Kroniki Żelaznego Druida (#6). Kronika wykrakanej śmierci - Kevin Hearne

-
Proszę czekać

Wskazówki dotyczące wymowy

Jak zawsze - pamiętajcie, proszę, że choć zamieszczam tu te informacje, możecie wymawiać sobie te nazwy własne, jak wam się żywnie podoba, bo w czytaniu chodzi o to, żeby dobrze się bawić, a nie stresować dziwnymi mitologicznymi terminami. Jeśli jednak lubicie wiedzieć, jak się co wymawia, proszę bardzo:

Nazwy irlandzkie

Aillil = oljel (W Zalotach do Étaín [Tochmarc Étaíne] imię to nosi zarówno ojciec Étaín, jak i brat króla Eochaida Airema. Tu odnosi się do brata króla).

Amergin = awygen (legendarny irlandzki bard, którego imię wymawia się i zapisuje na bardzo różne sposoby. Współczesna irlandzka wersja wygląda tak: Amhairghin i wymawiana jest mniej więcej jako aurjen, ale Morrigan używałaby oczywiście staroirlandzkiej wersji).

Brí Léith = brilej (síd, czyli dom Midhira).

Eochaid Airem = ołhetejram (arcykról Irlandii dawno, dawno temu).

Étaín = ejtin (tak zjawiskowa piękność, że istnieje o niej cała legenda).

Fódhla = fołla (jedna z poetyckich nazw Irlandii oraz imię irlandzkiego żywiołaka).

Fúamnach = fuamyna (żona Midhira).

Midhir = mjer (jeden z Tuatha Dé Danann; brat przyrodni Aenghusa Óga i Brighid).

Orlaith = orla (Tak, całe to -ith na końcu jest tylko dla ozdoby).

W powieści Atticus recytuje fragment Czyśćca Dantego w oryginale, ale nie raczy go przy tym przetłumaczyć. Poniżej te same wersy oraz tekst w przekładzie Antoniego Roberta Stanisławskiego1:

Canto V:

La 've 'l vocabol suo diventa vano,

arriva' io forato ne la gola,

fuggendo a piede e sanguinando il piano.

Quivi perdei la vista e la parola;

nel nome di Maria fini', e quivi

caddi, e rimase la mia carne sola.

Gdzie jej miano ginie,

Uchodząc pieszo i krwawiąc dolinę, 

Dobiegłem z gardłem na wylot przebitem. 

Tu wzrok się zaćmił; z imieniem Maryi 

Skonało słowo; tu wreszcie upadłem... 

I ciało tylko zostało na ziemi!

1. Boska Komedja, przeł. A. Stanisławski, Poznań 1870 (wszystkie przypisy tłumaczki).

Rozdział 1

Dziwne, że kiedy człowiek czuje się bezpiecznie, nijak nie może sobie przypomnieć, co to zamierzał zrobić, ale kiedy właśnie ucieka przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, nagle przypomina sobie całą listę rzeczy, których jeszcze nie udało mu się w życiu dokonać.

Zawsze na przykład chciałem upić się jak świnia z wąsatym facetem, pójść do jego domu, pomaltretować jeszcze trochę wątrobę, a potem, gdy już facet całkiem odpadnie, zgolić mu jeden wąs. Później zainstalowałbym odpowiedni sprzęt inwigilacyjny, żeby w pełni móc się nacieszyć jego reakcją (i jego kacem), gdy się już obudzi. I oczywiście ową inwigilację przeprowadzałbym z czarnego vana bez okien zaparkowanego na ulicy obok. Ze mną pracowałby naturalnie wybitnie bystry informatyk z Instytutu Technologicznego w Massachusetts, który kiedyś poszedł prawie, ale nie do końca, na całość z pewną nieśmiałą studentką fizyki, która rzuciła go, bo nie przyśpieszał jej cząsteczek.

Nie pamiętam, kiedy to wymyśliłem i dodałem do mojej listy. Pewnie po tym, jak zobaczyłem Prawdziwe kłamstwa. To zadanie nigdy nie znajdowało się szczególnie wysoko na mojej liście - z dość oczywistych powodów - ale teraz, gdy biegłem w panice przez Rumunię, wróciło do mnie wspomnienie tej wizji, i to w pełnym technikolorze. Nasze umysły stanowią niezgłębioną zagadkę.

Gdzieś za mną Morrigan walczyła z dwiema boginiami łowów. Artemida i Diana postanowiły sobie bowiem, że nadszedł mój czas, a Morrigan obiecała przecież, że będzie mnie chronić przed tego typu gwałtowną śmiercią. Po mojej lewej biegł Oberon, po prawej Granuaile; wokół las drżał ciszą ciężką od pandemonium spowodowanego przez Fauna, które odcinało nam wszelkie połączenia z Tír na nÓg. Nie mogliśmy się przenieść do żadnej innej krainy. Mogliśmy tylko biec i przeklinać grecko-rzymskich bogów.

W przeciwieństwie do Irlandczyków i ludów nordyckich - oraz wielu innych - Grecy i Rzymianie nie wyobrażali sobie swoich bogów jako wiecznie młodych, ale podatnych na gwałtowną śmierć. O, tak, Olimpijczycy mieli nektar i ambrozję, które utrzymywały ich skóry w stanie bezzmarszczkowym, a ciała w idealnych kształtach (przy okazji zmieniając ich krew w ichor), czyli niby podobnie jak w innych panteonach, ale na tym się niestety nie kończyło. Ci bogowie mogli się całkowicie regenerować, co de facto oznaczało pełną nieśmiertelność. Innymi słowy, nawet jeśli się ich rozbije na machacę i zje z guacamole i ciepłą tortillą, to i tak odrodzą się dranie na Olimpie w zupełnie nowiutkim ciele i znów będą ci deptać po piętach. Dlatego właśnie Prometeusz nigdy nie umarł, mimo że dzień w dzień jego wątrobą raczył się sęp, który z jakichś niepojętych powodów nie dbał o urozmaiconą dietę.

To jeszcze nie znaczy, że nie da się ich pokonać. Pomijając już nawet, że mogą ich zgładzić inni nieśmiertelni, to przecież nawet Olimpijczycy muszą - jak wszyscy - istnieć w czasie. Pchnąłem Bachusa na wyspę wolniejszego czasu w Tír na nÓg i Olimpijczycy odebrali to jako osobistą zniewagę - i to tak osobistą, że woleli mnie zabić niż odzyskać Bachusa.

Nawet przez chwilę nie łudziłem się jednak, że podobny myk uda mi się z łowczyniami. Były o wiele lepszymi wojowniczkami - to raz, a dwa: starając się mnie ubić, cały czas pilnowały jedna drugiej.

- Dokąd biegniemy? - spytała Granuaile.

- Sigma razy oko na północ. Na razie. Sytuacja jest płynna.

<Płyny to zostawiłem jakieś, kiedy zobaczyłem, że lecą na mnie te strzały> wyznał na to Oberon. (Obie strzały zgarnęła Morrigan, zasłoniwszy nas swoją tarczą. A zaraz potem kazała nam uciekać).

- Też o mały włos tego nie zrobiłam, Oberonie - pocieszyła go Granuaile. Teraz słyszała już jego głos, jako że była druidką pełną gębą. - Powinnam była robić uniki albo wspierać Atticusa, albo, no, cokolwiek, a tymczasem jedyne, na co było mnie stać, to staranie się bardzo, żeby się nie zsikać.

- Przerwę na siusiu zrobimy sobie później - zarządziłem. - Póki co najważniejsze jest zyskać nieco dystansu.

- Rozumiem, że ostrożność nie jest na naszej liście priorytetów zbyt wysoko, co? Bo będzie nas raczej dość łatwo wytropić, gdy tak pędzimy przez ten las.

- Jak tylko będzie można, zaczniemy zachowywać większe środki bezpieczeństwa.

W głowie usłyszałem znów zachrypły głos Morrigan. Nie przepadałem za tym jej zwyczajem, ale w tej chwili była to dość wygodna forma komunikacji. Ton Morrigan był ekstatyczny.

Oto bitwa, która powinna przejść do historii! Gdybyż tylko byli świadkowie i bard taki jak Amergin, by opiewać ją w godnej jej pieśni!

Morrigan...

Słuchaj, Siodhachanie. Zdołam zatrzymać je tu jakiś czas, lecz wkrótce znów podążą waszym tropem.

Jak to? A co z tobą?

Gdzie im tam do mnie. Lecz nie jestem przecież nieśmiertelna. Mój koniec bliski. Widziałam wszystko. Cóż to będzie za koniec!

Zwolniłem i aż się obejrzałem. Granuaile i Oberon też odruchowo przystanęli.

Ty umrzesz?

Nie zatrzymuj się, głupcze! Biegnij, słuchaj i nie śpij. Potrafisz, mam nadzieję, odegnać potrzebę spania, prawda?

Tak. Trzeba zapobiec odkładaniu się w mózgu adenozyny i...

Dość już tych nowomodnych terminów. Grunt, że wiesz, co robić. Musisz teraz odnaleźć jedną ze Starych Dróg do Tír na nÓg, i to taką, która nie jest strzeżona, albo dotrzeć do lasu Herna Myśliwego.

Do lasu Herna? Masz na myśli Las Windsorski? To jest piekielnie daleko stąd!

Zawsze jest jeszcze inna opcja. Śmierć - skonstatowała Morrigan.

Nie, dziękuję. Ale Windsor to już nie jest dzika puszcza. To raczej wypielęgnowany parczek. Ludzie piją tam herbatkę. Może nawet grają w krokieta. To żaden las.

Wystarczający. I jest tam Hern. On was obroni. Będzie miał przyjaciół. A, i, Siodhachanie, nie zapominaj, że Gaja kocha nas bardziej niż Olimpijczyków. W całym ich długim życiu nie dali jej nic. Gorzej, męczą ją jeszcze tymi pandemoniami. Rozplatam właśnie tym tu rydwany, będą więc biegły na piechotę, póki im ci boscy kowale nie wykują nowych. Wykorzystaj to i maksymalnie zwiększ dystans.

Coś mi się tu nie zgadzało.

Ale, Morrigan, skoro wszystko to przewidziałaś, dlaczego mnie nie ostrzegłaś?

Byłeś z tą swoją kobietą.

Z "moją" kobietą? Gdybym tak nazwał Granuaile, straciłbym z pewnością uzębienie. Nie jest moja. Nie da się nikogo mieć.

Wiem. I ja to zrozumiałam.

Świetnie. Ale co to ma do tej śmiesznej walki z Olimpijczykami? Przecież mogliśmy jej uniknąć!

Nie. Prędzej czy później i tak by nastąpiła. Odwlekanie jej niczego by nie zmieniło.

Żartujesz?! Na tym polega życie. Na odwlekaniu śmierci. Ty powinnaś się jednak przekonać do prozacu.

Cii. Mam dla ciebie coś, co współcześni zwykli nazywać uroczym prezentem pożegnalnym.

Aż się wzdrygnąłem na myśl o tym, co Morrigan może uważać za urocze, spytałem więc po prostu:

Prezent pożegnalny?

W Tír na nÓg znajduje się pewna Wyspa Czasu. Tu masz dokładniejszy adres.

W mojej głowie pojawiła się wizja niskiego kamiennego obelisku z wyrytą w piśmie ogamicznym instrukcją.

Widzisz? - dopytywała się Morrigan.

Tak, ale...

Zapamiętaj to sobie dobrze. Okrąż wyspę. Gdy będziesz w górnej części wyspy, przyjrzyj się linii drzew, a zobaczysz kogoś, kogo być może zechcesz stamtąd wyciągnąć. Wówczas poproś o pomoc Goibhniu.

Morrigan. Dlaczego?

Bo jestem w potrzasku, a to jedyne wyjście. Bo wybrałeś i wybrałeś dobrze. Nie mogę jej winić.

Nogi się pode mną ugięły, gdy dotarła do mnie powaga jej słów. Granuaile rzuciła mi zaniepokojone spojrzenie, a ja pokręciłem natychmiast głową, żeby ją uspokoić, że wszystko w porządku.

Ale... Morrigan, nigdy nic nie powiedziałaś.

Czy to by cokolwiek zmieniło? Czy wybrałbyś mnie?

Nie wiem. Ale nawet nie dałaś mi szansy.

Każdy dzień był szansą, Siodhachanie. Dwa tysiące lat. Gdybyś był zainteresowany, miałeś dość okazji, by to zainteresowanie okazać. Rozumiem. Przerażam cię. Przerażam wszystkich i nie da się od tego uciec, choćbym stawała na głowie.

No... tak. Właśnie walczysz z dwiema Olimpijkami i jednocześnie prowadzisz ze mną tę rozmowę. To jest rzeczywiście dość przerażające.

Dobrze się przygotowały. Mają syntetyczne szaty. Nie mogę ich spleść. I są nader sprawnymi wojowniczkami. Celują w moją prawą stronę, by odciąć mnie od magii.

Morrigan, spadaj stamtąd i tyle. Uratowałaś już mnie i mamy przewagę.

Nie. Już wybrałam. Odkąd pokonałeś Aenghusa Óga, próbowałam się zmienić, ale okazało się, że zmiana jest już niemożliwa. Nie potrafię mieć przyjaciół. Nie potrafię być delikatna i czuła, chyba że w wyjątkowych okolicznościach. Moja natura po prostu tego nie przewiduje. Potrafię tylko przerażać, uwodzić i szafować śmiercią. Czy to nie dziwne? Dawno, dawno temu byłam sobie zwykłą druidką, taką jak każdy inny druid. Mogłam robić, co mi się żywnie podobało. Ale gdy stałam się boginią, wraz z mocą przyszły i oczekiwania. Może powinnam raczej powiedzieć: okowy. Nie zauważałam ich, póki nie spróbowałam się z nich wyzwolić. Moja natura nie należy już do mnie. Nie mogę robić, co mi się podoba. Mogę być tylko taka, jak chce mnie postrzegać mój lud.

Przykro mi. Nie miałem pojęcia.

Mówię ci to po to, żebyś był mądrzejszy. Takie jest sekretne prawo boskości i biada tej, która je odkryje. Próbowałam z tym walczyć, ale potwierdzało się tak często, że musi być prawdą. A jednak znalazłam pocieszenie.

Pocieszenie?

Oto moje zwycięstwo, Siodhachanie: mam prawo walczyć i nie potrzebuję po temu żadnego powodu. Zwykle mam jednak jakiś, ale może to być jakikolwiek powód, jaki mi przyjdzie do głowy. Dziś więc nie walczę dla chwały, dla honoru, z zemsty czy żądzy mordu. Walczę z... innego powodu.

Rozumiem. Ale powiedz to i tak. Żeby wygrać.

Z miłości.

Morrigan, ja...

Poczułem, że coś pęka cicho w mojej głowie, jakby zniknęło napięcie w pękniętej nici. Albo zerwanym splocie. Nagła pustka. Zakręciło mi się w głowie i aż potknąłem się o jakiś korzeń i zaryłem twarzą w ziemię.

Morrigan?

Cisza w mojej głowie oznaczała tylko jedną odpowiedź. Nasze mentalne połączenie było jak cichy szum komputera albo sprzętów kuchennych, którego nigdy się nie zauważa, póki nagle nie zniknie. Podczas dość bolesnego rytuału, dzięki któremu odzyskałem ucho stracone w walce z pewnym demonem, Morrigan przemyciła kiedyś splot, który pozwalał jej porozumiewać się ze mną telepatycznie. Teraz to połączenie zniknęło.

- Atticusie, co się stało? - Granuaile pomogła mi wstać i jęknęła głucho, gdy zobaczyła moją twarz. - Jesteś ranny? Dlaczego płaczesz?

Puściła moje ramię, ale natychmiast znów je chwyciła, gdy zachwiałem się na nogach. Wciąż kręciło mi się w głowie.

- Morrigan nie żyje - wyszeptałem.