PRZEDMOWA
Mój dziadek, Ernst Gombrich, zwykle nie pisał dla dzieci. I wcale nie
studiował historii, tylko historię sztuki. Tym bardziej go cieszyło i zdumiewało zarazem, że pierwsza książka, jaką w ogóle napisał, Krótka
historia świata, przez tak długi czas znajdowała tak wielu przyjaciół
na całym świecie.
Pisał tę książkę jako młody człowiek, i to pod sporą presją czasu.
Później mawiał, że chyba jedno i drugie przyczyniło się do tego sukcesu.
Ale gdyby nie zbieg rozmaitych okoliczności owego 1935 roku w Wiedniu,
ta książka nie zostałaby napisana.
A oto jak doszło do jej powstania...
Dziadek po obronie pracy doktorskiej na Uniwersytecie Wiedeńskim został
bez pracy i w tamtych trudnych czasach niewielkie miał widoki na szybkie
znalezienie posady. Pewien zaprzyjaźniony młody wydawca zwrócił się do
niego z pytaniem, czy nie miałby ochoty przejrzeć angielskiego
podręcznika historii dla dzieci i może przetłumaczyć go na niemiecki.
Książka została mu polecona przez wspólnego przyjaciela, który w Londynie studiował medycynę, i miała się ukazać w nowej serii,
zatytułowanej "Nauka dla Dzieci".
Dziadek niezbyt się książką zachwycił i powiedział Walterowi Neurathowi,
późniejszemu założycielowi wydawnictwa Thames & Hudson w Anglii, że
nie warto jej tłumaczyć. "Myślę, że sam napisałbym lepszą" - stwierdził,
na co Neurath poprosił, żeby przysłał mu może jeden rozdział.
Na ostatnim etapie pracy nad doktoratem mój dziadek korespondował z córeczką przyjaciół, która chciała wiedzieć, czym jest wciąż taki
zajęty. Objaśnianie jej w zrozumiały sposób tematu pracy doktorskiej
sprawiało mu wielką przyjemność. Poza tym, jak powiedział później, już
go trochę znudziła naukowa pisanina, którą tak intensywnie uprawiał
podczas studiów. Był przekonany, że większość rzeczy można
inteligentnemu dziecku wytłumaczyć prostymi słowami, bez trudnych
terminów fachowych. Napisał więc barwny rozdział o czasach rycerzy i posłał go Neurathowi. Wydawca był bardzo zadowolony, dodał jednak:
"Jeśli książka ma się ukazać zgodnie z planem, rękopis musi być gotowy w ciągu sześciu tygodni".
Dziadek wcale nie był pewien, czy zdąży, ale uznał wyzwanie za bardzo
kuszące, obiecał więc, że spróbuje. Szybko naszkicował plan książki i wybrał fakty z historii świata, które postanowił omówić. Po prostu zadał
sobie pytanie, które wydarzenia z przeszłości wywarły wpływ na życie
większości ludzi i do dzisiaj najgłębiej zachowały się w pamięci. Potem
zaczął pisać - każdego dnia jeden rozdział. Przedpołudniami czytał
wszystko, co na dany temat znalazł w domu swoich rodziców, przy czym
korzystał też z wielkiego leksykonu. Po południu szedł do biblioteki i w miarę możliwości czytał teksty z epoki, aby nadać swoim opisom większą
wiarygodność. Wieczory były zarezerwowane na pisanie. Tylko niedziele
wyglądały inaczej - ale nim je opiszę, muszę najpierw przedstawić moją
babcię.
Ilse Heller, bo tak się wtedy nazywała, pięć lat wcześniej przyjechała z Czech do Wiednia, aby kontynuować naukę gry na fortepianie. Już wkrótce
została uczennicą Leonie Gombrich - której imieniem nazwano i mnie. Ilse
Heller poznała więc przyszłą teściową wcześniej niż swojego męża. Leonie
nawet ich sobie przedstawiła i zachęcała mojego dziadka, by pokazał
nowej uczennicy wiedeńskie muzea i inne ciekawe miejsca. W 1935 roku ich
wspólne weekendowe wycieczki były już od dawna miłym zwyczajem. Rok
później wzięli ślub. Którejś niedzieli, gdy podczas spaceru po Lesie
Wiedeńskim zrobili sobie przerwę - "może przysiedliśmy w trawie na
słonecznej polanie albo na zwalonym pniu drzewa", wspomina moja babcia -
dziadek wyciągnął plik papierów z kieszeni na piersi i zapytał: "Czy
mogę ci coś przeczytać?".
"Lepiej, że czytał na głos. Wiesz - mówi dziś moja babcia - już wtedy
miał okropny charakter pisma".
To "coś" to była oczywiście Krótka historia świata. Mojej babci
najwyraźniej podobało się to, czego słuchała, bo dziadek czytał jej na
głos jeszcze przez następne tygodnie, aż dokończył pisanie książki.
Punktualnie dostarczył rękopis Walterowi Neurathowi. Czytając ten tekst
głośno, można wyczuć, w jaki cudowny sposób tamto czytanie nadało
książce ton, a dedykacja pozwala się domyślać, jak bardzo mój dziadek
cenił sobie te godziny głośnej lektury. Wykonanie ilustracji powierzono
byłemu instruktorowi jazdy konnej, po pięć szylingów od rysunku. Dziadek
lubił podkreślać, że liczne konie na obrazkach są o wiele lepiej
narysowane niż ludzie.
Gdy w 1936 roku książka się ukazała, spotkała się z bardzo przychylnym
przyjęciem, a recenzenci sądzili, że mój dziadek musi być doświadczonym
nauczycielem. Bardzo szybko została przetłumaczona na pięć języków. Moi
dziadkowie byli już wtedy w Anglii, gdzie zamieszkali na stałe. Wkrótce
książka została zakazana przez narodowych socjalistów, jednak nie z powodów antysemickich, tylko ze względu na zbyt pacyfistyczną wymowę.
Na tym się dzieje Krótkiej historii świata nie skończyły. Kilka lat po
wojnie dziadkowi udało się odzyskać prawa do książki, lecz świat, w którym ją kiedyś napisał, wydawał się już bardzo odległy. Przez długi
czas nic się nie działo, aż w końcu, po ponad trzydziestu latach,
zwróciło się do dziadka wydawnictwo DuMont. W 1985 roku ukazało się
drugie wydanie niemieckie z nowym rozdziałem końcowym. I znowu mój
dziadek się cieszył z sukcesu swojej książki i z licznych przekładów. Z zapałem przygotowywał kolejne wydania dla czytelników różnych
narodowości i zawsze bardzo uważnie wysłuchiwał uwag tłumaczy. Ale wobec
jednego przekładu miał obiekcje. Poza Krótką historią świata dziadek
wszystkie swoje książki napisał po angielsku. Jeśliby i ta miała się
kiedykolwiek ukazać w tym języku, upierał się, że sam ją przetłumaczy.
Przez dziesięć lat wzbraniał się przed przekładem na angielski, chociaż
niejednokrotnie go o to proszono. Jego opór brał się nie tylko z nadmiaru pracy. Dziadek uważał mianowicie, że angielska historia obraca
się tylko wokół angielskich królów i królowych. Czy angielskie dzieci
będą w ogóle umiały sobie poradzić z europejskim sposobem widzenia?
Dopiero wydarzenia lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i coraz
większe znaczenie Unii Europejskiej przekonały go wreszcie, że ten punkt
widzenia może je rzeczywiście zainteresować.
Pod koniec swojego długiego i bogatego życia zabrał się więc do
angielskiej wersji swojej pierwszej książki. Niedługo po tym, gdy zaczął
ją tłumaczyć, powiedział mi z lekkim zdziwieniem: "Przeczytałem jeszcze
raz moją Krótką historię świata, naprawdę sporo w niej jest. Wiesz,
myślę, że jest dobra!". Naturalnie dokonał drobnych korekt, dodał nowe
informacje o człowieku prehistorycznym i poprosił swojego syna, a mojego
ojca, specjalistę od wczesnego buddyzmu, o poprawienie rozdziału
dziesiątego.
Gdy w 2001 roku mój dziadek zmarł w wieku 92 lat, angielski przekład
wciąż jeszcze nie był gotowy. Niech więc ostatnie słowo należy do
dziadka: "Chciałbym podkreślić - napisał przed kilku laty we wstępie do
wydania tureckiego - że ta książka nigdy nie miała i nie ma zastępować
podręcznika historii, który w szkole służy zupełnie innym celom.
Chciałbym, żeby moi czytelnicy usiedli wygodnie i śledzili historię, nie
robiąc notatek i niekoniecznie zapamiętując nazwiska, nazwy i daty.
Obiecuję, że nie będę ich odpytywał".
