Kronos 2/2023. Rewolucja - Wawrzyniec Rymkiewicz

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czym jest re­wo­lu­cja? Jak uchwy­cić jej istotę? Czy do jej zro­zu­mie­nia naj­bar­dziej przy­bli­żają nas ba­da­nia do­ty­czące oko­licz­no­ści, które uczy­niły ją moż­liwą i przy­go­to­wały jej na­dej­ście? A może wię­cej świa­tła na to za­gad­nie­nie rzu­cają stu­dia nad sa­mym mo­men­tem eks­plo­zji, w któ­rym uczest­ni­kom wy­da­rzeń z twa­rzy opa­dają ma­ski, a na­mięt­no­ści tłumu zo­stają spusz­czone z łań­cu­cha? I, co być może jesz­cze waż­niej­sze, kiedy wła­ści­wie re­wo­lu­cja się roz­po­czyna - a kiedy koń­czy?

Py­ta­nia tego ro­dzaju za­da­jemy so­bie co naj­mniej od czasu, kiedy nasz za­chodni świat do­znał owego fun­da­men­tal­nego po­ru­sze­nia - po­ru­sze­nia fun­da­men­tów - które na­zy­wamy no­wo­cze­sno­ścią. Nie­po­ko­iły one rów­nież głów­nego bo­ha­tera tego nu­meru na­szego pi­sma - Ale­xisa de To­cqu­eville'a. Ten po­to­mek fran­cu­skiej ro­dziny ary­sto­kra­tycz­nej wła­ści­wie całe ży­cie spę­dził w cie­niu re­wo­lu­cji 1789 roku oraz czasu Ter­roru, jaki po nim na­stą­pił. Na sku­tek gwał­tow­nych re­wo­lu­cyj­nych wy­da­rzeń oj­ciec Ale­xisa, hra­bia He­rvé de To­cqu­eville, miał po­si­wieć w jedną noc. Na pod­da­szu nie­wiel­kiego ro­dzin­nego zamku za­cho­wano rów­nież zde­wa­sto­wany przez re­wo­lu­cjo­ni­stów go­łęb­nik jako gorz­kie me­mento owych tur­bu­lent­nych dni. We wszyst­kich gwał­tow­nych prze­wro­tach fran­cu­skiego ży­cia po­li­tycz­nego, któ­rych do­świad­czył jako oby­wa­tel lub jako po­li­tyk - w re­wo­lu­cji lip­co­wej 1830 roku, w re­wo­lu­cji roku 1848, wresz­cie w prze­pro­wa­dzo­nym przez Lu­dwika Na­po­le­ona w grud­niu 1851 roku za­ma­chu stanu - Ale­xis de To­cqu­eville wi­dział mniej lub bar­dziej od­le­głe echa tej pierw­szej, "praw­dzi­wej" re­wo­lu­cji. Cho­ciaż po­zo­sta­wała nie­prze­nik­niona, jed­nego au­tor O de­mo­kra­cji w Ame­ryce był pe­wien: w zbio­ro­wej wy­obraźni Eu­ropy roz­cięła ona czas na dwie czę­ści. Z jed­nej strony wy­zna­czała ko­niec świata, który bez­pow­rot­nie od­szedł w prze­szłość; świata, w któ­rym spo­łe­czeń­stwo było zor­ga­ni­zo­wane hie­rar­chicz­nie, wo­kół pio­no­wej osi, wła­dza zaś po­cho­dziła od Boga. Z dru­giej strony two­rzyła pod­wa­liny świata no­wego, któ­rego za­ło­ży­ciel­skim do­gma­tem była po­wszechna rów­ność, w któ­rym spo­łe­czeń­stwo było zor­ga­ni­zo­wane wo­kół osi po­zio­mej, a wła­dza po­cho­dziła od ludu. Sam To­cqu­eville zaś - zbyt młody, by na­le­żeć do pierw­szego świata, ale za stary, aby bez waż­nych za­strze­żeń wy­brać ten drugi - żył nie­jako w roz­stę­pie po­mię­dzy nimi.

Ow­szem, skła­niał się ku de­mo­kra­cji, a dłu­go­fa­lowe skutki re­wo­lu­cji uzna­wał za do­bro­czynne, o czym czy­tel­nik prze­kona się dzięki lek­tu­rze po­miesz­czo­nych w nu­me­rze tek­stów. Ni­gdy nie stał się jed­nak bez­kry­tycz­nym apo­lo­getą no­wo­cze­sno­ści - być może dla­tego, że w jego fi­lo­zo­fii po­li­tycz­nej de­mo­kra­cja i re­wo­lu­cja to awers i re­wers tej sa­mej mo­nety; dwie oświe­tla­jące się na­wza­jem po­łowy jed­nego wiel­kiego ob­razu. Dwa tomy O de­mo­kra­cji w Ame­ryce wy­do­by­wają na świa­tło dzienne wiel­kość i nę­dzę pierw­szego z owych po­jęć. Dwu­to­mowe w za­my­śle au­tora dzieło na te­mat upadku an­cien régime'u i wy­bu­chu oraz skut­ków re­wo­lu­cji miało uczy­nić to samo z dru­gim. Dru­giej czę­ści Daw­nego ustroju i re­wo­lu­cji To­cqu­eville'owi nie udało się jed­nak ukoń­czyć.

Pre­zen­tu­jemy czy­tel­ni­kowi ob­szerny wy­bór no­ta­tek i szki­ców pi­sa­nych przez fi­lo­zofa z my­ślą o tym wła­śnie dziele. To­cqu­eville pró­buje w nich jedną klamrą ob­jąć cały cykl re­wo­lu­cyj­nych wy­da­rzeń. Co ude­rza­jące, za­równo na jego po­czątku, jak i u jego kresu do­strzega roz­pad za­sad ży­cia spo­łecz­nego. W okre­sie bez­po­śred­nio po­prze­dza­ją­cym re­wo­lu­cję po­wszechne jest prze­ko­na­nie, że dawne in­sty­tu­cje się wy­czer­pały. Umy­słami, nie tylko we Fran­cji zresztą, ale w ca­łej Eu­ro­pie, rzą­dzi idea wiel­ko­ści czło­wieka i wiara w omni­po­ten­cję ro­zumu. Triumfy święci po­li­tyka od­dzie­lona od pra­xis, za­pro­jek­to­wana przez in­ży­nie­rów?-ra­cjo­na­li­stów, wy­du­mana z abs­trak­cyj­nych sche­ma­tów, krótko: po­zba­wiona zmy­słu rze­czy­wi­sto­ści. Nie po­sia­dają go zresztą także obrońcy daw­nego ustroju, któ­rzy wy­raź­nie roz­mi­jają się ze spo­łecz­nymi emo­cjami, a ich pryn­cy­pialna od­mowa prze­pro­wa­dze­nia re­form okaże się wodą na młyn re­wo­lu­cyj­nego ra­dy­ka­li­zmu. Świat zdaje się wy­pa­dać z ram. Na­wet zwy­kłym dzia­ła­niom to­wa­rzy­szą ogromne emo­cje, a sym­bole prze­sła­niają rze­czy­wi­stość taką, jaką jest ona na­prawdę.

Na końcu cy­klu od­wrot­nie, na­wet wiel­kie wy­da­rze­nia nie ro­bią na ni­kim wra­że­nia, apa­tia jest po­wszech­nym sta­nem umy­słów, a z re­wo­lu­cyj­nego en­tu­zja­zmu po­zo­stają tylko zglisz­cza. Wy­obraź­nia po­li­tyczna, cał­kiem nie­dawno oży­wiana uto­pij­nymi ma­rze­niami, te­raz znaj­duje się w sta­nie wy­czer­pa­nia, lu­dzie zaś nie mają siły ży­wić na­dziei na po­prawę swego losu. Tam gdzie nie ma już żad­nych pra­gnień, wszy­scy ocho­czo pod­po­rząd­ko­wują się stra­chowi. Re­wo­lu­cyjny cykl do­myka się; można wręcz od­nieść wra­że­nie, że wszystko to było tylko złu­dze­niem, a świat po­wró­cił do swego wyj­ścio­wego po­ło­że­nia. Czy na pewno jed­nak? Ależ nie. Po­ru­sze­nie trwa na­dal, po­wraca ni­czym echo. Świat nie wraca do ramy, w któ­rej wcze­śniej był za­mknięty.

Z za­gadką re­wo­lu­cji bo­ry­kają się rów­nież inni au­to­rzy, któ­rych tek­sty pre­zen­tu­jemy czy­tel­ni­kowi. W wielu miej­scach uwy­pu­klają oni lub uzu­peł­niają ob­ser­wa­cje To­cqu­eville'a. John Stu­art Mill sta­wia tezę, że strasz­liwy i krwawy prze­bieg re­wo­lu­cji fran­cu­skiej był w rów­nej mie­rze dzie­łem ra­dy­ka­li­zmu sa­mych re­wo­lu­cjo­ni­stów, co opie­sza­ło­ści zwo­len­ni­ków daw­nego ustroju, zde­cy­do­wa­nie prze­ciw­sta­wia­ją­cych się choćby czę­ścio­wym re­for­mom. Ed­gar Qu­inet, wbrew wo­jow­ni­czej any­tre­li­gij­no­ści re­wo­lu­cji, do­strzega w niej po­wrót do źró­deł chrze­ści­jań­stwa, do czy­sto­ści ewan­ge­licz­nego prze­kazu, którą za­gu­bił Ko­ściół ka­to­licki. Au­gu­stin Co­chin przy­pa­truje się z ko­lei re­pu­blice li­te­ra­tów, któ­rej idee przy­go­to­wy­wały grunt pod na­dej­ście re­wo­lu­cji, i pro­po­nuje my­śleć o niej jako o wy­da­rze­niu au­to­te­licz­nym, sa­mo­ist­nym - po­ru­sza­nym nie tyle wolą bio­rą­cych w niej udział ak­to­rów, co bez­oso­bową lo­giką spo­łecz­nej ma­chiny.

Wszyst­kie te tek­sty po­zwa­lają na nowo po­sta­wić py­ta­nie o po­czątki na­szego no­wo­cze­snego świata. U jego źró­deł stoi enigma fran­cu­skiej re­wo­lu­cji - wy­da­rze­nia, któ­rego źró­dła po­zo­stają za­gad­kowe i nie­jed­no­znaczne oraz któ­rego echa wciąż kształ­tują na­szą rze­czy­wi­stość.

Jan To­kar­ski

Re­dak­tor

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji