4
Nie miał powodu, by lubić dziennikarzy. Drażniło go powierzchowne podejście wielu z nich do spraw, którymi się zajmowali, i częsta niekompetencja - zabieranie się do tematów, których najzwyczajniej nie rozumieli. Ale to właśnie z powodu dziennikarza postanowił się przemóc i odwiedzić człowieka, z którym po wyborach w 1989 roku nie chciał już mieć nic wspólnego. Szykując się na wizytę u niego, nie założył sutanny i koloratki. Pierwszy raz od kilku lat.
Zdjęcie tego zaginionego chłopaka przemknęło w gazetach, ale... był jednym z setek czy tysięcy poszukiwanych ludzi. Tak sądził, póki nie usłyszał przypadkiem rozmowy dziennikarzy czekających na opóźniającą się audiencję u biskupa. Mówili, że niedługo przed zniknięciem interesował się Biznesmenem, którego on przecież znał. Zaledwie z jednej krótkiej rozmowy sprzed lat, ale to wystarczyło, aby zwrócić jego uwagę. I wzbudzić zaniepokojenie. Na dźwięk tego nazwiska zbliżył się do uchylonych drzwi i wytężył słuch. Zanim na jego biurku zadzwonił telefon informujący, że za chwilę biskup będzie mógł przyjąć gości, dowiedział się jeszcze czegoś, co spowodowało, że zaginięcie reportera przestało być dla niego jednym z setek podobnych zdarzeń. Usłyszał, że kilka miesięcy przed zniknięciem werbowano go do pracy w tajnych służbach. To przesądziło o dalszym postępowaniu Księdza.
Po zaprowadzeniu dziennikarzy do sali, w której biskup przyjmował wizyty, nie wrócił do swojego pokoju, lecz wszedł do pomieszczenia spełniającego funkcję podręcznego sekretariatu. Stamtąd przysłuchiwał się rozmowie. Dziennikarze zwrócili się do biskupa o pomoc, ale nie sprecyzowali swojej prośby. Nie wspomnieli też o Biznesmenie ani o służbach. Może obawiali się o tym mówić, a może po prostu bagatelizowali te informacje. Ale dla niego miały one znaczenie.
Kiedy później zastanawiał się nad swoim postępowaniem, nie potrafił jednoznacznie określić, co nim wtedy powodowało. Czy dręczące go wciąż wspomnienie rozmów, które zakończyły się podpisaniem zobowiązania do współpracy? A może bardziej spowiedź, której wysłuchał kilka dni przed wizytą dziennikarzy u biskupa. Miał raz w tygodniu dyżur w konfesjonale w katedrze sąsiadującej z gmachem kurii, w której pracował. Podczas porannych mszy tylko sporadycznie ktoś korzystał z usług spowiednika. A jeśli już, to były to krótkie rutynowe spowiedzi. Kobieta, która klęknęła tego dnia przy konfesjonale, zatrzymała Księdza w nim na długo po zakończeniu nabożeństwa. I wciąż nie mógł zapomnieć tego, co od niej usłyszał.
- Ostatni raz spowiadałam się dwanaście lat temu. Chcę wyznać swoje grzechy. Byłam... - Na chwilę zamilkła. Duchowny miał wrażenie, że szuka słów. - Współpracowałam ze Służbą Bezpieczeństwa - wyszeptała.
Nagłe gorąco ogarnęło jego twarz, a po chwili poczuł przejmujący chłód. Zrobiło mu się słabo. Oparł głowę o konfesjonał. Odzyskał panowanie nad swoim ciałem dopiero wtedy, gdy poczuł kant ramy wrzynający mu się w czoło. Słuchał. Mógł tylko słuchać, nie miał siły pytać.
Mówiła, że przed laty, podczas studiów udzielała się w duszpasterstwie. Stwierdziła, że zgodziła się na współpracę, bo pochodziła z patriotycznej i bardzo religijnej rodziny. Uwierzyła, że Polska potrzebuje ludzi, którzy rozumieją, że należy poprawiać system, a nie go zwalczać. I że wiary nie powinno się łączyć z polityką, a ci, którzy tak robią, nie są ani prawdziwymi patriotami, ani katolikami. Usłyszała o tym na spotkaniu w kawiarni. Oficer pokazał jej swoje zdjęcie z Pierwszej Komunii Świętej. Zapewniał, że sam też jest wierzący, że stara się żyć zgodnie z prawdami wiary. I że podjął się pracy w resorcie, aby naprawdę służyć ojczyźnie, gdyż tego potrzebuje i Polska, i Kościół katolicki. Uwierzyła mu.
Nie odmówiła, gdy po kilku spotkaniach poprosił, by scharakteryzowała osoby, które traktują duszpasterstwo jako miejsce uprawiania antypaństwowej polityki. Później prosił o więcej. Zgadzała się na przeszukiwanie kieszeni kurtek i toreb kolegów i koleżanek, nie odmawiała, gdy oficer chciał, by rozpowiadała w duszpasterstwie przekazywane przez niego informacje, podważające zaufanie do opozycjonistów. Tłumaczył, że dzięki temu nadużywający gościnności Kościoła zostaną skompromitowani i odejdą, umożliwiając skupienie się na sprawach religii. Nie był nachalny, przez co wydawał się wiarygodny. Może dlatego nie odmówiła także wtedy, gdy oficer poprosił ją o nawiązanie bliskich kontaktów z księdzem prowadzącym duszpasterstwo i przekazywanie informacji na jego temat. To od niej dowiedzieli się, kiedy wybiera się samochodem do rodziny na wieś. Z tamtej podróży już nie wrócił.
"Nam wystarczy wiedzieć, po co mielibyśmy kogoś zabijać, nie jesteśmy bandytami" - tak tłumaczył jej oficer. Dowodził, że duchowny zasnął za kierownicą. Trzymała się tego kurczowo, chociaż w duszpasterstwie nikt w to nie wierzył. A ona z każdym rokiem wierzyła coraz bardziej. A potem, po czerwcowych wyborach, starała się zapomnieć. O wszystkim, co wiązało się z oficerem. Ale coraz częściej śniło jej się, że to ona siedzi wraz z nim w kabinie ciężarówki, która miażdży auto kapłana. Dlatego - jak tłumaczyła - w końcu przyszła do konfesjonału...
Ksiądz nie miał niczyjej krwi na rękach. Tym bardziej nie widział nigdy powodów, by wyspowiadać się ze swoich rozmów z Majorem. Tłumaczył sobie, że robił to, co było obowiązkiem wobec Polski. Dopiero po tej spowiedzi, po rozgrzeszeniu udzielonym z drżeniem rąk zrozumiał. Wychodząc tamtego dnia z katedry, wiedział, że się mylił...
* * * *
- Wódeczka, koniaczek? A, zapomniałem, brandy jak zwykle. Dla przyjaciół wszystko. Proszę siadać - powiedział, wyciągając z wielkiej szafy pancernej butelkę ze stylizowanym napisem "Słynczew Brjag". Ze względu na pierwsze litery - "SB" - alkohol ten był traktowany przez część funkcjonariuszy jako "firmowy". Bywało, że przekazywali tę brandy jako wymowny podarunek swoim informatorom.
Ksiądz miał wrażenie, że ta sama szafa z uchylonymi zwykle drzwiami, lakierowane na wysoki połysk biurko i podniszczone krzesła stały w gabinecie Majora także przed laty. Tylko orzeł na ścianie był inny, teraz miał koronę. Właściciel gabinetu także niewiele się zmienił. Ta sama pewność siebie, przeszywające spojrzenie. I stały uśmiech, w którym duchowny wyczuwał niezbyt dobrze zamaskowaną drwinę.
Odmówił alkoholu, ale Major i tak mu nalał. Ksiądz nie chciał przebywać w jego pokoju dłużej, niż było to konieczne. Zbyt wiele godzin spędzili razem. Na próżno próbował wydobyć z pamięci jakiekolwiek dobre wspomnienia z tamtych wspólnych wieczorów, którym towarzyszyła często butelka z tą samą etykietą, nawiązującą pierwszymi literami do nazwy Służba Bezpieczeństwa. Usiadł na wskazanym mu krześle na wprost biurka.
- Jeszcze raz chciałem podziękować. Ta rekomendacja zrobiła wielkie wrażenie na komisji weryfikacyjnej. Zdobyty przez księdza dopisek biskupa to już było mistrzostwo. Gdyby nie to pismo, pewnie byłbym zmuszony skończyć z pracą dla kraju. Musiałbym jak koledzy jakąś agencję założyć, zostać detektywem albo zabrać się za handel samochodami. Niby pieniądze większe, ale nie mógłbym dalej poświęcić się służbie. Znaczy się ochronie naszej wspólnej ojczyzny. Polska jest przecież jedna, nieważne, czy orzeł ma koronę, czy jej nie ma. - Uśmiechnął się, przesuwając w stronę gościa wypełniony kieliszek.
- Ja właśnie w tej sprawie. Przyszedłem tutaj na prośbę biskupa. Nieoficjalną prośbę, zatem proszę pozostawić to tylko do swojej wiadomości. - Patrzył prosto w oczy rozmówcy, starając się wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie. Kłamał, ale po raz pierwszy był przekonany, że robi to w dobrej sprawie.
Krótko opowiedział o spotkaniu dziennikarzy z biskupem. Chciał przejść do celu swojej wizyty. Ale nie zdążył.
- Zapomniał ksiądz wspomnieć o tym, co ekscelencja powiedział pismakom na koniec rozmowy: "Jeśli ktoś go zabił, to nie za to, co napisał, tylko za to, co chciał dopiero napisać". Dobrze zacytowałem? - zapytał, podnosząc głos.
Ksiądz zamarł. Wiedział, że nie potrafił ukryć zaskoczenia i strachu. Zacisnął zęby, by zapanować nad wyrazem swojej twarzy. Po chwili kontynuował. Nie miał innego wyjścia, jak dalej grać rolę, którą sobie na tę wizytę przygotował.
- Jego koledzy mówią, że ten dziennikarz miał kontakty z biznesmenem, którego pan dobrze znał. Od pana wiem, że to niebezpieczny człowiek. Jeśli ktoś stanie mu na drodze, to wszystko może się zdarzyć. Ale czasy się zmieniły, więc sobie pomyślałem... - zawahał się.
- Słucham, co ksiądz pomyślał? Że on ciągle na tej samej smyczy chodzi? - roześmiał się Major.
- Nie. Pomyślałem tylko, że czasy się zmieniły, więc może dobrze, by odpowiednie służby wiedziały jak najwięcej o tym człowieku. Wasz urząd przecież po to jest. A pan ma chyba kompetencje. Zresztą mówi się, że chcieliście zwerbować tego dziennikarza do siebie. Więc pewnie wiecie o nim wszystko. Policji mogłoby to być przydatne. To przecież młody chłopak. O ile mi wiadomo, pan ma syna w jego wieku. Gdyby to jemu coś...
- Proszę księdza! - przerwał mu, podnosząc głos.
Po raz pierwszy przestał się uśmiechać. Nigdy nie wspominał o swojej rodzinie. To on był tym, który prześwietlał życiorysy swoich rozmówców, pozostawiając swój własny za nieprzekraczalną granicą. Ksiądz naruszył tę zasadę. I pierwszy raz od kilkunastu lat wymuszonej znajomości wyprowadził Majora z równowagi. Ale nie trwało to dłużej niż kilkanaście sekund.
- Znamy się nie od dzisiaj. Dlatego będę miły. Umówmy się, że tej rozmowy nie było. A biskup będzie mógł nadal żyć w przekonaniu, że ksiądz nie ma niczego przed nim do ukrycia. Szkoda niszczyć sobie karierę. Przecież wiadomo, że papiery spaliliśmy, ale było tego tyle, że nigdy nie wiadomo, czy jakiś gdzieś nie został - powiedział, uśmiechając się w taki sam, na pół drwiący, sposób jak przed laty.
Od tamtego czasu kraj stanął na głowie. Wolne wybory, brak cenzury, likwidacja Służby. Ale Ksiądz poczuł tę samą bezsilność i upokorzenie, jakich doznawał, słuchając wynurzeń esbeka stanowiących nieodłączną część ich spotkań. Wstał gwałtownie, prawie przewracając krzesło. Było mu duszno, chciał jak najszybciej wyjść. Dotarł do drzwi, gdy zatrzymały go kolejne słowa.
- Jak już ksiądz mnie odwiedził, to porozmawiajmy. Jak Polak z Polakiem. Na przykład o tych pismakach. Pewnie pamięta ksiądz ich nazwiska, z jakich byli redakcji - usłyszał. Kiedy się odwrócił, zobaczył długopis w ręku Majora. Był gotowy do notowania. Jak przed laty.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.