Lipiec 2004 roku, Leonie Gombrich
1
DAWNO, DAWNO TEMU
Wszystkie historie tak się zaczynają: "Dawno, dawno temu". I nasza
historia chce opowiadać tylko o tym, co było dawno temu. Dawno temu
byłeś mały i nawet stojąc na palcach, ledwo sięgałeś do ręki swojej
mamy. Pamiętasz? Jeśli chcesz, możesz opowiedzieć historię, która
zaczyna się tak: Dawno temu był sobie mały chłopiec - albo mała
dziewczynka - i to byłem - albo byłam - ja. Ty też byłeś - albo byłaś -
niemowlęciem w pieluszkach. Tego nie pamiętasz, ale wiesz, że to prawda.
Kiedyś również tato i mama byli mali. Dziadek i babcia też. Ale to było
o wiele dawniej. Jednak o tym wiesz. Mówimy przecież: oni są starzy.
Lecz i oni mieli dziadków i babcie, którzy też mogli powiedzieć: dawno,
dawno temu. I tak dalej, coraz dalej i dalej wstecz. Za każdym "dawno,
dawno temu" jest jeszcze jakieś dawniejsze. Czy zdarzyło ci się kiedyś
stanąć między dwoma lustrami? Musisz koniecznie spróbować! Zobaczysz
ciąg luster, jedno za drugim, coraz mniejsze i coraz mniej wyraźne, ale
żadne z nich nie będzie ostatnie. Nawet gdy już nie będziesz widział
żadnego, wciąż będzie w nim miejsce na jeszcze jedno lustro. A za nim są
jeszcze inne i ty o tym wiesz.
Dokładnie tak samo jest z owym "dawno, dawno temu". Nie możemy sobie
wyobrazić, że gdzieś się kończy. Dziadek dziadka dziadka dziadka - już
teraz kręci ci się w głowie. Ale jeśli powiesz to jeszcze raz, powoli, z czasem będziesz mógł sobie to wyobrazić. A potem dodasz jeszcze jednego
dziadka. W ten sposób szybko dojdziesz do dawnych czasów, a potem do
pradawnych. Coraz dalej i dalej, tak jak było z lustrami. Ale do
początków nie dojdziesz nigdy. Za każdym początkiem kryje się przecież
zawsze jakieś "dawno, dawno temu". Ależ to otchłań bez dna! Czy kręci
już ci się w głowie od patrzenia w dół? Mnie też! Wrzućmy więc w tę
studzienną otchłań płonący kawałek papieru. Będzie spadał powoli, coraz
głębiej i głębiej. A spadając, oświetli ściany studni. Widzisz go
jeszcze? Spada coraz niżej i niżej - a teraz wygląda już jak maleńka
gwiazda w mrocznej głębi, coraz mniejsza i mniejsza, aż w końcu znika
zupełnie.
Tak samo jest z pamięcią. Pomaga nam rzucić światło w głąb przeszłości.
Najpierw naszej własnej, potem pytamy starych ludzi, potem szukamy
listów ludzi, którzy już umarli. I tak rzucamy światło coraz głębiej w przeszłość. Są takie domy, w których zgromadzone zostały tylko stare
kartki i papiery, niegdyś przez kogoś zapisane - te domy nazywają się
archiwami. Znajdziesz tam listy sprzed wielu setek lat. Kiedyś byłem w takim archiwum i miałem w ręce list, w którym było napisane tylko tyle:
"Kochana Mamo! Wczoraj dostaliśmy do jedzenia wspaniałe trufle, Twój
Wilhelm". Ten Wilhelm był małym włoskim księciem, który żył czterysta
lat temu. A trufle to bardzo drogie jedzenie.
Ale widzimy to tylko przez chwilę. Bo nasze światło spada coraz szybciej
i szybciej. Tysiąc lat, dwa tysiące lat, pięć tysięcy lat, dziesięć
tysięcy lat temu. Już wtedy były dzieci, które lubiły zjeść coś dobrego.
Ale nie mogły jeszcze pisać listów. Dwadzieścia tysięcy, pięćdziesiąt
tysięcy lat temu - już wtedy ludzie mówili: "dawno, dawno temu". I światło naszej pamięci staje się już bardzo malutkie. W końcu gaśnie. My
jednak wiemy, że można zejść jeszcze głębiej. W prapraczasy, kiedy nie
było jeszcze ludzi. Kiedy góry jeszcze nie wyglądały tak jak dzisiaj.
Niektóre były wyższe. Przez cały ten długi czas rozmywał je deszcz, aż
zamieniły się w pagórki. A niektórych wcale jeszcze nie było. Powoli
wyrastały z morza, przez wiele milionów lat.
Lecz nim się pojawiły góry, istniały już zwierzęta. Zupełnie inne niż
dzisiaj. Były ogromne i przypominały smoki. Skąd o tym wiemy? Bo głęboko
w ziemi znajdujemy czasem ich kości. W Muzeum Historii Naturalnej w Wiedniu możesz zobaczyć na przykład diplodoka. Dziwna nazwa - diplodok.
Ale zwierzę jeszcze dziwniejsze. Nie zmieściłoby się w pokoju ani nawet
w dwóch. Było wysokie jak najwyższe drzewa, a ogon miało długi jak pół
boiska do piłki nożnej. Musiał być niezły hałas, kiedy taka ogromna
jaszczurka - bo diplodok był ogromną jaszczurką - przemierzała w praczasach dżunglę.
Ale to też nie był początek. Już wtedy było coś wcześniej, wiele tysięcy
milionów lat temu. Łatwo powiedzieć, ale pomyśl przez chwilę. Czy wiesz,
jak długo trwa sekunda? Tyle, ile trzeba, żebyś szybko policzył: 1, 2,
3. A jak długo trwa tysiąc milionów sekund? Trzydzieści dwa lata! No to
możesz się domyślić, jak długo trwa tysiąc milionów lat! Wtedy nie było
jeszcze dużych zwierząt, tylko ślimaki i małże. A jeszcze wcześniej -
nie było nawet roślin. Cała ziemia była "bezładem i pustkowiem". Niczego
nie było, ani drzewa, ani krzewu, ani trawy, ani kwiatu, żadnej zieleni.
Tylko nagie, zupełnie nagie kamienie i morze, puste morze bez ryb, bez
małży, nawet bez szlamu. A gdy posłuchasz morskich fal, to co one
powiedzą? "Dawno, dawno temu..." Dawno, dawno temu Ziemia mogła być
skłębioną chmurą gazu, podobną, ale nie taką samą jak te o wiele
większe, które oglądamy za pomocą naszych teleskopów. Miliardy lat
krążyła wokół Słońca, z początku bez skał, bez wody, bez życia. A przedtem? Przedtem Słońca też jeszcze nie było, naszego drogiego
słoneczka. Tylko obce, zupełnie obce gwiazdy olbrzymy i mniejsze ciała
niebieskie wirowały między chmurami gazu w nieskończonej przestrzeni
kosmicznej.
"Dawno, dawno temu" - teraz i mnie się kręci w głowie, kiedy się tak
pochylam i patrzę w głąb czasu. Chodź, wracajmy szybko do Słońca, do
Ziemi, do pięknego morza, do roślin, do małży, do olbrzymich jaszczurek,
do naszych gór, a potem do ludzi. Czy nie jest tak, jakbyśmy wrócili do
domu? I żeby to "dawno, dawno temu" nie wciągnęło nas jeszcze głębiej w otchłań bez dna, od tej pory będziemy od razu pytać: "Chwileczkę!
Kiedy to było?".
A jeśli zapytamy także: "Jak to właściwie było?", to będziemy pytać o historię. Nie o jakąś historię, lecz o historię, którą nazywamy
historią świata. I właśnie nią się teraz zajmiemy.
2
NAJWIĘKSI WYNALAZCY, JACY KIEDYKOLWIEK ISTNIELI
W Heidelbergu w Niemczech wykopano kiedyś głęboki szyb. Głęboko pod
ziemią znaleziono tam kość, ludzką kość. Dolną szczękę. Ale takiej
szczęki nie ma już dziś żaden człowiek. Taka jest twarda i mocna. I tak
silne są osadzone w niej zęby. Człowiek, do którego ta szczęka należała,
na pewno potrafił dobrze gryźć. I musiało to być dawno temu, bo inaczej
szczęka nie znalazłaby się tak głęboko pod ziemią.
W innym miejscu w Niemczech, w Neandertalu, znaleziono kiedyś fragment
czaszki. Ludzkiej czaszki. Niepotrzebnie się wzdrygasz, gdyż było to
szalenie interesujące. Bo takich czaszek też już nie ma. Tamten człowiek
właściwie nie miał czoła, tylko gruby wał nad oczodołami. Myślimy jednak
tym, co mamy za czołem, a skoro ów człowiek nie miał czoła, to może
mniej myślał. W każdym razie myślenie musiało mu przychodzić z większym
trudem niż nam. Istnieli więc kiedyś ludzie, którzy myśleli może mniej,
a gryźli lepiej niż my dzisiaj. Tak w każdym razie uważano wtedy, kiedy
znaleziono tę czaszkę, i ten pogląd pokutował jeszcze do niedawna.
"Chwileczkę! - powiesz teraz. - To wbrew umowie. Kiedy żyli ci ludzie,
kim byli i jak to właściwie było?"
Rumienię się ze wstydu, gdyż muszę ci odpowiedzieć: tego jeszcze
dokładnie nie wiemy, ale z czasem się dowiemy. Jak dorośniesz, może nam
w tym pomożesz. Nie wiemy, ponieważ ci ludzie nie umieli niczego
zapisać. Ponieważ pamięć tak daleko nie sięga. (Dziś już nie muszę się
rumienić aż tak, bo nawet jeśli niektóre z opisanych tu rzeczy
przedstawiają się teraz trochę inaczej, to przynajmniej moje
przepowiednie się sprawdziły: dzisiaj rzeczywiście wiemy już więcej o tym, kiedy żyli pierwsi ludzie. Ustalili to przyrodnicy, gdy odkryli, że
niektóre materiały, jak na przykład drewno i włókna roślin, a także
kamienie wulkaniczne, ulegają powolnym, lecz regularnym zmianom. Dzięki
temu można obliczyć, kiedy powstały lub wyrosły. Naturalnie nadal pilnie
poszukiwano szczątków ludzkich i podczas prac wykopaliskowych, przede
wszystkim w Afryce, a także w Azji, natrafiono na kości co najmniej tak
stare jak szczęka z Heidelbergu. Niektóre nawet jeszcze starsze. To
kości naszych przodków, którzy mieli niskie czoło o wydatnych łukach
brwiowych i mały mózg, i może już dwa miliony lat temu zaczęli używać
kamieni jako narzędzi. Jedna z czaszek, znaleziona niedawno w Afryce,
liczy sobie pewnie siedem milionów lat. Neandertalczycy pojawili się
wcześniej niż sto tysięcy lat temu i żyli na ziemi prawie siedemdziesiąt
tysięcy lat. Muszę im oddać sprawiedliwość: mimo niskiego czoła mózg
mieli niewiele mniejszy, niż ma go większość dzisiejszych ludzi. Nasi
najbliżsi krewni pojawili się prawdopodobnie dopiero około trzydziestu
tysięcy lat temu).
"Ależ całe to "mniej więcej" i "około" bez nazw i dokładnych dat to
przecież nie jest historia!" - powiesz. I będziesz miał rację. To
wszystko było przed historią. Dlatego nazywamy te czasy prehistorią. Bo
bardzo niedokładnie wiemy, kiedy to było. Co nieco wiadomo nam jednak o ludziach, których nazywamy praludźmi. Od nich zaczyna się bowiem
rzeczywista historia - a zacznie się ona w następnym rozdziale - gdyż
mieli już wszystko, co mają ludzie dzisiaj: odzież i domy, i narzędzia;
pługi do orania, zboże do wypieku chleba, krowy do dojenia, owce do
strzyżenia, psy do polowania i jako przyjaciół. Łuk i strzały do
strzelania, hełm i tarczę do ochrony. A wszystko to musiało być kiedyś
po raz pierwszy. Ktoś to przecież musiał wynaleźć! Pomyśl tylko, czy to
nie fascynujące? Kiedyś jakiś praczłowiek musiał wpaść na to, że mięso
dzikich zwierząt daje się łatwiej pogryźć, jeśli się je przedtem
potrzyma nad ogniem i upiecze. A może wpadła na ten pomysł kobieta? I ktoś kiedyś wpadł na pomysł, jak rozpalić ogień. Pomyśl, co to oznacza:
rozpalić ogień! Potrafisz to zrobić? Ale nie zapałkami, nie, przecież
ich wtedy nie było! Tylko za pomocą dwóch patyczków, tak długo
pocieranych jeden o drugi, aż się rozgrzeją i w końcu rozżarzą. Spróbuj
sam to zrobić! Zobaczysz, jakie to trudne!
Narzędzia też ktoś wynalazł. Żadne zwierzę nie zna narzędzi. Tylko
człowiek. Najstarszymi narzędziami były pewnie po prostu gałęzie albo
kamienie. Wkrótce ludzie nauczyli się łupać te kamienie tak, że
wyglądały jak spiczaste młotki. Wiele takich łupanych kamieni wygrzebano
z ziemi. A że wszystkie narzędzia były wtedy jeszcze kamienne, nazywamy
te czasy epoką kamienia łupanego. Domów jednak praczłowiek nie umiał
jeszcze budować. To było przykre. Bo w tamtej epoce często bywało bardzo
zimno. Czasem nawet o wiele zimniej niż dzisiaj. Zimy były dłuższe, a lata krótsze niż te, które znamy. Śnieg nawet w dolinach leżał przez
cały rok, a wielkie lodowce docierały aż na równiny. Możemy więc
powiedzieć, że czas kamienia łupanego przypadł jeszcze na epokę
lodowcową. Praludzie musieli marznąć i pewnie się cieszyli, kiedy
znajdowali jaskinie, w których mogli się jako tako schronić przed
wiatrem i chłodem. Dlatego nazywamy ich też jaskiniowcami, chociaż
raczej nie mieszkali w jaskiniach przez cały czas.
A wiesz, co jeszcze wynaleźli jaskiniowcy? Może zgadniesz? Mowę. Mam
na myśli prawdziwą mowę. Zwierzęta też potrafią krzyczeć, gdy je coś
boli, i wydawać ostrzegawcze dźwięki, gdy grozi im niebezpieczeństwo.
Ale nie potrafią niczego nazwać słowami. To potrafią tylko ludzie.
Praludzie byli pierwszymi istotami, które to umiały.
I jeszcze jedną piękną rzecz wynaleźli jaskiniowcy. Malowidła i rzeźbę.
Na ścianach jaskiń do dziś możemy zobaczyć obrazy, które wyrytowali lub
namalowali. Nawet teraz żaden malarz nie zrobiłby tego piękniej. Widzimy
zwierzęta, których dawno już nie ma - tyle czasu upłynęło bowiem od
tamtej pory. Słonie z długą sierścią i zakrzywionymi kłami - to mamuty.
Inne zwierzęta z epoki lodowcowej też tam są. Jak myślisz, dlaczego
praludzie malowali takie zwierzęta na ścianach jaskiń? Tylko dla ozdoby?
Przecież było tam całkiem ciemno? Nie wiemy z całą pewnością, ale
przypuszczamy, że próbowali uprawiać czary. Wierzyli, że jeśli namalują
na ścianie wizerunki zwierząt, to te zwierzęta wkrótce się pojawią.
Zwierzęta były przecież ich łupem łowieckim, bez którego umarliby z głodu. Chcieli więc wynaleźć czary i byłoby wspaniale, gdyby ludzie
umieli czarować. Ale do dziś nie potrafią.
Epoka lodowcowa trwała niewyobrażalnie długo. Wiele dziesiątków tysięcy
lat, i to dobrze, bo inaczej ludzie, którym myślenie przychodziło
jeszcze z trudem, nie zdążyliby tego wszystkiego wynaleźć. Z czasem na
Ziemi zrobiło się cieplej i latem lód cofał się w najwyższe góry, a ludzie, którzy byli już tacy jak my, nauczyli się wysiewać trawy
stepowe, rozcierać ziarna i robić z nich papkę, którą można było piec w ogniu. To był chleb.
Wkrótce nauczyli się także budować namioty i oswajać zwierzęta żyjące na
swobodzie. Wędrowali ze swoimi stadami, jak to dziś robią na przykład
Lapończycy. A że w tamtych czasach lasy były pełne drapieżnych zwierząt,
wilków i niedźwiedzi, ludzie, jak przystało na wielkich wynalazców,
wpadli na wspaniały pomysł: zbudowali sobie domy na wodzie, na palach
wbitych w grunt daleko od brzegu. Nazywamy te budowle palowymi.
Narzędzia z kamienia mieli już pięknie ociosane i wygładzone. A w kamiennych toporach umieli już wywiercić twardszym kamieniem otwór na
stylisko. Cóż to była za praca! Z pewnością na całą zimę. A często na
koniec topór pękał w połowie i wszystko trzeba było zaczynać od nowa.
Potem wymyślili ceramikę - glinkę wypalaną w piecach - i wkrótce zaczęli
wyrabiać piękne, wzorzyste naczynia. Wizerunków zwierząt w tej
młodszej epoce kamienia jednak już nie przedstawiali. W końcu, może
sześć, a może cztery tysiące lat przed Chrystusem, wpadli na nowy,
lepszy i wygodniejszy sposób wytwarzania narzędzi: odkryli metal.
Oczywiście nie wszystkie metale od razu. Najpierw zielone kamienie,
które zamieniały się w miedź, gdy wytapiali je w ogniu. Miedź pięknie
lśni i można z niej robić groty strzał albo wykuwać topory, jest jednak
bardzo miękka i tępi się szybciej niż twardy kamień.
Ale i z tym sobie poradzili. Przyszło im do głowy, że wystarczy
domieszać inny, bardzo rzadki metal, żeby miedź stała się twardsza. Ten
metal to cyna, a stop miedzi i cyny to brąz. Czasy, w których ludzie
robili sobie hełmy i miecze, siekiery i garnki, a także bransolety i naszyjniki z brązu, nazywają się oczywiście epoką brązu.
A teraz przyjrzyj się jeszcze ludziom, którzy w łodziach wydłubanych z jednego pnia drzewa płyną do swoich wiosek na palach, odziani w futra
zwierząt. Wiozą zboże albo sól z kopalń. Piją z pięknych glinianych
dzbanów, a kobiety i dziewczęta noszą ozdoby z kolorowych kamyków, nawet
ze złota. Czy myślisz, że wiele się zmieniło od tamtych czasów? To już
byli tacy ludzie jak my. Często niedobrzy dla siebie, często okrutni i podstępni. My też, niestety, tacy jesteśmy. I już wtedy pewnie się
zdarzało, że matka poświęcała się dla dziecka. Już wtedy przyjaciele
oddawali za siebie życie. Nie częściej, ale i nie rzadziej niż dzisiaj.
Bo i dlaczego? W końcu upłynęło dopiero około dziesięciu do trzydziestu
tysięcy lat! Nie mieliśmy dość czasu, aby się bardzo zmienić.
Ale kiedy mówimy, jemy chleb, posługujemy się jakimś narzędziem czy
grzejemy przy ogniu, powinniśmy czasem wspomnieć z wdzięcznością o praludziach, największych wynalazcach, jacy kiedykolwiek istnieli.
3
KRAJ NAD NILEM
Tu - tak jak ci obiecałem - zacznie się historia. Od pewnego wtedy.
Otóż pięć tysięcy sto lat temu, w 3100 roku przed Chrystusem, jak
uważamy dzisiaj, panował w Egipcie król imieniem Menes. Jeśli chciałbyś
wiedzieć coś więcej o drodze do Egiptu, powinieneś właściwie spytać
jaskółkę. Ona przecież każdej jesieni, gdy nastają chłody, frunie do
Egiptu. Przez góry do Włoch, potem kawałek nad morzem, i już jest w Afryce, w części położonej najbliżej Europy. A tam już niedaleko jest
Egipt.
W Afryce panują upały i przez wiele miesięcy nie pada deszcz. Dlatego w wielu regionach mało co rośnie. Ziemia jest pustynna. Na prawo i lewo od
Egiptu też jest taka. W samym Egipcie również nieczęsto pada. Ale tam
ludzie nie potrzebowali deszczu, bo przez środek Egiptu płynie Nil. Dwa
razy w roku, jeśli mocno padało u jego źródeł, zalewał cały kraj. Wtedy
musieli pływać łodziami między domami i palmami. A kiedy woda wsiąkła,
ziemia była doskonale nasycona i nawieziona żyznym mułem. W gorącym
słońcu zboże rosło tak wspaniale jak mało gdzie. Dlatego Egipcjanie od
najdawniejszych czasów modlili się do swojego Nilu, jakby był samym
bogiem. Chcesz posłuchać pieśni, jaką śpiewali mu cztery tysiące lat
temu?
Chwała ci, Nilu, który wypływasz z ziemi i przybywasz,
by dać Egiptowi pożywienie.
Który nawadniasz pola i jesteś stworzony,
by nakarmić wszystkie zwierzęta.
Który poisz pustynię, położoną z dala od wody.
Który czynisz jęczmień i stwarzasz pszenicę.
Który napełniasz spichlerze i szeroko otwierasz wrota stodół,
który obdarowujesz biedaka.
Tobie gramy na harfie i tobie śpiewamy.
Tak śpiewali dawni Egipcjanie. I mieli rację. Bo to Nil sprawił, że kraj
stał się bogaty, a przez to bardzo potężny. A nad wszystkimi Egipcjanami
panował król. Pierwszym królem, który władał całym krajem, był właśnie
Menes. Pamiętasz, kiedy to było? Trzy tysiące sto lat przed Chrystusem.
A może wiesz jeszcze, jak w Biblii nazywają się królowie Egiptu? To
faraonowie. Taki faraon był niesłychanie potężny. Mieszkał w ogromnym
kamiennym pałacu o wielkich, grubych kolumnach i wielu dziedzińcach, a co powiedział, to musiało być zrobione. Wszyscy ludzie w kraju musieli
na niego pracować, jeśli tak chciał. A czasami chciał.
Jeden z faraonów, który nastał stosunkowo niedługo po Menesie, król
Cheops, dwa i pół tysiąca lat przed Chrystusem rozkazał na przykład, by
wszyscy poddani pracowali nad jego grobowcem. Miała to być budowla
wielka jak góra. I rzeczywiście taka powstała. Stoi jeszcze dzisiaj. To
słynna piramida Cheopsa. Może ją nieraz widziałeś na ilustracjach. Ale
nie wyobrażasz sobie, jaka jest wielka. Największy kościół by się w niej
zmieścił. Można na nią wejść po ogromnych kamiennych blokach jak podczas
górskiej wspinaczki. A przecież te niesamowite bloki z kamienia zostały
przetoczone i spiętrzone jeden na drugim przez ludzi. Maszyn jeszcze
wtedy nie było. Co najwyżej rolki i lewary. Wszystko trzeba było ciągnąć
i przesuwać ręcznie. Wyobraź sobie - w afrykańskim upale! W taki sposób
w miesiącach między pracami w polu może ze sto tysięcy ludzi przez
trzydzieści lat harowało dla faraona. A kiedy byli zmęczeni, dozorca
króla pewnie poganiał ich pejczem ze skóry hipopotama. Ciągali więc i dźwigali te ogromne ciężary, wszystko na królewski grób.
Może zapytasz, co też królowi przyszło do głowy, żeby sobie budować taki
ogromny grobowiec. Ma to związek ze staroegipską religią. Egipcjanie
wierzyli w wielu bogów - takich ludzi nazywamy poganami. Wierzyli, że
niektórzy ich bogowie panowali kiedyś na ziemi jako królowie, na
przykład bóg Ozyrys i jego małżonka Izyda. Wierzyli, że słońce jest
osobnym bogiem - Amonem. Że w świecie podziemnym panuje bóg, który ma
głowę szakala i nazywa się Anubis. Uważali, że każdy faraon jest synem
boga słońce. Inaczej tak by się go przecież nie bali i nie pozwolili
sobie aż tak rozkazywać. Wykuwali w kamieniu ogromne, majestatyczne
przedstawienia dla swoich bogów, wysokie jak pięciopiętrowe domy, i wznosili świątynie wielkie jak całe miasta. Przed świątyniami ustawiali
wysokie, spiczaste kamienie, całe wykute z jednego kawałka granitu,
zwane obeliskami. Po grecku znaczy to tyle, co "rożen". W niektórych
miastach jeszcze dzisiaj możesz zobaczyć takie obeliski, przywiezione z Egiptu.
W religii egipskiej święte były również niektóre zwierzęta, na przykład
koty. Niektórych bogów wyobrażano sobie i przedstawiano pod postacią
zwierząt. Potężnym bogiem dla dawnych Egipcjan był stwór o ciele lwa z głową człowieka, nazywany przez nas Sfinksem. Jego ogromny posąg stoi
obok piramid, a jest tak wielki, że zmieściłaby się w nim cała
świątynia. Już od ponad pięciu tysięcy lat wizerunek tego bóstwa strzeże
grobowców faraonów, przysypywany od czasu do czasu piaskiem pustyni. Kto
wie, jak długo jeszcze będzie trzymał tę straż.
Lecz najważniejsza w dziwnej religii Egipcjan była wiara, że gdy
człowiek umiera, to jego dusza wprawdzie opuszcza ciało, ale nadal go do
czegoś potrzebuje. Egipcjanie uważali, że dusza nie może być przecież
zadowolona, jeśli po śmierci człowieka jej dawne siedlisko obraca się w proch.
