Krótka historia Ameryki. Od herbatki bostońskiej do Trumpa - Simon Jenkins

Kup ebooka

59.00 zł
46.02 zł (45,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wykaz ilustracji

Zamiesz­czone w książce zdję­cia uprzej­mie udo­stęp­nili ich wła­ści­ciele, chyba że zazna­czono ina­czej (w takich przy­pad­kach źró­dło podano kur­sywą).

1. Pałac Kli­fowy, Mesa Verde, ok. 1190-1260 n.e. Ratio­nal Obse­rver/Wiki­me­dia Cre­ative Com­mons.

2. Ame­rigo Vespucci, szcze­gół z mapy Nowego Świata autor­stwa Mar­tina Waldseemüllera, 1507. Pic­tu­res Now/Alamy.

3. Seko­ta­no­wie, Roanoke, 1585. Szcze­gół ilu­stra­cji The­odora de Bry wyko­na­nej na pod­sta­wie akwa­reli Johna White'a z: Tho­mas Hariot, A Briefe and True Report of the New Found Land of Vir­gi­nia, 1590. Barry Law­rence Ruder­man Anti­que Maps, Inc.

4. Poca­hon­tas, 1616. Por­tret ze szkoły angiel­skiej na pod­sta­wie ryciny Simona van der Passe. Zbiory pry­watne. Peter Newark Ame­ri­can Pic­tu­res/Brid­ge­man Ima­ges.

5. Pierw­szy Dzień Dzięk­czy­nie­nia, Ply­mo­uth, 1621. Obraz Jen­nie A. Brown­scombe, 1914. Pil­grim Hall Museum, Ply­mo­uth. GL Archive/Alamy.

6. Pro­ces Geo­rge'a Jacobsa, Salem, 1692. Obraz Tomp­kinsa Mat­te­sona, 1855. Peabody Essex Museum, Salem. Brid­ge­man Ima­ges.

7. Trak­tat poko­jowy Penna z India­nami w 1683 roku. Szcze­gół obrazu Ben­ja­mina Westa, 1771-1772. Olej na płót­nie, 191,77 × 273,68 cm (75? × 107? cala). Pen­n­sy­lva­nia Aca­demy of the Fine Arts, Fila­del­fia. Dar Sarah Har­ri­son (The Joseph Har­ri­son, Jr Col­lec­tion). Nr inwent. 1878.1.10. Dzięki uprzej­mo­ści Pen­n­sy­lva­nia Aca­demy of the Fine Arts, Fila­del­fia.

8. Plan­ta­tor z Wir­gi­nii pali tytoń, obser­wu­jąc pra­cu­ją­cych nie­opo­dal nie­wol­ni­ków. Karta rekla­mowa han­dla­rza tyto­niem, ok. 1725. New York Public Library Digi­tal Col­lec­tions.

9. John Win­th­rop. Por­tret pośmiertny nie­zna­nego arty­sty, ok. 1750-1775. Olej na płót­nie, 91,4 × 73,3 cm (36 × 28? cala). Harvard Uni­ver­sity Por­trait Col­lec­tion, Cam­bridge. Dar Adama Win­th­ropa, 1840. Obiekt nr H8. ? Pre­si­dent and Fel­lows of Harvard Col­lege.

10. Eli­za­beth Fre­ake z dziec­kiem, ok. 1671-1674. Por­tret nie­zna­nego angiel­skiego arty­sty. Wor­ce­ster Art Museum, Wor­ce­ster. Brid­ge­man Ima­ges.

11. Masa­kra bostoń­ska, 5 marca 1770 roku. Mie­dzio­ryt Paula Revere'a na pod­sta­wie ryciny Henry'ego Pel­hama, 1770. Metro­po­li­tan Museum of Art, Nowy Jork. Dar mał­żonki Rus­sella Sage'a, 1910. Obiekt nr 10.125.103.

12. Her­batka bostoń­ska w 1773 roku. Rycina W.D. Coopera z The History of North Ame­rica, wyd. E. New­berry, 1789, s. 58. Rare Book and Spe­cial Col­lec­tions Divi­sion, Biblio­teka Kon­gresu, Waszyng­ton.

13. Dekla­ra­cja nie­pod­le­gło­ści. Obraz Johna Trum­bulla, 1776. Rotunda, Kapi­tol, Waszyng­ton. Album/Alamy.

14. Gene­rał Jerzy Waszyng­ton prze­kra­cza rzekę Dela­ware nocą 25-26 grud­nia 1776 roku. Obraz Ema­nu­ela Leut­zego, 1851. Metro­po­li­tan Museum of Art, Nowy Jork. Dar Johna Ste­warta Ken­nedy'ego, 1897. Obiekt nr 97.34.

15. Jerzy Waszyng­ton. Por­tret Gil­berta Stu­arta, 1795. Naro­dowa Gale­ria Sztuki, Waszyng­ton, Fun­da­cja Ailsy Mel­lon Bruce. Nr inwent. 1979.4.2.

16. James Madi­son. Por­tret Gil­berta Stu­arta, ok. 1821. Naro­dowa Gale­ria Sztuki, Waszyng­ton, Fun­da­cja Ailsy Mel­lon Bruce. Nr inwent. 1979.4.2.

17. Fort Union, Mis­so­uri. Rycina na pod­sta­wie obrazu Karla Bod­mera, ok. 1840-1845. New­berry Library, Chi­cago.

18. Andrew Jack­son. Por­tret Tho­masa Sully'ego, 1845. Zbiory Andrew W. Mel­lona, Naro­dowa Gale­ria Sztuki, Waszyng­ton. Nr inwent. 1942.8.34.

19. Miles Hol­mes, jeden z forty-niners. Dage­ro­typ, 1853. Amon Car­ter Museum of Ame­ri­can Art, Fort Worth. Nr inwent. P1983.20.

20. Har­riet Beecher Stowe. Por­tret Alan­sona Fishera, 1853. Natio­nal Por­trait Gal­lery, Smi­th­so­nian Insti­tu­tion, Waszyng­ton.

21. Fre­de­rick Douglass. Dage­ro­typ, ok. 1858. Natio­nal Por­trait Gal­lery, Smi­th­so­nian Insti­tu­tion, Waszyng­ton. Dar ano­ni­mo­wego dar­czyńcy.

22. Gene­rał major Win­field S. Han­cock jadący konno wzdłuż sze­re­gów żoł­nie­rzy Unii pod­czas bom­bar­do­wa­nia kon­fe­de­rac­kiego przed szarżą Pic­ketta, bitwa pod Get­tys­bur­giem, 1863. Rycina opu­bli­ko­wana przez Prang & Co., 1887. Prints and Pho­to­gra­phs Divi­sion, Biblio­teka Kon­gresu, Waszyng­ton.

23. Loko­mo­tywa na linii łączą­cej Bal­ti­more i Ohio, oko­lice Oakland, ok. 1860. Eve­rett Col­lec­tion/Brid­ge­man Ima­ges.

24. Abra­ham Lin­coln. Foto­gra­fia Ale­xan­dra Gar­de­nera, 1863. Prints and Pho­to­gra­phs Divi­sion, Biblio­teka Kon­gresu, Waszyng­ton.

25. Gene­rał Robert E. Lee. Foto­gra­fia, 1864. Prints and Pho­to­gra­phs Divi­sion, Biblio­teka Kon­gresu, Waszyng­ton.

26. Nocny wyścig parow­ców Bal­tic i Diana na Mis­si­sipi, 1858. Lito­gra­fia A. Wein­gart­nera na pod­sta­wie obrazu Geo­rge'a F. Ful­lera. Barry Law­rence Ruder­man Anti­que Maps, Inc.

27. Czarni dzier­żawcy zbie­ra­jący bawełnę. Obraz Wil­liama Aikena Wal­kera, lata 80. XIX wieku. Zbiory pry­watne. Chri­stie's Ima­ges/Brid­ge­man Ima­ges.

28. Widok Nowego Jorku i Bro­oklynu z lotu ptaka. Rycina, ok. 1880. Getty Ima­ges.

29. Keokuk, wódz Sau­ków i Lisów znad Mis­si­sipi. Zdję­cie Tho­masa M. Easterly'ego, 1847. Mis­so­uri Histo­ri­cal Society, St Louis.

30. Wyścig po zie­mię w pasie Che­ro­kee, 16 wrze­śnia 1893 roku. Foto­gra­fia asy­stenta Wil­liama S. Pret­ty­mana, Arkan­sas City. Zbiory Tho­masa N. Atheya. Dzięki uprzej­mo­ści Towa­rzy­stwa Histo­rycz­nego Okla­homy.

31. Pro­gram wido­wi­ska Buf­falo Bill's Wild West and Con­gress of Rough Riders of the World, Chi­cago, 1893. New­berry Library, Chi­cago. Brid­ge­man Ima­ges.

32. Con­su­elo Van­der­bilt. Foto­gra­fia, 1900. Bet­t­mann/Getty Ima­ges.

33. J.P. Mor­gan. Foto­gra­fia, 1900. Bet­t­mann/Getty Ima­ges.

34. Przy­ło­że­nie, mecz Yale kon­tra Prin­ce­ton, Święto Dzięk­czy­nie­nia, 27 listo­pada 1890 roku. Obraz Fre­de­rica Reming­tona, 1890. Yale Uni­ver­sity Art Gal­lery, New Haven. W zbio­rach Whit­ney Col­lec­tions of Spor­ting Art; dar Fran­cisa P. Garvana (absol­wenta rocz­nika 1897) z 2 czerwca 1932 roku mający upa­mięt­nić Harry'ego Payne'a Whit­neya (rocz­nik 1894) oraz Payne'a Whit­neya (rocz­nik 1898). Nr inwent. 1932.264.

35. The­odore Roose­velt prze­ma­wia w New Castle. Foto­gra­fia, 1903. Bet­t­mann/Getty Ima­ges.

36. Rodzina oraz jej Ford Model T, 1910. Uni­ver­sal History Archive/Uni­ver­sal Ima­ges Group/Getty Ima­ges.

37. Ame­ry­kań­ska flota przy­bywa do Scapa Flow, gru­dzień 1917 roku. Obraz Ber­narda F. Grib­ble'a, 1928. US Naval History Com­mand. Foto­gra­fia ze zbio­rów Naval History and Heri­tage Com­mand. Nr kat. NH 58841-KN.

38. Douglas Fair­banks senior i jego druga żona Mary Pick­ford. Foto­gra­fia, lata 20. XX wieku. Archive Pics/Alamy.

39. Tań­czący char­le­stona w klu­bie noc­nym, Nowy Jork. Foto­gra­fia, 1926. Gran­ger/Alamy.

40. The Empire State Buil­ding (1930) i Chry­sler Buil­ding (1928), Man­hat­tan. Anto­nino Bar­tuc­cio/4Corners.

41. Ame­ry­kań­ski gotyk. Obraz Granta Wooda, 1930. The Art Insti­tute of Chi­cago, Chi­cago, zbiory Friends of Ame­ri­can Art. Brid­ge­man Ima­ges.

42. Matka tułaczka, Nipomo, Kali­for­nia, marzec 1936 roku. Foto­gra­fia Doro­thei Lange, 1936. Prints and Pho­to­gra­phs Divi­sion, Biblio­teka Kon­gresu, Waszyng­ton.

43. Japoń­czycy ata­kują Pearl Har­bor, Hono­lulu, Oahu, 7 grud­nia 1941 roku. Foto­gra­fia wyko­nana przez Mary­narkę Wojenną Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Inte­rim Archi­ves/Getty Ima­ges.

44. Ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze na plaży Omaha, Nor­man­dia. Foto­gra­fia, czer­wiec 1944 roku. MPI/Getty Ima­ges.

45. Fran­klin D. Roose­velt. Foto­gra­fia Leona A. Per­skiego, 1944. Eve­rett Col­lec­tion/Alamy.

46. Wol­ność od nie­do­statku. Lito­gra­fia Nor­mana Roc­kwella z serii Cztery wol­no­ści, 1943. India­na­po­lis Museum of Art, India­na­po­lis. Zbiory wła­sne muzeum. Publi­ka­cja za zgodą Nor­man Roc­kwell Family Agency. Copy­ri­ght ? 1943 the Nor­man Roc­kwell Family Enti­ties. Brid­ge­man Ima­ges.

47. Louis Arm­strong. Foto­gra­fia, 1946. GL Archive/Alamy.

48. Por­tret Betty Gra­ble na kadłu­bie Lata­ją­cej For­tecy B-17. Foto­gra­fia Paula R. Jonesa. Shut­ter­stock.

49. Dr Mar­tin Luther King junior pod­czas Mar­szu na Waszyng­ton, Waszyng­ton, 28 sierp­nia 1963 roku. Hul­ton Archive/Getty Ima­ges.

50. Przy­jazd pre­zy­denta Johna F. Ken­nedy'ego i pierw­szej damy Jacqu­eline Ken­nedy do Dal­las, listo­pad 1963 roku. Brid­ge­man Ima­ges.

51. Marsz na Pen­ta­gon. Foto­gra­fia, 1967. Eve­rett Col­lec­tion/Brid­ge­man Ima­ges.

52. Ame­ry­kań­skie śmi­głowce poma­gają w ewa­ku­acji wiet­nam­skiej lud­no­ści cywil­nej z oko­lic Xuân LÔc. Foto­gra­fia Dircka Hal­ste­ada, 1975. Getty Ima­ges.

53. Pre­zy­dent Ronald Reagan i radziecki przy­wódca Michaił Gor­ba­czow pod­pi­sują Trak­tat o cał­ko­wi­tej likwi­da­cji poci­sków rakie­to­wych krót­kiego i śred­niego zasięgu, Waszyng­ton. Foto­gra­fia, 1987. Bet­t­mann/Getty Ima­ges.

54. Nowy Jork, 11 wrze­śnia 2001 roku. Foto­gra­fia Susan Meise­las. ? Susan Meise­las/Magnum Pho­tos.

55. Wszy­scy żyjący byli pre­zy­denci i pierw­sze damy pod­czas pogrzebu Geo­rge'a H.W. Busha, Waszyng­ton. Foto­gra­fia, 2018. 2020 Ima­ges/Alamy.

Wstęp

Stany Zjed­no­czone Ame­ryki zostały powo­łane do życia w XVIII stu­le­ciu na spła­chetku ziemi kon­ty­nentu pół­noc­no­ame­ry­kań­skiego. Kon­ty­nent ten od dawna zasie­dlały ludy wywo­dzące się z Azji, a Euro­pej­czycy poja­wili się na nim na więk­szą skalę dopiero w XVI wieku. Pierwsi osad­nicy przy­byli z Hisz­pa­nii, kie­ru­jąc się na pół­noc od Kara­ibów. Po nich zja­wili się Fran­cuzi, na pół­nocy, i Anglicy, któ­rzy osie­dli wzdłuż wybrzeża atlan­tyc­kiego. Ci ostatni sta­no­wili naj­licz­niej­szą grupę - przy­by­wali tysią­cami z kraju, który nie tole­ro­wał ich prze­ko­nań reli­gij­nych i nie dawał im szans na speł­nie­nie marzeń. Utwo­rzyli oni ener­giczne, samo­rządne spo­łecz­no­ści zaj­mu­jące się przede wszyst­kim rol­nic­twem.

Ame­ry­kań­ska histo­ria nie­ustan­nie powraca do tych począt­ków, do ambi­cji pierw­szych osad­ni­ków oraz tak zwa­nych Ojców Zało­ży­cieli. Wywo­dzili się oni głów­nie ze wschod­nich kolo­nii - Wir­gi­nii i Mas­sa­chu­setts. Jedni majętni, inni pobożni, przy­wią­zani byli do histo­rii sta­ro­żyt­nej i filo­zo­fii oświe­ce­nia. Przy­świe­cały im dwie inten­cje: chcieli sfor­mu­ło­wać ide­olo­gię wol­no­ści poli­tycz­nej i opra­co­wać kon­sty­tu­cję, która zwiąże roz­pro­szone osady w mocną unię.

Pierw­sza - pean ku czci wol­no­ści i rów­no­ści - była szla­chetna, ale stron­ni­cza. Wir­giń­czycy posia­dali nie­wol­ni­ków, kolo­ni­ści nie­wiele też mieli sza­cunku dla ludów tubyl­czych, które wkrótce nie­omal cał­kiem wynisz­czyli. Druga inten­cja była bar­dziej kon­kretna - dążyli do połą­cze­nia trzy­na­stu samo­rząd­nych kolo­nii w kon­fe­de­ra­cję, która pozwoli im jed­nak zacho­wać indy­wi­du­alny rys i nie­za­leż­ność wła­dzy.

Odzwier­cie­dla­jący je doku­ment jest dzie­łem archi­tek­tury poli­tycz­nej, które moim zda­niem sta­nowi główny klucz do ame­ry­kań­skiej histo­rii. Zdo­łał on spoić grupę nie­wiel­kich spo­łecz­no­ści rol­ni­czych ode­rwa­nych od ojczyzn swych przod­ków, a jed­no­cze­śnie stał się fun­da­men­tem naj­po­tęż­niej­szego pań­stwa na świe­cie. Jeden z auto­rów kon­sty­tu­cji, Ale­xan­der Hamil­ton, upie­rał się, aby nazy­wać ją eks­pe­ry­men­tem mają­cym na celu wypra­co­wa­nie modelu roz­pro­sze­nia wła­dzy pomię­dzy poszcze­gólne wspól­noty - czyli stany - przy zacho­wa­niu ośrodka cen­tral­nego, który sza­no­wałby ich lokalną, demo­kra­tyczną auto­no­mię. Dopro­wa­dziło to do wojny domo­wej. Unia prze­trwała jed­nak do dziś i może słu­żyć za wzór naro­dom wciąż roz­dzie­ra­nym przez napię­cia wewnętrzne. Doty­czy to wielu państw Europy, przed którą ucie­kali zało­ży­ciele Ame­ryki, w tym, co zna­czące, samej Wiel­kiej Bry­ta­nii.

W prawa przy­znane sta­nom na mocy ame­ry­kań­skiej kon­sty­tu­cji wmon­to­wano jesz­cze jeden bez­piecz­nik: podział wła­dzy w obrę­bie rządu cen­tral­nego. Jego insty­tu­cje kon­tro­lo­wały się i rów­no­wa­żyły wza­jem­nie w ramach trium­wi­ratu pre­zy­denta oraz dwóch izb Kon­gresu. Ceną za to były czę­sto iner­cja i impas, nie­mniej powścią­gnięto w ten spo­sób zapędy cen­tra­li­za­cyjne, które pchnęły wiele potęż­nych państw na drogę ku dyk­ta­tu­rze. Nawet obec­nie Ame­ryka nie podą­żyła ich śla­dem. Dla­tego wła­śnie uwa­żam jej kon­sty­tu­cję za motyw prze­wodni jej histo­rii, choć w chwili, gdy piszę te słowa, jest ona pod­da­wana szcze­gól­nej pró­bie.

Ponie­waż jej popu­la­cja wywo­dzi się z wielu naro­dów i kra­jów, Ame­ryka swoją histo­rię zawsze oble­kała w patrio­tyzm. Uwznio­ślała swe hero­iczne doko­na­nia i ubie­rała je w mity, tym samym nara­ża­jąc na kon­tro­wer­sje. Naro­dowa nar­ra­cja czę­sto nie stroni od eks­cy­ta­cji - od Jame­stown i kolo­ni­stów z May­flo­wer po her­batkę bostoń­ską i York­town. Każda epoka otrzy­mała wła­sną nazwę, na przy­kład mia­sto na wzgó­rzu (City upon a Hill), duch pogra­ni­cza (Fron­tier Spi­rit), pozła­cany wiek (Gil­ded Age) czy sza­lone lata dwu­dzie­ste (Roaring Twen­ties). Jej wcze­sne lata zalud­niają wybitne oso­bo­wo­ści, od Poca­hon­tas i Johna Smi­tha po Jerzego Waszyng­tona i Abra­hama Lin­colna. Już samo słowo "Ame­ryka" przy­wo­dzi na myśl obrazy Piel­grzy­mów, kow­bo­jów i Indian, parow­ców na Mis­si­sipi, wło­skiej mafii i napisu "Hol­ly­wood".

Kon­tro­wer­sji ni­gdy nie bra­ko­wało. Opo­wie­ści czę­sto miały dru­gie dno: od znie­wo­le­nia Afry­ka­nów w 1619 roku po zagładę Peko­tów i innych ple­mion w 1638. Jef­fer­so­now­skie "impe­rium wol­no­ści" wielu koja­rzy się z bru­tal­nym pod­bo­jem. W tra­dy­cyj­nej nar­ra­cji rzadko wspo­mina się o wyda­nym przez króla Jerzego III zaka­zie eks­pan­sji poza gra­nicę wyzna­czoną przez Appa­la­chy. Cią­głej rein­ter­pre­ta­cji pod­le­gają wojna sece­syjna i rekon­struk­cja, a także wojny z Mek­sy­kiem i Siuk­sami. Swoją ciemną stronę miała nawet ame­ry­kań­ska pro­spe­rity - od kole­jo­wych mono­po­li­stów i baro­nów rabu­siów po wielki kry­zys. W niniej­szym opra­co­wa­niu sta­ra­łem się zacho­wać obiek­ty­wizm wobec tych cią­gle draż­li­wych kwe­stii.

Bez­sporne nato­miast jest to, że w wiek XX Ame­ryka weszła jako feno­men na skalę świa­tową. Prawa popytu i podaży, zasi­lane nie­prze­rwa­nym napły­wem siły robo­czej, surow­ców i kapi­tału, przy­nio­sły nie­wy­obra­żalne bogac­two. W pew­nym momen­cie 80 pro­cent wszyst­kich auto­mo­bili pro­du­ko­wano - i uży­wano - w Ame­ryce. Przez chwilę, za pre­zy­den­tury The­odore'a Roose­velta, kraj pró­bo­wał nawet nie­śmiało budo­wać wła­sne impe­rium poza gra­ni­cami Ame­ryki Pół­noc­nej.

Coraz więk­szą pew­ność sie­bie Ame­ryki istot­nie pod­bu­do­wał jej udział w dwóch woj­nach świa­to­wych oraz póź­niej­szej zim­nej woj­nie. Ich wynik pchnął naród w nową epokę, w któ­rej potęga woj­skowa zyskała nową defi­ni­cję i roz­miesz­cze­nie. Mimo że bez­pieczna pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym, Ame­ryka czuła potrzebę stwo­rze­nia nie­zrów­na­nego soju­szu obron­nego. Jego zada­niem była ochrona war­to­ści odzie­dzi­czo­nych po Ojcach Zało­ży­cie­lach przed "siłami zła" w każ­dym zakątku pla­nety.

Po klę­sce Związku Radziec­kiego w zim­nej woj­nie pre­zy­dent Michaił Gor­ba­czow zadał prze­wrotne pyta­nie: "Co Ame­ryka pocznie bez wroga?". Poja­wiło się wiele ana­liz doty­czą­cych moż­li­wej odpo­wie­dzi. Kon­cep­cja stróża "nowego porządku świata", for­so­wana przez kolej­nych loka­to­rów Bia­łego Domu, oka­zała się sto­sun­kowo nie­trwała. Cza­sami Ame­ryka spra­wiała wra­że­nie sędziego, ławy przy­się­głych i kata zara­zem, zwłasz­cza po trau­mie 11 wrze­śnia oraz poraż­kach w Iraku i Afga­ni­sta­nie. Kolejni pre­zy­denci wyda­wali się głusi na apele jej zało­ży­ciela Jerzego Waszyng­tona, by trzy­mać się z dala od cudzo­ziem­skich wojen, cho­ciaż inter­wen­cje jedna po dru­giej koń­czyły się klę­ską.

Zażarte dys­ku­sje nad tym, czy i kiedy się wtrą­cić, się­gają samych naro­dzin Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdy izo­la­cjo­nizm pierw­szych Wir­giń­czy­ków ście­rał się z misjo­nar­skimi zapę­dami ich kole­gów z Mas­sa­chu­setts. Łatwo podzi­wiać tych ostat­nich z ich pra­gnie­niem nie­sie­nia światu war­to­ści wol­no­ści i demo­kra­cji. Kon­tro­wer­syjny jest jed­nak spo­sób, w jaki to nastę­po­wało - z rosnącą wojow­ni­czo­ścią. Obec­nie zwo­len­nicy inter­wen­cji toczą bój z izo­la­cjo­ni­stami, wojow­nicy z pacy­fi­stami, glo­balni filan­tropi z tymi, któ­rzy dzia­łają przede wszyst­kim w inte­re­sie wła­snego kraju. Nie­zmien­nie nie­pewny wynik tych spo­rów sta­nowi esen­cję naj­now­szej ame­ry­kań­skiej histo­rii, zwłasz­cza okresu, w któ­rym powsta­wała ta książka. Mogę tylko mieć nadzieję, że lep­sze rozu­mie­nie prze­szło­ści prze­łoży się także na teraź­niej­szość.

1.

Wyjście z Azji

przed 1492 rokiem

Muli­sta linia brze­gowa jeziora w obec­nym Parku Naro­do­wym White Sands w sta­nie Nowy Mek­syk, około 23 tysięcy lat temu. W pia­sku, oprócz tro­pów mamu­tów i leniw­ców, wid­nieją ślady kobiety, która przez co naj­mniej dwa kilo­me­try pro­wa­dzi, a cza­sami nie­sie, dziecko. Zachwy­ca­jące osią­gnię­cia nauki umoż­li­wiły arche­olo­gom względ­nie pre­cy­zyjne dato­wa­nie pył­ków i innych sub­stan­cji, które przy­cze­piły się do odci­sków. Są to naj­star­sze znane ślady ludz­kiej obec­no­ści na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim.

Odkryte w 2009 roku odci­ski dziś są już nie­do­stępne, ale w pobli­skim muzeum można obej­rzeć ich odlewy. Nawet wyrwane ze swego oto­cze­nia wywo­łują dziwne wra­że­nie bli­sko­ści. Wydaje się, że kro­cząc obok nich, jeste­śmy świad­kami wędrówki przez życie innych istot ludz­kich, odci­ska­ją­cych swój ślad na pia­skach czasu. Ich widok jest bar­dzo poru­sza­jący.

Mało który kraj może się poszczy­cić taką zna­jo­mo­ścią swo­jej prze­szło­ści, jak ten, któ­rego oby­wa­tele zamiesz­kują dziś te zie­mie - Stany Zjed­no­czone Ame­ryki. Jest tak choćby dla­tego, że ich histo­ria jest sto­sun­kowo krótka. Liczy dwa i pół stu­le­cia i więk­sza jej część została utrwa­lona w ogól­no­do­stęp­nych źró­dłach. Nie­wiele wiemy za to o kon­ty­nen­cie, który zaj­muje ta unia, a także o jego pierw­szych miesz­kań­cach. Do końca XX wieku powszech­nie sądzono, że na oba kon­ty­nenty ame­ry­kań­skie, pół­nocny i połu­dniowy, ludz­kość dotarła około 14-15 tysięcy lat temu. Naj­wcze­śniej­szymi śla­dami ludz­kiego osad­nic­twa były rysy pozo­sta­wione przez kamienne narzę­dzia na kościach mamu­tów i masto­don­tów. Uwa­żano, że ci, któ­rzy się nimi posłu­gi­wali, przy­byli z Sybe­rii na Ala­skę przez pomost lądowy zwany Berin­gią, który ist­niał w okre­sie zlo­do­wa­ce­nia w miej­scu dzi­siej­szej Cie­śniny Beringa. Arche­oge­ne­tyka potwier­dziła, że pierwsi Ame­ry­ka­nie bez wąt­pie­nia wywo­dzili się z Azji.

W latach dwu­dzie­stych XX wieku ten okres zasie­dle­nia powią­zano ze zna­le­zi­skami w Clo­vis w Nowym Mek­syku, tak zwana kul­tura Clo­vis musiała jed­nak oddać palmę pierw­szeń­stwa. Metody dato­wa­nia radio­wę­glo­wego i sekwen­cjo­no­wa­nia DNA odsło­niły jesz­cze star­sze dowody dzia­łal­no­ści czło­wieka: obo­zo­wi­ska, pułapki na zwie­rzęta, narzę­dzia oraz nasiona. Ślady ludz­kich sie­dzib, od Idaho na pół­nocy po Chile na połu­dniu, mogą mieć nawet 33 tysiące lat, bo na tyle dato­wano najstar­sze znane obec­nie narzę­dzia odna­le­zione w Chi­qu­ihu­ite, jaskini w środ­ko­wym Mek­syku, cho­ciaż odkry­cie to jest na­dal przed­mio­tem spo­rów. Z całą pew­no­ścią możemy nato­miast stwier­dzić, że odci­ski stóp z Nowego Mek­syku to najstar­sze jak dotąd ślady fizycz­nej obec­no­ści czło­wieka odkryte na zie­miach obu Ame­ryk.

Przy­pi­sano je "nie­uda­nej kolo­ni­za­cji, która naj­praw­do­po­dob­niej nie pozo­sta­wiła po sobie wykry­wal­nego śladu gene­tycz­nego". Poja­wiły się nawet suge­stie, że mogą być pokło­siem migra­cji Poli­ne­zyj­czy­ków (wywo­dzą­cych się z Azji), któ­rzy prze­byli Ocean Spo­kojny. Jeśli zaś cho­dzi o naj­star­sze znane szczątki czło­wieka, tytuł ten należy się kościom chłop­czyka odna­le­zio­nym w Mon­ta­nie w 1968 roku. Dziecko z Anzick - nazwane tak od farmy, na tere­nie któ­rej doko­nano odkry­cia - ma zale­d­wie 12,6 tysiąca lat. Jego DNA wska­zuje zarówno na sybe­ryj­skie, jak i połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skie pocho­dze­nie. Anzick jest naj­star­szym zna­nym Ame­ry­ka­ni­nem zwią­za­nym z kul­turą Clo­vis.

Ci pierwsi miesz­kańcy kon­ty­nentu two­rzyli grupy łowiecko-zbie­ra­cze wędru­jące od Berin­gii w kie­runku połu­dnio­wym, czy to wzdłuż zachod­niego wybrzeża Ame­ryki - szla­kiem nazwa­nym "auto­stradą wodo­ro­stów" (kelp high­way) - czy to wol­nym od lodu kory­ta­rzem cią­gną­cym się na wschód od Gór Ska­li­stych aż po połu­dniowo-zachod­nie pre­rie. Zmiany kli­matu skło­niły tych przy­by­szów do dal­szej wędrówki na połu­dnie - do Ame­ryki Środ­ko­wej i Połu­dnio­wej. Tam stali się oni przod­kami popu­la­cji, z któ­rych znacz­nie póź­niej wykształ­ciły się cywi­li­za­cje Majów, Tol­te­ków, Inków i Azte­ków.

Ci, któ­rzy skrę­cili na wschód, w głąb Ame­ryki Pół­noc­nej, przez długi czas pozo­sta­wali zagadką. Podró­żo­wali w gru­pach rodzin­nych, tro­piąc dziką zwie­rzynę. Nie odczu­wali potrzeby, aby dla wza­jem­nej pomocy czy bez­pie­czeń­stwa łączyć się w więk­sze struk­tury ple­mienne. Praw­do­po­dob­nie dla­tego wła­śnie Kra­jowy Kon­gres Indian Ame­ry­kań­skich, z pomocą śro­do­wi­ska nauko­wego, zdo­łał ziden­ty­fi­ko­wać aż 574 ple­miona tubyl­cze zaj­mu­jące różne obszary obec­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, w tym 229 na Ala­sce. W ciągu tysięcy lat dotarli oni do Wiel­kich Rów­nin i dorze­cza Mis­si­sipi, zapewne zmu­szeni do tej wędrówki stop­nio­wym wymie­ra­niem mamu­tów i innych wiel­kich ssa­ków, od któ­rych zale­żał ich byt. Natra­fiw­szy na żyzne zie­mie, zaczęli się osie­dlać. Roz­wi­nęli obróbkę mie­dzi, garn­car­stwo i tkac­two.

Próby ska­te­go­ry­zo­wa­nia eta­pów ame­ry­kań­skiej pre­hi­sto­rii na wzór euro­pej­skich odręb­nych "epok" - kamie­nia, brązu, żelaza - oka­zały się płonne. Wia­domo jedy­nie, że osady ludz­kie w Ame­ryce Pół­noc­nej zaczęły się poja­wiać już 13 tysięcy lat temu, a ich zło­żo­ność rosła. Wiek kop­ców i jam odkry­tych na sta­no­wi­sku Wat­son Brake w Luizja­nie, wią­za­nych z osia­dłymi spo­łecz­no­ściami i obrzę­dami reli­gij­nymi, okre­ślono na 5,5 tysiąca lat. Są star­sze od pira­mid egip­skich i Sto­ne­henge i wska­zują, że w Ame­ryce Pół­noc­nej żyły spo­łecz­no­ści, które roz­wi­jały się rów­no­le­gle z ich lepiej zna­nymi odpo­wied­ni­kami z Ame­ryki Połu­dnio­wej. Te tak zwane "kul­tury budow­ni­czych kop­ców" zasie­dlały dorze­cze Mis­si­sipi przez tysiące lat.

Dawni miesz­kańcy Ame­ryki nie znali wpraw­dzie trzech głów­nych moto­rów zmian w spo­łe­czeń­stwach Europy i Azji - żelaza, koni oraz pisma - nie wydaje się jed­nak, aby prze­szko­dziło im to w roz­woju rol­nic­twa czy osad­nic­twa. Ame­ry­kań­ską pre­hi­sto­rię ota­cza aura peł­nego nadziei wycze­ki­wa­nia, że któ­re­goś dnia naukowcy odkryją nie­znane dotąd ludy i ślady ich dzia­łal­no­ści. Ze wszyst­kich praw rdzen­nych ludów świata naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym jest prawo do wła­snej histo­rii. Jed­nak tam, gdzie jej jedy­nym nośni­kiem są kopce, jamy, narzę­dzia i nasiona, odma­lo­wa­nie peł­nego, boga­tego w szcze­góły obrazu pozo­staje olbrzy­mim wyzwa­niem.

Posu­wa­jąc się naprzód w cza­sie, zagłę­biamy się w trwa­jący od dwóch tysięcy lat okres nazy­wany naszą erą. Tu jedną z naj­star­szych i praw­do­po­dob­nie naj­więk­szych zna­nych nam osad w Ame­ryce Pół­noc­nej jest Caho­kia w sta­nie Illi­nois. Poło­żona w widłach rzek Mis­si­sipi i Mis­so­uri, nie­opo­dal współ­cze­snego Saint Louis, funk­cjo­no­wała od około 900 do 1350 roku naszej ery i sta­no­wiła znaczne sku­pi­sko ludzi. Bada­nia ujaw­niły "obszar zabu­do­wany" o powierzchni około 15,5 kilo­me­tra kwa­dra­to­wego ota­cza­jący enklawę chro­nioną pali­sadą. Na mia­sto składa się 120 kop­ców ziem­nych i kom­plek­sów budyn­ków. Nie­które z tych ostat­nich miały dzie­dzińce, a nawet łaź­nie parowe.

Caho­kię zbu­do­wano na pla­nie siatki, bez zewnętrz­nych umoc­nień obron­nych. Sza­cuje się, że w okre­sie naj­więk­szej świet­no­ści mia­sta, około 1100 roku, gdy w czę­ści Europy trwała eks­pan­sja Nor­ma­nów, zamiesz­ki­wało je od 10 do 20 tysięcy ludzi. Dru­gie tyle mogło zasie­dlać oko­liczne tereny. W cen­tral­nym punk­cie Caho­kii wzno­sił się trzy­dzie­sto­me­trowy Kopiec Mni­chów, o połowę niż­szy od pira­midy z zagi­nio­nego mia­sta Tenoch­ti­tlan w Mek­syku. Wymia­rami pod­stawy dorów­ny­wał Pira­mi­dzie Che­opsa w Gizie, u jego stóp zaś roz­cią­gał się plac o powierzchni ponad 20 hek­ta­rów. Wewnątrz innej budowli, Kopca 72, znaj­do­wał się "grób czło­wieka-ptaka", w któ­rym około 950 roku, w oto­cze­niu dzie­sią­tek domnie­ma­nych ako­li­tów i biżu­te­rii z muszli, pocho­wano dostoj­nika z pta­sią maską i skrzy­dłami. Miesz­kańcy mia­sta nie pozo­sta­wili po sobie źró­deł pisa­nych, ale ich rzeźby gro­bowe zdra­dzają wyso­kie umie­jęt­no­ści arty­styczne.

Sta­bil­ność hie­rar­chii spra­wu­ją­cej wła­dzę nad Caho­kią jest przed­mio­tem oży­wio­nej dys­ku­sji. Tak duża osada suge­ruje ist­nie­nie zło­żo­nego spo­łe­czeń­stwa z roz­wi­nię­tym przy­wódz­twem. Trudno wyobra­zić sobie, aby nie poprze­dzały jej inne, nam jesz­cze nie­znane. Bez wąt­pie­nia skła­dano tu ofiary z ludzi - w Kopcu 72 odkryto szczątki około 270 ofiar pocho­dzące z sze­ściu róż­nych okre­sów. Wyma­gało to ist­nie­nia wła­dzy i porządku, nie wspo­mi­na­jąc o gospo­darce zdol­nej do wytwa­rza­nia i dys­try­bu­cji żyw­no­ści. Źró­dłem prze­wagi Caho­kii mogło być poło­że­nie w pobliżu dwóch rzek. Trans­port wodny, bar­dziej niż lądowy, uła­twiał wymianę han­dlową. Wiemy, że wyroby z mie­dzi eks­por­to­wano na pół­noc, do Wiel­kich Jezior, oraz na połu­dnie, do Zatoki Mek­sy­kań­skiej. Pewne jest rów­nież, że pod koniec pierw­szego mile­nium w Ame­ryce Pół­noc­nej ist­niało mia­sto prze­wyż­sza­jące roz­mia­rami ówcze­sny Lon­dyn czy Paryż.

Przy­czyną upadku tego wspa­nia­łego ośrodka były praw­do­po­dob­nie zmiany kli­ma­tyczne zwią­zane z małą epoką lodową w XIV wieku. Sie­dem­na­ste stu­le­cie przy­nio­sło prze­lotne odro­dze­nie - do osady dotarli podróż­nicy fran­cu­scy. Pobożni misjo­na­rze osie­dlili się w pobliżu Kopca Mni­chów, który im zawdzię­cza swoją nazwę. Pobli­ską kolo­nię - Saint Louis - nazwali zaś na cześć króla Fran­cji Ludwika IX Świę­tego. Nawet kiedy Caho­kia została opusz­czona, kul­tura Mis­si­sipi prze­trwała w dorze­czu dzięki ple­mio­nom Nacze­zów i Czok­ta­wów. Naczezi posłu­gi­wali się cał­ko­wi­cie odręb­nym języ­kiem, nie­po­dob­nym do mowy innych rdzen­nych ludów. Zawarli oni sojusz z fran­cu­skimi kolo­ni­stami, lecz na początku XVIII wieku sto­sunki się pogor­szyły, a powsta­nie, które wybu­chło w 1729 roku, dopro­wa­dziło do maso­wych rzezi doko­na­nych przez kolo­ni­stów. Fran­cuzi prze­wieźli tysiące poj­ma­nych Nacze­zów na Kara­iby.

Osada przod­ków ludów Pueblo w kanio­nie Chaco w Nowym Mek­syku, choć mniej­sza od Caho­kii, ma nad nią tę prze­wagę, że część jej kamien­nych budyn­ków stoi do dzi­siaj. Została zało­żona około 850 roku i sza­cuje się, że w XII stu­le­ciu, w szczy­to­wym okre­sie jej świet­no­ści, zamiesz­ki­wało ją około 15 tysięcy ludzi. Budowle two­rzą gęstą zabu­dowę; nie­które są koli­ste, a wiele zacho­wało dwie kon­dy­gna­cje, choć są pozba­wioną dachów ruiną. Ich wnę­trza przy­po­mi­nają pla­ster miodu wypeł­niony izbami miesz­kal­nymi, poni­żej któ­rych ulo­ko­wano pod­ziemne kivy - pomiesz­cze­nia prze­zna­czone do celów obrzę­do­wych. Jedną z takich wła­śnie kiv zdają się kryć kamienne mury Che­tro Ketl.

Na obrze­żach natra­fiamy na pół­ko­li­ste Pueblo Bonito, praw­do­po­dob­nie kom­pleks pała­cowy liczący około trzy­stu pomiesz­czeń. Wewnątrz odkryto szkie­lety dzie­wię­ciu wład­ców mia­sta spo­krew­nio­nych po linii matki. Inna z budowli, Pueblo Pin­tado, musiała być wyjąt­kowo oka­zała - to jeden z około 150 "wiel­kich domów" połą­czo­nych sie­cią pustyn­nych dróg. Ze względu na oca­lałe ściany i pomiesz­cze­nia należą one do naj­bar­dziej pobu­dza­ją­cych wyobraź­nię ruin w Ame­ryce.

Kanion Chaco sta­nowi węzeł daw­nej sieci dróg roz­cią­ga­ją­cej się na bli­sko sto kilo­me­trów. Podob­nie jak w przy­padku Caho­kii, suge­ruje to ist­nie­nie zaawan­so­wa­nego han­dlu lub piel­grzy­mek na skalę wyraź­nie dorów­nu­jącą cywi­li­za­cjom Ame­ryki Połu­dnio­wej. Także w tym przy­padku przy­czyną upadku mia­sta w XII wieku wydają się zmiany kli­ma­tyczne i pustyn­nie­nie. Dzi­siaj maje­sta­tyczne Chaco stoi osa­mot­nione, z dala od nowo­cze­snych dróg czy budowli, które zakłó­ca­łyby jego pra­dawną atmos­ferę. Ze względu na brak sztucz­nego oświe­tle­nia jest chęt­nie odwie­dzane przez ama­to­rów obser­wa­cji gwiazd.

Innym wybit­nym zabyt­kiem kul­tury Pueblo, który dotrwał do naszych cza­sów, jest poło­żone w połu­dnio­wej czę­ści Kolo­rado Mesa Verde. Datuje się je na VI-VIII stu­le­cie, gdy oko­liczne żyzne tereny tęt­niły życiem. Do jego zamiesz­ki­wa­nych przez 20 tysięcy ludzi nie­zwy­kłych budyn­ków, które zdają się wyra­stać z nisz w zbo­czu kanionu, można się było dostać jedy­nie po dra­bi­nach lub scho­dach. Na Pałac Kli­fowy składa się około 150 pomiesz­czeń wycię­tych w otu­la­ją­cej go skale. Mesa Verde rów­nież padło ofiarą zmian zacho­dzą­cych w śro­do­wi­sku. Spo­śród wszyst­kich tych ruin to ono naj­sil­niej prze­ma­wia do wyobraźni; można tu spa­ce­ro­wać po daw­nych poko­jach, spo­glą­da­jąc na tereny, które dziś są już tylko jałową pusty­nią.

Tak dobrze zacho­wa­nych miejsc jest nie­wiele, ale wraz z mniej zna­nymi - w Taos, Casa Grande czy kanio­nie De Chelly - są wystar­cza­ją­cym dowo­dem na to, że Ame­ryka "odkryta" w XV stu­le­ciu nie była dzie­wi­czą zie­mią "dzi­kich" zbie­ra­czy i łow­ców, jak opi­sy­wali ją pierwsi euro­pej­scy podróż­nicy. Tubyl­czy Ame­rykanie od tysięcy lat zaj­mo­wali już wów­czas - i do pew­nego stop­nia kon­tro­lo­wali - znaczną część kon­ty­nentu.

Ich potom­ko­wie zdo­łali oprzeć się kolo­nial­nym najeźdź­com na tyle sku­tecz­nie, że po dziś dzień zacho­wali swoją toż­sa­mość. Wyróż­niamy obec­nie 574 ple­miona, które posłu­gują się co naj­mniej 147 języ­kami. W Euro­pie próżno szu­kać struk­tur ple­mien­nych czy tra­dy­cji kul­tu­ro­wych o porów­ny­wal­nie dłu­gim rodo­wo­dzie. Przez lata igno­ro­wano ich odrębną toż­sa­mość i histo­rię; dopiero w XX wieku docze­kały się one zba­da­nia i popu­la­ry­za­cji. Lubię myśleć, że obse­syjny loka­lizm współ­cze­snej Ame­ryki - obja­wia­jący się na przy­kład w nie­zgo­dzie na łącze­nie mniej­szych sta­nów w więk­sze - jest odbi­ciem tej wła­śnie pre­hi­sto­rycz­nej róż­no­rod­no­ści.

Nie­wiele sygna­łów świad­czy o natu­ral­nej skłon­no­ści do prze­mocy czy wojow­ni­czo­ści ame­ry­kań­skich spo­łe­czeństw pre­ko­lum­bij­skich. W wielu ple­mio­nach domi­no­wał matriar­chat, a więk­szość wcze­śnie nawią­zała poko­jowe sto­sunki z hisz­pań­skimi, fran­cu­skimi i angiel­skimi kolo­ni­stami prą­cymi na pół­noc z Zatoki Mek­sy­kań­skiej, na połu­dnie z Kanady lub na zachód ze wschod­niego wybrzeża. Gros z nich nasta­wiało się na han­del, poszu­ku­jąc złota i futer. To przede wszyst­kim dra­pieżne osad­nic­two bry­tyj­skie stało się zarze­wiem kon­flik­tów wzdłuż wschod­niego wybrzeża, mię­dzy innymi z Iro­ke­zami, Lena­pami i Powa­ta­nami.

Nawet same wła­dze bry­tyj­skie twardo sprze­ci­wiały się dal­szej eks­pan­sji kolo­ni­stów na zachód, poza gra­nicę Appa­la­chów, na tery­to­rium, które uwa­żano za nale­żące do Indian. Karol II (pan. 1660-1685) wprost tego zaka­zał1. Dopiero po utwo­rze­niu nie­pod­le­głych Sta­nów Zjed­no­czo­nych w XVIII wieku miesz­kańcy pogra­ni­cza prze­dzierz­gnęli się w zdo­byw­ców ziem, które zło­żyły się na kon­ty­nen­talne impe­rium Ame­ryki. Spy­chane przez nich na zachód ple­miona sta­wiały coraz sil­niej­szy opór.

W książce Indi­ge­nous Con­ti­nent (2022) fiń­ski histo­ryk Pekka Hämäläinen pod­kre­śla, że utrzy­my­wał się on jesz­cze w XIX stu­le­ciu. Ple­miona zachod­nie, zwłasz­cza Lako­tów, Koman­czów i Apa­czów, zacho­wały kon­trolę nad znacz­nymi poła­ciami ziemi na zachód od Mis­si­sipi. Ana­li­zu­jąc jej zasięg geo­gra­ficzny, Hämäläinen wyka­zuje, że dopeł­nie­nie wizji euro­pej­skiego "impe­rium" w Ame­ryce Pół­noc­nej wyma­gało mili­tar­nego pod­boju trwa­ją­cego aż po wojny z Siuk­sami w latach osiem­dzie­sią­tych XIX wieku. W ten spo­sób osta­tecz­nie usu­nięto tubyl­cze ple­miona z ich ziem na dale­kim zacho­dzie i zamknięto je w rezer­wa­tach. Ich liczeb­ność gwał­tow­nie spa­dła - według nie­któ­rych sza­cun­ków z około 50 milio­nów w cza­sach pierw­szej kolo­ni­za­cji do 7 milio­nów obec­nie, wli­cza­jąc w to osoby o mie­sza­nym pocho­dze­niu etnicz­nym - acz­kol­wiek teraz zaczyna ponow­nie rosnąć.

Miesz­kańcy Caho­kii nie mieli poję­cia, że w X stu­le­ciu na pół­nocny wschód od nich, na tere­nach dzi­siej­szej Kanady, powstało skromne obo­zo­wi­sko. W 986 roku wikiń­ski żeglarz Bjarni Her­jól­fs­son zagu­bił się u wybrzeży Gren­lan­dii i popły­nął na zachód. Dotarł do "pła­skich i poro­śnię­tych lasem ziem" u pod­nóży lodowca. Nie zszedł jed­nak na brzeg, ale powró­cił na Gren­lan­dię, aby opo­wie­dzieć o swoim odkry­ciu. Doświad­cze­nia Her­jól­fs­sona, w prze­ci­wień­stwie do dzie­jów współ­cze­snych mu rdzen­nych Ame­ry­ka­nów, zostały spi­sane w sagach. Był pierw­szym zna­nym nam Euro­pej­czy­kiem, który zoba­czył Ame­rykę.

Pięt­na­ście lat póź­niej, w 1001 roku, jego rela­cję posta­no­wił zwe­ry­fi­ko­wać inny poszu­ki­wacz przy­gód, Leif Eriks­son, pły­nąc na tym samym statku. Jego ojciec Eryk Rudy, Island­czyk ska­zany na wygna­nie za zabój­stwo, udał się na Gren­lan­dię i tam zało­żył osadę. Z niej to wła­śnie wypły­nął Eriks­son wraz z trzy­dzie­stoma pię­cioma osad­ni­kami, aby sko­lo­ni­zo­wać nowe tereny. Uważa się, że dotarł do Ziemi Baf­fina, a stam­tąd do Labra­doru i dalej, na kra­niec Nowej Fun­dlan­dii. Natra­fiw­szy tam na bujne łąki i obfi­tu­jące w łoso­sie rzeki, zbu­do­wał osadę skła­da­jącą się z ośmiu chat. Poro­śniętą wino­ro­ślą i jago­dami kra­inę nazwał Win­lan­dią.

Pozo­sta­ło­ści owej osady odkryto w 1960 roku w miej­scu nazy­wa­nym dziś L'Anse aux Meadows. Wydo­byto tam około ośmiu­set skan­dy­naw­skich zna­le­zisk dato­wa­nych krótko po roku 1000. Według nor­dyc­kiej sagi osad­nicy to han­dlo­wali, to znów ście­rali się z tubyl­cami, praw­do­po­dob­nie z ple­mie­nia Mik­ma­ków. O tych dru­gich saga mówi, że byli to "niscy, nie­uro­dziwi męż­czyźni o brzyd­kim owło­sie­niu głowy. Mieli duże oczy i kości policz­kowe". Pod­czas jed­nego ze spo­tkań zaata­ko­wali oni Skan­dy­na­wów. Ci natych­miast zrej­te­ro­wali, tym­cza­sem ich kobiety chwy­ciły mie­cze, obna­żyły piersi i prze­ra­ziw­szy tubyl­ców, poko­nały ich.

Kolo­nia w Win­lan­dii prze­trwała około dwu­dzie­stu lat, zanim ochło­dze­nie kli­matu zmu­siło jej miesz­kań­ców do powrotu na Gren­lan­dię. Skan­dy­naw­skie fiordy stały się tym­cza­sem zbyt cia­sne dla wikin­gów. Zigno­ro­wali oni jed­nak Win­lan­dię, a zamiast tego skie­ro­wali się na wschód, ku Rusi, oraz na połu­dnie, ku wybrze­żom Europy, gdzie nazy­wano ich Nor­ma­nami - "ludźmi pół­nocy". Ame­ry­kań­skie wody u brze­gów Nowej Fun­dlan­dii pozo­sta­wiono Fran­cu­zom i innym flo­tom rybac­kim. Bogac­twa pół­noc­nych mórz stały się dla Fran­cu­zów tym, czym było złoto dla Hisz­pa­nów.

Hipo­tezy, jakoby książę Madoc, syn króla Gwy­nedd, dotarł w 1170 roku do Flo­rydy lub Mis­si­sipi i zaszcze­pił tam ele­menty walij­skiego w języ­kach pier­wot­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, uważa się powszech­nie za mity.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki