Kroniki wielkiego dziesięciolecia (#3). Upadek - Wiktor Suworow

-
Proszę czekać
Prolog

- Proszę się rozebrać. - Uśmiechnęła się olśniewająco i odrzuciła brązowy kosmyk za różowe uszko.

- Zupełnie?

- Do majtek.

Zastępca szefa Głównego Zarządu Wywiadowczego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR, Bohater Związku Radzieckiego, generał porucznik Chadżi-Umar Dżiorowicz Mamsurow potulnie wykonał polecenie.

Niespodziewanie wezwano go do kremlowskiej przychodni. Starał się odwlec termin wizyty, zasłaniając się nadmiarem pracy, ale otrzymał wyraźne polecenie. Z Karpackiego Okręgu Wojskowego, w którym generał Mamsurow jeszcze nie tak dawno był dowódcą 38. Armii, do Moskwy przesłano jego całą dokumentację medyczną. Ani fajtłapy-eskulapi we Lwowie, ani lekarze w Moskwie nie dopatrzyli się w niej niczego podejrzanego. Ale stolicę naszej Ojczyzny zaszczyciła wizytą znakomitość z zagranicy, która przejrzała zeszłoroczne zdjęcia rentgenowskie najwyższego kierownictwa Związku Radzieckiego, i to, czego nie zauważyli domorośli doktorzy, nie ukryło się przed wnikliwym cudzoziemskim spojrzeniem. Dlatego generał porucznik musiał się stawić niezwłocznie - gwiazda nie będzie czekać i powróci za morza.

Rzecz jasna, sprawy państwowe są ważniejsze od zdrowia byle generała porucznika, ale z taką diagnozą i tak długo sobie nie pożyje. Dlatego dobrze by było, gdyby generał porucznik odstawił sprawy państwowe na dzień czy dwa na boczny tor. Trzeba pilnie działać, póki nie wszystko stracone.

W wyznaczonym czasie generał porucznik zjawił się pod wskazanym adresem, rozejrzał. Muszę powiedzieć, że przychodnia, do której trafił, zdecydowanie nie wyglądała na placówkę medyczną - bardziej przypominała luksusowe sanatorium albo oranżerię w pałacu Sawwy Morozowa, jednego z najbogatszych Rosjan na początku XX wieku. Cisza, spokój, drogie miękkie dywany, w których tonie stopa. Kolorowe witraże i bajeczny ogród pełen tropikalnych roślin. Żadnego tłoku, żadnych kolejek. Na dodatek wygoda: to nie pacjent czeka na lekarza, a lekarz oczekuje na przybycie pacjenta.

Rezolutna siostrzyczka pokazała, gdzie powiesić generalski mundur, a gdzie spodnie z szerokimi podwójnymi lampasami, po czym zniknęła za drzwiami.

W tej samej chwili innymi drzwiami weszła znakomitość - tęgawy, łysy człowiek.

Pierwszy zastępca szefa GRU generał porucznik Mamsurow spojrzał na lekarza i zdębiał.

Przed nim spokojnie stał i uważnie mu się przyglądał pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Związku Radzieckiego towarzysz Nikita Siergiejewicz Chruszczow.

Cały na biało.

Jeżeli postanowiliście złamać wolę silnego człowieka, to nauka zwana psychologią agenturalną zaleca na początek mocno go nastraszyć. Niebezpieczeństwo musi być realne, namacalne, śmiertelne. Dodatkowo w ostatniej chwili, kiedy człowiek już trochę się oswoił z tym zagrożeniem, nagle postawić go w obliczu nowego, zupełnie niespodziewanego nieszczęścia. Również śmiertelnego.

I od razu z nim porozmawiać.

Nie zaszkodzi też przed poważną rozmową człowieka jeszcze rozebrać - jeżeli nie do rosołu, to przynajmniej do bielizny. Co innego - wysoki, dobrze zbudowany, muskularny, barczysty, szpakowaty, młodo wyglądający i dobrze się prezentujący generał porucznik w prostym mundurze ze stójką wzoru stalinowskiego, ze złotymi naramiennikami, Złotą Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego na piersi, z baretkami orderów, w tym trzema Orderami Lenina, czterema Orderami Czerwonego Sztandaru, Orderem Kutuzowa I stopnia i Orderem Suworowa II stopnia. A co innego - ten sam człowiek, ale bez złotych naramienników i lampasów, bez Złotej Gwiazdy i stójki, w żałosnych niebieskich gaciach do kolan przed najwyższym wodzem naszej wielkiej Ojczyzny.

Nie jestem bynajmniej pewien, że pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Związku Radzieckiego towarzysz Nikita Siergiejewicz Chruszczow miał kiedykolwiek do czynienia z psychologią agenturalną, ale nie mam wątpliwości co do tego, że czasami spływało nań olśnienie i w takich momentach rozumiał on naturę ludzką całym swym jestestwem. Do głębi.

Dzięki jakiejś szczególnej zwierzęcej intuicji Nikita wyczuwał, że spotkanie generała Mamsurowa w kremlowskiej przychodni należy zorganizować właśnie w taki, a nie inny sposób. Chruszczow był absolutnie przekonany, że do Mamsurowa powinna zadzwonić wesoła chichotka. Powinna głupio i radośnie szczebiotać o śmiertelnej chorobie: widzicie, towarzyszu generale, jakie nieszczęście na was spadło, jesteście mężczyzną w kwiecie wieku, kto by pomyślał...

A przywitać generała Mamsurowa w bogato zdobionej izbie przyjęć, zdaniem Chruszczowa, powinna była osoba o nieco innym temperamencie - zamyślona, milcząca, urodziwa siostrzyczka z tajemniczym uśmiechem rozpustnej Mony Lisy w samych kącikach ust. Tak żeby cały jej wygląd przypominał o przyjemnościach życia, które dla generała tak niespodziewanie i smutno się kończy: generale, za kilka miesięcy, może nawet tygodni, zdechniesz, a my wszyscy będziemy żyli dalej.

Właśnie tak zostało to wszystko ukartowane. Był szczebiot przez telefon, była siostrzyczka w mocno wykrochmalonym fartuszku, pod którym najwyraźniej brakowało spódnicy i bluzeczki. Ona zniknęła, a w jej miejsce pojawił się Chruszczow. Długo przyglądał się stojącemu w majtkach generałowi, a następnie zdecydowanym gestem wskazał biały taboret.

- Siadajcie.

Było w tych słowach coś pomiędzy zaproszeniem a rozkazem. Każdy przełożony, czy to dowódca trzyosobowej załogi, czy to najwyższy dowódca, któremu podlegają miliony ludzi, przed wydaniem rozkazu powinien pomyśleć: czy podwładni go posłuchają? Jeżeli istnieje nawet najmniejsze prawdopodobieństwo niesubordynacji, należy się wstrzymać z rozkazem.

Jesteś pewien, że wykonają - rozkazuj!

Nie jesteś - milcz! Zwlekaj, rób uniki, szukaj innych metod oddziaływania, ponieważ nie ma nic bardziej strasznego i żałosnego niż odmowa podporządkowania się dowódcy. Jeżeli podkomendni raz się postawili, nigdy więcej nie będą słuchać rozkazów.

Chruszczow rozumiał: generał, który znalazł się w tak niekomfortowym położeniu, chce się jak najszybciej skulić, zasłonić się chociażby rękoma.

Gdyby rzecz się działa na czarnomorskiej plaży, wszystko wyglądałoby inaczej. Ręce, pierś i ramiona generała są potężne, nogi smukłe jak u rasowego araba, na brzuchu - kaloryfer mięśni zamiast zwyczajowego generalskiego kałduna. Nie wstydziłby się Mamsurow zagrać w piłkę w majtkach na plaży nawet przed wysoko postawionymi damami.

Ale to nie jest czarnomorska plaża. I nie ma tu dam, ot, i cała różnica.

Usiąść - oznacza zmniejszyć widoczną część obnażonego ciała.

Usiąść - oznacza trochę zasłonić się biurkiem.

Dlatego to polecenie mogło przynieść generałowi jeżeli nie zbawienie, to ulgę. Sam niepohamowanie pragnął usiąść. I usłyszawszy coś pośredniego między zaproszeniem a poleceniem, usiadł.

Było to podwójne zwycięstwo psychologiczne Chruszczowa.

Po pierwsze: generał się podporządkował.

Po drugie: ten postawny człowiek już nie górował nad korpulentnym Chruszczowem.

Ani Mamsurow, ani Chruszczow w tamtym momencie nie myśleli o efekcie psychologicznym. Po prostu Chruszczow czuł się jeszcze bardziej pewnie. Mamsurow - jeszcze mniej.

- Opowiadajcie, towarzyszu generale.

- Co opowiadać?

- Wszystko.

- Wszystko?

- Opowiedzcie o czymś, czego ja nie wiem... Zresztą wiem wszystko. Tam u was w GRU powołaliście jakiś specjalny ośrodek. Bez konsultacji ze mną. Zapomnieliście czy co?

Najważniejsze w tej sytuacji - nawet przez przypadek nie wydać źródła swojej wiedzy i jej granic.

Sytuacja dla generała Mamsurowa była nieprawdopodobna: o Centrum Specjalnego Przeznaczenia (Centr osobogo naznaczenija - CON) GRU oprócz niego wiedzieli tylko jego twórcy - marszałek Związku Radzieckiego Żukow oraz szef GRU generał pułkownik Sztiemienko. Ani jeden, ani drugi nie mieli powodów, żeby opowiadać o tym na prawo i lewo. Sprawa mogła się skończyć procesem. I egzekucją. Za towarzysza Stalina za takie wybryki stawiano pod ścianą, nie wdając się w szczegóły. Jak Chruszczow mógł się dowiedzieć o Centrum Specjalnego Przeznaczenia GRU? Nie mógł! Nie powinien był wiedzieć w ogóle i kropka! Ale wie! On wszystko wie!

Co ma począć generał w sytuacji, kiedy jest przyciśnięty do ściany jak szczur łopatą? Ratować się ucieczką na korytarz? W niebieskich gaciach?

Na myśl o tym, że go nakryto, Mamsurow przez chwilę poczuł ulgę. Generałowi przypomniała się śmiertelna diagnoza. Zrozumiał: nie ma żadnej diagnozy. To była pułapka. Wpadł w potrzask. Generał jest zdrowy. Ale czy drugie nieszczęście jest lepsze od tego pierwszego? Jeżeli Chruszczow tak gruntownie przygotował to spotkanie, to bez dwóch zdań za drzwiami czeka w pogotowiu kilku krzepkich sanitariuszy z kaftanem bezpieczeństwa.

Nieźle by to wyglądało: na okazały korytarz kremlowskiej przychodni wyskakuje jegomość w gaciach i pruje do wyjścia. Tu sanitariusze nie potrzebują nawet wstępnych instrukcji. To oczywiste bez instrukcji: przemęczył się. Takich wiążą w prześcieradła.

Ci sanitariusze zrobią porządek z dziwnym klientem w gaciach, który biega tam, gdzie nie powinno się w nich biegać.

Ci sanitariusze są doświadczeni w swoim fachu.

Ci sanitariusze zaaplikują stosowny zastrzyk w dupę.

Dalej Chruszczow ma wachlarz możliwości. Najprostsze - od razu Mamsurowa zabić. Morderstwa medyczne są najłatwiejsze.

Generał wyobraził sobie strzykawkę w dłoni ponętnej siostrzyczki w wykrochmalonym fartuszku. Zdał sobie sprawę, że cokolwiek by się stało, tak po prostu ze złotej klatki nikt go nie wypuści. Nie ma wielkiego wyboru: albo się podda i przejdzie na stronę Chruszczowa, albo diagnoza o śmiertelnej, szybko postępującej chorobie zostanie potwierdzona. Jeszcze jakieś dziesięć dni będzie się wił w malignie i miotał w konwulsjach w tych lśniących bielą salach, nikogo nie poznając.

- Nikito Siergiejewiczu, pozwólcie włożyć spodnie.

To biała flaga kapitulacji.

- Ubierzcie się, generale. I opowiedzcie mi wszystko od samego początku.

- Od samego?

- Słucham.

- Ta historia, Nikito Siergiejewiczu, rozpoczęła się na XX Zjeździe KPZR...

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Przedmowa

W czerwcu 1957 roku w Związku Radzieckim została wprowadzona dwuwładza: państwem kierowali Gieorgij Żukow i Nikita Chruszczow. Oficjalnie na czele państwa niby stał Chruszczow, ale tylko dlatego, że tak zdecydował Żukow.