W bardzo wymyślny sposób zabezpieczali więc ciała zmarłych. Nacierali je
maściami i sokami roślin i owijali długimi pasmami materiału, aby nie
uległy rozkładowi. Tak zakonserwowane zwłoki nazywamy mumiami. Do
dzisiaj, po tylu tysiącach lat, mumie jeszcze się nie rozpadły. Wkładano
je najpierw do drewnianej trumny, drewnianą trumnę do kamiennej, ale tej
kamiennej też nie składano w ziemi, tylko w grobowcu wykutym w skale.
Kto tak jak faraon Cheops, Syn Słońca, mógł sobie na to pozwolić, ten
kazał piętrzyć nad swoim grobowcem całe góry z kamieni. Wewnątrz takiej
góry mumia będzie przecież bezpieczna! Ale wszystkie udręki ludzi i cała
władza Cheopsa na nic się nie zdały - jego piramida jest pusta.
Odnaleziono jednak mumie innych królów i wielu starożytnych Egipcjan,
zachowane w grobowcach. Te grobowce były urządzone jako mieszkania dla
dusz przychodzących odwiedzić ciało. Była tam żywność, meble, ubrania i wiele przedstawień z życia zmarłego. Jego wizerunek też, aby dusza od
razu znalazła drogę do właściwego grobowca, gdyby go zechciała
odwiedzić.
Na ogromnych kamiennych posągach i pięknych kolorowych malowidłach
jeszcze dziś możemy zobaczyć, czym zajmowali się Egipcjanie i jak kiedyś
żyli. Co prawda ich rysunki właściwie nie są ani poprawne, ani zgodne z naturą. To, co w rzeczywistości znajduje się jedno za drugim, rysowali
zazwyczaj jedno nad drugim. Postacie często są sztywne - tułów pokazany
od frontu, a ręce i stopy bokiem, tak że wyglądają jak sprasowane. Ale
starożytni Egipcjanie pokazali wszystko, na czym im zależało. Bardzo
dokładnie widać każdy szczegół: jak w wielkie sieci chwytają kaczki nad
Nilem, jak wiosłują i długimi ościeniami łowią ryby, jak pompują do
kanałów wodę, by nawodnić pola, pędzą krowy i kozy na pastwiska, młócą
zboże i pieką chleb, robią buty i ubrania, wydmuchują szkło - bo już
wtedy umieli to robić! - jak wyrabiają cegły i budują domy. Ale widzimy
też dziewczynki grające w piłkę lub na flecie, mężczyzn wyruszających na
wojnę i wracających do domu z pojmanymi niewolnikami i całym łupem.
W grobowcach dostojników znajdujemy sceny wyobrażające obcych posłów
przybywających z darami, króla nadającego ordery wiernym ministrom.
Widzimy, jak zmarli modlą się z uniesionymi rękami przed wizerunkami
bogów, widzimy ich też w domach podczas uczt, kiedy pieśniarze śpiewają,
akompaniując sobie na harfie, a wesołkowie fikają koziołki.
Obok tych szeregów barwnych przedstawień widnieją najczęściej małe
obrazki, na których widać sowy i mężczyzn, chorągiewki, kwiaty, namioty,
żuki, naczynia, a także zygzakowate i spiralne linie ułożone blisko obok
siebie i jedne pod drugimi. Co to może być? To nie są obrazki, to jest
pismo. Nosi ono nazwę hieroglifów. To znaczy: świętych znaków. Bo
Egipcjanie byli tak dumni ze swojej nowej sztuki, sztuki pisania, że
zawód pisarza cenili najwyżej ze wszystkich i pisanie uważali niemal za
święte.
Chcesz wiedzieć, jak się pisze takimi świętymi znakami, czyli
hieroglifami? Naprawdę niełatwo było się tego nauczyć, bo jest to pismo
bardzo podobne do rebusu. Chcąc napisać imię boga Ozyrysa, którego
starożytni Egipcjanie nazywali Wosiri, rysowano tron
, co po egipsku
czytamy "wos", i oko , czyli "iri". Razem dawało to "Wos-iri". I żeby
nikt nie pomyślał, że chodzi o oko tronu, najczęściej dodawano obok
chorągiewkę . Jest to wyróżnik bogów. Podobnie jak krzyżyk, jaki stawiamy
obok imienia i nazwiska, aby zaznaczyć, że człowiek, o którym mowa, już
nie żyje.
Teraz umiesz już napisać "Ozyrys" hieroglifami! Ale wyobraź sobie, ile
trudu kosztowało odcyfrowanie tego wszystkiego, gdy mniej więcej
dwieście lat temu ludzie znowu się zainteresowali hieroglifami. Zdołali
je odczytać tylko dlatego, że odnaleźli kamień, na którym ten sam tekst
został zapisany alfabetem greckim, hieroglifami i jeszcze innym pismem
egipskim. A jednak była to zagadka, nad którą wielcy uczeni przez całe
życie łamali sobie głowę! Ten kamień, zwany kamieniem z Rosetty, możesz
obejrzeć w Muzeum Brytyjskim w Londynie.
Dzisiaj potrafimy przeczytać już prawie wszystko. Nie tylko to, co jest
napisane na murach, ale i to, co jest zapisane w księgach. A znaki w księgach są o wiele mniej wyraźne. Starożytni Egipcjanie rzeczywiście
mieli już książki. Nie z papieru, lecz z pewnego gatunku trzciny znad
Nilu, zwanej po grecku papyros. Stąd pochodzi nasze słowo "papier".
Pisali na długich wstęgach, które potem zwijali w rolkę. Zachowało się
mnóstwo takich ksiąg w formie zwojów. Wiele się z nich dziś dowiadujemy
i coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, jak mądrymi ludźmi byli starożytni
Egipcjanie. Chcesz usłyszeć sentencję, którą jeden z nich zapisał przed
pięcioma tysiącami lat? Musisz się jednak trochę skupić i dobrze rzecz
przemyśleć: "Mądre słowa są rzadsze niż szlachetny zielony kamień, a mimo to można je usłyszeć od biednych służek, które obracają młyńskie
kamienie".
Ponieważ Egipcjanie byli tak mądrzy i tak potężni, ich królestwo
istniało długo. Dłużej niż jakiekolwiek inne królestwo do tej pory.
Prawie trzy tysiące lat. Z taką samą pieczołowitością, z jaką chronili
zwłoki przed rozkładem, przez tysiące lat przestrzegali dawnych
zwyczajów. Ich kapłani bardzo pilnowali, by synowie nie robili niczego,
czego nie robili ojcowie. Wszystko, co dawne, było dla nich święte.
Tylko dwa razy w ciągu owego długiego czasu ludzie zbuntowali się
przeciwko tej surowej monotonii. Raz byli to poddani, którzy około 2100
roku przed Chrystusem sami spróbowali wszystko zmienić. Powstali
przeciwko faraonowi, zabili jego dozorców i wywlekli mumie z grobowców.
"Ci, którzy dawniej nie mieli nawet sandałów, teraz posiadają skarby, a ci, którzy dawniej mieli piękne szaty, dziś chodzą w łachmanach" -
opowiada stary zwój papirusowy. "Kraj się obraca niczym garncarskie
koło". Ale nie trwało to zbyt długo, wkrótce wszystko było po staremu.
Może nawet jeszcze surowiej niż przedtem.
Za drugim razem to jeden z faraonów próbował sam wszystko zmienić.
Dziwny był to człowiek, ów faraon Echnaton, który żył około 1370 roku
przed Chrystusem. Religia egipska ze swoimi wieloma bogami i tajemniczymi zwyczajami wydawała mu się niewiarygodna. "Jest tylko jeden
bóg - pouczał poddanych - i jest nim słońce, którego promienie wszystko
stwarzają i wszystko utrzymują przy życiu. Tylko do niego wolno się wam
modlić".
Dawne świątynie zostały zamknięte, a król Echnaton wraz z małżonką
przeniósł się do innego pałacu. A że w ogóle był przeciwnikiem
wszystkiego, co dawne, i zwolennikiem nowych, pięknych idei, również
malowidła w swoim pałacu polecił malować zupełnie inaczej. Nie tak
surowo, sztywno i uroczyście jak dawniej, tylko w sposób całkiem
naturalny, niewymuszony. Ludziom jednak wcale się te nowe porządki nie
podobały. Chcieli widzieć wszystko tak, jak widzieli przez tysiące lat.
Po śmierci Echnatona bardzo szybko wrócili do dawnych obyczajów i do
dawnej sztuki i już do końca istnienia królestwa egipskiego wszystko
zostało po staremu. Tak więc prawie przez trzy i pół tysiąca lat
grzebano ludzi w postaci mumii jak za czasów króla Menesa, pisano
hieroglifami, modlono się do tych samych bogów. Również koty ubóstwiano
jako święte zwierzęta. I jeśli o mnie chodzi, to uważam, że przynajmniej
pod tym względem dawni Egipcjanie mieli rację.
4
NIEDZIELA, PONIEDZIAŁEK...
Tydzień ma siedem dni. Ich nazwy to... przecież je znasz! Ale pewnie nie
wiesz, od kiedy dni nie biegną jeden za drugim jak w czasach praludzi -
bez nazw i bez kolejności. Ani kto je zebrał w tydzień i nadał każdemu z nich nazwę. Nie stało się to w Egipcie. Stało się to w innym kraju. Tam
również było gorąco. I zamiast jednej rzeki, Nilu, były nawet dwie:
Eufrat i Tygrys. Dlatego niekiedy nazywamy ten kraj Dwurzeczem. A że ten
ważny kraj leży między dwiema rzekami, nazywamy go też Międzyrzeczem
albo, używając greckiego słowa: Mezopotamią. Mezopotamia nie leży w Afryce, tylko w Azji, ale bliżej nas - w Azji Południowo-Zachodniej.
Obie rzeki, Eufrat i Tygrys, uchodzą do Zatoki Perskiej.
Wyobraź sobie teraz wielką, wielką równinę, przez którą płyną obie te
rzeki. Jest upalnie i bagniście, czasami woda zalewa kraj. Tu i ówdzie
widać dziś na tej równinie wielkie wzgórza, ale nie są to wzgórza
prawdziwe: gdy archeolodzy zaczynają tam kopać, najpierw natrafiają na
mnóstwo cegieł i gruzu. Powoli wyłaniają się wysokie, mocne mury. Bo te
wzgórza to miasta, które obróciły się w ruinę, wielkie miasta o długich,
prostych ulicach, z wysokimi domami, pałacami i świątyniami. Nie były
zbudowane z kamienia, tak jak miasta w Egipcie, lecz z cegieł, więc z biegiem czasu rozsypały się w słońcu i zamieniły w wielkie rumowiska.
Takim rumowiskiem w pustynnej okolicy jest dziś Babilon, niegdyś
największe miasto świata, z nieprawdopodobnym mrowiem ludzi, którzy
zjeżdżali tu ze wszystkich stron z towarami na wymianę. Takim samym
rumowiskiem na skraju gór w kierunku północnym jest drugie wielkie
miasto tego kraju: Niniwa. Babilon był stolicą Babilończyków. To łatwo
zapamiętać. W Niniwie natomiast mieli swoją stolicę Asyryjczycy.
Zwykle nie tylko jeden król władał całym tym krajem, tak jak faraon
Egiptem. I nie przetrwało to królestwo aż tak długo i w niezmiennych
granicach. Żyło w nim kilka ludów ze swoimi królami i raz ten, raz inny
sprawował władzę. Najważniejsi byli Sumerowie, Babilończycy i Asyryjczycy. Jeszcze do niedawna uważaliśmy Egipcjan za najstarszy lud,
który miał wszystko, co nazywamy kulturą: miasta i rzemieślników,
książąt i królów, świątynie i kapłanów, urzędników i artystów, pismo i technikę.
Od kilku lat wiemy, że pod wieloma względami Egipcjan wyprzedzili
Sumerowie. Prace wykopaliskowe na rumowiskach sterczących na płaskiej
równinie w pobliżu Zatoki Perskiej wykazały, że tamtejsi mieszkańcy już
przed 3100 rokiem przed Chrystusem wpadli na pomysł, że z gliny można
formować cegły i budować z nich domy i świątynie. Pod jedną z największych hałd gruzu odnaleziono ruiny miasta Ur, o którym czytamy w Biblii, że mieszkali tam przodkowie Abrahama. Odkryto liczne groby,
pochodzące zapewne mniej więcej z tego samego okresu co piramida Cheopsa
w Egipcie. Ale jego piramida jest pusta, tu natomiast zachowały się
wspaniałe i zdumiewające przedmioty. Przepiękne złote ozdoby dla kobiet
i złote naczynia ofiarne. Złote hełmy i sztylety dekorowane złotem i szlachetnymi kamieniami. I wspaniałe harfy, ozdobione głowami byków, a także - wyobraź sobie - wykonana w cudownej intarsji tablica do gry,
przypominająca szachownicę.
W rumowiskach znaleziono również pieczęcie cylindryczne i gliniane
tabliczki z inskrypcjami. Ale nie są to hieroglify, tylko inne pismo,
które chyba jeszcze trudniej było odczytać - właśnie dlatego, że nie
składa się z obrazków, lecz z pojedynczych, spiczastych kresek,
wyglądających jak trójkąty lub kliny. Nazywamy je pismem klinowym.
Mieszkańcy Mezopotamii nie znali ksiąg z papirusu. Wszystkie znaki
rysowali w miękkiej glinie, którą potem wypalali w piecach, tak że
powstawały twarde ceglane tabliczki. Zachowało się bardzo dużo takich
tabliczek z dawnych czasów. Z długimi, przepięknymi legendami i baśniami, opowiadającymi o bohaterze Gilgameszu i jego walce z potworami. I wiele inskrypcji, w których królowie zdają relację ze
swoich czynów i chwalą się, jakie to świątynie wznieśli dla wieczności i jak wiele ludów podbili.
Niektóre z odnalezionych tabliczek pochodzą z bardzo odległych czasów i zawierają zapiski kupców, umowy, poświadczenia, listy towarów i tym
podobne. Stąd wiemy, że już starożytni Sumerowie, tak jak później
Babilończycy i Asyryjczycy, byli wielkim ludem kupieckim, który świetnie
umiał liczyć i dobrze potrafił odróżniać prawo od bezprawia.
Z czasów jednego z pierwszych królów babilońskich, którzy władali całym
krajem, pochodzi wykuta w kamieniu wielka inskrypcja. Jest to najstarszy
kodeks świata, zbiór praw Hammurabiego. Imię tego króla brzmi jak z bajki, ale jego prawa są bardzo rzeczowe, surowe i sprawiedliwe.
Zapamiętaj więc, kiedy żył Hammurabi - około 1700 roku przed Chrystusem,
czyli trzy tysiące siedemset lat temu.
Surowi i pracowici byli Babilończycy, Asyryjczycy też. Tak kolorowych
obrazów jak Egipcjanie jednak nie malowali. Na ich posągach i przedstawieniach widzimy najczęściej tylko króla podczas polowania,
króla, przed którym klęczą spętani jeńcy, oglądamy rydwany wojenne,
pędzące przed sobą obce ludy, oraz wojowników atakujących twierdze.
Królowie wzrok mają mroczny, brody długie, czarne, kędzierzawe, włosy
też długie, fryzowane. Takich ich czasem widzimy, gdy składają ofiary
bogom, bogu słońca Baalowi i bogini księżyca Isztar, znanej też jako
Astarte.
Bóstwami, do których się modlili Babilończycy i Asyryjczycy, były
słońce, księżyc i gwiazdy. Przez całe lata i wieki w jasne, ciepłe noce
obserwowali bieg gwiazd. A że byli ludźmi bystrymi i mądrymi, zauważyli,
że gwiazdy krążą regularnie. Szybko się zorientowali, że niektóre mają
najwyraźniej stałe miejsce na sklepieniu nieba i każdej nocy właśnie tam
się pojawiają. Konstelacjom na gwiaździstym niebie nadali nazwy -
podobnie jak my dzisiaj mówimy o Wielkiej Niedźwiedzicy. Ale jeszcze
bardziej interesowały ich gwiazdy, które się poruszają po sklepieniu
niebieskim i raz się znajdują w pobliżu Wielkiej Niedźwiedzicy, a kiedy
indziej na przykład blisko Wagi. W tamtych czasach ludzie wierzyli, że
Ziemia jest płaskim krążkiem, a gwiaździste niebo czymś w rodzaju
wydrążonej kuli, która niczym czara wysklepia się nad Ziemią i raz na
dzień obraca dookoła. Szczególnie musiało ich więc dziwić, że nie
wszystkie gwiazdy na tej czarze stoją w miejscu, że niektóre, by tak
rzec, są na niej luźno osadzone i mogą krążyć wkoło.
Dziś wiemy, że są to gwiazdy, które razem z Ziemią poruszają się wokół
Słońca. Nazywamy je planetami. Ale starożytni Babilończycy i Asyryjczycy nie mogli tego wiedzieć, sądzili więc, że kryją się za tym
jakieś tajemnicze czary. Nadali tym gwiazdom nazwy i zawsze dokładnie
ich wypatrywali. Wierzyli bowiem, że gwiazdy są potężnymi istotami i że
ich położenie na niebie ma wpływ na los człowieka. Z gwiazd chcieli więc
przepowiadać przyszłość. Ta wiara nazywa się wróżeniem z gwiazd, a z greki - astrologią.
Właśnie w tej części świata, między Mezopotamią a Egiptem, zaczęła się historia powszechna - od krwawych bitew i od śmiałych rejsów fenickich statków handlowych. Czytając następne rozdziały, możesz sobie zaglądać do tej mapki.
Starożytni wierzyli, że niektóre planety przynoszą szczęście, a inne
nieszczęście. Mars oznaczał wojnę, Wenus - miłość. Bogu każdej z planet
poświęcono jeden dzień. A że razem ze Słońcem i z Księżycem było ich
akurat siedem, stąd więc wziął się nasz tydzień. Pięć znanych wówczas
planet to Mars, Merkury, Jowisz, Wenus i Saturn. W niemieckich nazwach
dni tygodnia nie rozpoznasz już tych planet, ale w wielu innych językach
dziś używanych - jeszcze tak. Przyjrzyj się francuskim dniom tygodnia:
mar-di (od Marsa), merc-redi (od Merkurego), jeu-di (od Jowisza),
ven-dredi (od Wenus). Przy sobocie popatrz na angielski. W tym języku
dzień Saturna nazywa się satur-day. W niemieckim jest to trochę
bardziej skomplikowane, ponieważ grecko-rzymskie imiona bogów zastąpiono
tu w miarę możliwości ich staroniemieckimi odpowiednikami. Na przykład
Dienstag, czyli wtorek (mar[s]-di), pochodzi może od Zius-Tag,
gdyż Ziu był staroniemieckim bogiem wojny; podobnie rzecz się ma z czwartkiem - Donnerstag (jeu-di), nazwanym od imienia
staroniemieckiego boga Donara, czczonego mniej więcej tak jak Jowisz.
Czy uwierzyłbyś, że nasze dni tygodnia mają taką zacną i osobliwą
historię, liczącą wiele tysięcy lat?
Aby być bliżej swoich gwiazd i lepiej je widzieć w mglistym kraju,
Babilończycy, a wcześniej Sumerowie wznosili dziwne budowle. Wysokie,
szerokie wieże, z rozmachem pnące się kilkoma tarasami. Z potężnymi
przyporami i wysokimi schodami. Dopiero na samym szczycie znajdowała się
świątynia poświęcona Księżycowi lub planetom. Ludzie przybywali z daleka
po to, by kapłan przepowiedział im z gwiazd ich los, i przynosili cenne
ofiary. Jeszcze dzisiaj na równinach Iraku wznoszą się ponad rumowiskami
pozostałości tych schodkowych wież i odnajdujemy inskrypcje, w których
królowie opowiadają, jak te wieże budowali albo naprawiali. Musisz
pamiętać, że pierwsi królowie żyli w tej okolicy może trzy tysiące, a ostatni mniej więcej pięćset pięćdziesiąt lat przed Chrystusem.
Ostatnim, bardzo potężnym królem babilońskim był Nabuchodonozor. Żył
około 600 roku przed Chrystusem. Sławę przyniosły mu wyprawy wojenne.
Walczył z Egiptem i wiele ludów sprowadził do Babilonu jako niewolników.
Ale w rzeczywistości nie te wyprawy były jego największym dokonaniem,
lecz wielkie kanały i zbiorniki wodne, które kazał zbudować, aby użyźnić
ziemię. Dopiero gdy kanały zostały zasypane, a zbiorniki wodne zamulone,
kraj stał się pustynną, bagnistą równiną, na której gdzieniegdzie
wznoszą się góry rumowisk.
I kiedy się cieszymy, że tydzień się kończy i że znowu nadchodzi
niedziela, pomyślmy czasem o tych hałdach gruzu w gorącej, bagnistej
krainie i o surowych królach z długimi czarnymi brodami. Bo teraz już
wiemy, jak się to wszystko ze sobą wiąże.
5
O JEDYNYM BOGU
Między Egiptem a Mezopotamią leży kraina głębokich dolin i rozległych
pastwisk. Przez wiele tysiącleci ludy pasterskie strzegły tam swoich
stad, uprawiały winorośl i zboże, a wieczorami śpiewały pieśni - jak to
ludzie na wsi. Ale właśnie dlatego, że kraj ten leżał między Egiptem a Babilonią, raz podbijali go i rządzili nim Egipcjanie, raz Babilończycy,
a jego mieszkańcy raz tu, raz tam musieli iść do niewoli. Oni też mieli
miasta i warownie, lecz nie byli dość silni, by stawić opór potężnym
wojskom swoich sąsiadów.
"To smutne - powiesz - ale to jeszcze nie historia. Takich małych ludów
musiało być przecież bez liku". Masz rację. Ale ten miał coś
szczególnego; dzięki temu nie tylko przeszedł do historii, lecz także,
choć taki mały i bezsilny, sam tworzył historię, to znaczy - wpłynął na
dzieje i koleje całej późniejszej historii. Tym czymś szczególnym była
jego religia.
Wszystkie inne ludy modliły się do wielu bogów. Pamiętasz, co mówiliśmy
o Izydzie i Ozyrysie, o Baalu i Astarte? A ci pasterze modlili się tylko
do jednego boga. Do swojego Boga, który, jak wierzyli, właśnie ich
szczególnie strzegł i prowadził. Opiewając wieczorami przy ognisku swoje
czyny i boje, opiewali zarazem jego czyny i boje. Śpiewali, że ich
Bóg jest silniejszy, lepszy i wyższy nad wszystkich bogów pogańskich. A nawet - jak z biegiem czasu głosiły ich pieśni - jest w ogóle jedynym
Bogiem. Tym Bogiem, tym, który stworzył niebo i ziemię, słońce i księżyc, wodę i glebę, rośliny i zwierzęta, a także człowieka. Tym,
który w gniewie potrafi grzmieć straszliwie, ale który przecież nie
opuszcza swojego ludu, gdy go Egipcjanie ciemiężą, a Babilończycy wloką
do niewoli. Ich wiarą i dumą było to, że są jego ludem, a on jest
ich Bogiem.
Może już odgadłeś, co to za dziwny, bezsilny lud pasterski. Byli nim
Żydzi. Pieśni, które śpiewali o swoich czynach, będących czynami ich
Boga - to biblijny Stary Testament.
Jeśli kiedyś w skupieniu przeczytasz Biblię, znajdziesz w niej tyle i tak żywo opowiedzianych opowieści jak nigdzie indziej. Co nieco z historii biblijnej może już teraz potrafisz sobie łatwiej wyobrazić.
Znasz historię Abrahama. Pamiętasz jeszcze, skąd przybył? Jest o tym
mowa w Księdze Rodzaju, w rozdziale 11: z Ur w Chaldei. Ur - to przecież
rumowisko nad Zatoką Perską, gdzie w ostatnich latach podczas prac
wykopaliskowych wydobyto tyle starych przedmiotów: harfy i tablice do
gier, broń i ozdoby. Pochodzą one z bardzo wczesnej epoki, sprzed czasów
Abrahama, żył on bowiem prawdopodobnie w tym samym okresie co Hammurabi,
wielki prawodawca. Było to - na pewno pamiętasz! - około 1700 roku przed
Chrystusem. Niektóre z surowych i sprawiedliwych praw Hammurabiego
odnajdujemy także w Biblii.
Ale to nie wszystko, co Biblia opowiada o starożytnej Babilonii.
Pamiętasz historię wieży Babel, mówiącą o mieszkańcach wielkiego miasta,
którzy wznoszą wieżę do nieba, bo chcą być tak wysoko jak Bóg? A wtedy
Bóg zsyła na ludzi karę, sprawia, że wszyscy mówią innymi językami, tak
że nie mogą się już ze sobą porozumieć. Babel to Babilon. Teraz łatwiej
ci wyobrazić sobie tę historię. Wiesz przecież, że Babilończycy naprawdę
budowali niesamowite wieże, "szczytem sięgające nieba" - aby być bliżej
słońca, księżyca i gwiazd.
Historia Noego i potopu też dzieje się w Mezopotamii. Niejedna z wykopanych tam glinianych tabliczek z pismem klinowym opisuje tę
historię w bardzo podobny sposób, jak opowiada ją Biblia.
Jednym z potomków Abrahama z Ur (tak czytamy w Biblii) był Józef, syn
Jakuba, ten sam, którego bracia sprzedali do Egiptu, gdzie później
został doradcą i ministrem faraona. Wiesz, jak ta historia potoczyła się
dalej - głód spadł na cały kraj i bracia Józefa przybyli do bogatego
kraju Egipcjan, by kupić zboże. Piramidy stały tam wtedy już od ponad
tysiąca lat, a Józef i jego bracia pewnie tak samo się zdumieli na ich
widok, jak my zdumiewamy się dzisiaj.
Synowie Jakuba i ich dzieci przenieśli się potem do Egiptu i wkrótce
musieli tak ciężko pracować dla faraona, jak Egipcjanie w czasach budowy
piramid. W Księdze Wyjścia, w rozdziale 1, czytamy: "Egipcjanie
bezwzględnie zmuszali synów Izraela do ciężkich prac i uprzykrzali im
życie uciążliwą pracą przy glinie i cegle..."1. W końcu Mojżesz
wyprowadził Izraelitów z Egiptu na pustynię. Było to prawdopodobnie
około 1250 roku przed Chrystusem. Próbowali odzyskać Ziemię Obiecaną,
kraj, w którym od czasów Abrahama mieszkali ich przodkowie. Po długich,
krwawych i okrutnych walkach w końcu im się udało. Mieli teraz własne
małe królestwo i stolicę: Jerozolimę. Pierwszym królem w państwie został
Saul, który walczył z sąsiednim ludem Filistynów i poległ w tej walce. O następnych królach, Dawidzie i Salomonie, Biblia opowiada wiele pięknych
historii. Mądry i sprawiedliwy król Salomon rządził tuż po 1000 roku
przed Chrystusem, czyli mniej więcej siedemset lat po królu Hammurabim i dwa tysiące sto lat po królu Menesie. Zbudował pierwszą świątynię, która
była tak wspaniała i wielka jak świątynie egipskie i babilońskie. Bo też
nie żydowscy budowniczowie ją wznosili, tylko obcy ludzie z sąsiednich
krajów. Pewna różnica jednak istniała: w pogańskich świątyniach stały
wizerunki boga Anubisa z głową szakala albo wizerunki Baala, którym
składano nawet ofiary z ludzi. Natomiast w żydowskiej świątyni, w jej
Miejscu Najświętszym, nie było żadnego wizerunku. Bogu, który objawił
się Żydom jako pierwszemu ludowi w historii, temu wielkiemu, jedynemu
Bogu nie wolno było czynić żadnej rzeźby ani żadnego obrazu. Dlatego
znajdowały się tam tylko kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań.
To one były wizerunkiem Boga.
Po śmierci Salomona nie wiodło się już Żydom zbyt dobrze. Ich królestwo
rozpadło się na królestwo Izraela i królestwo Judy. Doszło do wielu
bitew i w końcu jedna połowa, królestwo Izraela, została w 722 roku
zdobyta przez Asyryjczyków i zniszczona.
Rzecz dziwna, ale te liczne nieszczęścia sprawiły, że lud żydowski, ta
niewielka resztka, jaka jeszcze pozostała, dopiero teraz stał się
naprawdę pobożny. Powstali mężowie z ludu, nie kapłani, lecz prości
ludzie, którzy poczuli, że muszą do tego ludu przemówić, bo przez nich
przemawia Bóg. Wciąż powtarzali w swoich mowach: "Sami jesteście winni
całego nieszczęścia. Bóg każe was za wasze grzechy". Od proroków
wypowiadających te słowa naród żydowski słyszał raz po raz, że całe
cierpienie jest tylko karą i próbą i że kiedyś przyjdzie wielkie
wybawienie, Mesjasz, wyzwoliciel, który przywróci ludowi dawną siłę i obdarzy go nieskończonym szczęściem.
Lecz cierpieniom i nieszczęściom nie było końca. Przypominasz sobie
potężnego babilońskiego wodza i władcę Nabuchodonozora? Otóż podczas
wyprawy wojennej na Egipt podbił on Ziemię Obiecaną, zburzył w 587 roku
przed Chrystusem Jerozolimę, oślepił króla Sedecjasza i uprowadził Żydów
do niewoli w Babilonie.
I zostali tam prawie pięćdziesiąt lat, do czasu zniszczenia królestwa
babilońskiego przez perskich sąsiadów w 538 roku przed Chrystusem. Gdy
wrócili w rodzinne strony, byli już inni. Inni niż wszystkie ludy
dookoła. Sami się od nich odsuwali, uważali ich bowiem za bałwochwalców,
którzy nie rozpoznali prawdziwego Boga. Właśnie wtedy Biblia została
spisana w takiej postaci, w jakiej przetrwała do dzisiaj, dwa i pół
tysiąca lat. Lecz i Żydzi wydawali się innym ludom coraz bardziej
niesamowici i śmieszni, bo ciągle mówili o jedynym Bogu, którego nikt
nie mógł zobaczyć, i ściśle przestrzegali najsurowszych i najbardziej
uciążliwych praw i obyczajów tylko dlatego, że tak im jakoby nakazał ów
niewidzialny Bóg. I nawet jeśli Żydzi może pierwsi odsunęli się od
innych, to potem inni coraz bardziej odsuwali się od Żydów, od tej
maleńkiej resztki ludu, który nazywał siebie "wybranym" i który dniami i nocami siedział nad swoimi świętymi tekstami i pieśniami, i zastanawiał
się, dlaczego jedyny Bóg tak każe cierpieć swojemu ludowi.
Ten i następne cytaty za Biblią Tysiąclecia, wyd. 3 poprawione,
Wydawnictwo Pallottinum, Poznań-Warszawa 1980. [wróć]
6
T.Y. U.M.I.E.S.Z. C.Z.Y.T.A.Ć.
Jak to robisz? "Przecież to umie każde dziecko z pierwszej klasy! -
odpowiesz. - Składam litery!" Co to znaczy? "No, widzę, że to jest T, a to Y, i razem znaczy to TY! Za pomocą 26 znaków można wszystko napisać".
Wszystko? Tak, wszystko! We wszystkich językach? Właściwie tak!
Czy to nie wspaniale? Za pomocą 26 bardzo prostych znaków, złożonych z paru kresek, można napisać wszystko. Słowa mądre i głupie. Święte i złe.
We wszystkich językach i w każdym znaczeniu. Z hieroglifami dawnych
Egipcjan nie było tak łatwo. Z pismem klinowym też nie. Zawsze było tam
o wiele więcej znaków i nie oznaczały one liter, tylko co najmniej całe
sylaby. Ale żeby każdy znak oznaczał tylko jeden dźwięk i żeby z 26
dźwięków dało się złożyć wszystkie możliwe słowa - to było coś zupełnie
nowego i niesłychanego. Wymyślili to ludzie, którzy musieli dużo pisać.
Nie tylko święte teksty i pieśni, lecz mnóstwo listów, umów i poświadczeń.
Ci, którzy to wynaleźli, byli kupcami. Kupcami, którzy pływali po
morzach i ze wszystkich stron świata we wszystkie strony świata wozili i słali towary na handel i wymianę. Mieszkali niedaleko Żydów. W miastach
o wiele większych i potężniejszych niż Jerozolima - w Tyrze i Sydonie,
portowych miastach, w których panował zgiełk i ruch prawie taki jak w Babilonie. Ich język i religia też były blisko spokrewnione z językiem i religią ludów mezopotamskich. Tyle że Fenicjanie (bo tak się nazywał lud
Tyru i Sydonu) byli mniej wojowniczy. Woleli dokonywać swoich podbojów w inny sposób. Żeglowali przez morza do obcych brzegów i zakładali tam
faktorie, czyli placówki handlowe. Z dzikimi miejscowymi ludami
prowadzili handel wymienny: narzędzia, naczynia i kolorowe materiały za
futra i kamienie szlachetne. Fenicjanie słynęli z talentów
rzemieślniczych, przy budowie świątyni Salomona w Jerozolimie też
przecież pomagali. Ale najsłynniejszym i najbardziej poszukiwanym
towarem, jaki wozili w daleki świat, były barwione materiały, zwłaszcza
w kolorze purpury. Niektórzy Fenicjanie zostawali w faktoriach na stałe
i budowali miasta na obcych brzegach. Fenicjan wszędzie chętnie
przyjmowano, w Afryce, w Hiszpanii, w południowej Italii, bo przywozili
piękne rzeczy.
A sami nie czuli już, że są tak daleko od ojczyzny. Mogli przecież pisać
listy do przyjaciół w Tyrze czy Sydonie. Listy pisane cudownie prostym
pismem, które właśnie oni wymyślili - i którym piszemy do dzisiaj.
Naprawdę! Jeśli widzisz tu jakieś B, to różni się ono bardzo niewiele od
tego B, jakie dawni Fenicjanie przed trzema tysiącami lat pisali z obcych krajów do domu, do rojnych, pracowitych miast portowych swojej
ojczyzny. Teraz, kiedy o tym wiesz, na pewno już o Fenicjanach nie
zapomnisz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki