rzyć, że zna­la­zła się w śro­do­wi­sku, któ­re czci­ło tak głę­bo­ko Ma­ry­ję. Że sta­ła się pew­ną jego cząst­ką. Że ra­zem z nimi bę­dzie iść tak da­le­ko, do Czę­sto­cho­wy, aby po­wie­rzyć Jej to wszyst­ko, co skry­wa­ła w ser­cu. Chcia­ła tak jak inni po­wie­rzyć Jej swo­je tro­ski, zmar­twie­nia, pro­ble­my dnia co­dzien­ne­go: aby Jej dzię­ko­wać, aby Ją czcić, uwiel­biać. - Jak bar­dzo je­steś wspa­nia­ła, Mat­ko - my­śla­ła Hen­ry­ka. - Ja­kim je­steś fe­no­me­nem, że przyj­mu­jesz wszyst­kich, któ­rzy do Cie­bie idą, któ­rzy się do Cie­bie zwra­ca­ją. Wy­tar­ła oczy chu­s­tecz­ką i po­sta­no­wi­ła skon­cen­tro­wać się na ka­za­niu.

Prze­or był wy­so­kim męż­czy­zną, do­brze zbu­do­wa­nym, o ja­snej ce­rze i uśmiech­nię­tym spoj­rze­niu. Na gło­wie była już wi­docz­na nie­znacz­na ły­si­na. W jego gło­sie brzmia­ło prze­ko­na­nie, że to, co mówi jest praw­dą.

- Ko­cha­ni piel­grzy­mi. Dzi­siaj jest szcze­gól­ny dzień. Dla­te­go chciał­bym po­wie­dzieć wam coś na te­mat na­szej wia­ry. - Na­stą­pi­ła dłuż­sza prze­rwa, a po na­my­śle kon­ty­nu­ował swój wy­wód.- Sta­ty­sty­ki po­da­ją, że chrze­ści­jań­stwo wy­zna­je 30% lud­no­ści świa­ta. Ozna­cza to, że oko­ło 2,7 mi­liar­da jest lu­dzi wie­rzą­cych. Więk­szość z nich sta­no­wią ka­to­li­cy - oko­ło 1,1 mi­liar­da. Ale chrze­ści­ja­na­mi są rów­nież ta­kie wy­zna­nia jak: pro­te­stan­ci, pra­wo­sław­ni, zie­lo­no­świąt­kow­cy, an­gli­ka­nie, świad­ko­wie Je­ho­wy, Ży­dzi me­sja­ni­stycz­ni. Chrze­ści­jań­stwo zlo­ka­li­zo­wa­ne jest szcze­gól­nie w Eu­ro­pie oraz na te­re­nach sko­lo­ni­zo­wa­nych przez Eu­ro­pej­czy­ków - Ame­ry­ce i Au­stra­lii. Oprócz chrze­ści­jań­stwa ist­nie­je też dru­ga wiel­ka na świe­cie re­li­gia sku­pia­ją­ca 1,2 mi­liar­da wy­znaw­ców. Na­zy­wa się is­lam i zlo­ka­li­zo­wa­na jest głów­nie na Bli­skim Wscho­dzie, w Azji i Afry­ce. Ist­nie­je rów­nież bud­dyzm, ju­da­izm i hin­du­izm. - Znów na­stą­pi­ła krót­ka prze­rwa. Prze­or prze­stą­pił z nogi na nogę, ode­tchnął głę­bo­ko i spo­koj­nie mó­wił: - Ko­cha­ni, zo­bacz­cie, ile mamy na świe­cie lu­dzi wie­rzą­cych w Boga. Je­śli spoj­rze­li­by­śmy na sta­ty­sty­ki, to we­dług nich po­win­ni­śmy mieć raj na zie­mi, po­nie­waż każ­da wia­ra jest czymś do­brym, pięk­nym. A co po­ka­zu­je ży­cie? Ży­cie po­ka­zu­je, że po­dzia­ły na re­li­gie utwo­rzo­ne zo­sta­ły przez lu­dzi. Mię­dzy re­li­gia­mi ist­nie­je nie­po­trzeb­na ry­wa­li­za­cja. Jed­na chce być lep­sza od dru­giej, co w re­zul­ta­cie pro­wa­dzi do prze­śla­do­wań, do ter­ro­ry­zmu, do znie­wa­la­nia czło­wie­ka i do wo­jen. Giną lu­dzie. W su­mie do zła. - Prze­or w tym mo­men­cie spu­ścił gło­wę i ści­szył głos, mó­wił bar­dzo prze­ko­ny­wa­ją­co. - To wszyst­ko jest nie­po­trzeb­ne, to wszyst­ko nie po­win­no mieć miej­sca mię­dzy ludź­mi tu­taj, na zie­mi. Uwa­żam, że nie­waż­ne jest, jak re­li­gia ma na imię. Każ­da po­win­na być do­bra jak chleb po­wsze­dni. Nie­waż­ne też jest, jak Bóg ma na imię w po­szcze­gól­nych re­li­giach. Czło­wiek wie­rzą­cy, a zwłasz­cza chrze­ści­ja­nin po­wi­nien wie­dzieć, że Bóg jest je­den dla wszyst­kich lu­dzi na ca­łym świe­cie, i tyl­ko w Bogu mie­ści się do­bro ca­łe­go świa­ta. W na­tu­rze czło­wie­ka od po­cząt­ku swe­go ist­nie­nia jest pra­gnie­nie re­li­gij­no­ści, czy­li szczę­ścia, spra­wie­dli­wo­ści, speł­nie­nia, peł­ni ży­cia. Czło­wiek ra­dy­kal­nie po­trze­bu­je Boga, bo sam z sie­bie ska­za­ny jest na klę­skę. To jest pro­ste i po­win­no być zro­zu­mia­łe dla każ­de­go. Nie bu­dzi żad­nej wąt­pli­wo­ści fakt, że po na­szej piel­grzym­ce tu, na zie­mi sta­nie­my twa­rzą w twarz z jed­nym Bo­giem nie­za­leż­nie od przy­na­leż­no­ści. Każ­dy umrze, a Pan Bóg cię za­py­ta: czło­wie­ku, po­każ swo­je ręce, czy są czy­ste, po­każ swo­je ser­ce, czy miesz­ka w nim mi­łość.

Prze­or za­milkł. Wier­ni byli wy­ci­sze­ni. Po chwi­li mó­wił da­lej:

- Ko­cha­ni piel­grzy­mi. Cie­szę się, że chce­cie iść śla­da­mi Boga i prze­żyć pięk­ną przy­go­dę w po­zna­niu Go. Wła­śnie na piel­grzym­ce jest ku temu naj­lep­sza oka­zja. - Na twa­rzy prze­ora co­raz czę­ściej po­ja­wiał się uśmiech. Jego twarz po­wo­li się roz­ja­śnia­ła. - Bo tak na­praw­dę, to wie­le jest dróg, któ­re pro­wa­dzą do Boga i do wspól­no­ty z Nim. Pod­czas praw­dzi­wie prze­ży­wa­nej wę­drów­ki zo­ba­czy­cie, jak ota­cza­ją­ca was przy­ro­da prze­mó­wi do wa­szych zmy­słów. Wa­sze ser­ca, gdy się otwo­rzą, od­czu­ją mi­łość i chwa­łę Bożą ob­ja­wio­ną w dzie­le Jego rąk, w pra­wach na­tu­ry. - W tym mo­men­cie mó­wią­cy za­czerp­nął po­wie­trza i da­lej cią­gnął swo­ją myśl: - To Bóg was za­pra­sza na piel­grzym­kę, by­ście po­pa­trzy­li na to, co stwo­rzył, i za­sta­no­wi­li się sami nad sobą, nad swo­im cha­rak­te­rem. By­ście mo­gli przyj­rzeć się temu, co ro­bi­cie, jak po­stę­pu­je­cie w swo­im ży­ciu i kim tak na­praw­dę je­ste­ście. Za­sta­nów­cie się przez chwi­lę i po­my­śl­cie, jak do­sko­na­le stwo­rzo­ny jest wszech­świat i wszyst­ko to, co w nim ist­nie­je. Każ­da gwiaz­decz­ka na nie­bie ma swo­je miej­sce i prze­zna­cze­nie. Tak samo jest z czło­wie­kiem. Bóg stwo­rzył isto­tę ludz­ką rów­nież do­sko­na­łą i wo­bec każ­dej ma swój plan. Każ­dy z nas jest więc taką gwiaz­decz­ką we wszech­świe­cie, któ­ra po­win­na świe­cić. Nie wol­no się więc bun­to­wać, lecz swo­je ży­cie za­wie­rzyć wła­śnie Jemu, temu Je­dy­ne­mu. Gdy­by lu­dzie głę­bo­ko wie­rzy­li w Boga, to ży­cie wie­lu z nich na pew­no nie by­ło­by ta­kie cięż­kie, zgorzk­nia­łe i peł­ne roz­cza­ro­wań. Bo dla Nie­go żad­ne tro­ski nie są kło­po­ta­mi ani cię­ża­rem. Gdy­by­ście tyl­ko po­tra­fi­li to zro­bić, to prze­ko­na­li­by­ście się, że du­sza wa­sza sta­ła­by się spo­koj­na jak nig­dy. Zro­zu­mie­li­by­ście rów­nież, jak cen­nym skar­bem jest spo­kój du­szy. Ko­cha­ni piel­grzy­mi - po­wie­dział na za­koń­cze­nie prze­or. - Bę­dzie­cie prze­ży­wać wa­szą dwu­ty­go­dnio­wą piel­grzym­kę wła­śnie z Bo­giem. To On prze­mó­wi do was po­przez sło­wo Boże, po­przez Ewan­ge­lię, po­przez mo­dli­twę, re­ko­lek­cje w dro­dze, po­jed­na­nie i ży­cie we wspól­no­cie. Tą dro­gą zaj­dzie­cie do Ma­ryi, do na­szej pol­skiej Czę­sto­cho­wy, gdzie za­nie­sie­cie swo­je ser­ca, w któ­rych ukry­ty jest nie­jed­no­krot­nie ból, udrę­ki i utra­pie­nia. Tam też otwo­rzy­cie swo­je ser­ca, bo prze­cież idzie­cie do tej naj­pięk­niej­szej i naj­lep­szej z Ma­tek, któ­ra zro­zu­mie każ­de­go. Ona na was już cze­ka, cze­ka na każ­de­go z was i żad­nej proś­by nie od­rzu­ci. Ży­czę wszyst­kim sze­ro­kiej i szczę­śli­wej dro­gi. Szczęść Boże.

Mszy świę­tej to­wa­rzy­szy­ła pięk­na mu­zy­ka or­ga­no­wa i wiel­ka ja­sność dzię­ki stu­pro­cen­to­we­mu oświe­tle­niu ko­ścio­ła, co pod­kre­śla­ło jej uro­czy­sty cha­rak­ter. We­wnątrz było dusz­no. Za­raz po za­koń­cze­niu mszy świę­tej po­nad stu piel­grzy­mów sta­ło już na pla­cu przed ko­ścio­łem. Plac ten na pierw­szy rzut oka nie wy­da­wał się duży, jed­nak po­mie­ścił wszyst­kich. Mimo że lu­dzie po­mię­dzy sobą roz­ma­wia­li sku­pie­ni w grup­kach, prze­ka­zu­jąc so­bie wza­jem­nie ostat­nie rady i wska­zów­ki, to pa­no­wa­ła ogól­na ci­sza. Po­wie­trze z rana było rześ­kie, a na błę­kit­nym nie­bie nie było wi­dać żad­nej chmur­ki, co za­po­wia­da­ło pięk­ny, sło­necz­ny dzień.

Hen­ry­ka była sama. My­śla­ła o od­pra­wio­nej mszy świę­tej. Do­szła do wnio­sku, że wie­le sły­sza­ła w ży­ciu pięk­nych ka­zań, do­zna­wa­ła wie­lu wzru­szeń, słu­cha­jąc ich, ale póź­niej nie­wie­le za­pa­mię­ty­wa­ła. Na­wet te­raz, gdy­by ktoś po­pro­sił ją, aby po­wtó­rzy­ła do­kład­nie to, co usły­sza­ła, to na pew­no mia­ła­by trud­no­ści. Sta­nę­ła z boku, aby ni­ko­mu nie prze­szka­dzać i przy­glą­da­ła się lu­dziom z cie­ka­wo­ścią. Wszy­scy byli ubra­ni zgod­nie z re­gu­la­mi­nem piel­grzym­ko­wym. Skrom­nie, zdro­wo i wy­god­nie. Spodnie za ko­la­na, a ko­szul­ki za­kry­wa­ją­ce ra­mio­na. Na­wet dzie­ci mu­sia­ły pod­po­rząd­ko­wać się re­gu­la­mi­no­wi. Obo­wiąz­ko­we też było na­kry­cie gło­wy oraz wy­god­ne, moc­ne i roz­cho­dzo­ne buty. W pod­ręcz­nym ba­ga­żu: pe­le­ry­na od desz­czu, mo­dli­tew­nik, kar­ta uczest­ni­ka piel­grzym­ki, śpiew­nik, no­tes, dłu­go­pis oraz ró­ża­niec.

Każ­dy uczest­nik piel­grzym­ki mu­siał być u spo­wie­dzi przed wyj­ściem w tra­sę. Gru­pa wło­daw­ska była sie­dem­na­stą z ko­lei gru­pą i cha­rak­te­ry­stycz­ne było to, że każ­dy jej uczest­nik po­sia­dał zna­czek oraz je­dwab­ną, po­ma­rań­czo­wą chu­s­tecz­kę. Ka­te­go­rycz­ny był za­kaz pa­le­nia ty­to­niu i spo­ży­wa­nia al­ko­ho­lu pod każ­dą po­sta­cią. Obo­wią­zy­wa­ło też od­po­wied­nie za­cho­wa­nie peł­ne życz­li­wo­ści, wza­jem­nej tro­ski i po­go­dy du­cha. Wszyst­ko to za­pi­sa­ne było w kar­cie uczest­ni­ka piel­grzym­ki, z któ­rą każ­dy pąt­nik miał obo­wią­zek za­po­znać się i wziąć so­bie do ser­ca.

Po­wo­li, w ci­szy usta­wia­ła się dłu­ga ko­lum­na. Na prze­dzie ja­kiś męż­czy­zna trzy­mał duży, drew­nia­ny krzyż. Za nim usta­wi­ło się dwóch mło­dych chłop­ców, z któ­rych je­den trzy­mał wi­ze­ru­nek Mat­ki Bo­żej, a dru­gi wi­ze­ru­nek Pana Je­zu­sa. Za nimi z ko­lei usta­wi­ły się dwie na­sto­lat­ki z dłu­gim, nie­bie­skim trans­pa­ren­tem, gdzie wid­niał na­pis: "Piel­grzym­ka wło­daw­ska, gru­pa sie­dem­na­sta".

Wzdłuż ko­lum­ny z le­wej stro­ny przy­go­to­wa­ne były do nie­sie­nia czte­ry gło­śni­ki po­łą­czo­ne mię­dzy sobą bar­dzo dłu­gi­mi ka­bla­mi, któ­re sta­no­wi­ły jed­no­cze­śnie ba­rie­rę mię­dzy piel­grzy­ma­mi a lewą stro­ną jezd­ni. W mo­men­cie wy­ru­sze­nia gru­py ko­ściel­ne dzwo­ny gło­śno roz­brzmie­wa­ły na czte­ry stro­ny świa­ta, aby ogło­sić mia­stu, że ten dzień jest szcze­gól­ny dla jego miesz­kań­ców. W tym zaś mo­men­cie pąt­ni­cy zo­sta­wia­li za sobą, na naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie, całe swo­je cy­wi­li­zo­wa­ne ży­cie oso­bi­ste: miesz­ka­nia, domy, wy­go­dy, do­bre lub złe na­wy­ki i przy­zwy­cza­je­nia. Wszyst­ko tyl­ko po to, aby prze­żyć prze­pięk­ną wa­ka­cyj­ną przy­go­dę du­cho­wą. Ra­dio, te­le­wi­zja, prąd, lo­dów­ki, pral­ki, a tak­że nie­zręcz­ne czy przy­kre sy­tu­acje w pra­cy, w domu, być może ja­kieś kło­po­ty czy zmar­twie­nia - to wszyst­ko zo­sta­ło. Te­raz tyl­ko li­czył się trud na szla­ku, i waż­ne było, aby szczę­śli­wie dojść do Ma­ryi, do Czę­sto­cho­wy, aby dzię­ko­wać, pro­sić czy czy­nić po­ku­tę za prze­szłe, grzesz­ne ży­cie. Te­raz naj­waż­niej­si byli oni, któ­rzy mie­li sta­nąć twa­rzą w twarz z przy­ro­dą, mo­dli­twą i z Bo­giem. Czyż może być coś pięk­niej­sze­go w ży­ciu czło­wie­ka?

Wy­ru­szy­li z pie­śnią na ustach:

Jest za­ką­tek na tej zie­mi, Gdzie po­wra­cać każ­dy chce, Gdzie kró­lu­je Jej ob­li­cze, Na Nim cię­te rysy dwie. Wzrok ma smut­ny, za­tro­ska­ny, Jak­by chcia­ła pro­sić cię, Byś w mat­czy­ną Jej opie­kę od­dał się.

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

W Jej ra­mio­nach znaj­dziesz spo­kój I uchro­nisz się od zła, Bo dla wszyst­kich swo­ich dzie­ci Ona czu­łe ser­ce ma. I opie­ką cię oto­czy, Gdy Jej ser­ce od­dasz swe, Gdy po­wtó­rzysz Jej z ra­do­ścią sło­wa te:

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

Dziś, gdy wo­kół nas nie­po­kój, Gdzie się czło­wiek schro­nić ma, Gdzie ma pójść, jak nie do Mat­ki, Któ­ra uko­je­nie da. Więc bła­ga­my, o Ma­don­no, Skie­ruj wzrok na dzie­ci swe, I wy­słu­chaj jak śpie­wa­my, Pro­sząc Cię:

Ref. Ma­don­no, Czar­na Ma­don­no, Jak do­brze Twym dziec­kiem być. O, po­zwól Czar­na Ma­don­no, W ra­mio­na Two­je się skryć.

Rozdział 6

Na­za­jutrz po­bud­ka była o 6.00. Słoń­ce już świe­ci­ło, ale po prze­szłej bu­rzy zie­mia była mo­kra i sta­ły ka­łu­że. Było chłod­no. Znów za­po­wia­dał się na­stęp­ny pięk­ny, sło­necz­ny dzień. Na polu na­mio­to­wym sta­ła woda, a piel­grzy­mi, praw­dę mó­wiąc, byli w opła­ka­nym sta­nie. Cie­ka­we w tym wszyst­kim było to, że nikt nie na­rze­kał, nikt się nie skar­żył. Mo­kre na­mio­ty piel­grzy­mi po­za­no­si­li do sa­mo­cho­du cię­ża­ro­we­go. Gdy wy­ru­szy­li w dro­gę do po­bli­skie­go ko­ścio­ła, brat Ma­te­usz, aby pod­nieść wszyst­kich na du­chu, śpie­wał we­so­ło pieśń o tym, że na­stał nowy dzień stwo­rzo­ny przez Pana i z tego po­wo­du wszy­scy po­win­ni być ra­do­śni. Piel­grzy­mi po­wtó­rzy­li tę pieśń jesz­cze dwa razy i do­pie­ro wte­dy na ich twa­rzach za­wi­tał uśmiech. Brat Ma­te­usz przy­po­mniał wszyst­kim o tym, że to wy­jąt­ko­wy dzień. Był aku­rat pierw­szy pią­tek mie­sią­ca. W związ­ku z tym pro­po­no­wał, aby w tym dniu piel­grzy­mi ofia­ro­wa­li swo­je mo­dli­twy, ko­mu­nię świę­tą i swój trud wę­drów­ki w in­ten­cji wy­na­gra­dza­ją­cej Naj­święt­sze­mu Ser­cu Pana Je­zu­sa za grze­chy ca­łe­go świa­ta.

- Ze spo­wie­dzi ko­rzy­sta­my przede wszyst­kim pod­czas dro­gi - in­for­mo­wał wszyst­kich kie­row­nik.

W ra­do­snych na­stro­jach po­dą­ża­li na mszę świę­tą po­ran­ną. Ten od­ci­nek dro­gi wy­ko­rzy­sta­ny był na od­śpie­wa­nie Go­dzi­nek o Nie­po­ka­la­nym Po­czę­ciu Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Go­dzin­ki przy­po­mi­na­ły mo­dli­twę bre­wia­rzo­wą, czy­li li­tur­gię go­dzin. Od se­tek lat go­dzin­ki były w Pol­sce ulu­bio­nym na­bo­żeń­stwem czci­cie­li Ma­ryi. Śpie­wa­na mo­dli­twa była bar­dzo pięk­na i dłu­ga. Była du­etem mię­dzy bra­tem pau­li­nem a gru­pą piel­grzy­mów. Nie spo­sób przy­to­czyć ca­ło­ści. Do­dam, że na za­koń­cze­nie kie­row­nik gru­py śpie­wał:

- Świę­ta Ma­ry­jo, kró­lo­wo nie­bie­ska, mat­ko Pana Na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa i Pani Świa­ta, któ­ra ni­ko­go nie opusz­czasz i ni­kim nie gar­dzisz, wej­rzyj na nas Pani na­sza ła­ska­wym okiem mi­ło­sier­dzia swe­go i uproś nam u Syna swe­go umi­ło­wa­ne­go, od­pusz­cze­nie wszyst­kich grze­chów na­szych. Aby­śmy przez Two­je bło­go­sła­wień­stwo za­pła­tę w nie­bie otrzy­mać mo­gli. Niech to się sta­nie po­przez Syna Two­je­go, a Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­ry z Oj­cem i Du­chem Świę­tym żyje i kró­lu­je w Trój­cy Świę­tej je­dy­ny, Bóg na wie­ki wie­ków.

- Amen - od­po­wie­dzie­li chó­rem piel­grzy­mi.

- Pani, wy­słu­chaj mo­dli­twy na­sze - śpie­wał da­lej pau­lin.

- A wo­ła­nie na­sze niech do Cie­bie przyj­dzie - gru­pa.

- Bło­go­sław­my Panu - brat.

- Bogu chwa­ła - od­po­wia­da­li lu­dzie.

- A du­sze wier­nych zmar­łych przez mi­ło­sier­dzie Boże niech od­po­czy­wa­ją w po­ko­ju - brat Ma­te­usz koń­czył mo­dli­twę.

- Amen - za­koń­czy­li chó­rem piel­grzy­mi.

Msza świę­ta roz­po­czę­ła się punk­tu­al­nie o go­dzi­nie 8.00. Ce­le­bro­wa­na była spe­cjal­nie dla nich, dla gru­py sie­dem­na­stej z Wło­da­wy. Ko­ściół pa­ra­fial­ny jed­nej z naj­bliż­szych wio­sek le­d­wo co po­mie­ścił wszyst­kich. Ka­za­nie było prze­pięk­ne, wzru­sza­ją­ce. Hen­ry­ka ule­ga­ła bar­dzo szyb­ko emo­cjom. Mia­ła taką na­tu­rę, że gdy zo­ba­czy­ła u ko­goś łzy w oczach, sama na­tych­miast za­czy­na­ła pła­kać. Tak samo było i te­raz, pod­czas tego ka­za­nia.

- Cie­szę się ogrom­nie, że tak licz­na gru­pa mło­dzie­ży idzie z głę­bo­ką wia­rą do Ma­ryi, do Czę­sto­cho­wy - mó­wił na ka­za­niu miej­sco­wy ksiądz. - Ko­cha­ni moi mło­dzi przy­ja­cie­le - ści­szył tu­taj głos - na te­mat wia­ry mógł­bym mó­wić w nie­skoń­czo­ność, bo to te­mat rze­ka, ale nie o to cho­dzi. Chciał­bym dzi­siaj tyl­ko tra­fić do wa­szych mło­dych, czy­stych serc. Dla­te­go na sa­mym po­cząt­ku już py­tam się was, czy wie­cie - tu­taj mó­wił już gło­śno i do­bit­nie: - dla­cze­go re­li­gia i wia­ra są tak waż­ny­mi ele­men­ta­mi w ży­ciu czło­wie­ka? Na­tych­miast od­po­wia­dam: -  po­nie­waż re­li­gia i wia­ra ma sama w so­bie tyle siły, ile po­trze­ba czło­wie­ko­wi, aby się nie za­ła­mał i nie uległ złu w tej ziem­skiej, krót­kiej piel­grzym­ce. - Za­milkł na chwi­lę, na­brał po­wie­trza w płu­ca i kon­ty­nu­ował:

- W dzi­siej­szych cza­sach po­tę­ga zła jest ogrom­na. To zło to: sza­tan, wiel­ki świat i na­mięt­no­ści. Może się ktoś śmiać i szy­dzić ze mnie, że je­stem głu­pi, bo mó­wię bzdu­ry o ja­kimś tam sza­ta­nie, a jego wca­le nie ma. Mimo wszyst­ko jed­nak twier­dzę z czy­stą od­po­wie­dzial­no­ścią, że sza­tan jest. Jest on du­chem, a więc jest on o wie­le mą­drzej­szy i prze­bie­glej­szy od czło­wie­ka. Sza­tan oszu­kał pierw­sze­go czło­wie­ka, oszu­ku­je rów­nież jego po­tom­ków. Ata­ku­je on zwłasz­cza mło­dych, nie­do­świad­czo­ną mło­dzież, taką jak wy. Wy­obraź­cie so­bie, że jest tak spryt­ny, że kie­dy sam nie może dać so­bie rady z czło­wie­kiem, na­sy­ła na nie­go in­ne­go, rów­ne­go mu czło­wie­ka. I w ten spo­sób zdo­by­wa swo­ją ofia­rę. Na przy­kład Ada­ma zdo­był przez Ewę. To oni sprze­ci­wi­li się woli bo­skiej w raju, w chwi­li, gdy ze­rwa­li owoc z za­ka­za­ne­go drze­wa. Ich dzia­ła­nie opar­te było na po­ku­sie. Od tej chwi­li grzech pier­wo­rod­ny cią­ży na każ­dym czło­wie­ku.

Na­stęp­nym złem na zie­mi są na­mięt­no­ści. Na­mięt­na mi­łość, nie­na­wiść, chci­wość, za­zdrość. Prócz tego ist­nie­je ogrom­na duma i sza­lo­na py­cha. Wszyst­kie te na­mięt­no­ści pro­wa­dzą czło­wie­ka do prze­pa­ści. Dla­te­go więc do koń­ca ziem­skie­go ży­cia trze­ba wal­czyć. Wal­czyć nie­ustan­nie, aby nie skoń­czyć swo­je­go ży­cia w grze­chu, bo nie może już być nic gor­sze­go. Przy­to­czę wam pe­wien przy­kład: zda­rzy­ło się pew­ne­go razu, że czło­wiek ze­rwał z grze­chem. Gdy po­ko­nał sza­ta­na, wte­dy na­stą­pił w jego du­szy taki mo­ment wy­zwo­le­nia we­wnętrz­ne­go i po­czuł praw­dzi­we ży­cie - wol­ność i szczę­ście. Ale ze­gar prze­mi­ja­nia wciąż idzie do przo­du i ży­cie to­czy się da­lej. I cóż się dzie­je? Świat znów czło­wie­ka kusi, obie­cu­je, a na­wet gro­zi. Wciąż więc trwa wal­ka, nie­ustan­na wal­ka z grze­chem przez całe ży­cie. Wciąż po­wta­rzać trze­ba sło­wa Chry­stu­sa: "Idź precz, nędz­ni­ku", je­śli chce­my być wol­ni i szczę­śli­wi. Jest to bar­dzo, bar­dzo trud­ne. Wie­lu lu­dzi po­mi­mo naj­lep­szych chę­ci upa­dło i skoń­czy­ło mar­nie. Czy wie­cie dla­cze­go? Dla­te­go, że swo­je ży­cie opie­ra­li na fał­szy­wej du­mie, na swo­im wy­so­kim po­cho­dze­niu, wzo­ro­wym wy­cho­wa­niu i uczci­wym ser­cu. Ale nie na Bogu i re­li­gii. Wie­lu lu­dzi na świe­cie nie wie­rzy w Boga, ale w pie­nią­dze. To ma­mo­na jest ich Bo­giem. Ja­kie to wszyst­ko jest bar­dzo smut­ne, bo pro­wa­dzi do­ni­kąd. Lu­dzie nie wie­dzą, że tyl­ko w re­li­gii, w Bogu, mogą zna­leźć od­po­wied­nią siłę da­ją­cą im moc prze­trwa­nia tu­taj, na zie­mi do cza­su na­tu­ral­nej śmier­ci. Bo wła­śnie wia­ra daje czło­wie­ko­wi od za­ra­nia dzie­jów to, co naj­po­trzeb­niej­sze. Czło­wie­ko­wi każ­de­go sta­nu, wie­ku, płci daje po­cie­chę w bólu, na­dzie­ję w wal­ce o prze­trwa­nie. Wie­lu też lu­dzi za­ła­mu­je się pod cię­ża­rem zła. Je­zus zaś daje na­dzie­ję zwy­cię­stwa. To Je­zus po­wie­dział: "Na świe­cie ucisk mieć bę­dzie­cie, lecz ufaj­cie: Jam zwy­cię­żył świat". On nic nie tai, ale wy­raź­nie za­po­wia­da łzy i ból, a w koń­cu zwy­cię­stwo. - Ksiądz za­milkł. Wy­pił łyk wody, prze­stą­pił z nogi na nogę i kon­ty­nu­ował:

- Na­stęp­nym punk­tem po­zy­tyw­nym re­li­gii i wia­ry jest rów­no­wa­ga czło­wie­ka w ży­ciu, spo­kój du­szy i po­go­da ser­ca ujaw­nia­ją­ca się na ze­wnątrz. Praw­dzi­wy chrze­ści­ja­nin w swo­im ser­cu ma praw­dzi­wą, głę­bo­ką ra­dość. Po­słu­żę się tu pew­nym przy­kła­dem. Za cza­sów prze­śla­do­wa­nia pierw­szych chrze­ści­jan w roku Pań­skim 312 żył świę­ty Lu­cjan. Po­niósł on mę­czeń­ską śmierć tyl­ko dla­te­go, że był chrze­ści­ja­ni­nem. Czy wie­cie, ko­cha­ni, co było szcze­gól­ne­go w mę­czeń­stwie tego świę­te­go? A więc to, że za­stęp­ca ce­sar­ski Mak­sym są­dził Go przez za­sło­nę, po­nie­waż nie mógł pa­trzeć na twarz Lu­cja­na. Bał się, że on też może zo­stać chrze­ści­ja­ni­nem. Z twa­rzy mę­czen­ni­ka biła wiel­ka po­go­da du­cha, spo­kój i ra­dość. Mimo obiet­nic i gróźb ze stro­ny urzęd­ni­ka Lu­cjan nie wy­rzekł się Chry­stu­sa, a wprost prze­ciw­nie, za­wsze od­po­wia­dał: - "Je­stem chrze­ści­ja­ni­nem, ni­cze­go się nie spo­dzie­wam, nie żą­dam, nie oba­wiam". A co przy­no­si ży­cie mło­dym, nie­do­świad­czo­nym lu­dziom? Roz­cza­ro­wa­nie, smu­tek, a w koń­cu znie­chę­ce­nie. Gdy ze swo­ich oczu zdej­mą ró­żo­we oku­la­ry, to stwier­dzą, że lu­dzie są bar­dzo sa­mo­lub­ni, że ży­cie wie­lu z nich jest bar­dzo płyt­kie, że na świe­cie jest bar­dzo dużo bło­ta ma­te­rial­ne­go, a jesz­cze wię­cej mo­ral­ne­go. I ta rze­czy­wi­stość na­peł­nia mło­dych zro­zu­mia­łym smut­kiem, a po­tem znie­chę­ce­niem. Je­śli więc taki jest świat, to czy war­to żyć pra­gnie­nia­mi, szla­chet­ny­mi po­ry­wa­mi? Czy nie le­piej na wszyst­ko mach­nąć ręką i iść przez ży­cie po pro­stu, tak jak idzie po­spól­stwo? Szu­kać tyl­ko sie­bie, pra­co­wać tyl­ko dla sie­bie i żyć tyl­ko dla sie­bie? Czy nie le­piej opła­ca się in­te­res oso­bi­sty od ja­kie­goś tam za­pa­łu, en­tu­zja­zmu i szla­chet­ne­go celu?

Ko­cha­na mło­dzie­ży, niech was Bóg bro­ni przed taką po­sta­wą, przed taką osta­tecz­ną de­cy­zją. Stra­cić za­pał do ży­cia w mło­do­ści to zna­czy stra­cić całą mło­dość. A stra­co­na mło­dość to stra­co­ne trzy czwar­te ca­łe­go ży­cia. Pa­mię­taj­cie więc, że taka jest wa­sza war­tość, ja­kim jest wasz za­pał. Je­śli na świe­cie jest wie­le bło­ta, to czy i wy chce­cie w nim grzę­znąć? Je­śli wi­dzi­cie wo­kół sie­bie wie­lu sa­mo­lu­bów, to czy i wy chce­cie do nich na­le­żeć? Czy chce­cie pro­wa­dzić ży­cie płyt­kie, ta­kie, ja­kie pro­wa­dzą masy lu­dzi? Czy to wam im­po­nu­je, cho­ciaż cuch­nie tru­pem? - Ksiądz umilkł, a po chwi­li za­cy­to­wał Ada­ma Asny­ka:

Rozdział 2

Miesz­kań­cy Wło­da­wy od­pro­wa­dzi­li piel­grzym­kę aż do po­bli­skie­go lasu, znaj­du­ją­ce­go się 5 ki­lo­me­trów za mia­stem. Mimo wcze­snej pory dnia, od­pro­wa­dza­ją­cych było wie­lu. Wśród po­boż­nych pie­śni wciąż po­wie­wa­ły w gó­rze po­ma­rań­czo­we chu­s­tecz­ki. Gdy od­pro­wa­dza­ją­cy go­ście wró­ci­li do swo­ich do­mów, je­den z bra­ci pau­li­nów na­tych­miast za­czął wpro­wa­dzać w gru­pie at­mos­fe­rę piel­grzym­ko­wą.

- Te­raz, gdy wy­ru­szy­li­śmy w tra­sę, mu­si­my za­jąć się sobą - mó­wił do mi­kro­fo­nu. - Naj­pierw po­mo­dli­my się wspól­nie, a na­stęp­nie bę­dzie­my za­po­zna­wać się w gru­pie. Mu­si­my mię­dzy nami utwo­rzyć pew­ną przy­ja­zną wspól­no­tę, aby­śmy byli jed­no­ścią. Nie może tak być, aby czło­wiek żył tyl­ko sam dla sie­bie, ale żył z in­ny­mi i dla in­nych - tłu­ma­czył. - Zdro­waś Ma­ry­jo - za­czął brat.

- Świę­ta Ma­ry­jo - od­po­wia­da­li wspól­nie piel­grzy­mi.

- Oto ja słu­żeb­ni­ca Pań­ska - za­śpie­wał pau­lin.

- Niech mi się sta­nie we­dług sło­wa Twe­go - od­po­wie­dzia­ła śpie­wa­ją­co gru­pa.

Brat pau­lin ubra­ny był w bia­ły ha­bit, a na gło­wie miał bia­łą cza­pecz­kę z dasz­kiem. Był mło­dy, przy­stoj­ny i wy­spor­to­wa­ny. Biła z nie­go pew­ność sie­bie, a gdy prze­ma­wiał, wy­da­wał się męż­czy­zną o wiel­kiej sile du­cha. Hen­ry­ce bia­ły ko­lor ko­ja­rzył się z nie­win­no­ścią. Przy­szło jej na­wet do gło­wy, że gdy­by miał przy­cze­pio­ne skrzy­dła, mógł­by być praw­dzi­wym anio­łem ze­sła­nym z nie­ba. Przy­glą­da­ła się jego po­sta­ci i zga­dy­wa­ła w my­ślach, kim mógł­by być na co dzień? - Jed­no jest pew­ne, że jest grzesz­nym czło­wie­kiem tak samo jak każ­dy z nas - roz­wa­ża­ła w my­ślach. - Może ma ko­bie­tę, może jest zbo­czeń­cem, może pali pa­pie­ro­sy i pije al­ko­hol, może pali traw­kę? Kto to wie? Tyle złych rze­czy sły­sza­ła o księ­żach i cho­ciaż ten wy­glą­dał na anio­ła, to oso­bi­ście nie wie­rzy­ła tak do koń­ca, że ta­kim jest.

- Mam na imię Ma­te­usz i je­stem prze­wod­ni­kiem gru­py sie­dem­na­stej. - przed­sta­wił się. Aby go le­piej mo­gli zo­ba­czyć ci, co szli z tyłu ko­lum­ny, od­wró­cił się do tyłu i po­ma­chał rę­ka­mi. Roz­le­gły się ser­decz­ne, nie­uda­wa­ne, en­tu­zja­stycz­ne bra­wa. - Na koń­cu ko­lum­ny jest mój za­stęp­ca, brat Mi­chał - po­wie­dział, śmie­jąc się bra­ci­szek - jest go­to­wy, aby spo­wia­dać, je­śli ktoś ma tyl­ko ocho­tę - wi­ta­my go ser­decz­nie okla­ska­mi. Za chwi­lę po­wie­dział: - Gdzieś tam w środ­ku ko­lum­ny po­wi­nien być nasz brat, kle­ryk Pa­weł. Po­wi­taj­my go rów­nież go­rą­co i po­dzię­kuj­my, że za­szczy­cił nas swo­ją obec­no­ścią. - znów roz­le­gły się okla­ski.

W na­stęp­nej ko­lej­no­ści brat Ma­te­usz wi­tał sio­stry i bra­ci z ze­spo­łów mu­zycz­nych, le­ka­rza i sio­stry pie­lę­gniar­ki z opa­ska­mi na ręku przed­sta­wia­ją­cy­mi czer­wo­ny krzyż. Po­dzię­ko­wał za ich przy­by­cie i pro­sił, aby w mia­rę moż­li­wo­ści ko­rzy­stać z ich po­mo­cy na po­sto­jach. Przy­wi­tał bra­ci po­rząd­ko­wych w zie­lo­nych ka­mi­zel­kach, znaj­du­ją­cych się na po­cząt­ku i na koń­cu ko­lum­ny. Kie­ro­wa­li oni ru­chem dro­go­wym i czu­wa­li nad bez­pie­czeń­stwem ca­łej gru­py. Brat Ma­te­usz aż do wzru­sze­nia pa­mię­tał o wszyst­kich. Wi­tał tych, któ­rzy szli pierw­szy raz, a tak­że tych, któ­rzy szli pięt­na­sty raz. Po­dzię­ko­wał za przy­by­cie oso­bom na wóz­kach in­wa­lidz­kich i pro­sił gru­pę, aby zro­bi­ła wszyst­ko, aby lu­dzie ci nie czu­li się cię­ża­rem, bę­dąc w gru­pie sie­dem­na­stej. Nie za­po­mniał rów­nież o dzie­ciach. Naj­młod­szy uczest­nik miał dwa lata.

Po pre­zen­ta­cji gru­pa szła w mil­cze­niu. Dzień był sło­necz­ny, taki nor­mal­ny. Nie za go­rą­cy i nie za zim­ny. Gdy we­szli głę­bo­ko w las, kie­row­nik gru­py za­rzą­dził wspól­ne za­po­zna­wa­nie się w gru­pie. Po­le­ga­ło to na tym, że każ­dy brat i każ­da sio­stra wy­cią­ga­li rękę do osób w naj­bliż­szym są­siedz­twie. Trze­ba było przed­sta­wić się swo­im imie­niem i wy­po­wie­dzieć sło­wa: "do­brze, że je­steś". W tym cza­sie dziew­czę­ta z ze­spo­łu mu­zycz­ne­go śpie­wa­ły: "Do­brze, że je­steś, do­brze, że je­steś, do­brze, że je­steś. Co by to było, gdy­by Cię nie było, co by to było?". Do śpie­wu do­łą­czy­ła się cała gru­pa. Gest za­po­zna­wa­nia był bar­dzo wzru­sza­ją­cy. Hen­ry­ce chcia­ło się pła­kać z emo­cji. Przy­kro jej się zro­bi­ło, że stra­ci­ła już ro­dzi­ców i bra­ci, i już ich nie było wśród ży­wych. W gło­wie pul­so­wa­ło jej krót­kie zda­nie: "do­brze, że je­steś". We­dług niej tak wie­le zna­czy­ło: do­brze, że je­steś, do­brze, że ży­jesz, że ist­nie­jesz, że je­steś na piel­grzym­ce, że je­steś moim bra­tem, że je­steś obok mnie, że ko­chasz mnie ta­kim, ja­kim je­stem - więc mogę na to­bie po­le­gać. Nie­któ­rzy w tym ge­ście pod wpły­wem emo­cji ści­ska­li się ser­decz­nie, a na­wet ca­ło­wa­li w po­li­czek.

Pod­czas dal­sze­go mar­szu brat Ma­te­usz przy­po­mniał do­kąd idzie gru­pa.

- Mamy dziś do po­ko­na­nia 29 ki­lo­me­trów - mó­wił. - W Krzy­wo­wierz­bie za­pla­no­wa­ny mamy noc­leg. Mam na­dzie­ję, że wszy­scy mają wy­god­ne buty.

Hen­ry­ka, tak na­praw­dę, nie była do­brze przy­go­to­wa­na do piel­grzym­ki. Nie mia­ła wy­pró­bo­wa­nych, wy­god­nych bu­tów, o za­wy­żo­nej nu­me­ra­cji, ale nor­mal­ne, nowe adi­da­sy. Nie wzię­ła rów­nież na­mio­tu. Nie chcia­ła mieć z nim kło­po­tu. Po­cie­sza­ła się my­ślą, że ja­koś to bę­dzie.

Obok Hen­ry­ki cały czas, cał­kiem przy­pad­ko­wo, szła pew­na sio­stra. Ko­bie­ty bar­dzo szyb­ko po­ro­zu­mia­ły się mię­dzy sobą. Oka­za­ło się, że na imię ma He­le­na, że też nie ma na­mio­tu i idzie w piel­grzym­ce sama, bez ro­dzi­ny, rów­nież pierw­szy raz. Obie były bar­dzo za­do­wo­lo­ne ze swo­jej zna­jo­mo­ści. Od razu za­przy­jaź­ni­ły się i spra­wia­ły wra­że­nie, że zna­ły się od za­wsze. Śmia­ły się z fak­tu, że będą mu­sia­ły so­bie ja­koś ra­dzić w nocy. Hen­ry­ka była peł­na opty­mi­zmu. Wie­rzy­ła, że z po­mo­cą Bożą moż­na po­ko­nać wszel­kie trud­no­ści, choć­by po ludz­ku wy­da­wa­ły się nie do po­ko­na­nia. Uspo­ko­iła się we­wnętrz­nie. Na­bra­ła pew­no­ści, że szczę­śli­wie zaj­dzie do Pani Ja­sno­gór­skiej, do Czę­sto­cho­wy.

Mia­sto zo­sta­ło da­le­ko w tyle. Piel­grzy­mi szli cały czas w gę­stym, ciem­nym le­sie. Tyl­ko słoń­ce oświe­tla­ło sła­bo jezd­nię. Czu­ło się chłód. Aby nie było za nud­no, pau­lin za­pro­po­no­wał gru­pie na­ukę hym­nu piel­grzym­ko­we­go: Po­kor­na słu­żeb­ni­ca Pana. Każ­dy uczest­nik mu­siał się go na­uczyć na pa­mięć.

- Za ci­cho - krzy­czał do mi­kro­fo­nu brat Ma­te­usz. - To jest nasz hymn, więc śpie­waj­my go gło­śno i z ca­łe­go ser­ca.

Do­pie­ro za pią­tym czy szó­stym ra­zem wy­szło cał­kiem do­brze. W ten spo­sób, nie wia­do­mo kie­dy, prze­szli już spo­ry ka­wa­łek lasu.

- Za chwi­lę za­trzy­ma­my się na od­po­czy­nek, na dru­gie śnia­da­nie - in­for­mo­wał brat. - W związ­ku z tym przej­dzie­my przez jezd­nię na lewą stro­nę. Pro­szę to zro­bić bar­dzo spraw­nie, aby nie ha­mo­wać ru­chu na dro­dze. Tym­cza­sem pro­szę przy­go­to­wać kar­tecz­ki z in­ten­cja­mi na ró­ża­niec.

Miej­sce prze­zna­czo­ne na od­po­czy­nek było zwy­czaj­ną po­lan­ką, a ra­czej nie­sko­szo­ną łąką, gdzie po­śród tra­wy prze­bi­ja­ły dzi­kie czer­wo­ne maki, ja­kieś żół­te kwia­ty po­lne i błę­kit­ne cha­bry oraz dzwo­necz­ki okrą­gło­list­ne. Gdzie­nieg­dzie sta­ła kępa dzi­kiej róży. Przed po­łu­dniem nie było jesz­cze go­rą­co, więc piel­grzy­mi nie mu­sie­li szu­kać cie­nia. Po­sia­da­li w wy­so­kiej tra­wie jak po­pa­dło. Hen­ry­ka wciąż do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa He­le­nie. Wszę­dzie były ra­zem. Te­raz też usia­dły obok sie­bie. Hen­ry­ka przy­glą­da­ła się z bli­ska sio­strze, któ­rą Pan Bóg prze­zna­czył jej do to­wa­rzy­stwa (tak to ode­bra­ła). He­le­na nie była ład­na. Była bar­dzo wy­so­ka, chu­da, mia­ła dłu­gi nos i prysz­cze na twa­rzy. Ro­bi­ła jed­nak wra­że­nie mi­łej i bar­dzo sym­pa­tycz­nej. Lu­bi­ła żar­to­wać i śmiać się, co spodo­ba­ło się Hen­ry­ce. Nie zdą­ży­ły jesz­cze roz­wi­nąć ka­na­pek przy­nie­sio­nych z domu, gdy na łąkę nie­spo­dzie­wa­nie wje­cha­ły dwie fur­man­ki. Piel­grzy­mi sie­dzą­cy zbyt bli­sko dro­gi po­ucie­ka­li, aby ko­nie ich nie stra­to­wa­ły. Zro­bi­ło się za­mie­sza­nie. Fur­man­ki były wy­ko­na­ne z ma­syw­ne­go drew­na. Koła mia­ły gu­mo­we, a na nich przy­mo­co­wa­ne były drew­nia­ne bla­ty, przy­kry­te bia­ły­mi prze­ście­ra­dła­mi. Dwie pary pięk­nych, lśnią­cych koni po­słusz­nie za­trzy­ma­ły się na znak woź­ni­cy. - Co to ma zna­czyć? - nie kry­ła zdzi­wie­nia He­le­na.

- Coś mi się zda­je, że przy­je­cha­ło do nas śnia­da­nie - po­wie­dział gło­śno brat Ma­te­usz, zbli­ża­jąc się do jed­ne­go z wo­zów.

Męż­czy­zna miał we­so­łą twarz, przy­ozdo­bio­ną wą­sem i dwo­ma ru­mień­ca­mi. Ubra­ny był w dżin­so­we spodnie, bia­łą ko­szul­kę polo z krót­kim rę­ka­wem. Ener­gicz­nie ścią­gnął prze­ście­ra­dło z wozu. Tak samo uczy­nił dru­gi woź­ni­ca. Po­tem ra­zem za­pra­sza­li na wspól­ny po­czę­stu­nek. Fur­man­ki peł­ne były ja­dła. Na bia­łych ob­ru­sach przy­go­to­wa­no wie­le sma­ko­ły­ków, któ­rym nie spo­sób było się oprzeć. Na ta­ler­zach znaj­do­wa­ły się: prze­róż­na wę­dli­na, jaja na twar­do w ma­jo­ne­zie, miód, ma­sło, mar­mo­la­da, ser żół­ty w pla­ster­kach, twa­ro­żek, pu­szy­ste pącz­ki, ser­ni­ki, wy­ro­śnię­te bab­ki droż­dżo­we. Nie bra­ko­wa­ło też owo­ców: ja­błek, ba­na­nów, wi­śni. Były rów­nież ter­mo­sy z go­rą­cą wodą, kawą, her­ba­tą. Dużo wody mi­ne­ral­nej.

- Jaki to mu­siał być wiel­ki wy­da­tek dla tych lu­dzi, aby przy­go­to­wać taką ucztę. Czyż­by ta wio­ska była tak bo­ga­ta? - za­py­ta­ła Hen­ry­ka ko­le­żan­kę.

- Czy ja wiem?- prze­cią­gnę­ła He­le­na. - Nie wszyst­ko w ży­ciu prze­li­cza się na pie­nią­dze. Wio­ska jak każ­da inna, prze­cięt­na. Lu­dzie, co to przy­go­to­wa­li, nie są wca­le bo­ga­ci. Oni są po pro­stu go­ścin­ni. - Spoj­rza­ła w oczy Hen­ry­ki.

- Coś ta­kie­go? - od­po­wie­dzia­ła ta z nie­do­wie­rza­niem. - Nie chce mi się wie­rzyć, że tacy lu­dzie ist­nie­ją jesz­cze na tym świe­cie.

He­le­na po­pa­trzy­ła na sio­strę ja­koś dziw­nie i po­my­śla­ła, że jej ko­le­żan­ka nie do­świad­czy­ła wiel­kiej do­bro­ci od lu­dzi. Nic się nie ode­zwa­ła.

- Jedz­cie, jedz­cie, czę­stuj­cie się - mó­wił woź­ni­ca, śmie­jąc się do­bro­dusz­nie. - W za­mian pro­si­my o mo­dli­twy za nas i za miesz­kań­ców na­szej wio­ski.

- Obiet­ni­cy do­trzy­ma­my na pew­no. Bóg za­płać za go­ści­nę - za­pew­niał brat Ma­te­usz w imie­niu gru­py.

Sie­dząc na tra­wie i za­ja­da­jąc smacz­ne śnia­da­nie, Hen­ry­ka za­uwa­ży­ła mło­dą dziew­czy­nę, któ­ra sie­dzia­ła sa­mot­nie z boku gru­py i pa­trzy­ła gdzieś przed sie­bie, jak­by ko­goś ob­ser­wu­jąc. Po­szła za jej wzro­kiem i zro­zu­mia­ła, że ob­ser­wu­je ona trzech pau­li­nów: Ma­te­usza, Mi­cha­ła i Paw­ła. W tym cza­sie dwóch chłop­ców z wiel­ki­mi ta­ca­mi prze­cha­dza­ło się mię­dzy pąt­ni­ka­mi. Wy­glą­da­li uro­czo. Okrą­głe bu­zie, gę­ste czu­pry­ny, śmie­ją­ce się oczy i wy­pie­ki na twa­rzy. Ubra­ni byli w spodnie za ko­la­na na szel­kach i ko­lo­ro­we ko­szul­ki.

- Pro­szę, czę­stuj­cie się - za­pra­sza­li, pod­su­wa­jąc tacę pra­wie pod nos.

Ko­bie­ty, aby nie ro­bić przy­kro­ści chłop­com, wzię­ły po jed­nym cia­stecz­ku.

- Czy to wasz wła­sny wy­rób? - za­py­ta­ła Hen­ry­ka ta­jem­ni­czo, za­chwy­ca­jąc się cia­stecz­kiem. - Prze­pysz­ne.

- To na­sza bab­cia jest spe­cja­list­ką w tych spra­wach - od­po­wie­dział dum­nie je­den z nich, a na­stęp­nie obiej skie­ro­wa­li się do in­nych osób. - Ob­raz tych chłop­ców będę mia­ła w pa­mię­ci chy­ba do koń­ca ży­cia - po­my­śla­ła Hen­ry­ka. Spodo­bał się jej fakt, że ci mali chłop­cy już umie­li da­wać. Niby nic, ale w imie­niu swo­jej ro­dzi­ny czę­sto­wa­li piel­grzy­mów cia­stecz­ka­mi. Był to drob­ny, wzru­sza­ją­cy gest mi­ło­ści czło­wie­ka do czło­wie­ka i wła­śnie to wzru­szy­ło Hen­ry­kę. Piel­grzy­mi mo­gli zre­wan­żo­wać się tyl­ko mo­dli­twą. Po­si­le­ni, szczę­śli­wi usta­wi­li się spo­koj­nie na jezd­ni. Na­stą­pi­ła zmia­na bra­ci i sióstr nio­są­cych krzyż, wi­ze­run­ki Pana Je­zu­sa i Ma­ryi, trans­pa­rent, a tak­że gło­śni­ki. Gdy tyl­ko wy­ru­szy­li przed sie­bie, jed­na z sióstr szła od po­cząt­ku gru­py do koń­ca z ka­pe­lu­szem w ręce i zbie­ra­ła kar­tecz­ki z in­ten­cja­mi na ró­ża­niec.

- Po­mo­dli­my się te­raz za miesz­kań­ców wsi, któ­rzy nas ugo­ści­li po kró­lew­sku, aby do­bry Pan wy­słu­chał ich mo­dlitw i miał ich w swo­jej opie­ce - mó­wił prze­wod­nik gru­py.

Roz­le­gło się wspól­ne, gło­śne "Oj­cze nasz...", "Zdro­waś Ma­ry­jo...", "Świę­ta Ma­ry­jo...". Na­stęp­nie roz­brzmia­ła pieśń pt. Mo­dli­twa do Mat­ki Boga. Kie­row­nik pro­sił chór o wspar­cie. Po­wo­li, co­raz śmie­lej wszy­scy włą­czy­li się do śpie­wu i szli krok po kro­ku jed­no­staj­nym ryt­mem. Pa­trzy­li przed sie­bie, upa­ja­li się le­śnym za­pa­chem i nie my­śle­li o prze­by­tej dro­dze. Nie my­śle­li też, co bę­dzie póź­niej. Każ­dy z nich prze­ży­wał na swój spo­sób obec­ną chwi­lę.

Rozdział 5

Hen­ry­ka my­śla­ła przez chwi­lę o prze­wod­ni­ku gru­py, Ma­te­uszu, i na­praw­dę była nim za­chwy­co­na. Za­uwa­ży­ła wiel­ką hoj­ność Boga, któ­ry stwo­rzył ta­kie­go wła­śnie czło­wie­ka. W swo­im śro­do­wi­sku, wśród lu­dzi świec­kich nie spo­tka­ła ni­ko­go ta­kie­go. Był przy­stoj­ny, uro­dzi­wy, mą­dry i wy­kształ­co­ny. Na­stęp­ną za­le­tą było to, że prze­pięk­nie śpie­wał. W bia­łym ha­bi­cie wy­glą­dał prze­uro­czo. Nic więc dziw­ne­go, że mło­de dziew­czy­ny pod­ko­chi­wa­ły się w nim skry­cie. He­le­na chy­ba się nie my­li­ła. Ruda dziew­czy­na wciąż była bli­sko pau­li­na.

Za­rzą­dzo­no pół­go­dzin­ną prze­rwę. Piel­grzy­mi ze­szli na pra­wą stro­nę jezd­ni i za­nu­rzy­li się w gę­stym le­sie. Więk­szość po­szła za wła­sną po­trze­bą. Po­zo­sta­li wy­po­czy­wa­li. Zdej­mo­wa­li buty i roz­kła­da­li się wy­god­nie na mięk­kiej ściół­ce le­śnej. Las szu­miał jed­no­staj­nie, mo­no­ton­nie. Lecz czas ta­kiej sie­lan­ki szyb­ko mi­nął. Po chwi­li piel­grzy­mi znów zna­leź­li się na jezd­ni. Szli przed sie­bie wsłu­cha­ni w to, co dzia­ło się w gru­pie. Pa­łecz­kę w pro­wa­dze­niu gru­py prze­jął te­raz brat Mi­chał. Przed­sta­wił się i na sa­mym po­cząt­ku za­gad­nął na te­mat ist­nie­nia Boga.

- Wszy­scy wie­my, praw­da, że Bóg jest. Że jest tyl­ko je­den Bóg. Ten, któ­ry stwo­rzył czło­wie­ka i wszyst­ko to, co we wszech­świe­cie. Spi­sa­ne jest to do­kład­nie w Sta­rym Te­sta­men­cie, a ści­ślej w Księ­dze Ro­dza­ju. - Chwi­la ci­szy. - Świat dzi­siaj wy­raź­nie pod­wa­ża ist­nie­nie Boga - mó­wił. - Świat, od­rzu­ca­jąc Boga, chce uspra­wie­dli­wić sa­me­go sie­bie ze swe­go złe­go po­stę­po­wa­nia i chce być pa­nem sa­me­go sie­bie. - Chwi­la ci­szy. Pau­lin kon­ty­nu­ował swój wy­kład. - Ale my, jako lu­dzie wie­rzą­cy, wie­my, że jest je­den Bóg. Je­den Bóg, ale wy­stę­pu­ją­cy w trzech oso­bach: Oj­ciec, ten któ­ry ist­niał za­wsze w nie­bie, Syn Boży - Je­zus Chry­stus, któ­ry uro­dził się po­nad 2000 lat temu, oraz Duch Świę­ty, ten, któ­ry miesz­ka w każ­dym czło­wie­ku od mo­men­tu Chrztu Świę­te­go. To od czło­wie­ka za­le­ży, czy ten Duch Świę­ty bę­dzie miesz­kał w nim cały czas, czy też opu­ści go, bo czło­wiek bę­dzie grze­szył i wo­lał żyć bez Boga. Te trzy oso­by bo­skie two­rzą ze sobą współ­ist­nie­nie, jed­ną ca­łość. W związ­ku z tym Bóg jest nie­śmier­tel­ny, wszech­mo­gą­cy i wszech­wie­dzą­cy. Ist­nie­ją­cy i wszech­obec­ny. Może nie­po­ję­ty na ludz­ki ro­zum, ale zna­ny, dzię­ki ob­ja­wie­niu sa­me­go sie­bie. Dla­te­go też jest On go­dzien wiecz­nej czci, chwa­ły i służ­by ca­łe­go ludz­kie­go stwo­rze­nia. - Pau­lin zro­bił krót­ką pau­zę. - Dzię­ki temu my, jako isto­ty za­miesz­ku­ją­ce kulę ziem­ską, po­win­ni­śmy za­wsze wiel­bić Boga. Bar­dzo czę­sto nie zda­je­my so­bie spra­wy, jak wie­le Bogu za­wdzię­cza­my, jak wie­lo­ma ła­ska­mi nas ob­da­rza. Czy my­śli­my o tym, że to wła­śnie Bóg spra­wia, że ży­je­my dzię­ki Nie­mu? - Ra­czej nie. Że co­dzien­nie bu­dzi­my się do ży­cia, do co­dzien­nych obo­wiąz­ków, a po każ­dym prze­ży­tym dniu idzie­my spać? Je­że­li cho­ciaż tro­chę zda­je­my so­bie spra­wę z tego, że ży­je­my, to dzię­kuj­my Mu. Dzię­kuj­my więc Bogu za każ­dy prze­ży­ty dzień. Dzię­kuj­my za to, że od­dy­cha­my i upa­ja­my się da­ra­mi na­tu­ry. Dzię­kuj­my, że mo­że­my po­ru­szać się, uśmie­chać się do sie­bie wza­jem­nie, że wi­dzi­my się i po­ro­zu­mie­wa­my się mię­dzy sobą. Dzię­kuj­my Panu na wy­so­ko­ściach, że w na­sze ser­ca wlał mi­łość i mo­że­my się nią ob­da­ro­wy­wać. Pa­mię­taj­cie, że każ­dy z nas jest in­dy­wi­du­al­no­ścią. W związ­ku z tym, każ­dy z nas ma ty­sią­ce spraw in­dy­wi­du­al­nych i bar­dzo oso­bi­stych, któ­ry­mi może uwiel­biać Boga. Pro­sił­bym te­raz, aby­ście ko­cha­ne sio­stry i bra­cia po­da­wa­li so­bie mi­kro­fon z rąk do rąk i swo­bod­nie mó­wi­li, za co chce­cie uwiel­biać Boga. Za­chę­cam wszyst­kich do otwo­rze­nia się. Na­praw­dę za­chę­cam wszyst­kich - po­wie­dział na za­koń­cze­nie, uśmie­cha­jąc się ser­decz­nie. - Nie krę­puj­cie się.

Roz­brzmia­ła pieśń pt. Uwiel­bie­nie, któ­ra wpro­wa­dzi­ła wszyst­kich w ten stan wła­śnie. Piel­grzy­mi tą prze­pięk­ną pie­śnią dzię­ko­wa­li za dar mi­ło­ści, za wol­ność oso­bi­stą, za praw­dę, za skarb wia­ry, dzię­ki któ­rym ży­cie na zie­mi sta­je się lep­sze, war­to­ściow­sze i pro­wa­dzi do zba­wie­nia.

- Chwal­my więc Pana Boga i dzię­kuj­my Mu, że mo­że­my iść ra­zem do Czę­sto­cho­wy, jako szczę­śli­wa, zwar­ta gru­pa - po­wie­dział ra­do­śnie kle­ryk Pa­weł, a gdy uci­chły okla­ski, do­dał: - Uwiel­biaj­my Pana za ten las, któ­ry mi­ja­my, za tych wspa­nia­łych lu­dzi, któ­rzy idą obok nas, i za to słoń­ce, któ­re świe­ci.

Ja­kaś pąt­nicz­ka po­wie­dzia­ła:

- Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za to, że mogę iść do Mat­ki Bo­żej i za to, że mam dzie­ci. Dzię­ki To­bie je­stem szczę­śli­wa.

Na­stęp­nie mi­kro­fon swo­bod­nie już prze­cho­dził z rąk do rąk i roz­brzmie­wa­ły się uwiel­bie­nia:

- Wiel­bię Cię, Boże, za żonę, któ­rą mi prze­zna­czy­łeś w piel­grzym­ce ziem­skiej, i za dzie­ci, któ­ry­mi mnie ob­da­ro­wa­ła.

- Wiel­bię Cię, Pa­nie Jezu, za to, że je­stem trzeź­wy, i je­stem tu­taj na piel­grzym­ce.

- Wiel­bię Cię, Boże, za to, że mam pra­cę i ro­dzi­nę.

- Uwiel­biaj­my Boga po­przez dziew­czę­ta z na­sze­go chó­ru, któ­re przy­czy­nia­ją się do tego, że za­po­mi­na­my o bólu nóg i przez to mo­że­my iść przed sie­bie.

- Uwiel­biaj­my Boga po­przez dzie­ci, któ­re idą z nami.

- Wiel­bię Cię, Boże, za to, że je­stem na wóz­ku in­wa­lidz­kim i mimo to mogę uczest­ni­czyć w piel­grzym­ce na Ja­sną Górę.

- Wiel­bię Cię, Boże, za oso­by, dzię­ki któ­rym mo­głam pójść na piel­grzym­kę.

- Uwiel­biaj­my Pana Boga za to, że dał nam wspa­nia­łe­go prze­wod­ni­ka bra­ta Ma­te­usza.

- Uwiel­biam Cię, Boże, za to, że mogę nieść krzyż Twój na swo­ich ra­mio­nach po­przez ziem­skie ży­cie. Będę szczę­śli­wa, je­śli przy­czy­ni się on do czy­je­goś zba­wie­nia.

- Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za przy­ja­ciół, któ­rych po­sta­wi­łeś na mo­jej ścież­ce ży­cia.

- Chcę Cię uwiel­biać, Boże, za cho­ro­bę, któ­rą mi da­łeś i z któ­rą mu­szę żyć.

- Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, za mo­ich ro­dzi­ców, dzię­ki któ­rym żyję.

- Uwiel­biam Cię, Pa­nie Jezu, za to, że stu­diu­ję.

- Wiel­bię Cię, Pa­nie Boże, że ob­da­rzasz mnie wszel­ki­mi ła­ska­mi.

- Uwiel­biam Cię, Boże, za to, że je­steś dla mnie do­bry i mi­ło­sier­ny.

- Uwiel­biaj­my Boga za na­szych bra­ci po­rząd­ko­wych, któ­rzy dba­ją o na­sze bez­pie­czeń­stwo na jezd­niach.

W gru­pie wy­two­rzy­ła się ra­do­sna, przy­ja­zna at­mos­fe­ra. Tyl­ko echo, gdzieś w od­da­li, wciąż po­wta­rza­ło: wiel­bię Cię, Boże, wiel­bię Cię, Boże, wiel­bię Cię... i po­wo­li ci­chło.

W dal­szej czę­ści mar­szu piel­grzy­mi śpie­wa­li pieśń o tym, aby Pan Bóg bło­go­sła­wił ich pra­gnie­niom, za­mia­rom i aby ży­cie ich nie było wy­peł­nio­ne ni­co­ścią, ale Ewan­ge­lią. "Niech wiel­bi Pana zie­mia cała, niech wiel­bią Pana lu­dzie nowi". Słoń­ce było jesz­cze wy­so­ko na nie­bie, gdy zbli­ża­li się do koń­ca wę­dro­wa­nia tego dnia. Na miej­sce po­sto­ju wy­zna­czo­na była duża łąka przy­dzie­lo­na na pole na­mio­to­we. Stał już tam sa­mo­chód cię­ża­ro­wy z ba­ga­ża­mi. Brat Mi­chał za­pra­szał chęt­nych na ko­la­cję do kuch­ni po­lo­wej.

- Kto ma na­miot, ten nie ma pro­ble­mu z noc­le­giem - mó­wił pau­lin. - Je­śli zaś ktoś z was nie ma na­mio­tu, to może ko­rzy­stać z go­ścin­no­ści tu­tej­szych go­spo­da­rzy za­rów­no na kwa­te­rach, jak w sto­do­łach. Przy­po­mi­nam, że na polu na­mio­to­wym po­słu­gu­je­my się tyl­ko i wy­łącz­nie la­tar­ka­mi. Nie moż­na uży­wać ognia pod żad­nym po­zo­rem. O go­dzi­nie 22.00 obo­wią­zu­je ci­sza noc­na. Przy­po­mi­nam rów­nież, że sio­stry nie mogą spać ra­zem z brać­mi ani w na­mio­tach, ani w sto­do­łach. Za­pra­szam wszyst­kich bar­dzo ser­decz­nie na go­dzi­nę 19.00 na pa­so­wa­nie na piel­grzy­ma, a o 21.00 na Apel Ja­sno­gór­ski.

Hen­ry­ka z He­le­ną usia­dły z boku pola na­mio­to­we­go i przy­glą­da­ły się z cie­ka­wo­ścią, jak inni krzą­ta­li się na pla­cu. Od­po­czy­wa­ły. Piel­grzy­mi bra­li swo­je ba­ga­że, swo­je mi­ski i wia­der­ka na wodę. Na­mio­ty po­wsta­wa­ły jak grzy­by po desz­czu je­den po dru­gim. Przy­ja­ciół­ki po­szły szu­kać noc­le­gu do pew­ne­go domu sto­ją­ce­go w po­bli­żu. Było już tam kil­ka sióstr i bra­ci. Myli się oni na dwo­rze, wy­cią­ga­jąc wodę ze stud­ni głę­bi­no­wej. Go­rą­cą wodę do my­cia przy­no­si­li z domu. Go­spo­da­rze sta­li aku­rat na dwo­rze, gdy przy­szły ko­bie­ty. Oka­za­ło się, że jest już tyl­ko miej­sce w sto­do­le. Po­dzię­ko­wa­ły i sko­rzy­sta­ły z pro­po­zy­cji. Nie mia­ły wiel­kie­go wy­bo­ru. Lep­sza w koń­cu sto­do­ła niż po­zo­sta­nie pod go­łym nie­bem. Umy­ły się, prze­bra­ły w cie­plej­sze ciu­chy i sko­rzy­sta­ły z pro­po­zy­cji go­spo­da­rzy, czę­stu­jąc się ko­la­cją. Przy­go­to­wa­ły so­bie spa­nie w sto­do­le, w któ­rej było peł­no sia­na. Hen­ry­ka nie przy­zna­wa­ła się, ale pa­nicz­nie bała się my­szy. Prze­tłu­ma­czy­ła so­bie, że aku­rat ta sto­do­ła nie ma my­szy, po­nie­waż była bar­dzo czy­sta. Do­cho­dzi­ła już 19.00 i dla­te­go wszy­scy po­dą­ża­li na plac na­mio­to­wy. Nie­któ­rzy po­przy­no­si­li na­wet koce. Gdzieś z boku wy­dzie­lo­ne było miej­sce na ogni­sko. Piel­grzy­mi za­ta­cza­li krąg wo­kół nie­go. Za­czy­na­ło się pa­so­wa­nie na piel­grzy­ma. Tak zwa­ny chrzest piel­grzym­ko­wy po­le­gał na tym, że oso­by, któ­re szły pierw­szy raz w piel­grzym­ce, mu­sia­ły zna­leźć so­bie mat­kę lub ojca chrzest­ne­go. Ro­dzic chrzest­ny po­ma­gał ta­kie­mu no­wi­cju­szo­wi brać udział w kon­ku­ren­cjach. Za­czy­na­ła się we­so­ła za­ba­wa. W pew­nej od­le­gło­ści od ogni­ska usta­wi­ła się ko­lej­ka. Brat Ma­te­usz trzy­mał w ręku ki­jek i py­tał się każ­de­go no­wi­cju­sza, czy chce zo­stać do­brym piel­grzy­mem. Gdy usły­szał sło­wo "tak", ude­rzał go kij­kiem po obu ra­mio­nach i wy­po­wia­dał sło­wa: "Udo­wod­nij, że bę­dziesz do­brym piel­grzy­mem". No­wi­cjusz mu­siał po­ko­nać tor prze­szkód: naj­pierw było prze­ska­ki­wa­nie ogni­ska, po­tem ścież­ka szy­szek, a na ko­niec marsz z garn­kiem wody na gło­wie. Tam brat Mi­chał chrzcił za­wod­ni­ka wodą. Kro­pił mu gło­wę i wy­po­wia­dał sło­wa: "Pa­su­ję cię na praw­dzi­we­go piel­grzy­ma". Było wie­le wspól­ne­go śmie­chu. Za­ba­wa trwa­ła do go­dzi­ny 21.00.

Na­stęp­nie piel­grzy­mi utwo­rzy­li okrąg, w któ­re­go cen­trum było ogni­sko. Ono rów­nież wy­twa­rza­ło cie­płą, ro­dzin­ną at­mos­fe­rę. Apel roz­po­czął się od pie­śni pt. Bo­gu­ro­dzi­ca w wy­ko­na­niu chó­ru, któ­ra była mo­dli­twą skie­ro­wa­ną do Ma­ryi. Na­stęp­nie wszy­scy ra­zem za­śpie­wa­li do­brze zna­ny hymn ape­lo­wy Ma­ry­jo, Kró­lo­wo Pol­ski. Po tym za­brał głos brat Ma­te­usz.

- Od­da­je­my Ci dzi­siaj na­sze ser­ca, Ma­ry­jo - mó­wił - aby od tej chwi­li biły tyl­ko i wy­łącz­nie dla Cie­bie. Wie­rzy­my, że Ty po­pro­wa­dzisz je do Boga. - Pau­lin, mó­wiąc to, był nie­zwy­kle po­waż­ny i sku­pio­ny. Pa­trzył gdzieś w dal, jak­by tam, na ho­ry­zon­cie ukry­ta była Ma­ry­ja. - Ktoś mógł­by za­py­tać: kim je­steś Ma­ry­jo, sko­ro od­da­je­my Ci na­sze ser­ca? Dla­cze­go lu­dzie na ca­łym świe­cie czczą Cię i od­da­ją Ci hołd? - Pau­lin po chwi­li na­my­słu kon­ty­nu­ował swo­ją wy­po­wiedź. - To Bóg tak spra­wił. Bo to On, jako Wszech­mo­gą­cy Oj­ciec wszel­kie­go stwo­rze­nia, wy­brał Cie­bie, Ma­ry­jo, ko­bie­tę z Na­za­re­tu. Zo­sta­łaś wy­bra­na spo­śród po­kor­nych i ubo­gich Pana, któ­rzy z uf­no­ścią ocze­ki­wa­li na Boże zba­wie­nie. W Izra­elu na­zy­wa­li Cię "umi­ło­wa­ną cór­ką Ojca, po­nie­waż Bóg zwią­zał z Two­ją oso­bą swój zbaw­czy plan obej­mu­ją­cy całe dzie­je ludz­ko­ści". Mu­si­my wie­dzieć, że ta mi­łość Boga Ojca wo­bec "umi­ło­wa­nej córy" ob­ja­wi­ła się w dzia­ła­niu Du­cha Świę­te­go. To Ty, Ma­ry­jo, zo­sta­łaś jak­by utwo­rzo­na przez Du­cha Świę­te­go i ukształ­to­wa­na zo­sta­łaś jako nowe stwo­rze­nie. Duch Boży ogar­nął Cię i za­miesz­kał w To­bie od chwi­li Two­je­go po­czę­cia. Ty zaś od po­cząt­ku sta­łaś się Jego świą­ty­nią. To rów­nież Duch Świę­ty spo­wo­do­wał, jak to zo­sta­ło ob­ja­wio­ne, że do­ko­na­ło się w To­bie mi­ste­rium wcie­le­nia. To zna­czy, że Two­je dzie­wi­cze łono za­owo­co­wa­ło Chry­stu­sem - wcie­lo­nym Sy­nem Bo­żym. Uświę­ca­ją­ce dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go w Two­jej oso­bie było szczy­to­wym mo­men­tem po­czy­nań Bo­żych w hi­sto­rii zba­wie­nia. Moż­na więc po­wie­dzieć, Ma­ry­jo, że od sa­me­go po­cząt­ku ży­łaś we­dług Du­cha i dą­ży­łaś do tego, cze­go Duch chce. I tak oto, Ma­ry­jo, "umi­ło­wa­na córo Ojca" i świą­ty­nio Du­cha Świę­te­go, sta­łaś się ziem­ską Mat­ką Jed­no­ro­dzo­ne­go Syna Bo­że­go. Two­je Boże ma­cie­rzyń­stwo wpro­wa­dzi­ło Cię w naj­głęb­szą re­la­cję, jaka może łą­czyć ludz­ką oso­bę z Bo­giem. Była to więź tak głę­bo­ka i ta­jem­ni­cza, jak wiel­kie i peł­ne ta­jem­ni­cy było samo Wcie­le­nie Syna Bo­że­go. Two­ja wy­jąt­ko­wa więź z Bo­giem - Oj­cem, Sy­nem i Du­chem Świę­tym spo­wo­do­wa­ła, że sta­łaś się "peł­ną ła­ski". I to okre­śle­nie "peł­na ła­ski" sta­ło się z cza­sem Two­im dru­gim imie­niem. Sta­łaś się cała na­peł­nio­na ła­ską Bożą. Dla­te­go je­steś. Ma­ry­jo, ar­cy­dzie­łem ła­ski Boga Trój­je­dy­ne­go. Wiel­bi­my za to Boga. Ma­ry­jo, Two­ją od­po­wie­dzią na Boży wy­bór i Boże dary była głę­bo­ka wia­ra i peł­ne po­słu­szeń­stwo: "niech mi się sta­nie we­dług sło­wa Twe­go". Two­ją wia­rę, Ma­ry­jo, bło­go­sła­wi­ła przy na­wie­dze­niu Two­ja krew­na Elż­bie­ta. Jed­nak my wie­my, że Ty, Ma­ry­jo, całe swo­je ży­cie piel­grzy­mo­wa­łaś w wie­rze. W tej piel­grzym­ce za­szłaś aż na Kal­wa­rię, gdzie zo­sta­łaś pod­da­na szcze­gól­nej pró­bie. Wy­szłaś z niej zwy­cię­sko. Two­ja wia­ra była tak istot­na, że we­dług Jana Paw­ła II sta­no­wi­ła klucz do praw­dy o Je­zu­sie. - Ma­te­usz mil­czał uła­mek se­kun­dy. - Dla­te­go, mo­dląc się do Ma­ryi, po­win­ni­śmy usta­wicz­nie kon­tem­plo­wać Naj­święt­szą Dzie­wi­cę jako ar­cy­dzie­ło ła­ski Trój­je­dy­ne­go Boga. Nie mo­że­my też nig­dy za­po­mnieć o na­śla­do­wa­niu Ma­ryi w Jej wie­rze, o po­dą­ża­niu za Jej przy­kła­dem w piel­grzym­ce na­sze­go chrze­ści­jań­skie­go ży­cia. - Ucichł cie­pły głos Ma­te­usza i po chwi­lo­wej prze­rwie na­stą­pi­ła wspól­na mo­dli­twa: "Oj­cze nasz...", "Zdro­waś Ma­ry­jo..." 10 razy oraz "Wie­rzę w Boga...".

Na za­koń­cze­nie ape­lu wszy­scy trzy­ma­li się za ręce, śpie­wa­jąc wspól­nie pieśń pt. Pa­nien­ce na do­bra­noc. Sło­wa jej były pro­ste, mó­wią­ce o tym, jak to z na­sze­go ży­cia od­fru­nął jak ptak znów na­stęp­ny dzień. A Ma­ry­ja swą opie­ką ota­cza w nocy uśpio­ne wio­ski, mia­sta i daje lu­dziom szczę­śli­wą, do­brą noc, bło­go­sła­wiąc ich snom. Za­sy­pia więc dzień pio­sen­ką ko­ły­sa­ny, by ju­tro mógł zno­wu po­wró­cić.

W trak­cie śpie­wa­nia ostat­niej zwrot­ki gdzieś da­le­ko nie­win­nie za­grzmia­ło. Piel­grzy­mi w ci­szy ro­ze­szli się na noc­ny od­po­czy­nek, oświe­tla­jąc dro­gę la­tar­ka­mi. Ktoś za­lał wodą ogni­sko. He­le­na z ko­le­żan­ką, przy­spie­sza­jąc kro­ku, uda­ły się do sto­do­ły, po­nie­waż za­czął kro­pić deszcz. Za kil­ka­na­ście mi­nut lało już jak z ce­bra. Hen­ry­ce przy­kro było, że w pierw­szą noc tak pa­da­ło i smu­ci­ła się, że na­mio­ty pod­my­je woda. Za­do­wo­lo­na była, że spa­ła w sto­do­le. He­le­na rów­nież nie ukry­wa­ła swo­jej ra­do­ści. Bu­rza roz­sza­la­ła się do­syć szyb­ko. Grzmia­ło czę­sto, a bły­ska­wi­ce roz­dzie­la­ły nie­bo na po­ło­wę. Kro­ple desz­czu spa­da­ły co­raz grub­sze. He­le­na, gdy tyl­ko ulo­ko­wa­ła się wy­god­nie w sia­nie, na­tych­miast za­snę­ła jak su­seł. Hen­ry­ka zaś nie mo­gła za­snąć. Ktoś z dru­giej stro­ny sto­do­ły też nie spał, bo sły­chać było, jak sze­le­ści­ło sia­no. Za­pach sia­na był in­ten­syw­ny, więc Hen­ry­ka upa­ja­ła się jego wo­nią, od­dy­cha­jąc głę­bo­ko. My­śla­ła, że w ten spo­sób przyj­dzie szyb­ciej sen. Bo­la­ły ją tro­chę nogi, czu­ła, że sto­py są spuch­nię­te. Przed ocza­mi mia­ła rudą sio­strę, któ­ra pod­ko­chi­wa­ła się w przy­stoj­nym bra­cie Ma­te­uszu. Nie mo­gła za­po­mnieć, w jaki spo­sób pa­trzy­ła na nie­go. Po­że­ra­ła go wzro­kiem. - Ach, ta mło­dość - wes­tchnę­ła. Grzmo­ty pio­ru­nów były po­tęż­ne i wy­da­wa­ły się tak bli­skie, że za­czę­ła się bać. Sku­li­ła się w kłę­bek w swo­im śpi­wo­rze i po ci­chut­ku się mo­dli­ła. Ze stra­chu za­po­mnia­ła na­wet o my­szach.