Kronos 4/2023. Libelt - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po­lacy, uważa się po­wszech­nie, nie mają ta­lentu do fi­lo­zo­fii. Uważa się tak po­wszech­nie oczy­wi­ście w Pol­sce. Można się bo­wiem do­my­ślać, że Hisz­pa­nie i Hin­dusi żad­nej opi­nii o na­szej fi­lo­zo­fii nie mają - nie tylko nic o niej nie wie­dzą, lecz nie uwa­żają także, żeby ta sprawa w jaki bądź spo­sób ich do­ty­czyła.

Po­lacy uwa­żają za­tem, że nie mają ta­lentu do fi­lo­zo­fii. Ten umy­słowy de­fekt może się wy­da­wać dość wy­jąt­kowy. Po­lacy mieli - i wie­dzą, że mieli - wiel­kich uczo­nych i ar­ty­stów, po­etów i kom­po­zy­to­rów, nie gor­szych, a czę­sto lep­szych od swo­ich współ­cze­snych w in­nych kra­jach i na in­nych kon­ty­nen­tach. Aku­rat w tej jed­nej dzie­dzi­nie jed­nak - w fi­lo­zo­fii - nic się w Pol­sce ni­gdy nie wy­da­rzyło. Kraj Ko­per­nika i Szo­pena, Mic­kie­wi­cza i Mal­czew­skiego nie zro­dził ani jed­nej my­śli spe­ku­la­tyw­nej, nie po­wstało w nim żadne po­ję­cie abs­trak­cyjne godne tego miana.

Jak to? - krzyk­nie czy­tel­nik - mie­li­śmy prze­cież szkołę lwow­sko-war­szaw­ską! Tu chęt­nie się zgo­dzę i wszy­scy będą mi wtó­ro­wać. Twar­dow­ski i Łu­ka­sie­wicz to my­śli­ciele pierw­szo­rzędni. Kto jed­nak da­lej? Gdzie jest pol­ski He­gel i nad­wi­ślań­ski Berg­son? - Tu za­pad­nie kło­po­tliwe mil­cze­nie.

Ta opi­nia ma swoje skutki ad­mi­ni­stra­cyjne. Hi­sto­ria fi­lo­zo­fii pol­skiej jest na na­szych wy­dzia­łach fi­lo­zo­fii przed­mio­tem fa­kul­ta­tyw­nym. Stu­denci mogą się z nią za­po­znać, ale nie mu­szą. Nie uczy się jej także na wy­dzia­łach po­lo­ni­styki i hi­sto­rii - uzna­jąc za­pewne, że można po­jąć Kra­siń­skiego bez wie­dzy o Ciesz­kow­skim i zro­zu­mieć Po­wsta­nie Li­sto­pa­dowe bez lek­tury Moch­nac­kiego. To ab­surd oczy­wi­ście, ale ta­kie mamy w Pol­sce szkoły wyż­sze.

Ta de­cy­zja ad­mi­ni­stra­cyjna prze­kłada się da­lej na prak­tykę na­ukową. Moi ko­le­dzy zaj­mują się He­glem, nie wie­dząc nic o Li­bel­cie, czy­tają Berg­sona, nie ma­jąc po­ję­cia o Abra­mow­skim. Jakby z góry za­kła­dali, że re­cep­cja bez­po­śred­nia - współ­cze­sna do He­gla albo Berg­sona - nie może ich ni­czego na­uczyć.

Wszystko to fa­tal­nie wpływa na ogólny stan umy­sło­wo­ści pol­skiej. Nie­świa­domi wła­snej tra­dy­cji - nie zna­jąc na­wet jej błę­dów - sta­wiamy się z góry na po­zy­cji wiecz­nie po­cząt­ku­ją­cych. Duch pol­ski w fi­lo­zo­fii cią­gle po­wta­rza pierw­szą klasę i przy­stę­puje bez­wied­nie do eg­za­mi­nów, które już kie­dyś był zda­wał.

Być może to prawda, od­po­wie czy­tel­nik, brzmi jed­nak na­zbyt ogól­ni­kowo. Pro­simy o ja­kieś przy­kłady kon­kretne, do czego tamta tra­dy­cja mo­głaby nam się przy­dać?

Już od­po­wia­dam. Za­cznę od przy­kładu wła­snego. Przez wiele lat zaj­mo­wa­łem się He­ideg­ge­rem. Ro­zu­mia­łem go po nie­miecku, nie po­tra­fi­łem jed­nak w ża­den spo­sób po­my­śleć jego my­śli po pol­sku. Pol­skie prze­kłady He­ideg­gera były nie­zro­zu­miałe. Trudno było na­wet w opar­ciu o nie pro­wa­dzić za­ję­cia ze stu­den­tami.

I oto po­mógł mi Sta­szic. Za­mia­rem He­ideg­gera była kon­struk­cja no­wego po­ję­cia ist­nie­nia. Dla me­ta­fi­zyki eu­ro­pej­skiej od jej za­ra­nia czym in­nym są by­cie i czas. To, co praw­dzi­wie ist­nieje - uczy Par­me­ni­des - a za nim po­wta­rza Pla­ton - jest wieczne i nie­zmienne. Świat tu­tej­szy jest tylko złu­dze­niem. He­ideg­ger się­gnął do dzie­jów ję­zyka nie­miec­kiego i po­tocz­nej idio­ma­tyki, żeby prze­kro­czyć tam­ten du­alizm i wy­ar­ty­ku­ło­wać prawdę na­szego ży­cia: do­cze­sną eg­zy­sten­cję.

Jak to po­wie­dzieć po pol­sku? Na­sze słowo "ist­nie­nie" stwo­rzone zo­stało przez fi­lo­zofa - przez Sta­szica wła­śnie - i do­piero póź­niej we­szło do po­tocz­nego obiegu. Jego dzi­siej­szą formę nadał mu po­eta Bro­dziń­ski. Sta­szic mó­wił pier­wot­nie, że "Bóg ist­nie". On ist­nie, ja ist­nię, ty ist­niesz - cza­sow­nik od tego jest: ist­nąć, a rze­czow­nik od­cza­sow­ni­kowy: ist­nię­cie. I oto mamy He­ideg­gera po pol­sku: ist­nie­nie czło­wieka jest ist­nię­ciem. To słowo ko­ja­rzy się od razu z "mi­gnię­ciem" i "bły­śnię­ciem". Ist­nię­cie - to na­sza do­cze­sna tu byt­ność.

No do­brze, od­po­wie czy­tel­nik, ale to są ja­kieś pro­blemy tłu­ma­cza, mnie to nie do­ty­czy.

Pójdźmy więc da­lej. Ko­lej­nym wy­my­ślo­nym przez fi­lo­zo­fów po­ję­ciem jest "świa­do­mość". Zo­stało ono stwo­rzone w An­glii przez Johna Locke'a, który psy­cho­lo­gi­zu­jąc Kar­te­zju­sza - to zna­czy spro­wa­dza­jąc my­śle­nie do od­czu­wa­nia - użył w no­wym sen­sie słowa con­scio­usness. Fran­cu­ski tłu­macz Locke'a nie wie­dział w roku 1700, jak go prze­ło­żyć na ję­zyk oj­czy­sty: con­science zna­czyło wtedy su­mie­nie.

W pol­sz­czyź­nie po­ję­cie świa­do­mo­ści po­ja­wia się do­piero w la­tach czter­dzie­stych XIX wieku za sprawą Bro­ni­sława Tren­tow­skiego. Jego mo­nu­men­talna My­ślini jest dzie­łem o róż­nych for­mach sa­mo­po­czu­cia i sa­mo­wie­dzy, z któ­rych jedną sta­nowi wła­śnie świa­do­mość. Słowo ist­niało wcze­śniej, zna­czyło jed­nak coś in­nego: "wia­do­mość z do­świad­cze­nia" (po­daje Linde), okre­ślało za­tem wie­dzę są­do­wego świadka, za­wartą w jego świa­dec­twie. Tak za­tem czy­tel­niku, choć o tym nie wiesz, prze­ma­wia w to­bie Tren­tow­ski, i za każ­dym ra­zem, gdy na­zy­wasz sie­bie "świa­do­mo­ścią", jego po­ję­cie roz­brzmiewa w two­jej jaźni.

Zgoda, przy­zna czy­tel­nik, to są jed­nak cały czas pro­blemy tłu­ma­cze­niowe. Dziś cały świat mówi po an­giel­sku, chcę my­śleć i pi­sać w tym ję­zyku, po co mi twój lo­kalny dia­lekt?

Tu cię za­sko­czę, miły czy­tel­niku. Twoja sy­tu­acja w świe­cie nie jest wcale nowa, lecz ma swoje pre­ce­densy. Zna je każdy hi­sto­ryk fi­lo­zo­fii pol­skiej. Naj­waż­niejsi nasi fi­lo­zo­fo­wie XIX stu­le­cia za­miesz­ki­wali - w du­cho­wym sen­sie tego słowa - po­gra­ni­cze pol­sko-nie­miec­kie. Li­belt był dok­to­ran­tem He­gla. Ciesz­kow­ski na­pi­sał pierw­sze swe dzieło, Pro­le­go­mena zur Hi­sto­rio­so­phie, po nie­miecku. Tren­tow­ski miesz­kał we Fry­burgu Bry­zgo­wij­skim, miał nie­miecką żonę i roz­ma­wiał z córką po nie­miecku. Wszy­scy oni w pew­nym mo­men­cie zro­zu­mieli, że nie mogą być Niem­cami - że mu­szą być Po­la­kami - i to z po­wo­dów, które warte są prze­my­śle­nia. Były to bo­wiem po­wody fi­lo­zo­ficzne.

Po­dam tylko je­den. W tra­dy­cji pol­skiej jest słowo z tru­dem prze­kła­dalne na inne ję­zyki. Nie z ra­cji swej gra­ma­tycz­nej zło­żo­no­ści, lecz z po­wodu ba­gażu do­świad­czeń, które ze sobą nie­sie. To słowo "in­te­li­gent". Wy­na­lazł je Ka­rol Li­belt i od po­czątku było ono pew­nym pro­jek­tem fi­lo­zo­ficz­nym - kryła się za nim dia­lek­tyka róż­no­jedni, inna od ana­lo­gicz­nych for­muł he­glow­skich i schel­lin­giań­skich. Fi­lo­zof w Pol­sce, uwa­żał Li­belt, musi być in­te­li­gen­tem.

A ty, czy­tel­niku - te­raz ja cię spy­tam - uwa­żasz się jesz­cze za in­te­li­genta?

Waw­rzy­niec Rym­kie­wicz

Re­dak­tor Na­czelny