Wzajemne relacje tych dwóch władców były co najmniej niełatwe. Prędzej czy później nieuchronnie musiało dojść do konfrontacji. Na jej wynik decydujący wpływ wywarło kilka osób, wśród których między innymi byli:

pierwszy zastępca naczelnika GRU generał porucznik Chadżi-Umar Mamsurow,

naczelnik GRU generał pułkownik Siergiej Sztiemienko,

radziecki ambasador w Jugosławii Nikołaj Firiubin.

Pierwszy zastępca naczelnika GRU Mamsurow zmarł w 1968 roku (do tego czasu został generałem pułkownikiem). Dwa lata później wojskowe koleje losu rzuciły mnie, młodziutkiego oficera, do Wydziału Rozpoznawczego sztabu Nadwołżańskiego Okręgu Wojskowego, czyli do machiny GRU. Tu wielu znało Mamsurowa i pamiętało o nim. Można się było dowiedzieć rzeczy, o których nie pisano w gazetach.

Później znalazłem się w centralnym aparacie GRU, gdzie struktura organizacyjna przypominała piramidę Cheopsa. Ja znajdowałem się na dole, a na samym szczycie przebywał zastępca szefa Sztabu Generalnego generał armii Sztiemienko. Oczywiście generał armii Sztiemienko nawet nie podejrzewał mojego istnienia - w hierarchii dzieliła nas przepaść, ale ja mogłem się dowiedzieć o generale armii Sztiemience takich rzeczy, o których nie piszą nawet w najbardziej szczerych wspomnieniach.

Pracowałem pod przykrywką dyplomatyczną. Na przyprawiających o zawrót głowy szczytach radzieckiej dyplomacji urzędował zastępca ministra spraw zagranicznych towarzysz Nikołaj Pawłowicz Firiubin. Ten Firiubin. Oczywiście nie miał powodów, żeby wiedzieć o moim istnieniu, ale ja mogłem wypytać dobrze poinformowanych ludzi o to, jak towarzysz Firiubin dostał się na te wyżyny.

Mój bezpośredni przełożony, szef rezydentury GRU w Genewie, nie tylko swego czasu dobrze znał Sztiemienkę i Mamsurowa, lecz brał bezpośredni udział w wydarzeniach 1957 roku, o których będzie mowa w niniejszej książce. A pod przykrywką moim bezpośrednim szefem była Zoja Wasiliewna Mironowa, stały przedstawiciel ZSRR przy europejskiej siedzibie ONZ oraz innych organizacjach międzynarodowych w Genewie. Rzecz jasna, ona była ambasadorem, a ja raptem attaché, ale przedstawicielstwo Związku Radzieckiego przy europejskiej siedzibie ONZ było strukturą stosunkowo niewielką. Wykonując polecenia ambasadora, zdając relacje z wykonanej pracy, czasami można było zapytać o bohaterską przeszłość.

Muszę zauważyć, że ludzie zazwyczaj opowiadają o tych swoich przygodach, które się dla nich szczęśliwie skończyły. Miałem możliwość zadawania pytań, korzystałem z niej często, ale ostrożnie. Małe skrawki informacji ułożyły się w wyraźny obraz.

Na początku nowego tysiąclecia opublikowano niektóre tajne dokumenty z radzieckich archiwów, dotyczące wydarzeń 1957 roku. Te nowe informacje nałożyły się na stare, nie niszcząc ich, a wręcz przeciwnie, zwiększając ich wyrazistość i jasność. Rekonstruując przeszłość z drobnych kawałków jak stłuczoną rzymską amforę, pozwoliłem sobie włączyć do narracji dialogi, których nikt nigdy nie zarejestrował. Nie jest to gra wyobraźni, ale próba wypełnienia pustych miejsc, dla których nie udało się odnaleźć brakujących drobnych elementów. Jeżeli w mozaice brakuje jednego kawałka, to kiedy wiemy, co się znajduje wokół pustej przestrzeni, bez trudu możemy wywnioskować, czego brakuje. Tak właśnie zrobiłem.

Te dialogi nie są dokładnym powtórzeniem słów uczestników wydarzeń, ale moim zdaniem mogły być wypowiedziane w takiej lub innej sytuacji.

Nie jestem pewien, czy udało mi się dokopać do samych głębin. Zrobiłem wszystko, co mogłem, niech przyjdą inni i zrobią to lepiej.