Pieśń o Sigurcie
W Gdańsku dzień był chłodny i szary. Mgła snuła się nad rzeką Motławą, jakby woda sama nie chciała patrzeć na to, co miało się wydarzyć. Na placu przed murami zgromadzili się bracia w białych płaszczach, mieszczanie, paru żeglarzy z północy i ciekawa widowiska biedota. Wszyscy przyszli zobaczyć śmierć pirata, którego imię przez lata budziło strach na Bałtyku, przyszli zobaczyć krwawy koniec Widukinda.
Był przywiązany do drewnianego pala. Twarz miał pooraną bliznami, a oczy jasne jak lód w północnym fiordzie. Miał za sobą dziesiątki zim i setki bitew, ale żadna rana nie bolała tak głęboko, jak zapleśniałe wilgocią więzienie w krzyżackim zamku, co dało się zobaczyć na jego wycieńczonym licu.
Dzień przed egzekucją odwiedził go wielki mistrz zakonu, Werner von Orseln. Rozmawiali długo, a choć nikt nie słyszał ich słów, świadkowie mówili potem, że obaj patrzyli na siebie jak równy z równym, jak wojownik z wojownikiem.
Krzyżacy nie mieli jednak dla niego litości. Kara była najokrutniejsza z możliwych, zdarcie skóry za życia. Gdy ostrza rozcinały jego ciało, Widukind nie krzyczał. Na jego pulsującej od bólu piersi, zanim zalała ją krew, można było zobaczyć jeszcze tatuaż, smoka, który pożerał własny ogon. Znak jego pradawnego rodu, uroborosa.
Gdy wikingowska posoka spłynęła na bruk, Widukind odszedł, ale nie w nicość. Jego duch zanurzył się w przeszłość, w czasy, gdy po ziemi stąpali dawni bohaterowie niezapomnianych pieśni i jego przodek, wielki Sigurt, zwany Pogromcą Smoków.
Osiągając wiek męski jak wszyscy pierworodni z rodu, Sigurt musiał przejść próbę i udać się w daleką podróż na odległą, wulkaniczną wyspę na północy, gdzie dym i ogień mieszały się z mgłą, i która według legend była domem smoków. Tak jak każdy syn jego rodu, który chciał nazywać się wojownikiem, musiał musiał wsiąść na drakkara, popłynąć w nieznane i zmierzyć się z mityczną bestią.
Morze północy nie znało dla nikogo litości. Sztormy uderzały w jego łódź jak młoty Thora. Każda fala wyrzucała ją w powietrze, a góry lodowatej wody opadały z hukiem, jakby chciały zmiażdżyć smocze łuski, wyryte w drewnie dziobu. Z wnętrza okrętu dobiegał tylko jęk napinanego do granic wytrzymałości masztu, a wiatr niósł krzyki wioślarzy, mieszając je z odgłosem grzmotów.
Sigurt stał wyprostowany przy sterze, a jego czarny płaszcz trzepotał na wietrze jak skrzydła kruka. Wizerunek smoka na dziobie łodzi miał chronić ich przed gniewem bogów i demonów królujących w krainach, do których się zbliżali.
Po wielu dniach walki, z mgły wyłoniły się czarne klify wyspy. Z jej szczytów unosiły się pióropusze dymu, a gdzieś w głębi równomiernie dudnił ogień.
- Wyciągnąć okręt na brzeg - zakrzyknął do swoich towarzyszy - ale nakazał też zostać na pokładzie.
- To droga tylko dla mnie - powiedział, zeskoczył z pokładu i ruszył samotnie w stronę wnętrza wyspy, ku próbie, którą przodkowie zapisali w jego krwi.
Czarna ziemia wyspy parzyła przy każdym kroku jego stopy, a powietrze miało w sobie zapach siarki i gnijącej wody.
Sigurt wspinał się po stromym zboczu i nucił dawne pieśni o zwycięstwach znamienitych przodków. Jego cień wydłużał się na skałach, zniekształcony, jakby już wtedy był kimś więcej niż człowiekiem.
W końcu w głębi wyspy ujrzał dolinę. Mleczna mgła kryła dno, ale nad nią, jak z piekła, unosił się kształt. Skrzydła długie jak żagle, łuski lśniące w ogniu bijącym z rozpadlin, oczy jarzące się ku niemu czerwienią. Sigurt zatrzymał się i spojrzał na Smoka.
Nie zastanawiał się, czy był realny stworzeniem, czy tylko cieniem jego własnego strachu, zrodzonym z opowieści starych skaldów i szeptań dziadów przy ognisku. Dla Sigurta był żywy, prawdziwy, taki, z jakimi walczyli jego przodkowie w czasach bogów. Chwycił więc miecz oburącz.
- Dziś, o bogowie, wezmę waszą siłę! - ryknął i ruszył naprzód.
Bestia ryknęła w odpowiedzi. Jej oddech był gorący jak piec kowala, a każdy krok trząsł ziemią.
Sigurt wpadł w szał i stal uderzyła w łuskę, która rozprysła się jak szkło. Krew, czy raczej coś, co wyglądało jak krew, chlusnęła na ziemię, było gorące, lepkie i palące.
Czuł się jak Thor w dniu Ragnarök, jak Odyn, gdy patrzył na upadek olbrzymów. W każdej sekundzie był jednocześnie sobą i całym rodem, który go poprzedzał.
Smok w odpowiedzi uderzył ogonem. Si gurd poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg, a potem zapadła już tylko ciemność.
Ale nie była to zwykła ciemność. Z niej wyłonił się przed Sigurtem obraz.
Był przywiązany do pala, w obcym miejscu, otoczony przez ludzi w białych płaszczach i krzykliwą tłuszczę. Słońce stało nisko, a powietrze pachniało krwią. Każdy oddech był męką. Spojrzał w dół na swoją pierś. Tam, gdzie skóra była jeszcze nietknięta, widniał tatuaż smoka pożerającego własny ogon. Nie znał znaczenia tej wizji, ale poczuł, że jest ona częścią jego losu i tych, którzy nadejdą po nim.
Ocknął się, czując pod sobą drżącą, rozpaloną ziemię. Powietrze miało smak popiołu, a w uszach dudnił oddech góry. Obok leżał miecz, ostrze drgało w rytm tętna ziemi, a stal czerwieniła się kolorem płynącej w oddali lawy.
Si gurd wstał powoli, ciężko, jak wojownik po całonocnej bitwie. Spojrzał ku szczytowi. Wulkan ziejący dymem wyglądał jak piec kuźni samego Thora, w którym hartuje się los ludzi i bogów.
Zaczął schodzić, ku zatoczce. Tam, na czarnej plaży, jego ludzie poruszyli się niespokojnie. Gdy zobaczyli go, zaczęli przygotowywać okręt do wypłynięcia.
Zanim pozwolił im odbić od brzegu, nakazał jednak zdjąć żagiel. Wyciągnął drewniane wiadro z czerwoną farbą, zanurzył w niej dłoń i powoli, pewnym ruchem wymalował na białym płótnie ogromny znak smoka pożerającego własny ogon.
- Teraz - rzekł, głosem, który niósł się nad wodą jak rozkaz i przysięga zarazem - niech bogowie wiedzą, że Si gurd z rodu Pogromców Smoków powrócił.
Wiatr wypełnił nowy znak, a okręt ruszył ku dalekim rodzinnym fiordom.
***
Stefana obudziła dziwna lepkość. Miał wrażenie, że ta odrażająca, jak to w pierwszym momencie odczuł, mazistość, otacza jego całe ciało. Leżał nagi, w nie swoim łóżku. Czuł tylko zmysłami skóry to specyficzne niedające się pomylić z niczym innym coś, bodziec, wyraźnie nieprzyjemną, wręcz odpychającą wilgoć. Była charakterystyczna tylko dla jednej rzeczy, zastygającej powoli, ale ciepłej jeszcze krwi.
Czuł ją wszędzie, pod dłońmi, policzkiem, na nagim torsie i w kroczu, ale czuł coś jeszcze. To był chłód przeszywający wszystko wokoło i ten zapach, przenikliwy, wszechobecny, specyficznie słodkawy, taki jak pamiętał z oblężonego, skutego zimą Stalingradu, zapach nieodłącznie towarzyszący śmierci.
Zsunął się z krawędzi łóżka na podłogę i powoli, z wysiłkiem podniósł, najpierw na obolałe kolana, potem, podpierając rękami, wyprostował się. Stał nagi, cały we krwi, w świetle wpadających przez niewielkie, lekko przysłonięte firanką okno ogrzewających, porannych promieni słońca. Mimo że w pomieszczeniu panował półmrok, zmrużył oczy, jakby był po solidnym nocnym piciu, choć nie mógł sobie tego ani niczego innego z dnia poprzedniego przypomnieć. Wyraźnie jednak raziło go to niosące świeżość nowego dnia światło.
Stawiając kroki po zalanej krwią skrzypiącej pod jego ciężarem podłodze, powoli podszedł do okna, zdecydowanym ruchem rozsunął potrzebującą prania firankę i ostrożnie wyjrzał na ulicę.
Za oknem powoli zaczynało pulsować życiem Powiśle niczym alkoholik budzący się po długiej przepitej nocy. Z trzeciego piętra kamienicy, a w zasadzie, ocalałej połowie zawalonego ostańca, do którego trafił wieczorem z poznanym przypadkowo w barze na Nowym Świecie chłopcem, młodym i silnym blondynem spod Mińska, który jak wielu mu podobnych przyjechał odgruzowywać stolicę, rozciągał się w stronę płynącej w oddali zielonkawo-burej taśmy Wisły widok ulicy Tamka.
Teraz wyglądająca jak wąwóz gruzów, jeszcze tak niedawno pełna była specyficznego uroku dzielnicy cwaniactwa, sprytu i biedy. Piętrzące się hałdy cegieł, popalonych desek i gdzieniegdzie sterczące pomiędzy nimi ku niebu jak powyłamywane zęby, fasady i dziurawe mury domów, powoli zaczynały wypełniać się ludźmi.
Przez chwilę przypatrywał się przeciągającemu się w porannym słońcu pooranemu wojną miastu, po czym, jak gdyby coś sobie przypominając, raptownie się odwrócił.
Wnętrze pokoju niczym nie wyróżniało się, tandetne, przystosowane tylko do noclegu i jakiegoś tam tymczasowego życia. Typowa nora w walącej się oficynie, wylęgarnia bandyctwa i kurewstwa, pomyślał z odrazą. Jeszcze uważniej rozejrzał się po pomieszczeniu, próbując przystosować oślepiony słońcem wzrok. Obraz powoli zaczął się wyostrzać i jak życie za oknem, z ciemności poczęły wydobywać się kontury przedmiotów. Zaczęła wyłaniać się rzeczywistości.
Adam, a w zasadzie to, co jeszcze kilka godzin wcześniej nim było, leżał nagi na prowizorycznym, zbitym z desek i pokrytym siennikiem łóżku. W zasadzie nawet nie leżał, tylko był rozwłóczony. Ręce i nogi miał rozrzucone na boki, jakby był św. Andrzejem rozciągniętym na krzyżu. Na szyi i klatce piersiowej, całych zbroczonych krwią, świeciły głębokie szarpane rany. Wyglądały, jakby jakiś rzeźnik starał się, podczas oprawiania zwierzyny, wydobyć jeszcze ciepłe wnętrzności, by nie skaziły mięsa. W miejscu, w którym powinno być serce, widniała wypełniona strzępami tkanki płucnej dziura, w której bieliły się końcówki połamanych żeber.
Stefan podszedł bliżej, kucnął przy zwłokach i zaczął wąchać. Wciągał powietrze i jego zapach przez nozdrza, jak drapieżnik w czasie tropienia ofiary. Robił to intensywnie, tak jakby nie chciał utracić nawet najmniejszej barwy tej woni śmierci. Sycił się i czynił to w sposób, jakby najwyraźniej chciał ten zapach dobrze zapamiętać. Po chwili trochę się podniósł, ale tylko na tyle, by jego twarz znalazła się nad martwą twarzą Adama. To była buzia młodego chłopaka o niebieskich oczach i jasnych kręconych włosach. Widząc ją, przypomniał sobie jak przez mgłę wczorajszy wieczór, obskurną, ale przepełnioną knajpę, muzykę z akordeonu, wódkę i tego ślicznego młodzieńca, przybyłego ze wsi bohatera podnoszącego z gruzów doszczętnie zniszczoną po powstaniu stolicę.
- Przepraszam kochany, ale taka karma - wyszeptał z goryczą w głosie do poranionego ciała, po czym szybko przetarł palcem krew na policzku Adama i posmakował przypominającą swoją konsystencją powidła substancję. Następnie wstał, podszedł w róg pokoju i umył się zimną wodą w stojącej tam na taborecie misce. Nie robił tego skrupulatnie. Przepłukał tylko twarz, szyję, ręce i ramiona. Woda spływała po silnie umięśnionym karku i plecach, na których, na całej szerokości, od barku do barku, widniały świeżo zabliźnione rany po kulach. Blizny wyglądały tak, jakby ktoś pociągnął po nim serią z pistoletu maszynowego i musiał to być cud, że przeżył.
Stefan zdawał sobie sprawę, że nie ma dużo czasu, że szybko musi zatrzeć ślady i rozpłynąć się na ulicy. Pospiesznie więc założył bieliznę, która już nawet nie nasiąkała zastygłą na jego skórze krwią, potem zapiął dokładnie, a nawet z dozą elegancji w ruchach mundur. Gdy zapinał na nadgarstku zegarek, przez moment przyglądał mu się z uwagą, jakby ten drobny przedmiot niósł w sobie dalekie, prawie zatarte przez czas wspomnienie, potem docisnął pas z bronią i wyprężył się jak na musztrze.
Był wysokim i zdecydowanie eleganckim mężczyzną, na pewno podobającym się kobietom. Już gotowy, przetarł oficerki, ostrożnie wyjął z torby dwa granaty przeciwpiechotne, jeden obwiązał sznurkiem, odbezpieczył i oba wsunął pod ciało Adama. Rozwijając szary kłębek, wyszedł za drzwi, zamknął je i zdecydowanym ruchem szarpnął. Wiedział, że ma tylko kilka sekund i zbiegł najszybciej, jak mógł po skrzypiących schodach. Gdy był już przed kamienicą, powietrze rozerwała ogromna detonacja i część oficyny z pokojem, w którym zostawił martwego chłopaka, runęła jak domek z kart. Przez otwór bramy buchnęła na ulicę z siłą przewracającą przechodzących ludzi chmura czarnego dymu i tumany kurzu. Kostrzewski, który stał pod ścianą kilka metrów dalej, miał nawet trochę zdziwioną minę, gdyż nie spodziewał się aż takiej katastrofy.
- A nie mówiłem, żeby nikt tej ruiny nie zasiedlał, że będzie tragedia, ale ludzie głusi są, a potem giną, a to pewnie był jakiś niewybuch po powstaniu, całe miasto ich pełne - krzyczał przebiegający obok starszy mężczyzna.
Stefan nie zwracał już na to uwagi i ruszył w kierunku Wisły. Kroczył szybko w dół ulicy, mijając porozstawiane gdzieniegdzie kramy, ulokowane we wnękach rozbitych domów prowizoryczne kuchnie, zakłady fryzjerskie i punkty usługowe. Miasto ruin żyło już pełną piersią, jakby chciało jak najszybciej zapomnieć przeszłości, jakby liczyła się już tylko przyszłość.
Nie oglądał się wstecz, spieszył się. Szedł w kierunku wylotu ulicy, gdzie funkcjonowała, stała wodna przeprawa na Pragę. Musiał zdążyć na poranną odprawę w resorcie.
Dochodząc do podziurawionej kulami, jak sito, ale zadziwiającym zrządzeniem losu ocalałej z powstańczej pożogi Syrenki i zeskakując z brzegu w kierunku czekających przewoźników, przez moment myślał jeszcze o Adamie, że taki młody, piękny, pełny życia i marzeń, że może szkoda. Gdy wsiadał do łodzi przez moment wypełniała go nawet złość na siebie, tak przynajmniej myślał, złość, że nie potrafił zapanować na swoją żądzą, nad głodem. Zaraz, jednak wyrzuty sumienia przytłumiła pamięć, podsuwając wspomnienie słodkiego smaku krwi zlizywanego z policzka chłopca i myśl, że to nie był człowiek, tylko pokarm.
- Jeden więcej, jeden mniej, wszak śmierci wokoło wciąż tak wiele - już nie miał w głowie Adama, usiłował sobie tylko przypomnieć dzień, chwilę, w której po raz pierwszy poczuł ten smak, ale nie mógł.
Janek powoli wchodził w głąb kanału ściekowego. Z każdym krokiem, im bardziej pogrążał się w podziemia i im bardziej ogarniała go nieprzenikniona wilgotna ciemność, tym mocniej odczuwał paraliżujący i dobywający się z wnętrza samych jelit paraliżujący ciało strach.
Był dzieckiem i jedyne, czego pragnął w tym momencie, to uciec do domu, do mamy, uciec jak najdalej z tego strasznego miejsca, jednak niepokój o przyjaciela z każdą sekundą pchał go coraz głębiej w mroczną czeluści.
Próbował dodawać sobie odwagi i usiłował rozświetlić wnętrze korytarza niewielką harcerską latarką Grzesia. W piersiówce, jak nazywali je chłopcy, gdyż posiadały specjalne metalowe ucho do zawieszenia na guziku piersiowej kieszeni harcerskiej bluzy, jak na złość, akurat w tym momencie, zaczęła padać bateria i słabnące migoczące światło, rozmywając się w nieprzeniknionej niczym mgła ciemności, bardziej utrudniało, niż pomagało zorientować się w terenie.
Grześ w czerni wnętrza kanału zniknął kilka minut wcześniej. W zasadzie to on był pomysłodawcą całej tej zwariowanej wyprawy. Już od kilku dni, jak to mawiali do siebie w zabawie chłopcy, truł dupę o skarbie z napadu na jubilera. Miał być ukryty gdzieś w podziemiach miasta, a przeczytał o nim w warszawskiej popołudniówce, tej, w którą szewc obwinął buty ojca i które po zelowaniu, jeszcze przed niedzielą odebrał z warsztatu.
W domu Grzesia, z uwagi na stosowany w gazetach język, brukowców oczywiście nie czytano. Obowiązywał zakaz wydany przez ojca, wojskowego, przedwojennego podoficera, który kilka lat później, w 1939, z powodu choroby nie zdąży się stawić do jednostki. Niestety, jeszcze przed Powstaniem, ze zgryzoty strzeli sobie skutecznie w łeb, z ukrytej po kapitulacji służbowej broni.
Właśnie z powodu panującego w domu wojskowego rygoru, Grześ z tym większą ciekawością, niczym zakazany owoc, gdy wszyscy w domu poszli spać, pochłaniał zdobytą u szewca gazetę. O napadzie na jubilera, na Krakowskim Przedmieściu, nieopodal kościoła Św. Anny, przeczytał na odwrocie pierwszej strony, w lewym dolnym rogu. Niewielka reporterska notka informowała tylko o zuchwałym skoku, podczas którego zastrzelono właściciela sklepu oraz ciężko postrzelono interweniującego granatowego policjanta.
"Świadki gadajo, że te łachudry zajechały pod jubilera bryką, donosił podekscytowany żurnalista. Całkiem elegancko się nosili, no i mieli ze sobą babkę, co pewnie stała na czatach, żeby wszystko grało, ale pech ich dopadł, bo jak już obrobili sklep i chcieli dać nogę, to zza winkla akurat wyskoczył gliniarz. No i się zaczęła jatka, strzelanina jak z filmu. Nie mogli dojść do fury, to dali drapaka z łupem w jakąś boczną uliczkę, a ta paniusia też przepadła jak kamień w wodę. Potem wyszło, że ta bryka, co nią zajechali pod jubilera, to też była rąbnięta".
Jak dalej pisał autor, bandyci z łupem wartym kilkadziesiąt tysięcy złotych polskich prysnęli w nieznanym kierunku, prawdopodobnie, kryjąc się w miejskich kanałach. Artykuł kończył się zdaniem, że pościg za bandytami trwa oraz że zrabowanego skarbu nie odzyskano. I właśnie to jedno ostatnie zdanie otworzyło w Grzesiu drzemiący w nim świat wyobraźni. Gdy następnego dnia na podwórku spotkał się z Jankiem, miał już gotową legendę, według której złoczyńcy uciekali przed pościgiem i kilka przecznic od miejsca napadu wskoczyli do kanału, i ukryli w nim łupy, by w dogodnej chwili po nie wrócić.
- Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie paradowałby teraz po mieście z workiem zrabowanej biżuterii - zakończył opowieść i patrząc Jankowi głęboko, i tajemniczo w oczy zaproponował akcję poszukiwania skarbu.
Janek o napadzie na jubilera dowiedział się już dzień wcześniej. Informację przyniósł do domu ojciec, wzięty warszawski adwokat, który po przekazaniu przy obiedzie sensacji z miasta, sprawę podsumował krótkim stwierdzeniem, że takich zabijaków, to powinno się powywieszać i byłby spokój.
- Kradli, to kradli, ale po co zabijali niewinnych ludzi i osierocili dzieci - zakończył oburzony. Gdy więc Grzesiek na podwórku wspomniał o skarbie, bez wahania zgodził się na śledztwo.
Kilka dni potem Janek, stał w ciemnościach. Był sam, kanał lekko rozświetlało migoczące światło dogasającej latarki i ostatnie promienie słońca dochodzące zza jego pleców przez odległe wejście. Przerażony długo nie mógł wydobyć z siebie głosu. Grzesia stracił z oczu jakiś czas temu, gdy przy owalnym wymurowanym cegłą wylocie kanału ogarnął go niespodziewany i paraliżujący strach przed mrokiem i tym, co mogło kryć się pod miastem, a co podpowiadała mu bujna dziecięca wyobraźnia.
Grześ rzucił tylko, że będzie żałował, że nie poszedł i gdy to jemu przypadnie sława odkrywcy skarbu złoczyńców, po czym zniknął w wilgotnych trzewiach miasta. Jankowi było wszystko jedno, czy znajdą łupy z napadu na jubilera, czy nie. Chciał tylko wracać do domu, ale ostatecznie postanowił, że poczeka, pewny, że przyjaciel zaraz wróci. Mijały jednak minuty, a Grzesia nie było. W końcu się zdecydował.
Powoli kroczył w spływającej po ostatnich opadach dnem kanału deszczówce i ze wszystkich sił próbował wypatrzyć jakiś ślad. W końcu krzyknął: - Grzesiek, gdzie jesteś, Grzesiek, wracaj.
Z wnętrza poza delikatnym szumem wody nie dobiegał jednak żaden dźwięk.
Zaczął się bać i krzyknął już beznadziejnie jeszcze raz: - Grzesiek, nie wygłupiaj się, wracaj.
Nie doczekał się jednak odpowiedzi, ale dokładnie, w tym samym momencie, w oddali, na wysokości nóg błysnęło coś niesione przez wodę. Chwilę pomajstrował przy latarce i mocno nią potrząsnął. Zadziałało i na moment żarówka znów mocno rozbłysła. Janek skierował światło w głąb kanału.
W pierwszym momencie się zdziwił. Płynęła powoli niczym zrobiony z kartki papieru statek na wodzie, jakimi często bawili się po intensywnej burzy, gdy ulicami spływały rzeki wody. Biała przemoczona dziecięca marynarska czapeczka, w którą ubrany był Grzesiek. Przez chwilę, obijając się o leżące na dnie kamienie i cegły, unosiła się na wodzie, po czym zatrzymała przy butach Janka. Chłopiec przyglądał się jej z zaciekawieniem, ale zaraz przeraźliwie krzyknął i przerażony uciekł do wejścia. Na czapeczce, z wyhaftowaną srebrną nicią kotwicą i napisem Gdynia, czerwieniły się purpurowe ślady świeżej krwi.
- Grzesiek, nie - krzyknął i zerwał się raptownie z posłania. Znów był cały przemoczony od potu, jak każdej nocy, gdy nachodził go ten sam sen. Z wysiłkiem podniósł się i usiadł na krawędzi łóżka, schował w dłoniach wymęczoną twarzy i wyszeptał - nie, nie, tylko nie to, nie.
Sny z zaginięcia przyjaciela z dzieciństwa, z tego potwornego dnia, gdy pięć lat przed wybuchem wojny wybrali się nad Wisłę i weszli do kanału, prześladowały Janka od kilku miesięcy. Zaczęły nachodzić go już po wszystkim, po całym tym okropieństwie okupacji i powstania. Wprawdzie wydawało mu się, jeszcze wtedy, podczas ewakuacji ze Starówki na Śródmieście, że zobaczył go, Grzesia, w jednej z mijanych w marszu odnóg kanału, niewysokiego pulchnego 10-latka w marynarskiej czapeczce z napisem Gdynia, ale pomyślał, że to musiały być tylko zwidy od złego powietrza, tam pod ziemią.
Janek Radwan, młody kapitan wydziału śledczego wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, powoli, jak na swój wiek nawet bardzo powoli wstał i podszedł do żeliwnej umywalki w rogu skromnego służbowego pokoju w kamienicy przy Grochowskiej, i odkręcił wodę. Z kranu dobiegł charakterystyczny dźwięk porannych kłopotów z zasilaniem, typowej sytuacji, gdy miasto budziło się i ruszyło jeszcze przed śniadaniem do łazienek. Wiedział jednak, że trzeba być cierpliwym. Odczekał i po chwili z rury dało się usłyszeć bulgotanie i zaraz potem w zlew, rozpryskując się niczym fontanna, uderzyła struga rdzawej wody. Janek namydlił szarą kostką dłonie i zaczął intensywnie szorować twarz, tak jakby chciał zmyć z niej ostatnie ślady sennego koszmaru. Odpychający zapach mydła rozszedł się po pokoju. Gdy skończył, podszedł do okna, lekko je uchylił i poprzez zszarzałą falującą od podmuchu powietrza firankę, do wnętrza wlał się hałas tętniącej już życiem ulicy.
Zaparzył kawę i siadł do pokrytego zaplamioną ceratą stołu ze stojącą na niej filiżanką wypełnioną parującym produktem dostępnym tylko dla gastronomii, obrotnych ludzi z kasą i takich jak on pracowników resortu. Przez chwilę patrzył na wypełnioną czarnym płynem porcelanę, po czym wziął pierwszy łyk, zbierając na zgrabnym wąsiku brunatną piankę z fusami. Gdy zaczął wyraźnie cieszyć się smakiem, na konsolce pod lustrem przy drzwiach zaterkotał telefon, typowy, czarny, ebonitowy de Gaulle. Niezadowolony wstał z krzesła, niespiesznie podszedł do konsolki, podniósł słuchawkę i przyłożył do ucha.
- Słucham, Radwan - powiedział miłym głosem, w którym słychać było jednak zdecydowanie dobrze wyszkolonego funkcjonariusza. W słuchawce przez chwilę panowała cisza, po czym dobiegły z drugiej strony trzaski, a zaraz za nimi odezwał się głos. Ktoś najwyraźniej składał szybko i konkretnie meldunek.
Janek słuchał z uwagą i na koniec rzucił do słuchawki: - Tak, gdzie dokładnie, rozumiem, proszę zameldować, że będę jak najszybciej.
Gdy skończył, odłożył słuchawkę, wrócił do stołu, na którym obok filiżanki leżała paczka Cameli. Wziął w dłoń papierowe opakowanie, delikatnie i z rutyną starego palacza uderzył palcami w wierzch pudełka i z otworu wysunął się papieros. Z wprawą wydobył go, arystokratycznie umieścił głęboko między palcem wskazującym i środkowym, zapalił i włożył do ust. Zaciągnął się, potem ujął delikatnie za ucho filiżanki z kawą i podszedł do okna. Z zaciekawieniem dziecka rozejrzał się wzdłuż ulicy Grochowskiej, na której ruch, mimo wczesnej pory, rozkręcił się już w najlepsze.
Zaraz, jednak znów zaciągnął się, wypuścił powoli dym, delektując się jego zagranicznym smakiem, a następnie, ostrożnym, ale wprawnym ruchem kawosza, podniósł do warg filiżankę, wziął niewielki łyk i mlasnął ze smakiem. Porcelana wyglądała na ładną i cenną, jedną z tych, które walały się gdzieniegdzie po gruzach wypalonego miasta, zbierane jak cenne trofea przez buszujących jeszcze szabrowników, jak ślady dawnej świetności miasta, ale też, jak archeologiczne dowody upadku starej i skazanej na wymazanie cywilizacji.
Janek uwielbiał pić kawę z filiżanki. To był rytuał, który zapamiętał jeszcze z przedwojennego domu, gdy ojciec, przed wyjściem do pracy, siadał przy stole i matka stawiała przed nim małe porcelanowe naczynie z parującym czarnym płynem. Ojciec zawsze wtedy chwalił matkę i mówił, że najlepsze espresso to jest w Neapolu i tu na Żoliborzu pod 14, czyli u nich w domu. Mama tylko się uśmiechała, ale nie pamiętał, czy kiedykolwiek widział, by też piła kawę. Po latach pojął, nie rozumiejąc jednak, dlaczego, że to był najwyraźniej taki męski zwyczaj ojca, niedostępny dla matki pochodzącej wprawdzie z mazowieckiego, szlacheckiego rodu, ale wyuczonej tylko w muzyce, książkach i prowadzeniu domu. Zwyczaj, który on sam jako już dorosły mężczyzna, po swoim ojcu kultywował, także wtedy, gdy był w lesie. Takie poranne męskie espresso, ze zdobycznego, wydartego Niemcom towaru, jedyna radość w tych krwawych czasach, męskiego świata wojny.
Gdy wziął ostatni łyk, odstawił filiżankę na stole, następnie wsunął do kieszeni Camele, narzucił na ramiona szary radziecki prochowiec, zdjął z wieszaka przy drzwiach typowy ubecki kapelusz i pospiesznie wyszedł. Nie było za wiele czasu, a do urzędu miał pół godziny piechotą.
Gdy znalazł się przed domem, Grochowska tętniła już pełną życia, a jezdnia biegnąca w kierunku Wisły była już solidnie zakorkowana. Od Gocławia, pomiędzy licznymi chłopskimi furmankami ciągnącymi z towarami na wiecznie głodne towarów warszawskie targowiska, wciąż przemieszczały się jeszcze na zachód wojskowe kolumny radzieckich, wypełnionych żołnierzami ciężarówek, czołgów a niekiedy i katiusz. Te ostatnie, jak nic innego, przyciągały uwagę mijanych na chodnikach warszawiaków. Niektórzy, chętni zobaczyć tak wychwalane w prasowych relacjach z frontu, zabójcze dla szkopów "organy Stalina", przystawali na chwilę, brali na barana dzieci, by lepiej widziały i wytykali je sobie nawzajem palcami, jakby było to jakieś niezwykłe dziwo.
Janek nie zwracał jednak na nie uwagi. Od kiedy, gdy jeszcze był w lesie pod Lublinem i na własne oczy zobaczył ich makabryczny występ, a szczególnie efekt takiego koncertu, jaki Ruscy dali wycofującym się w panice niemieckim oddziałom, wiedział, że Czerwoni są potęgą nie do zatrzymania. Wtedy też zaczął czuć przed nimi realną obawę i zrozumiał, że on i mu podobni młodzi, żarliwi walczący o niekomunistyczną Polskę stoją już praktycznie na straconej pozycji. Wtedy też, gdzieś wewnątrz jego niespokojnej duszy coś pękło, pojawiły się pierwsze oznaki ludzkiej słabości i myśli o ucieczce. Wiedział, że to będzie zdrada, ale też, że pozostanie, oznacza rychłą śmierć. Wybrał więc życie.
Do XV Komisariatu Milicji Obywatelskiej, do którego oddelegowano go jako oficera UBP do najtrudniejszych politycznych spraw, nie miał aż tak daleko, by musieć korzystać z tramwaju, które na lewostronnej Warszawie zaczęły jeździć już kilka dni po wyzwoleniu. Pozwalał więc czerwonym, obwieszonym podróżnymi niczym dorodny krzak winogron, szynowcom, mknąć obok siebie. Sam dał się za to porywać płynącej w kierunku targowiska przy Brzeskiej i tętniącej, jak krew w żyłach rzece pieszych. Gdy dotarł do komisariatu przy Kawęczyńskiej mieszczącego się w jednej z licznie po praskiej stronie miasta zachowanych kamienic, przy wjeździe, przed szlabanem czekał na niego już milicyjny gazik.
- Janek, chłopie, dawaj, szybko, jedziemy - krzyczał z siedzenia obok kierowcy elegancki brunecik z zadbanym, przyczesanym skrupulatnie wąsikiem. Nazywał się Andrzej Pastewko, był też kapitanem UBP i nosił się podobnie jak Janek, czyli na typowego śledczego albo ubeka, ale od razu rzucała się w oczy jakaś jego wykwintność, a z twarzy biło typowe, niedające się z niczym innym pomylić, światło sprytu warszawskiego cwaniaczka.
Radwan przyspieszył kroku i po chwili stanął przy noszącym jeszcze ślady frontu samochodzie, najwyraźniej pochodzącym z ruskiego demobilu. Wciąż był jeszcze malowany na wojskowe khaki, ale na masce o drzwiach miał już wymazane odręcznie, i dość niewprawnie duże litery MO.
Efektownie wskoczył na tylne siedzenie i rzucił: - To co, kolejny w kanalizacji.
Tamten tylko potwierdził, ale z głosu dało się odczytać, że był spięty jak nigdy dotąd. Janek od razu zauważył na gębie u kolegi z biura śledczego prawie niewidoczny dla postronnego obserwatora grymas, niewielką, ale dla niego, wnikliwego łowcy, wyraźną zmianę wskazującą, że tamten musi bardzo się bać. Jego zwierzęcy instynkt podpowiadał mu, że sprawa źle pachnie.
- Co jest, Andrzej, coś się stało - zapytał z niepewnością w głosie.
Tamten tylko odburknął, że są problemy i że zobaczy na miejscu, i klepiąc mocno kierowcę w plecy, tak że ten prawie uderzył ciałem w kierownicę, i chcąc najwyraźniej rozładować atmosferę, rzucił do młodego milicjanta, ładnego blondynka o twarzy dziecka: - No to ruszamy, ale szybko, żeby trup za bardzo nie ostygł przed przyjazdem panów kapitanów.
Na słowa Pastewki twarz chłopca za kierownicą pobladła. Andrzej, łapiąc go mocno za bark, zawołał, usiłując przekrzyczeć warkot uruchomionego przed momentem silnika: - Co, denata jeszcze nie widziałeś, chłopcze? To dziś zobaczysz, to dziś będzie twój pierwszy raz i wiedz, że zapamiętasz to na całe życie. Chłopiec odburknął, że się nie boi, po czym powoli dodał gazu. Andrzej krzyknął jeszcze w stronę Janka pytanie, czy pamięta swojego pierwszego trupa, ale ten tylko machnął ręką.
Gazik szarpnął i zaczął nabierać prędkości. Andrzej coś tam jeszcze krzyczał, ale nikt już, poza nim samym nie słyszał jego słów. Skręcili w Kawęczyńską, by po kilkuset metrach, przy Radzymińskiej, włączyć się w ruch na zatłoczonej Ząbkowskiej. Szybko mijali kwitnące interesami kamienice, licznych ludzi na ulicach i gdzieniegdzie wyczekujące w bramach umalowane z przesadą damy.
- Miasta znów żyje pełną piersią - krzyknął, znacząco się uśmiechając na widok tanich praskich kurew Pastewko. - Ale nam nie wolno, bo służba i wróg nie śpi - tym razem wrzasnął do ucha kierowcy, który manewrując kierownicą, wyraźnie się od niego odsunął.
Gdy przebili się przez przepełnioną Targową, prawie, zderzając się z jadącą w kierunku centrum furmanką z załadowanymi na wozie dwoma świniakami, tak że woźnica zaczął wymachiwać w ich stronę długim batem, wjechali w spokojną Okrzei i dalej, już bitą drogą wśród rzadkich po tej stronie miasta ruin domów dotarli do nabrzeża Portu Praskiego. Właśnie tu, od niedawna, parkowały nieliczne patrole rzeczne MO, przeznaczone głównie do pilnowania przepraw, ale częściej wyławiania topielców.
Zatrzymali się blisko nabrzeża. Ziemia i powietrze wokoło były mocno przesiąknięte bijącymi od Wisły chłodem i wilgocią. Andrzej, wyskakując z gazika, był na tyle nieuważny, że wpadł prosto w niewielką, pełną wody i gliny kałużę. Przeklął siarczyście i kompulsywnie zaczął przecierać zabrudzone oficerki, jakby nawet najmniejsza plamka mogła zaszkodzić ich połyskowi i jego reputacji.
Janek patrzył przez moment na zmagania kolegi z gliną i rzucił: - Daj spokój chłopie, już i tak świecą, jak psu jajca, i bardziej nie będą - i wskazując na zacumowaną do metalowego słupa niewielką desantową motorówkę, także w kolorze khaki i także z namalowanym niewprawnie na dziobie białą farbą wielkim MO, krzyknął - to nasza.
Andrzej, dalej glancując bury naciągniętym na spód dłoni skrajem rękawa munduru, przytaknął tylko głową.
Wszyscy szybko zbiegli na nabrzeże i sprawnie, jakby od lat służyli w marynarce, wskoczyli na pokład.
Sternik sklarował linkę cumowniczą i po chwili ze zdecydowanym szarpnięciem motorówka ruszyła w kierunku koryta rzeki.
- Spokojnie, bo nas pogubisz, a nie wszyscy tu chyba potrafimy pływać - krzyknął Andrzej i szyderczo uśmiechając się do szofera, usiadł za sternikiem, mocno chwytając się burty. Spod dziobu na wszystkich uderzył wilgotny rozprysk wody. Gdy płynęli, Janek z przyglądał się drugiemu brzegowi. Widok morza gruzów sprawił, że zamyślił się i posmutniał na twarzy, tak jakby wróciły do niego jakieś niechciane wspomnienia.
Miasto znał dobrze, można powiedzieć, że bardzo dobrze, a może nawet, aż za dobrze, jeszcze z czasów, w których przypominało miasto, a nie jak teraz, jedno wielkie rumowisko niczym zręby jakichś skał. Gdy teraz patrzył na nie z pokładu, sięgające nieba stosy cegieł i betonu przynosiły mu z pamięci przed oczy bardziej widok ukochanych, ale groźnych Tatr, niż ulic, domów i zakątków, które kojarzył z przyjaźnią, miłością, tamtym jeszcze przedpowstańczym życiem.
Motorówka weszła w główny nurt rzeki i zaczęła podskakiwać na falach. Były dość spore i miotały kadłubem na boki, to w górę, to w dół, tak że wszyscy musieli mocno trzymać się, czego popadnie. W pewnym momencie Janek spojrzał w kierunku zawalonego Poniatowszczaka i zobaczył z tamtej strony wysoki wnoszący się nad ruinami Powiśla czarny słup dymu. Szybko szturchnął Andrzeja i wskazując przeciwny brzeg Wisły, krzyknął przez warkot motoru i hałas rozbryzgującej się pod motorówką wody: - Widziałeś tam?
Pastewko, pokonując bujanie łodzi, z wysiłkiem, nieporadnie się podniósł i wychylił w stronę, którą wskazywał Janek. Na jego twarzy zarysował się grymas zaciekawienia, ale i niepokoju. Zmarszczył brwi i uważniej przyjrzał się temu, co działo się po tamtej stronie miasta.
- To musiało być coś dużego - rzucił Janek.
- Zdecydowanie - potwierdził Andrzej - może jakiś niewybuch po powstaniu, sporo tego zalega w gruzach. Mówimy ludziom, żeby nie wprowadzali się do niesprawdzonych domów, ale kto by słuchał.
- Pewnie tak. To według mnie okolice Tamki - zasugerował Radwan, wyraźnie, próbując w morzu ruin rozpoznać jakiś znajomy szczegół topograficzny, który pozwoliłby dokładniej określić miejsce wybuchu.
- No, jak ty to mówisz, to na pewno Tamka - zaśmiał się Andrzej. - Co jak co, ale Warszawę przecież znasz jak własną kieszeń. Mówiąc to, zaśmiał się znacząco, tak że siedzący obok szofer, chłopak spod Lublina, który dopiero od kilku tygodni pełnił służbę na Pradze, spojrzał na kapitana z zaciekawieniem.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.