20 marca 2020
Dzień drugi na bis (uwaga, długie)
I się pomyliłem (podobno), bo ten dzień, co myślałem, że jest pierwszy, był tak naprawdę dniem zerowym. Znaczy, że się nie wlicza, gdyż to dzień na dojazd do miejsca kwarantanny. Czyli że spokojnie mogłem przedwczoraj rozdawać "piątki", "żółwiki" oraz "miśki" znajomym tudzież przygodnie napotkanym obcym (nie, nie chodzi o tych ze strefy 51), gdybym tak w swojej nieodpowiedzialności wybrał się do miejsca spotkań fanatycznych konsumentów makaronu tudzież placka z keczupem i serem. Podobno się nie wlicza, gdyż tak powiedział mi przez telefon kolega zainteresowany tym, czy aby jeszcze dycham. Kolega ów spokojnie mógłby być politykiem praktycznie każdej partii, zna się bowiem na wszystkim i w każdej sprawie zabiera głos, a marnuje się gdzieś tam na lichej posadzie w prywatnej firmie.
W każdym razie o 16.38 rozległ się dźwięk telefonu. Patrzę ci ja na wyświetlacz, a tu jakiś numer nieprzyporządkowany do książki adresowej. Coś mnie tknęło i odebrałem. Całe szczęście, bo pewnie gdybym zignorował połączenie, to niechybnie za chwilę miałbym w domu antyterrorystów co najmniej z sanepidu oraz rozwalone taranem drzwi, a jak tu bez drzwi korzystać z uroków kwarantanny? Tak więc odebrałem ten telefon i głos po drugiej stronie powiedział:
- Sierżant Iksiński z policji! Jest pan w domu?
- Nooo... jestem - odpowiedziałem.
- A może pan podejść do okna, bo chciałbym pana zobaczyć?
- Okej, podchodzę.
- Nie widzę pana!
- I ja pana policjanta nie widzę, ale za to dostrzegam radiowóz, bardzo prawdopodobne, że pański.
- Chyba mój - ucieszył się głos.
W tym momencie zza drzewa wyszedł sympatycznie wyglądający policjant z telefonem przy uchu. Szybko przeanalizowałem sytuację i wyszło mi, że to prawdopodobnie mój rozmówca. Też mnie zobaczył i radośnie pomachał do mnie ręką.
- O! Widzę pana! Wszystko w porządku? Niczego pan nie potrzebuje?
- Wszystko okej, miłej służby.
- No to do zobaczenia.
Odjechał, a ja zostałem, patrząc w dal za niknącym radiowozem. Z tej magicznej chwili wyrwał mnie widok twarzy przechodniów, którzy dla odmiany patrzyli na mnie stojącego w oknie, i nie ulegało wątpliwości, że spoglądają na spersonifikowaną twarz zarazy.