Krótka podróż - Jacek Joachim

Kup ebooka

24.15 zł
13.28 zł (16,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spokojny sobotni wieczór

1

Muszę przyznać, że pierwsza, krótka na szczęście, podróż własnym maluchem kosztowała mnie sporo zdrowia. Nie, nie myślę o proroctwach moich znajomych i przyjaciół, tych, którzy mieli skody, wartburgi, fiaty i fordy, i tych, którzy mieli bilety tramwajowe i piękną przyszłość w totolotku. Ich przestróg słuchałem jednym uchem, bo i jakże mogło być inaczej.

- Nie pozwolę! - grzmiał pewien historyk, zarazem zapalony automobilista. - Zrozum, bracie, kolana masz pod brodą, sprzęgło zbierasz po szosie, silnik w sam raz do suszarki, a blacha sypie się po pierwszym deszczu.

- No dobrze - zgodziłem się - ale rok temu chciałeś kupić malucha i mówiłeś, że jest zupełnie wygodny, silnik ma sprawdzony, a blacha lepsza od plastyku.

- Rok temu! - odpowiedział z urazą i dał nura pod używanego volkswagena, którego niedawno kupił i jak dotąd remontował.

Ale ostatecznie mnie przekonał kierowca naszej milicyjnej warszawy.

- Panie kapitanie - powiedział - gdzie jest napisane, że pan nie będziesz ten szczęściarz?

No i jechałem maluchem i słuchałem ze strachem przeraźliwych zgrzytów przy zmianie biegów i rosnącego stukotu, dźwięcznego i głębokiego; zatrzymałem samochód raz i drugi, obszedłem go w skupieniu dookoła, nie zobaczyłem niczego podejrzanego. Ale wystarczyło ruszyć, aby piekielny stukot zjawił się znowu. Za trzecim razem stanął przy mnie bosy, może ośmioletni chłopak.

- Niech pan domknie maskę - powiedział - bo będzie panu klekotać.

Wściekły domknąłem maskę i pojechałem. Już nic nie stukało.

Nic dziwnego, że pod domem Klemensa zatrzymałem się pełen mieszanych uczuć. Ale wystarczyło wysiąść, spojrzeć z zewnątrz na nowiutki samochód, aby dobre samopoczucie wróciło. Ostatecznie dojechałem.

Rozejrzałem się. Czas by już było na pierwszą samochodową rozmowę. ("Kupiłeś?" - "Właśnie - odpowiem niedbale - ostatnie serie są zupełnie niezłe." - "No i jak chodzi?" - "A wiesz, zupełnie dobrze. Jeszcze jest nie dotarty, ale..." i tak dalej.) Dokoła było jednak zupełnie pusto. Klemens mieszkał w dużej, ładnej willi, otoczonej sporym ogrodem, o dwadzieścia kilometrów od Warszawy. Nie, oczywiście jej nie kupił, był dyrektorem niewielkiego muzeum, a kilka większych prac z zakresu historii sztuki pozwoliło mu zaledwie na kupno samochodu, dzięki któremu mógł zamieszkać na stałe w domu odziedziczonym po stryju i prowadzić życie wcale wygodne, choć bynajmniej nie luksusowe.

Z ostrożnością nowicjusza zamknąłem samochód na klucz i wąskim, starannie utrzymanym chodniczkiem obszedłem willę. Od strony ogrodu płaskie, półkoliste stopnie prowadziły na obszerny taras, ale nie wszedłem tam, bo z głębi ogrodu dobiegły mnie zmieszane głosy i głuche uderzenia piłki.

Oczywiście, grali w siatkówkę. Klemens w szortach i siatkowej koszulce, dwie młode kobiety w barwnych, letnich sukienkach, kilku mężczyzn, wszyscy rozkrzyczani, zakurzeni, na pół przytomni. Nie, nie było tu z kim mówić o samochodach.

- No, jak się jechało? - zawołał Klemens. Podniósł palce do ust i gwizdnął przeraźliwie. - Przerwa! Osiem sześć dla was. Nasz serw. Jacek dojdzie do nas, będzie nareszcie czwórka przeciw czwórce. Cześć.

Podbiegł do mnie z wyciągniętą ręką. Był szczupły, wysoki, gdyby nie siwe skronie, wyglądałby na studenta szczególnie teraz, w tym stroju.

- No co, przyjechałeś maluchem? Jeszcze się nie rozsypał?

Oczywiście, on miał dużego fiata.

- Spóźniłem się trochę - powiedziałem - trzy razy pomagałem facetom na szosie zbierać duże fiaty.

- Dobra, dobra - roześmiał się. - Pogadamy za miesiąc.

- Nie odprzedam - powiedziałem twardo - ani za miesiąc, ani za pół roku.

- Oszalał - westchnął. - Czekaj, nie znacie się. Pozwólcie, Jacek Joachim. Jesteśmy w komplecie.

- To pan - mruknęła szczupła szatynka o chłopięcej urodzie. - Myślałam, że pan jest starszy.

- Ja nie - uśmiechnęła się duża, postawna brunetka o wąskich, zielonych oczach - Klemens mi pana opisywał.

- Hanka jest kustoszem działu archeologii - mówił Klemens wskazując na szatynkę. - Skończyła studia ileś lat temu i chce wyjechać do Egiptu. Ciągle nie może uwierzyć, że z naszego muzeum wyjeżdża się najwyżej na Wolin.

- To zmienię muzeum - wzruszyła ramionami - albo dyrektora.

- No, no - obruszył się Klemens. - Nie tak jawnie.

- Jak cię wygryzą, będziesz wiedział, kto - roześmiał się krępy, piegowaty blondyn o pooranej zmarszczkami twarzy. Ale wszyscy milczeli i jego śmiech urwał się nagle, na nienaturalnie wysokiej nucie.

Klemens szybko dokończył prezentacji. Druga z kobiet, ta dorodna z zielonymi oczami, miała na imię Ludmiła i była żoną piegowatego dowcipnisia. Teraz dopiero go sobie przypomniałem, widywałem go u Klemensa w muzeum. Tak, to on. Nazywał się Wąski, zrobił niedawno doktorat. W muzeum nazywano go oczywiście Niewąski. Był tam jeszcze szkolny kolega Klemensa, obecnie, jak się okazało, docent matematyki, a nazywał się Bajbun, młody asystent muzeum o długich włosach, który podał mi rękę, patrząc w inną stronę, i mruknął niewyraźnie: Stanisławski lub coś podobnego - wreszcie spokojny starszy pan, piastujący jakieś wysokie stanowisko w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego.

- To Rysio Kitowicz - powiedział o nim Klemens. - Jak z nim będziesz dobrze, zawsze ci wszystko załatwi.

- Oczywiście w granicach przepisów - zastrzegł się szybko Kitowicz.

A na koniec z zarośli wyłoniła się postać przedziwna: bardzo wysoki i chudy starszy pan z bujnymi wąsami i w maciejówce. Podszedł do mnie sprężystym krokiem.

- Jestem wujem Klemensa - wyjaśnił wyciągając rękę. - Nazywam się Pacholak. Słyszałem o panu.

I ja o nim słyszałem. Starszy pan był niegdyś rotmistrzem ułanów i pisał pamiętniki. Klemens opowiadał o nim dużo i często.

- Chętnie bym się czegoś napiła - powiedziała Hanka - i przebrała. W sukience nigdy nie przyjmę ścięcia Klemensa.

- Bez sukienki też nie przyjmiesz - powiedział Klemens - ale myśl jest dobra. Zrobimy przerwę? Osiem sześć dla was, nasz serw.

- Zrobię wam wody z sokiem i lodem - oświadczyła pani Ludmiła Wąska.

I poszliśmy wszyscy w kierunku domu. Panie przodem, z głowami zwróconymi ku sobie, za nimi bezładną gromadą mężczyźni, na końcu Klemens i ja. Rotmistrz Pacholak, uzbrojony w wielki kij zakończony pętlą i siatką, ruszył między drzewa sadu, na jabłka.

- Cieszę się, że przyjechałeś - powiedział Klemens.

- I ja się cieszę. Weekend wymarzony. Pogoda i ten twój dom, przecież tu tylko ptaki słychać. Właściwie można ci zazdrościć.

- Myślisz... - powiedział wolno. - No tak, można mi zazdrościć. Cieszę się, że odpoczniesz, zresztą wiesz, że mój dom zawsze stał i stoi dla ciebie otworem. Tylko tym razem chcę cię prosić o pomoc. I dlatego tak się cieszę, że udało ci się wyrwać.

- O pomoc? - zdziwiłem się. - Zapraszałeś mnie na spokojny sobotni wieczór.

- O pomoc. W ciężkiej i trudnej sprawie. Nie odmówisz mi?

- Co znowu! Wiesz, że możesz na mnie liczyć.

- Wiem. Więc przyjdziesz do mnie wieczorem, dobrze? Zaparzę dobrej kawy, pogadamy.

Weszliśmy na taras. Pani Ludmiła znikła w obszernych drzwiach prowadzących w głąb domu, Klemens pokręcił się chwilę wśród gości i poszedł za nią. Oparłem się o kamienną balustradę, zapaliłem papierosa.

- Klemens opowiadał nam o panu - powiedział docent Bajbun przecierając nerwowo okulary. - Muszę się panu przyznać, że bardzo chętnie czytuję powieści kryminalne. Ja, proszę pana, zajmuję się teorią pościgu. Otóż...

- Ferdek, daj panu spokój - powiedziała Hanka. - Pan tu przyjechał na odpoczynek, prawda, panie Jacku? Bo chyba nie służbowo?

- Chyba nie.

- Pan pierwszy raz u Klemensa?

- Nie, skądże. Przyjeżdżam tu od czasu do czasu od dobrych dziesięciu lat.

- To jakim cudem jeszcze się nie spotkaliśmy?

- A tego to już nie wiem. Inna rzecz, że wpadałem tu na krótko o najrozmaitszych porach.

- No właśnie. Ja służę na dworze tego tyrana od dwu lat.

I zużywamy już drugą piłkę do siatkówki.

- Haneczko - powiedział ze zniecierpliwieniem doktor Wąski - obiecałaś, że mi pomożesz nazbierać jabłek na podwieczorek.

- Dobrze, dobrze - żachnęła się. - Stary rotmistrz już nazbierał na wszystkie podwieczorki do końca sezonu.

- Rotmistrz składa je w swojej szopce - nie ustępował Wąski. - No chodźmy, chodźmy. Szkoda czasu.

Wzruszyła ramionami, ale wstała i po chwili znikli w gęstym sadzie. Widzieliśmy tylko z daleka przesuwającą się i znikającą za pniami drzew kolorową sukienkę Hanki. Ale wydawało mi się, że nie zbiera jabłek. Od czasu do czasu przystawała z odwróconą głową, potem zjawiała się sylwetka Wąskiego, rozmawiali, a może kłócili się.

- Dużo nie nazbierają - mruknął Stanisławski. Był niski, barczysty, twarz miał bladą, nieobecną.

- Dlaczego? - zdziwiłem się.

- Hm... - chrząknął Bajbun - jak by tu panu powiedzieć. Pan doktor Wąski do pewnego stopnia gustuje w towarzystwie Hanki...

- W wysokim stopniu! - roześmiał się zgryźliwie Stanisławski. - Nie, niech pan nie myśli, że robimy plotki za plecami - dodał patrząc na mnie - ale całe muzeum o nich wie, więc dlaczego pan ma sam dochodzić tych rewelacji?

- A pani Ludmiła? - spytałem lekko.

- Spojrzeli po sobie nie tyle z zakłopotaniem, ile raczej ze zdziwieniem. Bajbun chrząknął po raz drugi, wyciągnął papierośnicę, poczęstował nas, ale okazało się, że w jego pudełku kołacze tylko jedna wypalona zapałka. Klepaliśmy się chwilę po kieszeniach, bez skutku.

- Przyniosę z kuchni - powiedziałem.

Wszedłem do domu. W dużym, staromodnie urządzonym ni to hallu, ni to salonie, było chłodno, przez szpary w kolorowych zasłonach sączyło się gęste światło letniego popołudnia. Wąskie, wysokie drzwi prowadziły na ciemny korytarzyk, w głębi majaczył jasny prostokąt. Tam była kuchnia. Puszysty chodnik tłumił moje kroki. Szedłem szybko, byłem o pół kroku od drzwi, kiedy posłyszałem głęboki głos pani Ludmiły:

- Moje biedactwo...

Nie zdążyłem się cofnąć. Pani Ludmiła, z ramionami na szyi Klemensa, stała tuż przy przeciwległej ścianie, odwrócona do mnie plecami. Ale zobaczył mnie Klemens, oswobodził się łagodnie z objęć żony niewiernego doktora.

- Już idziemy - powiedział spokojnie. - Pewnie jesteście spragnieni.

Pani Ludmiła Wąska chwyciła tacę z przygotowanymi już szklankami, pełnymi wiśniowego napoju, i wybiegła w milczeniu, kołysząc biodrami.

- Przyszedłem po zapałki - mruknąłem.

- Hm, tak - zakręcił się Klemens. - Proszę cię, są... Hm, tak...

- Chrząkasz jak docent Bajbun - roześmiałem się.

- Do pewnego stopnia - mrugnął porozumiewawczo. - Widzisz, dawno się nie widzieliśmy...

- A tak, dobre pół roku.

- No właśnie. Co to ty chciałeś? Aha, zapałki, już masz. Chodźmy. Porozmawiamy wieczorem.

Przeciągnął ręką po czole pokrytym kropelkami potu. Mimo pozorów wesołości oczy miał podkrążone, zmęczone, a jego wąskie usta ścięte były w nienaturalnym grymasie.

Na tarasie byli już wszyscy. Wypiliśmy szybko zimną wodę z sokiem i tającymi kostkami lodu i ruszyliśmy bezładną gromadą na boisko. Klemens grał nieuważnie, za to Hanka była w formie i mimo ryzykanckich ścięć Wąskiego, który notabene ze sztubacką pasją celował właśnie w nią, wygraliśmy trzy kolejne sety.

- Jesteście skończeni - oświadczyłem. - Nie mamy przeciwnika.

- Miałem pecha - skarżył się ze złością Wąski - nic mi nie wychodziło.

- Nie tłumacz się - wołała Hanka. - Różnica dwu klas.

- Ale przedtem przegrywaliście - argumentował rozpaczliwie Bajbun.

- Doszedł do was Joachim - poparł go Stanisławski.

- A czy ja coś ujmuję Jackowi? - zdziwiła się Hanka. - Przy nim zabłysły nasze talenty, o!

- Dosyć - zadecydowała pani Ludmiła Wąska. - Patrzcie, już prawie siódma. Chodźmy się trochę ogarnąć, a potem pomyślimy o kolacji.

- Kwaśne mleko! - wrzasnął przeraźliwie rotmistrz Pacholak, wyskakując zza kępy bzów. - Kwaśne mleko jest najzdrowsze! Przyniosę z piwniczki!

- Niechże wujek nie straszy ludzi! - zawołał Klemens. - A swoją drogą, pomysł jest dobry.

- Będziemy pili kwaśne mleko - nuciła Hanka idąc tanecznym krokiem w stronę tarasu. - Będziemy pili kwaśne mleko...

- Wstaw samochód do garażu - rzucił przechodząc Klemens. - Jakoś się pomieścimy.

- Nareszcie - odetchnąłem - nareszcie ktoś wspomniał o moim samochodzie.

- Kupił pan samochód? - zainteresował się Stanisławski. I już mnie nie odstępował. Byłem mu prawdziwie wdzięczny, nareszcie mogłem z kimś pomówić o wadach, a przede wszystkim zaletach malucha. Wstawiliśmy go do garażu, wytarłem jeszcze szmatą maskę, rozcierając kurz w podłużne smugi. Zdaje się, że nie tak się czyści karoserię.

- Ja, proszę pana, także myślę o kupnie samochodu - mówił Stanisławski - ale wie pan zapewne co nieco o zarobkach pracowników naukowych. Dawno bym już rzucił to muzeum, czekam tylko, kiedy zrobię doktorat. Ale co tam. Szczerze mówiąc, po historii sztuki składałem egzamin na reżyserię filmową, no i oblałem.

- Ale chyba pracuje się panu przyjemnie - powiedziałem zdawkowo.

Wzruszył ramionami.

- Co tu mówić o przyjemnej pracy - mruknął. - Jeden Klemens rzeczywiście zna się na robocie i ją lubi. No i coś robi. A reszta?

- No jakże - powiedziałem - pani Hanka...

- Hanka marzy o zagranicznych stypendiach - powiedział ze złością - a jeżeli jeszcze o czymś, to w każdym razie nie ma to nic wspólnego z pracą w muzeum. A jak Wąski zrobił doktorat, to ja nie wiem. Ja bym mu za tę pracę nie dał magisterium. Siedzi się, proszę pana, latami i kataloguje zbiory. Nawieźli tego z zamków i zameczków, dworów i dworeczków do nagłej cholery. Wszystkie piwnice zawalone skrzyniami, jest robota do końca życia. Na-u-ko-wa! Niech to jasny szlag trafi.

Tymczasem zamknęliśmy garaż i wracaliśmy do towarzystwa. Tuż przed wejściem na taras zastąpił nam drogę rotmistrz Pacholak i Stanisławski umilkł.

- A ja, kochany panie, mleczko już przyniosłem - zawołał rotmistrz. - Zimne, a gęste, że choć nożem ty kraj. Ot, przyjemność. U nas, kochany panie, mleko my w kamiennych stakanach stawiali...

Obejrzałem się, Stanisławski znikł. Westchnąłem, a rotmistrz ujął mnie za guzik i mówił dalej:

- Ot, panie, na polowanko się jechało, niewielkie, pół dnia, na zajączki. Major ci do mnie, kochany panie, zjechał, ja do mojego wachmistrza mówię, zadbaj ty, kochanieńki, żeby mleczko za powrotem było. I jedziemy, kochany panie, i major wachmistrza widzi, i trach, panie, z dubeltówki...

- Wachmistrza? - przeraziłem się.

- Nie, panie kochany, zajączka. A wachmistrz butelki niesie, dobraż wódka była, przepalana, jaż ci mleczko kazał nagotować, a on taajest, pajee tmistrzu! - stuknął obcasami - mleczko po wódce najlepiej smakuje!

I nagle, bez przejść, rozejrzawszy się tylko dokoła, dodał tym samym, gawędziarskim tonem:

- A i dobrze, że pan przyjechał, Klemens o panu mi mówił. Tych tu ja znam, panie kochany, za żadnego, panie, grosza nie dam. Może ja staromodny, ale mnie się to nie podoba. Nie podoba! - podniósł rękę. - Nic dobrego tu się nie dzieje! Pomów pan z Klemensem, kochanieńki. Pomów pan.

Odwrócił się i znikł między drzewami.

- Panie Jacku! - zawołała z tarasu Hanka - Klemens pana szuka. I kto mi chleb pokraje?

Wbiegłem po schodach i wpadłem na Klemensa, wychodził właśnie z hallu.

- Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju - powiedział. - Zmieściłeś wóz? Nie obiłeś mojego? Chcesz się pewnie umyć.

- Zmieściłem, nie obiłem, chcę.

- Hanka, zostaw, Ludmiła tym się zajmie.

- Daj odetchnąć tej swojej Ludmile.

- Jestem na usługi! - zawołał Wąski. Umyty, uczesany, w szarym garniturze z tropiku, śnieżnobiałej koszuli, z pięknie zawiązanym krawatem.

- Kroić chleb! - rozkazała Hanka.

Klemens zaprowadził mnie na piętro.

KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI